Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EasyJet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EasyJet. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

Rzecz o usability po raz kolejny

Jest pewna niezmienna zasada, która powinna przyświecać projektantom dobrych witryn, lub aplikacji internetowych. Im coś prostsze, tym więcej klientów przyciągnie, a im coś bardziej przejrzyste, tym prostsze. Niby banał, jednak praktycznie w każdej pracy spotykałem się z sytuacjami, że ta prostota i transparencja z różnych powodów były gubione. Niestety, od klątwy tej nie udaje się uciec również liniom lotniczym. Może to dotyczyć rzeczy pierdołowatych, jak opisywana kilka lat temu nieczytelna mapa połączeń easyJet. Może jednak oznaczać też totalny fakap, jak podniesiony niedawno alarm, że w Ryanair kupuje się bilety na niewłaściwy dzień. Wprawdzie po późniejszych testach okazało się, że błąd ten występował na określonej wersji przeglądarki, być może z zainstalowanymi wtyczkami deweloperskimi, co jednak nie zmienia faktu, że u pewnej części użytkowników występował. Dziś opiszę Wam sytuację prawdziwą, dotyczącą konkurenta Francy - Wizz Air.

Niedzielne południe w Krakowie. Na dworze pada i leje i leje i pada.... Siedzimy w kawiarni już drugą godzinę. Poszedłem na chwilę do toalety. Gdy wróciłem, Dorota ze wzrokiem wlepionym w telefon emanowała kurwikami. No tak, coś znalazła ;) Patrzę, Warszawa - Kutaisi na grudzień. Do cudnej ceny dochodzi wylot późnym wieczorem w piątek i powrót we środę rano. Czyli dwa dni urlopowe, cztery doby na miejscu, trzy noce w hotelu, a powrót idealnie na prysznic w domu i hopkę do pracy. Trochę to dziwne, mówi Dorota, bo w sezonie zimowym Wizz miał latać na tej trasie tylko raz w tygodniu. Cóż, może uzupełniają rozkład, dodali nowe rotacje, nałożyli nową siatkę cen i mamy okazję. Zaznaczam więc wylot, przylot, wpisuję nasze dane, przechodzę przez miliardy opcji tzw. dodatkowych usług, aby dotrzeć do płatności. Od momentu kliknięcia na daty - wybrane jako 02. grudzień i 07. grudzień - na dole ekranu pojawił się zwinięty pasek z ceną końcową. Fajny ficzer, pokazuje czy aby na pewno nie zaznaczyłem któreś z tych dodatkowych usług i przede wszystkim ile ostatecznie będzie mnie kosztować lot. Coś mnie jednak podkusiło, aby w ostatnim kroku - tuż przed zatwierdzeniem płatności - przesunąć ten pasek do góry. Wtem moim oczom pokazał się pełen plan podróży a tam... że zamiast na przedłużony weekend, funduję sobie wyjazd na tydzień. WTF?

Wybór daty lotu na 02-07.12.2016
Wskazanie dostępnych rejsów, jak by odbywały się w wybrane dni
Odklikiwanie tzw. usług dodatkowych
Podsumowanie zakupu

Sytuacja ta jest ewidentnym fakapem Wizz Air dotyczącym rzadko uczęszczanych tras. Otóż, jak być może pamiętacie z desktopowej wersji strony, po wpisaniu daty i trasy, system zwraca rejsy na wskazany dzień i jemu okoliczne. Niemniej w wersji normalnej widnieje tabelka, która jasno komunikuje, że we środę 07. grudnia nie ma lotów, a najbliższy zaplanowany jest na 10. grudnia. Niestety, w wersji mobilnej zadbano tylko o to, aby wyświetlić datę na którą się wyszukuje, bez informacji jakiego dnia dotyczy wyświetlany rejs. Podsumowanie przedstawione w ostatnim z serii powyższych zrzutów ekranu wyświetla się natomiast dopiero po próbie przesunięcia paska w górę. Czyli dopiero po wykonaniu przez klienta jakiegoś działania.

Próba kupna biletu na niewłaściwy termin - desktopowa wersja strony Wizz Air

Szczerze, wygląda mi to na ewidentny fakap ze strony projektującego wersję mobilną strony. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak taki bubel przeszedł przez akceptację testera aplikacji. Nawet jeśli bowiem zatrudniają na pół etatu dokształcającego się studenta, który nie ma zielonego pojęcia czym jest internet i samoloty, to taki błąd powinien być wykryty w pierwszym dniu testów. Linie lotnicze, powinny dbać o wizerunek marki, ponieważ obracają się w biznesie uznawanym za coś skomplikowanego, wymagającego precyzji i bezpieczeństwa pod każdym względem. Dla większości pasażerów, latanie jest bowiem wciąż stanem nienaturalnym, w trakcie którego oddają swoje życie w ręce innych osób. Jak więc taka linia ma uchodzić za bezpieczną, jeśli nie jest w stanie zapewnić sprawnie działającego podstawowego kanału swojej sprzedaży? Oczywiście witryna internetowa a bezpieczeństwo i jakość parku maszyn to dwie niepołączone ze sobą sprawy. Jednak podejrzewam że wiele osób mimo wszystko łączy bezpieczeństwo operacji lotniczej z jakością strony internetowej. Poziom specjalistycznej wiedzy współpasażerów wielokrotnie słyszałem bowiem na pokładach, przy tekstach pokroju ale lecimy starym gratem - bo samolot ma wytarte fotele, brudne okna, zużyty dywanik w przejściu lub tzw. przetarty nos (w wyniku być może bird strike-a nastąpiło uszkodzenie osłony instrumentów pokładowych na dziobie samolotu, a wstawiona nowa jest jeszcze w białym kolorze, zamiast w barwach linii). Oczywiście wszystkie takie niedociągnięcia są kwestią wizerunkową przewoźnika, która mnie raczej nie obchodzi. Bardziej ciekawi mnie statystyka dramatów, tzn. ile osób po zakupie nie analizuje danych w mailowym potwierdzeniu rezerwacji i później stawia się na lotnisku zupełnie innego dnia, niż zaplanowano dany rejs?

czwartek, 5 listopada 2015

U innych przewoźników też ciekawie, czyli antyprzejrzystość internetowej sprzedaży

Przeglądając ostatnie wpisy na blogu można odnieść wrażenie że jestem strasznym Ryanairowym hejterem. To też :D Jednak żeby zachować jakieś pozory równowagi dziś opiszę kilka ciekawszych przykładów według których u konkurencji tego przewoźnika usability też nie jest najważniejszym celem.

Wątek dotyczący easyjet powstaje na bazie wspomnianego w poprzednim wpisie wyjazdu do Aten. Okazało się bowiem że zamiast na Modlin i jechanie do Warszawy tylko na nocleg, lepiej będzie nam lecieć do Berlina, aby po dwóch godzinach busem spod lotniska ruszać w stronę Wrocławia. A że w styczniu generalnie ceny są fajne, to jedziemy.  Do niedawna bilety w easyjet kupowało się na tzw. patent krakowski. Czyli dla mojego przykładu należało wyszukać lotu z Krakowa do miasta w strefie euro, zaznaczyć a następnie dodać docelowy lot z Aten do Berlina. Po dodaniu tego rejsu należało skasować odcinek z Krakowa, przez co cena nadal była wyrażona w złotych. Patent ten miał na celu zaoszczędzenie kilku procent. Jeśli bowiem już na samym początku zaznaczyłem lot z Aten, cena podana była w Euro a przewalutowanie jej na stronie na złotówki dawało wynik o te właśnie kilka procent gorszy.

Generalnie decyzja dotycząca dat wylotu i trasy przeciągała się i po jakimś czasie musiałem sprawdzić aktualność cen. Damn, wszystkie ceny wzrosły o jakieś €10. No ale dobrze, podjęliśmy decyzję i mimo wszystko bookujemy. Znów ten sam termin, trasa i... ceny spadły... Po kilku próbach doszedłem do zdania, że cena dla jednej osoby jest wyższa niż cena za bilet przy zakupie dla trzech osób. Reguła ta dotyczyła wszystkich terminów na różnych trasach. Hm... dofinansowanie dla wycieczek wieloosobowych, jakaś rodzina plus czy co? ;) Nic bardziej mylnego. Okazało się bowiem, że easyjet bardzo sprytnie poukrywał transakcyjny haracz. Coś na wzór znanej w Ryanair płatności za płatność dokonaną niekoszerną kartą kredytową. Tylko że tam było to €5 za osobę za odcinek a w easyjet 65pln za kupno, niezależnie od tego ile osób i na ilu odcinkach. W mojej opinii zasadność takiej opłaty jest dyskusyjna, ponieważ jest nierównomiernie rozłożona na klientów (taka sama niezależnie od zakupów na sumę €20 czy €2000), oraz zdecydowanie nie odzwierciedla ponoszonych kosztów związanych z transakcjami finansowymi. Dlatego w mojej opinii haracz. Do niedawna opłata ta widniała jako coś osobnego. W Ryanair dodawana była - a jakże - na samym koniuszku procesu rezerwacji, w easyjet widniała po prostu jako nieunikniony dodatek. Jednak prawo unijne w pewnym momencie nakazało wyświetlanie ceny finalnej z wliczonymi wszelkimi niemożliwymi do uniknięcia opłatami już na samym początku rezerwacji. W Ryanair poszli nieco po rozum do głowy po prostu podwyższając stawki, w easyjet postanowiono zagrać z klientami w głupka.

Teraz wyjaśnienie o co chodzi. W chwili obecnej bilet na trasie Ateny - Berlin na 25.02 dla jednej osoby kosztuje €35,99. Przy rezerwacji dla trzech osób bilet kosztuje już €24,66 a dla pięciu €22,39. Skąd taki skok? Otóż sam goły bilet to koszt €19, kolejne €17 jest ukrytą w cenie opłatą transakcyjną. Jeśli zakup będzie dotyczył jednego biletu, jeden pasażer musi pokryć cały koszt, czyli €36. Jeśli zakup będzie dotyczył trzech pasażerów, dzielą oni koszt, przez co mamy €19 + (€17 / 3) = €19 + €5,66 = €24,66.
Różne ceny biletów w zależności od liczby pasażerów

Jeszcze większe zamieszanie wychodzi gdy na jednej rezerwacji chcemy kupić kilka lotów. easyjet zezwala na coś takiego poprzez przycisk Dodaj więcej lotów. Niestety jest spore ograniczenie - wszystkie rezerwacje muszą być na te same nazwiska. Ergo: do Aten lecimy we trójkę, okazyjnie z Krakowa do Hamburga na weekend chciałem lecieć sam. Plan więc upadł. Ale zwróćcie proszę uwagę na wredną ściemę ze strony easyjet, jakiej notabene dałem się uwieźć. Wybieram ten nieszczęsny odcinek Ateny - Berlin na 25.02 i klikam na sławetne Dodaj więcej lotów. Wyszukuję Kraków - Hamburg na 29-31.01. No kurczę, ceny piękne - 8PLN tam i 62PLN na powrocie. Czyżby tania ropa sprawiła że wracają czasy lotów za euro? Niestety, gdy zorientowałem się że nie jestem w stanie zmienić rezerwacji w taki sposób, aby do Hamburga lecieć samemu, propozycja z 70 sfinalizowała się dla mnie na poziomie 141 złotych - dwukrotnie więcej.

