Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spanie na lotnisku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spanie na lotnisku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - spanie na lotnisku w Hawanie

Jednym z powodów dla których kupiliśmy akurat te bilety, były godziny rejsów. W drodze powrotnej z Hawany mieliśmy bowiem startować minuty po godzinie 6. rano, a z Mexico City do Europy nieco przed północą tego samego dnia. Czyli nie tylko mieliśmy okazję do zwiedzenia dodatkowego miejsca, co jeszcze zaliczaliśmy potencjalną oszczędność w postaci darmowej nocki na kubańskim lotnisku. Potencjalną, ponieważ mała ilość rzetelnych informacji, jak też kontrowersyjność Kuby, sprzyja pojawianiu się wielu nieprawdziwych plotek (czyt. problemy z dojazdem, zamykany terminal i niesympatyczna ochrona lotniska). Oszczędność jednak istotna, ponieważ - o czym wspomnę w jednym z kolejnych wpisów - nocleg w centrum Hawany może kosztować nawet 100 złotych.

Nocna tablica odlotów na lotnisku w Hawanie

Ostatecznie okazało się, że na lotnisku w Hawanie można spać. Terminal międzynarodowy jest bowiem otwarty non-stop. Niestety przez całą dobę odbywają się także operacje lotnicze, przez co kilkugodzinna drzemka raczej nie należy do najspokojniejszych. Dołączone zdjęcia pokazują, że nie ma żadnej szansy na spanie na dolnym piętrze - w hali przylotów. Takie tłumy są tam cały czas. Zwłaszcza, że procedura celna dla zwożących na wyspę mnóstwo importowanego towaru lokalsów, trwa całe wieki. Jeśli więc samolot z Mexico City wylądował chwilę przed północą, nie zdziwiłbym się, gdyby część przebywających na przylotach spotkała się z wyczekiwanymi pasażerami tego lotu dopiero o czwartej rano.

Hala przylotów na lotnisku w Hawanie - takie tłumy obecne są tam przez całą dobę

Dużo spokojniej, zarówno z powodu mniejszej ilości ludzi, jak też ogólnikowo większej przestrzeni, jest na piętrze odlotów. Niestety potwierdzają się tutaj wpisy w internecie - całe piętro jest piekielnie zimne. Warto jednak poszukać. W trakcie wędrówki po terminalu okazało się bowiem, że jego lewa strona była nieco cieplejsza. Jeśli chodzi o miejsca do siedzenia, jest ich bardzo niewiele. Nam udało się znaleźć rząd czterech siedzeń bez podłokietników. Mimo tego postanowiłem skorzystać z dmuchanego materaca i, obowiązkowo, śpiwora na zakres temperatur powyżej 10℃ (oczywiście przy wcześniejszym ubraniu się w nieco cieplejsze ciuchy). Bagaże trzymaliśmy na stojącym obok wózku, który dodatkowo przypięliśmy (metodą plątaniny) do naszego rzędu siedzeń. Kradzieży nie doświadczyliśmy, być może dlatego, że z dwie godziny spaliśmy obok kolejki do odprawy na lot Air France.

Stanowiska check-in na lotnisku w Hawanie

Górnego piętra raczej nie polecam. Znajduje się tam mała i przygnębiająca knajpka, z przesiadującymi wyłącznie lokalsami.  Nieco dalej znajduje się większa przestrzeń, nieznacznie cieplejsza i z mniejszą ilością światła. Niemniej przechadzając się po tamtych okolicach zostałem w niewybredny sposób wygoniony przez pracownicę, akurat wychodzącą z jednego z pomieszczeń.

czwartek, 30 czerwca 2016

Pathfinder - przecieranie szlaków na lotnisku Olsztyn-Mazury

O lotnisku w Szymanach wspominałem całkiem niedawno przy okazji opisywania szaleństwa nowych lotnisk. Szyderę toczoną tym wpisem mogłem chwilę później zweryfikować na własnej skórze. Wszystko to za sprawą uruchomionych połączeń z Wrocławia. Opcja godzinowa świetna - wylot w piątek o 20:10, powrót w poniedziałek o 09:40. Koszt biletu w wysokości 200 złotych wiadomej części ciała nie urywa, niemniej jest to bodaj najtańsza opcja zaliczenia tego lotniska, jak też okazja pierwszej w życiu turystycznej wizyty na Mazurach. Zatem lecim :-) 

Już sam nie wiem który to raz w piątkowe popołudnie stawiłem się na lotnisku we Wrocławiu. Tym razem jednak nieco inaczej - zamiast od razu zmierzać pod gate, musiałem skierować się do check-in celem nadania przysługującego w Sprint Air bagażu. Z Dorotą zauważyliśmy ciekawą właściwość, że ilość zabieranych rzeczy chyba rzeczywiście jest efektem wyłącznie ograniczeń linii. Gdybyśmy lecieli Wizz Air, z pewnością tak byśmy czarowali, aby zmieścić się w małe plecaki. Gdy jednak mogliśmy wziąć ze sobą nieco więcej - ledwo zmieściłem się w swoją pięćdziesiątkę. A bo to kask do roweru, raincuty, niekoniecznie odchudzona kosmetyczka itp. Poza tym podejście do check-in nie wynikało z ilości tym razem zabieranego bagażu, co konieczności. Przewoźnik pozwala bowiem zabrać na pokład tylko 5kg bagażu o grubości do 12 cm. Co ciekawe, bagaż nadawany też ma zaskakujące ograniczenia - do 8kg :D


Rejs do Szyman był moim pierwszym lotem na pokładzie Saaba 340. Jest to malutki samolot krótkodystansowy przeznaczony do rejsów o mniejszym zapotrzebowaniu. Na pokładzie mieści bowiem maksymalnie 33 pasażerów. Ciekawostką jest rozmieszczenie foteli w układzie 1+2. Sprint Air posiada takich maszyn 11. Większość z nich służy do przewozu towarów, trzy natomiast prowadzą rejsy pasażerskie na trasie Zielona Góra - Warszawa, oraz z lotnisk Olsztyn-Szymany i Radom. Podczas odprawy poprosiłem o miejsce na przedzie maszyny, przy oknie. Siedziałem więc w czwartym rzędzie, jak się okazało - mimo wszystko za łopatami silnika, który zasłaniał mi większość widoku. Część pasażerów być może będzie narzekać na nieco stary wystrój kabiny. Niedogodności te jednak zostaną pewnie zniwelowane przestrzenią między fotelami - chyba nawet nieco większą niż w klasie ekonomicznej klasycznych linii lotniczych. No i to, co uwielbiam z Embraerów - pod ścianką znajduje się podwyższenie o które można oprzeć nogę ;)

Miejsce na nogi w Saabie 340 linii Sprint Air

Poczęstunek na pokładzie Sprint Air

Widok w środku Saaba 340 z rzędu numer 11


Sam rejs to także swego rodzaju przygoda dla osoby podróżującej zazwyczaj odrzutowcami. Wysokość przelotowa - około 6000 metrów, prędkość rejsowa - 400 km/h. Pewnie dlatego po starcie wydawało mi się że lecimy i lecimy i nie możemy z tego Wrocławia wylecieć ;) Chwilę po starcie cabin crew zaoferowała wodę i słodki poczęstunek w postaci Princessy. Hm... jak by nie patrzeć - standard nieco lepszy niż w PLL LOT ;) Na pokładzie miało natomiast być 20 pasażerów. Szczerze, wynik całkiem niezły jak na połączenie bez żadnej reklamy, realizowane miesiąc od ogłoszenia o jego uruchomieniu. Na pokładzie mieszanka - jakaś rodzinka z dzieckiem, para zapewne zorientowanych w tematyce lotniczej około dwudziestolatków, prawdopodobnie lecący do rodziny, jakiś fan Mazur i nawet jeden gajerek.

Po wylądowaniu podążając za samochodem follow me podjechaliśmy pod terminal. Po co, nie wiem. Z pewnością byśmy się nie zgubili, skoro nic innego nie było obsługiwane. Po prostu urok małych lotnisk ;) Faktem jest natomiast, że gdy wyszedłem z samolotu, musiałem chwilę postać i popatrzeć się na terminal lotniska. Szczerze? Jest ładny, bardzo ładny. Uderza połączeniem ciemnego szkła, metalowych dekorów, gdzieniegdzie kamienistych ścian i drewna. Nie znam się na architekturze, ale tutaj bardzo spodobało mi się nawiązanie do natury i elegancji. Wrażenie to nie znika po wejściu do środka terminala. Na piętrze znajdują się eleganckie kanapy, podłoga obita jest mięciutkim dywanem. Super, tylko niestety nie będzie tam można zostać na noc. Ale tym będę się martwił za dwa dni :-)

Weekend postanowiliśmy spędzić na polu namiotowym Binduga nad jeziorem Świętajno. Jak pisałem we wspomnianym wcześniej poście, ciężko by było to zrealizować bez wsparcia lokalsów. Dlatego na miejsce dojechaliśmy samochodem. Chociaż od lotniska dzieliła nas odległość 26 kilometrów, na miejsce przyjechaliśmy już po zachodzie słońca. Zdążyliśmy jedynie rozbić namiot i wypić na molo po piwku.

