Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2011

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Oujdzie (Wadżdzie, Użdzie)

Oujda, Użda lub Wadżda – pod takimi nazwami kryje się jedno z ważniejszych miast w północno-wschodniej części Maroka. Początki jego historii sięgają X wieku kiedy to w  okolicy zaczęły osiadać plemiona Berberyjskie. Na przełomie lat 80. i 90. zeszłego stulecia miasto zanotowało bardzo intensywny rozwój. Niestety trwał on bardzo krótko i został zatrzymany w wyniku zamknięcia wszystkich lądowych przejść granicznych pomiędzy Marokiem a oddaloną o kilkanaście kilometrów Algierią. Dziś Oujda to cichnące miasto. Wszystko może się jednak zmienić na przestrzeni kilku następnych lat. Głównie za sprawą planów rozbudowy ośrodków turystycznych na wschodnim wybrzeżu Maroka, którego obsługą ruchu lotniczego miałby się zajmować pobliski port lotniczy Oujda.
Galeria własnych zdjęć z wizyty w Oujdzie znajduje się na serwisie Panoramio, pod linkiem Panoramio, Oujda.

Lotnisko

Port lotniczy Angads to w tej chwili jedna z najnowocześniejszych infrastruktur lotniczych w Maroku. W ostatnich latach wybudowano bowiem na nim nowy pas startowy w kierunku północny-zachód/południowy-wschód, terminal, płytę postojową oraz drogę dojazdową z pobliskiej trasy szybkiego ruchu. Gdy w styczniu 2011 roku miałem okazję odwiedzić to lotnisko – na prawie każdym kroku czuć było świeżość i nową jakość. Z infrastrukturą tą wiązane są bowiem spore nadzieje, ale o tym nieco później.

Lotnisko aktualnie znajduje się w siatce kilku przewoźników lotniczych. Loty krajowe i międzynarodowe zapewniają linie arabskie – Air Arabia Maroc (Paryż, Bruksela, Montpellier), Royal Air Maroc (Al-Hoceima, Casablanca oraz Amsterdam, Bruksela, Marsylia i Paryż). Oujda obecna jest również w siatce połączeń linii Transavia (połączenia z lotniskiem Paryż-Orly) i Ryanair (Charleroi i Madryt). Poza tym głównym klientem docelowym lotniska są przewoźnicy czarterowi wykonujący kursy dla biur podróży. Chociaż nie śledzę za bardzo tego rynku to wychwyciłem gdzieś informację, że w roku 2011 zaplanowano połączenia czarterowe do Oujdy z m.in. Katowic i Warszawy.
Formularz wjazdowy, strony 2 i 3
Lotnisko w Oujdzie, jak każde w Maroku, to przede wszystkim wydłużona procedura podczas lądowania i startu. Po wylądowaniu należy bowiem znaleźć specjalne formularze wjazdowe w których trzeba zamieścić takie informacje jak dane osobowe (imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, obywatelstwo, stanowisko pracy), dane dotyczące paszportu, czas, cel i miejsce planowanego pobytu. Zeskanowany przykład takiego formularza zamieszczam obok. Co ciekawe, jeśli nie zna się jeszcze planowanego miejsca pobytu wystarczy wpisać zwrot pokroju „Oujda hotel”. Z wypełnionym formularzem należy zgłosić się do jednego ze stanowisk odprawy paszportowej, gdzie w ciągu około dwóch minut powinniśmy odpowiedzieć na kilka standardowych pytań, po czym otrzymać w paszporcie stosowną pieczątkę i powitanie „welcome to Morocco” :-)
Formularz wjazdowy, strony 1 i 4
Na podobnie wydłużoną procedurę należy się przygotować również podczas odlotu. Nawet bowiem jeśli podróżuje się wyłącznie z bagażem podręcznym, zanim przejdzie się na strefę airside lotniska należy wcześniej zjawić się ze swoją kartą pokładową, paszportem i bagażem przy stanowisku checkin. Tam nasze karty zostaną sprawdzone i zaopatrzone w stosowną pieczątkę. Później należy przedstawić te dokumenty jeszcze raz oficerowi przepuszczającemu do strefy kontroli bezpieczeństwa, jeszcze potem znów procedura z formularzem wyjazdowym (ten sam blankiet i dane co przy wjeździe) i dopiero wtedy można przechodzić w okolice przypisanej do naszego lotu bramki.
Jeszcze tak od strony technicznej – wiza nie jest potrzebna jeśli do Maroka przyjeżdża się w celach turystycznych na łączny okres krótszy niż 90 dni. Warunkiem niezbędnym jest, aby w momencie przyjazdu do Maroka przedstawiany paszport był ważny jeszcze przez minimum pół roku. Niestety nie posiadam żadnych informacji odnośnie procedury wpuszczania do Maroka jeśli w paszporcie widnieje pieczątka Izraela. Do niektórych państw nie uda się bowiem wjechać jeśli podróżny przebywał wcześniej w tamtym kraju.
Tuż po wyjściu ze strefy airside lotniska znajduje się hala z dwiema knajpkami, informacją turystyczną oraz punktami różnych firm. Jest to między innymi poczta państwowa na której nie narażając się na łupieżczy przelicznik (bardzo podobny widzieliśmy w kilku ogólnodostępnych miejscach w Maroku) można wymienić lokalną walutę. Oprócz tego dostępnych jest kilka punktów firm wynajmujących samochody. Niestety procedury trwają tam nieco dłużej niż na dużych lotniskach europejskich a i władając jedynie angielszczyzną załatwienie kilku prostych formalności staje się niemal wyzwaniem. Lokalna informacja turystyczna niestety nie należy do zbyt kompetentnych. Na pytanie czy z lotniska da się dojechać w sposób inny niż taksówką zareagowano bowiem wykrzywioną miną i rozłożonymi rękoma. Ostatecznie nierozstrzygnięte zostało zagadnienie czy reakcja ta wynikała z braku wiedzy na temat opcji transportowych czy jednak z braku znajomości języka angielskiego?
Rzeczywiście, chociaż miasto oddalone jest od lotniska o około 15 kilometrów, to dostać się tam można wyłącznie przy użyciu tzw. grand taxi. Koszt przejazdu w jedną stronę – niezależnie od liczby wiezionych osób – to 150 Dirhamów. Jadąc na lotnisko można skorzystać z autobusów kursujących pomiędzy miastami, które akurat przejeżdżają mieszczącą się niedaleko terminala drogą N2. Z lotniska podobno też tak można, aczkolwiek przy pierwszej wizycie w Maroku woleliśmy skorzystać z droższej, choć niekoniecznie bardziej cywilizowanej formy transportu.

 

