Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczki rowerowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczki rowerowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 października 2017

Kubańska codzienność - przyroda

Turyści przyjeżdżający na wyspę raczej nie powinni oczekiwać jakiś specjalnych doznań przyrodniczych. Owszem, jest zielono, są palmy, jest ciepło, ale wszystko to, większe, bardziej kolorowe i w lepszych kombinacjach, można spotkać na naszym kontynencie. Jeśli jednak ktoś chce pobyć trochę więcej na łonie natury to... no właśnie, raczej będzie mu ciężko.

O innym świecie, w którym się znaleźliśmy w momencie przybycia na Kubę, zdajemy sobie sprawę choćby przy temacie trekkingu. Kubańczycy nie znają bowiem takiego pojęcia, nie mają potrzeby wędrowania pośród zieleni i w związku z tym nie mają żadnej infrastruktury z tym związanej. Nie ma więc co liczyć na schroniska, zwłaszcza że na wyspie nie ma żadnych szlaków trekkerskich! Trochę nadziei pokładaliśmy w braku informacji w internecie, jednak na miejscu przekonaliśmy się, że po prostu tak jest. Mam tutaj na myśli zarówno góry Escambray pomiędzy Trinidad i Cienfuegos, jak też okolice Viňales. Przy czym region Pinar del Rio jest w pewnym sensie pionierem na wyspie, ponieważ przyciąga nie tylko fanów kubańskich cygar (to tutaj rośnie najbardziej pożądany tytoń), co również miłośników przyrody i eksplorowania okolicznych jaskiń. Niemniej chociaż codziennie po okolicach kręcą się setki osób (część z nich pieszo, część na grzbietach koni, niektórzy na rowerach), eksploracja okolic odbywa się na czuja z telefoniczną nawigacją w ręku, za pośrednictwem podpowiedzi lokalsów, lub w oparciu o zakreślone na mało dokładnej mapie ścieżki, które w żaden sposób na miejscu nie są oznaczone.

Malowniczo położona dolina Viñales
Produkcja tytoniu w okolicach Viñales
Propozycja nieoznaczonej trasy pieszej w dolinie

Planując wyjazd na Kubę warto brać pod uwagę porę roku. Wiadomo, rejon Karaibów rokrocznie nawiedzają silne zjawiska pogodowe, które mogą zarówno zepsuć wrażenia, spowodować problemy komunikacyjne, jak też wręcz stanowić zagrożenia dla życia - przykład ostatnich dni to potwierdza. W trakcie naszego wyjazdu (środek marca) słabe wrażenia przyrodnicze były prawdopodobnie spowodowane m.in. panującą tam zimą. Zimą, czyli na nasze porą suchą, ponieważ przez dwa tygodnie, tylko późnym wieczorem miewałem na sobie coś więcej, niż cieniutka i przewiewna koszula z krótkim rękawem. Trafiliśmy więc na okres już dość zmęczonej długo panującymi podwyższonymi temperaturami przyrody, która powoli zaczynała usychać. Bardzo wyraźnie było to widać w ogrodzie botanicznym niedaleko Cienfuegos. Swoją drogą jest to kolejny przykład kubańskiego niedopilnowania. Jest to bodaj miejsce z największą na Karaibach ilością pokazywanych gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych. Brzmi atrakcyjnie, jednak na miejscu zastajemy praktycznie brak ścieżek, czy też podpisów z czym mamy do czynienia. Ot, jakby przechodzić się po trawniku, pomiędzy lekko przyschniętymi drzewami.


Ścieżka w ogrodzie botanicznym koło Cienfuegos

Pora roku jest też istotnym elementem w trakcie planowania wycieczek do wodospadów - zwłaszcza w okolicach gór Escambray. Szczerze, niczym nie zaciekawiły. Ot, niewielkie strumienie, u podnóża których można się wykąpać w stosunkowo zimnej wodzie - cudowne doznanie przy tamtejszych warunkach pogodowych. Swoją drogą fenomenem jest popularność wodospadu El Nicho. Zdecydowanie nie popierają jej bowiem miejscowi, którzy nawet mają uknutą lokalną teorię. Według niej, w którymś z przewodników ktoś opisał ten wodospad jako ciekawy, a potem wszystkie kolejne zaczęły tą informację kopiować. Rzeczywiście, miejsce zdecydowanie poniżej średniej, tylko wymaga wykupienia biletu wstępu. Już bardziej polecam poświęcenie dodatkowej godziny na eksplorację niżej położonego koryta rzeki, z małymi, ale całkiem malowniczymi progami wodnymi. Niestety muszę ostrzec - w okolicy znajdują się węże. Tzn. myśmy znaleźli przynajmniej jednego, co dość szybko przekonało nas do odwrotu w stronę czekającej taksówki ;)


Kaskady pod parkiem wodospadu El Nicho
Alternatywą do ścieżek trekkerskich może być podróżowanie rowerem. O możliwość wynajmu warto pytać się zarówno w lokalnych biurach informacji turystycznej (bez problemu przekierują nawet na osoby prywatne), jak też hostów w noclegach. Muszę przyznać, że jeżdżąc po okolicach Cienfuegos spotkaliśmy się z życzliwym przyjęciem, gdzie czasami wymijający nas kierowcy i pasażerowie trąbili, machali i generalnie ciepło reagowali na naszą obecność. Trochę umilało nam to trudy jazdy, ponieważ miejscowe rowery zdecydowanie nie są mistrzostwem optymalności, lekkości, czy zaawansowania technicznego. W naszych cały czas walczyłem z przesuwającym się kołem (musiałem co kilka kilometrów ręcznie dokręcać śrubę mocującą koło do ramy), niedziałającą przednią przerzutką (trzeba było przestawiać ją nogą), urwaną dźwignią zmiany biegów, lub za wysokim i niemożliwym do obniżenia siodełkiem itp. To nie jest przypadek skrajny, takich historii z lokalnymi rowerami jest bowiem mnóstwo. Dlatego niektórzy decydują się na zwiedzanie wyspy na własnych, przywiezionych dwóch kołach. Rzeczywiście, po drodze spotkaliśmy kilka mniejszych i większych grupek dość zaawansowanie wyglądających rowerzystów. Jeśli myślicie o czymś podobnym - musicie przygotować się na jazdę ze wschodu na zachód. Przez cały rok na wyspie wieje bowiem wiatr dokładnie w tą stronę. Z doświadczeń własnych dodam tylko, że wiatr choć ciepły, to czasami dość silny.

wtorek, 3 października 2017

Przygotowania do Kuby - sezon


Planując wyjazd na Kubę warto zwrócić uwagę na lokalne warunki pogodowe. Kuba znajduje się bowiem na tych samych wysokościach geograficznych, co południowe obrzeża Sahary Zachodniej, Arabia Saudyjska, środkowe Indie, czy Wietnam. W Hawanie często mówiono nam, że na wyspie rozpoznaje się dwie pory roku. Różnice w temperaturach między zimą a latem są niewielkie (22-25℃ vs. 24-26℃), dlatego właściwszy podział jest na porę suchą  i deszczową.

Zima (sucha) to zazwyczaj przedział od listopada do kwietnia. Na wyspie jest to sezon turystyczny (zwłaszcza grudzień-styczeń), gdyż okres ten pozwala na nieskrępowane podróżowanie po całej wyspie w dość przyjemnych warunkach atmosferycznych. Kubę odwiedzaliśmy mniej więcej w pierwszej połowie marca i przez dwa tygodnie na deszcz natrafiliśmy tylko jednego popołudnia. Pozostałe dni wyróżniały się raczej ładną, głównie bezchmurną pogodą. Swetry i długie spodnie potrzebne były jedynie późnymi wieczorami, lub podczas pobytu na lotnisku. Z wyjazdu wróciliśmy z lekką opalenizną, która niestety po powrocie na kontynent musiała być zasłonięta przez zestaw od polara po kurtkę letnią i opaskę na uszach.

Lato natomiast trwa od maja do października i wyróżnia się zwiększoną wilgotnością powietrza, oraz przetaczającymi się niemal codziennie burzami. Warto pamiętać, że Kuba, jak każda wyspa Karaibów, od września do listopada narażona jest na działanie Huraganów. Przykład ostatnich kilku tygodni i przetaczającego się huraganu Irma pokazuje, że przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę porę roku.

Od pewnego czasu zauważalną tendencją turystyczną staje się podróżowanie wzdłuż wyspy na rowerach. Osoby chcące spróbować się z tego typu przygodą (droga z Baracoa na wschodzie, przez Santiago de Cuba, Manzanillo, Camaguey, Trinidad, Cienfuegos i Hawanę do Pinar del Rio na zachodzie kraju to niecałe 1400 kilometrów) muszą brać pod uwagę wyłącznie podróż ze wschodu. Wynika to z wiatru, jednolicie i dość silnie wiejącego na przestrzeni całego roku. Taki też kierunek obierały wszystkie wycieczki, jakie mijaliśmy podczas podróży między miastami.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zostałem rowerowym strongmanem ;)

Szczerze nigdy nie rozumiałem idei siłowni, fitnessów czy innych takich form gromadnego wysiłku w zamkniętej przestrzeni. W zimie Dorota zabrała mnie kilkukrotnie na spinning - jazdę na stacjonarnych rowerkach. Spoko, jest muzyka, jest ciśnienie aby w jazdę włożyć jeszcze więcej mocy, jest pot na koszulce. Tylko brak jakoś tego wszystkiego, z czym dotąd wiązało się rowerowanie. Wiatru, poruszającej się przestrzeni, widoku podjazdu z którym za chwilę przyjdzie się zmierzyć i być może wypowiedzieć w myśli kilka przekleństw. Dlatego zamiast bawić się w bieżnie, stepy, układy ćwiczeń czy inne takie, wolę robić coś realnego. Chodzić gdzieś z plecakiem przez cały dzień, jeździć na rowerze, albo zintensyfikować wysiłek za pomocą pewnego bodźca. Czyli walka o realny wynik - klasyczny wp...dol podczas gry z ojcem w squasha, lub piłka nożna.

Firma RST, to mój nowy pracodawca, który aktywnie wspiera zdrowy tryb życia swoich pracowników. Załatwia kartę Multisport - co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym, ale sponsoruje też wypasione śniadania w biurze i zachęca do uprawiania sportów - choćby poprzez rywalizacje na Endomondo. To ostatnie, to niby nic ważnego, ale nie u nas. Co kilka dni w trakcie śniadania rodzą się bowiem żywe dyskusje nad jakimś szczególnym weekendowym wyczynem, lub aktualnymi wynikami. Nawet nie wiecie jak motywująco potrafi zadziałać usłyszany tekst typu powiedziałem wczoraj żonie że do galerii handlowej musimy jechać na rowerze, bo XXX za bardzo zbliża się do mnie w rywalizacji :-)

I bach, budzę się któregoś ranka, włączam na chwilę sieć aby sprawdzić prognozę pogody, a tu odzywa się Endomondo z zaproszeniem do kolejnej rywalizacji. Kto pierwszy do PKiN-u, czyli do pokonania jest 360 kilometrów. Termin dość ciasny - aby dojechać przed końcem rywalizacji, każdego dnia trzeba zrobić  20km. Jednak podczas śniadania śrubę dokręcił kumpel z teamu twierdząc, że wyzwaniem byłoby pokonać ten odcinek nie do końca miesiąca, a do końca tygodnia...

