Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zostałem rowerowym strongmanem ;)

Szczerze nigdy nie rozumiałem idei siłowni, fitnessów czy innych takich form gromadnego wysiłku w zamkniętej przestrzeni. W zimie Dorota zabrała mnie kilkukrotnie na spinning - jazdę na stacjonarnych rowerkach. Spoko, jest muzyka, jest ciśnienie aby w jazdę włożyć jeszcze więcej mocy, jest pot na koszulce. Tylko brak jakoś tego wszystkiego, z czym dotąd wiązało się rowerowanie. Wiatru, poruszającej się przestrzeni, widoku podjazdu z którym za chwilę przyjdzie się zmierzyć i być może wypowiedzieć w myśli kilka przekleństw. Dlatego zamiast bawić się w bieżnie, stepy, układy ćwiczeń czy inne takie, wolę robić coś realnego. Chodzić gdzieś z plecakiem przez cały dzień, jeździć na rowerze, albo zintensyfikować wysiłek za pomocą pewnego bodźca. Czyli walka o realny wynik - klasyczny wp...dol podczas gry z ojcem w squasha, lub piłka nożna.

Firma RST, to mój nowy pracodawca, który aktywnie wspiera zdrowy tryb życia swoich pracowników. Załatwia kartę Multisport - co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym, ale sponsoruje też wypasione śniadania w biurze i zachęca do uprawiania sportów - choćby poprzez rywalizacje na Endomondo. To ostatnie, to niby nic ważnego, ale nie u nas. Co kilka dni w trakcie śniadania rodzą się bowiem żywe dyskusje nad jakimś szczególnym weekendowym wyczynem, lub aktualnymi wynikami. Nawet nie wiecie jak motywująco potrafi zadziałać usłyszany tekst typu powiedziałem wczoraj żonie że do galerii handlowej musimy jechać na rowerze, bo XXX za bardzo zbliża się do mnie w rywalizacji :-)

I bach, budzę się któregoś ranka, włączam na chwilę sieć aby sprawdzić prognozę pogody, a tu odzywa się Endomondo z zaproszeniem do kolejnej rywalizacji. Kto pierwszy do PKiN-u, czyli do pokonania jest 360 kilometrów. Termin dość ciasny - aby dojechać przed końcem rywalizacji, każdego dnia trzeba zrobić  20km. Jednak podczas śniadania śrubę dokręcił kumpel z teamu twierdząc, że wyzwaniem byłoby pokonać ten odcinek nie do końca miesiąca, a do końca tygodnia...

No i się zaczęło. Wydłużona trasa z domu do pracy to 10 kilometrów w każdą stronę. Potem zawsze jakieś kółeczko wokół lotniska, aby każdego dnia dowieźć co najmniej kolejną trzydziestkę. Nie przeszkodziła nawet ulewa, która w środku tygodnia nawiedziła Wrocław. Do domu wróciłem ociekający, nieco zmarznięty, ale szczęśliwy. Tego dnia bowiem odskoczyłem wszystkim o kolejne 20 kilometrów ;)

Dodatkowo od pewnego momentu w rywalizacji uaktywnił się wspomniany wcześniej pomysłodawca zamknięcia wyniku w tydzień. Jest to nasz firmowy He-Man. Facet w tym roku ma zamiar przebiec siedem maratonów. Podobno w któryś poniedziałek po jednym z nich, przez godzinę ćwiczył nogi, następnie przebiegł dyszkę, a jeszcze potem poszedł grać w piłkę. Skąd on bierze na to energię? Nikt z nas nie wie.

Pamiętam niedzielny wieczór, gdy wracając pociągiem z Krakowa postanowiłem wgrać zrobione tam odcinki i zobaczyć jaki jest stan rywalizacji. Nosz rym do bolera! He-Man zbliżył się do mnie na 8 kilometrów, a w weekend strzelił rowerową życiówkę - 140 km jednego dnia. Dojechałem więc do domu, rzuciłem wszystko w kąt i wsiadłem na siodełko. Pomimo podejrzenia defektu, jakiego w Krakowie nabawił się mój rower, docisnąłem kolejną trzydziestkę z groszami. Tym samym zamknąłem rywalizację, chwilę przed pierwszą w nocy.