Oujda
Oujda to najważniejsze miasto we wschodniej części Maroka. W okresie dynamicznego rozkwitu liczba jego mieszkańców sięgała 700 tysięcy. Obecnie szacuje się że Wadżda liczy około 400 tysięcy mieszkańców. Na pogłębiający się kryzys w tej części Maroka próbuje się zaradzić prowadząc inwestycje mające na celu wzmożenie ruchu turystycznego w rejonie. Duże nadzieje wiąże się z budowanym przy granicy z Algierią ośrodkiem turystycznym Saïdia. Sama Oujda także przechodzi intensywną rewitalizację zabudowy miejskiej. W styczniu 2011 roku widzieliśmy ogrom prac skoncentrowanych przy niemal każdym budynku północnej części Mediny. Prace te są niezbędne ponieważ gdyby nie one, Oujda byłaby smutnym i zaniedbanym miastem o niemal zerowych walorach turystycznych.
Tak też traktowane jest to miasto w większości przewodników turystycznych. Polecane jest bowiem głównie jako jednodniowy punkt postojowy w drodze na wybrzeże lub we wschodnie części marokańskiego Atlasu. W naszym przypadku prawie wszystko co interesujące w Wadżdzie udało się zwiedzić w nieco ponad dzień. Oczywiście punktem głównym jest otoczona pozostałościami murów Medina. Na szczęście nie została ona opanowana przez punkty z kiczowatymi i nikomu niepotrzebnymi pamiątkami jakie znajdują się w miastach o bardziej rozwiniętym ruchu turystycznym. Można więc tam nabyć towary autentycznie wykorzystywane w życiu codziennym. Oczywiście zgodnie z tradycją Souków w północnej afryce, również tutaj znajduje się miejsce przerażające ludzi o słabych nerwach. Mam tutaj na myśli część rzeźniczą w której z pominięciem choćby standardów Europejskich dotyczących higieny produkcji, na ulicy sprzedaje się wszelkie mięsa i wyroby pochodzenia zwierzęcego. Miejsce trąci lekko dreszczowcem, ponieważ normalnym widokiem są tam leżące za ladą móżdżki, ozory czy też prowadzona na widoku publicznym procedura łupania czaszki kozy celem dostania się do jej wewnętrznych „dóbr”. Potrafi się to śnić po nocach, ale faktem jest że widoków takich w miejscu publicznym w Europie raczej się nie zobaczy.
Poza Mediną w Oujdzie warto znaleźć się we wszelkich miejscach publicznych, które niedawno przeszły proces rewitalizacji. Przykładowo mogą to być place Place du 16 Aout, Place 9 Juillet, plac przy Bramie Bab al Gharbi czy Place de Jeddah. Ten pierwszy stanowi północno-zachodnią bramę do Mediny z widokiem na znajdujące się obok wieże zegarową i minaret. Tuż obok jest dużo kawiarni jak też na rogu z Bulwarem Mohammeda V lokalna informacja turystyczna. Place 9 Juillet to dużych rozmiarów skwer przy którym znajduje się nowy meczet, oraz zbudowana za czasów protektoratu francuskiego katedra św. Ludwika. Chociaż budynek nie pełni już funkcji sakralnych (jest aktualnie salą widowiskową), jest to jeden z nielicznych w Maroku przykładów obecności Chrześcijańskiej. Ciekawostką są gniazda bocianów znajdujące się zarówno na wieży kościoła jak też minaretu. Przyjemny widok w połowie stycznia :-) Okolice bramy Bab al Gharbi to kolejny przyjemny skwer z porozsiewanymi tu i tam palmami oraz fontanną. Podobno miejsce to jest godne polecenia późnymi popołudniami, kiedy to znajdujące się w okolicach bramy mury otaczające Medinę mienią się wszelkimi odcieniami pomarańczy. Place de Jeddah to wystawna prostokątna konstrukcja z dwoma fontannami. Znajduje się tuż obok budynków wymiaru sprawiedliwości, jednak po zmroku sprawiało wrażenie miejsca niekoniecznie bezpiecznego.

Medina
  
 

Plac przy bramie Bab al Gharbi
   


Plac 16 sierpnia / Place Du 16 Aout
   
 

Plac 9 lipca / Place Du 9 Juillet
 
Place Jeddah


Oujda - varia
 


Nocleg
Centrum Oujdy pod tym względem jest dla mnie sporą zagadką. Jak bowiem miasto rzeczywiście nie prezentuje istotnych walorów turystycznych, co więcej – w wyniku zamknięcia granicy z Algierią nie jest miejscem postojowym na dłuższej trasie, tak znajduje się tutaj zaskakująco dużo hoteli i wszelkiej maści noclegów. Można je znaleźć kręcąc się po głównych traktach wokół Mediny i wszelkich odchodzących od nich bocznych uliczek.
Pokoje w hotelach o niewygórowanych standardach są opcją bardzo przyjazną statystycznemu polskiemu portfelowi. Niestety niewygórowany standard oznacza zazwyczaj spore wyrzeczenia. Po pierwsze hotele w Maroku raczej nie są ogrzewane. Latem ok, ale zimą wychodzenie spod prysznica do pokoju w którym panuje temperatura około 14℃ nie należy do najprzyjemniejszych. Oczywiście noc w takich warunkach spędza się pod grubymi kocami które powinny być dostępne w każdym pokoju. Punkty „taktyczne” na które zawsze należy zwracać uwagę podczas sprawdzania pokoju to przede wszystkim okna, łazienka, woda, łóżka. Okna w hotelach o niższych standardach lubią być nieszczelne co przeszkadza zarówno zimową nocą jak i letnim dniem. W łazience przede wszystkim należy zwracać uwagę na czystość wanny, zlewu jak też sprawdzić czy z kranu leci ciepła woda (nie zawsze taki „luksus” jest dostępny w każdym pokoju!). Ostatecznie łóżka wymagają również poświęcenia im kilku chwil przed decyzją o zajęciu danego pokoju, ponieważ w praktycznie każdym z naszych hoteli takowe posiadały pewne bardziej lub mniej ukryte wady.
Przebywając w Oujdzie zdecydowaliśmy się na Hotel Lillas, który znajduje się przy rue Jamal Eddine el-Afghani. Zostałem przekonany do niego po krótkiej rozmowie ze stojącym przy recepcji starszym Francuzie, który podawał się za byłego ambasadora Francji w ponad trzydziestu krajach (więcej o jego wątku w relacji z wyjazdu „Drugi kontakt z czarnym lądem”). Przekonany z jednego powodu – w ciągu 3 dób w tej części świata koniec końców okazał się on jedną z nielicznych napotkanych osób które dobrze rozumiały język angielski. Mimo wszystko w ciągu pierwszych kilku godzin spędzonych w sprawiającym wrażenie dzikiego kraju człowiek nie wyrabia w sobie jeszcze umiejętności dogadywania się „poza językami” i wybiera pierwsze lepsze wygodne dla niego rozwiązanie. Tak też było z nami chociaż zdawaliśmy sobie sprawę z co najmniej kiepskich warunków jakie ten hotel oferował. Podsumowując – jeśli szukasz czegoś taniego – mimo wszystko polecam poszukanie najpierw innych propozycji ;)
  
 