No i się zaczęło. Wydłużona trasa z domu do pracy to 10 kilometrów w każdą stronę. Potem zawsze jakieś kółeczko wokół lotniska, aby każdego dnia dowieźć co najmniej kolejną trzydziestkę. Nie przeszkodziła nawet ulewa, która w środku tygodnia nawiedziła Wrocław. Do domu wróciłem ociekający, nieco zmarznięty, ale szczęśliwy. Tego dnia bowiem odskoczyłem wszystkim o kolejne 20 kilometrów ;)

Dodatkowo od pewnego momentu w rywalizacji uaktywnił się wspomniany wcześniej pomysłodawca zamknięcia wyniku w tydzień. Jest to nasz firmowy He-Man. Facet w tym roku ma zamiar przebiec siedem maratonów. Podobno w któryś poniedziałek po jednym z nich, przez godzinę ćwiczył nogi, następnie przebiegł dyszkę, a jeszcze potem poszedł grać w piłkę. Skąd on bierze na to energię? Nikt z nas nie wie.

Pamiętam niedzielny wieczór, gdy wracając pociągiem z Krakowa postanowiłem wgrać zrobione tam odcinki i zobaczyć jaki jest stan rywalizacji. Nosz rym do bolera! He-Man zbliżył się do mnie na 8 kilometrów, a w weekend strzelił rowerową życiówkę - 140 km jednego dnia. Dojechałem więc do domu, rzuciłem wszystko w kąt i wsiadłem na siodełko. Pomimo podejrzenia defektu, jakiego w Krakowie nabawił się mój rower, docisnąłem kolejną trzydziestkę z groszami. Tym samym zamknąłem rywalizację, chwilę przed pierwszą w nocy.

Niby nic wielkiego, ale czułem się szczęśliwy, jak bym wygrał w tenisa ze ścianką. Szybkim zrywem i na stosunkowo krótkim odcinku pokonałem He-Mana. Zrobiłem to w sześć dób, czyli przy średniej 60 kilometrów każdego dnia. To miłe, gdy po fakcie - podczas śniadania w pracy - słyszy się pozytywne opinie pokroju wariat ;)

Choć realna rywalizacja, oddech na plecach lub bliskość na wyciągnięcie ręki, daje niesamowitego kopa do dokonywania czegoś znaczącego, to równie istotnym plusem jest też docenienie wyników. RST w tej kwestii naprawdę daje rade. W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie z Zarządem. Ot, realizacja celów na Q2 i plan na Q3. Informacje strategiczne, plany rozwoju i omówienie wydarzeń związanych z życiem firmy. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nasza rywalizacja również miała swoje pięć minut. Od Prezesa usłyszałem bardzo miłe słowa i w nagrodę otrzymałem plecak z wbudowanymi ogniwami fotowoltanicznymi. Dla firmy to koszt żaden, a dla mnie przemiły upominek i wyróżnienie na forum wszystkich pracowników. Motywuje to, bardzo.

W chwili obecnej testuję go sobie i szukam dla niego zastosowania. Pojemność około 20 litrów z pewnością sprawdzi się przy krótkich city-breakach. Tak było w trakcie tego weekendu na Mazurach. Nawet planowaną norweską dzicz da się załatwić dzięki przypięciu śpiwora pod plecakiem. Byłoby to fajne rozwiązanie, ponieważ ogniwem byłbym w stanie doładować nadwyrężane w takiej sytuacji baterie w telefonie vel. GPS-ie. Oczywiście nie należy spodziewać się po nim jakiś cudownych efektów prądogennych, jednak każda forma ratunku w jakieś sytuacji awaryjnej będzie w cenie.

Poniżej prezentuję serię zdjęć z testowania na sucho opcji Norwegia. Nie są to realne warunki bojowe, ponieważ w plecaku znalazły się też rzeczy, jakich raczej nie będę tam potrzebował, lub które będą noszone na sobie. Bardziej chodziło o pewną poglądowość i porównanie z najlepszym w mojej opinii plecakiem pod bagaż podręczny w Wizz Air. Mam pewne obawy co do wymiarów, ale wątek ten będę dokładniej rozkminiał już w następnym sezonie :-)

Sprawdzenie grubości plecaka
Porównanie z wymiarami plecaka Wanabee Hike 30
Unboxing zawartości...
...oraz wspólna fotka pamiątkowa wszystkich spakowanych wcześniej rzeczy

środa, 27 kwietnia 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - San Sebastian i okolice

Wszystkie zdjęcia z San Sebastian zamieściłem w galerii na serwisie Panoramio pod tagiem San Sebastian.
Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

San Sebastián (bask. Donostia)
 San Sebastian prawdopodobnie nie znalazłoby się na mojej liście miejsc odwiedzonych gdyby nie fakt, że w tym roku razem z moim rodzinnym Wrocławiem dzierży tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Tylko ten fakt powodował bowiem, że skądś kojarzyłem jego nazwę. I to jest właśnie kolejna dziwna sytuacja, ponieważ miasto to prawie całkowicie nie istnieje w naszej świadomości a jest ono w stu procentach warte odwiedzenia.

Pierwsze co mnie mocno zaskoczyło w San Sebastian, to jego trójwymiarowe nowoczesne planowanie. Przykładowo przechodzę przez niewysoki most, wchodzę do parku, wychodzę przeciwległym wyjściem wprost na kładkę nad torami kolejowymi która kończy się niemal na dachu pięciopiętrowego budynku. Albo spacer wokół cypelku z Castillo de La Mota po ścieżce, która nagle kończy się na wysokości drugiego piętra portowego budynku, gdzie zamontowana jest kolejna winda. Kilkukrotnie w konsternację wprowadzać może też nowatorski charakter młodszych części śródmieścia, zwłaszcza okolice szerokiej alei Barcelona Hiribidea. Zamazano tam bowiem granice między niewielkim ruchem samochodów, pieszym, rowerowym, knajpami i sklepami. Ma to swój urok, konfrontuje różne typy ruchu miejskiego, wymusza zwracanie uwagi na innych uczestników, ich współistnienie. Niemniej brak wyraźnego chodnika czy ścieżki rowerowej jest dziwny, zwłaszcza jeśli dotąd nie miało się styczności z tego typu planowaniem przestrzennym.

Przestrzeń, uuuu.... ileż to przekleństw przez nią wypowiedziałem próbując poruszać się po San Sebastian. No bo tak, patrzę na mapę, muszę iść kilometr w jedną stronę tylko po to żeby zawrócić i iść po drugiej stronie jezdni. Pomyślałem sobie - przejdę na skróty, ponieważ jezdnia (którą muszę wyminąć) jest wokół zieleni. E-e, to jest wydzielona droga szybkiego ruchu w samym centrum miasta. Drugi przykład, jadę na rowerze, GPS wskazuje mi na jakiś skrót przez osiedle. Wszystko spoko, ale to osiedle leży na bardzo stromym wzgórzu. Jadę więc wokół, wyjechałem na obwodnicę. Ruch jest spory, ponieważ obok jest zjazd na autostradę. W końcu przebijam się na mój zjazd na osiedle... ale tego zjazdu tam nie ma... Na mapie jest. Hm... jestem na wiadukcie, więc być może jest to nie zjazd a droga pod nami. No nic, na mapie widzę że mogę jechać dalej prosto i do celu dojadę po prostu inną drogą. Jadę więc, zjeżdżam z górki i po 500 metrach jest wjazd do tunelu, gdzie rowerom wjeżdżać nie można. Kilometr powrotu, oczywiście pod prąd, ponieważ przeciwległy pas jest na sąsiednim wiadukcie ;)

Wróćmy do spraw mniej przyziemnych. W trakcie kilku dni pobytu spodobał mi się klimat panujący w San Sebastian. Centrum jest wielkomiejskie, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Wypełniają je zadbane kamienice, rozdzielone arteriami, deptakami i placami. Warto co jakiś czas zadrzeć nos do góry i przyjrzeć się fajnym przykładom architektonicznym. Fasady potrafią zaskoczyć eleganckimi balkonami na piętrze, nad znajdującymi się na parterze sklepami. Następnie śródpiętra z niewielkimi balkonami sąsiadującymi z ustawionymi w pionie wykuszami pokojów dziennych, lub sąsiednich mieszkań. I ostatnie dwa piętra, obowiązkowo bardziej dekoracyjne, wieńczące budowle niczym korona. Place pomiędzy kamienicami, jak to zazwyczaj w Hiszpanii, najwięcej klimatu zyskują wieczorami. Wtedy to zapełniają się rodzicami pilnującymi bawiące się dzieciaki, młodzieżą, turystami, staruszkami. Rozmowy nie mają końca. A to przy szklaneczce piwa lub wina. A to przy pintxo, lub potocznie nazwanym paleniu. Najintensywniej zjawisko to występuje w czwartkowe wieczory podczas Pintxo-Pote. Jest to tradycja sprowokowana przez lokalne bary, kiedy to (zgodnie z baskijską nazwą pintxo-pote) trochę jedzenia i picia kosztuje mniej niż zazwyczaj. Okolice praktykujące tą tradycję przeobrażają się wtedy w przysłowiowy bardzo dobrze zorganizowany chaos. Naprawdę warto tego doświadczyć.

Ciekawy klimat San Sebastian zyskuje również dzięki dużej grupie surferów. Za mojego pobytu gromadzili się oni głównie we wschodniej części miasta, na plaży Zurriola. Fajnie było oglądać ich wygibasy i polowanie na właściwą falę. A warto dodać, że w tym miejscu były one jakoś wyjątkowo duże. Dodatkowy podziw wzbudzała odporność na niskie temperatury. W skrócie - było wtedy zimno a te wariaty jeszcze pół dnia siedziały w wodzie ;)

Dużo spokojniejszą plażą jest ta na zachód od rzeki Urumea. Oferuje ona promenadę spacerową wokół ładnie wyglądających - bardziej wystawnych niż śródmiejskich - budynków. Przypominało mi to trochę klimat Brighton w Wielkiej Brytanii. Wybrzeże w tamtym miejscu oferuje szeroką plażę - znów - z niezłym wyposażeniem technicznym. Fale są dużo mniejsze, przyczyny czego należy szukać w znajdującej się na środku zatoki wyspy Św. Klary. Za tunelem pod Pałacem Miramar promenada ciągnie się wzdłuż ogrodów. Droga od ujścia Uruma do Zatoki Biskajskiej, wokół cypla z Posągiem Chrystusa, przez port, wzdłuż plaży do przeciwległego krańca zatoki, to spacerowym tempem dobre z półtorej godziny. Warto jednak dodać co najmniej drugie tyle poświęcane na siedzenie na ławkach, czy oglądanie porozrzucanych wokół ciekawostek sztuki. Mam tutaj na myśli przede wszystkim metalowe rzeźby Eduardo Chillidy na zachodnim krańcu lub Jorge Oteizy na wschodnim krańcu zatoki. Przykłady te bardzo dobrze oddają klimat sztuki w San Sebastian. Nowoczesne, abstrakcyjne, na pierwszy rzut oka bez żadnego kontekstu, rdzawe. Jeśli jednak poświęcisz im nieco czasu, okaże się że stają się przedmiotem świetnej zabawy podczas eksperymentowania z fotkami. Rdza natomiast jest bardzo często spotykana w mieście. Na mostach, industrialnych konstrukcjach użytkowo-artystycznych, nawet publiczne toalety, jakkolwiek czyste i świeże, celowo w wielu miejscach emanują rdzą i innymi tlenkami metali. Fajnie współgra to ze skałami, wyraźną zielenią i brązowawym odcieniem okolicznej ziemi.