Okazało się bowiem, że dzielenie opłaty transakcyjnej dotyczy tylko pierwszego wyszukanego odcinka, ceny pozostałych w tym nie partycypują. Gdy z listy odcinków skasowałem Ateny - Berlin, wyskoczyło mi info o przeniesieniu opłaty, w cenach zrobiły się jakieś czary-mary i z lotów tak tanich że można by było polecieć choćby na piwo, otrzymałem stawkę nad którą już zacząłem się zastanawiać. Cóż, Unia nakazując wyświetlanie ceny końcowej chciała uratować mniej zorientowanych klientów przed różnymi gierkami głównie nisko-kosztowych przewoźników. Niestety w tym przypadku sprawy wzięły zupełnie inny obrót co zdecydowanie nie sprzyja budowaniu zaufania wobec marki. 

 Z pozostałych kwestii dotyczących rezerwowania u easyjet - mocno zaczyna mnie denerwować archaiczność ich strony internetowej (choćby data wybierana z rolety a nie przy użyciu kalendarza). Odnoszę wrażenie jak by brakowało im architekta systemu, który dbał by o najdrobniejsze szczegóły. W zamian tego nowe elementy są dodane aby były. Tu nagle wyskakuje mi jakieś okno z ofertami noclegowymi (nie najlepiej obrendowany silnik booking.com), tam trzecie zwrócenie uwagi że może jednak chciałbym kupić bagaż nadawany, ubezpieczenie albo wybór miejsca, następnie znów oferta booking.com, potem samochody aby w końcu przejść... na stronę zmuszającą mnie do zalogowania się lub stworzenia nowego konta klienta. OK, zatem przechodzimy przez cały proces przypominania hasła (w easyjet bilety kupuję raz na kilkanaście miesięcy) i wtedy owszem, moje dane kontaktowe są potwierdzone, niemniej muszę je jeszcze raz wpisać w sekcji pasażerskiej. A gdyby mi było mało klikania, to jeszcze obowiązkowo muszę wypełnić ankietę dającą znać linii z jakim typem pasażera mają do czynienia. Szkoda że nie ma opcji przyczyny podróży: aby zacząć was unikać następnym razem ;)

Tyle żali na temat easyjet. A jak sprawa wygląda u konkurencji? Cóż, Volotea na swojej wiecznie zwieszonej witrynie też reklamowała się biletami za €10. Warunkiem było jednak posiadanie konta supervolotea, które kosztuje - bagatela - €50 rocznie. W Vueling widzę bilet powrotny po €80, ale do tego dochodzi €10 opłat transakcyjnych (€5 na każdy odcinek) + €2,70 opłaty za płatność (ponad 3% intercharge!?). Wizzair ze swoimi  (w zasadzie zależnymi chyba od wielkości plam na słońcu lub widzimisię serwerowych chochlików) zmiennymi opłatami za priorytet, miejsce, kontami i kilkoma typami bagaży podręcznych oraz nadawanych to już kompletnie odleciał na inną planetę. Norwegian natomiast potrafi zdenerwować zmiennością rozkładów, gdzie niektóre regularne trasy, godziny i dni rejsów zmieniają niemal co dwa tygodnie. Co opiszę niedługo, w Airfrance nie opłaca się kupować biletów, ponieważ za te same rejsy kilkadziesiąt złotych taniej zapłaci się u pośredników. Natomiast bilet na rejs wykonywany samolotem CSA jest nieco droższy w samym CSA niż w powiązaną z nią umową Code share Air Europa.

piątek, 21 października 2011

Ryanair otwiera bazę w Polsce!

OK, stało się. Po szumnych wtorkowych artykułach na prawie każdym lotniczo zorientowanym serwisie internetowym można było odnieść wrażenie że w Polsce nie ma nic innego oprócz Ryanair. Euforia pojawiła się po konferencji prasowej gdzie linia zapowiedziała że chciałaby latać do Modlina. Tak naprawdę to do wersji znanych już od przynajmniej trzech lat dorzucone w tym tygodniu zostały bardziej lub mniej konkretne liczby (lub dokładniej życzenia co do ich ewentualnej wartości) oraz mapka opcjonalnych połączeń która miejscami wyglądała jak efekt losowo porozkładanych na kontynencie kropek i linii łączących je z Warszawą. Jednak jakoś prawie każdy z serwisów zapomniał o sprawie kluczowej - sama linia potwierdziła że nie ma jeszcze nawet zakończonych negocjacji co do kształtu umowy z Modlinem. Czyli w wariancie pesymistycznym może z tego nawet nic nie wyjść, co nie przeszkodziło większości portali aby o bazie pisać w trybie niemal dokonanym ;)

Niespodzianką natomiast okazał się następny dzień. W euforii Modlina przeoczono bowiem gdzieś informacje o zaplanowanej na środę konferencji prasowej we Wrocławiu. Pierwsze przecieki o niej pojawiły się w weekend - happy berzdej - w moje urodziny ;) Niedługo później w konspiracji moje źródełka po obu zainteresowanych stronach wylały garść szczegółów i na kilka dni przed faktem wiedziałem czego należy się spodziewać. Okazało się bowiem że bez rozgłosu, jasno, szybko i konkretnie dogadano się z Ryanair i na mapie przewoźnika pierwsza czerwona kropka w Polsce została umieszczona właśnie we Wrocławiu. W środowy poranek koleżanka napisała do mnie maila że się właśnie dowiedziała, ale sama nie wie czy wbrew większości warto Wrocławiowi gratulować? W jakimś sensie podzielam jej obawy...

Każdy kto obserwuje rynek lotniczy wie co bowiem oznacza Ryanair. Jest to linia strasznie zaborcza, dążąca do zmonopolizowania rynku co osiąga wprowadzając zazwyczaj na pole bitwy bardzo silne armaty bojowe. Wszystko to jeśli tylko widzi w swoim działaniu jakiś dalszy zysk, bądź ot tak akurat chce. W ten sposób dostaje się każdemu. Przykładowo - od dwóch lat Wizz Air nie ma spokoju w Gdańsku, Poznaniu czy na Litwie. Ryanair wzmaga tam konkurencję swoimi nowymi kierunkami. Gdy Wizz osiadł z jednym samolotem w Wilnie, chociaż Ryanair posiada bazę w niedalekim Kownie - otworzył również kilka połączeń do Wilna. Warto wspomnieć, że prawie każde było pośrednim lub bezpośrednim duplikatem wcześniejszej trasy konkurenta. W styczniu tego roku polecieliśmy do Oujdy tylko dlatego, że na tym kierunku z Charleroi (jednej z większych baz Ryanair) za dobrze radził sobie czarterowy Jet4you. Z jednej strony fajnie - konkurencja obniża ceny a my mieliśmy okazję pierwszy raz znaleźć się w Maroku. Niemniej niewiele przewoźników jest w stanie podjąć się walki i wygrać z wyniszczającą konkurencją preferowaną przez linię z Irlandii. Koniec końców przeciwnik sobie odpuszcza, co zazwyczaj doprowadza do monopolu i dalszym efekcie - dyktatem warunków przez Ryanair.

Tego właśnie obawiam się w przypadku otwierania w Polsce baz Ryanair. Zeszłoroczny przykład Wrocławia pokazał jakie tego mogą być skutki. Imponujący wzrost w liczbie rotacji i otwieraniu atrakcyjnych kierunków spowodował mnóstwo tanich biletów i świetnych możliwości przesiadkowych. Niemniej tylko przez pół roku. Później nastała bardzo chuda zima - skasowano całą Hiszpanię, z bodaj dwunastu tygodniowo lotów do Włoch pozostały dwa do Bergamo, wyleciał i tak marny pod względem częstotliwości Hahn i Weeze. Częściowo winna za ten stan rzeczy jest zmiana w strukturze (także własnościowej) Wizz Air, częściowo zepsucie dość wiarygodnego planu stabilnego rozwoju siatki zafundowane przez konkurencję ze strony Ryanair. Trochę boję się że powtórka z rozrywki będzie teraz znów we Wrocławiu a w niedalekiej przyszłości również na innych lotniskach.

Na potwierdzenie obaw nie trzeba długo czekać. Ryanair przy okazji bazowania jednego ze swoich samolotów zapowiedział uruchomienie lotów m.in. do Malmö i Beauvais. Znawcy lokalnego rynku wiedzą że strzałem w dziesiątkę okazało się niedawne uruchomienie przez SAS połączenia do Kopenhagi (teraz niemal siedem rotacji tygodniowo). Ryanair do Kopenhagi nie lata, ale przy różnicy cenowej rzędu minimum 250 złotych część z pasażerów będzie wolała nadłożyć nieco czasu i drogi aby przez most przeprawić się z Malmö prosto do Kopenhagi. Beauvais to jeszcze bardziej wysublimowany kwiek wbity Wizz Air. Rejsy ustawiono bowiem we wtorki, czwartki i soboty. W opublikowanym na chwilę przed konferencją rozkładem lotów Wizz Air z Wrocławia okazuje się, że przewoźnik ten na to samo lotnisko chce latać w niedzielę i znów w czwartek. Cóż, historia pokazała już dwukrotnie kto jest bardziej skłonny do zmiany terminu lotów aby nie kursować na to samo lotnisko w ten sam dzień. Tylko że teraz dla Wizz Air-a nie będzie to takie łatwe zadanie. Przewoźnik ten maszyną z Wrocławia operuje bowiem na lotach z Dortmundu do Łodzi, Oslo-Torp do Rygi i Eindhoven do Belgradu. Żonglerka godzinami lotów i częstotliwościami rejsów jest więc utrudniona i w tym przypadku nie obejdzie się bez gruntownej przebudowy całego rozkładu dla Wrocławia.