Ceny
Jeśli jest się w posiadaniu instynktu tambylcy-poszukiwacza Maroko jest opcją raczej przyjazną dla portfela nawet niezbyt zamożnej osoby. Zwłaszcza w Wadżdzie która, jak już staram się to któryś raz podkreślić, nie jest jeszcze opanowana przez zmasowany ruch turystyczny. Dlatego też u miejscowych nie wytworzył się jeszcze specyficzny trend wyciągnięcia od przybysza każdego możliwego Dirhama. Owszem, porównując pod koniec pobytu ceny jakie przyszło nam płacić za różne produkty w różnych miejscach, zauważyliśmy że kilkukrotnie byliśmy nieco naciągani. Oczywiście w 95% miejsc nie ma co liczyć na wystawione plakietki z cenami czy kasowe paragony. Niemniej miłym zaskoczeniem był fakt że nie w każdym miejscu na widok Europejczyka z plecakiem ceny były zawyżane do przynajmniej dwukrotnej normalnej wartości.
Przez pierwsze dni pobytu zarówno w Oujdzie jak i Maroku ogółem – nie ma co kombinować. Ten kraj jest bowiem pełen sprzeczności, aklimatyzacja do których wymaga około dwóch dni. Dotyczy to również kontekstu cen. Przykładowo – chcieliśmy z rana zamówić herbatę i kawę w jednej knajpie. Jeszcze nie byli oni gotowi, dlatego usadzili nas na miejscach sąsiedniej, bardziej wytwornej kawiarni. Na koniec okazało się, że rachunek został wypisany na taką samą wartość jaką byśmy zapłacili w tym tańszym miejscu. Analogicznie niższa cena za pokój hotelowy nie musi oznaczać jego gorszego standardu o czym przekonaliśmy się szukając na szybko jakiegoś hotelu w Nadorze.
Ale do konkretów. Za nocleg we wspomnianym wcześniej hotelu zapłaciliśmy 200 Dirhamów. Warto poszukać czegoś o lepszym stosunku jakości do ceny. Kolejnych 70 kosztował nas obiad (dwa niewielkie dania mięsne – Tajine i coś niezidentyfikowanego) w zwykłej jadłodajni przy Bulwarze Mohammeda V. Będąc w Medinie warto pokręcić się po straganach oferujących świeże i tanie owoce, warzywa, bakalie, makarony czy lokalne przyprawy. Przykładowo spora ilość (grubo ponad 500 gram) kasztanów jadalnych kosztowała nas 62 Dirhamy. Warto wspomnieć że w wyniku pewnego zacofania gospodarki Maroka tamtejsze uprawy prowadzone są najczęściej z pominięciem zachodnich chemicznych standardów produkcji. Daje się to wyczuć w smaku. Zachwycić potrafią zwłaszcza soki w wyciskanych owoców. Przygotowywane są one zazwyczaj na miejscu z bardzo wysoką zawartością naturalnego składnika owocowego. Piszę z bardzo wysoką, ponieważ np. sok bananowy wymaga czegoś innego aby ze zmielonej papki stał się produktem zdatnym do picia :-) Koszt dwóch szklanek takiego soku to około 20 Dirhamów. W naturalny sposób będąc w Maroku nie można odmówić sobie zielonej herbaty. Fenomen tego trunku wyróżnia się tym, że niemal połowę szklanki stanowią świeże pędy mięty. Drugim zaskoczeniem jest ilość cukru wykorzystywana do słodzenia przez arabów. Na naszych oczach szklanka siedzącego obok miejscowego była „doprawiona” siedmioma kostkami cukru! Koszt dwóch szklanek herbaty to około 20 – 30 Dirhamów. Będąc przy temacie ogólnodostępnych łakoci warto też wspomnieć o przenośnych stoiskach oferujących m.in. przygotowywane na miejscu prażony słonecznik czy zapiekane w karmelu orzechy. Dwie porcje różnych orzechów kosztuje około 10 Dirhamów, chociaż w tym przypadku podaję stawkę z Nadoru.
Jeśli chodzi o przelicznik walutowy, to 1 Dirham kosztuje około 35 groszy. Niestety na miejscu nie można wymienić praktycznie nieznanych tutaj polskich złotych. Kurs wymiany jaki był na lotniskowej poczcie państwowej to o ile dobrze pamiętam około 11,6 Dirhama za 1 Euro. Z tego co wiem był to kurs zbliżony do tego, jaki osiągnąłbym w mieście. Co istotne, prawo zabrania wwożenia i wywożenia z Maroka tamtejszej waluty. Jednak przyznam się że zarówno podczas przekraczania granicy w stronę Melilli nad Morzem Śródziemnym jak też podczas ostatecznego wylotu z Afryki nikt nie pytał się nas o posiadaną walutę.

Poza Oujdą
Oujda, jak zresztą spora część przewodników to poleca, jest przede wszystkim dobrym punktem wypadowym do zwiedzania wschodniej części Maroka. Niestety dotyczy się to wyłącznie Maroka, ponieważ nawet jeśli Oujda znajduje się raptem 13 kilometrów od Algierii, to wszystkie granice lądowe pomiędzy tymi państwami są od lat zamknięte. Szkoda, ponieważ istotną atrakcją byłaby działająca niegdyś linia kolejowa prowadząca aż do Algieru, lub stosunkowo krótka droga do Oranu.
W chwili obecnej Oujda jest końcową stacją linii kolejowej wiodącej do Tazy, Fezu, Meknes, Sidi Kacem i Rabatu.W ten sposób z Wadżdy oprócz wymienionych miast można również dojechać do Casablanki i Tangieru. Osoby podróżujące koleją w Maroku bardzo sobie chwalą nocne połączenia – zwłaszcza w sezonie letnim.
Oprócz kolei w okolicach ronda krzyżującego drogi N6 i N17 znajduje się również główny dworzec autobusowy. Autobusy prywatnych firm zaczynają tam swoje trasy do Fezu, Tazy, Berkane, Nadoru, Al Hoceimy, Tangieru czy Er Rachidii. Przykładowa trasa do Nadoru (przez Berkane) zajmuje około trzech godzin jazdy i – w zależności od firmy – kosztuje od 25 do 35 Dirhamów. Kursy odbywają się niemal co godzinę. Należy jednak uważać, ponieważ jak wspomniałem w relacji, w styczniową sobotę po godzinie 16 w Nadorze nie udało nam się złapać żadnego autobusu powrotnego. Tak samo w zamian pierwszego kursu zapowiedzianego na godzinę 4:30 rano do Oujdy wyruszyliśmy jednym z kolejnych – po niemal dwu i pół godzinnym opóźnieniu. Wchodząc na dworzec widać szereg okienek różnych firm transportowych. Niestety 99% napisów jest w języku arabskim, co uniemożliwia nawet identyfikację tras na których są one obecne. Pozostaje więc niestety szukanie swojego szczęścia wśród obecnych w okolicach autobusów „naganiaczy”. Są to zazwyczaj „ogarniający” wszystko w danym autobusie piloci. Poznać ich można po trzymanym w ręku pliku kartek i długopisie. Wystarczy podejść i głośno powiedzieć nazwę miasta do którego chce się dostać. Jeśli dany pilot nie jedzie w tamtą stronę – za uprzejmością mieszkańców wschodniego Maroka – zostaniemy prawdopodobnie przekazani do właściwej osoby. W ten sposób możemy uniknąć dodatkowych napiwków które z pewnością trzeba by było zapłacić gdybyśmy poprosili o pomoc osobę zupełnie przypadkową. Zdaję sobie sprawę, że przytoczony opis może się wydawać chaotyczny. Rzeczywistość wygląda tam jednak dokładnie w taki właśnie sposób. Początkowo może to powodować niemałe przerażenie, jednak zaprawieni tambylcy zdołają się oswoić w ciągu dwóch dni :-)
Poza Oujdą przewodniki polecają przede wszystkim znajdujące się na północy wapienne pasmo Beni-Snassen – niewysokich gór należących do pasma Atlasu Tellskiego, które oddzielają kotlinę Angad od Morza Śródziemnego. Potrzebny czas do zarezerwowania to jeden dzień krążenia przy użyciu wypożyczonego samochodu osobowego. Polecana jest trasa przez Sidi Bouhrię, Taforalt i Berkane z powrotem do Oujdy. Tutejszą atrakcję stanowią jaskinie skalne (Grottes), zwłaszcza Grota Gołębi w której odnaleziono pochodzące sprzed 80 tys. lat – jedne z najstarszych znanych fragmentów biżuterii. Fenomenalnych wrażeń dostarcza podobno Wąwóz Zegzel z potokiem tworzącym niewielkie kaskady i głębokie naturalne baseny. Nad bujną roślinnością wznoszą się niemal pionowe skalne ściany a zniszczona droga asfaltowa wije się pomiędzy skałami zmuszając prowadzącego do kilkukrotnego przekraczania potoku w bród. Trasa przez góry kończy się zjazdem w okolicach miasta Berkane. Znajduje się ono mniej więcej w połowie drogi z Oujdy do Nadoru. Jeśli kogoś mimo wszystko będzie ciągnęło w tamtą stronę, warto przynajmniej jeden dzień poświęcić w całości na przejście graniczne do hiszpańskiej eksklawy - Melilli. Jest to bardzo urocze, w zasadzie nieistniejące w świadomości polskiego turysty miasto. Bardzo wyraźna granica pomiędzy życiem w Afryce i Unii Europejskiej wzmacniana jest jeszcze faktem, że Melilla stała się w zeszłym wieku polem artystycznych popisów niejakiego Enrique Nieto. Dzięki temu uznawana jest za drugie na świecie po Barcelonie skupisko sztuki secesyjnej, której niekwestionowanym mistrzem był nauczyciel Nieto – Gaudí.
Ciekawostką na rynku turystycznym (nie mylić z podróżniczym czy też tambylczym) może być Saïdia. Już w czasach francuskiego protektoratu okolice te zaczęły być traktowane jako miejsce wypoczynkowe turystów z zagranicy. Jednak ostatnio poczynione zostały spore inwestycje z nadzieją stworzenia w okolicy popularnego zagłębia turystycznego. Miałoby ono skorzystać z doświadczeń i bliskości, jak też pełnić podobną rolę jak turystyczne obszary śródziemnomorskie Hiszpanii i Portugalii, Baleary, czy atlantyckie okolice Agadiru i Casablanki. Saïdia w tej chwili prowadzi szeroko zakrojoną kampanię promocyjną i rabatową mającą na celu wybicie się na rynku i przyciągnięcie pierwszych turystycznych tłumów. Dlatego też w tym roku na lotnisko w Oujdzie będzie można polecieć bezpośrednio na pokładach rejsów czarterowych startujących z Katowic i Warszawy. Dla chętnych wypoczynku na miejscu przygotowywana jest odnowiona infrastruktura hotelowa z basenami, polami golfowymi, centrami handlowymi i sportowymi. Poza tym Saïdia oferuje również szerokie i długie na blisko 14 kilometrów piaszczyste wybrzeże.

