Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2017

Wszystko zgodnie z planem, czyli krajówki znikające z rozkładu Ryanair

Jest październik, kończymy letnio-wakacyjny sezon lotniczy, czas na zmiany w rozkładach. To naturalna kolej rzeczy w tym biznesie i każdy fan podróży śledzi informacje jakie połączenia będą otwarte na miesiące ciepłe a jakie na miesiące zimowe. Niestety oprócz kierunków stricte wakacyjnych, na naszym poletku znikają również połączenia krajowe - z Gdańska i Wrocławia na Lotnisko Chopina w Warszawie. Tak, temat który dość cyklicznie wraca na moim blogu.

Obserwuję go sobie bowiem od samego początku a przez ostatnie dwa lata jest mi on szczególnie bliski. Ze sporą regularnością korzystam (w zasadzie to już należy użyć czasu przeszłego) z udogodnienia połączeń na Lotnisko Chopina zamiast na Modlin, oraz bliskości do lokalnych portów lotniczych mojej aktualnej bazy, oraz mieszkania we Wrocławiu. Z Dorotą kilkukrotnie lecieliśmy też do Gdańska, oraz przy okazji uruchomienia Szczecina, trzymaliśmy kciuki za podobny ruch w kwestii Rzeszowa. Miło było, ale się skończyło.

Ryanair dość gwałtownie podniósł bowiem larum, że od sezonu wakacyjnego jego samoloty zaczęto stawiać na dalekiej płycie cargo - pomiędzy progami pasów 29 i 33. Rzeczywiście, było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdy pierwszy raz jechaliśmy - jak to część współpasażerów określała - na zadupie. Niemniej niewiele mnie to zdziwiło, ponieważ Lotnisko Chopina tego lata naprawdę przeszło spore oblężenie. Widać to było choćby po bramkach 33-35 terminala z których następuje boarding na loty Ryanair. W trakcie wakacji w tych podziemnych lochach zaczęli się bowiem pojawiać także pasażerowie PLL Lot na kursy do Rzeszowa, Budapesztu i in.

Ryanair jednak zaczął kręcić nosem, że tak dalekie stanowiska mocno wydłużają im turnaround, sypią rozkład itd. Odbierałem ten argument jako szukanie dziury w całym. Czasami na płycie tej widuje się bowiem maszyny Wizz Air, czy przewoźników czarterowych. I temu pierwszemu zwłaszcza, nie przeszkadza to w tworzeniu normalnego rozkładu rotacji dla bodaj siedmiu zbazowanych maszyn.

Po kilku dniach grożenia, że połączenia krajowe zostaną skasowane od wiosny 2018, lub przeniesione do Modlina (ciężka sprawa, gdy port przy aktualnej wydajności już zaczyna się zapychać), nastąpił ruch nieco zaskakujący. Przewoźnik postanowił bowiem całkowicie zrezygnować z połączeń z Lotniska Chopina do Gdańska i Wrocławia już od sezonu zimowego. Zaskakujący, ponieważ groźby zawieszenia od wiosny dobrze wpasowywały się w koniec półtorarocznego programu zniżek udzielanych przez Chopina za uruchomienie nowych tras. Dodam bowiem, że w tym całym zamieszaniu jakoś nie było mowy o kasowaniu rozkładu do Szczecina, który ruszył jakoś wiosną 2017 roku.

Przewoźnik postanowił jednak zmienić tłumaczenie i Gdańsk z Wrocławiem wrzucić do wielkiego wora pod hasłem zwijamy skalę, bo mamy problem z punktualnością. Chodzi o te sławetne kasowanie szeregu rejsów, które - co dość szybko wyszło na jaw - stało się efektem sporych problemów kadrowych linii. Szczerze, tej historii także jakoś nie kupuję z kilku powodów. Tzn. za tłumaczeniem przewoźnika przemawia fakt dość ciężkiego charakteru umowy pomiędzy firmą a jej pracownikami. Otóż w zależności od potrzeby, mogą oni być w bardzo szybki sposób relokowani do pracy w innych krajach. Własne mieszkanie, rodzina i stabilność w jednym mieście? Nope, nie w tym biznesie. Ryanair zostawił sobie bowiem furtkę, gdzie w sposób błyskawiczny może przerzucać samoloty i obsługę w dowolne miejsce na świecie.

Tylko nie pasuje mi jedna rzecz. Trzy dzienne rotacje na trasie z Wrocławia do Warszawy nie są jedynymi kursami wykonywanymi przez daną maszynę. Rano leci ona bowiem do Warszawy, potem np. do Glasgow, potem znów robi popołudniową Warszawę, aby na sam koniec polecieć gdzieś na zachód kontynentu. Przy rezygnacji ze stolicy, maszyna po prostu będzie długo stała we Wrocławiu. A ponieważ w rozkładzie są dziury, rejsy do wspomnianego Glasgow i tego drugiego zachodniego kierunku muszą być obsługiwane przez dwie osobne załogi - tak, jak w przypadku obecności Chopina w rozkładzie. Czyli linia nie będzie w stanie zrobić relokacji pracowników, aby uzupełnić braki w innych bazach.

Na pewien trop naprowadził mnie natomiast serwis Aviation Analytics, który przyjrzał się ostatnim cięciom w siatce Ryanair. Konkluzja była taka, że tylko dwie z czterdziestu sześciu zawieszanych tras przynosiły linii zyski. Każde miejsce na locie z Gdańska / Wrocławia do Warszawy kosztowało linię od czterech do czternastu Euro.

Szczerze powiedziawszy, uruchomienie krajówek już na etapie Modlina uznawałem za działanie bardziej marketingowe, niż nastawione na zysk. No bo jak można zarabiać wyprzedając większość siedzeń za 9 złotych? Wprawdzie Chopin ostatnio podrożał i najtańsze bilety (do Wrocławia) były po 21 złotych, w zasadzie z wykluczeniem lotów około-weekendowych. Niemniej nadal nie były to kwoty pozwalające na zarobek. I mamy powtórzenie schematu: rozwój bazy, uruchomienie tanich i stosunkowo częstych krajówek, intensywny marketing i zwijanie połączeń. Historia pokazuje, że tak samo było w krajach bogatszych i o kulturze częstszego latania. Moje koronne przykłady: Girona / Alicante / Santander / Walencja - Madryt, Dublin - Cork, Bergamo - Ciampino, Beauvais - Marsylia, Schonefeld - Hahn / Weeze / Brema / Kolonia. Wszystkie te krajówki operowały na nawet bardzo częstych rotacjach, po czym zostały zamknięte.

Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie regularnego korzystania z krótkich hopek, miałem nadzieję na rozkręcenie się tej oferty. No bo pojawił się Szczecin, powiększano liczbę rejsów z Gdańska do Krakowa i Wrocławia. Liczyłem jednak bardziej na pójście po rozum do głowy PLL Lot, który zareaguje na konkurencję obniżaniem cen swoich biletów. Nic mniej mylnego. Ceny może już nie są tak zaporowe jak kiedyś - zwłaszcza przy dużo wcześniejszym bookingu - jednak nadal oscylują w wartości niewiele poniżej 100 złotych za odcinek. Zdecydowanie za dużo jeśli mówimy o weekendowym wypadzie do drugiego domu. Pewne opracowania pokazały bowiem, że obłożenie narodowego praktycznie nie uległo zmianie, czyli Ryanair utworzył całkowicie nową grupę odbiorców.

Po cichu mam nadzieję, że do grupy tej uśmiechnie się np. Wizz Air. Przewoźnik ten już w zeszłym roku zapowiadał, że wchodzi w etap zastanawiania się nad krajówkami w Polsce. Wtedy pozostało już niewielkie pole do działań, ponieważ potencjalne najciekawsze trasy zostały już zajęte przez Ryanair. Ale teraz przy posiadaniu silnych baz w Warszawie, Gdańsku czy Katowicach rynek na działanie produktowo-marketingowe się jakby powiększył. Coś może być na rzeczy, ponieważ Wizz lata już dwa razy dziennie w Rumunii na trasie Bukareszt - Cluj-Napoca, oraz ostatnio uruchomił kilka krótkich kursów w naszej części kontynentu - niekoniecznie związanych z ruchem robotniczym. Przykładowo Warszawa - Wilno / Bratysława, Gdańsk - Wilno, Budapeszt - Berlin / Cluj-Napoca / Sarajewo / Pristina / Sofia, Bratysława - Cluj-Napoca / Tuzla / Skopje, Kijów - Wilno / Ryga. Czas pokaże.

sobota, 18 lutego 2017

Przebazowanie

W trakcie ostatniej dłuższej ciszy na blogu, w mojej tambylczej rzeczywistości zaszła jedna duża zmiana, o której powinienem był się z Wami podzielić. Owszem, od października nie byłem zagranicą w celach turystycznych. Ale nie o to akurat mi chodzi.

Otóż w trakcie pierwszego wypadu w norweską dzicz (relacja: Due North - Na północ), podczas przesiadki na lotnisku w Gdańsku udało mi się zawrzeć pewien fajny deal. Odstąpiłem wtedy na noc kanapę, na której akurat siedziałem i czytałem gazetę. Efekty tego odstąpienia otaczają mnie do dziś, a jednym z tego skutków była moja listopadowa przeprowadzka do Warszawy :D

Pamiętam, gdy cztery lata temu szukałem pracy, stwierdziłem że raczej ograniczam się do mojego Wrocławia. Ba, niedługo później kupiłem tam mieszkanie. Jednak czasami rzeczy niemożliwe zadziewają się szybko i bez wielkiego żalu. Tak więc mieszkanie stoi sobie puste i czeka na weekendowe odwiedziny, przywiezione z Tunezji djembe i rower wyjechały do Warszawy, a ja właśnie kończę okres próbny w pierwszej tutaj pracy.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tej przeprowadzki nie rozważał w kontekście latania. Zatem mamy świetną miejscówkę, skąd na lotnisko Chopina dojeżdżamy autobusem w 20 minut. Pracę mam pod nosem - jedną stację kolejki od lotniska. Dzięki uruchomieniu przez Ryanair krajówek na główne lotnisko Warszawy, bezproblemowo mogę więc latać do Wrocławia na weekendy, z porannym powrotem bezpośrednio do biura. Wiele więc nie straciłem.

