wtorek, 16 sierpnia 2016

Return to the source - relacja z festiwalu Goa Dupa 2016

Jestem człowiekiem pasji. Oddaję się im niemal całkowicie, czasami totalnie zapominając o całym świecie. Po prostu muszę lubić to co robię. Dlatego pracuję w zawodzie który sprawia mi frajdę, jeszcze nie mam potrzeby posiadania prawa jazdy, wciąż mieszkam w wykończonym w 85% mieszkaniu, bo po prostu nie mogę się przymusić do podjęcia decyzji w kilku kwestiach. Dlatego mnóstwo wolnego czasu  poświęcam swojej pasji przewodniej - podróżowaniu. Jednak nie od zawsze tak było. Wcześniej była to muzyka, elektroniczna muzyka. Tworzyła moje otoczenie w zasadzie od zawsze. Do dziś doskonale pamiętam każdą sekundę kaset Jean Michel Jarre-a, czy "The Mix" Kraftwerka. Jednak we wrześniu 1996 roku pierwszy raz w życiu usłyszałem polecany przez mojego ojca (!!!) Technikum Mechanizacji Muzyki, autorski program obecnego do dziś na antenie RMF-FM Bogdana Zalewskiego. Od tamtego czasu, przez kilkanaście lat było już tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno *. Zaczynałem od nagrywania kaset, potem próbowałem się z miksowaniem, tworzeniem własnych kompozycji, aż zabrnąłem w organizowanie imprez i animację naszej krajowej sceny. W międzyczasie zawęziłem swoją aktywność do elektroniki psychodelicznej, która na przełomie lat 80. i 90. narodziła się z połączenia trwających bez przerwy imprez na plażach w indyjskim Goa (stąd pierwotna nazwa Goa Trance), rewolucji w tworzeniu muzyki jaką niosła ze sobą nowa fala instrumentów muzycznych, oraz post-hippisowskiego klimatu. Zrobię teraz mały show-up, ponieważ nigdy o tym nie wspominałem na łamach bloga. Miałem jednak sporo kontaktów z ludźmi z całego świata, które owocowały wywiadami, oraz recenzjami ponad setki płyt. Prace i publikacje te sprawiały mi mnóstwo satysfakcji, stając się pośrednikiem do tego, kim jestem teraz. Oczywiście jakiś czas temu po prostu się wypaliłem. Powiedziałem sobie stop. Zwłaszcza, że muzyka cały czas ewoluuje, a ostatnich kilka lat to nie było już to samo co kiedyś.

Żalu wielkiego nie było, pojawiło się bowiem podróżowanie. Jednak nie ukrywam, że co jakiś czas zaglądam na serwis, w który włożyłem sporo młodzieńczej pracy pisarskiej, zainteresuję się jakąś nową płytą, lub nawet zagram na jakieś imprezie. Pamiętam, że miałem nawet kiedyś propozycję zagrania na jednej z pierwszych edycji Goa Dupy. Tym razem postanowiłem jednak zawitać tam w roli fana. Dla funu własnego, jak też aby pokazać Dorocie czym kiedyś żyłem. Wprawdzie dużo ciekawszą propozycją byłby dużo większy, organizowany z większym rozmachem O.Z.O.R.A. Festival, jednak czas dojazdu nad Balaton byłby za długi, jeśli mielibyśmy tam jechać tylko na weekend. Dlatego postawiliśmy na nasze Bieszczady.


Oczywiście żeby było ciekawiej, postanowiłem festiwal połączyć z lotem. Dorota jechała bowiem samochodem, a że na trasie z Warszawy do Rzeszowa akurat leży Radom i planowaliśmy jechać w czwartkowe popołudnie, to postanowiłem skorzystać z możliwości odwiedzin jednego z najmłodszych lotnisk na polskiej mapie. Nie ukrywam że trochę dla jaj, ale także aby skonfrontować z rzeczywistością moją szyderę wylewaną we wpisie Wariactwo nowych lotnisk.

Na lotnisku we Wrocławiu stawiłem się 10 minut przed godziną 16. Chwilę po wysiadce z autobusu zestresowanym biegiem wyprzedziło mnie kilka osób. Spokojnie, zdążycie na ten Modlin, do odlotu macie ponad pół godziny. Pamiętam, że w zeszłym roku na lotnisko wbiegłem 8 minut przed odlotem. Korzystając z odprawy dla klasy biznes, wrzucając do Heimanna przygotowane wcześniej rzeczy, a następnie sprintem przez cały terminal - zdążyłem :-) Ale oczywistego stresu nie zazdroszczę. W moim przypadku, tym razem spokojna odprawa i wpuszczenie do busika wiozącego nas do czekającego przez pół dnia Saaba. W autobusie totalny szok - 24 pasażerów! Spodziewałem się ośmiu, maksymalnie dziesięciu, ale żeby aż tyle? Kto by pomyślał, że z Radomia ktoś chce latać do Wrocławia. Oczywiście byli pasażerowie sponsorowani przez władze lokalne, ale było także trzech seniorów lecących z kilkoma wnukami, oraz grupka młodszego pokolenia studentów. No cóż, statystyki i rozkład na następny rok będą najlepszym weryfikatorem...

Sama podróż do najprzyjemniejszych nie należała, przynajmniej na początku. Cały dzień grzania płyty przez samolot Sprint Air spowodował, że wchodziliśmy do przestrzeni o wewnętrznej temperaturze podchodzącej pod 40℃. Na szczęście klima była w stanie w kilkanaście minut doprowadzić do wstępnie znośnych warunków. Jednak o upałach przypomniały nam serwowane wafle, które w ciągu dnia stały się czekoladową mazią ;) Pozytywną ciekawostką jest natomiast godzina startu, jakieś 15 minut przed planowanym czasem. Boarding odbył się bowiem dość szybko, maszyna była gotowa do lotu, nie mieliśmy problemu ze slotami (w końcu lecieliśmy na wysokości do 6000 metrów), więc czemu nie przylecieć wcześniej? Tak też się stało.

Wnętrze samolotu Sprint Air na trasie Wrocław - Radom
Pustki w terminalu lotniska w Radomiu

Festiwal Goa Dupa odbywał się w tym roku w rozległym Natura Park, koło Baligrodu w Bieszczadach. Co ciekawe, ośrodek cały czas działał normalnie. Część domków i pokojów była bowiem wynajęta zwykłym urlopowiczom a gdzieś pomiędzy przebijały się grupki dzieciaków przebywających na prawdopodobnie jakiś koloniach. Naprawdę jestem ciekaw ich opinii na temat opanowujących teren kilku tysięcy freakowatych hippisów. Zwłaszcza, że ta kultura od zawsze przyciągała ludzi z wielu, często totalnie niezwiązanych ze sobą grup społecznych. Sama Dorota wywołała małe poruszenie na swoim facebookowym wallu, gdy okazało się że kilku znajomych nie tyle wie czym jest ten festiwal, co nawet było na nim w przeszłości.







Dla mnie tegoroczna Goa Dupa była rekonesansem stanu naszej sceny. Porównaniem do jej początków, kiedy to kilka lokalnych ekip ścierało się z niewielką frekwencją, małym doświadczeniem w organizacji i przede wszystkim liczeniem każdego grosza. Jeśli impreza wypaliła, było ok. Jeśli jednak frekwencja nie dopisała, trzeba było sięgać do własnej, najczęściej jeszcze studenckiej kieszeni. Jeszcze 10 lat temu kilkaset osób na festiwalu oznaczało najważniejsze wydarzenie w kraju. Dziś, jak widać, scena jest w stanie wygenerować kilka tysięcy osób. Dlatego i rozmach większy. Urzekły mnie tutaj zwłaszcza dekoracje. Za moich czasów były to głównie wiszące malunki. Na festiwalu główna scena była przystrojona nie tylko w profesjonalnie wydrukowane i wycięte materiały, ale także w zapewniający cień namiot do odpoczynku, oraz rozmaite konstrukcje przy samej djce. W okolicznym lesie utworzono Forest of shadows - teren relaksu z hamakami, huśtawkami i miejscami do odpoczynku w cieniu. Nieopodal znajdowało się też miejsce, w którym organizowano dla dzieciaków rozmaite zajęcia i zabawy. Co bowiem jest bardzo ciekawym zjawiskiem w posthippisowskich klimatach, to ich ciągłość. Za czasów studenckich freaki po prostu jeździli po wielu festiwalach. Potem przyszedł czas na stabilizację, związki, pracę, dzieci, zwierzęta domowe. I co, myślicie że sobie odpuścili? A gdzie tam. W dzisiejszych czasach dobry festiwal to właśnie spęd wielopokoleniowy, gdzie na dance floorze w rytm muzyki skaczą już kilkulatkowie (oczywiście z założonymi na głowach wygłuszającymi słuchawkami) a wokół niekończącą się zabawę w berka toczą tabuny psów.