Niby nic wielkiego, ale czułem się szczęśliwy, jak bym wygrał w tenisa ze ścianką. Szybkim zrywem i na stosunkowo krótkim odcinku pokonałem He-Mana. Zrobiłem to w sześć dób, czyli przy średniej 60 kilometrów każdego dnia. To miłe, gdy po fakcie - podczas śniadania w pracy - słyszy się pozytywne opinie pokroju wariat ;)

Choć realna rywalizacja, oddech na plecach lub bliskość na wyciągnięcie ręki, daje niesamowitego kopa do dokonywania czegoś znaczącego, to równie istotnym plusem jest też docenienie wyników. RST w tej kwestii naprawdę daje rade. W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie z Zarządem. Ot, realizacja celów na Q2 i plan na Q3. Informacje strategiczne, plany rozwoju i omówienie wydarzeń związanych z życiem firmy. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nasza rywalizacja również miała swoje pięć minut. Od Prezesa usłyszałem bardzo miłe słowa i w nagrodę otrzymałem plecak z wbudowanymi ogniwami fotowoltanicznymi. Dla firmy to koszt żaden, a dla mnie przemiły upominek i wyróżnienie na forum wszystkich pracowników. Motywuje to, bardzo.

W chwili obecnej testuję go sobie i szukam dla niego zastosowania. Pojemność około 20 litrów z pewnością sprawdzi się przy krótkich city-breakach. Tak było w trakcie tego weekendu na Mazurach. Nawet planowaną norweską dzicz da się załatwić dzięki przypięciu śpiwora pod plecakiem. Byłoby to fajne rozwiązanie, ponieważ ogniwem byłbym w stanie doładować nadwyrężane w takiej sytuacji baterie w telefonie vel. GPS-ie. Oczywiście nie należy spodziewać się po nim jakiś cudownych efektów prądogennych, jednak każda forma ratunku w jakieś sytuacji awaryjnej będzie w cenie.

Poniżej prezentuję serię zdjęć z testowania na sucho opcji Norwegia. Nie są to realne warunki bojowe, ponieważ w plecaku znalazły się też rzeczy, jakich raczej nie będę tam potrzebował, lub które będą noszone na sobie. Bardziej chodziło o pewną poglądowość i porównanie z najlepszym w mojej opinii plecakiem pod bagaż podręczny w Wizz Air. Mam pewne obawy co do wymiarów, ale wątek ten będę dokładniej rozkminiał już w następnym sezonie :-)

Sprawdzenie grubości plecaka
Porównanie z wymiarami plecaka Wanabee Hike 30
Unboxing zawartości...
...oraz wspólna fotka pamiątkowa wszystkich spakowanych wcześniej rzeczy

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Projekt gupol część 3 - nocleg w Gapahuku

Nadszedł ten moment :-) Kilkanaście tygodni maglowania Dorocie że pod Skandynawską chmurką może być fajnie, omawiania i znajdowania wspólnego mianownika, zaowocowało kupnem biletów na pierwszy sprawdzian. Przez kolejne tygodnie robiliśmy nieśmiałe próby, choćby opisywany w drugiej części projektu nocleg pod namiotem w Mołdawii. Jednak w końcu nadszedł ten zakreślony w kalendarzu grubą czerwoną kreską weekend, kiedy to mieliśmy lecieć w dzicz, polować na trolle :-) 

W międzyczasie odbyliśmy część drugą i pół naszego projektu. Podróż z Warszawy do Bośni i Hercegowiny mieliśmy bowiem z kilkunastogodzinną przesiadką w Skavście. Idealnie na to, aby przejść się z Nyköping do Oxelösund. Przetestowaliśmy w boju nasz półlitrowy kubeczek z podręczną kucheneczką na paliwo stałe, oraz raczyliśmy się zapachem i widokiem bosko kwitnącego wtedy rzepaku. W sposób klasyczny plany uległy zmianie w trakcie realizacji, ponieważ gdzieś pomiędzy na jednej łące przytrafiła nam się godzinna drzemka, ale koniec końców trafiliśmy na plażę na półwyspie Jogersö. Niestety bardzo mocno zaczęły się tam pogarszać warunki pogodowe, niemniej przez palce chyba byliśmy w stanie uchwycić urok okolicznych małych skalistych wysepek. Czyli tego, co najfajniej wspominam z wypadu po okolicach w marcu kilka lat temu. Wystarczyło to aby zaciekawić zarówno wybrzeżem, jak też lesistymi terenami w okolicach lotniska Skavsta. Prawdopodobnie temat będzie kontynuowany :-)