Lokalne święto

Klimatyczny port w San Sebastian





Na wschód od San Sebastian
Jako że dusza niespokojna a ciało domaga się aktywności, w trakcie dłuższych wyjazdów zawsze znajduję moment na wycieczkę rowerową gdzieś poza miasto. W przypadku San Sebastian pierwszy dzień aktywności został spędzony na wschód od miasta. Szczerze, nie poleciłbym każdemu takiej formy urlopu. Główny powód to spore wyzwanie jakim dla rowerzysty są okoliczne góry. Strome wzniesienia nieopodal San Sebastian jeszcze można znieść, jednak w pewnym momencie za miastem trzeba pokonać przewyższenie niemal 450 metrów. Do tego nawigacja nie najlepiej oddaje przydatność okolicznych dróg. W moim przypadku dwukrotnie znalazłem się niby na drodze, która w rzeczywistości nadawała się tylko dla pojazdów 4x4, a od pewnego momentu można ją było nazwać jedynie ścieżką do pokonania wyłącznie pieszo. Trzymanie się jezdni wyższego poziomu również nie uchroni nas od stromych przewyższeń. Widziałem to podczas zjazdu do Irun, gdzie całą wypracowaną dotąd wysokość wytraciłem w około 15 minut krętego zjazdu.

Co jednak zyskałem walcząc z tymi około dwudziestoma kilometrami? Cóż, oczywiście piękne widoki. Błękit nieba, zieleń okolicznych wzgórz, w zależności od miejsca zapach lasu, lub łąk. Fantastyczny widok na Irun z okolic najwyższego szczytu pasma, lub po prostu stado owiec, które pasąc się gdzieś nieopodal zablokowały całą drogę. Warta odwiedzin jest również zatoka w okolicach miasta Pasaia. Port na jej południowym brzegu to industrial i generalnie niewiele ciekawego. Jednak ogromnym urokiem wyróżniały się oba brzegi wąskiego gardła u ujścia do morza. Świetny klimat miała przeprawa malutką łódeczką (piesi i co najwyżej rower) oraz stare, nadbrzeżne budyneczki. Poczułem się tam jak nad Jeziorem Como we Włoszech - Ci co byli, wiedzą o co chodzi :-)


Wschodni brzeg Pasaia

Jedyny transport pomiędzy brzegami

Wąskie ujście do Zatoki Biskajskiej

Szlak pieszy, który wg Google Maps miał być przejezdny dla rowerów






Irun, do którego prowadzi zjazd ze wspominanych szczytów, to miasto leżące na lewym brzegu granicznej rzeki Bidasoa. Ciekawostką jest, że to w jego granicach znajduje się lotnisko obsługujące San Sebastian. Startujące z niego samoloty linii Vueling (Barcelona) lub przede wszystkim Iberii (Madryt), przelatują nad plażą już po francuskiej stronie i chwilę później wykonują ostry zakręt w lewo, aby wciąż być obsługiwanymi w ramach hiszpańskiej kontroli ruchu lotniczego. Nowsza część miasta raczej niczym się nie wyróżnia na tle innych w Hiszpanii. Warta spaceru jest natomiast starówka, oraz niedawno odrestaurowane wybrzeże z szeroką plażą i klimatyczną zatoką dla mnóstwa łódek.


Widok na Irun i Hendaye


Przejeżdżając przez znajdujące się na drugim brzegu Bidasoa Hendaye odniosłem wrażenie, że w przeciwieństwie do w pełni wyrosłego Irun - z jego podziałem na obrzeża, starówkę i solidnie ukształtowane śródmieście - tutaj mamy do czynienia po prostu z osiedlem domków, który wytworzył raptem małe, prowincjonalne wręcz centrum. Ma to swój urok, wokół jest bowiem sporo zieleni i miejsc pozwalających na spacer czy chłonięcie uroku rzecznego nabrzeża. No i oczywiście bardzo urlopowy charakter okolic plaży, która - znów - posiada dobrą infrastrukturę techniczną i całkiem niezły piasek. Niestety nie było mi dane zbyt długo cieszyć się jej urokami, ponieważ nieuchronnie zbliżały się godziny wieczorne a do pokonania miałem kilkanaście kilometrów nieznanej trasy. Jako ciekawostka dodam, że odcinek drogi GI-636, jakkolwiek z dobrą infrastrukturą pozwalającą na szybką jazdę samochodem, zawiera też spore pobocze, dzięki któremu bez większego stresu można było rowerem pokonać kilka kilometrów.

Plaża w Hendaye

Port w Hendaye

piątek, 23 marca 2012

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Gruzji (Tbilisi, Batumi, Mccheta, David Gareja)

Gruzja to w kontekście tambylstwa miejsce bardzo interesujące. Z jednej strony odległe, nieznane, wydawać by się mogło że niebezpieczne. Z drugiej jednak bardzo swojskie, głęboko zapadające w pamięć, miejsce gdzie można się poczuć jak u siebie w domu. Spowodowane jest to nie tylko unikatową gruzińską gościnnością co też sporą liczbą polaków spotykanych tam na każdym niemal kroku. Co ciekawe ich obecność nie jest tak nastręczająca i niemile widziana jak to ma miejsce w kombinatach turystycznych basenu Morza Śródziemnego.

Dojazd
Gruzja niestety nie należy do grupy miejsc w które można się dostać w łatwy i szybki sposób. Jedną z największych przeszkód w kontekście podróży lądowej jest położenie geograficzne i zatargi z sąsiadami. Z tego powodu niemożliwa jest trasa przez Kaukaz – od północy Gruzja graniczy bowiem z Rosją co oznacza zamknięte przejścia graniczne (plus konieczność wykupienia wizy na wstęp do Rosji). Zresztą nawet gdyby były otwarte, przejeżdżanie przez rejony separatystycznych Abchazji, Osetii Południowej czy Czeczenii do najbardziej polecanych nie należą. Dlatego większość podróżników wybiera albo okrężną drogę lądową przez północną Turcję, Bułgarię i Rumunię, lub przez Morze Czarne do Ukrainy. Połączenia lotnicze z Gruzją są w chwili obecnej ciekawostką uprawianą przez kilku przewoźników. Na szczęście wśród nich jest LOT który szukając swojej szansy na tamtejszym rynku próbuje przyciągnąć pasażerów niższymi cenami biletów. Zresztą aktualnie bardzo wyraźnie widać rozwój całego przemysłu turystycznego Gruzji do czego wlicza się także transport lotniczy. Tbilisi staje się bowiem punktem w siatce połączeń coraz większej liczby przewoźników – również tzw. nisko kosztowych. Można do nich zaliczyć np. airBaltic (Ryga), Aerosvit (loty do czterech miast na Ukrainie z czego można znaleźć ciekawe ceny na połączenia przesiadkowe w Kijowie) czy Pegasus konkurujący z Turkish Airlines na trasie do Istambułu. Zainteresowanie Gruzją wykazują również przewoźnicy z krajów arabskich jak otwierające wkrótce swoje połączenie Qatar Airways (Doha i Baku) oraz Flydubai. Latem 2011 roku pojawiły się również informacje o prowadzonych rozmowach z Wizz Air który jakoby miał otworzyć połączenie z Katowic do Batumi.
Istotną informacją jest fakt że do wjazdu na teren Gruzji od obywateli Polski nie wymaga się żadnej wizy ani innych pozwoleń. Wystarczy tylko wylegitymować się ważnym paszportem przyozdabianym w momencie wjazdu stosowną pieczątką.