Sobotę spędziliśmy pod znakiem lenistwa. Nie chciało nam się jednak jechać gdzieś na rowerze. Woleliśmy poleżeć nad jeziorem, potem w lesie - słuchając relacji z meczu piłkarskiej reprezentacji Polski ze Szwajcarią, oraz nieco spacerując. Wrażenia z pobytu mam mieszane. Z jednej strony kontakt z naturą, znów ognisko i spanie w plenerze. Z drugiej jednak wyłożone kaflami wychodki i sensownej jakości zlewy. Ta niezła jakość kontrastowała natomiast z prysznicem, którego sposobu działania - oprócz pożerania kolejnych złotówek - nie byłem w stanie zrozumieć. Raz bowiem leciała ciepła woda, potem wrzątek, a potem znów niefajnie pachnąca lodówka. Do tego wokół było jednak mnóstwo innych wypoczynkowiczów. Spoko, my się schowaliśmy nieco wgłąb lasu, jednak nad samym brzegiem namioty były rozstawione gęsto, niczym koce nad Bałtykiem. Dodatkowo przy wielu z nich odbywały się rzęsiste imprezy z prostą, niekiedy dudniącą muzyką. Dobra, nie narzekam. Nie przepadam, ale trzeba czasami też tak, aby mieć potem szerszy kontekst :-)

Okolice Jeziora Świętajno chwilę po starcie z lotniska Olsztyn-Mazury


Na niedzielę zapowiadano załamanie pogody z intensywnymi burzami. Dlatego postanowiliśmy przejechać się do Olsztyna. Łatwiej bowiem ulewę przeczekać w kawiarni, niż moknącym namiocie ;) Koniec końców tak źle nie było. W mieście spędziliśmy kilka godzin, schodząc całą starówkę i dwa okoliczne jeziora. Przyznam się Wam szczerze, że miasto zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Centralna jego część jest ładna, z klimatem, do pospacerowania. W szczególności zaciekawiły nas jednak okoliczne jeziora, których na terenie miasta jest bodaj kilkanaście. Jezioro Długie obeszliśmy dookoła, po fajnie utrzymanej ścieżce. Zaskoczyła nas jednak bardzo ciekawa infrastruktura wokół jeziora Ukiel. Jeszcze kilka lat temu miejsca tego typu w większości miast to była najczęściej dzicz z samowolnymi, lub bardzo słabo zorganizowanymi plażami. Dziś jednak władze regionalne dostrzegają potencjał takich miejsc a dzięki dofinansowaniu z Unii dokonują rewitalizacji, tworząc świetne miejsce do aktywnego, oraz leniwego wypoczynku. Fajna infrastruktura pozwala znaleźć coś dla każdego - od terenów spacerowych, przez kawiarnie, po plaże ze strzeżonym, wydzielonym obszarem do pływania, boiska, molo, pomosty dla wszelkiego typu maszyn pływających, hotele i wypożyczalnie sprzętu rekreacyjnego. Gdy do tego dodać kilkadziesiąt kilometrów ścieżek rowerowych wokół jezior i pośród miejskich terenów zielonych - w tym momencie Olsztyn nas kupił. Stwierdziliśmy bowiem, że będzie tam trzeba wrócić z rowerami, tak aby przez weekend pokręcić się po okolicy. Niestety dopiero za rok, w trakcie tego wyjazdu kupowaliśmy już bowiem bilety lotnicze na wypady z przełomu sierpnia i września ;) Zdradzę tylko, że tym razem zabieram bratanicę do Warszawy a dwa tygodnie później lecimy do Kolonii.

Z Olsztyna wyjeżdżaliśmy w trakcie przybierającej na sile burzy. Mocno komplikowało mi to plany noclegowe. Jako że - czego dowiedziałem się w piątek - terminal w Szymanach jest zamykany na noc, planowałem w formie emergency noc spędzić pod namiotem rozbitym w lesie nieopodal terminala. Jednak przy tego rozmiaru ulewie wszędzie stała woda. Na szczęście po rozmowie z obsługą portu i SOListami okazało się, że nie będzie wielkiego problemu, jeśli swój materac i śpiwór rozłożę obok wejścia do terminala. Panowie mnie tylko wylegitymowali, po zamknięciu obiektu przeszliśmy odprawę w postaci krótkiej rozmowy i około godziny 23. mogłem już zapadać w sen. Z tym też wiąże się tytuł wpisu - przecieranie szlaków. Jak się bowiem okazało, byłem pierwszą osobą, która chciała spędzić noc na lotnisku w Szymanach :D Oczywiście nie omieszkałem wspomnieć pracownikom, że powinni się przyzwyczajać do tego typu widoków jak już dostaną swoją bazę Wizz Air. Moje i Doroty przypuszczenia co do tego przewoźnika zostały jednak szybko zweryfikowane informacją, że zamknięcie terminala jest wymuszone zakazem operacji lotniczych po godzinie 22. Lotnisko leży bowiem na obszarze Natura 2000. W takiej sytuacji, jeśli samolot nie będzie w stanie lądować - standardowo - w okolicach północy, raczej przekreśla kwestię bazy.

Moje miejsce noclegowe na lotnisku Olsztyn-Mazury


A szkoda, ponieważ lotnisko w Szymanach zyskało naszą sporą sympatię. Świetny wygląd, miła obsługa i taka wciąż ciekawość pracowników że ktoś chce korzystać z ich lotniska sprawiają, że aż chce się życzyć powodzenia. Póki co, rozkład się nieco unormował, koncentrując na wakacyjnych lotach weekendowych. Podobno rejsy Saabami mają wypełnienie średnio około 50%. U nas na powrocie znów było 20 pasażerów, w tym dwa gajerki :-) Luton podobno idzie nieźle, tylko niestety Adria do Monachium również przewozi 20-40 pasażerów.



Jednak tak szczerze, ciśnienie jest. Jest bowiem ładny terminal, tuż obok znajduje się stacja kolejki skorelowanej z planem lotów, jest też jakiś zaczątek siatki połączeń. Można wypożyczyć samochód, tylko trzeba by było jeszcze pomyśleć o możliwości łatwego i sensownego dostania się w różne części Mazurskich jezior. Jak bowiem podsłuchiwałem w autobusie we Wrocławiu, bilet na pociąg do Olsztyna jest niewiele tańszy niż przelot w podstawowej taryfie 100 złotych OW. A oszczędność czasu i atrakcyjna godzina lotu weekendowego również są nie bez znaczenia. Czy więc wypali? Szczerze, do kwestii Szyman zacząłem podchodzić mniej humorystycznie a bardziej przychylnie, niż jeszcze tydzień temu.

Dużo drewna w terminalowym wystroju

Górne piętro w terminalu

Terminal lotniska Olsztyn-Mazury

Stacja kolejowa przy lotnisku Olsztyn-Mazury


Na sam koniec tylko dodam, że rejs powrotni odbył się bez żadnych problemów, czy sytuacji nadzwyczajnych. Lądowaliśmy 20 minut przed czasem, chwilę później byłem już w biurze. Jedną z rzeczy które ogromnie cenię w nowej pracy jest prysznic. Dlatego godzinę po rozkładowym czasie przylotu byłem już wykąpany, w świeżych ciuchach i po śniadaniu. Tylko ten opatulony przeciwdeszczowym poszyciem plecak z pewnością powodował stwierdzenie osób z firmy: no tak, weekend, więc wariata znów gdzieś wywiało ;) 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Mapka wyjazdów - nowy element na blogu