Do czego zmierzam w dzisiejszym wpisie, to są obawy na próby monopolizacji rynku w Polsce przez Ryanair. Wiadomo że już sama obecność tego przewoźnika na danej trasie jest dla innych linii piekielnym zagrożeniem. Nawet jeśli godziny lotów są mniej atrakcyjne a w końcowym rozrachunku ceny za bilet droższe, to już sama legenda otaczająca Ryanair umiejscawia ją niestety na pozycji dominującej. Dlatego o wiele trudniej w takiej sytuacji będzie skłonić do przylotu innych przewoźników. Mowa tutaj zarówno o potencjalnych nowych samolotach Wizz Air, jak też innych liniach dowożących do swoich hubów. Pomijając Warszawę, bardzo trudno bowiem o obecność na polskich lotniskach innych przewoźników nisko-kosztowych typu Vueling (choćby baza w Amsterdamie czy Tuluzie), easyJet (Belfast, Edynburg, Szwajcaria, Lyon, Rzym), Air France (nisko-kosztowa baza w Marsylii), airberlin, Germanwings, że o sieciowych sąsiadach typu Finnair, Austrian, KLM, British Airways czy airBaltic nie wspomnę.

Natomiast co do Wrocławia, to wczoraj pojawił się rozkład pracy przeznaczonej pod bazę maszyny. Chociaż doszło sześć nowych tras - trzeba przyznać że bardzo atrakcyjnych jak na siatkę z Polski - to Ryanair nic się nie zmienił w polityce częstotliwości. Oprócz Beauvis i Malmö wszystkie kierunki będą realizowane na dwóch lotach w tygodniu. Jest to w jakiś sposób zrozumiałe, w końcu Bournemouth zostało zdjęte z rozkładu ponad dwa lata temu, Treviso z Warszawy i Katowic okazało się mało zadowalające dla Wizz Air a Kreta i Malta to kierunki stricte wakacyjne i pochłaniające sporo czasu pracy maszyny. Jednak najbardziej zabolało mnie w tym wszystkim pozostawienie słabej częstotliwości na trasach do portów "przesiadkowych" typu Charleroi, Bergamo czy Bolonia. Jednak w tej kwestii nieco lepiej wypada polityka Wizz Air który przy rozbudowie baz inwestuje przede wszystkim w oferowanie na otwartych już trasach a zdecydowanie fajniej wygląda to u easyJet airberlin czy Vueling.

Oczywiście co do Ryanair, nie należy się smucić z jego obecności w Polsce. W końcu to ta linia bardzo mocno wpłynęła na rozwój świadomości lotniczej w naszym kraju. Może nieco wypaczonej świadomości, jednak nie da się podważyć że teraz latamy dużo więcej, drożej i w coraz to bardziej wyszukane miejsca. Warto jednak pamiętać że im więcej konkurencji na solidnych fundamentach bytowych ma Ryanair, tym lepiej dla siatki połączeń danego lotniska i cen biletów. Warto więc dbać o mniejszych przewoźników obecnych w naszych okolicach, ponieważ niejednokrotnie już się zdarzało że ich oferta była w jakiś sposób bardziej atrakcyjna. Warto więc szukać i w trakcie wymyślania kolejnych celów podróży nie kierować się wyłącznie opcją Ryanair.

wtorek, 25 maja 2010

Reklama dźwignią handlu

Pamiętam jak jakiś czas temu Ryanair na swojej stronie internetowej zaczął umieszczać reklamy z produktu AdSense firmy Google. W sumie ok, normalne działanie w dzisiejszych czasach. Tylko że specjaliści z Irlandii nie skonfigurowali odpowiednio swojego konta i dzięki temu niedopatrzeniu na stronie Ryanair najczęściej wyświetlana była reklama konkurenta – easyJet.
Jednak dziś w sieci znalazłem link do filmu pokazującego kolejny sposób jak tanio i skutecznie można się reklamować przy użyciu konkurencji. Podobno został nakręcony na pokładzie easyJet.
 


W wolnym tłumaczeniu:
Ostatnio podczas lotu easyJet...
- Kochanie, gdzie jesteś?
- Tutaj!
- A dzieciaki?
- Tutaj!
- Tutaj!
- Dzięki Bogu mamy te znaki!
- Nie znoszę tych „Wybierz swoje siedzenie” - opcji
- Mamusiu, muszę siku!
- Tylko jeśli toaleta jest za darmo!
- To nie fair!
- Popatrz przez okno, przynajmniej to jest za darmo!
- Następnym razem...
- ...po prostu polećmy...
- Germanwings
- od €19.99

niedziela, 4 kwietnia 2010

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Dortmundzie

Dortmund to miasto należące do przemysłowego Zagłębia Ruhry, które tworzy ciasną strukturę takich pobliskich miast jak Essen, Duisburg, Gelsenkirchen, czy Bochum. Leży również w stosunkowo niewielkiej odległości od Düsseldorfu, Kolonii, Bonn, czy Münster (spolszczona dawna nazwa Monastyr). Okolice o sporej diasporze pochodzenia Polskiego, której silna fala emigracyjna (około 500tys. osób) miała miejsce w XIX wieku. Chociaż miasto to posiada silnie rozbudowaną siatkę połączeń z portami lotniczymi w Polsce, wynika to wyłącznie z ruchu emigracyjnego. Sam Dortmund nie reprezentuje bowiem prawie żadnych wartości turystycznych dla mieszkańców naszego kraju.
Pomimo że lotnisko w Dortmundzie jest noclegownią dla maszyn EasyJet, Airberlin i Germanwings, spowodowane jest to bardziej konfiguracją operacji tych przewoźników niż ich chęcią silnego zainwestowania w lokalny rynek. Germanwings skupia się bowiem tylko na bezpośrednich lotach do Monachium i czarterach. Airberlin wykonuje bezpośrednio wyłącznie jeden lot do Norynbergii (gdzie następnie można skorzystać z szeregu przesiadek na jednym bilecie) a w sezonie letnim dodaje drugi samolot latający przede wszystkim na kierunkach wakacyjnych. Easyjet natomiast oprócz dwóch dziennych wykonywanych równolegle rotacji do Londynu (w prawie tej samej chwili start maszyn zarówno z Dortmundu, jak też lotniska Luton) rozkład łata kierunkami turystycznymi typu Kraków, Budapeszt, Barcelona, Saloniki czy niezwykle popularna Majorka. Jednak największą ilością lotów wykazuje się jak dotąd Wizz Air zapewniając 14 połączeń z miastami Europy Środkowowschodniej i Bałkanów. I to właśnie u tego przewoźnika przeloty zaczynają się już od 30 złotych w obie strony a cena w granicach €25 za bilet powrotni jest czymś dość regularnym i łatwym do znalezienia. Warto zaznaczyć, że dużą popularnością Dortmund cieszy się w Gdańsku z którego wykonywane są codzienne połączenia, oraz Katowic z dwoma lotami każdego dnia.

Lotnisko
Terminal lotniska znajduje się około 13 kilometrów od centrum miasta. Oparta na kilku piętrach konstrukcja chociaż osiąga maksimum swojej przepustowości, to zwłaszcza w sezonie zimowym wydaje się być wręcz opustoszała. W środku, na terenie ogólnodostępnym, znajdują się w zasadzie dwie większe knajpki, z czego ta na najwyższym piętrze otwarta jest dopiero od godziny 1100. Niestety terminal choć wygodny, jest również na 100% praktyczny wyłącznie w określonych ramach i nic poza tym. Dlatego też mogą zaskoczyć takie sytuacje jak gorąca woda kosztująca w barze tyle samo co zaparzona herbata („bo w menu nie ma pozycji >>gorąca woda<<”), oraz całkowite zamykanie terminala na noc nawet w okresie zimowych mrozów...
Z lotniska do miasta najprościej jest się dostać poprzez autobusy AirportExpress kursujące średnio co godzinę (rozkład jazdy tutaj). Pierwszy odjazd z głównej stacji kolejowej następuje codziennie o godzinie 04:30 a ostatni kurs w stronę miasta o 22:30. Podróż zajmuje 22 minuty, a koszt w jedną stronę to €6. Chociaż nieco bardziej kombinowaną, to tańszą alternatywą jest pociąg. Stacja Holzwickede oddalona jest od lotniska o około 1500 metrów i z pewnością nie warto wydawać €1,50 na jeżdżący na tej trasie autobus AirportShuttle. Tym bardziej, że kursuje on z częstotliwością 20 minut i czasami dużo szybciej można się znaleźć na miejscu idąc pieszo. Zajmie to nam nie więcej niż 15 minut. Bilet kolei regionalnych Eurobahn (linia RB59 Soest-Dortmund Hbf - rozkład jazdy tutaj) kosztuje €4,50 i można go nabyć w automacie na stacji, jak też w terminalach zainstalowanych w każdym pociągu. Podróż zajmie nam 20 minut, kursy z Dortmundu zaczynają się już o godzinie 05:07 (pomijając niedziele) a ze stacji Holzwickede kończą najwcześniej o godzinie 00:32. Jeśli natomiast podróżuje się w parze, warto zakupić bilet uprawniający do czterech przejazdów na trasie kosztujący w tym przypadku €15,70. Opcją ultra-oszczędną jest trzykilometrowa wycieczka piesza na kolejną stację w miasteczku Sölde. Chociaż podróż koleją skraca się o raptem 4 minuty, to cena biletu „czterokrotnego” spada do €8. Wynika to z faktu, że na odcinku pomiędzy tymi stacjami przebiega granica stref taryfikacyjnych. Mała podpowiedź - sprawdzanie biletu, jeśli w ogóle następuje, to wykonywane jest tuż za stacją Holzwickede, lub za Dortmund Hbf.
Równie tanią opcją może być skorzystanie z lokalnego autobusu numer 440 (rozkład jazdy tutaj) jadącego w stronę Aplerbeck i tam przesiadka na jadącą do centrum linię metra. Według serwisu wikitravel bilet kosztuje €2,30 lub można skorzystać z niejakiej „travelcard”.
Fanów podróżowania niskobudżetowego z pewnością ucieszy fakt, że niecałe 300 metrów od terminala znajduje się Lidl pozwalający na szybki i tani zakup podstawowego pożywienia i napojów.