Głównym wątkiem dzisiejszego wpisu jest jednak Norwegia. Plan banalny - lądowanie na lotnisku Torp w sobotę po godzinie 13., tupting do Sandefjord, zakup płynów (wyżywienie mieliśmy ze sobą), marsz nad jezioro gdzie mieliśmy spędzić noc, w niedzielę 20+ kilometrów do Tønsberg, skąd wieczorem pociągiem wracamy pod lotnisko i o godzinie 22. startujemy do Wrocławia. Rozwiązanie mikro-kosztowe z maksymalnym funem :-)



Norwegia przywitała nas bardzo mieszaną pogodą. Gdy dotarliśmy do Sandefjord, na krótką chwilę rozpadał się bardzo intensywny deszcz. Zmoknięcie i lekkie zmarznięcie musieliśmy odbić sobie kilkudziesięcioma minutami spędzonymi w terminalu promowym. Niecałą godzinę później cieszyliśmy się promieniami pięknego słońca, przesiadując gdzieś na przystani na początku półwyspu Vesterøy. Samo Sandefjord wypiękniało. Może odnoszę takie wrażenie, ponieważ miasteczko pamiętam głównie z wizyty na przełomie lutego i marca, kiedy to wszystko było pokryte solidnym śniegiem. Teraz natomiast zobaczyłem bardzo żywe centrum z przyjemnymi placykami, zielenią, zadbanymi kamienicami i sielskim klimatem niemałej miejscowości wypoczynkowej. Miasteczko jednak zostało przez nas potraktowane w sposób tranzytowy. Jedyne na czym się bowiem skupiliśmy to zakupy w lokalnej odmianie naszej Biedronki - sklepie sieci Kiwi. Po akceptowalnym koszcie kupiliśmy tamtejszy najtańszy sok i wodę. Niestety wodę gazowaną, co będzie miało później ogromny wpływ na przygotowywaną kawę, herbatę i nuddle instant ;)

Za punkt noclegu obraliśmy wybrzeże jeziora Goksjø. Wertując internet i ciężko walcząc z nieznanym mi norweskim językiem, natrafiłem bowiem kiedyś na genialną stronę www.ut.no. Jest to wspólny projekt - o ile dobrze przetłumaczyłem - Norweskiego Stowarzyszenia Trekkingowego i państwowej korporacji medialnej NRK. To tam zetknąłem się z pojęciem, może trochę na wyrost określonego jako ratunkowe schronienie - gapahuk. Przeglądając zdjęcia na wspomnianej stronie widziałem różne ich typy - od prostego szałasu, po niemal domki z wydzielonym miejscem na namioty. Naszym celem na ten wyjazd stał się natomiast znajdujący się właśnie nad wspomnianym jeziorem Matskapet.

W dojściu po drogach pomagały nam mapy google-a z pobranymi wcześniej okolicami Sandefjord. Wyszukiwanie trasy pomimo bycia offline to rewelacyjne rozwiązanie, czekamy na taką samą usługę dla tras pieszych. Na jednym z ostatnich odcinków natrafiliśmy na informację mówiącą, że do gapahuka prowadzić będą błękitne znaki. Wprawdzie nie zauważyliśmy że w pewnym momencie szlak się rozdziela, dlatego też poszliśmy okrężną trasą, przez siedliska komarów (była akurat wieczorowa pora, więc mieliśmy na co narzekać) i wzdłuż wybrzeża. Jednak w końcu dotarliśmy, a tam już szczeny w parterze. Rzeczywiście, jak na zdjęciach, zbudowane z drewna półkole na niemal 20 osób, zadaszone, z ławeczką, miejscem na ognisko. Ba, z dachem okrytym papą, drewnem na ognisko i gazetami na podpałkę, ręcznikiem papierowym, folią aluminiową a nawet patelnią! Gdy jeszcze okazało się że akurat tego wieczora nikt inny nie wybrał sobie tego miejsca na nocną imprezę odetchnąłem z ulgą i zacząłem zwracać uwagę na inne rzeczy. Jak na przykład to, że konstrukcja dodatkowo oferuje cudowny widok na jezioro z uroczym cypelkiem po sąsiedzku. Fiordy to może nie są, ale te lasy, głosy okolicznego ptactwa i ciepła woda w jeziorze, mmmm... bosko :-)






Wygląda na to, że jezioro ma całkiem niezłe wzięcie. Jakieś 300 metrów dalej znajdowało się bowiem obozowisko bodaj siedmiu namiotów z grupką radosnych Norwegów, natomiast gapahukowa księga gości zawierała wpisy z niemal każdego weekendu - także tych z okresu zimowego! Pewnie nie chodzi o nocleg, co być może wycieczkę po lasach, lub jakąś formę zimowej aktywności związaną z jeziorem.



