Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LOT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LOT. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2017

Wszystko zgodnie z planem, czyli krajówki znikające z rozkładu Ryanair

Jest październik, kończymy letnio-wakacyjny sezon lotniczy, czas na zmiany w rozkładach. To naturalna kolej rzeczy w tym biznesie i każdy fan podróży śledzi informacje jakie połączenia będą otwarte na miesiące ciepłe a jakie na miesiące zimowe. Niestety oprócz kierunków stricte wakacyjnych, na naszym poletku znikają również połączenia krajowe - z Gdańska i Wrocławia na Lotnisko Chopina w Warszawie. Tak, temat który dość cyklicznie wraca na moim blogu.

Obserwuję go sobie bowiem od samego początku a przez ostatnie dwa lata jest mi on szczególnie bliski. Ze sporą regularnością korzystam (w zasadzie to już należy użyć czasu przeszłego) z udogodnienia połączeń na Lotnisko Chopina zamiast na Modlin, oraz bliskości do lokalnych portów lotniczych mojej aktualnej bazy, oraz mieszkania we Wrocławiu. Z Dorotą kilkukrotnie lecieliśmy też do Gdańska, oraz przy okazji uruchomienia Szczecina, trzymaliśmy kciuki za podobny ruch w kwestii Rzeszowa. Miło było, ale się skończyło.

Ryanair dość gwałtownie podniósł bowiem larum, że od sezonu wakacyjnego jego samoloty zaczęto stawiać na dalekiej płycie cargo - pomiędzy progami pasów 29 i 33. Rzeczywiście, było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdy pierwszy raz jechaliśmy - jak to część współpasażerów określała - na zadupie. Niemniej niewiele mnie to zdziwiło, ponieważ Lotnisko Chopina tego lata naprawdę przeszło spore oblężenie. Widać to było choćby po bramkach 33-35 terminala z których następuje boarding na loty Ryanair. W trakcie wakacji w tych podziemnych lochach zaczęli się bowiem pojawiać także pasażerowie PLL Lot na kursy do Rzeszowa, Budapesztu i in.

Ryanair jednak zaczął kręcić nosem, że tak dalekie stanowiska mocno wydłużają im turnaround, sypią rozkład itd. Odbierałem ten argument jako szukanie dziury w całym. Czasami na płycie tej widuje się bowiem maszyny Wizz Air, czy przewoźników czarterowych. I temu pierwszemu zwłaszcza, nie przeszkadza to w tworzeniu normalnego rozkładu rotacji dla bodaj siedmiu zbazowanych maszyn.

Po kilku dniach grożenia, że połączenia krajowe zostaną skasowane od wiosny 2018, lub przeniesione do Modlina (ciężka sprawa, gdy port przy aktualnej wydajności już zaczyna się zapychać), nastąpił ruch nieco zaskakujący. Przewoźnik postanowił bowiem całkowicie zrezygnować z połączeń z Lotniska Chopina do Gdańska i Wrocławia już od sezonu zimowego. Zaskakujący, ponieważ groźby zawieszenia od wiosny dobrze wpasowywały się w koniec półtorarocznego programu zniżek udzielanych przez Chopina za uruchomienie nowych tras. Dodam bowiem, że w tym całym zamieszaniu jakoś nie było mowy o kasowaniu rozkładu do Szczecina, który ruszył jakoś wiosną 2017 roku.

Przewoźnik postanowił jednak zmienić tłumaczenie i Gdańsk z Wrocławiem wrzucić do wielkiego wora pod hasłem zwijamy skalę, bo mamy problem z punktualnością. Chodzi o te sławetne kasowanie szeregu rejsów, które - co dość szybko wyszło na jaw - stało się efektem sporych problemów kadrowych linii. Szczerze, tej historii także jakoś nie kupuję z kilku powodów. Tzn. za tłumaczeniem przewoźnika przemawia fakt dość ciężkiego charakteru umowy pomiędzy firmą a jej pracownikami. Otóż w zależności od potrzeby, mogą oni być w bardzo szybki sposób relokowani do pracy w innych krajach. Własne mieszkanie, rodzina i stabilność w jednym mieście? Nope, nie w tym biznesie. Ryanair zostawił sobie bowiem furtkę, gdzie w sposób błyskawiczny może przerzucać samoloty i obsługę w dowolne miejsce na świecie.

Tylko nie pasuje mi jedna rzecz. Trzy dzienne rotacje na trasie z Wrocławia do Warszawy nie są jedynymi kursami wykonywanymi przez daną maszynę. Rano leci ona bowiem do Warszawy, potem np. do Glasgow, potem znów robi popołudniową Warszawę, aby na sam koniec polecieć gdzieś na zachód kontynentu. Przy rezygnacji ze stolicy, maszyna po prostu będzie długo stała we Wrocławiu. A ponieważ w rozkładzie są dziury, rejsy do wspomnianego Glasgow i tego drugiego zachodniego kierunku muszą być obsługiwane przez dwie osobne załogi - tak, jak w przypadku obecności Chopina w rozkładzie. Czyli linia nie będzie w stanie zrobić relokacji pracowników, aby uzupełnić braki w innych bazach.

Na pewien trop naprowadził mnie natomiast serwis Aviation Analytics, który przyjrzał się ostatnim cięciom w siatce Ryanair. Konkluzja była taka, że tylko dwie z czterdziestu sześciu zawieszanych tras przynosiły linii zyski. Każde miejsce na locie z Gdańska / Wrocławia do Warszawy kosztowało linię od czterech do czternastu Euro.

Szczerze powiedziawszy, uruchomienie krajówek już na etapie Modlina uznawałem za działanie bardziej marketingowe, niż nastawione na zysk. No bo jak można zarabiać wyprzedając większość siedzeń za 9 złotych? Wprawdzie Chopin ostatnio podrożał i najtańsze bilety (do Wrocławia) były po 21 złotych, w zasadzie z wykluczeniem lotów około-weekendowych. Niemniej nadal nie były to kwoty pozwalające na zarobek. I mamy powtórzenie schematu: rozwój bazy, uruchomienie tanich i stosunkowo częstych krajówek, intensywny marketing i zwijanie połączeń. Historia pokazuje, że tak samo było w krajach bogatszych i o kulturze częstszego latania. Moje koronne przykłady: Girona / Alicante / Santander / Walencja - Madryt, Dublin - Cork, Bergamo - Ciampino, Beauvais - Marsylia, Schonefeld - Hahn / Weeze / Brema / Kolonia. Wszystkie te krajówki operowały na nawet bardzo częstych rotacjach, po czym zostały zamknięte.

Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie regularnego korzystania z krótkich hopek, miałem nadzieję na rozkręcenie się tej oferty. No bo pojawił się Szczecin, powiększano liczbę rejsów z Gdańska do Krakowa i Wrocławia. Liczyłem jednak bardziej na pójście po rozum do głowy PLL Lot, który zareaguje na konkurencję obniżaniem cen swoich biletów. Nic mniej mylnego. Ceny może już nie są tak zaporowe jak kiedyś - zwłaszcza przy dużo wcześniejszym bookingu - jednak nadal oscylują w wartości niewiele poniżej 100 złotych za odcinek. Zdecydowanie za dużo jeśli mówimy o weekendowym wypadzie do drugiego domu. Pewne opracowania pokazały bowiem, że obłożenie narodowego praktycznie nie uległo zmianie, czyli Ryanair utworzył całkowicie nową grupę odbiorców.

Po cichu mam nadzieję, że do grupy tej uśmiechnie się np. Wizz Air. Przewoźnik ten już w zeszłym roku zapowiadał, że wchodzi w etap zastanawiania się nad krajówkami w Polsce. Wtedy pozostało już niewielkie pole do działań, ponieważ potencjalne najciekawsze trasy zostały już zajęte przez Ryanair. Ale teraz przy posiadaniu silnych baz w Warszawie, Gdańsku czy Katowicach rynek na działanie produktowo-marketingowe się jakby powiększył. Coś może być na rzeczy, ponieważ Wizz lata już dwa razy dziennie w Rumunii na trasie Bukareszt - Cluj-Napoca, oraz ostatnio uruchomił kilka krótkich kursów w naszej części kontynentu - niekoniecznie związanych z ruchem robotniczym. Przykładowo Warszawa - Wilno / Bratysława, Gdańsk - Wilno, Budapeszt - Berlin / Cluj-Napoca / Sarajewo / Pristina / Sofia, Bratysława - Cluj-Napoca / Tuzla / Skopje, Kijów - Wilno / Ryga. Czas pokaże.

sobota, 18 lutego 2017

Przebazowanie

W trakcie ostatniej dłuższej ciszy na blogu, w mojej tambylczej rzeczywistości zaszła jedna duża zmiana, o której powinienem był się z Wami podzielić. Owszem, od października nie byłem zagranicą w celach turystycznych. Ale nie o to akurat mi chodzi.