Nocleg
Nasz wyjazd był opcją bardzo zwariowaną i jej ostateczny kształt nie był znany nawet na 3 godziny przed odlotem. W związku z tym nie poszukiwaliśmy żadnego noclegu zarówno w Dortmundzie, jak też okolicach lotniska. Na mieście oprócz kilku hoteli nie zauważyliśmy w zasadzie żadnego ogłoszenia taniego hostelu turystycznego.
Warto podkreślić, że terminal lotniska jest zamykany pomiędzy godzinami 01:00 i 03:30 w nocy. Choć budynek jest dość pokaźnych rozmiarów nie ma szans aby być przegapionym przez robiącego rundkę ochroniarza i nawet w przypadku głębokiego snu pasażerowie są budzeni i wypraszani na zewnątrz. Nam przytrafiło się to późną zimą, gdy temperatura na dworze oscylowała w granicach -4℃ – 0℃. Znajdujący się w pobliżu (tuż obok Lidla) McDonald's nie jest najlepszym rozwiązaniem, gdyż kończy pracę o godzinie 01:00. Jedyną sensowną opcją jest pobliska stacja benzynowa. Zresztą pracujący na nocnej zmianie chłopak zupełnie nie był zdziwiony naszą obecnością gdyż co noc regularnie gości u siebie grupkę do kilku osób. Więcej informacji na temat nocowania na lotnisku w Dortmundzie znajduje się we wpisie Sztuki taniego latania "Spanie na lotnisku - opis lotnisk".

Wyżywienie
Centrum Dortmundu zaskakuje dużą ilością tanich fast foodów. Wśród nich wyróżnić można wszelkie „kiełbasiarnie” z bardzo popularną tam „Curry wurst”, pizzerie i McDonald'sy, restauracje tureckie serwujące między innymi kebaby, oraz pojedyncze knajpki z kuchnią azjatycką. Bardzo pozytywnym aspektem jest taniość tych miejsc, gdyż danie z Kebabem można zakupić już od €4, kiełbaskę za około €1, kawałek pizzy również za €1, a pełen obiad za mniej niż €8.
My za pierwszym razem wybraliśmy znajdującą się przy Brückstraße 15 chińską tanią restaurację „Wok-Man”. Skusiła nas ona właśnie swoją taniością, wyglądem i sposobem prowadzenia. Odnieśliśmy bowiem wrażenie, że jest to interes prowadzony przez jedną rodzinę, która zapewne nawet mieszka nad tą knajpą. Podglądając system pracy doszliśmy do wniosku, że szefem kuchni był ojciec i jego brat, a wszyscy pozostali członkowie rodziny mieli przydzielone swoje obowiązki. Uderzającą w tym miejscu była przede wszystkim jego szczerość. Nawet w kraju tak podporządkowanym normom jak Niemcy okazuje się bowiem, że istnieją miejsca gdzie Unia Europejska ze swoimi przepisami nie zagląda do każdego kąta. Wynikało to z faktu, że jeśli nagle w restauracji pojawiło się więcej klientów to stojąca na kasie najmłodsza córka była w stanie przejąć obowiązki przygotowania jakiejkolwiek potrawy, a dania nie odmierzane były co do grama, lecz nakładane „na oko”. I w ten sposób dostaliśmy naprawdę duże dwa talerze ryżu z sowitymi porcjami pikantnej wołowiny i kurczaka w sosie słodko kwaśnym za €10,40! Poprawka następnego dnia w postaci talerza makaronu z kawałkami kurczaka, kiełków i warzyw to wydatek €2,70! A co ze smakiem? Powiem szczerze, że nie wiem na ile miało tutaj znaczenie nasze przemarznięcie, zmęczenie i lekki głód, ale ilością, ceną i smakiem jedzenia byliśmy wręcz zachwyceni!
Dla fanów kuchni egzotycznych warto polecić również znajdujący się przy przy Brüderweg 6-8 (nieopodal kościoła św. Rajnolda – jednego z ważniejszych zabytków Dortmundu) market azjatycki. W połączonych dwóch sklepach można kupić wiele różności ze wschodu, od importowanego ryżu, owoców morza, herbat, poprzez sosy, przyprawy, napoje po chipsy, egzotyczne dania gotowe i różnorakie składniki. Osobiście polecam Papadomy – przyrządzane na głębokim oleju, nad ogniem lub w piekarniku, okrągłe duże chrupki dodawane tradycyjnie w Indiach do np. Chicken Kormy. W Polsce nie widziałem ich jeszcze w żadnym sklepie. Cena to €1,29. Bardzo ciekawą opcją są również ziemniaczane chipsy Bikaji w kształcie cieniutkich paluszków. Cena to €1 a takiego egzotycznego smaku w Europie jeszcze nie miałem okazji próbować ;)

Zwiedzanie
Każdy napotkany turysta, lub osoba która miała już okazję odwiedzić Dortmund na pytanie co tam jest do zobaczenia, odpowiada „nic”. I niestety dużo prawdy jest w tym stwierdzeniu. Dortmund jako miasto przemysłowe było bowiem bardzo silnie bombardowane w trakcie drugiej wojny światowej co doprowadziło do zniszczenia blisko 80% istniejącej zabudowy! Z czasów przed wojną przetrwała więc niewielka liczba zabytków i raptem kilka budynków w centrum. Proces odbudowy po wojnie spowodował utworzenie dużej ilości parków i terenów rekreacyjnych powstałych na gruzach i hałdach, dzięki czemu Dortmund stał się jednym z zielonych miast Westfalii.
Zwiedzanie centrum bardzo uzależnione jest też od pogody. Niestety nasz wyjazd obfitował w szarugę i chłód końcówki zimy przez co bardziej interesowały nas ciepło restauracji i knajp niż niuanse mijanych budowli. Niemniej jednak dało się zaznaczyć podejrzenie, że przy letniej pogodzie i sprzyjającej aurze klimat zwiedzania może pozwolić na bardziej pozytywne reakcje. Z pewnością warto jest się wtedy pokręcić po centrum, gdyż jak główny handlowy trakt Westenhellweg jest tylko ulicą ze sklepami, tak już okoliczne place mogą obfitować w przyjemniejsze widoki pod warunkiem, że ktoś lubuje się w niemieckim stylu budowania.
Dość ciekawą zagadką są pozostawione w wielu miejscach w centrum plastikowe kolorowe modele latających nosorożców. Niestety nie udało mi się znaleźć informacji na temat powodu ich występowania.
Dla fanów sportu a piłki nożnej przede wszystkim ciekawym punktem może być stadion Signal Iduna Park, na którym swoje mecze regularnie rozgrywa Borussia Dortmund, oraz gdzie w trakcie mundialu w 2006 roku reprezentacja Polski przegrała z reprezentacją Niemiec 1:0.
Dla fanów złocistego trunku, Dortmund to także były największy po Monachium ośrodek produkcji piwa z sześcioma lokalnymi browarami.
Warto również wspomnieć, że w 2010 roku pobliskie Essen, jak też całe Zagłębie Ruhry obok Węgierskiego Pécs oraz Istambułu dzierży tytuł Europejskiej stolicy kultury. Niestety na ulicach Dortmundu, przynajmniej w marcu 2010 roku jest to raczej niezauważalne.

Holzwickede
Ciekawą alternatywą w postaci ucieczki z miasta i kilku godzin relaksu przy ładnej pogodzie może być Holzwickede – niewielka miejscowość położona około dwóch kilometrów od terminala lotniska. Oferuje ona raptem dwa niewielkie kościoły i remontowany aktualnie park, ale podejrzewam że może to być ciekawa przy kilku wolnych godzinach spowodowanych np. przesiadką :-)

Ogólne wrażenia
Niestety Dortmund nie wywarł na nas bardzo pozytywnego wrażenia. Zapewne wynikało to z braku egzotyczności samego miasta podobnego czasami w budowie do Wrocławia w którym mieszkamy. Do tego doszło zmęczenie samym wyjazdem i jego ułożeniem „na wariackich papierach”. W jaki więc sposób może się przydać to miejsce w ruchu turystycznym? A na przykład do przesiadek. Chociaż z Polski również prowadzone są bezpośrednie połączenia lotnicze do Turcji czy na Majorkę, to jak pospolicie wiadomo turysta z niemieckiego biura podróży, choć płaci tyle samo, zawsze może liczyć na dużo większy komfort wypoczynku. Poza tym naprawdę rozwinięta siatka połączeń Wizz Air umożliwia przynajmniej częściowo przesiadki do takich jeszcze unikatowych i niszowych w naszym ruchu turystycznym miejsc, jak Kijów, Bukareszt, Sofia, Zagrzeb czy Belgrad. Z drugiej strony z powodu dużej ilości tanich połączeń lotniczych z Polską i ich niewielkiej odległości, Dortmund może się okazać idealnym miejscem odbycia swojego pierwszego w życiu lotu. Czas spędzony w powietrzu podczas powrotu do Wrocławia to 58 minut, cała trasa przebiegała nad lądem a w razie niepomyślnego pierwszego doświadczenia w trakcie lotu „tam”, zawsze można szybko do kraju wrócić koleją :-) Dodatkowym bodźcem do wyjazdu mogą być zakupy. Centrum miasta to przede wszystkim galerie handlowe i mniejsze sklepy oferujące wszystko – od seryjnych ciuchów, sprzętu elektronicznego, po wynalazki pokroju wspomniany wcześniej „Asia Market”. Naszą wizytę odbyliśmy po okresie wyprzedaży, ale patrząc na bardzo duży ruch w każdym ze sklepów spodziewamy się szeregu bardzo atrakcyjnych posezonowych obniżek cen :-)

Adresy kontaktowe
Lotnisko w Dortmundzie: www.dortmund-airport.de
Dortmund na Wikitravel: http://wikitravel.org/en/Dortmund

Informacja turystyczna:
Dortmund Tourist and Information Office
Königswall 18a
Tel. +49-231-18999222

Kolej na trasie pomiędzy Holzwickede a Dortmundem: www.eurobahn.de

niedziela, 20 września 2009

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Cagliari

Cagliari jest stolicą drugiej pod względem powierzchni włoskiej wyspy - Sardynii. Chociaż sporą część ichniejszych przychodów zapewnia przemysł turystyczny, to najliczniejszą grupą odwiedzających są właśnie włosi. Dzięki temu pomimo rozwiniętej bazy technicznej zapewniającej sporą liczbę atrakcji wciąż odnosi się wrażenie, że jest się we Włoszech a nie Polsce, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii (vide kurorty turystyczne w Tunezji, Hiszpanii oraz Teneryfie). Od jakiegoś roku Cagliari stało się bazą dla dwóch samolotów Ryanair. Dzięki temu można się tam dostać dość łatwo i za stosunkowo niewielką cenę. Oczywiście w chwili obecnej nie ma co liczyć na połączenia bezpośrednio z Polski, ale ciekawy system przesiadkowy oferują takie porty, jak Mediolan Bergamo (do trzech lotów dziennie), Bruksela Charleroi, Rzym Ciampino, Frankfurt Hahn, Madryt, czy Barcelona Girona. Do tego dochodzą również częste połączenia EasyJet z np. Londynu Luton, Berlina Schönefeld, czy Mediolanu Malpensa. Nie można także zapominać że na lotnisko to operują też takie linie, jak Aliatalia, BMI, Meridiana czy TUI.