W kwestii noclegu właśnie, było niemal super. Niemal, ponieważ krótka norweska noc spędzona była pod znakiem ciągłego przebudzania się. Chodziło o komary, które może jakoś nie pogryzły, niemniej jednak - pomimo zastosowania preparatu w spreju - cały czas hałasowały wokół wystającej ze śpiwora głowy. Podobno w nocy przez chwilę dość solidnie padało, jednak środek schronienia cały czas był suchy. Ostatnia prognoza jaką widziałem zapowiadała minimalną temperaturę w okolicy 12℃. Dlatego też nie zmarzłem, chociaż nad ranem musiałem opatulić się przeciwdeszczowym skafandrem zakładanym na śpiwór.

Rano okazało się, że nasze plany pieszego tuptania do Tønsbergu uległy zagładzie. Wstaliśmy bowiem grubo po dziesiątej a nad jeziorem przebywaliśmy do trzynastej. Wynikało to ze zmęczenia, jak też niechęci spowodowanej padającym kapuśniaczkiem. Jednak z minuty na minutę pogoda zaczęła się poprawiać, kawa spowodowała rozbudzenie a podgrzana na małym ognisku kiełbasa śląska i zrobione jeszcze w Polsce tosty dodały sił i chęci do dalszego wysiłku. Koniec końców wybraliśmy się bardzo okrężną - osiemnastokilometrową drogą w stronę lotniska. Owszem, w zdecydowanej większości szliśmy po asfaltowej jezdni lub chodniku, jednak okolice były mało uczęszczane przez mieszkańców a każde wzgórze, pokryte zielenią pole, czy las bosko mieniły się w promieniach słońca i na tle coraz bardziej błękitnego nieba.




Koniec końców u mnie w mieszkaniu znaleźliśmy się w okolicach północy. Dzięki uprzejmości obsługi pokładowej Wizz Air pod koniec lotu mogliśmy się przesiąść do drugiego rzędu, dzięki czemu szybkim sprintem przez rękaw (co wzbudziło spory śmiech wychodzącej za nami grupki Norwegów) oraz labirynt terminala w cztery minuty znaleźliśmy się w odjeżdżającym właśnie autobusie. W ten sposób zaoszczędziliśmy pół godziny snu, zwłaszcza że o piątej rano trzeba było wstać i oporządzić Dorotę na lot do Modlina - czyli z klasycznym przyjściem do pracy o godzinie 0905 ;)

Jeśli chodzi o wrażenia - mi się bardzo podobało. Kosztem niewielkich wyrzeczeń mieliśmy bardzo bliski kontakt z naturą. Wygoda - jak to na campingu, lub podczas nocowania na lotnisku. Szału nie ma, ale byliśmy w stanie zachować akceptowalny poziom czystości, ciepłotę i ogólny komfort. Warunki były też zdecydowanie lepsze niż podczas mojego zeszłorocznego nocowania bez zadaszenia, jedynie w śpiworze. Wnioski na przyszłość? Szukać, szukać i jeszcze raz szukać. W zeszłym roku w okolicach Porsgrunn znalazłem drewniane tipi na szczycie góry. Widoki z rana pewnie są tam fantastyczne. Dzień po powrocie z opisywanego tutaj wyjazdu Dorota znalazła podobny do naszego Gapahuk, który znajduje się na drugim półwyspie Sandefjord - Østerøy. Tego lata już nie mamy wolnych weekendów, ale wcześniej robiłem rozpoznanie terenu w kontekście Stavanger i popularnej skały Preikestolen. Kilka kilometrów dalej - czyli w kontekście pionowego kilkusetmetrowego klifu będziemy pewnie mieli do czynienia z solidnym obejściem na kilkanaście kilometrów - jest, jak to określają Norwegowie, stodoła w której można przenocować za darmo. To na jedną noc, pozostałe - z racji skalistego podłoża i bardziej wymagających warunków pogodowych - będą oznaczały ratowanie się namiotem. Jednak powiem Wam, że z tygodnia na tydzień mam z tym coraz mniejszy problem. Tak samo jak Dorota ma coraz mniejszy problem z wątkiem nocowania w plenerze a i chyba Skandynawia zaczyna skutecznie łechtać jej zamiłowanie do łazęgowania pośród zieleni. Myślę więc, że powoli wypracowujemy pewien konsensus i już kolejnego lata liczba pinesek przybitych w północnych regionach kontynentu będzie bardzo szybko rosła. Tak wiem, dziwnie brzmi mówienie o kolejnym roku, ale chociaż w dniu pisania tego posta do wakacji pozostał niecały tydzień, my już mamy zaplanowany każdy weekend do początku września ;)