Wrażenia ogólne
W kontekście czasu, ułożenia wrażeń i wspomnień z wizyty w Oujdzie dochodzę do zdania że było to dla nas dobre miejsce na pierwszy kontakt z Marokiem. Za każdym razem zaznaczam, że nie trawię wyjazdów zorganizowanych w zagłębia turystyczne gdzie ani nie wypoczywam ani nie jestem w stanie zobaczyć/przeżyć czegoś tamtejszego, naturalnego. Maroko niestety staje się mocnym punktem w turystycznym świecie, przypominając - przynajmniej z opowieści - to, co swego czasu doświadczyłem w Tunezji. Oujdę póki co mimo wszystko omija turystyczne zepsucie. Owszem, podsumowując wyjazd zauważyliśmy że w kilku miejscach byliśmy finansowo potraktowani jak źródło dodatkowego zarobku. Jednak nie było to aż tak nagminne i nachalne jak w przypadku codzienności miejscowości turystycznych. Tutaj odniosłem wrażenie że ludzie jednak starają się być pomocni, chcą się pokazać z jak najlepszej strony aby być w zapamiętanym w pozytywny sposób.
Owszem z jednej strony fakt naturalności Oujdy jako miasta marokańskiego a nie turystycznego tworu może cieszyć. Nie da się jednak ukryć że osoby nieobyte z tamtejszym sposobem życia mogą być w pierwszych chwilach wręcz przerażeni otaczającą rzeczywistością. Przeraża panujący w centrum miasta gwar i ruch. Idąc zwłaszcza z wyładowanymi plecakami czuje się towarzyszący każdemu krokowi wzrok miejscowych. Miejsca bardziej zatłoczone, wąskie, ciemne lub w których jest sporo tamtejszej młodzieży powodują, że jakoś instynktownie włącza się lęk, człowiek zaczyna co chwilę sprawdzać czy wszystko ma przy sobie oraz oglądać się za siebie i na boki. Zwłaszcza po niemiłych doświadczeniach jakie mieliśmy w Tunezji, bądź byliśmy świadkami w Alicante. W pewnym momencie jednak dochodzi się do zdania, że tamte miejsca już po prostu takie są. Tłok wynika z trzystu tysięcy ludzi zamieszkujących miasto i mających swoje sprawy do załatwienia. Chaos na drogach i jakość uczestniczących w ruchu samochodów jest efektem braku wygórowanych standardów i kontroli ich utrzymania jak np. w Unii Europejskiej. Taka rzeczywistość...
Życie codzienne w tej części Maroka pokazuje sporo skrajności. Opisuję tutaj bowiem sytuacje z nierealnych dla nas standardów co nie oznacza że tak jest wszędzie. Zdziwić się można że na ulicy co chwila widać pucybutów albo osoby sprzedające papierosy na sztuki. Z drugiej jednak strony ich głównymi klientami zazwyczaj są przesiadujący w kawiarniach mężczyźni. Miejsca te od południa są zatłoczone a ceny herbat i innych tamtejszych dóbr są porównywalne do tego co mamy w Polsce. Czy więc rzeczywiście Maroko jest krajem biednych ludzi? Drugi kontrast jaki mnie poważnie zdziwił to sytuacja w drodze do Nadoru. Siedząca naprzeciw dziewczyna – wygląd jak to młoda kobieta z tradycyjnej rodziny w kraju muzułmańskim. Jednak w ciągu kilkudziesięciu minut obserwacji zauważyłem że z tego rozklekotanego środka transportu pomiędzy chaotycznymi i biednymi miastami jedzie osoba będąca właścicielem takiego zestawu podręcznej elektroniki, na którą nawet ja – początkujący ale pracujący na pełen etat informatyk z bogatszego kraju Europejskiego, przy moich potrzebach, zaplanowanych inwestycjach i możliwościach – nie jestem w stanie sobie pozwolić! Kilka godzin później zadałem sobie pytanie czy to ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Porównanie przyszło mi do głowy przechadzając się po niedawno odnowionej części miasta. Po raz kolejny bowiem zauważyłem, że istotną wadą tamtejszych ludzi jest brak konsekwencji. Przykładowo miejsca świeżo odremontowane na początku robią piorunujące wrażenie. Jednak przy kolejnym spojrzeniu uderza brak dbałości nawet o coś, co wydawać by się mogło wyróżnia się pozytywnie na tle innych rzeczy. Odremontowane place potrafią bowiem być brudne. Krawężniki przy nowych chodnikach nierówne. Budynki w kilku miejscach niewykończone. Porównując choćby remonty prowadzone w Polsce – jeśli w chodniku pojawia się jakiś otwór prowadzący do podziemnej instalacji – przed oddaniem pracownicy lepiej lub gorzej starają się aby ten otwór jak najmniej ingerował w całość chodnika. Tam uderza kompletna „olewka”, gdyż zawory potrafią wystawać kilka centymetrów ponad ziemię a otwory w płytach chodnikowych wycinane są bez ładu i składu z zazwyczaj dużym zapasem. Oczywiście przy wykończeniu nie ma co liczyć aby wycięte płyty były wyrównane – dobrze jeśli w ogóle są podsypane podkładem. Wiem, dziwaczne to porównanie, ale dokładnie wtedy uzmysłowiłem sobie jak wygląda tamtejsze życie codzienne. Wystarczyłoby bowiem nieco więcej zadbać o to co dobre bądź odnowione i my – cywilizacja Europejska – mielibyśmy od kogo się uczyć i co podziwiać. A tak... no cóż, przede wszystkim zupełnie inny świat. Ale może to i dobrze? Jak bowiem wspomniałem w relacji z wyjazdu – pobyt w Maroku był dla nas czasem stresującym, ale tak mocno skupiającym myśli na „tu i teraz”, że w ogóle nie mieliśmy wtedy okazji pomyśleć o tym, że te kilka tysięcy kilometrów dalej jest zima, mamy pracę, dom i codzienną, poukładaną w porównaniu do tego co widzieliśmy na miejscu rzeczywistość.


Adresy kontaktowe i informacje dodatkowe

Stacja kolejowa
pl. de l'Unité Africaine
www.oncf.ma (niestety strona internetowa tylko w języku  francuskim)
Pociągi kursują na trasie Oujda, Fez, Meknes, Rabat, Casablanca
Główny dworzec autobusowy
(Gare Routiére)
Rondo przy zbiegu dróg N6 i N17

Przewoźnicy obecni na trasie Oujda-Nador
- Rif Lines (GSM: 06 61 36 10 83)
- Voyages Almeria

CTM
(państwowe przedsiębiorstwo autobusowe)
Autobusy odjeżdżają spod garażu firmy przy Boulevard Omar Errifi lub sprzed biura firmy na Rue Sidi Brahim.
+212 536 682047
Strona internetowa jest niedostępna.

Hotel Lillas
Rue Jamal Eddine el-Afghani
+212 536 680840
Tuż obok znajduje się Hotel Al-Fajr. Bulevard Mohammed Derfouti.tel. +212 536 702293.