Lotnisko. Gdy będziemy już na miejscu, do miasta dostaniemy się lokalnym autobusem. Kursuje on co 30 minut, odległość niecałych dziewięciu kilometrów pokonuje w kwadrans, a koszt przejazdu to €2 od osoby. Bilet kupuje się w punkcie przy wyjściu i należy mieć przygotowaną odliczoną równowartość monet. Warto wcześniej odwiedzić bardzo kompetentną i pomocną informację turystyczną, skąd można się dowiedzieć np. o tym, że jest możliwość wykupienia tygodniowego biletu na sieć autobusów miejskich (z wyłączeniem trasy Cagliari-Lotnisko) za cenę €10, lub tzw. K'ard za pomocą której można korzystać zarówno z komunikacji miejskiej, jak też części atrakcji kulturalnych Cagliari (muzea, wystawy, zniżki w restauracjach i innych miejscach). Karta K3 ważna jest przez 3 dni a jej koszt to €15. Natomiast za €20 można zakupić kartę siedmiodniową.

Nocleg. Wprawdzie liczba pensjonatów, hoteli i hosteli nie jest tak ogromna jak np. w centrum Madrytu, jednak ze znalezieniem noclegu nie powinno być najmniejszych problemów. Szkoda tylko, że do najtańszych one nie należą. Najniższą opcją jaką znaleźliśmy było €22 od osoby. Na 4 noce wybraliśmy więc zrzeszony w sieci Hostelling International - Marina Hostel. Mieści się on w ścisłym centrum, 12 minut piechotą od stacji autobusowej, na końcu Via Napoli. W jego ofercie są pokoje jednoosobowe (€35), dwuosobowe (€28), rodzinne (€24 od osoby), jak też dormy w cenie €22 za osobę za noc. Niestety nie posiadamy karty Hostelling International, więc do naszej ceny za każdą noc musieliśmy doliczyć €3. W to wszystko wliczone jest skromne śniadanie składające się z latte/cappucino/herbaty i tosta/małej bułki/rogalika. Bardzo dużym atutem jest obsługa, która pomoże w każdej sytuacji od zatelefonowania i wypytania się o pewien szczegół, po znalezienie korkociągu do wina. W hostelu panuje bardzo duża rotacja przebywających, dlatego też jednej nocy dorm może stać pusty, a kolejnej zajmować będzie go nawet 8 osób. Wnętrze zostało całkiem niedawno gruntownie odremontowane, więc wszystkie ściany są śnieżnobiałe, a w klimatyzowanych pokojach obecne są drewniane okiennice, które w większości przypadków wychodzą na małe patio. W jednym z pomieszczeń znajduje się udostępniona dla wszystkich lodówka, a oprócz niej można tam (po godzinach zwolnienia pokoju) przechować swoje bagaże, oraz opcjonalnie wypożyczone rowery. Warto także popytać się w recepcji o najbliższe restauracje, gdyż w niektórych z nich na hasło HI Marina można dostać zniżkę :-)

Plaże. Wypoczynkowym punktem nr 1 jest oczywiście plaża. Niestety ścisłe połączenie Morza z Cagliari zajmuje port i przystań, dlatego też najbliższy teren z piaskowym brzegiem znajduje się w odległym o sześć kilometrów od centrum Poetto. Ze stacji autobusowej można tam dojechać autobusami PF i PQ. Mniej uczęszczaną i nieco bardziej dziką, ale przynajmniej pozbawioną przyjezdnych turystów jest wąska plaża znajdująca się na zachód Cagliari - nieopodal solanek i wyjścia z Portu. Sympatycznymi skrawkami ciepłego piasku używanego prawie wyłącznie przez miejscowych są również te w odległej o około 12 kilometrów od centrum Cagliari La Maddalenie. Dojazd wyłącznie samochodem, lub rowerem.

Wyżywienie. Jeśli chodzi o knajpki, to standardowo najwięcej z nich znaleźć można w ścisłym centrum miasta. Przekrój jest dość szeroki – od tanich fast foodów i kebabów po lokalne z wyłożonymi na zewnątrz stolikami oraz ekskluzywnymi cichymi i romantycznymi knajpkami. Co ważne, wszystkie z nich wręcz oblegane są przez Włochów i do niektórych z nich nie uda się dostać bez wcześniejszej rezerwacji. Co równie istotne, inne zaczynają przyjmować gości dopiero od późnej godziny, ale w przypadku wielkiego głodu, z pomocą przychodzą fast foody. Mogą nimi być np. Tunezyjski Kebab (bułka za €4) przy Via Torino, albo serwująca m.in. za €8 pięćdziesięcio-centymetrową margheritę Papppa Pizza przy Via Roma (tuż obok stacji autobusowej/kolejowej). Ceny w restauracjach oscylują pomiędzy €8-18 za jednodaniowy obiad (Spaghetti, Pizza, czy Risotto) oraz €20+ za pełen zestaw łącznie z napojami.

Informacja turystyczna. W przypadku problemów z orientacją w terenie i znalezieniem interesującego nas miejsca, z pomocą przychodzą punkty informacyjne rozstawione w kilku strategicznych miejscach miasta (m.in. stacja kolejowa, Piazza Constituzione u wejścia do Bastioni St. Remy, czy Poetto u wejścia do Marina Piccola). Oprócz świetnego angielskiego, pracujące tam osoby dysponują niemałą wiedzą nawet na temat lokalnych marketów. A z tych można polecić Nonna Isa przy Via Sonnino 65, lub nieopodal Gieffe/DeSpar przy Via Sonnino 60/62. Ceny są bardzo różne. Najtańsza woda dwulitrowa kosztuje €0.29, 1,5 litrowa herbata na wzór Liptona €0.49, półlitrowe lokalne piwo €1.08, litrowy jogurt bananowy €1.55, a 800 gram pełnoziarnistych ciastek €1.69.

Zwiedzanie. Zwiedzanie na miejscu można ograniczyć do samej starówki. Z pewnością warto się wybrać na górę bastionu St. Remy, skąd można podziwiać panoramę całego Cagliari, oraz zachodzące za wzgórzami wokół szczytu Monte is Caravius słońce. Warto zajrzeć również w głąb gubiąc się w labiryncie stromych wąskich uliczek, obserwując miksturę świetnych panoram, oraz kontrast sąsiedztwa odnowionych i podupadających wiekowych budynków. Gdzieś tam w środku znajduje się średnio interesująca Cattedrale di Santa Maria, czy Cittadella dei Musei. Szczerze nigdy nie bawiły mnie jakoś szczególnie wystawy, ale tym razem niemałe wrażenie wywarły na mnie eksponaty w muzeum archeologicznym. Zwłaszcza psychodeliczne i czasami bardzo dziwaczne statuetki z brązu przedstawiające np. postaci wojowników o czterech oczach, rękach i tarczach. Wstęp €2 poniżej 25 roku życia, €4 powyżej. W wielu przewodnikach punktem wartym odwiedzenia są ruiny starorzymskiego amfiteatru. Miejsce to zostało przebudowane kilkanaście lat temu i w chwili obecnej gości wszelkiej maści przedstawienia sceniczne. Pozostałości i podziemia szczerze nie są warte tych €2.80. Podobnie żaden z przewodników nie sprawdził się w przypadku godzin otwarcia lokalnego Ogrodu Botanicznego i wieży Torre dell'Elefante. Niestety niedane nam było ich odwiedzenie, gdyż zgodnie z przysłowiem pocałowaliśmy tylko klamkę.

Wypożyczalnia rowerów. Jeśli ktoś woli dalsze wycieczki, lub aktywny wypoczynek, świetną propozycją jest wypożyczalnia rowerów. Do dyspozycji jest tutaj firma Ichnusa bike, która ma swoje punkty w Cagliari, Oristano, Alghero, Villasimius czy Costa Rei. Co najciekawsze, rowery można bez dodatkowych opłat zostawić w każdym z tych miejsc, co stanowi doskonałą formę aktywnej podróży np. z jednego lotniska do drugiego. Koszt tzw. górala to €12 za dobę przy wynajmie na 1-2 dni, który spada do €8 za dobę przy wynajęciu na więcej niż 5 dni. W przypadku jednodniowego wynajmu roweru miejskiego cena wynosiła €15. Do całości doliczyć należy oczywiście €50 depozytu. Każdy rower wyposażony jest w zestaw naprawczy, mapę oraz jeśli trzeba w GPS. Niestety w trakcie wycieczki przytrafiła nam się przykra sytuacja z dziurą w dętce i niemożliwością wymiany jej na inną (zapasowa miała nieodpowiedni wentyl). Na szczęście opiekujący się całością facet na ulotce zamieścił swój komórkowy numer telefonu i nie więcej niż po 60 minutach był na miejscu z zapasowym rowerem. Co więcej, z racji że to była jego wina, bez żadnej prośby pozwolił nam na darmowe zachowanie rowerów na kolejną dobę. Bardzo spodobało nam się to zachowanie fair i sympatyczne podejście do klienta, dlatego nie omieszkaliśmy odwdzięczyć się wysyłając po powrocie mały smakołyk z Polski :-)

Ogólne wrażenia. Cagliari nie jest miejscem dla turystów wyłącznie plażowych. Chociaż jest miasteczkiem ruchliwym, posiada swój bardzo specyficzny urok. Tworzą go kolonialne budynki i wąskie uliczki ścisłego centrum. Najważniejsza jest obecność morza, ale równie interesujące są otaczające miasto wzgórza i góry. Kolejnym atutem jest lokalna ludność, przyjaźnie nastawiona i skora do pomocy. Wprawdzie na murach często można znaleźć graffiti wskazujące na istnienie ruchu separatystycznego, jednak zupełnie nie widzi się tego w trakcie codziennego życia. Spędziliśmy tam cztery dni i dzięki temu że byliśmy nielicznymi polakami w okolicy, wypoczęliśmy dużo bardziej niż przez tydzień w tunezyjskim kurorcie turystycznym. Posiadany czas zagospodarowaliśmy na maksimum możliwości, jednak już dziś wiemy że trzeba tam wrócić i zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Zresztą potwierdziła to w pewnej rozmowie mieszkanka Sardynii mówiąc, że urok tej wyspy kryje się wszędzie, czasami w mieście, czasami na zupełnym odludziu, na skrzyżowaniu ścieżek w górach. Mieszka tam kilkadziesiąt lat i wyspa ta wciąż potrafi ją zaskoczyć czymś nowym. Jak podsumowała, właśnie dlatego warto tam wracać.