Tbilisi
Jako stolica Gruzji Tbilisi jest miastem najlepiej skomunikowanym pod względem regionalnym jak też międzynarodowym. Lotnisko znajduje się około 17 kilometrów od miasta a paradoksalnie największy ruch odbywa się na nim w godzinach nocnych. Chociaż część miejsc noclegowych oferuje dowóz z lotniska, sporo osób decyduje się na przeczekanie do rana. Miejscem bardzo chętnie wykorzystywanym do kilku godzin snu jest zielone podłoże pod ruchomymi schodami na parterze. My jednak wybraliśmy nieco ukryte miejsce pomiędzy windą a ścianą wodną. W kwestiach proceduralnych, lotnisko wymaga nieco więcej czasu niż ma to miejsce w przypadku podróżowania po Europie. Wynika to przede wszystkim z wymogów paszportowych. Przy wjeździe do Gruzji nie napotkaliśmy na  żadne problemy, jednak podczas powrotu trochę uciążliwa była przedłużająca się procedura przy checkin (podobno były jakieś problemy techniczne) oraz niezbyt sprawne przepuszczanie pasażerów przez formalną granicę. W drugim przypadku w pamięć zapadła nam sytuacja gdy przez kilka minut osobiście wzywano jednego z pasażerów aby pilnie stawił się przed bramką prowadzącą do samolotu linii Pegasus. Nawet to nie przyspieszało ślamazarnej procedury sprawdzania każdej strony w paszporcie. Z ciekawostek jakie spotkaliśmy na lotnisku to również kilkustopniowy system sprawdzania zawartości bagażu. Pierwszą bramkę bezpieczeństwa przekracza się bowiem tuż przy wejściu do terminala lotniska, drugą (już bez płynów w niedozwolonych wielkościach) po przejściu odprawy paszportowej – tuż przy samym gejcie. Do kolejnych ciekawostek technicznych można dodać fakt, że z Gruzji można wywieźć do dwóch litrów płynów alkoholowych na osobę. W sumie w bagażach rejestrowanych dwóch osób umieściliśmy prawie sześć litrów win i koniaków – nikt z tego powodu nie robił nam żadnych problemów.
Z lotniska do centrum Tbilisi można się dostać na trzy sposoby. Jednym z nich jest kolejka, która w trakcie naszego pobytu z jakiegoś powodu nie kursowała. Opcją najmniej wygodną jest jadący do 40 minut autobus miejski. Niewielki żółty pojazd o numerze 37 zatrzymuje się tuż przy wyjściu z terminala. Bilety można kupić w wiekowych automatach przyjmujących tylko odliczoną kwotę 0,5 lari od osoby. Plusem jest trasa autobusu który jedzie między innymi do głównego placu Tbilisi – Freedom Square, ale również wzdłuż reprezentacyjnej alei Rustawelego pod dworzec kolejowy. Niestety jest to linia ekstremalnie popularna dlatego w godzinach porannych należy się liczyć z gigantycznym ściskiem w środku i niemal dantejskich scen przy przystankach. Trzecim sposobem jest natomiast taksówka. Kurs około północy z alei Szoty Rustawelego pod terminal kosztował nas 25 lari z nieśmiałym zastrzeżeniem przez taksówkarza że na kwotę 30 lari też by się nie obraził :-)
Ciekawostką transportową w Tbilisi jest tamtejsze metro. Zgodnie bowiem ze słuszną polityką Radziecką każde miasto powyżej 500 tysięcy mieszkańców powinno posiadać taki środek transportu. W chwili obecnej miasto obsługiwane jest przez dwie linie z węzłem przesiadkowym znajdującym się pod Dworcem kolejowym. Planowana i częściowo budowana jest trzecia linia przecinająca się z pozostałymi dwoma na stacjach Rustaweli oraz przy Politechnice. Metro tak naprawdę jest szybkim, bezpiecznym i stosunkowo tanim sposobem na poruszanie się po bądź co bądź rozległym mieście. Pociągi odjeżdżają co około 5 minut a jednorazowy wstęp kosztuje 40 tetri. Dostęp do infrastruktury możliwy jest poprzez zbliżeniową kartę top-up. Kupuje się ją w kasach na każdej stacji a minimalną kwotą doładowania jest 2 lari. Kartę można w każdej chwili doładować dowolną kwotą. Pod koniec pobytu można ją również zwrócić odzyskując tym samym zgromadzone na niej środki. Ważne jest aby w tym czasie mieć ze sobą paragon który otrzymuje się w momencie wyrobienia karty. Niestety zarówno wyrobienie jak i zwrot karty to nieco wydłużona procedura papierkologiczna wymagająca wylegitymowania się paszportem i złożenia kilku podpisów.
Stacje Metra można stosunkowo łatwo rozpoznać po charakterystycznych znakach "M" przy zejściach podziemnych. Spore wrażenie robi bardzo głębokie usytuowanie niektórych stacji. Pomimo szybko poruszających się schodów zjazd nimi może zająć nawet do trzech minut. Głębokość linii wynika z potrzeby przeprowadzenia tunelu pod rzeką Mtkvari która znajduje się dużo poniżej rozłożonych na otaczających ją wzgórzach stacji. Pewną dezorientację oprócz panującej tam niemiłej woni może wprowadzić prawie całkowity brak oznaczeń kierujących na właściwy peron. Jednak za którymś razem na ścianach przy peronach zauważa się niewielkie znaki z rozkładem stacji na linii, zaznaczeniem na której się znajduje i w którą stronę dany tor wiedzie. Zresztą pomocą służą znajdujący się często na dole policjanci/ochroniarze. Chociaż przewodniki informują że metro w Tbilisi jest względnie bezpiecznym środkiem transportu to pomagająca nam w pierwszym rozeznaniu w terenie przypadkowa osoba poleciła aby raczej korzystać z pierwszego wagonu pociągu.
W kwestii noclegu w Tbilisi, to nie ma z tym najmniejszych problemów. Mam na myśli tutaj zarówno miejsca wytworne – hotele kilku znanych sieci znajdują się przy wspomnianym wcześniej Placu Wolności lub w okolicach Aleii Rustawelego – jak też bardziej budżetowe. W kwestii tych drugich miejscem niemal kultowym jest hostel u Iriny Japaridze. Z opowieści słyszeliśmy że jest to kobieta która pomimo nieznajomości języka angielskiego jest w stanie załatwić wszystko każdemu. Mowa tutaj zarówno o noclegu jak też informacjach praktycznych, pomocy w dostaniu się w jakiś zakamarek kraju i wszystkich innych które wpadną tambylcom do głowy. Podobno niczym dziwnym są również sytuacje gdy na miejscu zjawiają się podróżnicy chcący tylko... skorzystać z prysznica. Nie ma czemu się dziwić że miejsce to obrosło legendą na całym niemal świecie. Hostel ten znajduje się przy ulicy Ninoshvilis 19, około kilometra od stacji kolejowej.
Na kilka dni naszego pobytu w Tbilisi postanowiliśmy jednak skorzystać z oferty Holiday Hostel. Miejsce to zostało nam polecone w informacji turystycznej (jej punkt główny normalnie znajduje się na Placu Wolności, jednak na czas remontu została przeniesiona do hallu Muzeum Narodowego) a jego główną zaletą była odległość od tejże. Do Tbilisi pojechaliśmy bowiem bez jakiejkolwiek rezerwacji noclegowej a chodzenie po mieście z dużą walizką nie bardzo nam leżało w kontekście zmęczenia po podróży. Koniec końców bardzo miło wspominamy trzy noce spędzone w tamtejszym pokoju z dużym podwójnym łóżkiem i niewielkimi szafkami. Na miejscu można było skorzystać z gorącej wody, mikrofali i podstawowych urządzeń kuchennych. Użycie pralki kosztowało 3 lari. Pewne zastrzeżenia można było mieć co do czystości wspólnej łazienki i prysznica (problemy z zaczepieniem zasłony), jednak poza tym incydentem nie mieliśmy żadnych powodów do narzekania. Recepcja otwarta była przez całą dobę a prowadziło ją dwóch sympatycznych Gruzinów – zawsze chętnych do rozmowy, pooglądania telewizji czy po prostu zagrania w karty. Wewnątrz dostępny był komputer z podłączeniem do internetu jak też takowe można było uzyskać po otrzymaniu hasła do lokalnej sieci wi-fi. Dużym plusem tego hostelu jest jego miejsce – w podwórku wychodzącym na Aleję Rustawelego, jak też możliwość pozostawienia na recepcji bagaży. Tak też poczyniliśmy z naszą dużą walizką zostawiając ją na przechowanie przez pierwsze trzy dni buszując w tym czasie po wybrzeżu Morza Czarnego, jak też ostatniego dnia kiedy to w drogę na lotnisko udaliśmy się dopiero około północy.
Chociaż dojazd do miasta budzi obawy że trafiło się do miejsca zapóźnionego cywilizacyjnie, tak też centrum wywiera zupełnie inne wrażenie. Koniec końców w latach zimnej wojny Tbilisi było czwartym najważniejszym miastem Związku radzieckiego co istotnie pomagało mu w budowaniu pewnego splendoru. Jednak jest to mało istotne w porównaniu z tym czym Tbilisi będzie za kilka do kilkunastu lat. Miasto bowiem jest w trakcie procesu ogromnej przebudowy i nadganiania zaległości do państw rozwiniętych. Dlatego też wiele budynków jest kompletnie odnawianych lub w ich miejsce stawiane są nowe wymysły architektoniczne. Miejsca dotknięte zmianami to natomiast pewien typ specyficznego splendoru jednak ze specyficznym wyczuciem smaku widocznym podczas wtapiania danego miejsca w jego otoczenie.
Głównym punktem Tbilisi uznawany jest duży, owalny Plac Wolności. To z niego wychodzi reprezentatywna aleja imienia Szoty Rustawelego - gruzińskiego odpowiednika naszego Adama Mickiewicza. To tam znajduje się szereg knajpek, sklepów i miejsc noclegowych. W trakcie naszego pobytu zauważyliśmy jednak ogromne prace toczące się przy ulicy Marjanishvili. Ich zakres dotyczył zarówno części wewnętrznych jak też otoczenia – w tym kompletnego remontu okolicznych budynków. Na podstawie rozmachu prac i wyników częściowo ukończonych miejsc można podejrzewać że po zakończeniu procesu renowacji ulica ta będzie mogła śmiało konkurować z najbardziej wystawnymi miejscami w każdym Europejskim mieście!
Bardzo ciekawego charakteru miastu nadaje położenie na wysokich wzgórzach tworzących brzegi rzeki Mtkvari. Znalezienie się w jednym z widokowych punktów pokazuje bardzo charakterystyczny obraz historycznej architektury Gruzji. Mowa tu o wszechobecnych kościołach prawosławnych i klasztorach których nawet jeśli nie ma w najbliższej okolicy, to chwila obserwacji pozwala na dostrzeżenie innego obecnego na jednym z okolicznych wzgórz. Jednym z najbardziej zwracających na siebie uwagę jest ogromny kompleks Cmida Sameba. Jak informuje internet jest to aktualnie największy obiekt sakralny w regionie Kaukazu i trzeci najwyższy kościół prawosławny na świecie. Uwagę już z daleka przykuwa złocony dach na szczycie którego znajduje się wysoki na 7,5 metra krzyż. Zwiedzanie z bliska tego obiektu zapiera dech w piersiach. Wszystko to za sprawą zarówno monumentalności miejsca jak też fantastycznej, piętrowej struktury obłożonej świątyni. Ze szczytu rozpościera się fantastyczny widok zarówno na cały teren kompleksu, jak też zachodnie wybrzeże z charakterystycznym masztem antenowym ustawionym na jednym z wierzchołków. Wnętrze kościoła, jakkolwiek skromne i nie wywierające tak monumentalnego wrażenia jakiego należałoby oczekiwać z zewnątrz, ciekawi poprawnością i wyczuciem smaku w kwestii dekoracyjnej. Tutaj też poprzez obecne w kilku miejscach flagi gruzińskie widać bardzo mocną więź łączącą kościół, naród i państwowość.
Sąsiedztwo wzgórz przyczynia się do bardzo łatwego tworzenia sentymentalnych obrazów wspominanych jeszcze długo po zakończeniu podróży. Jednym z najlepszych do tego miejsc są okolice zamku Narikała. Jest to miejsce bardzo ważne historycznie ponieważ pierwsze elementy fortecy były tam stawiane już w IV wieku. Dzisiejsze pozostałości datowane są na XVI – XVII wiek a w tzw. międzyczasie zamek obrósł legendą jako miejsce niezdobyte przez pustoszące okolice armie wroga. Pod bramę zamku najlepiej dostać się przez okolice łaźni tureckich, drogą przy minarecie, aż do schodów po prawej stronie które pokierują pod parking przy samym zamku. W środku warto iść najwyżej jak się da – wzdłuż murów, czasami wspinając się po mało wygodnych wzniesieniach i kamieniach. Tamtejszy widok zapiera dech w piersiach i wart jest wysiłku poświęconego w trakcie drogi. Chociaż teren jest zamknięty na noc, warto w okolice muru przespacerować się również w godzinach nocnych. Po zmroku całe Tbilisi zyskuje bowiem niesamowitego klimatu. Istotną nutę sentymentalizmu gra wstępna znajomość oglądanych okolic dlatego też wycieczkę taką proponuję podczas jednego z ostatnich dni pobytu.
Głównymi punktami widokowym są wtedy wspomniany wcześniej kompleks Trójcy Świętej, prezydencki pałac oraz Most pokoju - futurystyczna kładka piesza kierująca na wybudowany niedawno Park Rike. Jak wspominałem w relacji z naszego wyjazdu, miejsce to jest bardzo chętnie odwiedzane przez przebywających w centrum Tbilisi mieszkańców. Nie ma się czemu dziwić, skoro oferuje ono mnóstwo atrakcji. Dla dzieciaków jest tam bowiem spory plac zabaw, dla starszych natomiast stoły z szachownicami. Jedna z nich rozłożona jest na polu kwadratu o boku około czterech metrów gdzie taktykę obmyśla się wędrując pomiędzy wysokimi do kolan figurami. Ciekawostkę stanowi również miniaturowy zamknięty amfiteatr gdzie grupki młodziaków doskonale bawi się improwizując przedstawienia dla kilkunastoosobowej własnej widowni. Największą atrakcją – chociaż niekoniecznie w kontekście rozmiarów jest jednak multimedialna fontanna. Niby nic nadzwyczajnego, koniec końców widok wody wypuszczanej i podświetlanej w rytm muzyki widziałem już w kilkunastu miejscach naszego kontynentu. Ba, od dwóch lat Wrocław szczyci się jedną z największych tego typu konstrukcji – porównywaną do podobnej fontanny w Barcelonie. Jednak to program pokazów w Tbilisi tak naprawdę urzekł mnie najbardziej. Nigdzie bowiem nie widziałem tak świetnie dobranej muzyki – z nawiązaniem do klasyki, historii, nowoczesności czy popu, tak gęsto nagromadzonych różnorakich dysz potrafiących idealnie oddać klimat dźwięku, w końcu tak dobrze dobranej gry kolorów i rzucanych na wodnej kurtynie obrazów. Wyobraźnia choreografów tworzących programy wzbudziła mój niemały zachwyt. Kilkukrotnie wydawało mi się bowiem że każda dysza pracuje na 100% swoich możliwości a co chwila pojawiał się nowy element. Czy to kwieciste formy wyrzucające strumienie na dobre 7 metrów w górę, czy cztery działa lejące równym strumieniem wody w czerwonawej kolorystyce wydające się jakby pociskami wystrzeliwanymi przez armaty. Nie dziwię się czemu mieszkańcy tak chętnie przychodzili na pokazy – jakkolwiek zapętlone one są w cztery utwory, tak mimo kilku sesji nigdy mi się one nie znudziły :-)