Hotel Angad
(wspomniany w przewodniku jako miejsce o doskonałym stosunku ceny do jakości)
Rue Ramdane el-Gadhi
+212 536 691451

Przewodniki
Podczas szybkiego przeszukania oferty EMPiKowej większość dostępnych przewodników wspominała jedynie że okolice Oujdy są miejscem mało interesującym pod względem turystycznym, lub w ogóle milczała na temat wschodniego Maroka. Jedynym jakie pokusiło się na opis tej części kraju było wydawnictwo Bezdroża. Jego książka z 2010 roku "Maroko - W labiryncie orientalnych medyn" pod autorstwem Krzysztofa Bzowskiego zamiast na kolorowe zdjęcia i obrazki postawiła na aktualne informacje praktyczne, zbierane przez - wydawać by się mogło - nisko-kosztowego freaka w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Rzeczywiście, w przypadku Oujdy, Nadoru czy Melilli pozycja ta przedstawiła kilka nieocenionych wręcz podpowiedzi bardzo ułatwiających radzenie sobie na miejscu. Wydawnictwo to polecam bez najmniejszego zastanowienia. Nabyć je można za 50 złotych w sieciach EMPiK, lub bezpośrednio u wydawcy.
ksiegarnia@bezdroza.com.pl
www.bezdroza.pl

Serwisy podróżnicze/turystyczne

Visit Morocco
Strona w bardzo przekoloryzowany sposób zachwalająca Maroko jako miejsce do odwiedzin z serii "luxurious 5* hotel". Może stanowić źródło pewnych bardzo ogólnych i podstawowych informacji. Wprawdzie pomija zagadnienie Oujdy, jednak posiada specjalną podstronę o kurorcie Saidia.
www.visitmorocco.com

Na Końcu Świata
Karta Maroka w serwisie Koniec Świata. Kolejne źródło podstawowych informacji od zapalonych podróżników i osób przebywających na miejscu co najmniej kilka miesięcy.
www.koniecswiata.net

środa, 13 kwietnia 2011

Drugi kontakt z czarnym lądem

19-23 styczeń 2011, Maroko

Dla zainteresowanych: więcej fotek z tego wyjazdu można znaleźć na moim profilu serwisu Panoramio. Dokładniej pod tagiem 2011.01.19-23 - Morocco (Oujda Nador Melilla).
Naszym pierwszym i do niedawna jedynym kontaktem z Afrykańskim lądem była jedyna jak dotąd przygoda z biurem podróży. Mimo wszystko pewne negatywne wrażenia wynikające z formy wyjazdu, jak też niemiłych niespodzianek jakie nas zastały na miejscu spowodowały, że ani nie miałem przez najbliższy czas ochoty na branie udziału w wyjazdach zorganizowanych ani nie ciągnęło mnie do krajów arabskich. Jako że pierwsze z nich uznaję za zbędne w momencie gdy mam udane doświadczenia w organizowaniu wycieczek na własną rękę, tak drugie przez jakiś czas zaczęło tracić na ważności. Koniec końców któregoś dnia zwróciłem uwagę na połączenie faktów dogodnych przesiadek, możliwości wylotów w odpowiednich dniach a nawet godzinach, oraz niskich cen wynikających z konkurencji na danej trasie. Pomyślałem więc czemu nie spróbować się z opisywanym przez coraz większą liczbę znajomych Marokiem? Kilka tygodni obserwowania systemu rezerwacyjnego pozwoliło wstrzelić się w odpowiednie promocje co stworzyło fundament do dalszych planów.
Planów może i tak, ale ich realizacja na przestrzeni całego wyjazdu była raczej kiepska. Generalnie jak w większości przypadków najpierw jestem zainteresowany lotem na danej trasie a dopiero potem szukam co można by było w danej okolicy zwiedzić. W tym przypadku nieco czasu spędzonego na przestudiowaniu mapy okolic i zdjęć zamieszczonych na serwisie Panoramio zachęciło mnie na wybranie się do Oranu. W sumie jest to jakieś około 200 kilometrów od lotniska docelowego ale uznałem że w przypadku braku tanich połączeń lotniczych warto. Niestety dopiero kilka dni później dowiedziałem się że granica lądowa pomiędzy Marokiem a Algierią jest od kilkunastu lat zamknięta. Można by więc odwiedzić dziki Atlas na południu. Jednak pomyślałem sobie że nie ma sensu zbyt przeginać podczas pierwszej wizyty w mimo wszystko obcym i odmiennym w porównaniu do Polski kraju. Postawiłem więc na spróbowanie się z wynajmem samochodu, objechaniem północno-wschodniego wybrzeża (budujące się i jeszcze mało znane miejscowości turystyczne z podobno całkiem niezłą infrastrukturą), odwiedzinami w Nadorze i Melilli oraz krótki wypad w odnogę Atlasu znajdującą się na północ od docelowej Wadżdy. Plan taki przedstawiłem też na lotnisku przesiadkowym dziewczynie, która do momentu stawienia się przed bramką w Charleroi nie wiedziała nic o miejscu docelowym oprócz tego, że lecimy do „kraju paszportowego”. Swoją drogą na kilka dni przed wyjazdem miałem małego stresa, ponieważ na sześć przewertowanych w EMPiKu przewodników tylko jeden zawierał kilka stron o tej części Maroka do której się wybieraliśmy. Inny wspominał jedynie że jest to zupełnie nieinteresujący pod względem turystycznym rejon a pozostałe wschodnią część kraju zupełnie przemilczały! Oczywiście o opcji rezerwacji hotelu przez internet też należało zapomnieć. Szczerze w trakcie lotu miałem tylko nadzieję, że w Maroku nie czerpano wzorów z części miast Europejskich w których w tzw. sezonie zimowym część hoteli i pensjonatów noclegowych jest po prostu pozamykanych...

Czwartek
Same loty bez historii. Po powrocie z pracy szybko wskoczyłem do wanny, zjadłem obiad, wziąłem spakowany dzień wcześniej plecak i hop do Charleroi. Tam nocka w wypróbowanym podczas wcześniejszego wypadu do Wenecji kącie i kilka minut po godzinie szóstej popijaliśmy już kawę po stronie airside terminala. Lot do Oujdy to w moim przypadku w głównej mierze sen. Obudziłem się już nad Hiszpanią na kilkanaście minut przed opuszczeniem kontynentu. Wylecieliśmy w okolicach Almerii a Afrykę podchodziliśmy od strony przylądka w okolicach Nadoru. Fantastycznie z góry było widać Melillę, Nador a następnie wznoszące się coraz wyżej okolice Atlasu. Krótki lot na ciągłym zniżaniu, po czym zakręt w lewo i lądowanie na pasie 06. Jak pokazuje Google Earth, lotnisko w Oujdzie to dziwaczny i mało optymalny układ pasów startowych oraz nowiutki budynek terminala. Na miejscach przy rękawach stały dwa samoloty Jet4you. Można więc powiedzieć że nieźle, ale jednak z naszym były to trzy kursy z zaplanowanych pięciu tego dnia. Ale już niedługo. Ten rejon Maroka zaczyna bowiem mocno inwestować w ruch turystyczny i w ciepłym sezonie będzie można dostać się tam lotem bezpośrednim nawet z Polski :-)
Na miejscu 30 minut w kolejce do odprawy wizowo-paszportowej i „Welcome to Morocco”. Jak się później okazało internet nie kłamał – z lotniska nie dało się dostać do miasta inaczej jak wyłącznie taksówką. Postanowiliśmy więc ominąć tą niedogodność i wynająć samochód już na lotnisku. Ok, zjawił się ktoś w miarę mówiący po angielsku, cena była zadowalająca, rozpoczęliśmy zatem papierkologię z wymianą Euro na Dirhamy włącznie. Na szczęście w terminalu znajdowała się placówka Poczty państwowej więc jak się później okazało nie zostaliśmy złupieni na turystycznym przeliczniku. Niemniej kolejne przysłowie okazało się prawdziwe – pierwsze śliwki robaczywki. Nigdy wcześniej nie bawiliśmy się w wynajem samochodów i dopiero na miejscu okazało się że nasza karta nie pozwoli na transakcję. OK, będę szczery, tak naprawdę to zupełnie wypadła nam z głowy opcja kaucji jaką mielibyśmy uiścić za samochód, tak więc nawet gdyby karta przeszła to byłyby nici ;) Tak więc kolejna już zmiana planów – musieliśmy się przeprosić z myślą jazdy grand taxi po autostradzie, oczywiście bez zamontowanych w samochodzie pasów. Kurs do Wadżdy kosztował nas 150 Dirhamów. Akceptowalna cena, ale jak na warunki Marokańskie to zdzierstwo o czym później.