Zyskałem za to ponad dziesięciomilionowe lotnisko. Główny hub PLL Lot, który mimo wszystko wciąż bardziej przychylnie patrzy na pasażera z Warszawy, niż z innych portów, których powinien przyciągać na rejsy przesiadkowe. Fakt ten widać w naszych aktualnych planach - dzięki szalonym środom w weekend lecimy do rodziny Doroty w Rzeszowie, na majówkę kierujemy się w stronę Ljubljany a jeden z lipcowych weekendów spędzimy w Połądze na Litwie. Niestety tegoroczny urlop szybko nam się kończy, więc oprócz stricte weekendowych strzałów - obserwuję sobie Zieloną Górę, Kijów i Koszyce - na wiele więcej w tym roku bym nie liczył.

Oprócz PLL Lot pozostaje jeszcze duża baza Wizz Air. Ze sporą radością przywitaliśmy starą już informację o planowanym wrzuceniu do pudełka siódmego różowego cukierka, oraz uruchomieniem połączeń do m.in. Santander, Lyonu, Nicei, Bukaresztu, Bratysławy czy Wilna. Do tego dochodzą oferty Norwegian, czy szeregu innych liniowych przewoźników, którzy co jakiś czas potrafią zaskoczyć promocją, lub atrakcyjnymi czasowo przesiadkami.

Koniec końców jest także - zapomniany nieco od czasu przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina - Modlin. Może nie jest on pierwszym wyborem w moich planach, jednak mimo wszystko spora siatka połączeń Ryanair, pewnie niejednokrotnie wspomoże nasze krótkie wypady z wykorzystaniem minimalnej liczby dni urlopowych. Przykładowo latem można na całą niedzielę polecieć do Bergamo - fajna opcja na zaliczenie Bresci, Verony, lub szybkiego wypadu nad jezioro Como. Charleroi też kusi kilkoma połączeniami dziennie z wylotem rano Wizz Air i powrotem wieczorem Ryanair. Zresztą późne loty z Bergamo/Charleroi fajnie nam się układają na powroty z Tirany lub Podgoricy, nad czym będziemy się zastanawiać w tym roku :-) 

Zatem okres przejściowy powoli się kończy. Wstępnie się tu ułożyłem, nieśmiało zaczyna być słychać coś o wiośnie, trzeba więc się zaktywizować. W ilości lotów rok 2016 raczej nie zostanie przebity. Trochę zaburzone statystyki - ponieważ nie dotyczące wyłącznie całego roku - mówią, że w przeciągu 14 miesięcy (wrzesień 2015 - październik 2016) odbyłem 70 lotów, a poza domem spędziłem 147 nocy. Zeszłego lata Dorota miała taki okres, że 10 weekendów z rzędu spędziła poza Warszawą. Gdy teraz będzie łatwiej transportowo, myślę że jesień 2017 również przywitamy lekkim przemęczeniem ;)

czwartek, 20 października 2016

Z Lotniska Chopina na pokładzie Ryanair

No i stało się. Kilka miesięcy po ujawnieniu informacji, że Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina - główny port lotniczy Warszawy - połączenia te doszły do skutku. Wprawdzie w momencie przenosin byłem na urlopie we Włoszech, jednak przeglądając wieczorami sieć, udało mi się w mediach ogólno-informacyjnych wyłapać nagłówki mówiące o zwiększającej się konkurencji na polskim niebie. Czyli główne - w mojej opinii - założenie tych tras zostało wypełnione: reklama poszła w świat :-) 

Przenosiny lotów na Chopina było tematem wielu rozmów z Dorotą. Trasa Wrocław - Warszawa jest przez nas bardzo często uskuteczniana. Gdańsk także leży blisko sercu, ponieważ ułatwia to dostanie się do jej brata i bratowej - rezydujących w Sopocie. Eh... żeby tak jeszcze jej rodzinny Rzeszów ;) Ale wracając do meritum, jednym z omawianych wątków były ceny lotów. Wiadomo, na Modlin lataliśmy - nie licząc pojedynczych przypadków - za 9 do 19 złotych. Pamiętam, gdy strzeliłem, że cena 39 na Chopinie będzie w mojej opinii okazją i atrakcją. A gdzie tam, przed urlopem spokojnie można było zapłacić mniej, włączenie z bardzo atrakcyjną ceną 9 PLN na loty weekendowe. Dość jasno potwierdza to moją teorię, że trasy te po prostu mają przysporzyć Ryanair reklamy, bo o zyskach nie ma w tym przypadku mowy.

Mnie osobiście fakt zmiany i niskie ceny bardzo cieszą. Wprawdzie z lotów na trasie do Wrocławia (tak, tak, do Wrocławia a nie do Warszawy) będę korzystał mniej niż przez ostatni rok, jednak przeniesienie oznacza dla mnie sporo plusów. Poniżej kilka subiektywnych opinii po pierwszych testach.

Z Warszawy wylatuję pierwszym rejsem danego dnia. Nie znam jeszcze miasta, nie wiem jak wygląda kwestia porannych korków, opóźnień komunikacji miejskiej, ani kolejek przy security na lotnisku Chopina. Dlatego póki co na wszelki wypadek daję sobie spore zapasy czasowe. Mimo to, budzik nawet na pierwszy lot zadzwonił mi jakieś 20 minut później niż zwyczajowo dzwonił na lot z  Modlina.

Pierwsza bardzo wyraźna różnica, to czas dojazdu na lotnisko. Aktualnie trasa z przystanku opodal mieszkania pod sam terminal lotniska rozkładowo zajmuje mi... 15 minut :D No dobra, autobus przyjeżdża nieco spóźniony i wspomniana trasa także zajmuje mu nieco więcej czasu. Jednak jest to o niebo mniej niż dojazdy na Modlin, w które należało wliczyć metro, przejażdżkę koleją i busem.

Przy okazji jeszcze mała anegdota dot. komunikacji w Warszawie. Interpretacja regulaminu przewozów zmierza w stronę, że bilet czasowy uprawnia do przebywania w środku transportu przez wskazaną liczbę minut a nie - jak by się mogło intuicyjnie wydawać (głupi ja) - do rozkładowego przejazdu od punktu A do punktu B. Zatem jeśli mój autobus, np. z powodu korków, lub długo wysiadających pasażerów, będzie jechał dłużej niż 20 minut wskazane na bilecie, muszę skasować kolejny ;)

Co ciekawe, odlot do Wrocławia najwyraźniej odbywa się chwilę po peaku w porannej fali odlotów. Za każdym razem udaje mi się bowiem znaleźć kontrolę bezpieczeństwa, do której stoi co najwyżej kilka osób. To dobrze. Boarding na rejsach Ryanair odbywa się w nieznanej mi dotąd części lotniska. Chodzi o małą halę na poziomie zerowym, na którym znajdują się bramki 32-34. Ma ona swój urok. Widząc bowiem całą przestrzeń, można w spokoju skupić się na porannej pracy przy laptopie, przejrzeć w sieci newsy, lub po prostu poczekać aby przejść boarding jako jeden z ostatnich. Zwłaszcza, że do samolotu i tak musimy dojechać busikiem.

Oczywiście siedząc przed bramką nie mogłem sobie odmówić możliwości obserwowania pasażerów. I tak na moje oko, nieco poniżej połowy z nich leci prawdopodobnie w celu załatwienia jakiś interesów. Reszta to weekendowi, lub okazjonalni wypadowicze. Sporo z tych drugich Wrocław traktuje jako przesiadkę na docelowe góry. Jeden z pasażerów wspomniał, że na miejscu jest jakieś 6 godzin wcześniej. Gumowe ucho wyłapuje także, że większość rozmów dotyczy właśnie przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina, zwiększeniu konkurencji itp. Są też głosy niezadowolenia, jak podsłuchana rozmowa telefoniczna pokroju

Pani Basiu, będę potrzebował maila z rezerwacją żeby się odprawić na lot powrotny. I tak na przyszłość, tego Ryanair to sobie odpuśćmy, bo musiałem teraz dopłacić 250 złotych i nie wiedziałem, czy w ogóle mnie wpuszczą do samolotu. Bo mają jakiś zepsuty system i nie mogli mnie dodać do pasażerów...

W skrócie, jakiś niezbyt wytworny gajerek, nie ogarnął chyba odprawy internetowej i myślał że w sposób tradycyjny musi podejść do stanowiska w terminalu. Tam został przywitany koniecznością dopłaty, po czym drugą zaliczył pod bramką, ponieważ próbował przejść z dwoma twardymi walizeczkami, przekraczającymi wymiary drugiego bagażu podręcznego. To dziwne, bo facet był niewiele starszy ode mnie, a sprawiał wrażenie totalnie nierozgarniętej ciapy. Jest to zdanie bardzo subiektywne, ale dla mnie odprawa internetowa jest opcją nie tyle udziwniającą, co ułatwiającą życie. Na lotnisku mogę bowiem stawić się na chwilę przed odlotem i zamiast szukać stanowisk odprawy biletowo-bagażowej, od razu przechodzę w stronę bramki. Na małych lotniskach pokroju Wrocławia - miodzio. W kwestii bagażu, dziwię się że Pan Gajerek lecąc w interesach bierze ze sobą dwie walizeczki. Ale nawet jeśli ma taką potrzebę i przyzwyczaił się do wygody klasy biznes w Locie, to Pani Basia powinna mu raczej wykupić lot z opcją all inclusive, zamiast podstawowej. Opłaty za brak odprawy też by się dało uniknąć, jeśli sprawdziłaby telefon, który podała w trakcie rezerwacji. Za prawie każdym razem odprawiam się na ostatnią chwilę. Wtedy zawsze na dzień przed lotem przychodzi mi sms z prośbą o odprawę i info że podczas odprawy tradycyjnej będę musiał zapłacić €/£45.

Wracając do meritum, busik podwozi nas pod lowcostowy stand 37, który pozwala na obrócenie maszyny w trakcie parkowania i tym samym uniknięcie kosztownej procedury push-back. Lądowanie we Wrocławiu zwyczajowo ma miejsce przed zaplanowaną godziną 0910. O godzinie 0930 zazwyczaj wchodzę do mieszkania.