Holiday hostel



Cmida Sameba




Tbilisi - różne









Batumi
Batumi to drugie najważniejsze miasto w Gruzji i zarazem krajowy kombinat urlopowo-wypoczynkowy. Chociaż posiada swój własny port lotniczy to póki co ruch na nim jest raczej niewielki. Z Tbilisi najlepiej jest się tam dostać pociągiem – według przewodników książkowych i z własnego doświadczenia – zalecane są kursy nocne. Jakkolwiek gruzińska kolej podobno nie ma się za bardzo czym pochwalić tak nocne rejsy prowadzone są przy użyciu najlepszych składów. Rzeczywiście oferują one całkiem niezły komfort a wartością dodatkową podróżowania po zmroku jest wykorzystanie do granic możliwości czasu spędzonego na miejscu. Bardzo istotną informacją jest fakt, że bilet na pociąg należy kupować z wyprzedzeniem. Wprawdzie nam udało się takowy nabyć na kilka godzin przed podróżą, jednak miało to miejsce tylko dlatego że we wrześniu zwiększona jest liczba kursów pomiędzy Tbilisi a Batumi. Z będącej na wyczerpaniu puli udało nam się zdobyć bilety na kurs tam w wagonie bezprzedziałowym oraz w sypialnej pierwszej klasie w drodze powrotnej. W drodze do Batumi nie byłoby tak źle gdyby nie coraz bardziej dokuczający chłód pod koniec trasy oraz pech w postaci niesfornego kilkuletniego krzykacza skutecznie przeszkadzającego przez pierwszą godzinę jazdy. W drodze powrotnej mieliśmy do dyspozycji cały przedział z pościelą i telewizorem. Koszt kursu do Batumi to 23 lari od osoby, za bilet na pierwszą klasę zapłaciliśmy natomiast 40 lari od osoby. Bilety kupuje się na stacji – w Tbilisi z niezrozumiałych powodów takowe mogliśmy nabyć tylko w jednej kasie. Niestety język angielski niekoniecznie musi być wspólną płaszczyzną do porozumienia dlatego nieodzowna może się okazać pomoc osoby młodej lub języka „silnie migowego” ;) Proces zakupu jest piekielnie długi, gdyż wymaga przedstawienia paszportu, wpisania i sprawdzenia w komputerze mnóstwa danych i następnie wydrukowania trójkolorowej kartki formatu A4. Część żółta pozostaje w kasie, część różowa będzie zabrana przez konduktora, natomiast ostatnia część szara zostaje jako pamiątka dla podróżnego :-) Z obserwacji własnych na dworcu w Tbilisi były rozstawione jakieś automaty. Niestety umożliwiały obsługę tylko osobom rozpoznającym barwne pismo gruzińskie.
Jednym z niemiłych faktów związanych z podróżą pociągiem jest umiejscowienie dworca kolejowego który znajduje się około 7 kilometrów od centrum Batumi. Niemniej miejsce to jest przystankiem dla kilku linii marszrutek wiozących zarówno do miasta jak też w tamtejsze okolice. Do centrum można również dojechać stojącymi zazwyczaj naprzeciw stacji zielonymi autobusami komunikacji miejskiej. Przykładowa linia numer 101 wiedzie przez centrum pod terminal lotniska. Bilet można kupić u kierowcy a jego cena to 80 tetri. Koszt przejazdu marszutką zamknie się w kwocie 1,5 lari za dwie osoby.
Wiele przewodników zauważa że okolice Batumi posiadają kolonialny charakter. Rzeczywiście, część budynków na obrzeżach miasta, nadmorskie wybrzeże, spora wilgotność i raczej egzotyczna roślinność mogą spowodować takie wrażenie. Zwłaszcza budowle, miejscami wydające się pamiętać zamierzchłe wieki – coś o charakterze np. w Portugalii. Jednak centrum miasta zostało miejscami dotknięte klimatami radzieckimi poprzez niezbyt przemyślane i aktualnie zapadające się blokowiska. Jednak wszystko to do pewnego momentu, ponieważ Batumi - podobnie jak Tbilisi - przechodzi okres wielkiej przebudowy. Powoduje to sporo kontrastów – niedaleko rozpadających się domów jednorodzinnych można znaleźć będącą na ukończeniu budowę dużego hotelu znanej sieci. W ścisłym centrum większość chodników może natomiast stanowić pobojowisko ułożone z różnego typu gruzu jaki tam pozostał po remoncie i czeka na wyłożenie kostki które ma nastąpić po wyremontowaniu pobliskiej jezdni. Niemniej te wszelkie niedogodności wpływają tylko na unikalny klimat miasta, gdzie w sąsiedztwie wspomnianych wcześniej ruin może znajdować się modna kawiarnia w ogródku której wieczorami przygrywane są na fortepianie jazzowe standardy. Zresztą podobnie jak w Tbilisi tak też w Batumi najciekawszy duch miasta ujawnia się po zmroku. Łatwo się jest nim napawać podczas wieczornych spacerów czy to po promenadzie czy też w ścisłym centrum miasta.
Jednym z punktów docelowych spacerów jest znajdujący się na wschodnim krańcu promenady posąg kochanków. Jest to nowoczesna konstrukcja podświetlana nocą bardzo wyrazistymi barwami tworzącymi futurystyczny i nieco psychodeliczny nastrój. Kilka spędzonych tam minut pozwala zauważyć że statuy te są w ciągłym ruchu a specyficzna konstrukcja służy do bezkolizyjnego przejścia postaci przez siebie w trakcie wykonywanej pętli. Przyjemnym jest też spacer w okolicy ulicy M. Abashidze. Znajdujący się nieopodal Plac Europejski jest głównym miejscem wszelkich wydarzeń masowych. W lipcu 2011 roku odbywała się tam np. impreza MTV Live na której wystąpił Enrique Iglesias. Na co dzień jest to jednak przyjemne miejsce z posągiem Medei - mitologicznej postaci znanej z historii o Złotym runie. Nie jest to posąg przypadkowy, ponieważ Aja - cel mitologicznej wyprawy Argonautów - przez Greków łączona była z Kolchidią - historyczną krainą położoną w dzisiejszej Adżarii której stolicą jest Batumi właśnie. Kolejnym interesującym punktem jest znajdująca się u zbiegu ulic M. Abashidze i K. Gamsakhurdia odnowiona fasada oraz bajkowa wieża jednego z budynków. Niewiele dalej - na początku Alei Rustawelego znajduje się kolejny plac. Na jednym z jego boków – w ucharakteryzowanym na styl grecki siedzibę posiada Teatr imienia Ilii Chavchavadze. Ciekawostką jest natomiast znajdująca się na samym środku fontanna Neptuna. Będąc niecały miesiąc później w Bolonii zorientowałem się, że posąg w Batumi – modulo sama postać Neptuna – jest bardzo wierną kopią tej jaką widziałem we Włoszech!
Zresztą fascynację włoskimi klimatami widać bardzo wyraźnie w jeszcze innym miejscu. Piazza to – jak sama nazwa powinna wskazywać – zbudowany na włoski styl plac. Latem 2011 roku było to miejsce bardzo świeże – w serwisie Google Maps nieobjęte jeszcze nawet aktualnym obrazem z satelity. Rzeczywiście, w środku można przez chwilę pomyśleć że się jest w bardzo stylowo wyglądającym mieście półwyspu apenińskiego. No może pomijając widoczny na końcu jednego z wejść kościół prawosławny. Niemniej miejsce to po zmroku otacza się fantastycznym klimatem stylowych kawiarni. Fenomenalny jest natomiast prowadzony na dachu jednego z budynków klub, gdzie wieczorami międzynarodowe hity grała kilkuosobowa rockowa kapela. Zdecydowanie miejsca tego nie można odwiedzać jeśli w drogę powrotną do Tbilisi udaje się w nocy z soboty na niedzielę. W tym momencie bowiem zarówno Piazza jak i całe Batumi żyje na zupełnie innych obrotach. Wtedy też niestety dochodzi się do zdania że na Batumi przeznaczyło się zdecydowanie za mało czasu.
Jeśli chodzi o sprawy plażowe – do niedawna bodaj największa wartość turystyczna tego miasta – to w trakcie naszego przyjazdu nie udało nam się sprawdzić tej opcji na własnej skórze. Głównym powodem była pogoda – niezbyt ciepła temperatura oraz skłonności do opadów deszczu w ciągu dnia. Niestety nadmorskie wybrzeże w okolicach Batumi wyłożone jest mniejszymi i większymi kamieniami co skutecznie eliminuje polskie przyzwyczajenia do koca/ręcznika na piasku. Z opowieści usłyszanych od jednego z naszych znajomych podobno celem plażowania warto wybrać się nieco na południe – do znajdującego się pod turecką granicą Sarpi. Tamtejsza plaża podobno jest jeszcze ładniejsza od tej Batumi ale niewiele mniej kamienista. Na uwagę zasługuje natomiast istotnie czystsza niż w Batumi woda. Jak informują przewodniki z Batumi można się tam dostać przy użyciu marszrutek.
Posiadając kilka dni czasu zaplanowane na okolice Batumi warto kilka ich godzin poświęcić na znajdujący się kilkanaście kilometrów na północ od miasta ogród botaniczny. Jest to rozległy teren położony na schodzących do Morza czarnego wzgórzach. Podzielony został na kilkanaście rejonów tematycznych w których znajdują się roślinności z całego świata. Nawet pod koniec lata, kiedy teren ten nie emanuje kolorami pełnej okazałości kwiatów, sama roślinność budzi niemały podziw. Oczywiście pewną niedogodnością jest konieczność pokonywania kolejnych wzgórz, jednak nagrodą za to są świetne widoki z jej szczytów. W niektórych miejscach da się bowiem zobaczyć panoramę Batumi, lub na północ – miejscowości Chakvi. Trochę szkoda że ogród ten przez ostatnie lata raczej podupadał w kontekście infrastruktury. Chociaż w trakcie samej przechadzki nie jest źle, to w oczy kuje niewykorzystanie bardzo istotnego elementu jakim jest bliskość czarnomorskiego wybrzeża. Zresztą w pewnym miejscu znajduje się bardzo zaniedbana brama kierująca do ogrodu ze znajdującej się obok zapomnianej stacji kolejowej. Sądzę że gdyby oczyścić znajdującą się obok niej plażę i zainwestować w infrastrukturę typu kawiarnia i kilkadziesiąt leżaków – latem to miejsce byłoby przysłowiowym strzałem w dziesiątkę!
Jeszcze od strony spraw technicznych, do ogrodu botanicznego najlepiej dojechać marszrutą. Samochody oznaczone numerem 91 jadą z ulicy Z. Gorgiladze i skręcają w prawo w Baratashvili. Można je też złapać w okolicach placu Tbilisi lub na placu na ulicy Gogebashvili tuż za wyjazdem z Chavchavadze. Kurs do ogrodu kosztuje około dwóch lari a dzięki temu jesteśmy dowożeni pod samą bramę ogrodu.