Adresy mailowe i kontaktowe:

www.arst.sardegna.it :: Transport autobusowy na Sardynii
www.ferroviedellostato.it :: Kolej na Sardynii
www.ichnusabike.it :: Wypożyczalnia rowerów na Sardynii

www.cagliariturismo.it/tip/en/homepage.wp :: Informator turystyczny Cagliari
www.ctmcagliari.it/mappa.php :: Mapa transportu publicznego w Cagliari
www.anfiteatroromano.it :: Starożytny amfiteatr Rzymski w Cagliari

www.papppapizza.com :: Pizzeria przy Via Roma

HI Marina Hostel
Piazza San Sepolcro, 2
09100 Cagliari
Tel. +39-070-4509709
cagliari@aighostels.com

środa, 2 września 2009

Sztuka taniego latania - tylko z bagażem podręcznym

Kiedyś latanie zagraniczne zawsze kojarzyło mi się z opalenizną i wielkimi, wypchanymi po brzegi walizkami. Ale rewolucja na rynku lotniczym, jak też zdrowy rozsądek sprawiły, że moje zdanie uległo radykalnej wręcz zmianie w przeciągu dwóch lat. Ale czemu się dziwić? Po pierwsze moje wypady trwają najczęściej do trzech dni. Dzięki temu niema wręcz szans abym nie zmieścił w jednym plecaku wszystkich rzeczy które planuję ze sobą zabrać. Druga to fakt, że chodzenie po mieście czy szukanie hotelu z taszczoną za sobą wielką walizką jest sprawą bardzo mało komfortową i wręcz męczącą. No i ostatnia to przede wszystkim finanse. Latam za niewielkie pieniążki, a większość tanich linii lotniczych każe sobie dopłacać za możliwość przewiezienia bagażu w luku. 40 złotych za lot w jedną stronę majątkiem nie jest, ale gdy aby dostać się w upatrzone miejsce potrzeba mi dwóch przesiadek, to pozbywam się przez to prawie całego budżetu jaki zazwyczaj poświęcam na jeden wyjazd. Znalazłem więc swój system na podróżowanie z plecakiem który waży mało i posiada odpowiednią liczbę niezbędnych do przeżycia rzeczy. A co się nie zmieści, no cóż, są inne sposoby aby je wziąć ze sobą ;) O tym nieco później, na początku trochę zasad teoretycznych.

Ograniczenia: Bagaż podręczny podlega szeregom ograniczeń narzucanych zarówno przez linie lotnicze, jak też organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo.
Wymiary i waga: Walizka/plecak nie może być większy niż 55x40x20 centymetrów. Aby to sprawdzić, pracownicy danej linii lotniczej zazwyczaj proszą pasażerów o umieszczenie swoich bagaży w specjalnym stojaku. Gdy niestety nasz tobołek nie zmieści się w nim, będziemy poproszeni i nadanie go, lub jego części jako „bagaż rejestrowalny”, co wiąże się oczywiście z dodatkowymi opłatami. Wspomnę tutaj, że procedura ta czasami nastręcza sporych problemów. Słyszałem już o historiach z lotniska Berlin Schönefeld w przypadku Ryanair i Warszawy z Wizzair, że wspomniane wcześniej stojaki są mniejszych rozmiarów, niż nakazują to wymogi linii lotniczych. Kilku znajomych z tego powodu musiało nadać swoje bagaże pomimo, że mieścili się w dopuszczalnych limitach (wymiary były sprawdzane jeszcze na lotnisku przy użyciu centymetra krawieckiego). Okazuje się, że rozmowa, a wręcz kłótnia z pracownikami nic nie daje, pozostaje jedynie wnoszenie skargi do linii lotniczej po odbytym locie.

W takiej wielkości plecaku da się zmieścić rzeczy na trzydniowy wyjazd.

Kolejnym ograniczeniem dotyczącym bagażu jest waga. W liniach Ryanair i Wizzair bagaż podręczny nie może przekraczać 10 kilogramów. Niegdyś bardzo pobieżnie zwracano na to uwagę i już kilkukrotnie udało mi się podróżować z walizką o łącznej masie dochodzącej do 15 kilogramów. Niestety Ryanair bardzo się na to uczulił na początku tego roku bardzo uszczuplając możliwości przewozu. W praktyce oznacza to, że na lotniskach nie będących bazą tej linii lotniczej (czyli aktualnie każde polskie lotnisko) zostaniemy pobieżnie sprawdzeni czy aby na pewno mamy ze sobą wyłącznie jedną sztukę bagażu. Natomiast na lotniskach bazowych (prawie każde na które możemy się dostać z Polski Ryanairem) kontrola jest bardzo szczegółowa. W zależności od miejsca i nastawienia nadzorującego aktualnie kierownika zmiany sprawdzane będą wymiary, waga, lub ilość przenoszonych bagaży. Właśnie ta ostatnia jest bardzo istotna, gdyż zgodnie z zasadami Ryanair

Dozwolona jest tylko jedna sztuka bagażu podręcznego na pasażera (z wyjątkiem niemowląt). Torebka, aktówka, laptop, zakupy (na strefie bezcłowej, przyp. Tambylec), aparat fotograficzny itp. muszą być umieszczone w jednej sztuce dozwolonego bagażu podręcznego.



Reguła ta przestrzegana jest bardzo różnie. Np. na lotnisku Frankfurt-Hahn nie było problemu jeśli kobiety miały ze sobą małą walizkę i podręczną torebkę pod warunkiem, że w sumie nie przekraczały one określonej wagi i wymiarów. Na Sztokholm-Skavsta robiono nam problemy przy ilości, ale zwykłe przywiązanie torebki do walizki uznawano już za pojedynczy bagaż. Natomiast w Charleroi (lotnisko oznaczone jako Bruksela) nic nie mogło wystawać poza walizkę/plecak.
W przypadku Wizzair reguła bezwzględnie jednego bagażu dotyczy aktualnie lotnisk w Liverpoolu i Londynie (Luton). Na pozostałych, oprócz bagażu podręcznego pasażer (nie wliczając tego do limitów wymiarowo/wagowych) może wnieść ze sobą m.in. torebkę, płaszcz lub koc, aparat fotograficzny/kamerę/lornetkę, czy też materiały do czytania w trakcie lotu.
EasyJet wprowadziło ograniczenia jedynie dotyczące wymiarów bagażu podręcznego. Waga ponad 10 kilogramów nie gra tutaj roli.
Ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa: Po przykrych doświadczeniach z próbami porwań samolotów mogących później posłużyć do ataków terrorystycznych, na terenie Unii Europejskiej i EOG wprowadzono szereg ograniczeń służących zwiększeniu bezpieczeństwa lotów. Finalizuje się to zakazem przewożenia w bagażu podręcznym pewnych przedmiotów. W skrócie, jest to wszelka broń (lub jej imitacja), narzędzia ostre i spiczaste (nożyczki, pilniki, nieosłonięte maszynki do golenia, szczypce), niebezpieczne materiały chemiczne i łatwopalne (pojemniki z gazem, fajerwerki, alkohol, zapalniczki). Dużym problemem są tutaj środki higieny osobistej, o których wspomnę nieco poniżej.

Odpowiednia walizka/plecak: Z bagażem podręcznym podróżowałem już na kilka sposobów. Była to torba od laptopa, większa sportowa przewieszana przez ramię, czy nawet zwykła reklamówka w której miałem wyłącznie płyty vinylowe. Jednak po wszystkich tych próbach doszedłem do zdania, że najlepszą opcją jest walizeczka, lub najzwyklejszy plecak.
Argumentem przemawiającym za walizką jest jej wygoda. Otóż dużo łatwiej jest ciągnąć za sobą niewielki ciężar, niż nosić go na plecach. Do tego jest ona zazwyczaj uformowana, więc gdy kończy się w środku miejsce, oznacza to nic innego jak fakt, że zbliżamy się do wyznaczonych przez linię lotniczą granic. Istotnym minusem jest natomiast jej ograniczona mobilność. Mam na myśli tutaj sytuację, gdy zwiedzam wybrukowane ulice starego miasta bez wykupionego na aktualną chwilę pokoju hostelowego. Wtedy dokładnie wyczuwam każdy przewożony kilogram, a kolejny stukot wydawany przez kółka z każdą minutą wydaje się coraz głośniejszy. Dlatego też na walizkę decyduję się w momencie gdy wiem, że nie będę musiał spędzać z nią zbyt dużej ilości czasu. W przeciwnym wypadku wybieram plecak. Wygląda na to, że jest to najwygodniejsza forma przewożenia swoich bagaży, zwłaszcza jeśli w wycieczkę wlicza się podróżowanie w terenie. W tym miejscu pozwolę sobie zacytować pożyteczny poradnik serwisu Koniec Świata:

Założyłem, że oczywiste jest, że jedziesz z plecakiem, a nie walizką, torbą na kółkach, workiem wojskowym, siatką na zakupy lub kartonem po bananach. Wielu już sprawdzało pozostałe opcje i wszyscy są zgodni że plecak jednak jest najlepszy. Plecak ma być wygodny i nie za duży. Jeśli kupujesz nowy, wrzuć do niego w sklepie trochę lin i śpiwór i pochodź przez dwadzieścia minut. Dopiero wtedy będziesz w stanie stwierdzić, czy nigdzie cię nie uwiera.


Od niecałego tygodnia jestem szczęśliwym posiadaczem pierwszego, kupionego z myślą o podróżach plecaka. Dotychczas jeździłem ze zwykłym szkolnym. W zupełności mi wystarczał, chociaż nie da się ukryć że czasami był bardzo wypchany. Jednak za niespełna miesiąc wyjeżdżam na 5 dni na Sardynię i stwierdziłem że to jest idealny moment na ulepszenie swojego ekwipunku. Przy wyborze kierowałem się oczywiście powyższą radą. Poza tym dodałem kilka innych założeń, jakie plecak musi spełniać. Po pierwsze jego wymiary muszą być stosunkowo blisko wymogom linii lotniczych. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, gdyż większość sklepów podróżniczych oferuje plecaki do trekingu - smukłe i wysokie. Zmniejszenie wysokości spowoduje, że zmieszczę się w narzuconych wymiarach, jednak wydajność takiego plecaka jest dużo niższa, niż bym tego od niego wymagał. Dlatego też zwracałem uwagę przede wszystkim na modele najszersze. Po drugie, plecak musi mieć możliwość "ściągania" się. Chodzi o to, żeby w przypadku solidnego zapchania, za pomocą kilku wbudowanych linek bez problemów dało się go jeszcze ścisnąć do wymogów rozmiarowych. Po trzecie musi mieć możliwość rozbudowywania. No bo ograniczenia obowiązują wyłącznie na lotniskach, poza nimi dobrze byłoby mieć jeszcze wolne miejsce na książki, zakupy (napoje, jedzenie) i inne. Bardzo pomocne tutaj są wszelkie kieszenie, schowki i kieszoneczki, choćby taka mała na aparat czy portfel. Wybrany plecak prezentuję na fotkach poniżej.