Otóż w trakcie pierwszego wypadu w norweską dzicz (relacja: Due North - Na północ), podczas przesiadki na lotnisku w Gdańsku udało mi się zawrzeć pewien fajny deal. Odstąpiłem wtedy na noc kanapę, na której akurat siedziałem i czytałem gazetę. Efekty tego odstąpienia otaczają mnie do dziś, a jednym z tego skutków była moja listopadowa przeprowadzka do Warszawy :D

Pamiętam, gdy cztery lata temu szukałem pracy, stwierdziłem że raczej ograniczam się do mojego Wrocławia. Ba, niedługo później kupiłem tam mieszkanie. Jednak czasami rzeczy niemożliwe zadziewają się szybko i bez wielkiego żalu. Tak więc mieszkanie stoi sobie puste i czeka na weekendowe odwiedziny, przywiezione z Tunezji djembe i rower wyjechały do Warszawy, a ja właśnie kończę okres próbny w pierwszej tutaj pracy.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tej przeprowadzki nie rozważał w kontekście latania. Zatem mamy świetną miejscówkę, skąd na lotnisko Chopina dojeżdżamy autobusem w 20 minut. Pracę mam pod nosem - jedną stację kolejki od lotniska. Dzięki uruchomieniu przez Ryanair krajówek na główne lotnisko Warszawy, bezproblemowo mogę więc latać do Wrocławia na weekendy, z porannym powrotem bezpośrednio do biura. Wiele więc nie straciłem.

Zyskałem za to ponad dziesięciomilionowe lotnisko. Główny hub PLL Lot, który mimo wszystko wciąż bardziej przychylnie patrzy na pasażera z Warszawy, niż z innych portów, których powinien przyciągać na rejsy przesiadkowe. Fakt ten widać w naszych aktualnych planach - dzięki szalonym środom w weekend lecimy do rodziny Doroty w Rzeszowie, na majówkę kierujemy się w stronę Ljubljany a jeden z lipcowych weekendów spędzimy w Połądze na Litwie. Niestety tegoroczny urlop szybko nam się kończy, więc oprócz stricte weekendowych strzałów - obserwuję sobie Zieloną Górę, Kijów i Koszyce - na wiele więcej w tym roku bym nie liczył.

Oprócz PLL Lot pozostaje jeszcze duża baza Wizz Air. Ze sporą radością przywitaliśmy starą już informację o planowanym wrzuceniu do pudełka siódmego różowego cukierka, oraz uruchomieniem połączeń do m.in. Santander, Lyonu, Nicei, Bukaresztu, Bratysławy czy Wilna. Do tego dochodzą oferty Norwegian, czy szeregu innych liniowych przewoźników, którzy co jakiś czas potrafią zaskoczyć promocją, lub atrakcyjnymi czasowo przesiadkami.

Koniec końców jest także - zapomniany nieco od czasu przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina - Modlin. Może nie jest on pierwszym wyborem w moich planach, jednak mimo wszystko spora siatka połączeń Ryanair, pewnie niejednokrotnie wspomoże nasze krótkie wypady z wykorzystaniem minimalnej liczby dni urlopowych. Przykładowo latem można na całą niedzielę polecieć do Bergamo - fajna opcja na zaliczenie Bresci, Verony, lub szybkiego wypadu nad jezioro Como. Charleroi też kusi kilkoma połączeniami dziennie z wylotem rano Wizz Air i powrotem wieczorem Ryanair. Zresztą późne loty z Bergamo/Charleroi fajnie nam się układają na powroty z Tirany lub Podgoricy, nad czym będziemy się zastanawiać w tym roku :-) 

Zatem okres przejściowy powoli się kończy. Wstępnie się tu ułożyłem, nieśmiało zaczyna być słychać coś o wiośnie, trzeba więc się zaktywizować. W ilości lotów rok 2016 raczej nie zostanie przebity. Trochę zaburzone statystyki - ponieważ nie dotyczące wyłącznie całego roku - mówią, że w przeciągu 14 miesięcy (wrzesień 2015 - październik 2016) odbyłem 70 lotów, a poza domem spędziłem 147 nocy. Zeszłego lata Dorota miała taki okres, że 10 weekendów z rzędu spędziła poza Warszawą. Gdy teraz będzie łatwiej transportowo, myślę że jesień 2017 również przywitamy lekkim przemęczeniem ;)

czwartek, 27 października 2016

Wyszukiwarka lotów Google

Bez dwóch zdań, Google na zawsze zmienił oblicze internetu. Rewolucja jaką przyniosły mechanizmy wyszukiwania były czymś prawie tak samo wielkim, jak sama idea internetu. Jednak trochę przeraża mnie skala do jakiej rozrosła się korporacja. Darmowa poczta, przestrzeń na pliki, galeria zdjęć, Youtube, niemal doskonałe mechanizmy map, widgety pogodowe, profilowanie pod reklamy (których akurat nigdy nie klikam), przeglądarka, system operacyjny na smartphone-y, zaawansowany system tłumaczeń, kalendarz zsynchronizowany z innymi usługami (np. automatycznie dodający lot w przypadku otrzymania potwierdzenia rezerwacji)... jak można to wszystko ogarnąć?

Kilka miesięcy temu odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę Google-owej przeglądarki. Wpisując przykładowo treść Lot Warszawa - Wrocław trafiłem no poddomenę flights.google.com Pamiętacie ten popularny w ostatnich miesiącach gif Mind blowing?



Bo chociaż Google zazwyczaj na początku wrzuca usługi z tylko podstawowymi możliwościami, to już sam ich zakres w tym przypadku powala na kolana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wtedy też wydaje się, że mamy do czynienia z czymś podobnym do popularnego Skyscanner. Ot, kierunki, daty, liczba pasażerów, filtrowanie na linie lotnicze, przesiadki, godziny lotów itp. Tylko że Google jest bardzo mocno wyćwiczony w podejściu continuous delivery, czego bardzo brakuje przywołanemu konkurentowi. Wspominałem o tym w zeszłym roku we wpisie Szukanie fajnych cen jest proste. Algorytmy taryfowe przewoźników sieciowych są dużo bardziej zaawansowane niż u tzw. nisko-kosztowych. Cena końcowa jest różna w zależności od tego na jakiej trasie chcesz lecieć, jakiego dnia wylatujesz i kiedy wracasz. Może się więc okazać, że wylot we środę kosztuje 200 złotych jeśli wracasz za prawie tydzień we wtorek, a ten sam wylot we środę kosztuje 400 złotych jeśli wracasz dzień później. W drugim przypadku najprawdopodobniej jesteś pasażerem podróżującym w interesach, czyli skłonnym zapłacić więcej. Dlatego też tabelka z poziomami cen w Skyscanner jest skrajnie niepełna, nawet w przypadku bardzo częstych rejsów na wskazanej trasie. Jak na grafice poniżej, trasa z Monachium do Wrocławia latana jest trzy razy dziennie, natomiast tabela cen wskazuje prawdopodobnie tylko te daty, które ktoś kiedyś próbował wyszukać.


W silniku Google problem różnorodności cenowej rozwiązano w bardzo prosty sposób - dodając pole wskazujące jak długo ma trwać pobyt na miejscu. W połączeniu z częstym odpalaniem mechanizmów wyszukujących i głęboką integracją z liniami lotniczymi (wspomniane continuous delivery) otrzymujemy rozwiązanie pełne i wiarygodne. Przy okazji mamy też cudowny dodatek w postaci mechanizmu Elastyczne daty, który rzutuje na siatce kształtowanie się najniższych cen w okolicach planowanego terminu wylotu.


W zasadzie, to mógłbym tutaj jeszcze raz wkleić wspomnianego wyżej gifa, prawda? Oczywiście to jest wartość podstawowa. Dodatkowo mamy kilka drobnych smaczków, jak delikatne zabarwienie cen wskazujące na najwyższą i najniższą w obserwowanym przedziale. Na późniejszym etapie mamy podpowiedzi o oszczędności jeśli nieco przesuniemy daty lotów, o ewentualnych dodatkowych opłatach za bagaż, prawdopodobieństwie opóźnienia w lądowaniu, dostępu na pokładzie do Wi-Fi i gniazdka zasilania, typie samolotu a co za tym idzie o ilości miejsca na nogi (ciekawostka, dla Lotowskiego Embraera RJ-175, 81 cm na nogi określone jest jako ponadprzeciętna ilość) oraz alercie jeśli mamy do czynienia z maszyną o silnikach turbośmigłowych. Gdzieś później mamy też informacje o poziomach cenowych jeśli będziemy bookować na stronie przewoźnika, przez telefon, lub za pośrednictwem np. biur podróży.