W drodze do Maroka



Wadżda/Oujda/Użda
Wysadzono nas na moje życzenie przy bulwarze Mohammeda V. Pamiętałem z przewodnika że to dobry punkt orientacyjny w mieście. Rzeczywiście, chwila spokoju, dokładniejsze wczytanie w książkę i mogliśmy zabrać się za szukanie zaznaczonych na mapce hoteli. Wzięliśmy pierwszy lepszy – kosztujący 100 Dirhamów od osoby, zimny i z łazienką w stanie co najmniej kiepskim. Niemniej pomyślałem że to tylko na jedną noc a poza tym w recepcji znajdował się ktoś w miarę płynnie porozumiewający się w języku angielskim. Wątek to o tyle ciekawy, że napotkany przy recepcji ów starszy pan przedstawiał się jako były ambasador francuski w około trzydziestu krajach. W krótkich rozmowach wspominał że zwiedził pół świata – m.in. nasz kraj w latach osiemdziesiątych. Wiedzę miał na niezłym poziomie i oprócz kilku praktycznych rad odnośnie Maroka można było też usłyszeć ciekawe historie z innych krajów i sfer ichniejszych władz. Musiało coś w tym być, ponieważ w pewnym momencie rozmówca zaimponował mi nawet pewną wiedzą na temat sytuacji politycznej w Polsce. Oczywiście pojawił się wątek katastrofy na lotnisku w Smoleńsku i krótkie zdanie że „ten mały” kandydował później na Prezydenta, ale że „Polacy na szczęście nie są aż tak głupi aby go wybrać” :D
Pierwszy dzień pobytu w Maroku spędziliśmy więc w całości w Wadżdzie. Już popołudniu kręciliśmy się po Medinie przecierając co chwila oczy ze zdumienia na fakt co się tam wyrabia. Oczywiście po wizycie w hali targowej w Tunezyjskim Monastirze byliśmy już przyzwyczajeni do widoków łupanych grubym tasakiem kozich głów, sprzedawanych na ziemi małż czy zawiniętych w gazecie krwawych móżdżków. Bardziej zaskakiwał nas fakt ilości prowadzonych w okolicach remontów. Tak jakby miasto zgarnęło całą pulę dofinansowania z Unii Europejskiej i postanowiło wyremontować 80% budynków w ścisłym centrum. No a przynajmniej 80% zewnętrznych ścian tych budynków :-) Szczerze to nie wiem czy u nich tak zawsze na zimę, ale powiedziałem sobie że z ciekawości za kilka lat będę musiał jeszcze raz odwiedzić Oujdę aby zobaczyć efekty wszystkich zmian.
Gdzieś w wolnej chwili nie mogliśmy odmówić sobie szklanki słynnej marokańskiej herbaty. Rzeczywiście – widok fenomenalny, kiedy szklanka niemal do połowy wysokości wypełniona jest pędami świeżej mięty. Jeszcze większe zaskoczenie dopadło nas, kiedy siedzący obok Marokańczyk postanowił posłodzić swoją porcję siedmioma kostkami cukru! Coś w tym jest, że człowiek nie wierzy w niektóre historie dopóki nie przekona się o nich na własnych oczach. Niestety pozytywne wrażenie z początku dnia zamazane zostało przez pierwszą noc hotelową. Niestety, ponieważ w Afryce budynki zazwyczaj są nieogrzewane a jedyną możliwością ochrony przed zimnem jest przykrycie się kilkoma grubymi kocami. Trochę pomogło, ale mimo wszystko sporo ciepła straciliśmy podczas prysznicu w obskurnej łazience w której ciepła woda to prawie rarytas. Na szczęście poranek dnia następnego przywitał nas ciepłymi promieniami słońca. Dzięki temu już od rana można było pokręcić się po mieście w cienkim swetrze. Opcja krótka - herbata, kółko przy Medinie i szukanie stacji autobusowej aby spróbować się jakoś dostać na wybrzeże.

Hotel Lillas
rue Jamal Eddine el-Afghani, Oujda


 
Medina i okolice




Plac 16 sierpnia/Place Du 16 Aout



Oujda - varia




Piątek

Droga do Melilli
Dojście do stacji autobusowej nie sprawiło żadnych problemów. Te pojawiły się w momencie gdy musieliśmy kupić bilety. Cóż, Maroko to kraj arabski, były protektorat francuski. Dlatego też jeśli miejscowi mówią w jakimś języku obcym, przede wszystkim jest to właśnie francuski a nie angielski. Co gorsza, wszystkie napisy są po „robaczkowemu” dlatego nijak nie dało się zidentyfikować gdzie będzie się kierował dany autobus. Zaryzykowaliśmy więc, podchodząc do kogoś w mundurze, słowem „Nador” i „oczami kota ze Shreka” licząc na jego pomoc w niezbędnych technikaliach. Swoją drogą staliśmy się  wtedy lotkaną ciekawostką, ponieważ w pewnym momencie zainteresowana nami była grupka różnych ludzi... Nie ukrywam, sytuacja co najmniej stresująca. Jednak koniec końców ktoś przyniósł nam podpisane bilety a autobus do jakiego wsiedliśmy rzeczywiście dojechał do Nadoru. Nieco obaw miałem o nasz chowany do luku autobusu bagaż, który jako jedyny nie miał przypiętej naklejki. Na prośbę o takową kierowca tylko zagestykulował w moją stronę że będzie go pilnował. Rzeczywiście, najwyraźniej nikt przy nim nie grzebał i w Nadorze wszystko było na swoim miejscu. Co ciekawe, jak wspomniana wcześniej piętnastokilometrowa przejażdżka grand taxi kosztowała nas 150 dirhamów, tak podróż na odległość niemal dwustu kilometrów (ponad dziesięciokrotnie dłuższa) była dla nas obciążeniem rzędu 60 dirhamów za dwie osoby.
Po ostrzeżeniach i opowieściach „hotelowego ambasadora” postanowiliśmy w Nadorze spędzić kilka godzin po czym wieczorem udać się na nocleg do Melilli. Konkluzją z rozmów było bowiem ostrzeżenie że Nador jest miejscem raczej niebezpiecznym i że z tamtego miasta wywodzi się większość przestępczości w północno-wschodnim Maroku. Coś w tym było, ponieważ wysiadając z autobusu na naszych twarzach prawdopodobnie było widać mocno rysowany wyraz przerażenia. Głównym jego powodem był niesamowity tłum i hałas. W okolicach stacji znajdował się bowiem niewielki targ, jak też lokalny „węzeł przesiadkowy” na miejskie autobusy. Już sam ten widok tłumu arabów w połączeniu ze świadomością bycia obserwowanym (w końcu byliśmy jednymi z nielicznych w okolicy europejczyków, do tego zaprzęgniętymi w niemałe plecaki) powodował lekki stres. Spora część wynikała zapewne z naszego stereotypowego myślenia na temat arabów. Jednak pomijając nawet to – na zdrowy rozum, dziki tłum w jakimkolwiek kraju trzeciego świata w którym się jest po raz pierwszy w życiu – może przerazić.
W Nadorze kilka chwil spędziliśmy na kręceniu się po nabrzeżnej promenadzie oraz centrum z dużymi ilościami sklepów i stoisk. Nie mogliśmy powstrzymać się przed zakupem świeżych owoców, wszelkich maści orzechów i słodyczy oraz zjedzenia obiadu w lokalnej knajpie. Początkowo zastanawialiśmy się gdzie my trafiliśmy. Miejsce wyróżniało się bowiem solidnym bałaganem i brakiem jakiejkolwiek organizacji. Jednak jak zauważyliśmy, stołują się w nim miejscowi a koniec końców za niewielkie pieniążki zjedliśmy świetny w smaku obiad złożony ze świeżych krewetek, ryżu, warzyw, sosu i bagietki.
Do granicy hiszpańsko-marokańskiej w Beni Enzar dostaliśmy się lokalnym zielonym autobusem. Muszę w tym miejscu wspomnieć o naszym książkowym przewodniku z wydawnictwa „Bezdroża” z treścią którego czasami mogłem się nie zgadzać, ale który koniec końców ostatecznie zawierał spore ilości praktycznych i bardzo przydatnych rad. To między innymi dzięki niemu nie musieliśmy brać taksówki do granicy, jak też na miejscu znajdowaliśmy wolne pokoje w wymienionych hotelach. Same okolice granicy to znów – spory szok. Kolejny raz do przejścia granicznego musieliśmy przedzierać się przez tłok zgromadzony wokół placu na którym handlowało się dosłownie wszystkim. Jednak wzmożona czujność na to co się dzieje wokół, oraz ciągła obserwacja plecaków i kieszeni spowodowały że bez większych trudności i żadnych strat własnych znów znaleźliśmy się na terenie Unii Europejskiej. Przyznam się, że nigdy nie wyobrażałem sobie aby na odcinku raptem 500 metrów widzieć tak wyraźny kontrast między – tutaj nie boję się użyć tych słów – kompletnie różnymi światami! Wystarczyło bowiem przekroczyć przysłowiowy szlaban aby zobaczyć dużo większy porządek, poukładanie i generalnie obrany jakiś system działania...