Zróbmy więc porównanie. Przeglądając rozkład PKP widzę, że najszybszy czas przejazdu z Warszawy Centralnej do Wrocławia, to 3 godziny i 36 minut. Mapy Google twierdzą, że pomiędzy Warszawą a Wrocławiem da się przejechać samochodem 12 minut szybciej. W podobnym przedziale czasowym ostatnio zmieściłem się z podróżą samolotem od pierwszego budzika do stawienia się w mieszkaniu :D Samolot wygrywa więc w każdym zestawieniu.

Co więcej, w tym subiektywnym teście doszedłem do ciekawej sytuacji, o opisanie której raczej bym się nie podejrzewał jeszcze kilka miesięcy temu. Zwróćcie bowiem uwagę na jedną rzecz: Ryanair lata na takich samych trasach co PLL Lot. W chwili obecnej nie mamy już niedomówień - jest możliwość porównania jeden-do-jeden. Co na plus dla narodowego? Częstotliwość lotów, obsługa pokładowa - o ile ktoś zwraca na to uwagę, oraz - ale to z głębokim echem odbijającym się w loży szyderców - catering w postaci palucha Prince Polo i wody. Co na plus dla Ryanair? W skrajnej sytuacji nawet 180 złotych różnicy na bilecie powrotnym (w tej chwili bilety w PLL Lot startują od 200 złotych w obie strony), oraz możliwość zabrania plecaka o wadze do 10 kilogramów, plus dodatkowego małego bagażu. W Locie ograniczenia mamy do jednego bagażu i 8 kilogramów. Jak wieść gminna niesie, od pewnego momentu limity wagowe są skrupulatnie sprawdzane.

Zatem przy wielu smutkach i żalach jakie wylewam tutaj na Ryanair, tym razem muszę stwierdzić, że jeśli komuś nie zależy na bardzo dokładnej i specyficznej godzinie rejsu, to oferta tej linii jest po prostu najlepsza. Pytanie jak się teraz zachowa narodowy? Jeśli priorytetem będzie dowóz pasażerów do huba na przesiadki, to taka konkurencja jest mu na rękę - pozbędzie się klientów o niskiej rentowności. Jeśli natomiast będzie chciał zachować prestiż lidera na trasach krajowych, to nie ma bata - oferta musi się polepszyć, albo - co idąc za przykładem krótkiej konkurencji z OLT Express - ceny po prostu muszą spaść.

czwartek, 30 czerwca 2016

Pathfinder - przecieranie szlaków na lotnisku Olsztyn-Mazury

O lotnisku w Szymanach wspominałem całkiem niedawno przy okazji opisywania szaleństwa nowych lotnisk. Szyderę toczoną tym wpisem mogłem chwilę później zweryfikować na własnej skórze. Wszystko to za sprawą uruchomionych połączeń z Wrocławia. Opcja godzinowa świetna - wylot w piątek o 20:10, powrót w poniedziałek o 09:40. Koszt biletu w wysokości 200 złotych wiadomej części ciała nie urywa, niemniej jest to bodaj najtańsza opcja zaliczenia tego lotniska, jak też okazja pierwszej w życiu turystycznej wizyty na Mazurach. Zatem lecim :-) 

Już sam nie wiem który to raz w piątkowe popołudnie stawiłem się na lotnisku we Wrocławiu. Tym razem jednak nieco inaczej - zamiast od razu zmierzać pod gate, musiałem skierować się do check-in celem nadania przysługującego w Sprint Air bagażu. Z Dorotą zauważyliśmy ciekawą właściwość, że ilość zabieranych rzeczy chyba rzeczywiście jest efektem wyłącznie ograniczeń linii. Gdybyśmy lecieli Wizz Air, z pewnością tak byśmy czarowali, aby zmieścić się w małe plecaki. Gdy jednak mogliśmy wziąć ze sobą nieco więcej - ledwo zmieściłem się w swoją pięćdziesiątkę. A bo to kask do roweru, raincuty, niekoniecznie odchudzona kosmetyczka itp. Poza tym podejście do check-in nie wynikało z ilości tym razem zabieranego bagażu, co konieczności. Przewoźnik pozwala bowiem zabrać na pokład tylko 5kg bagażu o grubości do 12 cm. Co ciekawe, bagaż nadawany też ma zaskakujące ograniczenia - do 8kg :D


Rejs do Szyman był moim pierwszym lotem na pokładzie Saaba 340. Jest to malutki samolot krótkodystansowy przeznaczony do rejsów o mniejszym zapotrzebowaniu. Na pokładzie mieści bowiem maksymalnie 33 pasażerów. Ciekawostką jest rozmieszczenie foteli w układzie 1+2. Sprint Air posiada takich maszyn 11. Większość z nich służy do przewozu towarów, trzy natomiast prowadzą rejsy pasażerskie na trasie Zielona Góra - Warszawa, oraz z lotnisk Olsztyn-Szymany i Radom. Podczas odprawy poprosiłem o miejsce na przedzie maszyny, przy oknie. Siedziałem więc w czwartym rzędzie, jak się okazało - mimo wszystko za łopatami silnika, który zasłaniał mi większość widoku. Część pasażerów być może będzie narzekać na nieco stary wystrój kabiny. Niedogodności te jednak zostaną pewnie zniwelowane przestrzenią między fotelami - chyba nawet nieco większą niż w klasie ekonomicznej klasycznych linii lotniczych. No i to, co uwielbiam z Embraerów - pod ścianką znajduje się podwyższenie o które można oprzeć nogę ;)

Miejsce na nogi w Saabie 340 linii Sprint Air

Poczęstunek na pokładzie Sprint Air

Widok w środku Saaba 340 z rzędu numer 11


Sam rejs to także swego rodzaju przygoda dla osoby podróżującej zazwyczaj odrzutowcami. Wysokość przelotowa - około 6000 metrów, prędkość rejsowa - 400 km/h. Pewnie dlatego po starcie wydawało mi się że lecimy i lecimy i nie możemy z tego Wrocławia wylecieć ;) Chwilę po starcie cabin crew zaoferowała wodę i słodki poczęstunek w postaci Princessy. Hm... jak by nie patrzeć - standard nieco lepszy niż w PLL LOT ;) Na pokładzie miało natomiast być 20 pasażerów. Szczerze, wynik całkiem niezły jak na połączenie bez żadnej reklamy, realizowane miesiąc od ogłoszenia o jego uruchomieniu. Na pokładzie mieszanka - jakaś rodzinka z dzieckiem, para zapewne zorientowanych w tematyce lotniczej około dwudziestolatków, prawdopodobnie lecący do rodziny, jakiś fan Mazur i nawet jeden gajerek.

Po wylądowaniu podążając za samochodem follow me podjechaliśmy pod terminal. Po co, nie wiem. Z pewnością byśmy się nie zgubili, skoro nic innego nie było obsługiwane. Po prostu urok małych lotnisk ;) Faktem jest natomiast, że gdy wyszedłem z samolotu, musiałem chwilę postać i popatrzeć się na terminal lotniska. Szczerze? Jest ładny, bardzo ładny. Uderza połączeniem ciemnego szkła, metalowych dekorów, gdzieniegdzie kamienistych ścian i drewna. Nie znam się na architekturze, ale tutaj bardzo spodobało mi się nawiązanie do natury i elegancji. Wrażenie to nie znika po wejściu do środka terminala. Na piętrze znajdują się eleganckie kanapy, podłoga obita jest mięciutkim dywanem. Super, tylko niestety nie będzie tam można zostać na noc. Ale tym będę się martwił za dwa dni :-)

Weekend postanowiliśmy spędzić na polu namiotowym Binduga nad jeziorem Świętajno. Jak pisałem we wspomnianym wcześniej poście, ciężko by było to zrealizować bez wsparcia lokalsów. Dlatego na miejsce dojechaliśmy samochodem. Chociaż od lotniska dzieliła nas odległość 26 kilometrów, na miejsce przyjechaliśmy już po zachodzie słońca. Zdążyliśmy jedynie rozbić namiot i wypić na molo po piwku.

Sobotę spędziliśmy pod znakiem lenistwa. Nie chciało nam się jednak jechać gdzieś na rowerze. Woleliśmy poleżeć nad jeziorem, potem w lesie - słuchając relacji z meczu piłkarskiej reprezentacji Polski ze Szwajcarią, oraz nieco spacerując. Wrażenia z pobytu mam mieszane. Z jednej strony kontakt z naturą, znów ognisko i spanie w plenerze. Z drugiej jednak wyłożone kaflami wychodki i sensownej jakości zlewy. Ta niezła jakość kontrastowała natomiast z prysznicem, którego sposobu działania - oprócz pożerania kolejnych złotówek - nie byłem w stanie zrozumieć. Raz bowiem leciała ciepła woda, potem wrzątek, a potem znów niefajnie pachnąca lodówka. Do tego wokół było jednak mnóstwo innych wypoczynkowiczów. Spoko, my się schowaliśmy nieco wgłąb lasu, jednak nad samym brzegiem namioty były rozstawione gęsto, niczym koce nad Bałtykiem. Dodatkowo przy wielu z nich odbywały się rzęsiste imprezy z prostą, niekiedy dudniącą muzyką. Dobra, nie narzekam. Nie przepadam, ale trzeba czasami też tak, aby mieć potem szerszy kontekst :-)

Okolice Jeziora Świętajno chwilę po starcie z lotniska Olsztyn-Mazury


Na niedzielę zapowiadano załamanie pogody z intensywnymi burzami. Dlatego postanowiliśmy przejechać się do Olsztyna. Łatwiej bowiem ulewę przeczekać w kawiarni, niż moknącym namiocie ;) Koniec końców tak źle nie było. W mieście spędziliśmy kilka godzin, schodząc całą starówkę i dwa okoliczne jeziora. Przyznam się Wam szczerze, że miasto zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Centralna jego część jest ładna, z klimatem, do pospacerowania. W szczególności zaciekawiły nas jednak okoliczne jeziora, których na terenie miasta jest bodaj kilkanaście. Jezioro Długie obeszliśmy dookoła, po fajnie utrzymanej ścieżce. Zaskoczyła nas jednak bardzo ciekawa infrastruktura wokół jeziora Ukiel. Jeszcze kilka lat temu miejsca tego typu w większości miast to była najczęściej dzicz z samowolnymi, lub bardzo słabo zorganizowanymi plażami. Dziś jednak władze regionalne dostrzegają potencjał takich miejsc a dzięki dofinansowaniu z Unii dokonują rewitalizacji, tworząc świetne miejsce do aktywnego, oraz leniwego wypoczynku. Fajna infrastruktura pozwala znaleźć coś dla każdego - od terenów spacerowych, przez kawiarnie, po plaże ze strzeżonym, wydzielonym obszarem do pływania, boiska, molo, pomosty dla wszelkiego typu maszyn pływających, hotele i wypożyczalnie sprzętu rekreacyjnego. Gdy do tego dodać kilkadziesiąt kilometrów ścieżek rowerowych wokół jezior i pośród miejskich terenów zielonych - w tym momencie Olsztyn nas kupił. Stwierdziliśmy bowiem, że będzie tam trzeba wrócić z rowerami, tak aby przez weekend pokręcić się po okolicy. Niestety dopiero za rok, w trakcie tego wyjazdu kupowaliśmy już bowiem bilety lotnicze na wypady z przełomu sierpnia i września ;) Zdradzę tylko, że tym razem zabieram bratanicę do Warszawy a dwa tygodnie później lecimy do Kolonii.