PS. Całkowity koszt wyjazdu to około 175 złotych od osoby. Z tego koszt lotniczy (3 odcinki) 103 złote, wyżywienie kupione w Polsce 13, suma zakupów w Norwegii - niecałe 22 złote. Pozostałe koszty to autobusy na lotnisko i kebab na piątkowy obiad w Warszawie :-)

PS2. Galeria z wyjazdu dopiero za jakiś czas znajdzie się na moim koncie na serwisie Panoramio.

sobota, 26 marca 2016

Projekt gupol

Nadeszły święta, jutro tradycyjnie będę uczestniczył w rodzinnym śniadaniu i w ciągu dnia z pewnością odbędę podobny dialog do tego poniżej
 
- Jak tam pierwszy dzień świąt?
- A spoko, byłem na działce.
- Zaczynasz sezon?
- Nie, po prostu spałem pod chmurką...

Być może pamiętacie jeden z ostatnich wpisów na tym blogu, gdzie to prezentowałem realizację zwariowanej tułaczki po Norwegii. Spodobało się i prawdopodobnie uda mi się namówić Dorotę na coś podobnego w tym roku. Mimo ogromnej niechęci związanej z potencjalnym marznięciem mamy już bowiem pewien pomysł na rozwiązanie tego wątku. Zaczniemy od spania w śpiworach na osłoniętym balkonie i w ten sposób będziemy poznawać nasze zakresy akceptowalnych temperatur i sposoby aby nimi sterować. Czyli w skrócie - wypróbowanie różnych śpiworów, koców termicznych, ochron przeciwdeszczowych, utrzymującej ciepło bielizny itp. Jak coś nawalimy i po prostu przemarzniemy - dwa metry obok będzie czekało łóżko w nagrzanym pokoju i z wygodną pościelą. Jeśli natomiast wszystko będzie ok, na mapie wyjazdowej w rejonie Skandynawii pojawi się sporo wbitych pinesek :-) 

Po co więc ta działka? Zacząłem bowiem proces rozważania, zakupów i testowania. Sporą niedogodnością w trakcie nocowania w okolicach Trondheim lub Biarritz był deszcz, dlatego ostatnio zaopatrzyłem się w pokrowiec przeciwdeszczowy na śpiwór. Nie będę musiał więc kombinować ze zsuwającym się kocem termicznym a i brak oddychania materiału powoduje zwiększenie temperatury w wewnętrznym mikroklimacie o 3-5℃. Pierwsze testy w warunkach domowych, jakkolwiek wypadły bardzo obiecująco, tak były też totalnie niemiarodajne. Wprawdzie przeprowadzałem je w pokoju o powierzchni dziewięciu metrów kwadratowych, przy całkowicie otwartym oknie, z nadzieją utrzymania w nim temperatury zbliżonej do panujących na dworze 3℃. Jednak po pierwsze spałem w niewyjazdowym, bardzo ciepłym śpiworze, po drugie nie byłem narażony na stricte zewnętrzne warunki jak wiatr, wilgoć czy podłoże. Podsumowując, przysłowiowe spanie na waleta nie powodowało żadnego zmarznięcia.

Dlatego też wczoraj około północy, gdy w końcu upiekły się dwa świąteczne ciasta, spakowałem plecak, ubrałem się w trekkerskie ciuchy i rowerem podjechałem niecałe 4km na działkę. Na miejscu warunki nie były wymarzone: cieplej niż oczekiwałem (wg wujka googla około 6℃) i koniec końców nie padało pomimo około 30% szans w środku nocy. Chodziło o to, aby osiągnąć możliwie najmniej sprzyjające warunki atmosferyczne - coś w rodzaju worst case scenario. Mimo to przez sporą wilgotność i spanie dosłownie pod chmurką (drzewa dopiero zaczynają pączkować, czyli nie ma szans na jakąkolwiek liściastą ochronę), jednak trochę zmarzłem. Nie ukrywam że zaskoczyło mnie to, tym bardziej gdy przed szóstą rano wszedłem do mieszkania i odniosłem wrażenie że moje rozgrzanie związane z dojazdem jest jakby pozorne.