Niecodzienny to klimat, prawda? Dlatego nie ma co się dziwić, że tego typu imprezy rokrocznie zbierają rzesze różnorodnych fanów. Co ciekawe, czasami osób w ogóle nie lubiących tej muzyki, tylko ciągnących za specyficznym klimatem psychedelic circus. Ja na ten przykład, chociaż chciałem osłuchać się trochę tej elektroniki, najmilej wspominam odkryty ostatniej nocy Canyon Zen. Było to cudowne miejsce, gdzie można było przechodzić od muzyki klasycznej, przez jazz, etno, delikatny house po ambienty. Totalnie nie miało dla mnie znaczenia co właśnie leci. Liczył się zbudowany w nocy klimat, mieniące się w promieniach UV psychodeliczne dekoracje i klimatycznie delikatne efekty świetlne. Zwłaszcza wkręcające wizualizacje, rzucane na drzewa znajdujące się po drugiej stronie kanionu. Można było się położyć i patrzeć i zamknąć oczy i chłonąć ten specyficzny klimat. To nic, że obok mogła się przysiąść jakaś grupka osób dla których tematem przewodnim rozmowy było co zażyli, jak działa i wieczna rozkmina czy mają wziąć jeszcze więcej. Nie ukrywajmy bowiem, że muzyka elektroniczna, jak też każda kultura rozrywkowa - hippisowska zwłaszcza, swoje korzenie ma we wszelkiego typu odurzających używkach, od alkoholu po LSD. Ale to już wątek, rozkmina i problem dla właśnie tamtych grupek osób.



W kontekście muzycznym, z festiwalu wróciłem raczej zadowolony. Jeszcze gdy stawialiśmy namiot ze sceny głównej dochodziły soczyste rytmy Goa Trance z połowy lat 90. Pleiadians, "Enlightened Evolution" Astral Projection, jakiś Electric Universe - dla mnie nie mogło zacząć się lepiej. Podobał mi się również świetny technicznie secik Bartecha. Totalna niespodzianka, ponieważ w czasach gdy zapraszał nas do ogarniania imprez w krakowskich Krzysztoforach i prowadzonym przez siebie Absurdzie, koncentrował się na graniu hard techno i acid techno, a nie radosnych, psychodelicznych transiw. Niespodzianką dla mnie był też występ Marcusa Henrikssona. Już sam fakt występu, ponieważ jego twórczość znam od kilkunastu już lat. Jako duet Son Kite, wraz z Sebastianem Mullartem swego czasu rządzili sceną. Przy okazji prowadzili doskonałą wytwórnię płytową Digital Structures. Dziś natomiast są jednym z najbardziej szanowanych duetów w elektronicznym mainstreamie - Minilogue. Muzycznie Marcus zaprezentował świetnie wpasowujący się w słoneczną aurę miks nowoczesnych produkcji, sprytnie łączonych z totalnymi klasykami, pokroju Drax Ltd II "Amphetamine" (eh.. znów te dragi), oraz wciąż świeżo brzmiącym "Hale Bopp" autorstwa Der Dritte Raum. Ba, poszedł nawet dalej, puścił bowiem delikatny remiks (w zasadzie dodana tylko stopa perkusyjna) "Équinoxe 4" J.M.Jarre-a. Kawałek po 38 latach nadal świetnie brzmi, nawet wśród aktualnych produkcji!

Jednak najmilej z całego festiwalu wspominam występ Blue Planet Corporation. Facet kilkukrotnie bardzo mocno wrył się w moją muzyczną pamięć, choćby przez to, że jedna z jego kompozycji znalazła się na pierwszej kasecie wcześniej wspomnianej audycji Technikum Mechanizacji Muzyki. W trakcie występu usłyszałem wszystko to, na co czekałem. Radosne "Open Sea", chirurgiczne wyczucie klimatu "Micromega" i w remiksie "Timeline" autorstwa Wizzy Noise, czy w końcu kwintesencję dobrego smaku w "Antidote" i kończącym występ, słodkim "Crystal". Powiem Wam szczerze, że kilkukrotnie po twarzy spływały mi łzy radości. Muzykę odbieram bowiem w dość emocjonalny sposób. Tutaj, gdy leciały utwory znane mi od niepamiętnych czasów i gdy po wielu latach oczekiwania w końcu usłyszałem je na imprezie, czułem spełnienie, stan totalnej satysfakcji i radości z tego, co było mi dane przeżyć. Podróże także mogą wywołać takie uczucia. Miałem tak na przykład wracając z dwutygodniowego wyjazdu po południowej Hiszpanii. Na lotnisku w Barcelonie szczerze nuciłem sobie początek fantastycznego "Gorecki" brytyjskiej kapeli Lamb:
If I should die this very moment
I wouldn't fear
For I've never known completeness
Like being here




Podsumowując, Goa Dupa 2016 to był dla mnie bardzo fajny powrót do źródeł. Dużo złego można powiedzieć o tej scenie i muzyce. Że jest opanowana przez dragi, że w zasadzie jest bezsensowną, motoryczną łupanką, że to już nie to co kiedyś. Jednak raz na kilka lat warto wybrać się na tego typu zgromadzenie. Aby mieć w tyle głowy świadomość, że świat jest nieco bardziej różnorodny, niż obrazy pamiętane z wiecznego układu praca / rodzina / jakieś hobby. Tego typu festiwali jest mnóstwo. Spotkani starzy znajomi jednym tchem wymienili mi pięć, na które powinienem pojechać w tym, lub co najwyżej następnym roku. A co gorsza nie było wśród nich ani wspomnianej wcześniej O.Z.O.R.A-y. Kilkanaście lat ciągłej organizacji i inwestycji w infrastrukturę tamtejszej dolinki (podobno aktualny budżet na przygotowanie dekoracji to około 3 milionów Euro rocznie!) spowodowały, że miejsce stało się niemal psychodelicznym miastem, które tylko czeka na ten jeden magiczny tydzień w roku. A jest jeszcze Boom w Portugalii - kultowe miejsce wszelkich performersów i nie tyle fanów muzyki psychodelicznej, co bardziej kultur alternatywnych. No i oczywiście ogromny Burning Man. Czyli wyschnięte jezioro, które w pewnym momencie staje się odrealnionym miastem na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Gdzie podstawowym obowiązkiem jest bycie freakiem i praktykowanie swych wszelkich zwariowanych zachcianek. Owszem, to wydarzenie stało się już elementem kultury masowej (przykładowo został mu poświęcony jeden z odcinków The Simpsons), jednak nadal posiada wiele do zaoferowania i z pewnością także zobaczenia. Oby tylko samozaparcia starczyło aby się tam dostać :-)

* tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno, to nawiązanie do jednego z jingli Technikum Mechanizacji Muzyki. Warto również dodać, że w polskiej świadomości pod pojęciem techno cały czas zamyka się wszystkie gatunki muzyki elektronicznej, jak house, techno, trance, drum 'n' bass, ambient, trip hop czy hard core. Ciekawym jest to, że gatunki te czasami nie mają ze sobą nic wspólnego. Ba, wyewoluowały nawet w zupełnie niespokrewniony ze sobą sposób. Jednak niestety nasza świadomość muzyczna jakoś nigdy nie była na jakimś wysokim poziomie :(

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zostałem rowerowym strongmanem ;)

Szczerze nigdy nie rozumiałem idei siłowni, fitnessów czy innych takich form gromadnego wysiłku w zamkniętej przestrzeni. W zimie Dorota zabrała mnie kilkukrotnie na spinning - jazdę na stacjonarnych rowerkach. Spoko, jest muzyka, jest ciśnienie aby w jazdę włożyć jeszcze więcej mocy, jest pot na koszulce. Tylko brak jakoś tego wszystkiego, z czym dotąd wiązało się rowerowanie. Wiatru, poruszającej się przestrzeni, widoku podjazdu z którym za chwilę przyjdzie się zmierzyć i być może wypowiedzieć w myśli kilka przekleństw. Dlatego zamiast bawić się w bieżnie, stepy, układy ćwiczeń czy inne takie, wolę robić coś realnego. Chodzić gdzieś z plecakiem przez cały dzień, jeździć na rowerze, albo zintensyfikować wysiłek za pomocą pewnego bodźca. Czyli walka o realny wynik - klasyczny wp...dol podczas gry z ojcem w squasha, lub piłka nożna.