Przyglądając się sieci internetowej na przestrzeni ostatnich kilku lat bardzo łatwo można odnieść wrażenie że Google jest na najlepszej drodze do realnego urzeczywistnienia kilku anarchistycznych wizji świata przyszłości. Ogromna sieć, globalna baza danych inwigilująca i wiedząca wszystko o wszystkich oraz brak możliwości wyrwania się poza jej system. Może i tak będzie, ale póki co ten informatyczny gigant zdobywa sobie kolejnych fanów (monopolizując raz po raz kolejne części internetu) za pomocą fantastycznych i piekielnie funkcjonalnych aplikacji. Jedną z nich jest Google Maps - doskonale znana chyba każdemu planującemu jakiekolwiek poruszanie się po nieznanym terenie.
Oprócz zwykłej mapy czy programu GoogleEarth, do sieci udostępniony też został rozbudowany interfejs sterujący (tzw. "API"), dzięki czemu mapy można wykorzystać do niezliczonej ilości pomysłów - choćby na cele serwisu Panoramio. Z systemem tym zetknąłem się jakieś dwa lata temu przyuczając się do programowania stron www. Efektem tego była m.in. mapka umiejscowiona w prawym górnym rogu bloga. Przedstawiała ona miejsca odwiedzone, trasy lotów i krótkie opisy. Dużą jej wadą była wielkość, dlatego już na samym początku postanowiłem przenieść ją gdzieś indziej. System był prawie gotowy, ale od roku jakoś nie mogłem się zabrać za jego wykończenie i przeniesienie. Ot taki tam brak weny ;)
Wpisem tym chciałem poinformować, że mapka została wreszcie przeniesiona. Znajduje się na specjalnej podstronie (link tutaj) a jej dotychczasowe miejsce zostało zastąpione elementem stałym. Sama mapka stała się przy okazji fajną prezentacją zawartości tego bloga. Wystarczyło bowiem odpowiednio skatalogować dane, aby były one pogrupowane w konkretne wyjazdy. Do tego prosta sztuczka pozwala na łączenie wyjazdów/wpisów z materiałami zamieszczonymi na tym blogu. Dlatego np. wybrane miasta informują o zamieszczonym przewodniku, a wyjazdy o napisanej relacji. Całość została również rozszerzona o linki kierujące do odpowiednich grup zdjęć umieszczonych na moim profilu w serwisie Panoramio.
Aby dostać się do zestawu informacji związanych z danym miejscem, wystarczy kliknąć jego ikonę na mapie. Opcjonalnie pod mapą znajduje się mały pasek, którego kliknięcie spowoduje pojawienie się opcji dodatkowych. Jest to warstwa wyświetleń umożliwiająca ukrycie wybranych punktów (np. linie z lotami, albo ikony z lotniskami). Drugą opcją jest lista zdefiniowanych wyjazdów rozwinięcie których pokazuje podsumowanie dotyczące m.in. odbytych przy jego okazji lotów, odwiedzonych miejsc, etc. Przy każdym miejscu znajdują się linki do blogowych materiałów opisujących dany punkt. Kliknięcie na nazwie powoduje wyświetlenie na samej mapie dymka z informacjami.Ot taki bajer, który według mnie w fajny sposób wizualnie przedstawia zakres treści z tego bloga. 
Oczywiście ilość zawartych informacji powoduje że gdzieś tam mogą się pojawiać jeszcze drobne błędy. Postaram się je naprawiać w miarę wykrywania. Poza tym założenie jest takie, aby cała aplikacja była aktualizowana na bieżąco, tak aby warto było do niej zaglądać co jakiś czas. Mam nadzieję że do czegoś będzie Wam ona przydatna. Dla mnie to fajny trening znajomości GoogleMaps API - taki tam element dodatkowy który może kiedyś się przyda w pracy zawodowej :-)

czwartek, 19 maja 2011

Nad Adriatykiem

05-10 maj 2011, region Emilia-Romagna (Bolonia, Rimini, San Marino, Ravenna, Forlì)

Dla zainteresowanych: więcej fotek z tego wyjazdu można znaleźć na moim profilu serwisu Panoramio. Dokładniej pod tagiem 2011.05.05-10 - Emilia-Romagna (Bologna Rimini San Marino Ravenna Forli). Zeszłoroczne majówkowe mambo dżambo po południowej Europie pozostawiło sporo miłych wspomnień, dlatego też naturalną koleją rzeczy było rozważanie skorzystania z podobnej okazji w tym roku. Chociaż dzięki odpowiednio wczesnemu poinformowaniu o planach nie mielibyśmy w pracy problemów z urlopami, tak w tym roku oprócz pozytywnych wrażeń taki wyjazd mógł pozostawić spore luki w naszych portfelach. Nieco lepsza koniunktura na rynku pozwala bowiem na podwyższanie cen biletów, do tego doszła jeszcze sprawa beatyfikacji powodująca w pewnym momencie bardzo gwałtowne i wysokie skoki cen – w pewnym momencie śmiałem się że nawet na trasach krajowych wewnątrz Norwegii ;) Jako że stan finansowy wzmagał jeszcze pomysł spędzenia kilku dni we Włoszech, ostatecznie postanowiliśmy urlop przesunąć nieznacznie w czasie, standardowo łapiąc się na promocyjne ceny. Co nie oznacza że było śmiesznie tanio. Za priorytet postawiłem sobie bowiem zakup biletu do Bolonii bez Ryanair-owego haraczu w postaci opłaty za odprawę online – taki tam fetysz sprzeciwiający się polityce linii w niekoniecznie sprawiedliwy sposób walczącej z konkurencją – efektem czego było np. otworzenie trasy z Bolonii do Wrocławia. Cena powrotu z Forlì nie miała w takiej sytuacji dla mnie większego znaczenia. Co więcej, postanowiłem wykorzystać ten wypad do przywiezienia rozmaitych włoskich produktów do czego niezbędne było wykupienie bagażu rejestrowanego. 32 kilogramy u Wizz Air za 62 złote w porównaniu z piętnastoma Ryanair za większą cenę jest opcją jak najbardziej atrakcyjną.

Czwartek
Jako że lot tam był zaplanowany na godziny wieczorne, czwartek był moim standardowym dniem w pracy. Potem szybki powrót do domu, prysznic, obiad i wyjście na lotnisko. W międzyczasie do przygotowanych plecaków dodaliśmy jeszcze sandały i krótkie spodenki, ponieważ pogodowa szklana kula w ciągu doby mocno zmieniła zdanie przepowiadając bardziej słoneczne dni i cieplejsze temperatury.

Wrocław - Bolonia
Ryanair (FR4318)
reg: EI-ENI
wylot: 20:33 (planowo 20:45)
przylot: 21:53 (planowo 22:55)
pax na pokładzie: 149

Wprawdzie samolot do Wrocławia przyleciał sporo przed czasem, jednak w drogę powrotną z pasa startowego oderwał się niemal o ustalonej w rozkładzie godzinie. Chociaż po raz pierwszy od dłuższego czasu mój lot po zachodzie słońca odbywał się przy braku zachmurzenia, na wysokości przelotowej postanowiłem jednak bardziej skupiać się na magazynie pokładowym i lotniskowym niż obserwacji niewyraźnych (zakłócanych przez denerwujące oświetlenie cały czas zapalone w kabinie samolotu) świateł mijanych okolic. Nad Bolonię zalecieliśmy od południowego-zachodu. Do osi pasa startowego niemal do ostatniej chwili podchodziliśmy pod kątem prostym przez co z okien po lewej stronie samolotu dało się zauważyć cel naszego lotu. Przyznam się że ciągle do tego czasu wydawało mi się iż pas startowy jest miejscem widocznym niemal z daleka a co najmniej bardzo wyraźnie odróżnianym od pozostałych świateł w okolicy. Nic bardziej mylnego – tak naprawdę tylko moje „odchylenie” w stronę lotnictwa pozwoliło na zidentyfikowanie pewnej grupy świateł jako pasa startowego i okolicznych płyt postojowych. Od tego czasu żywię jeszcze większy szacunek do pilotów robiących wizualne podejście do lądowania!
Nasza procedura została nieco zakłócona przez będący wcześniej w kolejce jakiś mały samolot. Dlatego pilot pomimo bycia na prostej (tylko zapewne na zbyt dużej wysokości ponieważ lądujący przed nami samolot był dużo poniżej nas) w pewnym momencie zrobił lewoskrętne 360º o delikatnym promieniu a po minucie od ponownego znalezienia się na ścieżce posadził maszynę na pasie. Przy terminalu okazało się że wylądowaliśmy godzinę przed czasem! Pokazuje to że Bolonia daje się nieco sfrajerować Ryanair, ponieważ pomimo krótszego odcinka niż Forli-Wrocław, Ryanair według rozkładu swoją trasę leci dłużej niż Wizz Air. Nasz lot pokazał że ta zakładka czasowa jest zdecydowanie za duża – nawet biorąc pod uwagę tendencję do wolnych prędkości przelotowych według rozkładów linii nisko-kosztowych (wolniejsza prędkość pozwala na mniejsze spalanie paliwa co oznacza oszczędność). Do tego na miejscu byliśmy około godziny 22. Nasz kurs był ostatnim dla tej maszyny a jestem przekonany że przy lekkim ściśnięciu rozkładu i możliwości zakończenia rotacji po północy (często robi tak np. Wizz Air, Ryanair bardzo rzadko) samolot byłby w stanie po nas zrobić jeszcze jakąś krótką krajówkę...
Czwartek zakończyliśmy w terminalu gdzie po chwili odpoczynku i krótkim rozeznaniu terenu rozłożyliśmy nasz zestaw noclegowy. Niestety pomimo nocy i urlopu nie obyło się bez obowiązków związanych z pracą. Jako jeden z administratorów firmowego systemu informatycznego jestem bowiem automatycznie informowany o wykryciu nieprawidłowości w działaniu pewnych aplikacji. Ta na szczęście była bardzo błaha, jednak alarmy dochodziły co godzinę aż do rana zanim kolega na miejscu nie zresetował powodującej raportowanie maszyny ;)