Wypakowany plecak - widok z bokuPlecak - widok z tyłu




Co zabrać, a czego nie brać? Dochodziłem do tego sam. Jednak bardzo zgrabnie ujęto to w cytowanym wcześniej poradniku serwisu Koniec Świata. Wprawdzie wiele ich rad dotyczy bardziej długich podróży niż krótkich wyjazdów, ale niektóre sprawy są wręcz uniwersalne.


W przeciwieństwie do wyjazdu z biurem podróży, nie stać cię na wyładowanie walizki wszystkim co „może się przydać” albo „na wszelki wypadek”. Jeśli nie jesteś absolutnie pewny, że coś przyda się na bank, to coś zostaje w domu.


Bardzo warto wziąć sobie tą uwagę do serca, gdyż w przeciwnym wypadku szybko można się zbliżyć do magicznej granicy dziesięciu kilogramów. A świętą zasadą jest, że lecąc tam, warto mieć ze sobą nieco zapasu wagowego. Chodzi o to, że w drodze powrotnej dochodzą nam rozmaite pamiątki, które może nie ważą dużo, ale po zsumowaniu ich z prezentem dla mamy, brata i jeszcze jakimś lokalnym przysmakiem może się okazać, że na plecach mamy równowartość 12 kilogramów. Poza tym bardzo dziwną, ale prawdziwą regułą jest, że w trakcie pobytu mimo że ilość noszonych w plecaku rzeczy się zmniejsza, to zapina się go coraz trudniej! Po kilku próbach i wyrobieniu w sobie odpowiedniego systemu nie ma szans, żeby nasz bagaż przekroczył 8 kilogramów. Mój system jest taki:

Najcięższe i najbardziej obszerne ciuchy na czas lotu zakładam na siebie

- Najcięższe ciuchy na siebie: Jeśli jest obawa, że przy kontroli nasz plecak będzie ważył za dużo, załóż na siebie wszystko co najobszerniejsze i najcięższe. Nikt nie zwróci Ci uwagi jeśli w ręku będziesz trzymał sweter, czy kurtkę. W sytuacji podbramkowej można założyć na siebie dwa zestawy ubrań... W trakcie podróży najczęściej mam na sobie luźną bluzę z długim rękawem i dużą kieszenią po środku, do tego spodnie z kilkoma kieszeniami po boku nogawek, oraz największe buty jakie biorę ze sobą. Dzięki temu w plecaku chowam klapki/sandały i oszczędzam zajmowane tam miejsce, a cel zakładania takich właśnie ubrań przybliżę nieco później.

Zestaw ciuchów i sprzętu do spania na pięciodniowy wyjazd dla dwóch osób

- Zestaw ubrań: Jeśli jadę na 3 dni na południe europy - biorę 4 lekkie podkoszulki + coś cieplejszego do chodzenia wieczorami. To cieplejsze można mieć na sobie przy odprawie, a zwiedzanie uroczego miasteczka przy akompaniamencie szczękania z zimna własnymi zębami nie jest najmilszym wspomnieniem...
- Dokumenty: Niby sprawa oczywista, ale niejednokrotnie początkującym tambylcom sprawiała różnorakie problemy. Jeśli podróżuję po krajach tzw. Strefy Schengen, moim podstawowym dokumentem jest dowód osobisty. Fakt, na Teneryfie kontroler nieco długo zastanawiał się czy aby na pewno Polska leży w Europie, ale koniec końców uwierzył mi "na słowo" ;) W każdej podróży, w jakimś tajnym miejscu staram się mieć schowany również paszport. Tak na wszelki wypadek, gdybym przypadkowo zapodział gdzieś inne dokumenty, albo w trakcie kwaterowania się w hostelu który za jedyną formę poświadczenia tożsamości uznaje właśnie paszport. Jeśli ktoś jest studentem, przydaje się również legitymacja z uczelni. Fakt, niema tam ani słowa po angielsku, ale kilkukrotnie już udało mi się wejść do rożnych miejsc według stawki ulgowej/studenckiej :-) Oczywiście niezbędne są również dokumenty poświadczające ubezpieczenie i jego unikalny numer. W zależności od formy wykupionej polisy jest to albo kartka papieru, albo (w przypadku np. ZUS) przypominająca kredytową plastikowa karta. W sytuacjach ekstremalnych pośród dokumentów przydaje się również kartka papieru z informacją skąd się jest i prośbą z kim należy się skontaktować w przypadku znalezienia danych dokumentów. Zapisanie posiadanej grupy krwi także może pomóc, lub przyspieszyć niektóre sprawy. Podobnie jak numer telefonu do banku z którego otrzymałeś swoją kartę kredytową/bankomatową.
- Pieniądze: Tegoroczny trzydniowy wyjazd do Madrytu łącznie z lotami, wyżywieniem, hostelem etc. ostatecznie zamknął mi się w sumie 300 złotych. Niemniej brałem ze sobą wtedy około €500. Oczywiście nie planowałem ich wydać, tylko ot tak, na wszelki wypadek. W zeszłym roku takim wypadkiem było afrykańskie djembe - koszt około 600 PLN. Ale z innej strony może się okazać, że warunki pogodowe nie pozwolą na start naszego lotu. Wtedy obowiązki linii lotniczej ograniczają się do zapewnienia lotu zastępczego. A co, jeśli następny odlot planowany jest za dwa dni a wszystkie tańsze noclegi wykupione? A co jeśli ja się spóźnię na samolot i przez to muszę kupować najbliższy kolejny, który tanią atrakcją nie jest? Właśnie dlatego tej "sumki bezpieczeństwa" nie muszę wydawać, ale na wszelki wypadek wolę trzymać gdzieś zakamuflowaną głęboko w plecaku.
Fajną opcją są też karty kredytowe/płatnicze. Dzięki nim nie trzeba nawet martwić się o wymianę pieniążków na odpowiednią walutę. Owszem, traci się na przeliczniku ale dzięki temu nie trzyma większych pieniążków bezpośrednio przy sobie.
- Przewodniki: Najobszerniejsze czytam w domu na jakiś czas przed wyjazdem. Ze sobą zabieram coś podręcznego bo w trzy dni i tak nie uda mi się zajrzeć w każdą dziurę. Opcjonalnie dodatkowe informacje skanuję i drukuję na osobnych kartkach. Ważne! Warto mieć kilka zapasowych adresów hostelów czy B&B na wypadek, gdyby nasz, delikatnie mówiąc, nas olał.

Tzw. bagaż techniczny. Buty, klapki pod prysznic, stare modele telefonów/aparatów foto + ładowarki, karty pokładowe, przewodnik, pieniążki, dokumenty + strawa

- Elektronika: Doświadczony kradzieżą w Tunezji (wspomniałem o tym tutaj) wolę nie brać ze sobą niczego drogiego. Póki nie mam lepszego aparatu, biorę podstawowy kompaktowy. Generalnie zgodnie z zasadą opowiedzianą w jednym z odcinków "Boso Przez Świat" Pana Cejrowskiego: Im biedniej, wstrętniej, starzej i taniej coś wygląda, tym mniejsze prawdopodobieństwo zainteresowania się tym kieszonkowców. Mp3 player - malutki ze słuchawkami wkładanymi do uszu. Telefon - najstarszy model jaki mam w domu - wartość "na części": może jakieś 5 złotych ;) GPS, no nie posiadam jeszcze własnego, ale wiem że jest czasami bardzo pomocny. I zawsze, ale to zawsze mam ze sobą ładowarkę do telefonu/aparatu. One niezmiennie lubią się rozładowywać w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego gdziekolwiek jestem, od razu rozglądam się za gniazdkami z prądem, nieważne czy ostatni raz korzystałem z nich dzień czy godzinę temu.

Podróżny zestaw kosmetyków: dezodorant w kulce (50ml), płyny pod prysznic (100ml), szampony w saszetkach, krem do rąk (75ml), mazidło na opalanie (60ml) i poparzenia (30ml), szczoteczki i pasta do zębów (6ml), chusteczki i patyczki do uszu.

- Środki higieny osobistej/kosmetyki: To jest bardzo delikatny i ważny element. Chociaż od już ponad pięciu lat obowiązują zasady bezpieczeństwa na lotniskach, to nadal wielu ludzi daje się przyłapać na ich nieprzestrzeganiu. A więc może jeszcze raz. Po pierwsze, żadnych narzędzi ostrych. Nożyczki, pilniczki i obcinarki do paznokci zostają w domu. Zazwyczaj używam je w dzień wyjazdu i potem mam spokój na pół tygodnia. Golenie się? Znów za poradnikiem serwisu Koniec Świata „Traveling ain’t fashion show”. Na szczęście jestem jeszcze młody i nie muszę używać maszynki co pół dnia. Po drugie, żadnych sprayów. Środki na komary, lakiery do włosów i inne takie można kupić w malutkich ilościach na miejscu. Dezodorant może być w kulce. Po trzecie, wszelkie płyny i żele w pojemnikach do 100 ml. I nie pomoże nic tłumaczenie, że pasta do zębów owszem, jest w tubce 120ml, ale jest pusta w połowie. NIE! I tak, zamiast żelu pod prysznic można wziąć mydło. A jeśli nie, wystarczy przejść się do pobliskiego "Rossmanna" czy czegoś podobnego i poprosić o próbki produktów. Taka malutka saszetka spokojnie wystarcza na jeden prysznic, a waży tyle co nic. Można także kupić płyny do kąpieli w butelkach 100ml, a po powrocie napełnić je swoim własnym. Minimalna oszczędność i czyste podejście do środowiska ;) Swego czasu w jednej z drogerii otrzymałem próbkę jakiegoś mazidła. Była ona w małym pojemniczku które zawsze przed wyjazdem wypełniam własnym kremem do rąk. Spokojnie starcza mi na trzy dni, więc po co brać większy? W któreś aptece zakupiłem specjalistyczną pastę do zębów w bardzo małej tubce. Wystarczy wycisnąć ilość porównywalną do główki od szpilki i działa! Warto ze sobą mieć również chusteczki nasączone rozmaitymi substancjami czyszczącymi. W jakiejkolwiek podróży, czy to na lotnisku, autobusie czy na mieście - zawsze może się przydać. Oraz coś, o czym mężczyźni rzadko pamiętają - klapki pod prysznic. Hostele zazwyczaj dbają o czystość i choć w pokoju może się pałętać niemiły zapach, to kabiny prysznicowe i łazienki są przeważnie czyste. Ale ta zasada nie obowiązuje w tańszych hostelach w Wielkiej Brytanii i Irlandii, poza tym nigdy nie wiadomo kto brał prysznic przed nami i co dokładnie tam robił...