Firma RST, to mój nowy pracodawca, który aktywnie wspiera zdrowy tryb życia swoich pracowników. Załatwia kartę Multisport - co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym, ale sponsoruje też wypasione śniadania w biurze i zachęca do uprawiania sportów - choćby poprzez rywalizacje na Endomondo. To ostatnie, to niby nic ważnego, ale nie u nas. Co kilka dni w trakcie śniadania rodzą się bowiem żywe dyskusje nad jakimś szczególnym weekendowym wyczynem, lub aktualnymi wynikami. Nawet nie wiecie jak motywująco potrafi zadziałać usłyszany tekst typu powiedziałem wczoraj żonie że do galerii handlowej musimy jechać na rowerze, bo XXX za bardzo zbliża się do mnie w rywalizacji :-)

I bach, budzę się któregoś ranka, włączam na chwilę sieć aby sprawdzić prognozę pogody, a tu odzywa się Endomondo z zaproszeniem do kolejnej rywalizacji. Kto pierwszy do PKiN-u, czyli do pokonania jest 360 kilometrów. Termin dość ciasny - aby dojechać przed końcem rywalizacji, każdego dnia trzeba zrobić  20km. Jednak podczas śniadania śrubę dokręcił kumpel z teamu twierdząc, że wyzwaniem byłoby pokonać ten odcinek nie do końca miesiąca, a do końca tygodnia...

No i się zaczęło. Wydłużona trasa z domu do pracy to 10 kilometrów w każdą stronę. Potem zawsze jakieś kółeczko wokół lotniska, aby każdego dnia dowieźć co najmniej kolejną trzydziestkę. Nie przeszkodziła nawet ulewa, która w środku tygodnia nawiedziła Wrocław. Do domu wróciłem ociekający, nieco zmarznięty, ale szczęśliwy. Tego dnia bowiem odskoczyłem wszystkim o kolejne 20 kilometrów ;)

Dodatkowo od pewnego momentu w rywalizacji uaktywnił się wspomniany wcześniej pomysłodawca zamknięcia wyniku w tydzień. Jest to nasz firmowy He-Man. Facet w tym roku ma zamiar przebiec siedem maratonów. Podobno w któryś poniedziałek po jednym z nich, przez godzinę ćwiczył nogi, następnie przebiegł dyszkę, a jeszcze potem poszedł grać w piłkę. Skąd on bierze na to energię? Nikt z nas nie wie.

Pamiętam niedzielny wieczór, gdy wracając pociągiem z Krakowa postanowiłem wgrać zrobione tam odcinki i zobaczyć jaki jest stan rywalizacji. Nosz rym do bolera! He-Man zbliżył się do mnie na 8 kilometrów, a w weekend strzelił rowerową życiówkę - 140 km jednego dnia. Dojechałem więc do domu, rzuciłem wszystko w kąt i wsiadłem na siodełko. Pomimo podejrzenia defektu, jakiego w Krakowie nabawił się mój rower, docisnąłem kolejną trzydziestkę z groszami. Tym samym zamknąłem rywalizację, chwilę przed pierwszą w nocy.

Niby nic wielkiego, ale czułem się szczęśliwy, jak bym wygrał w tenisa ze ścianką. Szybkim zrywem i na stosunkowo krótkim odcinku pokonałem He-Mana. Zrobiłem to w sześć dób, czyli przy średniej 60 kilometrów każdego dnia. To miłe, gdy po fakcie - podczas śniadania w pracy - słyszy się pozytywne opinie pokroju wariat ;)

Choć realna rywalizacja, oddech na plecach lub bliskość na wyciągnięcie ręki, daje niesamowitego kopa do dokonywania czegoś znaczącego, to równie istotnym plusem jest też docenienie wyników. RST w tej kwestii naprawdę daje rade. W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie z Zarządem. Ot, realizacja celów na Q2 i plan na Q3. Informacje strategiczne, plany rozwoju i omówienie wydarzeń związanych z życiem firmy. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nasza rywalizacja również miała swoje pięć minut. Od Prezesa usłyszałem bardzo miłe słowa i w nagrodę otrzymałem plecak z wbudowanymi ogniwami fotowoltanicznymi. Dla firmy to koszt żaden, a dla mnie przemiły upominek i wyróżnienie na forum wszystkich pracowników. Motywuje to, bardzo.

W chwili obecnej testuję go sobie i szukam dla niego zastosowania. Pojemność około 20 litrów z pewnością sprawdzi się przy krótkich city-breakach. Tak było w trakcie tego weekendu na Mazurach. Nawet planowaną norweską dzicz da się załatwić dzięki przypięciu śpiwora pod plecakiem. Byłoby to fajne rozwiązanie, ponieważ ogniwem byłbym w stanie doładować nadwyrężane w takiej sytuacji baterie w telefonie vel. GPS-ie. Oczywiście nie należy spodziewać się po nim jakiś cudownych efektów prądogennych, jednak każda forma ratunku w jakieś sytuacji awaryjnej będzie w cenie.

Poniżej prezentuję serię zdjęć z testowania na sucho opcji Norwegia. Nie są to realne warunki bojowe, ponieważ w plecaku znalazły się też rzeczy, jakich raczej nie będę tam potrzebował, lub które będą noszone na sobie. Bardziej chodziło o pewną poglądowość i porównanie z najlepszym w mojej opinii plecakiem pod bagaż podręczny w Wizz Air. Mam pewne obawy co do wymiarów, ale wątek ten będę dokładniej rozkminiał już w następnym sezonie :-)

Sprawdzenie grubości plecaka
Porównanie z wymiarami plecaka Wanabee Hike 30
Unboxing zawartości...
...oraz wspólna fotka pamiątkowa wszystkich spakowanych wcześniej rzeczy

piątek, 5 sierpnia 2016

Najlepszy plecak na bagaż podręczny w Wizz Air - Wanabee Hike 30

Ostatnie miesiące to u mnie rewolucja w osprzęcie podróżniczym. Częściowo wynika to z konieczności podyktowanej zużywaniem się rzeczy już posiadanych, częściowo z potrzeby posiadania czegoś, co będzie stosunkowo często używane. Przykładowo buty trekkerskie, których jeszcze niedawno w ogóle nie miałem potrzeby posiadać a w ciągu ostatniego roku chodziłem w nich w sumie przez kilkanaście dni.

Wczoraj opublikowałem recenzję wysłanego na emeryturę plecaka podróżnego, z którym przejeździłem siedem ostatnich lat. Od tamtych czasów rynek nieco uległ zmianie. Płatne bagaże rejestrowane wprowadzili przewoźnicy sieciowi, których limity kabinowe są jeszcze mniejsze niż w Ryanair. Bardziej drakoński ruch zastosował natomiast Wizz Air, wprowadzając płatny tzw. duży bagaż podręczny. W przypadku podróży w jedno miejsce na 4 dni - spoko, jesteśmy w stanie zmieścić się w niewielki plecak. Jednak gdy lecimy na np. dwa tygodnie, a na plecach musimy przewieźć np. materac, śpiwór i inne objętościowe rzeczy, bez konieczności dokupienia dużego bagażu podręcznego się nie obejdzie. Pal licho jak by to było €5. Widziałem jednak trasy na których za plecak trzeba było zapłacić prawie 100 złotych. Totalną ciekawostką natomiast był nasz ostatni zakup biletów na trasie z Bergamo do Warszawy, gdzie duży bagaż podręczny kosztował €9, a możliwość zabrania walizki do 23 kilogramów... €10. Cóż, Wizz Air czasami jeszcze bardziej odp...dala niż innym nisko-kosztowym liniom.