Jeśli chodzi o aktualność pokazywanych stawek, to kilka miesięcy testów na prostych wyszukiwaniach wykazały, że są one takie same, jak na stronach internetowych przewoźników. Odnosi się bowiem wrażenie niemal synchronizacji z bazami danych linii, przez co ilość i aktualność propozycji jest powalająca, a poziomy cen odświeżane za każdym razem po wskazaniu przedziału interesujących dat. Sporo zamieszania wychodzi przy skomplikowanych trasach wykonywanych na niewspółpracujących ze sobą liniach lotniczych. Wtedy ceny na liście wszystkich ofert i szczegółach wskazanych rejsów potrafią się zmieniać drastycznie, włącznie z różnicą czterocyfrową. Jednak, co warto zaznaczyć, jest to zagadnienie trudne i zarazem niejeden błąd, czy też niedociągnięcie mechanizmu. Wspomnijmy o kilku z nich.


Na samym początku spore zakłopotanie wprowadza bowiem niejasność w multiwyszukiwaniu. Przykładowo AZair pozwala na wyszukanie biletów na trasie z Wrocławia na Wyspy Kanaryjskie bez precyzowania na którą dokładnie wyspę chcemy się udać. OK, mechanizm Google też coś takiego umożliwia, jednak proces jest bardziej wydłużony i nie daje możliwości porównania w szerokim zakresie dat. Wpisując bowiem Wyspy Kanaryjskie, dostajemy coś na wzór przewodnika, z odnośnikiem do map, które zaznaczają obszar, pokazują większość obecnych na nim lotnisk i odnalezione ceny na część z nich. Kliknięcie na któreś z docelowych powoduje otwarcie z boku karty trasy z atrakcjami na miejscu, oraz tylko częściowo danymi możliwych dolotów. Dopiero kliknięcie na Pokaż loty przekieruje nas na listę wszystkich połączeń włącznie z cenami i godzinami operowania. Minus jest taki, że lista dotyczy jedynie wskazanego lotniska a nie wszystkich na Kanarach, przez co nie można zrobić łatwego porównania każdej z wysp. Zwłaszcza, gdy można sobie pozwolić na dowolność w wyborze daty. To co zapewnia AZair, w Google trzeba jednocześnie sprawdzać w kilku kartach przeglądarki.

Dodatkową niejasność w multiwyszukiwaniu powoduje grupowanie lotnisk. Zauważcie, że powyższe wyszukiwanie wskazało jedynie wyspę Teneryfę. Dopiero kliknięcie na nią wskazuje, że znajdują się tam dwa lotniska - północne (w domyśle) zorientowane na ruch lokalny i dla połączeń z Hiszpanią kontynentalną, oraz południowe  - w większości przeznaczone dla ruchu czarterowego. Podobną niejasność powoduje wyszukanie na trasie Warszawa - Paryż, gdzie mamy po dwóch stronach w sumie pięć lotnisk: Chopin i Modlin, oraz Orly, Charles de Gaulle, oraz odległy od centrum Paryża o 90 kilometrów Beauvais.

Kolejną ciekawostką jest niejasność w grupowaniu linii lotniczych. Wpiszcie np. przywołaną wcześniej trasę Warszawa - Paryż. Pierwszy sort pokazuje, że na wskazanych datach najtańsza jest oferta Air France. Pozostałą sporą grupę stanowią oferty Lufthansy, Lotu, lub też KLM. Klikam więc na najtańszy rejs tam, a wtedy wśród powrotnych filtrowanie ogranicza się głównie do ofert Air France, lub KLM. Gdy kliknę natomiast propozycję LOTu, w drodze powrotnej mam przede wszystkim loty na pokładzie Lufthansy, Austrian, SAS, Swiss czy Brussels Airlines. Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, to alianse pozwalające na code share i sprzedaż łączoną na stronach partnerów. Jednak co ciekawe, wśród powrotów preferujących Star Alliance, są także propozycje przesiadek we Wiedniu, gdzie odcinki odbywają się na pokładzie kolejno Air France i PLL Lot. Warto zaznaczyć, że przewoźnicy ci jakiś czas temu odeszli od polityki bardzo drogich biletów w jedną stronę. Nie sądzę więc, aby na tak konkurencyjnej i zatłoczonej trasie, jak z Warszawy do Paryża, pojedynczy bilet Air France na odcinek powrotni był tak drogi, żeby nie ujmować go w wynikach wyszukiwania. W zeszłym roku najtańszą urlopową opcją była dla mnie trasa Warszawa - Paryż - Biarritz u Air France i Bilbao - Praga u CSA.

Pikantności do całości dodaje również sortowanie przewoźników nisko-kosztowych. Ciekawym przykładem jest trasa Warszawa - Paryż Beauvais, z lotami w takie dni, aby operacje miał zarówno Ryanair (loty z Modlina) jak też Wizz Air (lotnisko Chopina). Na grafikach poniżej widać, jak mechanizm wyszukuje oferty obu przewoźników. Najtańszą opcją będzie, jeśli do Francji polecimy na pokładzie Wizz Air a wrócimy na Modlin Ryanair. Oferta drugiego przewoźnika jest jednak niewidoczna, jeśli na pierwszym odcinku zaznaczymy rejs jego konkurenta.
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Wizz Air
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Ryanair
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - wszystkie oferty
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - brak oferty Ryanair przy wylocie na pokładzie Wizz Air


Można to wytłumaczyć, że chodzi o różne lotniska w Warszawie. Trochę to słabe. Jeśli bowiem zaznaczam trasę z miasta, to nie ma dla mnie wielkiego znaczenia z jakiego lotniska chcę startować. W takiej sytuacji prawdopodobnie biorę też pod uwagę możliwość powrotu na inne lotnisko, obsługujące to samo miasto. Algorytm powinien brać to pod uwagę.

Ale chyba nie tylko o lotnisko chodzi. Zrobiłem bowiem test na trasie Warszawa (WAW) - Barcelona (BCN) w dzień, w który akurat odbywają się rejsy PLL Lot i Vueling. W skrócie, oferta narodowego to 311 złotych tam i 470 na powrót. Vueling natomiast chce lecieć za 50 Euro tam, oraz 80 na powrocie. Gdy w wyszukiwarce Google jako pierwszy rejs wybiorę operowany przez Lot, to wśród powrotów w ogóle nie znajdę oferty Vueling, która notabene jest tańsza.

Ktoś powie, no dobrze, Vueling, jakkolwiek samodzielny i nisko-kosztowy, to poprzez IAG jest w bliskiej współpracy (coś na wzór Aliansu) z Iberią i British Airways. Być może dlatego mechanizm nie chcę łączyć ofert tej linii i PLL Lot. Tylko w takim razie dlaczego daje możliwość miksowania ofert Vueling, Wizz Air i Ryanair na trasie z Barcelony (El-Prat) do Budapesztu? Passuję ;) 

Chociaż znany nam internet, to głęboka integracja wielu mechanizmów, umożliwiająca sprzedaż szybszą, łatwiejszą i trafiającą do większej rzeszy odbiorców, to niestety wciąż gdzieś tam głęboko w jego odmętach znajdują się szare strefy, niewykorzystujące w pełni jego możliwości. Miejscem takim przykładowo jest internet Kubański. Ostatnio bowiem zaczynamy powoli przygotowywać się do podróży po tej wyspie, rozglądając się za różnymi miejscami i możliwościami transportowymi. Niestety, wyszukiwarka Google nie pokazuje żadnych propozycji lotniczych krajówek, oprócz przelotów na 280.kilometrowym odcinku z Hawany do Santa Clara, z przesiadką w Toronto, opcjonalnie Nassau i Panama City. Okazuje się bowiem, że wyszukiwarka nie jest zintegrowana z lokalną linią Cubana de Aviación, która to na trasie z Hawany do Santiago de Cuba lata od dwóch do czterech razy dziennie. Niestety, internet i oferta turystyczna na Kubie najwyraźniej są bardzo mocno zacofane i - choć dopiero co zaczęliśmy nasz research - niejednokrotnie spotkaliśmy się z wieloma problemami natury hm... nie wiadomo nawet jakiej ;)
Wyniki wyszukiwarki lotów Google na trasach krajowych na Kubie
Oferta Cubana de Aviación na trasie z Hawany do Santiago de Cuba