Piątek
Piątek postanowiliśmy poświęcić na krótki briefing po planowanej na odwiedzenie kiedy indziej Bolonii oraz dojazd do Rimini. W mieście znaleźliśmy się przed godziną dziewiątą i po ulicach centrum kręciliśmy się do popołudnia. Początkowo byłem przerażony, ponieważ w drodze z lotniska Bolonia – delikatnie to ujmując – nie zachwyca. Ścisłe centrum początkowo nie potrafiło mnie ani przyciągnąć ani odepchnąć. Oko cieszył splendor architektury, mnóstwo arkad i traktów pieszych wiodących pod schronieniem budynków. Niepokoił jednak bardzo duży ruch i chaos finalizujący się rozsianiem parkingów dla samochodów/skuterów czy też wystawianiem dużych kontenerów na śmieci „gdzie popadnie”. Do tego porozwieszane wszędzie kable wchodziły w kadr każdej niemal fotki. Koniec końców kilka godzin aklimatyzacji sprawiło, że Bolonia została zapamiętana mimo wszystko pozytywnie i podczas przeglądania fotek z wyjazdów stwierdza się że jeszcze kiedyś będzie trzeba tam wrócić na dłużej.



Popołudnie spędziliśmy na dojeździe z Bolonii do oddalonego o około 100 kilometrów Rimini. Miasteczko to stało się naszym punktem wypadowym z powodu niewielkiej odległości od interesujących miejsc, nadmorskiej okolicy i stosunkowo tanich noclegów. Udało nam się znaleźć dwuosobowy pokój z bufetowym śniadaniem za €31 za dobę. Hotel został określony jako trzygwiazdkowy. Pewnie dlatego w korespondencji mailowej początkowo zaoferowano nam „promocyjną cenę €75 za noc”. Dopiero po zapytaniu czemu tak drogo skoro serwisy pośredniczące pokazują dużo niższą cenę doszliśmy do porozumienia. Dobrze to, ponieważ doświadczony nocowaniem we Włoszech w hotelach trzy i cztero-gwiazdkowych, naszemu zdecydowanie nie dałbym żadnej z tych kategorii. Korelując otrzymaną cenę i zastane warunki – oferta jest bardzo atrakcyjna. Jednak w kontekście pierwotnej stawki – sroga przesada!



Sobota
Sobota, jako dzień odpoczynku po bądź co bądź męczącym całodniowym chodzeniu z plecakami, została przeznaczona na Rimini. Najpierw trzy godzinki opalania w południowym słońcu, potem wynajem rowerów w okolicznej wypożyczalni i wyjazd do centrum Rimini. Rowery tanie jak – wszechobecny w Rimini – przysłowiowy борщ. Niestety – o czym się w późniejszych dniach przekonaliśmy – niska cena (€40 za dwa rowery na dwie doby) spowodowana jest również niską jakością, ale o tym za chwilę. Niestety centrum miasta nie zaskoczyło nas tak jak w zeszłym roku Palma na Majorce. Dlatego też wycofaliśmy się po stosunkowo krótkim czasie zaliczając jeszcze po zmroku kilka chwil na plaży i jako ciekawostkę – terminal lotniska Rimini.







Niedziela
W każdy nieco dłuższy wyjazd przynajmniej jeden dzień poświęcamy na aktywny wypoczynek. Zazwyczaj jest to rower i albo jakieś ustalone odległe miejsce, albo po prostu kręcenie się po okolicy. Tym razem padło na San Marino. Dlaczego? Bo swoimi niewielkimi rozmiarami i otoczeniem przez Włochy państewko to zawsze jakoś zwracało na siebie moją uwagę. Pomimo początkowych obaw co do trasy, pierwszy etap wyjazdu był bardzo przyjemny. Owszem, jechaliśmy dwupasmową trasą szybkiego ruchu, jednak w niedzielny poranek ruch był niewielki a całość trasy pokonywaliśmy dobrej jakości poboczem. Niestety mniej więcej w połowie drogi zaczęły się wzniesienia, których pokonanie okazało się być moim osobistym koszmarem. Jestem osobą wytrzymałą, na rowerze nie jeżdżę mało a i na zimę moje dwa kółka były zaprzęgane do jazdy. Niestety wspomniana wcześniej wypożyczalnia nie dysponowała sprzętem najlepszej jakości o czym dosadnie przekonywaliśmy się z każdą godziną korzystania z tamtych rowerów. Cóż tu dużo wspominać – kilkukrotnie poległem na podjazdach i większość trasy musiałem spędzić na pchaniu roweru do góry. Niemniej szczerze się przyznam, że po minach podjeżdżających na samą górę na profesjonalnym sprzęcie rowerzystów zauważyłem, że trasa ta do najłatwiejszych nie należy. W głowie pojawiło się więc wyzwanie, do którego będzie trzeba się zacząć przygotowywać i kiedyś stawić czoła :-)
Na samą górę San Marino dostaliśmy się oczywiście kolejką linową. A tam zupełnie inny świat. Urocze widoki na okolicę w promieniu do kilkunastu kilometrów (gdyby nie mgiełka spokojnie byłoby widać Adriatyk), oraz zamkowa zabudowa z niemal bajkowymi obrazami stojących na skraju pionowych zboczy wież. W trakcie zwiedzania przeszliśmy standardową trasę trzech wież. Później aby uciec od tłumnie przybyłych turystów zapędziliśmy się w rozmaite zakamarki krążąc pomiędzy kamiennymi, może nie wystawnymi, ale przyjemnie eleganckimi budynkami. W międzyczasie nie mogliśmy odmówić sobie pamiątkowego zakupu butelek miejscowego Amaretto i Likieru mlecznego. Następnie kolejką w dół, na rowery i kilkukilometrowy zjazd z lekkim strachem czy ten sprzęt nie zawiedzie nas gdzieś po drodze? Na szczęście bardzo mocno moderowane tempo zjazdu i krótki postój w połowie trasy (aby ostudzić ciągle używane hamulce i rawki) sprawiły że do końca dojechaliśmy bez żadnych praktycznie problemów. Tuż przed Rimini zerwał się jeszcze dość silny wiatr, który po zmroku przyniósł krótkotrwałą ulewę i silnie wzburzył morze. Dobrze że nie zepsuł dnia.
 


Poniedziałek
Niestety nad ranem wiatr był tylko nieco słabszy, dlatego też pierwsze godziny przedostatniego dnia spędziliśmy wygrzewając się w słońcu na osłoniętej ławce zamiast na plaży. Popołudnie postanowiliśmy poświęcić niedalekiej Ravennie – jednemu z początkowych celów głównych naszego wyjazdu. Początkowych, ponieważ z racji centralnego umiejscowienia wokół interesujących nas miejsc i pobliskiego wybrzeża postanowiliśmy jednak trzy noce spędzić w Rimini. Koniec końców z racji dostępności hoteli i niskich cen wszystkie noclegi odbyliśmy nad morzem a w Ravennie spędziliśmy przyjemne popołudnie korzystając z kolei regionalnych.
Same miasteczko – jak można było przeczytać wcześniej w przewodniku – nie jest jakieś nadmiernie urokliwe, zwłaszcza jeśli wcześniej miało się okazję zwiedzić kilka innych obowiązkowych punktów na mapie Włoch. Dużo uroku tracił bowiem z powodu zaparkowanych i czasami poruszających się po centrum samochodów. Gdyby nie one, miejscami moglibyśmy się poczuć jak w mniejszych miasteczkach Hiszpanii – bez wnikania w szczegóły nieco podobna zabudowa i leniwy charakter. Po zaopatrzeniu się w lokalnej informacji turystycznej w mapę Ravenny szybko nakreśliliśmy trasę wokół najważniejszych punktów. Ot muzeum, kilka pamiętających bardzo odległe czasy bazylik i kościół w którym spoczywają szczątki Dante Alighieriego. Z racji doskonałej pogody i niewielkich ilości dostępnego czasu nie zapuszczaliśmy się do środka muzeów pozostawiając je na następną wizytę. A podobno warto – Rawenna oferuje bowiem sporo świetnie zachowanych mozaik z czasów Starożytnych.