Z Olsztyna wyjeżdżaliśmy w trakcie przybierającej na sile burzy. Mocno komplikowało mi to plany noclegowe. Jako że - czego dowiedziałem się w piątek - terminal w Szymanach jest zamykany na noc, planowałem w formie emergency noc spędzić pod namiotem rozbitym w lesie nieopodal terminala. Jednak przy tego rozmiaru ulewie wszędzie stała woda. Na szczęście po rozmowie z obsługą portu i SOListami okazało się, że nie będzie wielkiego problemu, jeśli swój materac i śpiwór rozłożę obok wejścia do terminala. Panowie mnie tylko wylegitymowali, po zamknięciu obiektu przeszliśmy odprawę w postaci krótkiej rozmowy i około godziny 23. mogłem już zapadać w sen. Z tym też wiąże się tytuł wpisu - przecieranie szlaków. Jak się bowiem okazało, byłem pierwszą osobą, która chciała spędzić noc na lotnisku w Szymanach :D Oczywiście nie omieszkałem wspomnieć pracownikom, że powinni się przyzwyczajać do tego typu widoków jak już dostaną swoją bazę Wizz Air. Moje i Doroty przypuszczenia co do tego przewoźnika zostały jednak szybko zweryfikowane informacją, że zamknięcie terminala jest wymuszone zakazem operacji lotniczych po godzinie 22. Lotnisko leży bowiem na obszarze Natura 2000. W takiej sytuacji, jeśli samolot nie będzie w stanie lądować - standardowo - w okolicach północy, raczej przekreśla kwestię bazy.

Moje miejsce noclegowe na lotnisku Olsztyn-Mazury


A szkoda, ponieważ lotnisko w Szymanach zyskało naszą sporą sympatię. Świetny wygląd, miła obsługa i taka wciąż ciekawość pracowników że ktoś chce korzystać z ich lotniska sprawiają, że aż chce się życzyć powodzenia. Póki co, rozkład się nieco unormował, koncentrując na wakacyjnych lotach weekendowych. Podobno rejsy Saabami mają wypełnienie średnio około 50%. U nas na powrocie znów było 20 pasażerów, w tym dwa gajerki :-) Luton podobno idzie nieźle, tylko niestety Adria do Monachium również przewozi 20-40 pasażerów.



Jednak tak szczerze, ciśnienie jest. Jest bowiem ładny terminal, tuż obok znajduje się stacja kolejki skorelowanej z planem lotów, jest też jakiś zaczątek siatki połączeń. Można wypożyczyć samochód, tylko trzeba by było jeszcze pomyśleć o możliwości łatwego i sensownego dostania się w różne części Mazurskich jezior. Jak bowiem podsłuchiwałem w autobusie we Wrocławiu, bilet na pociąg do Olsztyna jest niewiele tańszy niż przelot w podstawowej taryfie 100 złotych OW. A oszczędność czasu i atrakcyjna godzina lotu weekendowego również są nie bez znaczenia. Czy więc wypali? Szczerze, do kwestii Szyman zacząłem podchodzić mniej humorystycznie a bardziej przychylnie, niż jeszcze tydzień temu.

Dużo drewna w terminalowym wystroju

Górne piętro w terminalu

Terminal lotniska Olsztyn-Mazury

Stacja kolejowa przy lotnisku Olsztyn-Mazury


Na sam koniec tylko dodam, że rejs powrotni odbył się bez żadnych problemów, czy sytuacji nadzwyczajnych. Lądowaliśmy 20 minut przed czasem, chwilę później byłem już w biurze. Jedną z rzeczy które ogromnie cenię w nowej pracy jest prysznic. Dlatego godzinę po rozkładowym czasie przylotu byłem już wykąpany, w świeżych ciuchach i po śniadaniu. Tylko ten opatulony przeciwdeszczowym poszyciem plecak z pewnością powodował stwierdzenie osób z firmy: no tak, weekend, więc wariata znów gdzieś wywiało ;) 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wariactwo nowych lotnisk

Rynek lotniczy ma to do siebie, że co jakiś czas po prostu wariuje. Pamiętam jak chwilę po moim początku z podróżowaniem Ryanair latał za grosz, więc udało się polecieć na Sardynię pięcioma odcinkami za łączną sumę 15 złotych. Ba, notorycznie kupowało się bilety w formie backupu - jeśli by się nie wyrobiło na jakąś ciasną przesiadkę. Potem pojawił się u nas OLT Express i wszyscy nagle zaczęli latać po kraju za 100 złotych - włącznie z Eurolotem i PLL LOT. Teraz zaczyna się świr związany z nowymi lotniskami.

Wątek ten obserwuję w kontekście ostatniej mody - każdy chce mieć swoje lotnisko. Bo przyniesie prestiż oraz miliony euro wydawane przez przyjeżdżających turystów. Z wielką pompą medialną organizowane są więc przetargi, studia opłacalności i budowane, lub częściej rewitalizowane starsze infrastruktury. Gdy władze lokalne wydadzą już do kilkuset milionów złotych (spoko, spoko, duży procent z tego jest przecież zwracany z Unii) okazuje się, że to nie koniec drogi. O ile wcześniej spółka nie zostanie przymuszona do bankructwa - vide negatywnie oceniany wzdłuż i wszerz projekt generalnie uznanego za niepotrzebne lotniska w Gdyni - okazuje się że sam terminal i pas startowy turystów nie przyciągnie. Do tego potrzebne są linie lotnicze.

A te dużo lepiej wiedzą na czym mogą zarobić i jeśli nie mogą nawet znaleźć na mapie danego miasta to raczej obstawiają niewielką potrzebę latania tam swoich klientów. Władzom lokalnym nie pozostaje więc nic innego jak dopłacanie do przewożenie pasażerów. Ups, przepraszam za niedopowiedzenie - wykupienie kampanii marketingowej, czy innego ładnie opakowanego rozwiązania ;) Stety, bądź niestety, dziś to już normalność. Tak ściąga do siebie turystów Macedonia, tak przez lata funkcjonują lotniska w Charleroi, Bergamo czy Gironie. Nawet duże porty oferują programy zniżkowe dla przewoźników nowych, lub otwierających połączenia na pożądanych kierunkach.

Jednak na naszym małym podwórku kwestia ta uległa totalnemu wypaczeniu. Zielona Góra przez ostatnie lata próbowała walczyć z wizerunkiem lotniska utrzymywanego wyłącznie dla lokalnych notabli potrzebujących kopsnąć się co jakiś czas do Warszawy. Dlatego jeszcze bodaj w zeszłym roku próbowano zorganizować pojedyncze czarterowe rejsy Eurolotu do Gdańska i Krakowa. Mocno podskoczyły też zeszłoroczne statystyki obsługi pasażerów. Niestety stało się to za sprawą remontu pasa w Poznaniu i przekierowaniu do Babimostu kilkanaście lotów czarterowych. Jak przeczytałem na dniach w sieci - w kilka tygodni obsłużono w ten sposób 5 tysięcy pasażerów, przez resztę roku na lotnisku pojawiło się kolejnych około 10 tysięcy. Wszystko to za sprawą średnio kilkunastu osób latających w tygodniu do wspomnianej stolicy.

Najciekawsze przykłady oferują jednak nasze dwa nowe rodzynki - Olsztyn-Mazury i Radom-Sadków. OK, ten pierwszy uczy się na błędach. Początek miał humorystyczny - odbębniony w mediach start regularnych połączeń do Berlina, Krakowa, oraz zapowiedź nowych. Chodziło o targetowanie się na sentymentalnych turystów z Niemiec, którzy na Mazury zawitaliby w trakcie podróży śladami Hitlera. Kraków w styczniu w mojej opinii był kiepski a już najsłabsza była gwiazdka w medialnym przekazie - te regularne połączenia operowane były na 33-miejscowych samolotach w większości czarterowego jak dotąd Sprint Air. Pojawiające się co kilka tygodni newsy pokazują, że ktoś tam chyba jednak myśli i stara się wyciągnąć projekt Olsztyn-Mazury na prostą. BTW, Olsztyn jest oddalony od lotniska o prawie 60 kilometrów ;) Sprint Air poszerzył więc siatkę o Wrocław i koncentruje się na wypadach weekendowych, z wylotami w piątek i powrotami w niedzielne późne popołudnie, lub poniedziałkowy poranek. Do tego ściągnięto Wizz Air i Ryanair z ofertą pod londyńskich Luton i Stansted, oraz rozpychającą się w naszym kraju Adrię. Ten ostatni strzał jest bardzo cenny, trzy rejsy tygodniowo objęte są bowiem siatką code-share z innymi liniami w siatce Star Alliance (w domyśle przede wszystkim Lufthansa). Co więcej, odbywać się one będą na pokładzie osiemdziesięcio-kilku miejscowej maszyny Bombardier CRJ-900, dużo większej niż w przypadku Sprint Air. Jednak pomimo wychodzenia na prostą w logiczności połączeń ciekawym newsem wykazał się niedawno PLL LOT. Linia ta również postanowiła otworzyć połączenie do Olsztyna. Cholera, z odległej niecałe 150 kilometrów Warszawy, mieszczącymi również ponad osiemdziesięciu pasażerów Dashami? Owszem, będą oferowane przesiadki na resztę siatki przewoźnika, ale czy będą w stanie zapełnić pierwsze rejsy zaplanowane trzy tygodnie po ogłoszeniu ich startu?