Nadmorskie klimaty w Nadorze


Melilla
Szkoda tylko że komfort znalezienia się „u siebie” zakłócał fakt zmroku i braku rezerwacji w jakimkolwiek hostelu. Jednak po kilkudziesięciu minutach marszu i poszukiwania wymienionego w przewodniku adresu w końcu znaleźliśmy się w pierwszym wolnym hotelu. Hm... jednak zmęczenie przytłumiło naszą czujność i dopiero po zapłaceniu zauważyliśmy że warunki w pokoju są co najmniej marokańskie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt niedomykających się drzwi balkonowych przez co w środku panowała temperatura taka sama jak na zewnątrz. Argumentując zauważonym nieco później defektem jednego z łóżek udało nam się załatwić zamianę pokoju na wprawdzie dużo mniejszy i bez okien, jednak przede wszystkim cieplejsze i przytulniejsze kilka metrów kwadratowych. Po chwili odpoczynku postanowiliśmy jeszcze przespacerować się po centrum miasta. Był to strzał w dziesiątkę, ponieważ trafiliśmy do parku Hernandeza. Otoczeni wysokimi palmami, zadbanymi ścieżkami pośród zieleni i barwnymi fontannami poczuliśmy się niemal jak w innym świecie. Tak też istotnie było, ponieważ stanowiło to gigantyczną różnicę jakościową między tym co tutaj a tym co tam w Maroku. Zresztą wrażenie to zostało potwierdzone następnego poranka który spędziliśmy na kręceniu się po tym malowniczym mieście. Zgodnie z przewodnikiem okazało się bowiem, że miasto jest istnym polem popisów twórczych architektów secesyjnych. Oczywiście największy wpływ na ten stan miał Enrique Nieto – pochodzący z Melilli uczeń Gaudiego. Dzięki silnym wpływom mistrza Melilla stała się drugim na świecie najważniejszym skupiskiem sztuki secesyjnej. Oczywiście drugim po niekwestionowanej mekce tego stylu – Barcelonie. Przez kilka godzin znów udało mi się więc poczuć ten specyficzny, tak czasami pożądany klimat Hiszpanii/Katalonii. Tylko tutaj bowiem odnajduję to poczucie smaku i dziwacznej równowagi pomiędzy różnymi formami eksperymentalnymi które wszędzie indziej nie mają praktycznie prawa się jakkolwiek sprawdzić. Ten specyficzny luz, kolorowość, hipnotyczny klimat i bijące ciepło – za to lubię i zawsze odnajduję będąc na Półwyspie Iberyjskim. Dzięki takiej mieszance nie przeszkadzają mi żadne przeciwności – czy to, jak w przypadku wizyty w Melilli, wiejący silny, chłodny wiatr, czy też zakończony wizytą policji nocny incydent na korytarzu w naszym hotelu ;)


Pension La Rosa Blanca
calle de Gran Capitan 7, Melilla


Park Hernandeza




Fort i cytadela w Melilli



Melilla - varia









Sobota

Nador
Niestety nasz pobyt w Melilli był bardzo ograniczony czasowo, dlatego aby utrzymać napięty grafik wszystko musieliśmy robić na przyspieszonym tempie. Początkowo się udawało. Poranne kręcenie się po mieście w pewnym momencie obrało kierunek przejścia granicznego do którego dotarliśmy w okolicach godziny 16:00. Nieco wcześniej zawitaliśmy do lokalnych sklepów celem zaopatrzenia się - jak zawsze w Hiszpanii - w ananasowo-kokosowe jogurty. Przy okazji napotkaliśmy tam produkty o swojsko brzmiących nazwach i opisach. W wielu miejscach widziałem nasze wyroby, ale w Melilli nigdy bym się ich nie spodziewał ;)
Po przekroczeniu granicy w Nadorze korzystaliśmy jeszcze z ostatnich promieni zachodzącego słońca. W międzyczasie spróbowaliśmy się z kolejnym całkiem niezłym obiadem w lokalnym barze. Znów – jakość miejsca nie rozpieszczała. Jednak zarówno niska cena, jak też ilość i smak zaserwowanych potraw były bardzo mocnym punktem tego miejsca.

Zmiana planów powrotnych
Niestety, nasza chwilowa sielanka zakończyła się w momencie wizyty na stacji autobusowej. Ku naszemu – nie da się ukryć – ogromnemu zdziwieniu okazało się bowiem, że pomimo dość wczesnej pory do Oujdy nie jedzie już żaden autobus! Informację tą sprawdziliśmy u kilku oddzielnych „naganiaczy” którzy zawsze odpowiadali że jutro, lub taxi. No to mamy problem... Raz że nie posiadamy przy sobie dostatecznej gotówki na taksówkę i hotel, dwa że nie mamy żadnych informacji o dostępnych w Nadorze noclegach, trzy że niepokój wzmacniała myśl o konieczności kręcenia się po zmroku po ruchliwym centrum podobno niezbyt bezpiecznego miasta a cztery, że lot powrotny miał się odbyć po godzinie 10 rano dnia następnego z lotniska odległego o blisko 200 kilometrów... Jak więc widać, kolejny raz w ciągu tych kilku dni nasz plan został wywrócony do góry nogami. Jednak rozwiązanie tego konkretnie problemu było bardzo proste. Pomimo mojej niechęci spróbowaliśmy się bowiem z odległym o100 metrów od stacji autobusowej miejscem z dużym napisem hotel. Okazało się że przy pierwszej próbie trafiliśmy na nocleg najtańszy i o najlepszym standardzie w historii całego wyjazdu. Może standardowo pomijając jakość łazienki, chociaż - paradoksalnie - istotnym jej plusem była lecąca z prysznica ciepła woda :D