Hotel Ira


Batumi - różne





Piazza
 


Ogród botaniczny


Rowery
Jako rowerowe wariaty w trakcie każdego co najmniej kilkudniowego wyjazdu staramy się skorzystać z okazji jeżdżenia po najbliższej okolicy. Niestety Gruzja a przynajmniej okolice Tbilisi są miejscem wyzwań nawet dla tak zagorzałych zwolenników dwóch kółek jak my. Nie powinno więc dziwić spore zaskoczenie malujące się na twarzy osób pracujących w informacji turystycznej gdy zapytamy się o możliwość wypożyczenia rowerów. Dopiero po kilku dniach zauważamy bowiem że tak naprawdę w Tbilisi rowerzystów nie ma. Natomiast gdy samemu przejeżdża się po mieście – paradoksalnie wzbudza to niemałe zdziwienie wśród mijanych osób. Niemniej już pierwsze dwa kilometry jazdy doskonale tłumaczą dlaczego tak się dzieje. Po pierwsze jak wspominałem wcześniej – Tbilisi rozłożone jest na górzystych brzegach rzeki Mtkvari. Powoduje to konieczność pokonywania sporej ilości wzniesień co może stanowić istotne wyzwanie dla osób o słabszej kondycji fizycznej. Po drugie w mieście nie istnieją a przynajmniej przez kilka dni nie zanotowaliśmy żadnej ścieżki rowerowej. Tak naprawdę to się nie dziwię – po co skoro w ciągu całego pobytu w mieście zauważonych rowerzystów mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki? Po trzecie kultura podróży drogowych w Gruzji jest zgoła odmienna od tej w Polsce czy nawet na kontynencie. Dopiero bowiem po kilkudziesięciu minutach zorientowałem się że każdy wymijający nas samochód nie trąbi z tego powodu że mu w jakiś sposób zawadzamy swoją obecnością, tylko ponieważ informuje nas o swoich planach wyprzedzania. Zresztą klakson w mieście jest narzędziem używanym dużo częściej niż kierunkowskaz. Tutaj też się nie dziwię, ponieważ zatrzymujące się gdzie popadnie – czasami na drugim od zewnętrznej skrajni pasie – kierowcy marszrutek w momencie włączenia się do ruchu wydaje się że w ogóle nie patrzą w lusterka. Przynajmniej nie sygnalizują tego wspomnianym wcześniej kierunkowskazem. Ciekawostką też jest podróż wieczorem. Kierowcy włączają bowiem światła dopiero gdy na drodze robi się prawie całkowicie ciemno. W nocy natomiast jeżdżą zazwyczaj przy użyciu długich świateł które - jeśli już wyłączają - to dopiero tuż przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Koniec końców spory ruch samochodów w mieście i nie najlepsza jakość zarówno paliwa jak też systemów napędowych czasami wiekowych pojazdów powoduje że jazda po mieście obarczona jest wszechobecnym swądem spalin.
Zupełnie czym innym są prawdopodobnie podróże rowerowe poza miastem. Chociaż nadal stanowi to podobno pewnego rodzaju fenomen wzbudzając zainteresowanie w mijanych mniejszych miejscowościach, to taka forma spędzenia wolnego czasu jest polecana zarówno w przewodnikach książkowych jak też po drodze spotkaliśmy niewielką grupkę Rosjan jeżdżących na wyposażonych w kilka sakw rowerach. Swoją drogą nie bez powodu zapewne miejsce w którym wypożyczaliśmy rowery wyglądało na dość specjalistycznie zorientowane w zagadnieniu wyczynowej turystyki z niemałą liczbą dostępnych różnorakich sprzętów. Chociaż nawet pomimo posiadania około 20 rowerów na stanie procedura wypożyczenia dwóch wydłużyła się do około godziny. Wszystko to za sprawą pewnych niedociągnięć jakie zauważyliśmy w trakcie próbowania oddanego sprzętu. Warto więc przed ostateczną decyzją zrobić kilka kółek w trakcie których sprawdzi się hamulce, przerzutki, nasmarowanie wszelkich łożysk etc. Pomijając to za 120 lari udało nam się wypożyczyć na dwie doby dwa terenowo-wyczynowe rowery z kaskami, podręcznym zestawem naprawczym, jednak niestety bez zapięcia i światełek. Co ciekawe, należną kwotę wpłaciliśmy dopiero przy zwrocie sprzętu.
Adventure club Jomardi niestety znajduje się dość daleko od centrum miasta. Najlepiej dojechać tam metrem do stacji Vazha-Pshavela a po wyjściu na powierzchnię kierować się w górę. Wejście znajduje się od strony ulicy, więc nie trzeba szukać nigdzie po podwórkach ;) Niestety informacja turystyczna nie jest w stanie przekazać dokładnego miejsca tego punktu zaznaczając na mapie jedynie ulicę. Biorąc pod uwagę fakt że cała Vazha-Pshavela ma długość ponad czterech kilometrów odruchowe rozpoczęcie szukania na końcu bliższym centrum może powodować zagospodarowanie grubo ponad godziny czasu przeznaczonego na pobyt w Tbilisi.
Kręcąc się po Batumi w kilku miejscach zauważyliśmy rozstawione stacje systemu rowerów miejskich. W rozwiniętych ośrodkach turystycznych jest to naturalne zjawisko sprzyjające aktywnemu zwiedzaniu czy też sprawnemu poruszaniu się po centrum w większych metropoliach. Niestety w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się że wielkim wstydem systemu jest brak możliwości wypożyczenia rowerów przez turystów zagranicznych. Podobno miało się to zmienić, ale we wrześniu 2011 roku wszystko operowało jeszcze na starych zasadach. Tak czy siak odnieśliśmy wrażenie że na placu naprzeciw budynku Uniwersytetu przy ulicy Ninoshvili znajduje się coś w rodzaju plenerowej wypożyczalni rowerów. Wyglądało to jak spora inicjatywa prywatna, jednak jako że nie planowaliśmy rowerowych eskapad po Batumi, nie zagłębialiśmy się w ten wątek.