Kompletnym absurdem jest natomiast w mojej opinii polityka połączeń w Radomiu. Owszem, zaciekawili mnie na początku startując z CSA i Air Baltic. Pomyślałem sobie - może coś w tym jest, znajdzie się kilkadziesiąt osób, które co dwa-trzy dni będą feedować siatkę hubów w Pradze i Rydze. W końcu z dużo większym przytupem Łódź utrzymuje jedną maszynę Adrii na podobnych zasadach latającą do Monachium, Amsterdamu i Paryża. Również niewiele wcześniej do Lublina zaczęła latać Lufthansa - niby dwa-trzy rejsy w tygodniu, ale dla turystów i szczątkowego długodystansowego biznesu starczy. Jednak nie, pomysł upadł w niesamowicie krótkim czasie, zachęcając włodarzy portu do jeszcze ciekawszych posunięć. Z pomocą przybyło bowiem znów chętne dorobić na kampaniach reklamowych Sprint Air. Tylko co przyświecało tworzeniu siatki, to już totalnie nie wiem. Gdańsk - ok, zróbmy prezent naszym mieszkańcom chcącym wypocząć pośród pól parawanów. Ale jeden rejs w tygodniu? Praga - pewnie na siłę próbujemy udowodnić CSA że pochopnie zrezygnowała ze swoich połączeń. Berlin - hm... bo Olsztyn też otworzył? ;) No i na sam koniec Wrocław.... Mieszkam w tym mieście, chyba znam jego realia i za cholerę nie wiem po co ktoś miałby latać do Radomia, lub z tego miasta do nas. Na dodatek - we wtorki i czwartki, w środku dnia. Panowie, powiem tak. Z Wrocławia były już rejsy do Gdańska (zeszłego lata nawet cztery tygodniowo), do Lublina, do Lwowa i Berlina. OLT Express początkowo latał też do Szczecina/Poznania, Łodzi i Krakowa. Wszystko to zostało zamknięte w bardzo szybkim czasie. Dlatego wprost z niedowierzaniem czytałem newsy że postanowiliście uruchomić trzecią rotację tygodniowo - w soboty - oraz dodatkowo otworzyć połączenia do Lwowa. Wykracza to poza moją logikę. I chyba nie tylko moją, ponieważ lotnisko stało się pupilkiem szyderczego serwisu ASZdziennik, które informowało już że z Radomia odlatują samoloty nie tylko bez pasażerów, ale też bez pilotów, Radom postanowił wybudować kilka dużych miast na kontynencie aby było dokąd latać, z lotniska miały zostać otwarte połączenia międzyplanetarne, lub ostatecznie port lotniczy miał być przebudowany na port morski obsługujący tygodniowo dziesięć saudyjskich tankowców ;)

Oczywiście absurdalność połączeń nie oznacza że nie można z nich skorzystać. Do dziś pluję sobie w twarz, że z propozycji OLT Express zdążyłem załapać się tylko na Kraków, na pokładzie Eurolotu nie przeleciałem się do Lwowa a rejs z Lublina przegapiłem, bo najzwyczajniej zapomniałem że go kupiłem ;) W najbliższy weekend lecę do Szyman. Gdy opowiadałem o tym w pracy, opcja wydawała się być interesująca. Jednak krótki czas podróży i atrakcyjne godziny to jedno, a pytanie co dalej na miejscu to drugie. Na Mazury właściwe daleko. Korzystam jednak z backupu - ja dolatuję, na miejscu zgarnie mnie Dorota i jej samochodem jedziemy gdzieś w okolice pod namioty. Bez wsparcia od strony lokalsów byłoby więc ciężko. Co do Radomia, też mam w planach :D Akurat w jeden weekend planujemy wypad na posthippisowski festiwal w Bieszczadach. Dorota będzie jechać samochodem z Warszawy, tak się złożyło że przez Radom właśnie. Czyli znów, po pracy na lotnisko, krótki odcinek lotniczy i dalej już samochodem. Wiem, sztuka dla sztuki, lub dla jaj. Tylko być może jest to jedyna okazja w życiu aby zapisać lotnisko w Radomiu do listy zaliczonych. Bo szczerze, jak jeszcze widzę weekendowe Mazury za 200 złotych w ilości kilkunastu pasażerów każdego weekendu, tak Radomia ni cholery.

Jedno w tym absurdzie naszych nowych i małych lotnisk jest dobre. Nikt nie wpadł na szalony pomysł czegoś na wzór lotniska Ciudad-Real w Hiszpanii. Od samego początku było wiadomo, że w kontekście atrakcji turystycznych kraju jest pośrodku niczego. Miało być alternatywą dla Madrytu, które to lotnisko posiada cztery pasy startowe, jest bardzo blisko miasta, nikt tam nie narzeka na hałas samolotów i generalnie działa sobie bardzo dobrze. W oparach absurdu zaplanowano terminal do obsługi dziesięciu milionów pasażerów rocznie, oraz nawet wybudowano trzystu-metrowy rękaw kierujący bezpośrednio w stronę linii na trasie Sevilla - Madryt. Miała tam być wybudowana stacja kolei dużych prędkości, jednak nic takiego nie powstało. Lotnisko wybudowano kosztem 1,1 miliarda euro, które przez niecałe dwa lata obsłużyło około 87 tysięcy pasażerów. W zeszłym roku Chińska firma Tzaneen International kupiła je za 11 tysięcy euro. Miało to miejsce najpewniej ze względu na dobrą infrastrukturę i niemal czterokilometrowy pas startowy.

Hiszpańskie plany brzmiały gigantycznie, nawet w kontekście ich ogromnego ruchu lotniczego wewnątrz kraju, jak też połączeniom z resztą kontynentu. Niejedno lotnisko na półwyspie iberyjskim obsługuje więcej pasażerów niż wszystkie w naszym kraju razem wzięte. Jednak nie jest to wytłumaczenie dla dość pochopnego wydawania milionów złotych z naszych lokalnych budżetów. Poza tym, fala manii wielkości zaczyna wypływać z regionów również do władz krajowych. Mam tutaj na myśli pomysł Centralnego Portu Lotniczego. Może i projekt fajny, tylko słabo go koreluję z inwestycjami i rozruszaniem Modlina, sporymi zmianami na lotnisku Chopina i dużym kapitałem wkładanym w utrzymanie przy życiu lotniska w Łodzi. Nie przekonują mnie też ambitne plany wybudowania szybkiej kolei do Warszawy i Łodzi czy hasła łączenia wschodu z zachodem. Na tym haśle bazuje już Stambuł, walczące ze sobą MEB3 (Emirates, Etihad i Qatar) czy Finnair. Już totalnie rozbawiły mnie natomiast gigantofobiczne zapowiedzi obsługiwania kilkudziesięciu milionów pasażerów rocznie. Cóż, Polska takiego ruchu nie wygeneruje, potrzebni będą pasażerowie przesiadkowi. A samym hasłem wschód vs. zachód ich nie ściągniemy. Potrzebny by był silny, globalny przewoźnik bazowy, który swoją wielkością ściągnąłby inne linie będące w umowach code-share. Coś jak Lufthansa w Monachium/Frankfurcie, Air France w Paryżu czy British Airways w Londynie. PLL LOT ze swoimi sześcioma Dreamlinerami oraz flotą opartą na niewielkich Embrionach i Daszach raczej kontynentu nie podbije. Zwłaszcza że w sieci pojawiają się kolejne newsy, że pomimo zastrzyku z budżetu państwa działalność linii nadal nie spina się finansowo.

Tematem tym z pewnością uderzyłem w część lokalnych sentymentów - zwłaszcza jeśli wywodzicie się, lub jesteście jakoś związani z wymienionymi regionami. Nie obrażajcie się proszę jeśli trochę zbyt szorstko i szyderczo potraktowałem wymienione przykłady. Wbrew pozorom mam nadzieję że za kilka, kilkanaście lat będę mógł śmiało powiedzieć - myliłem się, lotniska jednak się wybroniły i może nawet jeśli inwestycja się nie zwróciła, to w sposób bieżący są w stanie same się sfinansować. Pozwólmy jednak żeby tą sytuację zweryfikował czas.

środa, 15 czerwca 2016

Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina

Jakiś czas temu w sieci pojawiły się zachwyty nad planem przeniesienia lotów krajowych Ryanair z lotniska Modlin do głównego portu lotniczego w Warszawie. Może przypomnę - zmiana nastąpi pod koniec sezonu letniego, od zimowego natomiast dodatkowo zwiększeniu ulegnie liczba lotów - do trzech dziennie.

Gdy kilka sezonów temu ogłaszano uruchomienie rejsów pomiędzy Modlinem a Gdańskiem i Wrocławiem, moja opinia była wprost przeciwna do hurra-optymizmu panującego w sieci. Historia bardziej sensownych połączeń krajowych - czyli na dłuższych odległościach, w bogatszych krajach o większej tradycji ruchu lotniczego, na główne lotniska itp. - była dość jednoznaczna. Girona/Alicante/Santander/Walencia - Madryt, Dublin - Cork, Bergamo - Ciampino, Beauvais - Marsylia, Schönefeld - Hahn/Weeze/Brema - wszystkie te kierunki posiadały po kilka rotacji dziennie i dziś ich już nie ma. Dlatego odniosłem wrażenie, że lotnicze krajówki po Polsce w takim układzie to przede wszystkim zabieg PR.