Ciekawym obejściem tych ograniczeń jest plecak, który kupiłem na wiosnę. Potrzebowałem bowiem czegoś mniejszego, tak aby spakować się na weekendowe loty do Doroty, mieć możliwość zabrania go jako mały bagaż podręczny w Wizz Air, lub iść z nim na niewielkie zakupy codzienne. Po krótkim researchu padło na Wanabee Hike 30 kupionym w Go Sport. Plecak ten, to wyjątkowo pojemny, jednokomorowy trzydziestoliterek. Posiada dwie kieszenie po bokach (zamki na niemal całą wysokość plecaka), jedną na górnej klapie, siatkę, linkę umożliwiającą spięcie jakieś bluzy, oraz dolny uchwyt na worek z materacem lub śpiworem. Co w nim jednak najważniejsze, to niemal idealne dopasowanie do wymiarów małego bagażu podręcznego w Wizz Air*. Plecak wchodzi do koszyka bez najmniejszych problemów, pozostawiając z boku nawet ciutkę wolnej przestrzeni. Konstrukcja plecaka nie pozwala na jego rozbudowanie, kieszenie boczne pochłaniają bowiem przestrzeń do wewnątrz. Ma to swoje wady: gdy jesteś zapakowany pod kurek i na miejscu jeszcze dokupujesz jakieś rzeczy typu woda i przekąski, nie możesz ich po prostu dorzucić. Przypomnę jednak o zalecie przewodniej - po prostu wiesz że nie przekroczysz wymaganych wymiarów małego bagażu kabinowego Wizz Air :-) 

Co ciekawe, po kilku próbach odniosłem wrażenie, że w komorze plecaka musi być zamontowana jakaś niewielkich rozmiarów czarna dziura. Pomimo swojej skromnej przestrzeni jest on bowiem niezwykle pakowny. W trakcie wyjazdu do Norwegii zmieściłem w nim materac, śpiwór, kosmetyczkę, półlitrowy kubek z mobilną kuchenką, wyżywienie, ręcznik, ciepłe ciuchy do noclegu w plenerze i zostało w nim jeszcze nieco wolnej przestrzeni. Bez większego problemu w takie plecaki spakowaliśmy się też na pięciodniowy wypad do Bośni i Hercegowiny, przenosząc w nich oczywiście część wyżywienia (trekking w ramach całodniowej przesiadki w Szwecji), materace, ciuchy, kosmetyczki itp. Kilka dni temu przeprowadziłem też hipotetyczny stress test. W plecaku zmieściłem bowiem najtańszy dwuosobowy namiot z Decathlona, śpiwór (+ przeciwdeszczowy ochraniacz na niego), dwa materace, ręcznik i kosmetyczkę. Podróżując w parze, drugi taki plecak musi pomieścić już tylko drugi śpiwór, ręcznik, ciuchy i wyżywienie. Pozwala to postawić śmiałą teorię, że w taki sposób da się polecieć na czterodniowy wypad w dzicz. Wprawdzie stelaż od namiotu, mimo włożenia po skosie, wystaje poza limit Wizza o jakieś 4 centymetry, jednak problemy na lotnisku z powodu takiego przekroczenia musiałyby być efektem wyjątkowego pecha. Zresztą, gdy akurat zauważamy wyjątkową nadgorliwość pracowników lotniskowych, wystarczy ten stelaż po prostu wyjąć i na czas przechodzenia przez bramkę trzymać gdzieś ukryty :-)

Porównanie wielkości plecaka Wanabee Hike 30 i najtańszego namiotu z Decathlona

Rzeczy na biwakowanie, które zaraz znajdą się w środku plecaka

Skośne ułożenie stelaża namiotu

Plecak Wanabee Hike 30 spakowany na biwakowanie

Jedyne do czego ciężko mi było przywyknąć w Hike 30, to konieczność zwiększonej uwagi podczas jego pakowania. Najpierw trzeba bowiem ogarnąć kieszenie boczne (przypominam: zajmują przestrzeń do wewnątrz plecaka). Pakując główną komorę trzeba ciągle mieć na uwadze równomierne wypełnienie każdej jej części. Dość szybko bowiem okazuje się, że gdzieś po drodze pojawiają się dziury powietrza, które sprzyjają lekkiemu deformowaniu konstrukcji (dyskomfort w noszeniu), oraz są po prostu marnotrawstwem dostępnych zasobów. Odrobina uwagi pozwala jednak na dokonywanie czarnodziurowych cudów o jakich pisałem wyżej :-)

W trakcie pakowania warto również mieć na uwadze fakt, że plecak Wanabee nie posiada żadnego metalowego stelaża na plecach. Dzięki zamiennemu zastosowaniu pewnego rodzaju giętkiej płachty utwardzającej tylną część, plecak sam w sobie jest dość lekki. Z drugiej jednak strony bezmyślne upychanie komory głównej sprzyja powstawaniu tzw. efektu tuby.

Dodatkowo wspomnę, że plecak jest sprzedawany bez żadnego pokrowca przeciwdeszczowego. Spokojnie jednak mieści się w moją Quechuę o pojemności 35 - 50 litrów. Przy dość dokładnym spięciu pokrowca, pozostała przestrzeń może być wykorzystana do przenoszenia dodatkowych drobnych pakunków, do których będzie trzeba mieć w miarę częsty dostęp, np. butelkę z płynami.

* Na koniec opisu muszę Wam wspomnieć o jednej bardzo ważnej uwadze. Otóż idealne dopasowanie do koszyka Wizz Air wcale nie oznacza, że taka sytuacja będzie miała miejsce na każdym lotnisku. Sieć internetowa od wielu lat zapełnia się bowiem wpisami, że niektóre wzorniki są nawet 3 centymetry mniejsze niż limity wskazane przez linię. Pierwszy eksperyment Doroty wskazujący idealne dopasowanie miał miejsce we Wrocławiu. Na Okęciu okazało się jednak, że plecak jest nieco za wysoki, chociaż był zapakowany mniej więcej tak samo. Na szczęście wspomniany brak metalowego stelaża w plecaku, umożliwia lekkie zgięcie jego górnej części w taki sposób, aby nie wystawała ona poza koszyk. Dlatego też polecam wstrzemięźliwość w tzw. pakowaniu się pod kurek. Gdy jednak nie jesteście w stanie nieco ograniczyć liczby swoich rzeczy, polecam praktykowany od lat patent pasa, lub jak kto woli - nerki. Z moim, również dość pojemnym, jeżdżę już chyba szósty rok i jeszcze nikt nie zwrócił na niego uwagi podczas boardingu do samolotu.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Goodbye my friend - opis plecaka Campus Logos 45

... Goodbye my friend. You have been the one, you have been the one for me

Brzmi trochę poważnie, chociaż jednocześnie absurdalnie, gdy pozna się kontekst. Na początku wstawiłem trzy kropki, aby odciąć się od tytułowego tekstu piosenki Jamesa Blunta "Goodbye my lover", który generalnie ma się nijak do bohatera dzisiejszego wpisu, ale którą zawsze jakoś wspominam w trakcie pożegnań*

No właśnie rozstań nadszedł czas. Niby nic nadzwyczajnego, ale gdy się zastanowić... Już trochę przez mgłę, ale jednak pamiętam, gdy cieszyłem się z zakupu plecaka przeznaczonego wyłącznie do podróży. Były założenia konieczne do spełnienia, było poszukiwanie i nagle gdzieś przypadkiem w Łodzi udało mi się coś znaleźć. Radocha niesamowita, ponieważ był to pierwszy zakup stricte podróżniczy. Nawet nie wiedziałem że to rodzące się wtedy hobby będzie tak intensywne, długotrwałe i tak mocno wpłynie na moje życie. Mijały bowiem lata, na ściennej mapie kontynentu przybywało pinesek a plecak był ten sam. Zwiedził ze mną kawał świata. Od Spitsbergenu, przez Teneryfę, Maderę, Maroko, Hiszpanię, Włochy, Norwegię, Bałkany, Stambuł, po Mołdawię i Gruzję. Jeździł w podróże, chodził na zakupy, pomagał w przeprowadzkach czy przewożeniu świeżych ziół z działki. Ba, przez te lata w podróży był wierniejszym kompanem niż dziewczyna. Nawet w przypadku Doroty, bo owszem, widujemy się niemal co weekend, ale do niej do Warszawy jeżdżę nie z nią, a z plecakiem właśnie ;) 

Niestety podróżowanie wpływa na wymęczenie organizmu. Jeszcze siedem lat temu - rzućcie okiem na zdjęcie powyżej - mój plecak był nowiuśki, czyściuśki i pachnący. Dziś niestety ma wiele przetarć i brudu zdobytego podczas przejeżdżania w niepoliczalnej ilości Heimannów. Punktem zwrotnym był wyjazd do Mołdawii, w trakcie którego uszkodziłem zamek w górnej kieszeni. Służyła mi ona zawsze jako miejsce przechowywania rzeczy pilnie potrzebnych w trakcie podróży, czyli swego rodzaju niezbędnik.