Mccheta
W kwestii rowerowego podróżowania po okolicach Tbilisi wybraliśmy dwie trasy – bliższą do Mcchety i dłuższą do David Gareja. Do Mcchcety można się dostać najkrótszą trasą – wtedy dojazd stanowi raptem nieco ponad dwadzieści kilometrów. Niestety przestraszyć może konieczność jechania po drodze oznaczonej na niektórych mapach jako międzystanowa autostrada. Koniec końców okazuje się, że przy wjeździe do miasta jest to droga szeroka na nawet cztery pasy często z pewnej szerokości poboczem. Dopiero za miastem zwęża się ona do dwóch pasów, jednak tłumacząc to na warunki znane w Polsce stanowi ona bardziej drogę szybkiego ruchu niż autostradę. Jeśli jednak ktoś nie przepada za mknącymi samochodami może wybrać trasę alternatywną. Wymaga to jednak przebicia się na wschodni brzeg miasta oraz pokonywanie kolejnych jego wzgórz. Wyczyn może to być tym większy że w trakcie naszego pobytu popołudniami zazwyczaj napotykaliśmy na silny wiatr wiejący z północy. W wersji skrajnej powodowało to spory wysiłek przy pokonywaniu dwukilometrowego odcinka na prostej, szerokiej drodze okraszonej nieustannie i równomiernie wiejącym przeciwnym wiatrem. Niemniej wszystko uspokaja się tuż przed zakolem rzeki. Wtedy też po wyjechaniu z przedmieść Tbilisi – miejscowości Zahesi – należy będzie pokonać kilkusetmetrowy odcinek wspomnianej wcześniej trasy szybkiego ruchu. Niestety nie jest to najłatwiejsze zadanie – wszystko to znów za sprawą bocznego bardzo silnego wiatru jaki się nam przytrafił na moście. Finalizowało się to tym, że na przestrzeni 200 metrów nie byliśmy w stanie trzymać się prawej strony jezdni a w skrajnym przypadku wiatr spychał nas na środek jeśli nie na lewy pas. Na szczęście ruch na drodze był wtedy żaden więc nie stwarzaliśmy zagrożenia dla siebie czy też dla innych. Koniec końców na skrajni drogi jest wydzielony wąski pas niby chodnika przez który chyba dałoby się przejść z rowerem. Na szczęście dalsza część trasy to już pełen relaks z niesamowitymi widokami na wysokie wzgórze oddzielające rzekę Kurę od miejscowości Karsani. Natomiast na drugim brzegu pojawiają się pojedyncze restauracje malowniczo położone tuż przy rzece.
Mccheta to "must see" w liście każdego odwiedzającego Gruzję. Po pierwsze jest to miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym dla Gruzji. Miasto to bowiem istniało już w zamierzchłej starożytności a przez osiem stuleci - do V wieku n.e. - było stolicą gruzińskiego królestwa Iberii. Jej pozycję zastąpiło Tbilisi za sprawą króla Wachtanga Gorgasała. Jak rzeczą historie, stało się to podczas jednego z polowań, kiedy to Wachtang oczarowany urokiem doliny postanowił założyć osadę a następnie stolicę. Również w tym mieście król Miriam III przyjął chrześcijaństwo dzięki czemu Gruzja stała się jednym z pierwszych chrześcijańskich krajów na świecie (Mccheta do dziś jest siedzibą najwyższych władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego). Tutaj znajdują się również bardzo ważne zabytki sakralne jak Katedra Sweti Cchoweli i Monastyr Dżwari dzięki czemu miasto w całości zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Dziś Mccheta to bajecznie odrestaurowane niewielkie miasteczko. Ścisłe centrum - okolice Sweti Cchoweli - emanują ogólną świeżością. Co ciekawe, renowacja nie tyczyła się wyłącznie widocznych zewnętrznych elementów, lecz remontom poddane zostały całe domy i otaczające tereny ogrodowe! Dzięki temu centrum posiada bajkowy charakter miasteczka niemal idealnego. Wszystko to nabiera jeszcze bardziej kolorowego posmaku późnym popołudniem, kiedy to okolice (zarówno kamienne budynki, brukowane ulice jak też okoliczne wzgórza) zaczynają się mienić przepięknymi barwami osiąganymi w promieniach zachodzącego słońca. Dlatego pomimo nieukrywanej wygody jaką jest rozbudowana baza hostelowa w nieodległym Tbilisi proponuję jako eksperyment spędzenie choć jednej nocy w Mcchecie. Choćby wyłącznie dla nieskrępowanych widoków zachodzącego i wschodzącego słońca właśnie.
Punktem docelowym każdej wizyty w Mcchecie jest katedra Sweti Cchoweli (Drzewo życia). Jak miasto stanowi historię Gruzji, tak sam kościół jest jego esencją. To tam bowiem odbywały się uroczystości konsekracyjne królów i przywódców kościołów, śluby i chrzty koronowanych głów, jak też chowani byli przywódcy narodu i kościoła. Chociaż na temat jej i wątków z nią związanych można by napisać rozległą książkę, samo miejsce nie wywarło na mnie tak ogromnego wrażenia jak jego okolice. Wszystko to prawdopodobnie za sprawą samotności w jakiej było mi zwiedzać to miejsce (rowery nie miały zapięcia więc "ktoś musiał pilnować dobytku aby zwiedzać mógł ktoś") oraz niewielkiej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania dla katedry.

Droga do Mcchety



Mccheta



David Gareja
Opcja rowerowych szaleństw na drugi dzień to już prawie sprawa ekstremalna i zdecydowanie odradzamy ją osobom nieprzyzwyczajonym i nieprzygotowanym do długodystansowych wyjazdów. Chociaż z drugiej strony to właśnie fakt pokonania tej trasy na rowerze był dla nas największą przygodą. Raz że była to pewna forma sprawdzenia się w ekstremalnych sytuacjach, dwa że wolniejsze tempo podróży pozwalało na dłuższy czas w trakcie którego można było podziwiać widoki półstepów, wzgórz i wszelkich innych czynników tworzących unikatowość Gruzji.
Z tego co widzę w chwili obecnej system GoogleMaps został wzbogacony o rozkład ważniejszych dróg Gruzji. Jednak jeszcze we wrześniu 2011 roku takiej opcji nie było, dlatego też jedyną mapę stanowiły dla nas notatki wykonane ręcznie na podstawie podejrzeń że na widzianych zdjęciach satelitarnych w tym miejscu musi być jakiś szlak ;) Koniec końców nasza trasa zaczynała się drogą szybkiego ruchu ს-4. Tuż za rozjazdem z drogą ს-8 jezdnia zrobiła się jakby szersza i z mniejszym natężeniem ruchu. Samochody przestały nam towarzyszyć natomiast już za Tbilisi bypass kierującym nas w stronę miejscowości Gachiani. Warto zrobić kilkugodzinne zapasy płynów i pożywienia w jednym z tamtejszych malutkich sklepów. Może się bowiem okazać że od tego miejsca aż do samego końca podróży nie napotka się na żaden sklep! Chociaż przez ponad 10 kilometrów trasa nie należy do najrówniejszych wrażenia te mogą łagodzić widoki. Osobiście zaskoczył mnie niemal monumentalny cmentarz na przedmieściach Rustavi oraz znajdujące się nieopodal zagłębie przemysłowe. Jak informują przewodniki, miasto to powstało po drugiej wojnie światowej gdy radzieckie władze postanowiły tutaj właśnie skoncentrować przemysł ciężki. Oczywiście po upadku Związku okazało się że większość inicjatyw centralnego planowania nie miało szansy przetrwania w gospodarce opartej na konkurencji, dlatego dziś większa część Rustavi stanowi mekkę dla fanów ciężkiego, obumarłego industrialu. Na szczęście niewiele później wkracza się w spokojną drogę pośród zieleni. W międzyczasie można napotkać na orientacyjny punkt – stojącą w niemal w pustym polu ceglaną wieżę oraz naprzeciwko jej ustawiony ogromny posąg mężczyzny walczącego z bykiem. To znak że niedługo na horyzoncie zacznie pojawiać się stojące na granicy gruzińsko-azerskiej jezioro Jandara. W jego okolicach znajdują się miejscowości Mzianeti i Lemshveniera które są dosłownie ostatnią szansą na zakup jakichkolwiek płynów. Jest to też brama w tzw. dzicz – tym gorszą że wymagającą częstokroć jazdy pod górę. Pierwszy sprawdzian możliwości znajduje się przy piekielnie stromym podjeździe. Na szczycie góry znajduje się teren wojskowy do którego jest ścisły zakaz wstępu. Zjazd z niej również jest kwestią skrajną – wszystko to za sprawą dużego nachylenia wzgórza i piekielnej ilości rozrzuconych po drodze kamieni. Dlatego następnym razem wybrałbym trasę alternatywną – w czasie naszego wyjazdu nie była ona w ogóle zaznaczona. W miejscu tym zaczyna się też wyzwanie. Jest to droga po kamieniach, nierównościach, trawach i wymagająca pokonywania wyrastających co chwila wzgórz. Czyli typowy półstep zaznaczony jedynie dwoma pasami wygniecionymi przez wojskowe samochody transportowe i sporadycznie przez osobowe wiozące turystów z David Gareja. Trwająca kilkanaście kilometrów męka kończy się na szczęście wraz z dojazdem do trasy wiodącej bezpośrednio z Monastyru do miejscowości Sagarejo. Od tego miejsca mamy bowiem do czynienia z ubitą drogą po której regularnie poruszają się samochody osobowe a nawet okazyjnie autokary.
Sam kompleks świątynny David Gareja to tak naprawdę nic nadzwyczajnego dla statystycznego turysty. Ot, kilka budynków, sarkastycznie można nawet powiedzieć że dziur w skale z czego blisko połowa jest niedostępna dla postronnych. Brak tam jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej zaczynając od sklepów z pamiątkami, punktów gastronomicznych na dostępie do prądu kończąc. Oczywiście nie jest to także miejsce poza cywilizacją – w końcu ogółem rzecz biorąc dostarczany jest tutaj prąd, szansą na uzupełnienie płynów jest darmowa woda a część kompleksu została odrestaurowana prezentując tutaj w nie rzucający się w oczy sposób. Miejsce samo w sobie może być dość nudne dla osób otaczających się zdobyczami dzisiejszej cywilizacji – przyjeżdżających na miejsce w sposób zorganizowany i obytych pośród konstrukcji niezwykłych. Jest to bardziej mekka dla osób interesujących się cywilizacją lub historią tutejszych terenów. Pierwsze pustelnie dające początek temu kompleksowi rozrzuconych po okolicach drobnych monastyrów zaczęły się pojawiać już w VI w. naszej ery. Do dziś, niezależnie od zawirowań historycznych i ciosów jakie były zadawane przez kolejnych najeźdźców tych ziem, David Gareja zawsze powstawał niczym z popiołów co może w jakiś sposób tłumaczyć jego szczególne miejsce w świadomości Gruzinów. Z drugiej strony okolice są miejscem dla osób poszukujących, nielękających się zejść z utartych szlaków w celu być może odkrycia czegoś niesamowitego. Dlatego nasza wyprawa rowerowa jest pozytywnie wspominana nie tyle z powodu jej celu, co samej drogi. Nigdy bowiem wcześniej nie byłem tak głęboko poza cywilizacją, bez pewności że gdy coś się stanie to otrzymam jakąkolwiek pomoc. Chociaż przygotowani byliśmy oczywiście na wszelkie niedogodności, to jednak skrajność tamtejszych warunków była wyjątkowo intensywna. Przykładowo fakt że po półstepach jechaliśmy w pełnym słońcu a temperatura w cieniu oscylowała z pewnością w okolicach 32℃! Z drugiej strony droga powrotna to pomocna dłoń dzięki dołączeniu się do taksówki wynajętej przez poznaną wtedy parę Litwinów. Dzięki tej wycieczce, we wspaniałej scenerii poznaliśmy dokładniej swoje możliwości oraz sposób radzenia sobie w sytuacjach je przekraczających.