Po tych kilku sezonach obecności tras z Modlina stwierdzam, że trochę miałem rację i trochę się myliłem ;) Nie zaprzeczam, że samoloty z Wrocławia latają raczej pełne. Faktem jednak jest, że moja obserwacja dotyczy w przeważającej mierze lotów weekendowych. Druga sprawa to fakt, na ile te rejsy są pełne z powodu zapotrzebowania, na ile z powodu ceny? Przy lotach za 9 złotych zabiera się bowiem wszystkie dzieciaki, ciotki, babcie, wujków i psy na wycieczkę do Warszawy, żeby mieli swój pierwszy i być może jedyny lot w życiu. Przykładowo, wielokrotnie w poniedziałkowe poranki, gdy po wylądowaniu we Wrocławiu jechałem autobusem do pracy, słyszałem rozmowy że trzeba będzie szybko się przejść na Rynek, wzdłuż Odry, pokazać dzieciakom krasnale, zjeść coś w Maku i gonić na przystanek aby złapać lot powrotni. Trzecia sprawa to fakt, że niemała siatka połączeń i tanie doloty na Modlin zwiększają możliwości podróży po kontynencie. Sam tak robiłem Gdańsk, Rygge, Rzym i Ateny :-) Czyli mamy pełne samoloty, lecz przy zwiększeniu ceny do 100-150 złotych w jedną stronę obłożenie prawdopodobnie poleciałoby na łeb na szyję. Owszem, tzw. gajerków którym cena gra drugoplanową rolę trochę lata. W końcu pasują im godziny (zwłaszcza poranny wylot z Wrocławia/Gdańska) lub po prostu mają coś do załatwienia w północnej części Stolicy, przez co z Modlina jest im bliżej. Niemniej ruch ten jest tylko niewielką częścią całości obłożenia.

Kilka miesięcy temu zastanawiałem się w którą stronę pójdą rejsy krajowe Ryanair. Czy lotniskom regionalnym oraz linii w ramach promowania baz we Wrocławiu i Gdańsku będzie zależało na dokładaniu do nieopłacalnych połączeń tylko po to, aby móc reklamować śmiesznie tanie bilety, przekonywać do siebie nowych klientów w nadziei ich powrotu na pokład przy jakimś droższym kierunku. A może jednak będą celowali mimo wszystko w pasażerów podróżujących często, którym zależy na bliskości centrum Warszawy, dobrych godzinach, obsłudze itp.? Tylko na nich da się bowiem zarobić coś więcej, chociaż przy ruchu krajowym zapewne o zysku też nie ma mowy. Niemniej Ryanair przy swojej ogromnej flocie i siatce jest w stanie sobie na to pozwolić :-) 

W chwili obecnej linia wybrała moją drugą opcję z plusem w postaci trzeciej rotacji. Z plusem trochę przez łzy, ponieważ jego wartość jest w mojej opinii zerowa. Rejs w środku dnia dla biznesu jest bowiem albo za wcześnie aby skorelować go z poranną rotacją, albo za późno w stosunku do jej popołudniowego odpowiednika. Dużo lepsza byłaby rotacja na zamknięcie dnia. Opcja dla biznesu - jeśli planowany jest bardzo długi dzień spotkań, opcja dla pasażerów podróżujących turystycznie/weekendowo/do rodziny - aby spokojnie po pracy przyjechać do domu, zjeść obiad i pojechać na lotnisko. Czyli okolica wylotu z Wrocławia o 21:30 i powrotu około północy. Niestety doszłoby tutaj dublowanie godzin z LOTem, co oczywiście Ryanair by nie przeszkadzało ;) Dobrym pomysłem byłaby natomiast rotacja odwrócona z lądowaniem w granicach północy w Warszawie (w tym momencie ostatni rejs do stolicy startuje około godziny 21-22), ale to by oznaczało bazowanie maszyn na lotnisku Chopina, więc kompletnie odpada ;)

Czy projekt Chopin się powiedzie? Tego nie wiem. Ryanair to linia która niejednokrotnie wypowiadała się o wspaniałości jakiegoś pomysłu, po czym kompletnie go zarzucała. Póki co, chcą latać, a jak im się przestanie chcieć, to po prostu skasują kierunek ;) Z mojej strony ogłoszenie rejsów na główne lotnisko w Warszawie jest bardzo dobrą wiadomością. Paradoksalnie bowiem będę mógł się wypiąć na Ryanair przesiadając się do LOTu. Część z Was pewnie bowiem pamięta czasy OLT Express, gdy po wzmożonej konkurencji na trasach do stolicy nagle się okazało że nasz narodowy też może latać za sto złotych. A w tym przypadku mówimy już o szerokim wyborze sześciu, czy siedmiu rotacji dziennie a nie raptem dwóch. Czyli po pracy domek, obiad i lotnisko a po weekendzie dłuższa kima, krótszy dojazd na bliższe lotnisko i w biurze o nieco bardziej ludzkiej porze.

Wątek ten tak mocno omawiam i obserwuję, ponieważ ostatnio rejsy na trasie pomiędzy Wrocławiem i Warszawą to jakieś 50% moich wszystkich lotów. Dzięki większym możliwościom transportowym - różnym blablom, Polskibus, Pendolino i w dużej mierze też Ryanair - okazuje się, że bez większych problemów można prowadzić związek na odległość. Przy czym ani nie mam co narzekać na zwiększone obciążenia finansowe, ani na zmęczenie wynikające z trudów podróży. Ot, bus po pracy, przejrzenie w sieci newsów, odpalenie jakieś gry i chwilę później wysiadam z metra. I tak w jedną albo drugą stronę w niemal każdy weekend. Co więcej, dochodziło nawet do takich sytuacji, kiedy po pracy na rowerze jechałem na lotnisko, leciałem na kolację i tym samym rowerem następnego dnia z rana jechałem bezpośrednio do pracy. Taki urok młodzieńczej duszy i odrobiny szaleństwa w głowie ;)

Gdy tak sobie kiedyś omawialiśmy te możliwości transportowe, w pewnym momencie pojawiały się oczywiście porównania do innych krajów, gdzie ruch na trasach wewnętrznych jest dużo bardziej rozbudowany. Przykładem może być Francja z siatką Hop!, otaczana trasami kilku linii Hiszpania czy Włochy. Owszem, kraje bogatsze, odległości większe. Jednak od razu przypomniałem sobie pewną regułę zauważoną półtora roku temu na lotnisku w Bari. W ciągu dnia ściągano tam turystów z Niemiec, Anglii, wysyłano lokalsów do Paryża, Hiszpanii itp., natomiast niemal wszystkie ostatnie rotacje były wykonywane na lotach wewnętrznych. Część z nich odbywała się na trasach regularnych - Mediolan, Sycylia czy Rzym. Jednak rotacje części samolotów podzielone zostały na dwa, trzy loty w tygodniu na mniejszych, nieodległych od siebie kierunkach typu Genua, Florencja/Pisa, Triest/Wenecja/Werona, czy Brescia wspierana przez Bergamo.

Zacząłem więc sobie myśleć - czy coś takiego przyjęłoby się w Polsce? Jest bowiem kilka kierunków dalekich, które można by było połączyć i uzupełniać. Dwie rotacje tygodniowo z Gdańska do Rzeszowa, Krakowa i Wrocławia załatwiają samolotowi pracę na cały tydzień. Owszem, tylko dwie, jednak jeśli pojawi się wymóg podróży w dokładnie ten dzień, Rzeszowiakom pewnie szybciej będzie po pracy dolecieć i dojechać z Krakowa niż przez pół dnia pałować się wzdłuż kraju. Tak działała metoda lotów z Bari jednego dnia do Wenecji, innego do nieodległego Triestu. Do tego cena rzędu 100 złotych pewnie też nie jest jakimś mega wyzwaniem, zwłaszcza przy młodszym społeczeństwie, które zaczyna już całkiem nieźle zarabiać. Dodatkowym plusem dla linii jest to, że krótkie rotacje mogą się zaczynać naprawdę późno - nawet o 21.30. Kto by miał potrzebę latać na takich trasach? Cóż, studenci, osoby dojeżdżające do rodziny swojej, lub swojej połówki, czy freaki chętne poimprezować gdzieś przez weekend (wylot w piątek, powrót busem/pociągiem w niedzielę). Teraz przelecą się po kosztach a za dwa miesiące być może polecą na wakacje zostawiając linii sporo kasy ;)

Czy coś takiego wypaliłoby w naszym kraju? Cóż, Eurolot kiedyś próbował, nawet sensownie wychodziła im siatka z Krakowa i Gdańska. Niestety trafili na piekielnie ciężki dla siebie okres - notoryczne psucie się ATR-ów i brak dostawy dzisiejszych Dashów, oraz przede wszystkim totalna konkurencja OLT. Ryanair póki co zachwala pomysł rejsów na lotnisko Chopina, więc może i inne krajówki zaczną wchodzić w rachubę. Problemem jest tylko straszne foszenie się przewoźnika. Kilka sezonów po otwarciu bazy we Wrocławiu uruchomił on w ścisłym sezonie wakacyjnym połączenie do Gdańska. Myślałem że temat ten się rozkręci, gdyż w sierpniu zeszłego roku częstotliwość została zwiększona do czterech rotacji tygodniowo. Niestety pomimo powolnego rozwoju zarówno w Gdańsku jak i Wrocławiu w tym roku zabrakło miejsca w siatce na to połączenie...

niedziela, 19 lutego 2012

Sztuka taniego latania - jak kupić bilety na tripsta.pl?

Serwis Tripsta.pl ostatnimi dniami dość często jest kojarzony z możliwością zakupu tanich biletów lotniczych. Chodzi o rezerwację biletów na rejsy Polskich Linii Lotniczych LOT, za wystawienie których pośrednik ten nie pobiera opłat. W tym przypadku dochodzimy do dość absurdalnej sytuacji, kiedy to bilety zarezerwowane na ich stronie mogą być nawet kilkadziesiąt złotych tańsze niż jeśli chcielibyśmy je kupić bezpośrednio na stronie internetowej przewoźnika. Co istotne, rezerwacje na Tripsta można opłacać przy użyciu płatności internetowej, co oznacza że nie potrzebna jest nam żadna karta kredytowa/płatnicza. We wpisie tym prezentuję poparty zrzutami ekranu autentyczny proces rezerwacji biletów.
 