Przy okazji Kuby jest jeszcze jedna istotna sprawa, o której warto wspomnieć. Wyszukiwarka Google pobiera ceny bezpośrednio od przewoźnika. My loty na Kubę kupiliśmy od pośrednika, który akurat wystawił totalnie zaskakującą cenowo ofertę. Oczywiście w myśl zasady - jeśli coś jest okazyjnie tanio, to być może da się znaleźć opcję jeszcze tańszą - chwilę przed zakupem zrobiłem mały research bezpośrednio u przewoźnika, w opisywanej wyszukiwarce, na Skyscannerze i kilku innych źródłach. Tym razem zasada nie miała zastosowania, a ceny u przewoźnika były podobne jak te w wyszukiwarce. Blisko dwukrotnie wyższej wartości niż nasz zakup. Konkluzja? Pośrednicy, jak też serwisy ofertowe pokroju loterów czy fly4free nadal mają prawo bytu w przestrzeni internetowej :-)

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć o kolejnym bardzo, bardzo ważnym ficzerze. Jest to podobny do obecnego na Skyscanner (ale od niedawna także na AZair) alert cenowy. Utworzenie takowego sprawia, że co około 24 godziny na skrzynce mailowej ląduje powiadomienie o zmianach w obserwowanych cenach. Jest krótka lista ofert wielu przewoźników, informacja o trendzie cenowym, oraz link kierujący do szczegółów ustawionego powiadomienia. Na liście monitorowanych lotów znajduje się bardzo przydatny wykres cen. Oczywiście alert można utworzyć tylko na konkretną datę (nie można na zakres dat), niemniej wykres ten może się okazać przydatnym narzędziem do wyszukiwania pewnych trendów cenowych. Mimo wszystko większość osób nadal myśli że im wcześniej zarezerwuje się bilety, tym te będą tańsze.

Alert cenowy na skrzynce mailowej
Wykres cen i szczegóły ustawionych alertów

Tyle dobrego. Niestety sam alert jest bowiem obarczony pewnym błędem architektonicznym. Otóż wykres pokazuje najniższą cenę znalezioną w danym dniu, a powiadomienie przychodzi na skrzynkę tylko raz dziennie. Dużo lepiej radzi sobie tutaj strażnik oferowany przez Sky Scanner, który natychmiastowo informuje o wykrytej zmianie cen. W momencie, gdy np. Ryanair jest w stanie kilkukrotnie w ciągu dnia modyfikować swoje siatki taryfowe, funkcjonalność taka wydaje się być niezbędna.

Podsumowując, wyszukiwarka Google wywołuje u mnie mieszane uczucia. Mechanizm sam w sobie jest świetny, to bez dwóch zdań. Google od samego początku wskoczył nim na czołówkę najważniejszych graczy na rynku. Jednak ma to być narzędzie służące do zarabiania. Dlatego wyraźnie odnoszę wrażenie, że mechanizm jest kierowany przede wszystkim do ruchu biznesowego, podróżującego często i niekoniecznie najtaniej. Jest prosty w obsłudze, przejrzysty, dający szybką odpowiedź na jasno sprecyzowaną potrzebę. Niestety słabo sprawdza się przy szukaniu mega-okazji, kombinowaniu gdzie by tym razem, lub kiedy by może gdzieś. Denerwuje mnie też myślenie za mnie, ukrywanie innych opcji, które są tańsze, ale z jakiś powodów poza prezentacją. Wiadomo, Google napisał ten mechanizm aby zarabiać. Wskazane nieco wyżej ukrywanie różnych propozycji powoduje we mnie obawę, że w pewnym momencie wyszukiwarka nie będzie służyć do wynajdowania opcji tanich, tylko poprzez profilowanie użytkownika takich, które będą dla mnie akceptowalne. Nie ma co się szczypać, Google posiada big, big, big data i świetnie radzi sobie z informacjami o nas. Miejmy nadzieję, że przesadzam :-) 

czwartek, 20 października 2016

Z Lotniska Chopina na pokładzie Ryanair

No i stało się. Kilka miesięcy po ujawnieniu informacji, że Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina - główny port lotniczy Warszawy - połączenia te doszły do skutku. Wprawdzie w momencie przenosin byłem na urlopie we Włoszech, jednak przeglądając wieczorami sieć, udało mi się w mediach ogólno-informacyjnych wyłapać nagłówki mówiące o zwiększającej się konkurencji na polskim niebie. Czyli główne - w mojej opinii - założenie tych tras zostało wypełnione: reklama poszła w świat :-) 

Przenosiny lotów na Chopina było tematem wielu rozmów z Dorotą. Trasa Wrocław - Warszawa jest przez nas bardzo często uskuteczniana. Gdańsk także leży blisko sercu, ponieważ ułatwia to dostanie się do jej brata i bratowej - rezydujących w Sopocie. Eh... żeby tak jeszcze jej rodzinny Rzeszów ;) Ale wracając do meritum, jednym z omawianych wątków były ceny lotów. Wiadomo, na Modlin lataliśmy - nie licząc pojedynczych przypadków - za 9 do 19 złotych. Pamiętam, gdy strzeliłem, że cena 39 na Chopinie będzie w mojej opinii okazją i atrakcją. A gdzie tam, przed urlopem spokojnie można było zapłacić mniej, włączenie z bardzo atrakcyjną ceną 9 PLN na loty weekendowe. Dość jasno potwierdza to moją teorię, że trasy te po prostu mają przysporzyć Ryanair reklamy, bo o zyskach nie ma w tym przypadku mowy.

Mnie osobiście fakt zmiany i niskie ceny bardzo cieszą. Wprawdzie z lotów na trasie do Wrocławia (tak, tak, do Wrocławia a nie do Warszawy) będę korzystał mniej niż przez ostatni rok, jednak przeniesienie oznacza dla mnie sporo plusów. Poniżej kilka subiektywnych opinii po pierwszych testach.

Z Warszawy wylatuję pierwszym rejsem danego dnia. Nie znam jeszcze miasta, nie wiem jak wygląda kwestia porannych korków, opóźnień komunikacji miejskiej, ani kolejek przy security na lotnisku Chopina. Dlatego póki co na wszelki wypadek daję sobie spore zapasy czasowe. Mimo to, budzik nawet na pierwszy lot zadzwonił mi jakieś 20 minut później niż zwyczajowo dzwonił na lot z  Modlina.

Pierwsza bardzo wyraźna różnica, to czas dojazdu na lotnisko. Aktualnie trasa z przystanku opodal mieszkania pod sam terminal lotniska rozkładowo zajmuje mi... 15 minut :D No dobra, autobus przyjeżdża nieco spóźniony i wspomniana trasa także zajmuje mu nieco więcej czasu. Jednak jest to o niebo mniej niż dojazdy na Modlin, w które należało wliczyć metro, przejażdżkę koleją i busem.

Przy okazji jeszcze mała anegdota dot. komunikacji w Warszawie. Interpretacja regulaminu przewozów zmierza w stronę, że bilet czasowy uprawnia do przebywania w środku transportu przez wskazaną liczbę minut a nie - jak by się mogło intuicyjnie wydawać (głupi ja) - do rozkładowego przejazdu od punktu A do punktu B. Zatem jeśli mój autobus, np. z powodu korków, lub długo wysiadających pasażerów, będzie jechał dłużej niż 20 minut wskazane na bilecie, muszę skasować kolejny ;)

Co ciekawe, odlot do Wrocławia najwyraźniej odbywa się chwilę po peaku w porannej fali odlotów. Za każdym razem udaje mi się bowiem znaleźć kontrolę bezpieczeństwa, do której stoi co najwyżej kilka osób. To dobrze. Boarding na rejsach Ryanair odbywa się w nieznanej mi dotąd części lotniska. Chodzi o małą halę na poziomie zerowym, na którym znajdują się bramki 32-34. Ma ona swój urok. Widząc bowiem całą przestrzeń, można w spokoju skupić się na porannej pracy przy laptopie, przejrzeć w sieci newsy, lub po prostu poczekać aby przejść boarding jako jeden z ostatnich. Zwłaszcza, że do samolotu i tak musimy dojechać busikiem.

Oczywiście siedząc przed bramką nie mogłem sobie odmówić możliwości obserwowania pasażerów. I tak na moje oko, nieco poniżej połowy z nich leci prawdopodobnie w celu załatwienia jakiś interesów. Reszta to weekendowi, lub okazjonalni wypadowicze. Sporo z tych drugich Wrocław traktuje jako przesiadkę na docelowe góry. Jeden z pasażerów wspomniał, że na miejscu jest jakieś 6 godzin wcześniej. Gumowe ucho wyłapuje także, że większość rozmów dotyczy właśnie przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina, zwiększeniu konkurencji itp. Są też głosy niezadowolenia, jak podsłuchana rozmowa telefoniczna pokroju

Pani Basiu, będę potrzebował maila z rezerwacją żeby się odprawić na lot powrotny. I tak na przyszłość, tego Ryanair to sobie odpuśćmy, bo musiałem teraz dopłacić 250 złotych i nie wiedziałem, czy w ogóle mnie wpuszczą do samolotu. Bo mają jakiś zepsuty system i nie mogli mnie dodać do pasażerów...