Wtorek
Początek ostatniego dnia wyjazdu to niemal plan dopięty na każdą dostępną minutę. Wczesna pobudka między innymi dzięki krążącemu w naszych okolicach policyjnemu helikopterowi. Niestety nie udało się rozwiązać zagadki z jakiej okazji prowadzone były te trwające kilkanaście minut kursy. Następne szybkie zakupy „pamiątek” w postaci rozmaitych włoskich produktów, dopakowanie plecaków, śniadanie i nieco ponad dwie godziny plaży. Później szybki powrót do hotelu, prysznic i zdanie pokoju na minutę przed omówionym czasem ;) Teraz to już tylko trzeba się było dostać na stację kolejową i przyglądając się coraz bardziej oddalonym wzgórzom San Marino zmierzaliśmy w stronę Forlì.
W miasteczku byliśmy jakoś po godzinie trzeciej. Po jednej z najlepszych cappuccino jakie miałem okazji wypić we Włoszech, zrobiliśmy krótką rundkę wokół niewielkiego centrum. Przesyceni jednak kilkudniowymi atrakcjami i zmęczeni dużo cięższymi niż zazwyczaj bagażami, większość czasu spędziliśmy na ławce przy pomniku na głównym placu miasteczka. Samo Forlì jakoś nas nadzwyczajnie nie zachwyciło. Niemniej zaskoczyła mnie nieco tamtejsza architektura. Jak na tak niewielką mieścinę sporo tam bowiem było kościołów z wysokimi wieżami a rozmaite państwowe/uczelniane/publiczne budynki ciekawiły przywiązaniem do wielkości i surowości zarazem.



Na lotnisku w Forlì znaleźliśmy się na dobre ponad trzy godziny przed planowanym odlotem. Heh, lotniskiem... Może bardziej niewielkim budynkiem które w ciągu doby odwiedza kilkaset osób wsiadających do odlatujących raptem kilku dziennie samolotów. Wszystko tam jest bowiem malutkich rozmiarów, zupełnie tak jak w regionalnych polskich lotniskach jeszcze przed ekspansją przewoźników nisko-kosztowych. Niemniej na sam koniec najprzyjemniejszy etap tego wypadu. Lot powrotni wykonywaliśmy bowiem na pokładzie Wizz Air. Bez żadnych problemów. Nadmierne zakupione we Włoszech kilogramy zostały bowiem spakowane do oddanego w check-in bagażu. Pomyśleć że w porównaniu do 15 kilogramów za 80 złotych u Ryanair, Wizz Air oferuje 32 kilogramy za ¾ tej ceny. Oczywiście starając się upchać jak najwięcej, w środku zmieściliśmy 17 kilogramów – wcześniejsze podróże wyłącznie z plecakami podręcznymi jednak uczą wyjazdów z rzeczami wyłącznie niezbędnymi :-) 

Forlì - Wrocław
Wizz Air (W61858)
reg: HA-LPR
wylot: 22:45 (planowo 22:35)
przylot: 00:08 (planowo 00:15)
pax na pokładzie: 129

Na pokładzie okazało się że trafiliśmy na moją ulubioną kobiecą drużynę stewardes. Po starcie kierowaliśmy się wzdłuż linii Adriatyku aż do okolic Wenecji gdzie pod nami zaczęły pojawiać się chmury. Do lądowania we Wrocławiu podeszliśmy w rzadki sposób – bez zbędnego kołowania nad miastem lądując od strony zachodniej.
Lądowanie kilka minut przed czasem, czyli w okolicach północy. Z jednej strony uwielbiam takie godziny, ponieważ na miejscu dostępny czas wykorzystywany jest niemal do ostatniej minuty. Z drugiej strony już 8 godzin później musiałem być w pracy zwarty, gotowy i w pełni skoncentrowany na ostatnim sprawdzeniu umów i uruchomieniu finansowego podserwisu jednego z największych polskich portali internetowych. Na szczęście w Polsce w tym czasie nic się nie zmieniło i jak zawsze można było liczyć na kolejną „drobną obsuwę” w planach ;-)

środa, 13 kwietnia 2011

Drugi kontakt z czarnym lądem

19-23 styczeń 2011, Maroko

Dla zainteresowanych: więcej fotek z tego wyjazdu można znaleźć na moim profilu serwisu Panoramio. Dokładniej pod tagiem 2011.01.19-23 - Morocco (Oujda Nador Melilla).
Naszym pierwszym i do niedawna jedynym kontaktem z Afrykańskim lądem była jedyna jak dotąd przygoda z biurem podróży. Mimo wszystko pewne negatywne wrażenia wynikające z formy wyjazdu, jak też niemiłych niespodzianek jakie nas zastały na miejscu spowodowały, że ani nie miałem przez najbliższy czas ochoty na branie udziału w wyjazdach zorganizowanych ani nie ciągnęło mnie do krajów arabskich. Jako że pierwsze z nich uznaję za zbędne w momencie gdy mam udane doświadczenia w organizowaniu wycieczek na własną rękę, tak drugie przez jakiś czas zaczęło tracić na ważności. Koniec końców któregoś dnia zwróciłem uwagę na połączenie faktów dogodnych przesiadek, możliwości wylotów w odpowiednich dniach a nawet godzinach, oraz niskich cen wynikających z konkurencji na danej trasie. Pomyślałem więc czemu nie spróbować się z opisywanym przez coraz większą liczbę znajomych Marokiem? Kilka tygodni obserwowania systemu rezerwacyjnego pozwoliło wstrzelić się w odpowiednie promocje co stworzyło fundament do dalszych planów.
Planów może i tak, ale ich realizacja na przestrzeni całego wyjazdu była raczej kiepska. Generalnie jak w większości przypadków najpierw jestem zainteresowany lotem na danej trasie a dopiero potem szukam co można by było w danej okolicy zwiedzić. W tym przypadku nieco czasu spędzonego na przestudiowaniu mapy okolic i zdjęć zamieszczonych na serwisie Panoramio zachęciło mnie na wybranie się do Oranu. W sumie jest to jakieś około 200 kilometrów od lotniska docelowego ale uznałem że w przypadku braku tanich połączeń lotniczych warto. Niestety dopiero kilka dni później dowiedziałem się że granica lądowa pomiędzy Marokiem a Algierią jest od kilkunastu lat zamknięta. Można by więc odwiedzić dziki Atlas na południu. Jednak pomyślałem sobie że nie ma sensu zbyt przeginać podczas pierwszej wizyty w mimo wszystko obcym i odmiennym w porównaniu do Polski kraju. Postawiłem więc na spróbowanie się z wynajmem samochodu, objechaniem północno-wschodniego wybrzeża (budujące się i jeszcze mało znane miejscowości turystyczne z podobno całkiem niezłą infrastrukturą), odwiedzinami w Nadorze i Melilli oraz krótki wypad w odnogę Atlasu znajdującą się na północ od docelowej Wadżdy. Plan taki przedstawiłem też na lotnisku przesiadkowym dziewczynie, która do momentu stawienia się przed bramką w Charleroi nie wiedziała nic o miejscu docelowym oprócz tego, że lecimy do „kraju paszportowego”. Swoją drogą na kilka dni przed wyjazdem miałem małego stresa, ponieważ na sześć przewertowanych w EMPiKu przewodników tylko jeden zawierał kilka stron o tej części Maroka do której się wybieraliśmy. Inny wspominał jedynie że jest to zupełnie nieinteresujący pod względem turystycznym rejon a pozostałe wschodnią część kraju zupełnie przemilczały! Oczywiście o opcji rezerwacji hotelu przez internet też należało zapomnieć. Szczerze w trakcie lotu miałem tylko nadzieję, że w Maroku nie czerpano wzorów z części miast Europejskich w których w tzw. sezonie zimowym część hoteli i pensjonatów noclegowych jest po prostu pozamykanych...