Uwaga: Nie życzę sobie jakiegokolwiek przedrukowywania, czy cytowania tego opisu w całości, części  lub  innym kształcie, gdziekolwiek w sieci, prasie czy innej formie przekazu bez mojej wyraźnej zgody. Mogę jej udzielić wyłącznie po skontaktowaniu się ze mną poprzez e-mail (spiral [kropa] active [małpka] gmail [kropa] com). Brak odpowiedzi z mojej strony nie może być uznane za ciche przyznanie zgody na powyższe.


Założenia procesu poniższej rezerwacji są następujące:
  • proces bookowania wraz z całym mechanizmem oraz promocjami jest aktualny na koniec października i w każdej chwili może ulec zmianie
  • pomijam proces wyszukiwania interesujących mnie cen biletów - znam konkretną trasę jaką chcę odbyć, oraz jej datę i numer planowanego lotu
  • chcę zapłacić jak najmniej, dlatego pomijam wszelkie usługi dodatkowe jak np. ubezpieczenia, powiadomienia o locie drogą sms i inne
  • do zakupu biletu będę korzystał z przelewu internetowego do czego potrzebne mi jest konto w jednym z kilku dostępnych banków

Strona 01 - Strona główna
Na początku należy zalogować się na stronie głównej, którą znajdziemy pod adresem www.tripsta.pl. Rezerwacji dokonywałem przy użyciu przeglądarki internetowej Mozilla Firefox. Warto zwrócić uwagę, że jeśli korzysta się z innej przeglądarki, wygląd strony może być nieco inny niż na zamieszczonych grafikach. Jest to problem znany od lat programistom stron internetowych i pozwolę sobie pominąć tłumaczenie jego istoty. Dodam tylko że zarówno z powodu użyteczności jak też bezpieczeństwa danych polecam korzystać z przeglądarek Firefox albo Chrome, oraz zdecydowanie odradzam korzystanie z produktu Microsoft - Internet Explorer.


Po zalogowaniu się na stronę główną, nasza uwaga powinna być skierowana na panel w lewej części strony. To tam wpisujemy dane dotyczące naszych zaplanowanych lotów. W polach "Wylot z"/"Przylot do" wpisujemy nazwy interesujących nas portów lotniczych. Warto zauważyć, że w trakcie wpisywania nieco poniżej pola pojawia się warstwa z podpowiedzią. Dobrze jest wybrać z niej odpowiadającą nam opcję, dzięki czemu mamy pewność że system otrzyma identyfikator naszego portu początkowego/docelowego. Nieco poniżej musimy jeszcze zaznaczyć jaki typ rejsu nas interesuje (w jedną stronę, czy lot powrotny), oraz określić liczbę i rodzaj pasażerów. Opcje zaawansowane sobie odpuszczam, ponieważ wiem dokładnie na jakie rejsy bilety będę chciał kupić.
Oczywiście przed wyszukaniem lotów należy jeszcze wpisać datę planowanego rejsu. Warto w tym przypadku kliknąć na ikonę kalendarza co spowoduje pojawienie się dodatkowej warstwy. W tym miejscu datę możemy wybrać za pomocą kliknięcia myszką dzięki czemu pominiemy ewentualne błędy pojawiające się czasami podczas ręcznego wpisywania daty.
 Jeśli wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, pozostaje już tylko kliknąć na przycisk "Szukaj lotów".


Strona 02 - Wyniki wyszukania
Strona ta prezentuje loty które spełniają kryteria naszego wyszukiwania. Skoro już wcześniej wiedziałem jakimi rejsami chcę odbyć moją podróż, spodziewam się że będą one na samej górze tabeli. Wynika to z prostego faktu - im dana propozycja jest tańsza, tym wyżej została zamieszczona na prezentowanym porównaniu. Na stronie tej jedyne na co musimy zwrócić uwagę to proponowana cena za całość podróży, wybranie rejsów które będą mieścić się w danej cenie, oraz kliknięcie na przycisk potwierdzający. W moim przypadku najtańszą opcją jest cena w okolicach 278 złotych. Do wartości tej w moim przypadku będzie trzeba doliczyć około 6 złotych - o tym później. Dobrą wiadomością jest, że jak to bywa w przypadku lotów na pokładach sieciowych przewoźników - jest to cena bardzo zbliżona do końcowej i nie należy spodziewać się zestawu gwiazdek istotnie windujących w górę ostateczną wartość do zapłacenia. Dodam tylko że w kwocie tej znajduje się oczywiście możliwość odprawy online lub tradycyjnie przy stanowisku check-in na lotnisku, możliwość zabrania ze sobą tzw. bagażu rejestrowalnego (dużej walizki), oraz zwyczajowy darmowy poczęstunek na pokładzie samolotu.
Wracając do procesu rezerwacji, jak widać pod najniższą cenę podpadają dwa rejsy wylotowe oraz jeden powrotni. Dlatego z dwóch opcji wybieram interesujące mnie godziny wylotu i klikam poniższy przycisk "Rezerwuj". Ważne jest, aby kliknąć przycisk wskazywany przez ramkę obejmującą interesujące nas loty. Jeśli klikniemy inny, w dalszym kroku będziemy dokonywali rezerwacji na zupełnie inne rejsy!
Krótka notka odnośnie dziwnych terminów lotów w przykładowej rezerwacji - tzn. wylot w grudniu, powrót w maju. Rezerwowane bilety miały być dolotem na kupiony już dawno odcinek z Warszawy do Istambułu. Niestety opcja z odcinkiem Warszawa-Wrocław w interesujących nas godzinach była ponad nasze budżety, a koszt lotu Wrocław-Warszawa w jedną stronę był w sumie 30 złotych tańszy niż lot powrotni. Dlatego celem podstawowym zakupu było zapewnienie sobie dolotu do Warszawy na konkretny termin i w przystępnej cenie. Powrót natomiast stworzył plan letniego weekendowego wypadu do stolicy do którego pozwolimy sobie wrócić w okolicach lutego/marca. Koniec końców w sytuacji skrajnej nie będziemy nawet wykorzystywać tego biletu ;) 


Strona 03 - Pasażerowie
W tym kroku podajemy podstawowe informacje dotyczące pasażerów. W górnej części strony jeszcze raz wyświetlane są dane wybranych rejsów. Warto sprawdzić czy są to dokładnie te które zaplanowaliśmy odbyć, oraz czy po prawej stronie znajduje się spodziewana przez nas cena prawie końcowa. W sekcji "Informacje o pasażerach" podajemy bardzo podstawowe dane identyfikacyjne. Każde z pól jest obowiązkowe do wypełnienia. Z selektorów wybieramy płeć pasażera, oraz datę urodzenia. W pola tekstowe wpisujemy imię i nazwisko. Co istotne, w polach tych stosujemy łaciński alfabet bez polskich znaków diakrytycznych - tzw. "ogonków", czyli np. ą, ę, ź! Jeśli takowe znajdują się w naszych imionach/nazwiskach to w ich miejsce wpisujemy łacińskie zamienniki - np. "z" zamiast "ż". Jeżeli nie jest się w posiadaniu karty lojalnościowej przewoźnika na rejsy którego bookowane są bilety (w tym przypadku LOT lub innej linii ze Start Alliance), w ogóle nie zawracamy sobie głowy polami poniżej danych osobowych. Ja też jak dotąd nie pokusiłem się o wyrobienie takowej karty - chociaż biorąc pod uwagę coraz częstsze korzystanie z usług LOT muszę o takiej pomyśleć. Jeśli wszystkie dane zostały wpisane poprawnie klikamy na przycisk "Dalej" z dolnej części strony.


Strona 03.1 - Błędy w danych pasażerów
Należę do tych nielicznych osób, które od zawsze korzystając z komputera starają się korzystać z właściwych znaków diakrytycznych. Jednym z tego następstw jest błąd pojawiający się przy praktycznie każdym rezerwowaniu biletów. Wbrew ostrzeżeniom powyżej zastosowałem bowiem polski znak diakrytyczny ("ą" w nazwisku "Towarzysząca") przez co zostałem cofnięty na tą stronę. Szybka poprawka powinna mnie przekierować do kolejnego kroku. Dobrze że system wizualnie wskazuje mi miejsce pojawienia się błędu przez co mogę go szybko zlokalizować. Gdy wszystkie błędy zostaną poprawione (w tym przypadku zamiana "ą" na "a") należy znów wcisnąć przycisk "Dalej".




Strona 04 - Płatność
W kroku tym zadecydujemy w jaki sposób chcemy dokonać płatności za bilet oraz podamy dane kontaktowe do osoby kupującej. W górnej części strony zamieszczone są informacje podane w poprzednich krokach - wybrane rejsy oraz dane pasażerów. Wprawdzie linie sieciowe nie są tak restrykcyjne jak nisko-kosztowe i zamiana drobnej pomyłki w imieniu lub nazwisku pasażera nie jest tak czaso- i koszto-chłonna, jednak jeśli wykryje się jakąś literówkę zawczasu - warto cofnąć się do poprzedniego kroku i poprawić ją ratując się przed niepotrzebnymi procedurami do wykonania w przyszłości.
W sekcji "Dane osobowe" wstawiamy informacje dotyczące osoby płacącej za nasze bilety. Z pierwszej opcji wybieram "Rachunek" - w końcu podróżuję dla przyjemności a nie w ramach czynności związanych z pracą. Poniżej obowiązkowo wypełniam wszystkie pola oprócz numeru telefonu niekomórkowego, oraz "uwagi". Numer telefonu komórkowego podaję oczywiście w postaci "123456789", a kod pocztowy w postaci "12345". Poprawność wpisanego adresu mailowego jest bardzo istotna do dalszych części związanych z rezerwacją. To na ten adres będzie bowiem rozesłana wszelka korespondencja elektroniczna jak potwierdzenie rezerwacji od Tripsta i linii lotniczej, przypomnienia o zbliżającym się locie lub informacje o ewentualnych zmianach godzin zaplanowanego rejsu. Wprawdzie nie posiadam żadnego kuponu rabatowego, to sekcja ta może być interesującą opcją w przyszłości. Serwis Tripsta w pewnym momencie oferował bowiem kod rabatowy uprawniający do około 20 złotych zniżki na bilety dla każdej osoby która zarejestrowała się w jego systemie newsletterowym. Niestety - jak dotąd - nie skorzystałem jeszcze z tej opcji dlatego też pole to pozostawiam puste :-) 
W sekcji "Formularz płatności" dokonujemy wyboru w jaki sposób chcemy opłacić naszą rezerwację. Jest to jedyne miejsce w którym do naszej proponowanej stawki zostanie doliczona drobna suma - od dwóch do ośmiu złotych przy dokonywaniu płatności za pośrednictwem karty płatniczej, lub nieco powyżej sześciu gdy płatności dokonamy za pośrednictwem przelewu internetowego. W chwili obecnej jedynym dla mnie rozwiązaniem jest ta druga opcja, dlatego też na samej górze klikam napis "Przelew elektroniczny". Treść całej sekcji jest wtedy przeładowana a w tabeli pojawia się lista usług banków z których mogę dokonać opłaty za rezerwację. Poniżej listy znajduje się informacja, że wybrana metoda płatności kosztować mnie będzie dodatkowe 6,39 PLN. Jest to suma niezależna od liczby pasażerów i rezerwowanych odcinków lotów. Dlatego też ostateczna wartość do zapłacenia przeze mnie będzie równa nie 278,04 złote jak to było wyświetlane na początku opisu, tylko 284,43 co można w tej chwili sprawdzić w prawej części strony.
Po kliknięciu na produkt banku w którym posiadam swoje konto na samym dole muszę jeszcze potwierdzić akceptację warunków serwisu i linii lotniczej. Jak zawsze proponuję przynajmniej raz w życiu zapoznać się z tymi treściami aby uniknąć ewentualnych niedopowiedzeń jakie zawsze mogą się pojawić przy niespodziewanych sytuacjach (np. odwołany lot). Jeżeli wszystkie dane zostały poprawnie wprowadzone pozostaje nam tylko kliknąć na przycisk "Rezerwacja".