Po co mi taki sprawdzian? Ano po to, że każda próba wskazuje nowe wątki które warto przemyśleć i być na nie przygotowanym. Teraz zauważyłem że warto wziąć pod uwagę jakieś przymocowanie śpiwora do materaca, ponieważ w nocy mam skłonność do zsuwania się z niego. Dodatkowo całkowite nakrycie się pokrowcem powodowało u mnie jakieś dziwne problemy z oddychaniem - coś zupełnie niespotykanego w warunkach domowych. Zauważyłem też, że na komfort termiczny dużo lepiej wpływa nałożenie zimnej (leżącej przez pół nocy na otwartej przestrzeni) bluzy polarowej niż akrylowo-bawełnianego swetra. Jak więc widać zawsze znajdzie się coś do ogarnięcia, przemyślenia i sprawdzenia. Gupolowanie ma bowiem sens jeśli dla kogoś z zewnątrz wygląda jak coś nieprawdopodobnego a tytułowy gupol natomiast zna sposoby aby te niedogodności zminimalizować, ciesząc się wartością pozytywną. Projekt więc trwa, niech tylko Wizz Air utrzymuje tanie ceny na lotach do Skandynawii :-)

niedziela, 15 listopada 2015

Due north - Na północ

 Dla zainteresowanych, galerię z wyjazdu zamieściłem na Panoramio: 2015.07.08-12 - Trondheim, Telemark

Od kilku lat obserwuję sobie poczynania lotniska w Gdańsku. Pierwszy kontekst dotyczył pewnej konkurencji, ponieważ radziło sobie ono nieco lepiej niż moje domowe lotnisko we Wrocławiu. Razem mieliśmy Euro i mniej więcej w tym samym momencie otrzymaliśmy nowe terminale. Po chwilowym romansie z OLT Express okazało się że Gdańsk nie zaliczył jakiegoś dołka w liczbie odprawianych pasażerów. Później zacząłem zazdrościć dużej dywersyfikacji wśród przewoźników, w przeciwieństwie do naszego kwintetu Ryanair, Wizz Air, Lufthansa, LOT i SAS. Podziw natomiast wzbudzała bardzo rozbudowana siatka północna. Nie chodzi mi tylko o ilość kierunków, co też dochodzącą do dwóch rejsów dziennie częstotliwość. Aż by się chciało skorzystać choćby dla samego polecenia. Tylko czemu noclegi w Skandynawii są tak drogie?

Przygotowania do wypadu na Spitsbergen spowodowały odkrycie jednego ciekawego faktu. Otóż prawo w północnych krajach sprzyja miłośnikom spędzania czasu pośród natury. Chodzi bowiem o to, że - z grubsza - można spokojnie nocować w miejscach niewiele oddalonych od terenów zamieszkałych. Często podawana jest anegdota, że zgodnie z prawem, w zasadzie można rozbić namiot na trawniku nieopodal pałacu królewskiego w Oslo i nikt nie powinien robić z tym problemów. Inna sprawa to fakt, że sami Skandynawowie są dużymi fanami przebywania wśród natury, oraz uprawiają wszelkie trekkingi, campingi czy inne tzw. sporty outdoorowe.

Oczywiście takie wypady są kompletnym zaprzeczeniem mojego dotychczasowego podróżowania, zorientowanego jednak na plecak, nocleg na stworzonej przez człowieka powierzchni, pod zadaszeniem, wśród cywilizacji. No ale raz się żyje, a dwie noce w plenerze - jakkolwiek mogłyby być ciężkie do zniesienia - przyczynią się do wpięcia na mapie nowych pinesek, odcinków lotniczych i wpisów w liście odwiedzonych lotnisk. Decyzja więc zapadła, dzień szukania i jako-tako spójny plan został stworzony.

Bardzo jako-taki. Z przesiadką na Modlinie i nocką w Gdańsku postanowiłem polecieć do Trondheim. Szczerze nie tyle chodziło o konkretne miejsce, co możliwości techniczne. Do Norwegii wylatywałem bowiem względnie rano, jedną noc mogłem spędzić w pociągu z Trondheim do Oslo a wracałem ostatnim niedzielnym odcinkiem bezpośrednio do Wrocławia. Pozostałe dwie noce miałem spędzić w plenerze. Niby prosta sprawa, gdyby nie fakt że wyłącznie przy użyciu materaca i śpiwora. Tym gorzej, że błędnie założyłem powtórkę upałów z poprzedniego roku - vide gorąc w Oslo przy okazji wypadu na Spitsbergen. W okolicy Trondheim zapowiadano niewiele powyżej 10℃ i do tego miało padać. Oczywiście dla dodatkowej komplikacji podróżowałem wyłącznie z małym bagażem podręcznym, w którym planowałem zmieścić wszystko: materac, lekki i przystosowany do wyższych temperatur śpiwór oraz wyżywienie na cztery pełne dni. No i oczywiście ciuchy ;) Koniec końców udało się. Jak? Szczerze do dziś tego nie wiem...