Poszukiwania nowego plecaka nie trwały długo. Nie ukrywam, od pewnego momentu rozglądałem się za nowym towarzyszem podróży i od września miałem swojego kandydata. W trakcie jednej z wizyt w Decathlonie znalazłem bowiem cudo techniki z milionami zapięć, kieszonek i sznureczków, które rozwiązywało niemal wszystkie moje dotychczasowe bolączki i dodatkowo było w bardzo akceptowalnej cenie. Pewnie kiedyś je opiszę, ale potrzebuję jeszcze nieco czasu na testy. Teraz oddam honory, opisując siedem lat wspólnych przygód i doświadczeń.

Przesiadka z plecaka szkolnego na Logos 45 firmy Campus była niczym przeskok o jedną klasę jakości. Nie ma co się dziwić - większa przestrzeń, zaprojektowanie pod większe ciężary, co oznaczało zastosowanie innych materiałów i rozwiązań pozwalających np. na lepsze rozłożenie masy itp. Pamiętam, że byłem ogromnie zadowolony z bocznych kieszeni, które w łatwy sposób rozbudowywały się na zewnątrz. Ta kwestia ciągle była dużym plusem, jednak zauważyłem pewien szkopuł. Spinający je zamek był zbyt ciasny. Dlatego gdy przy wypchanej głównej komorze chciałem dodać coś większych rozmiarów - np. wypełnioną na dwutygodniowy wyjazd kosmetyczkę, lub półtoralitrową butelkę wody - włożenie jej przez ten ciasny przesmyk było nie lada wyzwaniem. Z pozostałych kieszeni, bardzo ceniłem mały schowek na spodzie. W sposób domyślny, służył on do przechowywania ochraniacza przeciwdeszczowego. Ja jednak chowałem tam paszport, dokumenty, walutę kraju w którym aktualnie nie przebywałem i inne cenne rzeczy, do których nie potrzebowałem mieć ciągłego dostępu. Lubiłem również znajdującą się w komorze głównej cienką przestrzeń na dokumenty, w której zawsze lądowały karty pokładowe, gazety i zabierane do domu materiały promocyjne odwiedzanych regionów. Zawsze chętnie też korzystałem z małych kieszonek w pasie biodrowym. Ot, jako drobny portfel na mniejszy telefon lub dokumenty przechowywane w trakcie procedur lotniskowych. Genialnym rozwiązaniem był natomiast dodawany portfelik z przezroczystą ścianką główną. Wytrzymałość materiału i idealne rozmiary sprawiają, że do dziś służy mi do przechowywania kart bankomatowych, dowodu, pieniędzy i rachunków za aktualne zakupy. Rola ta jest mu przypisana przy każdej okazji wymagającej posiadania cieńszej wersji portfela. Warto również wspomnieć o jego zaczepie, który przypomina wspinaczkowy karabinek. Przypięcie go do szlufki w pasie sprawia, że jest on piekielnie ciężki do wyrwania w trakcie kradzieży kieszonkowej.

Plecak Campus Logos 45 - schowek dolny i kieszeń na pasie biodrowym

Kieszeń na dokumenty w komorze głównej plecaka

Portfelik dołączany do plecaka Campus Logos 45

Kolejnym świetnym rozwiązaniem projektowym była możliwość podziału komory głównej na dwie części. Wystarczyło tylko pociągnąć za sznurek. Dostęp do górnej połowy miałem przez górną klapę, do dolnej natomiast przez dolny zamek. Dzięki temu zwyczajowo separowałem np. kosmetyczkę, materac, klapki i inne rzeczy związane głównie z noclegiem, od pozostałych ciuchów, wyżywienia itp. Jest to logiczne rozwiązanie, ponieważ gdybym będąc w drodze musiał wyjąć coś z dołu ciasno upakowanego plecaka, z pewnością byłoby to obarczone solidną dawką rzęsistych przekleństw ;)

Otwarta dolna i górna komora plecaka Campus Logos 45. Podział komór za pomocą sznurka.

Przy okazji większych ciężarów i ciasnego opakowania warto poruszyć sprawę wytrzymałości materiału. Otóż dolny zamek, na który kierowane były największe obciążenia, wytrzymał bez żadnych problemów. Podobnie sprawa wygląda z materiałem - oprócz kilku obtarć na gąbkach, nie zanotowałem żadnych naderwań, zerwanych nitek, czy niewytrzymujących szwów. Testy obciążeniowe dotyczyły krótkotrwałych ciężarów do 30 kilogramów - transport książek podczas przeprowadzki ;) Problemem były jedynie, wspomniane na początku wpisu, znajdujące się w kieszeniach bocznych, mniejsze zamki błyskawiczne. To ciekawe, ponieważ nie były one poddawane jakimś wielkim obciążeniom. Jak jednak podejrzewam, przyczyną ich uszkodzeń były prawdopodobnie częstotliwość korzystania i mój dość dynamiczny sposób zamykania/otwierania.

Uszkodzony po wielu latach używania (brud na białym materiale) zamek przy kieszeni bocznej i linka na bluzę

Niestety dość słabo zaprojektowano w plecaku kwestię wentylacji. Przylegał on bowiem dość ściśle do pleców, co wpływało na wygodę noszenia większych ciężarów w trakcie dynamicznego marszu (np. po wulkanie na Teneryfie), jednak powodowało również efekt ciągle mokrych pleców. Dalszym tego skutkiem było zużycie gąbki wyściełającej część tylną, oraz wewnętrzną część pasów na ramiona. Szczerze, jakoś mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę hektolitry potu, jakie się przez nie przetoczyły ;) Niezrozumiały dla mnie był również projekt górnej kieszeni (na klapie od komory głównej). Chowałem w niej zazwyczaj rzeczy techniczno-elektroniczne: powerbank, kable do ładowarek, przejściówki czy duży obiektyw do aparatu. Niestety kieszeń ta zawsze jakoś nieestetycznie zwisała, niezależnie jak bym starał się regulować jej położenie dostępnymi linkami.

Jeszcze nowy Campus Logos 45 na plecach - widok z boku

Jeśli już przy pasie na ramiona jestem, warto również wspomnieć ilość regulacji tychże. Opierają się one bowiem na szeregu różnych linek, dzięki czemu mogę sterować zarówno wysokością plecaka w stosunku do pleców, jak też odpowiednio profilować pasy pod kształt barku. Dzięki dodatkowym regulacjom na dole - dotyczy to zarówno pasów na ramiona, spinającej je linki piersiowej i pasa na biodra, plecak bardzo fajnie sprawdzał się również jako samolotowy bagaż nadawany. Pas biodrowy przedłużałem bowiem i zapinałem na zewnętrznej części plecaka. Pasy na ramiona również wydłużałem, a następnie ciasno wiązałem linką piersiową i własnymi paskami regulacyjnymi. W ten sposób tworzyło się naturalne miejsce na przyklejenie naklejki bagażowej, jak też jasno dawałem znać pracownikom handlingu za co mają łapać. Fotki tego sposobu zamieszczę przy okazji opisu nowego plecaka.

Zewnętrzną część plecaka owijałem natomiast przeciwdeszczowym ochraniaczem, który dość ciasno ściągałem przy pomocy sznurka. Ważna podpowiedź, sznurek ten należy owinąć, lub wręcz przywiązać do uchwytu w górnej części plecaka. Tajemnicą poliszynela bowiem jest delikatność z jaką z naszymi bagażami obchodzi się handling. Zakładam więc, że podczas przesiadki w Genewie lub Monachium, któryś z pracowników po prostu próbował podnieść mój plecak za ochraniacz przeciwdeszczowy i po prostu go zdjął. Przy wspomnianym przeze mnie zawiązaniu sznurka, materiał taki być może się zsunie, ale nadal będzie przyczepiony do plecaka :-)

Podsumowując, wydaje mi się, że siedem lat można uznać za dość miarodajny okres testowania. Po tym czasie nadal jestem zadowolony z zakupu. Trochę to przez sentyment, ale jednocześnie muszę zaznaczyć, że w trakcie używania kilkukrotnie pomyślałem, że ciężko jest znaleźć jakieś istotniejsze błędy konstrukcyjne. To samo tyczy się wytrzymałości materiału. Z lekką satysfakcją przyjąłem więc uszkodzenie drugiego zamka. Gdyby bowiem nie to, nie byłoby triggera do zmiany. Czyli nadal narzekałbym na lekki ból ramion (vide zwichrowana potem gąbka na pasach) oraz potrzebę ciągłego nakładania ochraniacza przeciwdeszczowego, aby nie pokazywać brudu, jakim przez lata pokrywał się mój stary plecak.