Wszystkie kosmetyki zapakowane w przezroczystą torbę

I teraz tak, wszelkie płyny i środki chemiczne oprócz tego że muszą być w zamykanych pojemnikach (chociaż jak dotąd nigdy nie miałem problemów z saszetkami z np. szamponem), to w całości muszą się mieścić w jednej zamykanej przezroczystej torbie plastikowej o wymiarach 20x20 cm. Każdy pasażer może mieć ze sobą tylko jedną taką torebkę. Na większych lotniskach można je pobrać za darmo przy stanowiskach bezpieczeństwa, a jeśli jeśli nie, to istnieje możliwość zakupienia w pierwszym lepszym lotniskowym sklepie.
- Leki: Jestem osobą młodą, więc w trakcie wyjazdów nie spotkały mnie jeszcze żadne niemiłe niespodzianki. Niemniej zawsze staram się mieć ze sobą przynajmniej jedną tabletkę przeciwbólową, coś na kłopoty żołądkowe, oraz nasączony alkoholem gazik. Jeśli ktoś na czas podróży musi mieć przy sobie jakiś płynny lek w butelce przekraczającej 100 ml, to może go przewieźć w bagażu podręcznym, ale jego niezbędność i autentyczność musi potwierdzić u odpowiedniej do tego osoby. Szczerze nie wiem na czym ma to polegać dlatego gdy taka sytuacja zaistnieje, warto popytać się wcześniej o wszystko informacji na lotnisku.
Wszelkie metalowe wstawki ortopedyczne, urządzenia ortodontyczne i innego typu małe metalowe ustrojstwa zazwyczaj nie robią żadnych problemów. Wykrywacze metalu nie wyczuwają takich rzeczy. I dobrze, bo kolczyki i spinki do włosów można zdjąć, urządzeń w środku nas już raczej nie.
- Pożywienie: W tanich liniach lotniczych serwis pokładowy kosztuje. Podobnie na lotnisku. W przypadku dłuższej podróży warto więc wziąć coś na przekąskę. Poza tym żaden cattering nie przebije towaru kierowanego dokładnie pod gusta klienta - siebie samego. Dlatego też zamiast suchej bułki z serem wolę wcześniej przygotować sobie własne tosty z pieczarkami, wędlinką i przyprawami. Można jeść nawet na zimno, a od głodu trzyma z dala przez długi długi czas. Sprawdza się zwłaszcza, gdy wylatuję późnym wieczorem, a nocną przesiadkę spędzam na lotnisku. Wtedy pierwszą wizytę w sklepie w miejscu docelowym (czyt. już po przesiadce) składam najwcześniej o godzinie jedenastej rano. Bez tostowego zabezpieczenia do tego czasu dawno padłbym z głodu... Warto ze sobą mieć również „gorące kubki”, lub zestawy "kawa 3w1". Przydatne przy długiej przesiadce na lotnisku. Pracowałem przez rok w catteringu na Dublińskim lotnisku i wiem jak okropną kawę serwuje się w takich miejscach. A gorącą wodę nawet jak się nie dostanie za darmo, to zapłaci max. €0,20. Na oko ponad €1,50 oszczędności, a smak dużo lepszy :-)

Opcja lotniskowego hostelu

- Spanie na lotnisku: Wydawać by się mogło początkowo, że to opcja tylko dla zapalonych podróżników. Niekoniecznie, ale o tym w jednej z kolejnych odsłon. Próbowałem już kilka metod. Moja najwygodniejsza, to pokrótce - dmuchany materac, taki najlżejszy do pływania po wodzie i cienki koc. Niestety ekwipunek ten może zabierać najwięcej miejsca w naszym bagażu, ale tylko on może dać nawet kilka godzin snu na lotnisku. Warto wspomnieć, że bardzo potrzebnego i czasami cudotwórczego snu!

Ale dlaczego się ograniczać? No cóż powodów jest kilka, zależnie od sytuacji. Jeśli wyjeżdża się z biurem podróży, ma się opłacony duży bagaż i podstawiony autobus, to nie mam na to żadnego kontrargumentu. Jeśli natomiast o własnych siłach transportuje się cały bagaż, to warto zadbać choćby o samego siebie. Jak pisałem wcześniej, każdy kilogram z dnia na dzień waży coraz więcej. Nawet sam laptop noszony na plecach przez całe popołudnie staje się przekleństwem pomimo, że w nocy służy na lotnisku za kino domowe ;) A sprawa ostateczna to finanse. Każda tania linia lotnicza dolicza sobie pewną równowartość za możliwość przewiezienia dużego bagażu. A €10 za jeden lot, to gdzieniegdzie cena całkiem solidnego obiadu!

Sposoby ominięcia ograniczeń. I teraz to co misie lubią najbardziej. Podróżowanie z bagażem podręcznym kiedyś było gratką. Nikt nie pilnował zasad i można było przewozić 15 kilogramów zamiast 10, a widziałem nawet przypadki Hiszpanów latających z plecakiem, walizką i torbą chowanymi do schowka w kabinie. Niestety tanie linie lotnicze ostatnio bardzo zaostrzyły swoją politykę którą niezwykle restrykcyjnie przestrzegają na niektórych lotniskach. I tutaj poradnik poradnikiem, a życie życiem. Mam kolegę, który z plecakiem zwiedził pół Europy. Mieścił w nim śpiwór, poduszkę, laptopa i wszystko niezbędne na przeszło dwa tygodnie pobytu poza domem. W takim przypadku nie ma żadnych szans aby zmieścić się w ustalonych przez linie lotnicze limitach, dlatego trzeba zastosować kilka trików. Po pierwsze należy ustalić punkty strategiczne. Są to miejsca, gdzie będziemy sprawdzani czy aby na pewno spełniamy wszystkie warunki? Zazwyczaj jest to początek kolejki przed kontrolą bezpieczeństwa oraz bramka prowadząca bezpośrednio do samolotu. Oczywistym jest, że na lotniskach nie będących bazą danej linii kontrole są dużo słabsze. Niemniej na tych drugich można się spotkać z niesamowitymi wręcz przypadkami służbistów nie pozwalających na najdrobniejsze nawet ustępstwa. Przechodząc przez wspomniane wcześniej punkty zawsze staram się być odpowiednio przygotowany, żeby nie wdawać się potem w niepotrzebną rozmowę. Dlatego gdy plecak jest za ciężki, albo zbyt obszerny, wyjmuję z niego najcięższe rzeczy. Ubrany jestem zazwyczaj w spodnie z dużą ilością najróżniejszych kieszeni i bluzą z jednym, dużym schowkiem po środku. Chowam tam wszelkie urządzenia elektroniczne i środki chemiczne (które i tak będzie trzeba wyjąć podczas kontroli bezpieczeństwa), portfel i dokumenty, ewentualną cięższą książkę. Jednym słowem wszystko, co może mi niebezpiecznie powiększyć rozmiary, lub wagę plecaka. Agenci linii lotniczych zazwyczaj nie robią problemów, jeśli bagaż mieści się w kontrolnym stojaku, chociaż umieszczenie go tam wymaga użycia siły, a czasami wręcz solidnego wepchnięcia i dziwacznych sposobów na ponowne wyjęcie go na zewnątrz. Tak samo jeśli bagaż jest za ciężki, można odejść na bok i się przepakować. Co zrobić w takiej sytuacji? No cóż, najcięższe rzeczy schować do kieszeni. Jak nie poskutkuje, to na cebulkę - coś jak w sytuacji opisywanej przez jednego ze znajomych:

Nie, no ja miałem na sobie w HHN (lotnisko Frankfurt-Hahn, przyp. Tambylec) tylko 5 podkoszulków, 10 koszul, (...) oraz dwie pary spodni na sobie przed security. I to tak dwa razy.
Aha... i jeszcze kabelki do laptopa po kieszeniach kurtki, których miałem dwie na sobie.
...
Ale ja zaraz za security poszedłem do toalety (dla niepełnosprawnych) i się z tego wszystkiego rozebrałem. I zrobiłem z powrotem bagaż cięższy o mojego laptopa. hihihih
A w zasadzie to się rozebraliśmy, bo był ze mną kumpel. Mina pani oczekującej na tę toaletę przy naszym wyjściu - bezcenna!!!!


A dlaczego tak? Ano dlatego, że kontrolerzy sprawdzają wyłącznie bagaż, na to ile rzeczy ktoś ma w kieszeniach ani jak wygląda nie mają prawa zwracać uwagi. Bardzo istotnym punktem wspomnianych ograniczeń jest fakt, że do bagażu podręcznego należy również schować zakupy robione na strefie bezcłowej. Niema więc szans na powtórkę mojego powrotnego po emigracji lotu z Dublina, kiedy to już miałem ze sobą dwie torby, a kupione trzy butelki tamtejszych trunków zapełniły kolejną. Cóż, zdaję sobie sprawę że są to metody bardzo kombinowane, ale właśnie opowieści o nich rzucają zupełnie nowe światło na sposób podróżowania. A po kilku takich próbach wesołych wspomnień i anegdot jest co niemiara.
Warto jeszcze wspomnieć o przypadku, gdy mamy w plecaku nieco wolnego miejsca, chcemy na jednym lotnisku zakupić lokalne trunki (w butelkach powyżej 100 ml) a lecimy z przesiadką, Otóż przy zakupie towarów należy pokazać karty pokładowe/bilety wskazujące że w ciągu najbliższych 24 godzin będziemy lecieć jeszcze innymi lotami. Wtedy nasz zakup zostanie zapakowany w specjalną torbę z oznaczeniem gdzie został kupiony i na jakiej trasie będzie przewożony. Dopóki torba ta nie ulegnie uszkodzeniu, dopóty kontrola bezpieczeństwa ma obowiązek przepuścić nas z jej wnętrzem. Nie wiem jak to działa w praktyce, ale mam zamiar wypróbować za niespełna tydzień w drodze powrotnej z Sardynii.


Próba generalna przed wylotem na Sardynię. Wagowo w limicie. Wielkościowo... jak się ściśnie, to na głębokość 20 cm będzie... Wysokość to 60cm. Jeśli będą problemy, będzie trzeba schować pojemniki z tostami do kieszeni w bluzie...