Na miejscu dość szybko wyzbyłem się wszelkich skrupułów dotyczących mojego sposobu podróżowania. Bardzo znaczące były sceny, gdzie na stacji kolejowej pod lotniskiem na pociąg czekało sporo trekkerów. Do plecaków mieli poprzypinane śpiwory, karimaty, czasami małe namioty. Do pociągu wsiadaliśmy razem, jednak po drodze na każdej małej, lub jeszcze mniejszej stacji ubywało kolejnych kilka osób udających się następnie w sobie tylko znaną stronę. Dodatkowo dużo do myślenia dał też widok norwega kimającego na lotniskowej stacji. Ewidentnie chodziło o odpoczynek w cieplejszym pomieszczeniu. Nikogo nie dziwiło to, że obok suszył się jego śpiwór a buty i spodnie były brudne od błota.  Oni rzeczywiście tak tam żyją :-)







Oczywiście to byli zawodnicy już obyci w tym sporcie. Ja właśnie stawiałem swoje pierwsze kroki, dlatego popełniłem wiele błędów. Nie ukrywam jednak, że byłem z ich popełnienia zadowolony, ponieważ wyjazd ten traktowałem jako przetarcie szlaków przed ew. kolejnym wypadem w norweską dzicz, a już na pewno na Islandię, którą chcę zaliczyć w nadchodzącym roku. Dziś już na przykład wiem, że podłoże w miejscu spania to sprawa piekielnie ważna. Nawet bowiem lekkie nachylenie w połączeniu z mokrym materacem powoduje zsuwanie się na boki lub w dół. Co więcej, jeśli pada, koc termiczny lepiej jest jednak rozwiesić nad sobą - w formie spadzistego daszku - niż opatulić się nim w kokon. Pojawiająca się prędzej czy później potrzeba dostępu do świeżego powietrza powoduje odkrywanie się i moknięcie. Przy nisko rozłożonym zadaszeniu przewiew byłby cały czas, ale deszcz skraplałby się już obok mnie. Kolejny błąd to instynkt podróżnika miejskiego, który w nieznanym terenie nakazywał trzymać się ubitej drogi asfaltowej. Klimat Norwegii poczułem, ale nie była to tak dzika dzicz. Niemniej przez kolejne wyjazdy przetestowałem kilka pomysłów na elektroniczne zabezpieczenie przed zgubieniem, więc następnym razem powinno być już lepiej. Dodatkowo przekonałem się także, że zamiast zaczynać marsz z centrum miasta lepiej zaoszczędzić trochę sił i kilka kilometrów podjechać jakimkolwiek autobusem. Niby to sprawy oczywiste, ale najbardziej zauważa się je doświadczając na własnej skórze :)





Niestety w środkowej Norwegii pogoda nie rozpieszczała. Wprawdzie nie lało, jednak ciągły kapuśniaczek powodował, że było  po prostu mokro. Na szczęście plecak opatuliłem materiałem jako-tako przeciwdeszczowym. Sam założyłem raincuty, przez co nie mokłem, ale również nie miałem żadnych problemów z niską temperaturą otoczenia. Kolejne dwa dni w południowej Norwegii to natomiast fantastyczna pogoda z przyjemną temperaturą rzędu 21-24℃. Tutaj też trafiłem na piesze szlaki po wzgórzach, pośród lasów, łąk i generalnie rzecz biorąc zieleni. Oczywiście nie był to nawet ułamek spektakularności norweskiej przyrody, którą miałem okazję oglądać choćby za oknami nocnego pociągu do Oslo. Jednak to wszystko tak bardzo cieszyło, że postanowiłem dalej próbować się z tą ultra-nisko-kosztową wersją podróżowania po Norwegii. No bo wyobraźcie sobie wieczór na półce skalnej nad lokalnym skrzyżowaniem dróg z widokiem na kilkadziesiąt najbliższych kilometrów. Kolacja i czytanie książki przez dwie wieczorne godziny aż zacznie się ściemniać. Potem wycofanie do lasu na upatrzoną wcześniej pozycję. Rano pobudka i śniadanie w tym samym - opromienionym porannym słońcem - miejscu. A potem tuptanie po okolicznych wzgórzach z widokami na wcinające się wgłąb lądu zatoki. Yami :-)