W drodze do David Gareja





David Gareja


Wyżywienie
Gruzja zdecydowanie nie należy do miejsc w których można się nudzić w kulinarnym kontekście. Oczywiście głównym produktem firmowym są wina. W sklepach jest ich mnóstwo a każda dolina czy też region słynie z własnej receptury i specyficznego smaku. Z drugiej jednak strony osoby podróżujące w sposób "odwiedzany" zamiast klasycznego hotelowego bardzo cenią sobie winne trunki roboty własnej. Każda gruzińska chata powinna bowiem posiadać wielki baniak zakopany w ziemi w którym każdego roku przygotowywany jest nowy winny trunek. Równie pozytywne opinie zbierają inne domowe trunki, które czasami można nabyć na lokalnych bazarach. Może ich widok nie jest najbardziej zachęcający - sprzedawane są bowiem najczęściej w plastikowych butelkach - jednak podobno każdy produkt kupiony u innej osoby wyróżnia się własnym specyficznym smakiem. Problemem jest tylko trwałość - zawartość butelki powinna być skonsumowana w ciągu kilku dni od otwarcia. Ot urok domowej roboty i nie stosowania konserwantów.
W kwestii wyżywienia drugim klasycznym produktem z którym kojarzona jest Gruzja, to Chaczapuri. Jego odmian jest całe mnóstwo. Generalnie jest to typ bułkowego pieczywa robionego czasami na cieście francuskim, w środku którego dodana jest mieszanka składników wśród których najczęściej można spotkać kozi ser. Może to jednak być zarówno jajko, jak też pasta orzechowa. Najważniejsze że w większości Chaczapuri robione jest w niewielkich piecach - często na miejscu. Warto więc każdego dnia z rana spróbować się z innym punktem - najczęściej witryną w ścianie budynku. Satysfakcja gwarantowana za prawie każdym razem :-)
Fakt, że gruziński przemysł restauracyjny i żywieniowy nie został jeszcze wchłonięty przez masowość, unifikację i automatyzację jest bardzo dużym plusem. Dlatego może się okazać że celując "na oślep" można trafić do miejsca gdzie za niewielkie pieniądze da się zjeść najlepszy obiad w trakcie całego pobytu. Tak też było w naszym przypadku, kiedy to uciekając przed oberwaniem chmury w Batumi weszliśmy do pierwszych lepszych drzwi. Miejsce urokiem nie zachęcało do spędzenia w nim choćby pięciu minut. Jednak zaserwowane nam szaszłyk, Cchinkali i najprostsza, ale niesamowicie smaczna sałatka z pomidora, ogórka i cebuli po prostu podbiły nasze serca! Zresztą w miejscach wydawać by się mogło masowych wciąż widać dbałość o smak wynikający z tradycji. Bardzo pozytywnie tutaj wspominamy sieć restauracji Machakhela. Ich głównym produktem jest nieco podłużne pieczywo z wydrążonym wgłębieniem po środku. Dodaje się tam różne specyfiki jak np. znów jajko z kozim serem, warzywa pasujące np. do kuchni włoskiej czy inne. Te specyficzne "łódki", chociaż dokładnie takie same w każdym miejscu, przygotowywane i pieczone są na miejscu w specjalnym piecu - w momencie gdy zażyczy sobie tego przybyły klient. Co ciekawe danie takie jest bardzo sycące i bez problemu może posłużyć jako sowita porcja późnego obiadu.


Koszty
Jeśli chodzi o sferę finansową to Gruzja nie jest krajem drogim, chociaż z drugiej strony nie jest też tak przyjazna dla portfela jak niektóre miejsca turystyczne naszego kontynentu. Oczywiście standardowe podejście do zwiedzania jak tanie hotele w mieście i lokalny transport pozwalają na pomniejszenie wydatków, jednak dodatkowe kombinowanie zdaje się przynosić niewielkie oszczędności. Gruzini są bowiem narodem otwartym i szczerym, który rodzący się u nich ruch turystyczny traktuje z ciekawością a nie jako jedną z nielicznych okazji na nieuczciwym wyciągnięciu każdego grosza. Dlatego też będąc na miejscu – pomijając naturalne rozpoznanie terenu co jest gdzie i za ile – nigdy nie czułem potrzeby sprawdzania ceny w miejscu po drugiej stronie ulicy czy w innej części dzielnicy. W tamtejszych restauracjach ceny są bowiem takie same dla turystów jak też miejscowych. Podobnie sprawa się ma z taksówkami, kupowaniem owoców na bazarze itd. Pomijam oczywiście sprawę legendarnej gościnności gruzińskiej dzięki której można spędzić u kogoś w domu kilka dni nie płacąc za to ani grosza. Chociaż z drugiej strony trochę szkoda że przebywając wyłącznie w miastach nie udało nam się przeżyć tego zjawiska.
Niestety nie jestem w stanie przytoczyć konkretnych przykładów cen w Tbilisi czy Batumi. Jakkolwiek posiadam bowiem stertę wydrukowanych paragonów, tak też wszystkie one napisane zostały w języku gruzińskim. Tak więc choć jestem w stanie rozpoznać cyfry, tak też niemożliwe jest ich przypisanie do konkretnych towarów.

Wrażenia ogólne
Gruzja to jednak jest zjawisko. Koniec końców praktycznie każda spotkana na miejscu osoba twierdziła że kiedyś tam jeszcze wróci. Nie dziwię się, ponieważ wychodzę z takiego samego założenia. Choć do dziś nie jestem w stanie stwierdzić na jakich dokładnie podstawach, jednak faktem jest że kraj ten skradł połowę mojego tambylczego serca. Już dawno nie czułem bowiem tak wyraźnego uczucia z serii „żal wyjeżdżać” jak podczas ostatniego spojrzenia na oddalające się światła Tbilisi.
Ale od początku. Lecąc na miejsce zupełnie nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. Wprawdzie zdawaliśmy sobie sprawę z zachodnich ciągotek kraju który nawet przez sąsiednich Ormian nazywany jest Europą, jednak cały czas w głowie siedziało jakieś wrażenie topornej przynależności do Związku radzieckiego i bliskości Azji. Podejrzewaliśmy również że plotki o nowoczesności kraju oparte są na prowizorce nielicznych miejsc reprezentacyjnych mających się nijak do codzienności opartej na spuściźnie radzieckiej biedy i niedawnych konfliktów zbrojno-rewolucyjnych. Wystarczyły jednak dwa dni i dwie noce. Dni aby zobaczyć istotne zacofanie pozostawione przez lata zniewolenia. Jednak aby zobaczyć również to niesamowite parcie do nowoczesności, do zachodu stanowiącego źródło bezpieczeństwa oraz finansowania przeprowadzanej modernizacji kraju. Warto wspomnieć że przebudowa ta prowadzona jest na ogromną skalę. Przykładem może być Mccheta której ścisłe okolice katedry Sweti Cchoweli zostały odremontowane w całości. Mam tutaj na myśli zarówno ulice jak też okoliczne domy które uzyskały nie tylko nowe fasady czy płoty przy ogródkach, co zostały przebudowane w całości – także wewnątrz! Podobnie można opisać Batumi gdzie wyrastają powoli finansowane przez bogaczy z całego świata hotele, lub Tbilisi – choćby wzniesioną ogromnym kosztem Cmindę Samebę. Noce natomiast pozwoliły na zatoczenie się w tamtejszej specyficznej magii. To prawda, Tbilisi i Batumi emanują czasami bardzo kiczowatymi światełkami i kolorkami. Jednak w każdym miejscu ten specyficzny klimat potrafi w jakiś sposób złapać za serducho i pozostać na długo w pamięci. Co z tego że Piazza w Batumi jest miejscem pustym i na pokaz, które mogło być w dowolny sposób wybudowane od podstaw bez potrzeby zachowywania historii i jakiejkolwiek tradycji. Co z tego że park Rike to w większości popisowy pokaz nowoczesnych technologii i wielkich nakładów finansowych. Miejsca te w pozytywny sposób zapadają bowiem na długo w pamięć a to się przecież liczy!
Kolejnym istotnym elementem wrażeń ogólnych jest również podejście Gruzinów do odwiedzających ich kraj turystów. OK, Polacy mają szczególne miejsce w ich sercu co ewidentnie widać na każdym niemal kroku. Jednak to co mnie urzekło to naturalne, nieudawane podejście do każdej napotkanej osoby. Nigdzie nie spotkałem się więc z potrzebą targowania się czy sztucznego zainteresowania z podtekstem „a nuż uda mi się dzięki temu zarobić”. Może to pewna nieśmiałość wobec rodzącego się tam dopiero ruchu turystycznego, ale mam powody aby w to wątpić. Wtedy bowiem codzienność na ulicach wyglądałaby zupełnie inaczej. Jednym z głównych przytaczanych przeze mnie przykładów jest scena zanotowana w późnych godzinach wieczornych na jednej z głównych ulic Tbilisi. Nigdy bowiem wcześniej nie widziałem trzech nastoletnich dziewczyn idących bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo i przeglądających zrobione właśnie fotki na aparacie, którego wartość zapewne przekracza miesięczną sumkę jaką otrzymuję w swojej nienajgorszej pracy.
W pewnym sensie może to też efekt wszechobecnej policji której radiowozy w centrum miasta widuje się co kilka minut. Może więc to kwestia stworzenia państwa policyjnego gdzie władza tylko pozornie daje wolność - o czym nieśmiałe opinie można czasami przeczytać w sieci. Jednak powiem szczerze – w trakcie pobytu w Gruzji w ogóle mnie to nie obchodziło. Cieszyłem się tam bowiem poczuciem bezpieczeństwa jakiego nie zaznałem w żadnym innym zwiedzonym miejscu. Cieszyłem się też bardzo pozytywnym podejściem i zainteresowaniem moją osobą. Cieszyłem się poznaniem świata jakiego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy a jaki jest mimo wszystko bardzo podobny do naszej cywilizacji Europejskiej. Pozostaje mi tylko mieć ukrytą nadzieję że Gruzja w pędzie na zachód nie utraci swojego unikalnego charakteru. Niemniej cokolwiek się stanie nie mogę zaprzeczyć że tam przeżyłem coś niesamowitego, co utrwaliło mi w pamięci ten kraj jako wyjątkowy, za którym tęsknię i już nie mogę się doczekać kolejnych jego odwiedzin które zaplanowałem na za kilka następnych lat.

Kontakty i informacje

Ogółem
Strona internetowa Tbilisi: www.tbilisi.gov.ge
Strona internetowa Batumi: www.batumi.ge
Turystyka w rejonie Adżarii: www.tourismadjara.ge
Kilka miejsc w Batumi w panoramicznej perspektywie: www.virtualtour.ge/BatumiCityTour/
Obraz w panoramicznej perspektywie kilkudziesięciu miejsc w Gruzji: www.virtualtour.ge
Turystyka w Gruzji: georgia.travel

Transport
Lotnisko w Tbilisi: www.tbilisiairport.com
Lotnisko w Batumi: www.batumiairport.com
Kolej w Gruzji: www.railway.ge

Metro w Tbilisi: www.tbilisi.gov.ge/index.php?lang_id=ENG&sec_id=2719

Holiday Hostel
Rustaveli ave. 14
0108 Tbilisi, Gruzja
tel. (+995) 32 93 25 27
www.holidayhosteltbilisi.com
holidayhosteltbilisi@yahoo.com

Hotel Ira
Zaubelashvilis 4
(tuż obok Siesta Hostel z wieloosobowymi pokojami)
Batumi, Gruzja

Miejsca noclegowe ogółem
Z doświadczeń własnych wiemy że w miejscach popularnych w ruchu turystycznym można znaleźć sporo opcji noclegowych. Niekoniecznie warto kierować się propozycjami przewodników książkowych gdyż - to z opowieści znajomego - właściciele niewymienionych w nich noclegowni starają się zdobywać klientów niższymi cenami i czasami lepszymi warunkami pobytu. Raj dla poszukiwaczy :-)

Rowery w Tbilisi
Adventure club Jomardi
93, Vaja-Pshavela Av.
tel. +995 322 31 91 01
www.jomardi.ge

Sieć restauracji Machakhela
http://www.machakhelagroup.ge
Przykładowe punkty:
- Tbilisi, Marjanishvili Street 16
- Tbilisi, Leselidze Street 26
- Batumi, Gogebashvili Street (określone jako koło Obelisku)

Inne
Pokaz fontanny multimedialnej w Rike park w Tbilisi: http://www.youtube.com/watch?v=2CddmWUOG30