Czwartek
Same loty bez historii. Po powrocie z pracy szybko wskoczyłem do wanny, zjadłem obiad, wziąłem spakowany dzień wcześniej plecak i hop do Charleroi. Tam nocka w wypróbowanym podczas wcześniejszego wypadu do Wenecji kącie i kilka minut po godzinie szóstej popijaliśmy już kawę po stronie airside terminala. Lot do Oujdy to w moim przypadku w głównej mierze sen. Obudziłem się już nad Hiszpanią na kilkanaście minut przed opuszczeniem kontynentu. Wylecieliśmy w okolicach Almerii a Afrykę podchodziliśmy od strony przylądka w okolicach Nadoru. Fantastycznie z góry było widać Melillę, Nador a następnie wznoszące się coraz wyżej okolice Atlasu. Krótki lot na ciągłym zniżaniu, po czym zakręt w lewo i lądowanie na pasie 06. Jak pokazuje Google Earth, lotnisko w Oujdzie to dziwaczny i mało optymalny układ pasów startowych oraz nowiutki budynek terminala. Na miejscach przy rękawach stały dwa samoloty Jet4you. Można więc powiedzieć że nieźle, ale jednak z naszym były to trzy kursy z zaplanowanych pięciu tego dnia. Ale już niedługo. Ten rejon Maroka zaczyna bowiem mocno inwestować w ruch turystyczny i w ciepłym sezonie będzie można dostać się tam lotem bezpośrednim nawet z Polski :-)
Na miejscu 30 minut w kolejce do odprawy wizowo-paszportowej i „Welcome to Morocco”. Jak się później okazało internet nie kłamał – z lotniska nie dało się dostać do miasta inaczej jak wyłącznie taksówką. Postanowiliśmy więc ominąć tą niedogodność i wynająć samochód już na lotnisku. Ok, zjawił się ktoś w miarę mówiący po angielsku, cena była zadowalająca, rozpoczęliśmy zatem papierkologię z wymianą Euro na Dirhamy włącznie. Na szczęście w terminalu znajdowała się placówka Poczty państwowej więc jak się później okazało nie zostaliśmy złupieni na turystycznym przeliczniku. Niemniej kolejne przysłowie okazało się prawdziwe – pierwsze śliwki robaczywki. Nigdy wcześniej nie bawiliśmy się w wynajem samochodów i dopiero na miejscu okazało się że nasza karta nie pozwoli na transakcję. OK, będę szczery, tak naprawdę to zupełnie wypadła nam z głowy opcja kaucji jaką mielibyśmy uiścić za samochód, tak więc nawet gdyby karta przeszła to byłyby nici ;) Tak więc kolejna już zmiana planów – musieliśmy się przeprosić z myślą jazdy grand taxi po autostradzie, oczywiście bez zamontowanych w samochodzie pasów. Kurs do Wadżdy kosztował nas 150 Dirhamów. Akceptowalna cena, ale jak na warunki Marokańskie to zdzierstwo o czym później.

W drodze do Maroka



Wadżda/Oujda/Użda
Wysadzono nas na moje życzenie przy bulwarze Mohammeda V. Pamiętałem z przewodnika że to dobry punkt orientacyjny w mieście. Rzeczywiście, chwila spokoju, dokładniejsze wczytanie w książkę i mogliśmy zabrać się za szukanie zaznaczonych na mapce hoteli. Wzięliśmy pierwszy lepszy – kosztujący 100 Dirhamów od osoby, zimny i z łazienką w stanie co najmniej kiepskim. Niemniej pomyślałem że to tylko na jedną noc a poza tym w recepcji znajdował się ktoś w miarę płynnie porozumiewający się w języku angielskim. Wątek to o tyle ciekawy, że napotkany przy recepcji ów starszy pan przedstawiał się jako były ambasador francuski w około trzydziestu krajach. W krótkich rozmowach wspominał że zwiedził pół świata – m.in. nasz kraj w latach osiemdziesiątych. Wiedzę miał na niezłym poziomie i oprócz kilku praktycznych rad odnośnie Maroka można było też usłyszeć ciekawe historie z innych krajów i sfer ichniejszych władz. Musiało coś w tym być, ponieważ w pewnym momencie rozmówca zaimponował mi nawet pewną wiedzą na temat sytuacji politycznej w Polsce. Oczywiście pojawił się wątek katastrofy na lotnisku w Smoleńsku i krótkie zdanie że „ten mały” kandydował później na Prezydenta, ale że „Polacy na szczęście nie są aż tak głupi aby go wybrać” :D
Pierwszy dzień pobytu w Maroku spędziliśmy więc w całości w Wadżdzie. Już popołudniu kręciliśmy się po Medinie przecierając co chwila oczy ze zdumienia na fakt co się tam wyrabia. Oczywiście po wizycie w hali targowej w Tunezyjskim Monastirze byliśmy już przyzwyczajeni do widoków łupanych grubym tasakiem kozich głów, sprzedawanych na ziemi małż czy zawiniętych w gazecie krwawych móżdżków. Bardziej zaskakiwał nas fakt ilości prowadzonych w okolicach remontów. Tak jakby miasto zgarnęło całą pulę dofinansowania z Unii Europejskiej i postanowiło wyremontować 80% budynków w ścisłym centrum. No a przynajmniej 80% zewnętrznych ścian tych budynków :-) Szczerze to nie wiem czy u nich tak zawsze na zimę, ale powiedziałem sobie że z ciekawości za kilka lat będę musiał jeszcze raz odwiedzić Oujdę aby zobaczyć efekty wszystkich zmian.
Gdzieś w wolnej chwili nie mogliśmy odmówić sobie szklanki słynnej marokańskiej herbaty. Rzeczywiście – widok fenomenalny, kiedy szklanka niemal do połowy wysokości wypełniona jest pędami świeżej mięty. Jeszcze większe zaskoczenie dopadło nas, kiedy siedzący obok Marokańczyk postanowił posłodzić swoją porcję siedmioma kostkami cukru! Coś w tym jest, że człowiek nie wierzy w niektóre historie dopóki nie przekona się o nich na własnych oczach. Niestety pozytywne wrażenie z początku dnia zamazane zostało przez pierwszą noc hotelową. Niestety, ponieważ w Afryce budynki zazwyczaj są nieogrzewane a jedyną możliwością ochrony przed zimnem jest przykrycie się kilkoma grubymi kocami. Trochę pomogło, ale mimo wszystko sporo ciepła straciliśmy podczas prysznicu w obskurnej łazience w której ciepła woda to prawie rarytas. Na szczęście poranek dnia następnego przywitał nas ciepłymi promieniami słońca. Dzięki temu już od rana można było pokręcić się po mieście w cienkim swetrze. Opcja krótka - herbata, kółko przy Medinie i szukanie stacji autobusowej aby spróbować się jakoś dostać na wybrzeże.