Trochę żałuję że producent, firma Campus, już od kilku lat nie jest obecna na rynku**. Z pewnością byłaby to jedna z pierwszych marek jakie brałbym pod uwagę przy wyborze nowego plecaka. Oczywiście nadal sporą konkurencją byłaby tańsza alternatywa sieci z markami własnymi. Wybór nowego plecaka był bowiem grą gorszej jakości materiału w zamian za dużo więcej ficzerów i zaoszczędzonych około 200 złotych, w porównaniu do oferty w tradycyjnych sklepach turystycznych. Ale to już wątek na inny temat, który - jak wspomniałem wcześniej - postaram się poruszyć po kilku niezbędnych testach.

* Oczywiście na kpinę zakrawa fakt łączenia piosenki brytyjskiego kochasia z recenzją plecaka, ale co mi tam. Pierwszy album Jamesa Blunta wywołał na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Tym bardziej, że przez lata koncentrowałem się na alternatywnych formach dźwiękowych i niezależnych artystach, buzując raczej hejtem do rynkowego traktowania sztuki muzycznej - czyt. sceny pop. Jednak kilka niesztampowych rozwiązań w budowaniu klimatu piosenek, oraz mimo wszystko wpadające w pamięć teksty (kolejny mój absurd, ponieważ dotychczas koncentrowałem się na muzyce niewokalnej) spowodowały, że album pamiętam do dziś. Swoją drogą, pierwszy singlowy hit - You're beautiful - usłyszałem kilka miesięcy przed jego panowaniem na polskich listach przebojów, podczas pierwszego zagranicznego wyjazdu, akurat związanego z pracą w angielskim Brighton :-)

** Po dalszym researchu okazało się jednak, że firma Campus istnieje. Wprawdzie miała różnego rodzaju przygody finansowe, jednak w chwili obecnej posiada kilkanaście punktów sprzedażowych w całym kraju.

wtorek, 26 lipca 2016

Rzecz o usability po raz kolejny

Jest pewna niezmienna zasada, która powinna przyświecać projektantom dobrych witryn, lub aplikacji internetowych. Im coś prostsze, tym więcej klientów przyciągnie, a im coś bardziej przejrzyste, tym prostsze. Niby banał, jednak praktycznie w każdej pracy spotykałem się z sytuacjami, że ta prostota i transparencja z różnych powodów były gubione. Niestety, od klątwy tej nie udaje się uciec również liniom lotniczym. Może to dotyczyć rzeczy pierdołowatych, jak opisywana kilka lat temu nieczytelna mapa połączeń easyJet. Może jednak oznaczać też totalny fakap, jak podniesiony niedawno alarm, że w Ryanair kupuje się bilety na niewłaściwy dzień. Wprawdzie po późniejszych testach okazało się, że błąd ten występował na określonej wersji przeglądarki, być może z zainstalowanymi wtyczkami deweloperskimi, co jednak nie zmienia faktu, że u pewnej części użytkowników występował. Dziś opiszę Wam sytuację prawdziwą, dotyczącą konkurenta Francy - Wizz Air.

Niedzielne południe w Krakowie. Na dworze pada i leje i leje i pada.... Siedzimy w kawiarni już drugą godzinę. Poszedłem na chwilę do toalety. Gdy wróciłem, Dorota ze wzrokiem wlepionym w telefon emanowała kurwikami. No tak, coś znalazła ;) Patrzę, Warszawa - Kutaisi na grudzień. Do cudnej ceny dochodzi wylot późnym wieczorem w piątek i powrót we środę rano. Czyli dwa dni urlopowe, cztery doby na miejscu, trzy noce w hotelu, a powrót idealnie na prysznic w domu i hopkę do pracy. Trochę to dziwne, mówi Dorota, bo w sezonie zimowym Wizz miał latać na tej trasie tylko raz w tygodniu. Cóż, może uzupełniają rozkład, dodali nowe rotacje, nałożyli nową siatkę cen i mamy okazję. Zaznaczam więc wylot, przylot, wpisuję nasze dane, przechodzę przez miliardy opcji tzw. dodatkowych usług, aby dotrzeć do płatności. Od momentu kliknięcia na daty - wybrane jako 02. grudzień i 07. grudzień - na dole ekranu pojawił się zwinięty pasek z ceną końcową. Fajny ficzer, pokazuje czy aby na pewno nie zaznaczyłem któreś z tych dodatkowych usług i przede wszystkim ile ostatecznie będzie mnie kosztować lot. Coś mnie jednak podkusiło, aby w ostatnim kroku - tuż przed zatwierdzeniem płatności - przesunąć ten pasek do góry. Wtem moim oczom pokazał się pełen plan podróży a tam... że zamiast na przedłużony weekend, funduję sobie wyjazd na tydzień. WTF?

Wybór daty lotu na 02-07.12.2016
Wskazanie dostępnych rejsów, jak by odbywały się w wybrane dni
Odklikiwanie tzw. usług dodatkowych
Podsumowanie zakupu

Sytuacja ta jest ewidentnym fakapem Wizz Air dotyczącym rzadko uczęszczanych tras. Otóż, jak być może pamiętacie z desktopowej wersji strony, po wpisaniu daty i trasy, system zwraca rejsy na wskazany dzień i jemu okoliczne. Niemniej w wersji normalnej widnieje tabelka, która jasno komunikuje, że we środę 07. grudnia nie ma lotów, a najbliższy zaplanowany jest na 10. grudnia. Niestety, w wersji mobilnej zadbano tylko o to, aby wyświetlić datę na którą się wyszukuje, bez informacji jakiego dnia dotyczy wyświetlany rejs. Podsumowanie przedstawione w ostatnim z serii powyższych zrzutów ekranu wyświetla się natomiast dopiero po próbie przesunięcia paska w górę. Czyli dopiero po wykonaniu przez klienta jakiegoś działania.

Próba kupna biletu na niewłaściwy termin - desktopowa wersja strony Wizz Air

Szczerze, wygląda mi to na ewidentny fakap ze strony projektującego wersję mobilną strony. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak taki bubel przeszedł przez akceptację testera aplikacji. Nawet jeśli bowiem zatrudniają na pół etatu dokształcającego się studenta, który nie ma zielonego pojęcia czym jest internet i samoloty, to taki błąd powinien być wykryty w pierwszym dniu testów. Linie lotnicze, powinny dbać o wizerunek marki, ponieważ obracają się w biznesie uznawanym za coś skomplikowanego, wymagającego precyzji i bezpieczeństwa pod każdym względem. Dla większości pasażerów, latanie jest bowiem wciąż stanem nienaturalnym, w trakcie którego oddają swoje życie w ręce innych osób. Jak więc taka linia ma uchodzić za bezpieczną, jeśli nie jest w stanie zapewnić sprawnie działającego podstawowego kanału swojej sprzedaży? Oczywiście witryna internetowa a bezpieczeństwo i jakość parku maszyn to dwie niepołączone ze sobą sprawy. Jednak podejrzewam że wiele osób mimo wszystko łączy bezpieczeństwo operacji lotniczej z jakością strony internetowej. Poziom specjalistycznej wiedzy współpasażerów wielokrotnie słyszałem bowiem na pokładach, przy tekstach pokroju ale lecimy starym gratem - bo samolot ma wytarte fotele, brudne okna, zużyty dywanik w przejściu lub tzw. przetarty nos (w wyniku być może bird strike-a nastąpiło uszkodzenie osłony instrumentów pokładowych na dziobie samolotu, a wstawiona nowa jest jeszcze w białym kolorze, zamiast w barwach linii). Oczywiście wszystkie takie niedociągnięcia są kwestią wizerunkową przewoźnika, która mnie raczej nie obchodzi. Bardziej ciekawi mnie statystyka dramatów, tzn. ile osób po zakupie nie analizuje danych w mailowym potwierdzeniu rezerwacji i później stawia się na lotnisku zupełnie innego dnia, niż zaplanowano dany rejs?

wtorek, 19 lipca 2016

Gdzień pomiędzy - Mołdawia - podsumowanie

Pod koniec naszego tygodniowego pobytu zacząłem się zastanawiać - dla jakiego podróżnego jest ten kraj? W międzyczasie słyszeliśmy bowiem różne opinie. Znajomy z pracy Mołdawię wspominał dobrze, ale to raczej z powodu klimatów wypadu motorowego. W internecie najczęściej można wyczytać informacje, że na kraj należy poświęcić cztery dni - każdy więcej jest w zasadzie zmarnowany. Jak więc widać, opinie mieszane.