Hotel Geranio
rue Hay el-Khattabi 16





Niedziela
Sen był dość krótki, ponieważ z informacji zdobytych na stacji wynikało że pierwszy autobus do Oujdy miał odjeżdżać o godzinie 04:30. Na wszelki wypadek na miejscu byliśmy 30 minut przed umówioną godziną. Pesymistycznie – 3 godziny jazdy do Oujdy, 30 minut z miasta na lotnisko aby być tam bezpiecznie o godzinie 09:30 – oznacza że na miejscu powinniśmy mieć co najmniej 90 minut na ostatnią herbatę i fotki przy Medinie. Tylko niestety okazało się że zaliczyliśmy kolejną obsuwę. Pierwszy autobus jaki zmierzał w stronę Oujdy wyjechał bowiem po godzinie 07:00. Do mniej więcej połowy trasy nie notowaliśmy żadnych kłopotów – autobus wibracjami wydawanymi przez każdą niemal swą część składową zdradzał kilkukrotne przekroczenie magicznej prędkości 80 km/h na pustej drodze i przy sprzyjającej aurze słonecznego poranka. Niemniej w Berkane musieliśmy zaliczyć półgodzinny stop, kilka kilometrów później nieprzewidziany kolejny na którym kierowca, pilot i dwójka młodych pasażerów odbyło za autobusem małą szarpaninę. Nie byliśmy w stanie zrozumieć o co chodziło, ale sytuacja ewidentnie musiała być stresująca. Albo chodziło o rozliczenie biletów, albo o liczbę pasażerów. Zauważyłem bowiem że przy każdym przystanku pilot prowadził skrzętne notatki na check-liście co może jest elementem bardzo istotnym podczas kontroli policyjnej? Tym bardziej że na trasie mijaliśmy około 10 punktów do tego służących... Żeby było jeszcze ciekawiej, na 8 kilometrów przed lotniskiem i przy bardzo szybko uciekającym czasie musieliśmy zrobić kolejny postój aby zatankować przelewaną z beczek benzynę. Dobrze że nieco później któryś z pasażerów pomógł nam wytłumaczyć kierowcy aby zatrzymał się na rondzie przy lotnisku i wypuścił nas na zewnątrz. Oczywiście nie obyło się przy tym bez napiwku a że brakowało nam drobnych, to jego wysokość stanowiła połowę ceny biletu. Do terminala wpadliśmy na około 40 minut przed planowanym odlotem – zaliczając wydłużoną procedurę odprawowo-wizową. W Maroku trzeba bowiem obowiązkowo stawić się przy stanowisku check-in, po czym przejść przez skrupulatne security, dostać pieczątkę w paszporcie i dopiero wtedy można było myśleć o podejściu pod bramkę. Jednak szczęście sprzyjało nam przez cały wyjazd i również w tym przypadku na ostatnią chwilę udało się znaleźć pod obładowanym pasażerami samolotem.

Pożegnanie z Afryką
Kołując po pasie startowym żegnani byliśmy przez grupkę machających zza płotu lotniska dzieci. Na pożegnanie pilot zafundował nam długi zwrot pozwalający na ostatni rzut okiem na Oujdę i lotnisko. Kierując się początkowo na wschód zahaczyliśmy o Algierię. Nad Europę musieliśmy zalecieć gdzieś pomiędzy Alicante i Walencją. Niestety tutaj tylko strzelam, ponieważ linia brzegowa była widoczna tylko po lewej stronie. My natomiast siedzieliśmy po prawej stronie maszyny. Tuż przed Barceloną (charakterystyczny punkt w postaci lotniska El-Prat :D ) skręciliśmy na północ. Z okien można było wtedy podziwiać malownicze szczyty Pirenejów a następnie mniejsze i większe miasta we Francji.
Przesiadka w Charleroi była dla nas opcją niemal idealną. Trzy godziny pozwoliły bowiem na szybką kawę, chwilę odpoczynku z omówieniem „na gorąco” pierwszych wrażeń oraz ratowanie twarzy na zakupach na airside. Nie wyrobiliśmy się bowiem czasowo na zakup pamiątek z Maroka, więc postanowiliśmy choć zatuszować ten fakt pamiątkami z Belgii ;)
Przed wejściem do samolotu poczyniliśmy małą obserwację. Chcieliśmy zobaczyć o której godzinie do samolotu wejdą ostatni pasażerowie aby wiedzieć ile czasu będziemy mieli na potencjalnej ciasnej przesiadce planowanego jeszcze wtedy powrotu z Valladolid. W samolocie udało nam się zająć miejsca w pierwszym rzędzie ucinając kilka krótkich rozmów z wyjątkowo zabawną i zgraną obsługą pokładową lotu. Niestety po wylądowaniu zaliczyliśmy ciężką aklimatyzację w postaci cienkiej warstwy leżącego śniegu i temperatury do dwudziestu stopni niższej niż notowanej jeszcze kilka godzin wcześniej w Afryce. Nie żałowaliśmy jednak – w końcu znów mieliśmy przedsmak wiosny na którą, gdyby nie wyjazd, musielibyśmy czekać jeszcze ze dwa miesiące.

Lot powrotny do Wrocławia



Podsumowując
Cały wyjazd, zwłaszcza wątek permanentnie i do ostatniej chwili zmieniających się planów, w opowieściach jest kupą śmiechu. Jednak tak w głębi w kontekście technicznym był dla mnie solidną szkołą przetrwania. Owszem, wszystko się udało – niemniej dopiero po powrocie zdałem sobie sprawę ile mieliśmy szczęścia. Czasami dzięki życzliwości miejscowych, czasami dzięki doświadczeniu pozwalającym zrozumieć kontekst próbującej coś przekazać w języku „robaczkowym” lub francuskim osoby. Dodam że z tych języków w sumie znam i rozumiem może 10 słów? Właśnie ta życzliwość miejscowych była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Przykładowo sytuacja ze wspomnianym napiwkiem dla kierowcy. Gdy dziękując i zostawiając na desce rozdzielczej zwinięty banknot zobaczyłem szczery uśmiech na jego twarzy, zorientowałem się że on czegoś takiego w ogóle nie oczekiwał. Kompletne przeciwieństwo Tunezji w której prawdopodobnie za samą rozmowę kierowca oczekiwałby jakieś zapłaty. Przynajmniej takie wrażenie wyniosłem po jedynym jak dotąd wyjeździe do „kurortu turystycznego” w kraju arabskim. Teraz zdałem sobie jednak sprawę, że wschodnia strona Maroka przynajmniej częściowo nie jest tak łasa na wyzysk przybywających turystów. Owszem, zdarzały się przypadki mówienia cen dwa razy większych niż w rzeczywistości. Jednak nie odnieśliśmy wrażenia bycia wyłącznie źródłem zarobku. Widać było że w tej części świata życie w niektórych aspektach nie jest lekkie. Jednak część mieszkańców w kontaktach z nami chciało pozostawić po sobie pozytywne wrażenie i takie sytuacje wspomina się najmilej! Po powrocie szybko zostało postanowione – kiedyś będzie trzeba tam wrócić. Tam, to znaczy zarówno do Użdy aby zobaczyć efekt prowadzonych w tej chwili remontów. Tam, to znaczy w malownicze góry pomiędzy Oujdą a Nadorem których nie udało się nam tym razem odwiedzić. Tam, to znaczy na powstające przy granicy z Algierią zagłębie turystyczne w Saidii – ot tak z ciekawości. W końcu tam, to znaczy do niezwykle zaskakującej gwiazdy wyjazdu – Melilli – której zdecydowanie trzeba poświęcić więcej niż niecały dzień.
Ostatecznie wyjazd ten zaliczam do bardzo udanych. Zyskałem sporo bardzo cennych doświadczeń technicznych a sam kraj otworzył jeszcze szerzej oczy na świat i spowodował sporo ciekawych przemyśleń. Wprawdzie wróciliśmy bardzo zmęczeni fizycznie, jednak czuliśmy dużą radochę i reset myślowy. Jeszcze bowiem pierwszej nocy śpiąc na lotnisku w Charleroi moja dziewczyna śniła o pracy w której akurat były ciężkie dni. Jednak jak się później przyznała od następnego poranka do momentu wylądowania we Wrocławiu ani razu nie pomyślała o czymś takim jak obowiązki w pracy – byliśmy tak zajęci otaczającą nas rzeczywistością że autentycznie z głowy wypadły nam sprawy dotychczas codzienne. Chyba nie istnieje pełniejsza definicja powodów dla których chce się jeździć po świecie?