W skrócie, jakiś niezbyt wytworny gajerek, nie ogarnął chyba odprawy internetowej i myślał że w sposób tradycyjny musi podejść do stanowiska w terminalu. Tam został przywitany koniecznością dopłaty, po czym drugą zaliczył pod bramką, ponieważ próbował przejść z dwoma twardymi walizeczkami, przekraczającymi wymiary drugiego bagażu podręcznego. To dziwne, bo facet był niewiele starszy ode mnie, a sprawiał wrażenie totalnie nierozgarniętej ciapy. Jest to zdanie bardzo subiektywne, ale dla mnie odprawa internetowa jest opcją nie tyle udziwniającą, co ułatwiającą życie. Na lotnisku mogę bowiem stawić się na chwilę przed odlotem i zamiast szukać stanowisk odprawy biletowo-bagażowej, od razu przechodzę w stronę bramki. Na małych lotniskach pokroju Wrocławia - miodzio. W kwestii bagażu, dziwię się że Pan Gajerek lecąc w interesach bierze ze sobą dwie walizeczki. Ale nawet jeśli ma taką potrzebę i przyzwyczaił się do wygody klasy biznes w Locie, to Pani Basia powinna mu raczej wykupić lot z opcją all inclusive, zamiast podstawowej. Opłaty za brak odprawy też by się dało uniknąć, jeśli sprawdziłaby telefon, który podała w trakcie rezerwacji. Za prawie każdym razem odprawiam się na ostatnią chwilę. Wtedy zawsze na dzień przed lotem przychodzi mi sms z prośbą o odprawę i info że podczas odprawy tradycyjnej będę musiał zapłacić €/£45.

Wracając do meritum, busik podwozi nas pod lowcostowy stand 37, który pozwala na obrócenie maszyny w trakcie parkowania i tym samym uniknięcie kosztownej procedury push-back. Lądowanie we Wrocławiu zwyczajowo ma miejsce przed zaplanowaną godziną 0910. O godzinie 0930 zazwyczaj wchodzę do mieszkania.

Zróbmy więc porównanie. Przeglądając rozkład PKP widzę, że najszybszy czas przejazdu z Warszawy Centralnej do Wrocławia, to 3 godziny i 36 minut. Mapy Google twierdzą, że pomiędzy Warszawą a Wrocławiem da się przejechać samochodem 12 minut szybciej. W podobnym przedziale czasowym ostatnio zmieściłem się z podróżą samolotem od pierwszego budzika do stawienia się w mieszkaniu :D Samolot wygrywa więc w każdym zestawieniu.

Co więcej, w tym subiektywnym teście doszedłem do ciekawej sytuacji, o opisanie której raczej bym się nie podejrzewał jeszcze kilka miesięcy temu. Zwróćcie bowiem uwagę na jedną rzecz: Ryanair lata na takich samych trasach co PLL Lot. W chwili obecnej nie mamy już niedomówień - jest możliwość porównania jeden-do-jeden. Co na plus dla narodowego? Częstotliwość lotów, obsługa pokładowa - o ile ktoś zwraca na to uwagę, oraz - ale to z głębokim echem odbijającym się w loży szyderców - catering w postaci palucha Prince Polo i wody. Co na plus dla Ryanair? W skrajnej sytuacji nawet 180 złotych różnicy na bilecie powrotnym (w tej chwili bilety w PLL Lot startują od 200 złotych w obie strony), oraz możliwość zabrania plecaka o wadze do 10 kilogramów, plus dodatkowego małego bagażu. W Locie ograniczenia mamy do jednego bagażu i 8 kilogramów. Jak wieść gminna niesie, od pewnego momentu limity wagowe są skrupulatnie sprawdzane.

Zatem przy wielu smutkach i żalach jakie wylewam tutaj na Ryanair, tym razem muszę stwierdzić, że jeśli komuś nie zależy na bardzo dokładnej i specyficznej godzinie rejsu, to oferta tej linii jest po prostu najlepsza. Pytanie jak się teraz zachowa narodowy? Jeśli priorytetem będzie dowóz pasażerów do huba na przesiadki, to taka konkurencja jest mu na rękę - pozbędzie się klientów o niskiej rentowności. Jeśli natomiast będzie chciał zachować prestiż lidera na trasach krajowych, to nie ma bata - oferta musi się polepszyć, albo - co idąc za przykładem krótkiej konkurencji z OLT Express - ceny po prostu muszą spaść.

wtorek, 19 lipca 2016

Gdzień pomiędzy - Mołdawia - podsumowanie

Pod koniec naszego tygodniowego pobytu zacząłem się zastanawiać - dla jakiego podróżnego jest ten kraj? W międzyczasie słyszeliśmy bowiem różne opinie. Znajomy z pracy Mołdawię wspominał dobrze, ale to raczej z powodu klimatów wypadu motorowego. W internecie najczęściej można wyczytać informacje, że na kraj należy poświęcić cztery dni - każdy więcej jest w zasadzie zmarnowany. Jak więc widać, opinie mieszane.

Według mnie, Mołdawia jest propozycją raczej dla doświadczonych podróżników. Osób, które mają za sobą zaliczone najważniejsze punkty kontynentu i teraz po prostu zapełniają mapę odwiedzonych miejsc, lotnisk, odbytych tras. Ponieważ rzeczywiście jest tu niewiele do zaoferowania, warto w trakcie wizyty poeksperymentować. Przykładowo bardzo podobał mi się tupting po prowincji z nocowaniem na dziko pod namiotem. Owszem, podobny klimat i radochę można znaleźć prawdopodobnie w każdym innym kraju, jednak co stoi na przeszkodzie aby nie połączyć tego właśnie z wypadem do Mołdawii?

Niektórzy wybierają podróż w te rejony kontynentu, aby poczuć siermiężność sowieckich klimatów lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku. Szczerze, nie widziałem tego nawet w Naddniestrzu, po którym oczekiwałem największego stężenia takiego właśnie klimatu. Owszem, główne ulice miasta noszą nazwy Lenina lub 25.października, w samej fladze regionu oficjalnie zaczęto używać symboliki sierpa i młota. Jednak potrzeba wizualnej atrakcyjności regionu zatarła specyficzny smrodek dawnej epoki, tworząc nową, opartą na szeroko opisywanej w jednym z poprzednich wpisów propagandzie. Przeżycie tego jest właśnie najciekawszym aspektem turystycznym Naddniestrza. Sama Mołdawia, a dokładniej Kiszyniów, to bardziej nasze lata dziewięćdziesiąte. Taka mieszanka zaczynającej kształtować się wolności i wynikających z tego zmian społecznych. Czyli dużo do zrobienia, ale przy niewielkich możliwościach finansowych. Są pierwsze banki (notabene zabawna sytuacja - do każdego z nich jest zakaz wchodzenia z bronią), bez problemu można kupić wszystkie towary pierwszej potrzeby, tylko że większość handlu odbywa się jeszcze na targach i placach handlowych. Nie ma problemu z poruszaniem się po kraju, ale odbywa się to za pomocą zdezelowanych marszrut. W przypadkach skrajnych, w takim Transicie przebywa 30+ osób - po trzy osoby na siedzeniu i dzieci na kolanach, plus ścisk wśród stojących. Na własnych oczach widzieliśmy, jak w wysiadanie dziewczyny z końca pojazdu zaangażowanych była połowa współpasażerów. Na kolana wziąłem torbę jednego faceta, aby ten mógł się nieco ruszyć umożliwiając jej wstanie z siedzenia. Bagaż wynoszony był ze współudziałem ośmiu osób, a dodatkowe sześć musiało na chwilę wyjść z busika aby w ogóle można było myśleć o wyjściu tej jedynej ;)


Takie rzeczy budują właśnie specyficzny charakter Mołdawii. Kraju, wydaje się, radosnego i otwartego na każdego. Zwłaszcza, że ruch turystyczny jest w nim na etapie raczkowania. Przynajmniej tak podejrzewamy, ponieważ na miejscu powszechnie obowiązującym językiem jest (obarczony nierozpoznawalnym przez nas lokalnym dialektem) rumuński i rosyjski. Większość turystów zwiedzających Mołdawię to podobno Rumuni, Ukraińcy, Rosjanie i Bułgarzy. W naturalny sposób są więc oni przez nas niezauważani. W ciągu naszego tygodniowego pobytu w sposób świadomy rozpoznaliśmy jedynie sześć grup turystów - trzy z Polski, jednego z Holendra i dwie z Wielkiej Brytanii.