Według mnie, Mołdawia jest propozycją raczej dla doświadczonych podróżników. Osób, które mają za sobą zaliczone najważniejsze punkty kontynentu i teraz po prostu zapełniają mapę odwiedzonych miejsc, lotnisk, odbytych tras. Ponieważ rzeczywiście jest tu niewiele do zaoferowania, warto w trakcie wizyty poeksperymentować. Przykładowo bardzo podobał mi się tupting po prowincji z nocowaniem na dziko pod namiotem. Owszem, podobny klimat i radochę można znaleźć prawdopodobnie w każdym innym kraju, jednak co stoi na przeszkodzie aby nie połączyć tego właśnie z wypadem do Mołdawii?

Niektórzy wybierają podróż w te rejony kontynentu, aby poczuć siermiężność sowieckich klimatów lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku. Szczerze, nie widziałem tego nawet w Naddniestrzu, po którym oczekiwałem największego stężenia takiego właśnie klimatu. Owszem, główne ulice miasta noszą nazwy Lenina lub 25.października, w samej fladze regionu oficjalnie zaczęto używać symboliki sierpa i młota. Jednak potrzeba wizualnej atrakcyjności regionu zatarła specyficzny smrodek dawnej epoki, tworząc nową, opartą na szeroko opisywanej w jednym z poprzednich wpisów propagandzie. Przeżycie tego jest właśnie najciekawszym aspektem turystycznym Naddniestrza. Sama Mołdawia, a dokładniej Kiszyniów, to bardziej nasze lata dziewięćdziesiąte. Taka mieszanka zaczynającej kształtować się wolności i wynikających z tego zmian społecznych. Czyli dużo do zrobienia, ale przy niewielkich możliwościach finansowych. Są pierwsze banki (notabene zabawna sytuacja - do każdego z nich jest zakaz wchodzenia z bronią), bez problemu można kupić wszystkie towary pierwszej potrzeby, tylko że większość handlu odbywa się jeszcze na targach i placach handlowych. Nie ma problemu z poruszaniem się po kraju, ale odbywa się to za pomocą zdezelowanych marszrut. W przypadkach skrajnych, w takim Transicie przebywa 30+ osób - po trzy osoby na siedzeniu i dzieci na kolanach, plus ścisk wśród stojących. Na własnych oczach widzieliśmy, jak w wysiadanie dziewczyny z końca pojazdu zaangażowanych była połowa współpasażerów. Na kolana wziąłem torbę jednego faceta, aby ten mógł się nieco ruszyć umożliwiając jej wstanie z siedzenia. Bagaż wynoszony był ze współudziałem ośmiu osób, a dodatkowe sześć musiało na chwilę wyjść z busika aby w ogóle można było myśleć o wyjściu tej jedynej ;)


Takie rzeczy budują właśnie specyficzny charakter Mołdawii. Kraju, wydaje się, radosnego i otwartego na każdego. Zwłaszcza, że ruch turystyczny jest w nim na etapie raczkowania. Przynajmniej tak podejrzewamy, ponieważ na miejscu powszechnie obowiązującym językiem jest (obarczony nierozpoznawalnym przez nas lokalnym dialektem) rumuński i rosyjski. Większość turystów zwiedzających Mołdawię to podobno Rumuni, Ukraińcy, Rosjanie i Bułgarzy. W naturalny sposób są więc oni przez nas niezauważani. W ciągu naszego tygodniowego pobytu w sposób świadomy rozpoznaliśmy jedynie sześć grup turystów - trzy z Polski, jednego z Holendra i dwie z Wielkiej Brytanii.

Co ciekawe, w Mołdawii bardzo lubią i podziwiają polaków. Opinia to tym bardziej realna, że sporo osób ma jakieś doświadczenie z pracą u nas. Trochę to przerażające dla ludzi mojego pokolenia, które w pewnym momencie nie widziało przyszłości w naszym kraju i zdecydowała się na wakacyjne, lub nawet dłuższe epizody związane z pracą na zachodzie Europy. Ale nie ukrywajmy tego, Mołdawia jest krajem biednym, który z większymi problemami i wolniej, jednak cały czas goni średnią kontynentalną. Ma swoje dążenia, potrzeby i problemy. Ciągnie ją na zachód, czy to poprzez integrację z NATO/UE czy z Rumunią. Niemniej bardzo mocno w tym wszystkim przeszkadza blok rosyjski a i nawet najbliższy im sąsiad - Rumunia - traktuje Mołdawię jako biedniejszego, prowincjonalnego kuzyna, bliskie kontakty z którym mogą przysporzyć pewnych problemów. Tych niestety jest co niemiara, od militarnego zagrożenia ze strony Rosji i Naddniestrza (skuteczny bloker dla integracji z paktem północnoatlantyckim), po trwające już bodaj ponad rok protesty społeczne - pod parlamentem i siedzibą rządu w Kiszyniowie wciąż znajdują się miasteczka namiotowe. Przyczynkiem do nich było tajemnicze wyparowanie z systemu bankowego ponad miliarda dolarów - niemal trzeciej części wszystkich aktywów bankowych w tym kraju. Skala i zaskoczenie jakie wywołała ta defraudacja świadczą o niedojrzałości struktur organizacyjnych państwa. Tylko pytanie czy w naszym kraju na początku lat dziewięćdziesiątych było inaczej? Pomimo tego, Mołdawia potwierdziła nieco dziwną teorię, że im kraj biedniejszy, tym w sprawach bardziej przyziemnych - na swój sposób - bezpieczniejszy. Oczywiście nie będę tutaj koloryzował, że cały czas chodziłem z wystającymi z kieszeni plikami banknotów i nie napotkałem się z żadną próbą rabunku czy innej formy przestępstwa. Wspomnę tylko, że przy zachowaniu choćby najbardziej podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie czułem żadnego zagrożenia. Dotyczy to zarówno miejsc publicznych za dnia, jak też zwyczajowo dość opustoszałego centrum Kiszyniowa po zmroku.



Offtopowo jeszcze dodam, że Polska oprócz przytrafiających się grup turystów jest również obecna na lokalnym rynku. Przykładowo były pracodawca mojej koleżanki ze studiów - Red Sky - to firma stworzona w Szczecinie, posiadająca główne biuro we Wrocławiu, najwięcej zarabiająca na rynku w Stanach Zjednoczonych, oraz posiadająca dodatkowy oddział w Kiszyniowie właśnie. Oprócz tego co chwilę widywaliśmy logotypy innych naszych marek - zwłaszcza budowlanych. Dodatkowo kilkukrotnie w sklepach widzieliśmy czekolady Wedla (chociaż tamtejszy rynek słodyczy jest według Doroty jeszcze niedojrzały), czy np. serki Mlekovity z polskimi etykietami.

Szkoda tylko że poziom zarobków jest w Mołdawii dużo mniejszy niż u nas. Poziom cen natomiast - to już różnie. Jeśli chodzi o transport - zwłaszcza marszrutki - jest tanio, nawet bardzo. Wytelepanie z lotniska do centrum Kiszyniowa to 3 Leje od osoby - jakieś 60 groszy. Niecałe 5 złotych kosztował 55.kilometrowy odcinek z centrum do wioski Trebujeni. Bardziej zbliżone do naszych są natomiast ceny wyżywienia - zarówno tego codziennego (pieczywo, warzywa, owoce), jak też w knajpach. Co ciekawe, czasami nie warto kombinować z walutą. W sklepach płaciłem swoją kartą kredytową rozliczaną w złotówkach, Dorota natomiast ze swojej bankowej karty podpiętej pod konto w Euro wypłaciła pewną sumę gotówki. Gdy podliczyliśmy nasze wydatki wyszło, że płatności moją kartą miały nieznacznie lepszy przelicznik - na poziomie 2%.

środa, 13 lipca 2016

Gdzieś pomiędzy - Mołdawia - na rowerach do winnicy

Być w Mołdawii i nie odwiedzić winnicy, to jak nie zobaczyć Wieży Eiffle-a w Paryżu, Big Bena w Londynie, czy Sagrada Familia w Barcelonie. Głównym towarem eksportowym tego niewielkiego kraju jest bowiem właśnie wino. To tutaj znajduje się największa na świecie piwnica w której składowane są kolejne roczniki lokalnych wyrobów. 130 kilometrów wykutych w skale korytarzy po których należy poruszać się samochodami, ulice o nazwach gatunków przechowywanych win, których łączna ilość zamyka się w 30 milionów litrów - te liczby mówią same za siebie.