Hotel Lillas
rue Jamal Eddine el-Afghani, Oujda


 
Medina i okolice




Plac 16 sierpnia/Place Du 16 Aout



Oujda - varia




Piątek

Droga do Melilli
Dojście do stacji autobusowej nie sprawiło żadnych problemów. Te pojawiły się w momencie gdy musieliśmy kupić bilety. Cóż, Maroko to kraj arabski, były protektorat francuski. Dlatego też jeśli miejscowi mówią w jakimś języku obcym, przede wszystkim jest to właśnie francuski a nie angielski. Co gorsza, wszystkie napisy są po „robaczkowemu” dlatego nijak nie dało się zidentyfikować gdzie będzie się kierował dany autobus. Zaryzykowaliśmy więc, podchodząc do kogoś w mundurze, słowem „Nador” i „oczami kota ze Shreka” licząc na jego pomoc w niezbędnych technikaliach. Swoją drogą staliśmy się  wtedy lotkaną ciekawostką, ponieważ w pewnym momencie zainteresowana nami była grupka różnych ludzi... Nie ukrywam, sytuacja co najmniej stresująca. Jednak koniec końców ktoś przyniósł nam podpisane bilety a autobus do jakiego wsiedliśmy rzeczywiście dojechał do Nadoru. Nieco obaw miałem o nasz chowany do luku autobusu bagaż, który jako jedyny nie miał przypiętej naklejki. Na prośbę o takową kierowca tylko zagestykulował w moją stronę że będzie go pilnował. Rzeczywiście, najwyraźniej nikt przy nim nie grzebał i w Nadorze wszystko było na swoim miejscu. Co ciekawe, jak wspomniana wcześniej piętnastokilometrowa przejażdżka grand taxi kosztowała nas 150 dirhamów, tak podróż na odległość niemal dwustu kilometrów (ponad dziesięciokrotnie dłuższa) była dla nas obciążeniem rzędu 60 dirhamów za dwie osoby.
Po ostrzeżeniach i opowieściach „hotelowego ambasadora” postanowiliśmy w Nadorze spędzić kilka godzin po czym wieczorem udać się na nocleg do Melilli. Konkluzją z rozmów było bowiem ostrzeżenie że Nador jest miejscem raczej niebezpiecznym i że z tamtego miasta wywodzi się większość przestępczości w północno-wschodnim Maroku. Coś w tym było, ponieważ wysiadając z autobusu na naszych twarzach prawdopodobnie było widać mocno rysowany wyraz przerażenia. Głównym jego powodem był niesamowity tłum i hałas. W okolicach stacji znajdował się bowiem niewielki targ, jak też lokalny „węzeł przesiadkowy” na miejskie autobusy. Już sam ten widok tłumu arabów w połączeniu ze świadomością bycia obserwowanym (w końcu byliśmy jednymi z nielicznych w okolicy europejczyków, do tego zaprzęgniętymi w niemałe plecaki) powodował lekki stres. Spora część wynikała zapewne z naszego stereotypowego myślenia na temat arabów. Jednak pomijając nawet to – na zdrowy rozum, dziki tłum w jakimkolwiek kraju trzeciego świata w którym się jest po raz pierwszy w życiu – może przerazić.
W Nadorze kilka chwil spędziliśmy na kręceniu się po nabrzeżnej promenadzie oraz centrum z dużymi ilościami sklepów i stoisk. Nie mogliśmy powstrzymać się przed zakupem świeżych owoców, wszelkich maści orzechów i słodyczy oraz zjedzenia obiadu w lokalnej knajpie. Początkowo zastanawialiśmy się gdzie my trafiliśmy. Miejsce wyróżniało się bowiem solidnym bałaganem i brakiem jakiejkolwiek organizacji. Jednak jak zauważyliśmy, stołują się w nim miejscowi a koniec końców za niewielkie pieniążki zjedliśmy świetny w smaku obiad złożony ze świeżych krewetek, ryżu, warzyw, sosu i bagietki.
Do granicy hiszpańsko-marokańskiej w Beni Enzar dostaliśmy się lokalnym zielonym autobusem. Muszę w tym miejscu wspomnieć o naszym książkowym przewodniku z wydawnictwa „Bezdroża” z treścią którego czasami mogłem się nie zgadzać, ale który koniec końców ostatecznie zawierał spore ilości praktycznych i bardzo przydatnych rad. To między innymi dzięki niemu nie musieliśmy brać taksówki do granicy, jak też na miejscu znajdowaliśmy wolne pokoje w wymienionych hotelach. Same okolice granicy to znów – spory szok. Kolejny raz do przejścia granicznego musieliśmy przedzierać się przez tłok zgromadzony wokół placu na którym handlowało się dosłownie wszystkim. Jednak wzmożona czujność na to co się dzieje wokół, oraz ciągła obserwacja plecaków i kieszeni spowodowały że bez większych trudności i żadnych strat własnych znów znaleźliśmy się na terenie Unii Europejskiej. Przyznam się, że nigdy nie wyobrażałem sobie aby na odcinku raptem 500 metrów widzieć tak wyraźny kontrast między – tutaj nie boję się użyć tych słów – kompletnie różnymi światami! Wystarczyło bowiem przekroczyć przysłowiowy szlaban aby zobaczyć dużo większy porządek, poukładanie i generalnie obrany jakiś system działania...

Nadmorskie klimaty w Nadorze


Melilla
Szkoda tylko że komfort znalezienia się „u siebie” zakłócał fakt zmroku i braku rezerwacji w jakimkolwiek hostelu. Jednak po kilkudziesięciu minutach marszu i poszukiwania wymienionego w przewodniku adresu w końcu znaleźliśmy się w pierwszym wolnym hotelu. Hm... jednak zmęczenie przytłumiło naszą czujność i dopiero po zapłaceniu zauważyliśmy że warunki w pokoju są co najmniej marokańskie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt niedomykających się drzwi balkonowych przez co w środku panowała temperatura taka sama jak na zewnątrz. Argumentując zauważonym nieco później defektem jednego z łóżek udało nam się załatwić zamianę pokoju na wprawdzie dużo mniejszy i bez okien, jednak przede wszystkim cieplejsze i przytulniejsze kilka metrów kwadratowych. Po chwili odpoczynku postanowiliśmy jeszcze przespacerować się po centrum miasta. Był to strzał w dziesiątkę, ponieważ trafiliśmy do parku Hernandeza. Otoczeni wysokimi palmami, zadbanymi ścieżkami pośród zieleni i barwnymi fontannami poczuliśmy się niemal jak w innym świecie. Tak też istotnie było, ponieważ stanowiło to gigantyczną różnicę jakościową między tym co tutaj a tym co tam w Maroku. Zresztą wrażenie to zostało potwierdzone następnego poranka który spędziliśmy na kręceniu się po tym malowniczym mieście. Zgodnie z przewodnikiem okazało się bowiem, że miasto jest istnym polem popisów twórczych architektów secesyjnych. Oczywiście największy wpływ na ten stan miał Enrique Nieto – pochodzący z Melilli uczeń Gaudiego. Dzięki silnym wpływom mistrza Melilla stała się drugim na świecie najważniejszym skupiskiem sztuki secesyjnej. Oczywiście drugim po niekwestionowanej mekce tego stylu – Barcelonie. Przez kilka godzin znów udało mi się więc poczuć ten specyficzny, tak czasami pożądany klimat Hiszpanii/Katalonii. Tylko tutaj bowiem odnajduję to poczucie smaku i dziwacznej równowagi pomiędzy różnymi formami eksperymentalnymi które wszędzie indziej nie mają praktycznie prawa się jakkolwiek sprawdzić. Ten specyficzny luz, kolorowość, hipnotyczny klimat i bijące ciepło – za to lubię i zawsze odnajduję będąc na Półwyspie Iberyjskim. Dzięki takiej mieszance nie przeszkadzają mi żadne przeciwności – czy to, jak w przypadku wizyty w Melilli, wiejący silny, chłodny wiatr, czy też zakończony wizytą policji nocny incydent na korytarzu w naszym hotelu ;)


Pension La Rosa Blanca
calle de Gran Capitan 7, Melilla


Park Hernandeza




Fort i cytadela w Melilli



Melilla - varia









Sobota

Nador
Niestety nasz pobyt w Melilli był bardzo ograniczony czasowo, dlatego aby utrzymać napięty grafik wszystko musieliśmy robić na przyspieszonym tempie. Początkowo się udawało. Poranne kręcenie się po mieście w pewnym momencie obrało kierunek przejścia granicznego do którego dotarliśmy w okolicach godziny 16:00. Nieco wcześniej zawitaliśmy do lokalnych sklepów celem zaopatrzenia się - jak zawsze w Hiszpanii - w ananasowo-kokosowe jogurty. Przy okazji napotkaliśmy tam produkty o swojsko brzmiących nazwach i opisach. W wielu miejscach widziałem nasze wyroby, ale w Melilli nigdy bym się ich nie spodziewał ;)
Po przekroczeniu granicy w Nadorze korzystaliśmy jeszcze z ostatnich promieni zachodzącego słońca. W międzyczasie spróbowaliśmy się z kolejnym całkiem niezłym obiadem w lokalnym barze. Znów – jakość miejsca nie rozpieszczała. Jednak zarówno niska cena, jak też ilość i smak zaserwowanych potraw były bardzo mocnym punktem tego miejsca.

Zmiana planów powrotnych
Niestety, nasza chwilowa sielanka zakończyła się w momencie wizyty na stacji autobusowej. Ku naszemu – nie da się ukryć – ogromnemu zdziwieniu okazało się bowiem, że pomimo dość wczesnej pory do Oujdy nie jedzie już żaden autobus! Informację tą sprawdziliśmy u kilku oddzielnych „naganiaczy” którzy zawsze odpowiadali że jutro, lub taxi. No to mamy problem... Raz że nie posiadamy przy sobie dostatecznej gotówki na taksówkę i hotel, dwa że nie mamy żadnych informacji o dostępnych w Nadorze noclegach, trzy że niepokój wzmacniała myśl o konieczności kręcenia się po zmroku po ruchliwym centrum podobno niezbyt bezpiecznego miasta a cztery, że lot powrotny miał się odbyć po godzinie 10 rano dnia następnego z lotniska odległego o blisko 200 kilometrów... Jak więc widać, kolejny raz w ciągu tych kilku dni nasz plan został wywrócony do góry nogami. Jednak rozwiązanie tego konkretnie problemu było bardzo proste. Pomimo mojej niechęci spróbowaliśmy się bowiem z odległym o100 metrów od stacji autobusowej miejscem z dużym napisem hotel. Okazało się że przy pierwszej próbie trafiliśmy na nocleg najtańszy i o najlepszym standardzie w historii całego wyjazdu. Może standardowo pomijając jakość łazienki, chociaż - paradoksalnie - istotnym jej plusem była lecąca z prysznica ciepła woda :D