Co ciekawe, w Mołdawii bardzo lubią i podziwiają polaków. Opinia to tym bardziej realna, że sporo osób ma jakieś doświadczenie z pracą u nas. Trochę to przerażające dla ludzi mojego pokolenia, które w pewnym momencie nie widziało przyszłości w naszym kraju i zdecydowała się na wakacyjne, lub nawet dłuższe epizody związane z pracą na zachodzie Europy. Ale nie ukrywajmy tego, Mołdawia jest krajem biednym, który z większymi problemami i wolniej, jednak cały czas goni średnią kontynentalną. Ma swoje dążenia, potrzeby i problemy. Ciągnie ją na zachód, czy to poprzez integrację z NATO/UE czy z Rumunią. Niemniej bardzo mocno w tym wszystkim przeszkadza blok rosyjski a i nawet najbliższy im sąsiad - Rumunia - traktuje Mołdawię jako biedniejszego, prowincjonalnego kuzyna, bliskie kontakty z którym mogą przysporzyć pewnych problemów. Tych niestety jest co niemiara, od militarnego zagrożenia ze strony Rosji i Naddniestrza (skuteczny bloker dla integracji z paktem północnoatlantyckim), po trwające już bodaj ponad rok protesty społeczne - pod parlamentem i siedzibą rządu w Kiszyniowie wciąż znajdują się miasteczka namiotowe. Przyczynkiem do nich było tajemnicze wyparowanie z systemu bankowego ponad miliarda dolarów - niemal trzeciej części wszystkich aktywów bankowych w tym kraju. Skala i zaskoczenie jakie wywołała ta defraudacja świadczą o niedojrzałości struktur organizacyjnych państwa. Tylko pytanie czy w naszym kraju na początku lat dziewięćdziesiątych było inaczej? Pomimo tego, Mołdawia potwierdziła nieco dziwną teorię, że im kraj biedniejszy, tym w sprawach bardziej przyziemnych - na swój sposób - bezpieczniejszy. Oczywiście nie będę tutaj koloryzował, że cały czas chodziłem z wystającymi z kieszeni plikami banknotów i nie napotkałem się z żadną próbą rabunku czy innej formy przestępstwa. Wspomnę tylko, że przy zachowaniu choćby najbardziej podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie czułem żadnego zagrożenia. Dotyczy to zarówno miejsc publicznych za dnia, jak też zwyczajowo dość opustoszałego centrum Kiszyniowa po zmroku.



Offtopowo jeszcze dodam, że Polska oprócz przytrafiających się grup turystów jest również obecna na lokalnym rynku. Przykładowo były pracodawca mojej koleżanki ze studiów - Red Sky - to firma stworzona w Szczecinie, posiadająca główne biuro we Wrocławiu, najwięcej zarabiająca na rynku w Stanach Zjednoczonych, oraz posiadająca dodatkowy oddział w Kiszyniowie właśnie. Oprócz tego co chwilę widywaliśmy logotypy innych naszych marek - zwłaszcza budowlanych. Dodatkowo kilkukrotnie w sklepach widzieliśmy czekolady Wedla (chociaż tamtejszy rynek słodyczy jest według Doroty jeszcze niedojrzały), czy np. serki Mlekovity z polskimi etykietami.

Szkoda tylko że poziom zarobków jest w Mołdawii dużo mniejszy niż u nas. Poziom cen natomiast - to już różnie. Jeśli chodzi o transport - zwłaszcza marszrutki - jest tanio, nawet bardzo. Wytelepanie z lotniska do centrum Kiszyniowa to 3 Leje od osoby - jakieś 60 groszy. Niecałe 5 złotych kosztował 55.kilometrowy odcinek z centrum do wioski Trebujeni. Bardziej zbliżone do naszych są natomiast ceny wyżywienia - zarówno tego codziennego (pieczywo, warzywa, owoce), jak też w knajpach. Co ciekawe, czasami nie warto kombinować z walutą. W sklepach płaciłem swoją kartą kredytową rozliczaną w złotówkach, Dorota natomiast ze swojej bankowej karty podpiętej pod konto w Euro wypłaciła pewną sumę gotówki. Gdy podliczyliśmy nasze wydatki wyszło, że płatności moją kartą miały nieznacznie lepszy przelicznik - na poziomie 2%.

sobota, 9 lipca 2016

Gdzieś pomiędzy - Mołdawia - Naddniestrze

Zdjęcia z całego wyjazdu znajdują się w mojej internetowej galerii pod tagiem: 2016.04.29 - 05.08 - Moldova (with Transnistria)
Natomiast wszystkie zdjęcia z Naddniestrza zgromadziłem pod tagiem: Naddniestrze


Z wątkiem Naddniestrza cały czas miałem wewnętrzny problem. Z jednej strony starałem się trzymać zasad bezpieczeństwa opisanych niecały rok temu - w skrócie: nie pchać się na siłę w miejsca niebezpieczne. Z drugiej strony trochę już głupot w życiu popełniłem. Spędzałem zimową noc na stacji benzynowej koło Dortmundu, na dziko w śpiworze w środkowej Norwegii, w pełnym słońcu jechałem na rowerze po półstepach Gruzji przy +32℃ i niewielkich ilościach posiadanych płynów, na pierwszy w życiu nisko-kosztowy wypad (na Teneryfę) leciałem bez noclegu i jakiejkolwiek wiedzy co tam w ogóle jest, ciemną nocą bez jakiegokolwiek oświetlenia jechałem rowerem po trasie szybkiego ruchu na Minorce, w Fezie po zmroku przypadkowo zapuściliśmy się w bardzo niepewne okolice, w Barcelonie grożono mi nożem, w Tunezji obrabowano... Żyję, tylko pytanie czy warto dalej ryzykować?


Proces dojrzewania mojej zgody na wyjazd do Mordoru, jak roboczo nazwałem Naddniestrze, trwał kilkanaście tygodni. Od kategorycznego nie, poprzez zdanie sobie sprawy że jedyna droga do Odessy (także kolejowa) wiedzie przez sam jego środek i można by było przy okazji wystawić nos kilka metrów za stację, po wmanewrowanie się w stwierdzenie że chyba jednak można powziąć to ryzyko. Czemu ryzyko? Ano temu, że my jesteśmy ludem imperialnego zachodu, który tylko czyha na okazję aby podbić szanujący pokój naród i jego odległą o kilkaset kilometrów (bo przecież Ukraina też nagle stała się zachodnia) matuszkę. Owszem, mocno teraz podkoloryzowałem, jednak musicie przyznać że sama nazwa separatystyczna republika i nieprzychylne artykuły w prasie ogólno-tematycznej raczej nie napawają optymizmem, nawet jeśli przekazują one tylko znikomy ułamek prawdy.

Cały wyjazd do Mołdawii odbywał się pod hasłem plan jest tworzony podczas jego realizacji. Jedna z ostatnich wersji była taka, że jednak jedziemy do Odessy. W związku z tym zatrzymujemy się po drodze w Benderach (rum. Tighina), stolicy Mordoru - Tyraspolu i późnym popołudniem wjeżdżamy na Ukrainę. W drodze powrotnej tranzytujemy bez żadnego zatrzymywania się. Dwa dni przed odlotem wszystko musieliśmy skasować. Według planów do Odessy wjeżdżaliśmy bowiem 2.maja, akurat w drugą rocznicę pożaru w domu związków zawodowych, gdzie zginęło kilkadziesiąt prorosyjskich separatystów. Data dość trefna, miejsce też, bo Odessa jest przecież podzielona na prorosyjskiego mera i mianowanego przez rząd w Kijowie (antyrosyjskiego) gubernatora - byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Do tego w prasie zaczęły pojawiać się informacje, że w rocznicę może dojść do solidnych niepokojów, ponieważ obie strony zaczynają zwierać swe szyki. Odpuściliśmy więc. Pamiętając jednak kurwiki w oczach Doroty, gdy w końcu doszliśmy do porozumienia że zatrzymamy się w Naddniestrzu wiedziałem, że pomimo skasowania Odessy, Mordoru nie możemy sobie odpuścić. Tylko trzeba było wykazać się mega zwinnością w doborze terminu - aby jednak nie były to okolice 2.maja (wśród ofiar wspomnianego pożaru podobno znaleziono dokumenty potwierdzające obywatelstwo Naddniestrza), a tym bardziej już 9.maja (to wytłumaczę za chwilę). Tyle tytułem wstępu.