Ze spraw organizacyjnych - wyjazd był raczej w kategoriach spontanu. Niemniej pewne przypuszczenia okazały się trafnym wyborem. Po pierwsze, wreszcie zainwestowałem w trekkerską odzież. Klasycznie na cebulkę z konfiguracją zależną od pogodowej prognozy. Bielizna ocieplana, cienkie koszulki sportowe, polar, bezrękawnik, raincut, cienkie wełniane rękawiczki, opaska na uszy i komin (mogący służyć jako czapka, opaska, szalik itp.). Do tego spodnie ze ściąganym dołem nogawek, sportowe skarpetki do chodzenia i nieprzemakalne buty na grubszej oraz przyczepnej podeszwie. Wyżywienie to duża ilość tostów, batony i ze dwie paki kabanosów. Dzięki temu na miejscu jedynie kupowałem płyny, z osiem bananów i jakieś paluszki. Sprawy noclegowe to oczywiście nieśmiertelny dmuchany materac, koc termiczny i kupiony w Lidlu śpiwór mumia. Jego zakres temperaturowy (+5,5℃ przedział zmiany i +9,7℃ przedział komfortu) był w sam raz. Oczywiście wiadomo że pod śpiworem śpi się w bieliźnie termicznej i czasami z nałożonym polarem, ale szczerze byłem zadowolony z tego zakupu. Zwłaszcza, że waży to niewiele a po mocnym ściśnięciu szelek kompresyjnych zajmuje stosunkowo mało miejsca. Kosmetyczka to natomiast m.in. plastry, chusteczki nawilżane, psikadło na komary, paczka zapałek i trzy pogrzewacze. Zero płynów do kąpieli, szamponów, chociaż zapasowo jakieś małe mydełko miałem ;) W telefonie za to sporo muzyki, jakieś dwa filmy, ściągnięte mapy okolic i oczywiście powerbank pozwalający na spokojne funkcjonowanie bez prądu przez około cztery dni. Wszystko to zmieściłem w mały bagaż podręczny zgodny ze standardami Wizz Air. Da się :D



Ogółem, chociaż wyjazd zaliczam do raczej ciężkich przeżyć, to wspominam go bardzo pozytywnie. Dość duży wpływ na to mają czynniki niezwiązane bezpośrednio z wypadem. Chodzi o całkowicie nowe wyzwania i zakres doświadczeń. Dodatkowo podczas przesiadki w Gdańsku poznałem pewnego tambylczego wariatosa, dzięki której mój licznik lotów niemal eksplodował, a na trasie Wrocław - Modlin zaczynam walczyć o frequent flyera ;) Niemniej wygląda na to, że chyba zmieniają mi się priorytety w kwestii celów podróży. Zauważyłem to podczas ostatniej wizyty w Maroku, kiedy to gwiazdą wyjazdu był nie Marrakesz, nie Casablanka a droga wzdłuż wybrzeża atlantyckiego. Trochę miast już zwiedziłem i na naszym kontynencie zaczynają się już kończyć miejsca zachwycające praktycznie każdego odwiedzającego. Z naturą jest natomiast tak, że nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Pamiętam zaskoczenia na Minorce, która sama w sobie jest bardzo fajna do zwiedzania rowerem. Po kilku kilometrach można jednak wyjechać na ukrytą gdzieś w lesie plażę, na której przebywa kilkadziesiąt osób. Tak samo w każdym innym miejscu - możesz przedzierać się przez mało interesujące okolice a nagle Twoim oczom pojawi się coś niezwykłego, o czym nikt nigdzie nie wspominał. Czy koniecznie do Norwegii? Nie na siłę. W naszym kraju również jest wiele miejsc zielonych wartych tuptania przez dwa dni. Owszem, u nich na wolności chodzą łosie (w okolicy Trondheim widziałem trzy), u nas natomiast sarny i jelenie. Norwegia ma jednak taki trekkerski klimat, gdzie cały naród jest bardzo sportowo nastawiony do życia. Tą przyrodę też chłonie się tam jakby bardziej. Może to przez jej dzicz, kontrasty wody i wzgórz, skałek i zieleni, zimowego mrozu i letniego słońca. Poza tym żyjemy w tych pięknych czasach, gdy naprawdę bez problemów można znaleźć bilety za 80 złotych we dwie strony. Mam zamiar z tego skorzystać i za rok zrobić niejedną weekendową powtórkę.