Hotel Geranio
rue Hay el-Khattabi 16





Niedziela
Sen był dość krótki, ponieważ z informacji zdobytych na stacji wynikało że pierwszy autobus do Oujdy miał odjeżdżać o godzinie 04:30. Na wszelki wypadek na miejscu byliśmy 30 minut przed umówioną godziną. Pesymistycznie – 3 godziny jazdy do Oujdy, 30 minut z miasta na lotnisko aby być tam bezpiecznie o godzinie 09:30 – oznacza że na miejscu powinniśmy mieć co najmniej 90 minut na ostatnią herbatę i fotki przy Medinie. Tylko niestety okazało się że zaliczyliśmy kolejną obsuwę. Pierwszy autobus jaki zmierzał w stronę Oujdy wyjechał bowiem po godzinie 07:00. Do mniej więcej połowy trasy nie notowaliśmy żadnych kłopotów – autobus wibracjami wydawanymi przez każdą niemal swą część składową zdradzał kilkukrotne przekroczenie magicznej prędkości 80 km/h na pustej drodze i przy sprzyjającej aurze słonecznego poranka. Niemniej w Berkane musieliśmy zaliczyć półgodzinny stop, kilka kilometrów później nieprzewidziany kolejny na którym kierowca, pilot i dwójka młodych pasażerów odbyło za autobusem małą szarpaninę. Nie byliśmy w stanie zrozumieć o co chodziło, ale sytuacja ewidentnie musiała być stresująca. Albo chodziło o rozliczenie biletów, albo o liczbę pasażerów. Zauważyłem bowiem że przy każdym przystanku pilot prowadził skrzętne notatki na check-liście co może jest elementem bardzo istotnym podczas kontroli policyjnej? Tym bardziej że na trasie mijaliśmy około 10 punktów do tego służących... Żeby było jeszcze ciekawiej, na 8 kilometrów przed lotniskiem i przy bardzo szybko uciekającym czasie musieliśmy zrobić kolejny postój aby zatankować przelewaną z beczek benzynę. Dobrze że nieco później któryś z pasażerów pomógł nam wytłumaczyć kierowcy aby zatrzymał się na rondzie przy lotnisku i wypuścił nas na zewnątrz. Oczywiście nie obyło się przy tym bez napiwku a że brakowało nam drobnych, to jego wysokość stanowiła połowę ceny biletu. Do terminala wpadliśmy na około 40 minut przed planowanym odlotem – zaliczając wydłużoną procedurę odprawowo-wizową. W Maroku trzeba bowiem obowiązkowo stawić się przy stanowisku check-in, po czym przejść przez skrupulatne security, dostać pieczątkę w paszporcie i dopiero wtedy można było myśleć o podejściu pod bramkę. Jednak szczęście sprzyjało nam przez cały wyjazd i również w tym przypadku na ostatnią chwilę udało się znaleźć pod obładowanym pasażerami samolotem.

Pożegnanie z Afryką
Kołując po pasie startowym żegnani byliśmy przez grupkę machających zza płotu lotniska dzieci. Na pożegnanie pilot zafundował nam długi zwrot pozwalający na ostatni rzut okiem na Oujdę i lotnisko. Kierując się początkowo na wschód zahaczyliśmy o Algierię. Nad Europę musieliśmy zalecieć gdzieś pomiędzy Alicante i Walencją. Niestety tutaj tylko strzelam, ponieważ linia brzegowa była widoczna tylko po lewej stronie. My natomiast siedzieliśmy po prawej stronie maszyny. Tuż przed Barceloną (charakterystyczny punkt w postaci lotniska El-Prat :D ) skręciliśmy na północ. Z okien można było wtedy podziwiać malownicze szczyty Pirenejów a następnie mniejsze i większe miasta we Francji.
Przesiadka w Charleroi była dla nas opcją niemal idealną. Trzy godziny pozwoliły bowiem na szybką kawę, chwilę odpoczynku z omówieniem „na gorąco” pierwszych wrażeń oraz ratowanie twarzy na zakupach na airside. Nie wyrobiliśmy się bowiem czasowo na zakup pamiątek z Maroka, więc postanowiliśmy choć zatuszować ten fakt pamiątkami z Belgii ;)
Przed wejściem do samolotu poczyniliśmy małą obserwację. Chcieliśmy zobaczyć o której godzinie do samolotu wejdą ostatni pasażerowie aby wiedzieć ile czasu będziemy mieli na potencjalnej ciasnej przesiadce planowanego jeszcze wtedy powrotu z Valladolid. W samolocie udało nam się zająć miejsca w pierwszym rzędzie ucinając kilka krótkich rozmów z wyjątkowo zabawną i zgraną obsługą pokładową lotu. Niestety po wylądowaniu zaliczyliśmy ciężką aklimatyzację w postaci cienkiej warstwy leżącego śniegu i temperatury do dwudziestu stopni niższej niż notowanej jeszcze kilka godzin wcześniej w Afryce. Nie żałowaliśmy jednak – w końcu znów mieliśmy przedsmak wiosny na którą, gdyby nie wyjazd, musielibyśmy czekać jeszcze ze dwa miesiące.

Lot powrotny do Wrocławia



Podsumowując
Cały wyjazd, zwłaszcza wątek permanentnie i do ostatniej chwili zmieniających się planów, w opowieściach jest kupą śmiechu. Jednak tak w głębi w kontekście technicznym był dla mnie solidną szkołą przetrwania. Owszem, wszystko się udało – niemniej dopiero po powrocie zdałem sobie sprawę ile mieliśmy szczęścia. Czasami dzięki życzliwości miejscowych, czasami dzięki doświadczeniu pozwalającym zrozumieć kontekst próbującej coś przekazać w języku „robaczkowym” lub francuskim osoby. Dodam że z tych języków w sumie znam i rozumiem może 10 słów? Właśnie ta życzliwość miejscowych była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Przykładowo sytuacja ze wspomnianym napiwkiem dla kierowcy. Gdy dziękując i zostawiając na desce rozdzielczej zwinięty banknot zobaczyłem szczery uśmiech na jego twarzy, zorientowałem się że on czegoś takiego w ogóle nie oczekiwał. Kompletne przeciwieństwo Tunezji w której prawdopodobnie za samą rozmowę kierowca oczekiwałby jakieś zapłaty. Przynajmniej takie wrażenie wyniosłem po jedynym jak dotąd wyjeździe do „kurortu turystycznego” w kraju arabskim. Teraz zdałem sobie jednak sprawę, że wschodnia strona Maroka przynajmniej częściowo nie jest tak łasa na wyzysk przybywających turystów. Owszem, zdarzały się przypadki mówienia cen dwa razy większych niż w rzeczywistości. Jednak nie odnieśliśmy wrażenia bycia wyłącznie źródłem zarobku. Widać było że w tej części świata życie w niektórych aspektach nie jest lekkie. Jednak część mieszkańców w kontaktach z nami chciało pozostawić po sobie pozytywne wrażenie i takie sytuacje wspomina się najmilej! Po powrocie szybko zostało postanowione – kiedyś będzie trzeba tam wrócić. Tam, to znaczy zarówno do Użdy aby zobaczyć efekt prowadzonych w tej chwili remontów. Tam, to znaczy w malownicze góry pomiędzy Oujdą a Nadorem których nie udało się nam tym razem odwiedzić. Tam, to znaczy na powstające przy granicy z Algierią zagłębie turystyczne w Saidii – ot tak z ciekawości. W końcu tam, to znaczy do niezwykle zaskakującej gwiazdy wyjazdu – Melilli – której zdecydowanie trzeba poświęcić więcej niż niecały dzień.
Ostatecznie wyjazd ten zaliczam do bardzo udanych. Zyskałem sporo bardzo cennych doświadczeń technicznych a sam kraj otworzył jeszcze szerzej oczy na świat i spowodował sporo ciekawych przemyśleń. Wprawdzie wróciliśmy bardzo zmęczeni fizycznie, jednak czuliśmy dużą radochę i reset myślowy. Jeszcze bowiem pierwszej nocy śpiąc na lotnisku w Charleroi moja dziewczyna śniła o pracy w której akurat były ciężkie dni. Jednak jak się później przyznała od następnego poranka do momentu wylądowania we Wrocławiu ani razu nie pomyślała o czymś takim jak obowiązki w pracy – byliśmy tak zajęci otaczającą nas rzeczywistością że autentycznie z głowy wypadły nam sprawy dotychczas codzienne. Chyba nie istnieje pełniejsza definicja powodów dla których chce się jeździć po świecie?