Internetowe informacje dotyczące podróży do Naddniestrza generalnie pokrywały się z tym, co zastaliśmy na miejscu. Pomimo bardzo napiętej sytuacji pomiędzy Kiszyniowem i Tyraspolem, z dworca na Piata Centrala marszruty na tej trasie odjeżdżają co kilkanaście minut. Podobno Naddniestrze stara się zdobyć status miejsca cywilizowanego, dlatego rzeczywiście przekroczenie granicy miało się nijak do dawnych opowieści o kombinowaniu, zagrożeniu, próbach wyciągnięcia łapówek itp. Normalna budka, normalny strażnik w mundurze, przejrzenie paszportu, wydruk na karteczce wizy umożliwiającej pobyt przez 10 godzin, wszystko pod okiem kierowcy marszruty, który dbał o to, aby nikt się gdzieś nie zgubił. Na przejściu podobno pomaga znajomość języka rosyjskiego. Cóż, strażnik zobaczył w paszporcie skąd jestem - no tak, Polska, przez matuszkę uznaną ostatnio za jednego z największych wrogów. Rzucił więc oficjalne pa rusku wy gawaricie, a nawet odpowiedź plocho spowodowała u niego uśmiech i odpowiedź, wot, wy panimajecie ;) Zresztą chwilę za nami odprawiała się grupka kilku brytoli. Oczywiście była to wycieczka wykupiona, z lokalnym przewodnikiem doskonale znającym sytuację i zwyczaje, jednak w trakcie odprawy bez żadnych skrupułów używali oni swojego ojczystego (oj, czystego, czystego...), nie otrzymując w sposób widoczny jakiegoś gorszego traktowania. Cholera, to może tam jest jednak cywilizacja?

Z pewnością cywilizacja militarna. Chwilę po przekroczeniu granicy mijamy bowiem smutnych panów w wojskowych czapeczkach ze śmiesznie wielkim rondlem, oraz z pewnością przypadkowo schowany gdzieś w okopie transporter opancerzony z zapewne równie przypadkowo wymalowanymi barwami biało-niebiesko-czerwonymi. Chwilę wcześniej, jeszcze na terytorium Mołdawii, gdy kierowca w końcu złapał Naddniestrzańskie radio, kilka minut po - i tutaj niespodzianka - Kolorowych jarmarkach Maryli Rodowicz, mogliśmy usłyszeć zaproszenie na wielkie szczytowanie z okazji 9.maja, które miało się odbywać m.in. w obecności - tutaj mniej więcej cytat - naszych wielkich przyjaciół Rosjan...

Wjeżdżając do Benderów przecierałem oczy ze zdumienia. Wrażeniu temu nieco sprzyjał los, ponieważ po przekroczeniu granicy jakby zaczęło świecić słońce powodując mienienie się wszystkiego w barwy, lub po prostu śnieżno-biały kolor. No właśnie, barwy. Nie szarość, brud, smród i wysypisko śmieci na każdym rogu. Droga jakby równa, szeroka, przejezdna, budynki wymalowane, ludzie uśmiechnięci, hm...

No dobrze, wysiedliśmy więc z marszruty i idziemy na kawę. Mijamy pomnik z popiersiem Aleksandra Lebieda, rosyjskiego dowódcy 14.Armii, która stała się kręgosłupem separatyzmu Naddniestrzańskiego i miała nawet ochotę na wycieczkę do Kiszyniowa i Bukaresztu. Walutę wymieniliśmy na targu, w pierwszym napotkanym kantorze. Informacyjnie: nie trzeba się stresować z zakupem lokalnych rubli - kantorów jest całe mnóstwo. Spread na Euro wynosi niemal 10%, ale na szczęście wszędzie stawki są takie same. Wchodzimy do baru mlecznego, hm... odnowionego, czystego, gdzie pewien pan wychodząc niemal pod niebiosa zachwalał smak tamtejszych potraw.



Trochę czasu mi to zajęło, ale w pewnym momencie zacząłem się odnajdować w tym dziwnie idealnym świecie. Owszem, po przekroczeniu granicy droga stała się mniej dziurawa, bo ktoś wyłożył pieniądze na jej odnowienie. Brak zatłoczenia jest efektem niewielkiej ilości jeżdżących po niej samochodów. Kolory na budynkach obecne są dzięki niedawnemu malowaniu fasad. Jak się dokładniej przyjrzeć - malowaniu na szybko i niechlujnie. W niektórych miejscach ślady farby były nawet na szybach. Do tego tylko malowaniu, ponieważ pod warstwą farby nadal znajdowały się ociekające ruską mentalnością charakterystyczne bloki mieszkalne, które zostały zbudowane i są utrzymywane w bardzo charakterystyczny sposób - na odpie...dol. A że wszystkie krawężniki były wymalowane na biało a każdy pies świecił niedawno wypucowanymi jajcami - cóż, przecież zbliżał się 9.maj.

Te wizualne aspekty porządku i normalności bardzo dobrze wtapiały się w lokalną formę prania mózgów, którego poziom w Naddniestrzu jest wręcz przeogromny. Ciekawym przykładem może być główny plac Benderów. Niby zadbany, duży, ładny, ale cholera jakiś taki pusty. Stały na nim jedynie tablice ze zdjęciami i opisami winogron. Mam tutaj na myśli osoby, które w myśl radzieckiej pompatyczności na zdjęciach i uroczystościach dumnie obwieszone są medalami, niczym wspomniane wcześniej roślinki. Poziom absurdu w potrzebie budowania legendy jest tam gigantyczny - przykładowo opis jakiegoś wielkiego bohatera Wojny ojczyźnianej, który akurat urodził się w 1926 roku. Hm... może jednak coś w tym jest? W końcu Janek Kos w Czterech Pancernych do wojska trafił także w wieku szesnastu lat i popatrzcie jak daleko zaszedł? :D Niemniej sami przyznacie że przykład to kulawy, prawda? OK, ale kolejny przykład na tablicy obok - zdjęcie częściowo niepełnosprawnej dziewięćdziesięciolatki - w za dużej kurtce moro. Ulica dalej - piękny czerwony baner z napisem wielkie zwycięstwo wielkiego narodu. Oczywiście wszędzie znajdują się plakaty informujące o zbliżającym się święcie 9.maja. Święcie, gdzie we wszystkich zdominowanych przez matuszkę krajach dochodzi do wszech panujących orgazmów, jakoby ostatecznie pokonano wszelkie zło i na zainteresowane kraje wreszcie opadł powszechny mir, cudowny rozwój i niekończący się dobrobyt. Plakaty, które wisiały w autobusach, na słupach, nawet na wejściu do sklepu z zabawkami. Czy w takiej sytuacji dziwi mnie, że dzieci i starsza - niejako myśląca już - młodzież z dumą nosi przypiętą do piersi pomarańczowo-czarną Wstążkę Świętego Jerzego, która ma upamiętniać Dzień Zwycięstwa - oczywiście zwycięstwa strony radzieckiej? Szczerze to nie, nie dziwi, cholera zarazem jednak też smuci.




Ale wejdźmy nieco głębiej w to zagadnienie. W sposób fasadowy, być może pozorny, Bendery i Tyraspol to miasta ładniejsze, bardziej uporządkowane, być może bogatsze niż nieodległy Kiszyniów. Ba, wydaje się że ludziom żyje się dostatniej niż nawet w Macedonii, Serbii a pod względem czystości Naddniestrze pokonuje nawet tą rozwiniętą Grecję! Ludzie są więc zadowoleni, nie widać biedy, bezdomnych psów, zaniedbanych chodników. Mieszkańcy są zdyscyplinowani i uśmiechnięci. Bo jak można się zachowywać inaczej, gdy wokół jest tyle wojska i służb mundurowych? Ot choćby wizyta w twierdzy w Benderach, gdzie wśród kilkudziesięcioosobowej, odświętnie ubranej wycieczki, znajdowało się też bodaj pięciu mundurowych. Tak naprawdę, pozornie schowany pod płaszczykiem uśmiechu stres czuć było na każdym kroku. Choćby dość gwałtowna odpowiedź na eksperymentalne pytanie Doroty do you speak english zadane w jakimś sklepie - my tylko pa rusku gawarimy! No i jeszcze inna sprawa - w tej całej czystości jakoś nie widziałem żadnych sprejowych napisów na murach. To one są najczęściej pierwszym przejawem niezadowolenia. Ale też odwrotnie - nie widziałem przykładów hipsterii, indywidualności, chęci eksperymentowania czy takiego prostego, szczerego ale świadomego uśmiechu i radości z otaczającej rzeczywistości. Czy jest więc tam miejsce na jakiekolwiek alternatywne do wiodącego nurtu myślenie?




Mamy zatem książkowy przykład kija i marchewki. Trochę wypierzemy wam mózgi, trochę wytresujemy, będziemy oczekiwali bezkrytycznego oddania, ale zapewnimy jako taki dostatek i wizualną atrakcyjność. Wyłożymy trochę pieniędzy na wyremontowanie dróg, wybudowanie kilku budynków użyteczności publicznej, do sklepów dostarczymy ładne ciuchy, pomalujemy krawężniki i elewacje starych domów. Damy wam możliwość jawnego porównania - jeździjcie do nieodległego Kiszyniowa, zobaczcie jaki bałagan, dziurawe chodniki, biedę i wyzysk przynosi ten zgniły zachód. Kochajcie zatem nasz mir, dążcie do niepodległości, oczywiście w ramach naszego braterskiego związku. My będziemy was popierać, póki nam się to opłaca. W zasadzie wiele to nas nie kosztuje, a geopolitycznie opłaca bardzo.