Niestety, w trakcie naszego wyjazdu znów problematycznym okazał się być jego termin. Odwiedzając kraj pomiędzy świętami wielkiej nocy i czymś w rodzaju lokalnego święta zmarłych nie było szans, aby dostać się do dwóch największych winnic kraju - Cricovej i Mileștii Mici. W zamian udało nam się odwiedzić nieodległą od Kiszyniowa Chateau Cojuşna. Ku przestrodze tylko dodam, że wizyta w winiarniach nie jest taka prosta, jak by to się mogło wydawać. Wymagane jest bowiem dokonanie wcześniejszej internetowej rezerwacji (niestety nie każdy termin jest dostępny) i jest to zaskakująco drogie, jak na Mołdawię. W naszym przypadku wstęp kosztował €20 + 85 Lei - jakieś 52 złote na osobę. W cenie tej mieliśmy profesjonalne oprowadzenie po całej winiarni, włącznie z halami produkcyjnymi, miejscem przechowywania pracującego i leżakującego wina, piwnicami, salą konferencyjną i wieżą z widokami na okolice. Warto zadawać pytania, w trakcie opowiadania czuć bowiem sporo satysfakcji wyrażanej w bardzo dobrej jakości języku angielskim. Ciekawostką tutejszej winiarni jest rozbudowa o bazę noclegową, która w niedalekiej przyszłości będzie udostępniana turystom. Owszem, do regionu La Rioja (opisywane w przewodniku po Kraju Basków) jeszcze Mołdawii daleko, zwłaszcza w kontekście okolicznej infrastruktury drogowej i rozrywkowej, jednak myślę że może to być ciekawa propozycja dla turystów szukających dobrego smaku i ucieczki od zgiełku. Na koniec ponad godzinnej wycieczki zostaliśmy obdarowani po butelce wina marki Umbrella. Jeśli podróżujecie samolotem i chcecie zabrać ze sobą trochę tego trunku, z zakupami poczekajcie więc do ostatniego dnia. Liczba możliwego do wywiezienia alkoholu jest bowiem ograniczona :-)



Jako że Cojuşna znajduje się w niewielkiej odległości od Kiszyniowa, drogę postanowiliśmy pokonać na rowerach. Wypożyczyliśmy je w Velopoint, znajdującym się niedaleko Muzeum Etnograficznego i Historii Naturalnej. W cenie 500 Lejów (około 50 złotych na osobę) dostaliśmy na 24 godziny dwa stosunkowo nowe rowery górskie, z zapięciami, lampkami, kaskami, koszykiem, zestawem naprawczym, pompką itp. Obsługa spokojnie władała językiem angielskim i była całkiem pomocna w trakcie planowania trasy. Tylko nie wkręcajcie się w pobranie/zwrócenie roweru równo w godzinę otwarcia punktu. Na miejsce przybyliśmy jakieś 15 minut po tym czasie, następnie zjedliśmy po burce, w okolicznym markecie zaopatrzyliśmy się w zestaw win jakie mieliśmy zabrać do Polski a potem jeszcze poczekaliśmy z 15 minut. Dopiero wtedy ktoś się zjawił na miejscu i otworzył ten punkcik:-)

W ciągu jednego dnia pokonaliśmy dość różnorodne 70 kilometrów. Był bowiem czas na lenistwo przy jeziorze Ghidighici. Niestety jest to miejsce dość dzikie i trzeba się nieco naszukać aby dostać nad brzeg (przydadzą się tutaj pobrane zdjęcia satelitarne okolic). Do tego raczej nie nadaje się ono do pływania, chyba że jakimś kajakiem, łódką, czy czymś podobnym, co chyba - ale to jest bardzo mocne przypuszczenie z mojej strony - można wypożyczyć gdzieś na miejscu. Niestety mieliśmy też odcinek drogowy wzdłuż trasy R1. Owszem, co jakiś czas było pobocze, czasami nawet dość szerokie, jednak warto mieć w pamięci, że kierowcy w Mołdawii lubią kozaczyć. Mieliśmy też okazję zwiedzić okoliczne wioski i prowincjonalne klimaty przedmieść Kiszyniowa. Oczywiście trochę lepiej sytuowane finansowo niż te opisywane przy okazji dwudniowego tuptingu, dlatego też mniej prawdziwe, kolorowe czy też trochę pozbawione takiego sympatycznego charakteru. Co jednak mnie zaskoczyło, to bardzo mocne przywiązanie Mołdawian do ziemi. Jakkolwiek, przez charakter centrum Kiszyniowa, w którym nawet kilkaset metrów od głównej ulicy zabudową dominującą są parterowe budynki z dużymi podwórkami, byłem w stanie zrozumieć nieco rolniczy charakter przedmieść, tak totalnie zaskoczyła mnie pewna scenka na południu miasta. Przejeżdżaliśmy bowiem obok dzisiejszej deweloperki - zwykłe czteropiętrowe budynki mieszkalne jakich ostatnio mnóstwo powstaje np. w Polsce. Naturalnym jest, że zieleń przy takich blokach przeznaczona jest na plac zabaw, ławki, w najgorszym wypadku na parking. Spodziewam się, że na taki deweloperski standard, w bądź co bądź biednej Mołdawii, mogą sobie pozwolić tylko ludzie młodzi, lepiej usytuowani, z tej bogatszej i bardziej wyedukowanej części społeczeństwa. Jednak mimo to, wspomniana wcześniej zieleń pod blokiem jest wydzielona siatką za którą uprawiane są warzywa czy inna zielenina. Ok, no pamiętam że za czasów dzieciaka też spotykałem takie widoki w jakiś mniejszych miasteczkach w Polsce. Ale już nie teraz :-)



Dość ważną rzeczą o której warto wspomnieć, to mołdawskie drogi. W większości - fatalne. Kierując się przy użyciu map google-a widzieliśmy, że w większości poruszamy się nie po pieszej ścieżce, tylko po drodze nadającej się do jazdy samochodem. I rzeczywiście, samochody normalnie z niej korzystały. Tylko że w najlepszym przypadku mogła to być dziurawa jezdnia. W tym mniej optymistycznym, prowincjonalnym, był to po prostu utwardzony, szeroki pas, jazda po którym widoczna była z odległości kilometra - z powodu wzniecanego kurzu. Z jednej strony fajnie, trochę bardziej dziko, poza cywilizacją. Z drugiej, komfort jazdy po takiej dziurawej drodze zawaloną pasażerami marszrutą z prędkością 50/60 km/h jest raczej wątpliwy ;)


Trzecią ważną rzeczą jest teren po którym będziecie się poruszać. Mołdawia nie ma gór i z tego powodu wydaje się być jako-tako płaska. Ale tylko wydaje. W zasadzie ta część kraju, po której akurat podróżowaliśmy, usłana była bowiem niekończącymi się pagórkami. Wzniesienia nie były wielkie, raptem kilkadziesiąt metrów, czasami nawet niekoniecznie strome. Tylko że są one wszędzie, przez co jazda opiera się w zasadzie albo na podjeździe, albo na zjeździe ;)

Kierowany pamięcią o odwiedzanej winiarni i zdobytej podczas wyjazdu wiedzy o producentach, postanowiłem podczas najbliższych zakupów po powrocie nieco więcej czasu spędzić na stoisku z alkoholami. Akurat mój okoliczny Carrefour posiada całkiem niezły dział z różnorakimi trunkami, gdzie można znaleźć nawet wina z Gruzji, Australii czy Mołdawii właśnie. Pomimo że w ofercie dostępnych było około dziesięciu różnych marek, żadna z nich nie została wyprodukowana w dwóch największych winiarniach - Cricova i Mileștii Mici. Wzbudziło to moje ogromne zaskoczenie, ponieważ wymienieni producenci są niczym wizytówka turystyczna kraju, oraz ich wina są dostępne w praktycznie każdym sklepie. Wygląda jednak na to, że sieci handlowe lub dystrybutorzy celują bardziej w tanich, nieznanych producentów. Szkoda to, ponieważ oszczędności prawdopodobnie są niewielkie - w winiarni dowiedzieliśmy się, że litr średniej jakości handlowego wina sprzedają po około €1,5. Niestety wygląda na to, że klient masowy w Polsce bardziej skusi się na wywieszoną na półce flagę, niż będzie się rozpoznawał w firmach producenckich, czy zauważał różnicę smakową. Przyznam się że w tematyce win ze mną tak właśnie jest ;)