Dlatego też ten dziwny świat w sposób pozorny i wizualny zaskakuje bardzo mocno. Ot, przykładowo znów wróćmy do twierdzy w Benderach. Tuż obok znajduje się cerkiew Aleksandra Nevsky-ego. Prawdopodobnie odremontowana jeszcze w tym roku, ponieważ panująca w środku świeżość totalnie powala na kolana. Oczywiście w tej wizualnej doskonałości jest nieco ruskiego ducha w postaci przykładowo stojącego w jednej z bocznych naw plastikowego wodopoju (zdjęcie nieco wyżej) i podłogi wyłożonej kafelkami jak z toalety w tanich hostelach. Ale co tam, mamy wizualny, ociekający pozornym bogactwem wow effect, Tuż obok znajduje się natomiast jednostka wojskowa (ciekawostka - nieopodal pomniku rosyjskiej chwały), mury której wprost ociekają propagandą z kiczowatymi rysunkami i napisami typu (mniej więcej): żołnierze - ojczyzna powierzyła wam swoje bezpieczeństwo, albo: armia - moja rodzinna walka. Tylko sam już nie wiem czy to propaganda prowojenna, proniepodległościowa czy prorosyjska.






W Tyraspolu było równie ciekawie. Na każdym kroku mnóstwo górnolotnej propagandy, rosyjskich flag i ostatnia prosta w przygotowaniach do święta 9.maja. Odmalowano i umyto jedną z głównych atrakcji miasta - stojący na podwyższeniu czołg, który z odpowiedniej perspektywy celuje w stronę niedalekiej kapliczki. Dodatkowo zadbano, aby na pobliskiej każdej płycie z nazwiskami i pojedynczym grobie leżał jakiś kwiat. W końcu wielkie święto...








Oprócz tych elementów miasto ma do zaoferowania jeszcze dwie ciekawostki. Jedyne na świecie ambasady, w zasadzie nigdzie nie uznawanych, podobnie jak Naddniestrze, separatystycznych Osetii Południowej i Abchazji. Drugą jest fabryka alkoholi firmowanych marką KVINT (Koniaki, wina i napitki z Tyraspola). Firma już dawno zrozumiała swoją markę i fakt, że niewielki ruch turystyczny w regionie najwięcej pieniędzy zostawia właśnie kupując ich produkty. Dlatego otworzono specjalny markowy sklep, gdzie po dość atrakcyjnych (jak na nasze standardy) cenach można kupić różnego rodzaju brendy i wina. Przykładowo ja za swoją półlitrową czternastolatkę zapłaciłem 203 ruble - niecałe €16. Dodam, że w całym Naddniestrzu nie ma szans na płatność kartą a ichniejsza waluta jest nieakceptowalna i niewymienialna na całym świecie, czyt. stanowi dodatkową pamiątkę. Obsługująca sklep ekspedientka w trakcie naszego przedłużającego się procesu analizowania cen i dokonywania wyboru w ramach dostępnego budżetu, podchodziła do nas dość surowo. Zwyczaj to nabyty, gdyż pomimo ładnego wyglądu, sklep jest też mekką lokalnych pijaczków. Na naszych oczach zjebkę dostał facet, który chciał się dowiedzieć ile może kupić wina za bodaj 8 rubli, podczas gdy minimalna sprzedaż to 500 mililitrów na które oczywiście nie miał uzbierane. Jakość obsługi zaczęła wzrastać dopiero, gdy okazało się że nie poprzestaniemy na jednej butelce, ani na najtańszych trunkach ;)

O ile dotrwaliście do tego miejsca, z pewnością zadajecie sobie pytanie ile relacji z wyjazdu zawarłem w tym wpisie? Ano niewiele, ponieważ niewiele jest tam do zobaczenia. Naddniestrze oferuje bowiem mniej do zobaczenia a więcej do myślenia. Za to cenię tamte rejony, ponieważ od wyjazdu minęło kilka tygodni a niektóre sprawy tam uwidocznione nadal czekają na przetrawienie i poukładanie w moim systemie wartości. Spodziewałem się innej rzeczywistości, ale nie aż tak odrealnionej. Oczywiście pojawia się tutaj odwieczne pytanie - kto ma rację? Czy winna jest Rosja z jej wiecznymi mocarstwowymi zapędami i niewycofaniem z terytorium Naddniestrza swojej 14. Armii? Czy lokalni watażkowie, którzy wzniecając rebelię (i korzystając ze sprzyjającej im sytuacji geopolitycznej) chcą utrzymać swoje wpływy oraz interesy? Czy może jednak wszyscy mieszkańcy? Tutaj celowo podkoloryzowałem, ponieważ to oni na początku lat 90. przywitali się z czołgami, gdy Kiszyniów postanowił siłą utrzymać jedność swojego dopiero tworzącego się kraju. Daje do myślenia, prawda? Równie do myślenia dała rozmowa w marszrucie w trakcie powrotu do Mołdawii z bardzo komunikatywnym, pozytywnym i uśmiechniętym łysolkiem. Świetnym angielskim opowiadał, że w zasadzie zwiedził cały świat - od Dubaju w którym pracował, po Anglię i USA. W Naddniestrzu podobno spędził dwa tygodnie i był na wakacjach, teraz jedzie na lotnisko w Kiszyniowie, gdzie będzie czekał na jakiś lot, na który bilet ma mu za chwilę zabukować jakiś kolega. Leciał będzie do Moskwy, gdzie złapie przesiadkę do swojej ojczyzny - Osetii Północnej (przyp. Kaukaskiej republiki wchodzącej w skład Rosji).... Cholera, jak dla mnie, facet prowadzi mnóstwo szemranych interesów bo co można robić w Naddniestrzu przez 14 dni, a i nawet my - bogaci zachodianie - nie kupujemy biletów lotniczych z dnia na dzień. Jeździć po świecie musiał, święcie wierzył w swoją ojczyznę, był reprezentantem tego opisywanego przeze mnie procesu prania mózgu, a jednak rozmawiało się z nim tak.... normalnie i fajnie. Daje do myślenia, prawda?

Faktem jest, że w sposób oficjalny wszyscy w Naddniestrzu niczym młode pelikany łykają niepodległościową, czy braterską retorykę. Żyją w swym górnolotnym uniesieniu ciesząc się finansowaniem płynącym od matuszki. Dlatego powiedziałem sobie, że warto będzie tam wrócić za jakiś czas, gdy zmieni się geopolityka, Naddniestrze zjednoczy się ze swym wielkim bratem, proces się dokona, nie będzie potrzeby pompowania w region tak dużych pieniędzy, do głosu dojdzie mieszanka prowincjonalizmu oraz ruskiej codziennej mentalności i to wszystko, tak po prostu pierd...lnie.

Cóż, po kilku latach podróżowania przez kontynent odczuwam coraz mniejszą potrzebę jeżdżenia wszędzie tam, gdzie jeżdżą wszyscy. Nie byłem we Wiedniu i Amsterdamie, dopiero niedawno pierwszy raz zawitałem do Pragi, Paryża czy Aten. Bardziej niż zobaczenie i zrobienie fotek atrakcjom turystycznym, interesuje mnie przeżycie czegoś, co może wpłynąć na to kim jestem. Aby zobaczyć na własne oczy coś, co poszerzy moje horyzonty, pozwoli zrozumieć pewne wartości, aspekty, podjąć decyzję w którą stronę chce się iść. To, co zobaczyłem w Naddniestrzu, mocno utkwiło w mojej głowie. Owszem, świat w którym żyję i który lubię, nie jest do końca fair, czy też lekiem na każde zło. Ale do cholery jasnej to co tam zobaczyłem, jest jeszcze bardziej odrealnione i popaprane niż nasz imperialistyczny zachód. Może i dobrze że skończyło się tylko na Naddniestrzu i nie udało nam się dostać do Odessy. Deja Vu, które w ramach rekompensaty obejrzeliśmy sobie któregoś wieczora oparte jest na absurdzie. Chociaż kto wie ile z tego nadal tkwi w tamtejszej rzeczywistości? Mogłoby to być dla mnie za dużo. A Odessa nie dostanie nagle nóżek i nie wywędruje gdzieś daleko. Być może Lot wrzuci jakąś opcję krótkiego wypadu w ramach Szalonej Środy i wtedy skorzystamy :-)