Strona 05 - Przekierowanie do płatności
Strona ta jest elementem zewnętrznego serwisu dotpay, która przekieruje nas do płatności za pośrednictwem wybranej przez nas opcji. Jeśli wszystkie poprzednie dane wpisaliśmy w sposób poprawny, nie musimy tutaj zwracać na nic uwagi. Wprawdzie jest płatna opcja "Gwarancja dotpay", ale - cokolwiek ona oznacza - w formularzu w sposób domyślny jest ona odznaczona i tym samym nie zwiększy ona ostatecznej ceny naszej rezerwacji. Kwotę do zapłacenia mamy potwierdzoną w górnej części tej strony. Jeśli wszystko się zgadza pozostaje nam tylko kliknąć przycisk "Dokonaj płatności".


Strona 06 - Płatność właściwa
W tym miejscu opis zostanie przerwany, ponieważ dalsze kroki zależne są od wybranej formy dokonania przelewu - plus oczywiście fakt że strony takie zawierają mnóstwo danych osobowych i finansowych których nie śmiem prezentować na tym blogu. Fakt jest jednak taki, że nasze symulacje zakupu nie obarczone są żadnymi konsekwencjami finansowymi aż do tego właśnie kroku. Dopiero tutaj wydajemy bowiem fizyczną dyspozycję jakiegokolwiek transferu pieniężnego. Niezależnie od systemu za pomocą którego dokonamy przelewu, każda procedura będzie zmierzała do kolejnego kroku.


Strona 07 - Informacja o dokonanej płatności
Strona ta potwierdza nam dokonanie płatności za rezerwację biletu. W tym miejscu kończy się nasza procedura rezerwacji. Jedyne co nam teraz pozostaje to oczekiwanie na korespondencję elektroniczną z potwierdzeniami od serwisu Tripsta i samej linii lotniczej.




Strona 08 - Potwierdzenia mailowe
Na podany w trakcie rezerwacji adres mailowy w ciągu około godziny powinno przyjść kilka listów elektronicznych. Są to informacje o przyjęciu płatności w systemie Dotpay, potwierdzenie dokonania rezerwacji w serwisie Tripsta, oraz kopia potwierdzenia rezerwacji na sam lot, która znalazła się w serwisie Checkmytrip. Najważniejsze są informacje z tej ostatniej korespondencji, ponieważ są one kopią danych będących w systemie linii lotniczej. Chociaż jest ona w bardzo nieczytelnej formie, warto z niej wysupłać termin, godziny lotu i numery lotów, lotniska z jakich rejs będzie wykonywany, oraz - co naturalne - dane dotyczące pasażerów i numer rezerwacji. Numer ten warto sobie gdzieś zanotować, ponieważ będzie to najważniejsza informacja niezbędna przy jakiejkolwiek korespondencji z linią lotniczą. Jeśli pozostałe dane się zgadzają, nasz proces został zakończony sukcesem. Jedyne co teraz musimy zrobić to zgromadzenie wiedzy na temat co chcemy zobaczyć w trakcie zaplanowanej podróży. Pomyślnych wiatrów!

piątek, 17 lutego 2012

Przełom na krajowym niebie

Rok 2012 jeszcze nam się nie zaczął na dobre a już teraz wszelkie znaki na niebie wskazują że pod względem podróży lotniczych będzie to bardzo ekscytujący okres. Dla „wyznawcówRyanair wydarzeniem ogromnej wagi jest niedługi start pierwszej bazy tego przewoźnika w Polsce oraz ostateczne pojawienie się na lotnisku w Modlinie. Na ustach obserwatorów PLL LOT po listopadowym fenomenalnym lądowaniu Boeinga 767 w Warszawie aktualnie pojawia się wątek planowanej w tym roku prywatyzacji firmy i być może sprzedaży jej Turkish Airlines, otworzenia połączenia do Pekinu i ostatecznie wcielenia do floty nowych Dreamlinerów. W kwestii wydarzeń zagranicznych ostatnio sporo miejsca zajmowały doniesienia o plajtach Spanair i Malev – w tym ostatnim zwłaszcza w kontekście aktualnej wojny (również cenowej) o pozycję w Budapeszcie. Ostatecznie wiadomość sprzed kilku dni dotycząca – co tu szukać bardziej odpowiednich słów – rewolucji na rynku lotów po kraju.

Historia bohatera tego wpisu – JetAir – to niemrawa opowieść pełna fascynujących uniesień które najczęściej kończyły sporym niesmakiem. Firma ta na przestrzeni ostatnich lat próbowała się w niszy lotniczych połączeń po Polsce z pominięciem Warszawy. Pomysły miała rewelacyjne – okazjonalne bilety za mniej niż 99 złotych w jedną stronę, koncentracja na niecodziennych trasach z bazami w Bydgoszczy czy Zielonej Górze. Niemniej cały włożony wysiłek marnował się poprzez bardzo słaby marketing a to wszystko zazwyczaj kończyło się nagłym zawieszaniem połączeń, lub cyklicznym niemal odwoływaniem wybranych rejsów. Jednak po chwilowym marazmie skazującym linię na towarzystwo innych niebytów z dnia na dzień jakbyśmy obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości.

Ostatnie kilka miesięcy mogło wskazywać na takie rozwiązanie. Po serii konsolidacji, przejęć i rebrandigów zaczął się bowiem pojawiać nowy twór. Wprawdzie bez wyraźnie obranego celu, jednak próbujący się tym razem na pewniejszych trasach oraz – co ważne – zdobywający pozytywne opinie. Gdy wszyscy zastanawialiśmy się jaki cel jest w przejmowaniu czarterowej Yes Airways i loty z Gdańska/Wrocławia do Berlina, w tym samym czasie w biurach osób decyzyjnych zarówno linii, jak też wykładającego spore fundusze nowego inwestora zaczął realizować się plan tak ogromny, że niemal szaleńczy.

Wczorajsza konferencja prasowa linii OLT Express jest jednym z ważniejszych w ostatnich latach punktów zwrotnych lotnictwa pasażerskiego w Polsce. Oto bowiem na trasach do Warszawy pojawił się LOTowi bardzo poważny konkurent a na rejsach z pominięciem Warszawy, ostrożnie sondujący i wydawać by się mogło że opanowujący ten rynek Eurolot, stał się nagle niemal maluczkim graczem. Wszystko to za sprawą rozmachu. OLT Express ogłosiła bowiem swoją siatkę kilkunastu bezpośrednich rejsów regularnie łączących 9 portów lotniczych. Co najbardziej rzuca się w oczy to ilość lotów. W przeciwieństwie do ostrożnego badania terenu przez Eurolot, OLT Express stanowczo postawił na częstotliwość dzięki czemu każde połączenie będzie realizowane z co najmniej jednym dziennie kursem w dni pracujące. To dużo, jednak spektakularność tej regularności wzrasta gdy się okazuje że na trasach pokroju Szczecin-Poznań czy Wrocław-Kraków prowadzone będą po trzy rotacje dziennie! Wszystko to z użyciem niemałych samolotów ATR72 oraz okazjonalnie pozostałych po starym JetAir mniejszych odpowiednikach – ATR42. Jednak zjawisko masowości wzrasta gdy weźmie się potencjalnie najbardziej popularne trasy – głównie łączące Warszawę z innymi miastami. Na nich bowiem operować będą odrzutowe Airbusy oferujące do 180 miejsc na pokładzie. Przykładowo przy pięciu lotach dziennie z Wrocławia do stolicy daje to istotny procent aktualnego oferowania tej samej trasy przez PLL LOT.

Gdy w dniu konferencji na spokojnie starałem się przeanalizować zapowiedzi przewoźnika ciągle nie mogłem wyjść z podziwu nad wielkością planowanej ekspansji. Jakim bowiem cudem te wszystkie rejsy mogą być zapełnione w takim stopniu aby przynosić godziwe zyski? Otóż właśnie poprzez regularność i częstotliwość. Przewoźnik nie chce bowiem przede wszystkim podbierać pasażerów swojej powietrznej konkurencji. Chcą stworzyć rynek odbiorców na nowo – wbijając ludziom do głowy świadomość, że po kraju nie trzeba podróżować tylko pociągiem czy samochodem. Z jednej strony można dodać że przy zapowiadanych cenach biletów taka przygoda nie będzie tania. Przy czteroosobowej rodzinie lot ze Szczecina do Poznania we dwie strony to koszt rzędu 800 złotych. Jednak sądzę że oferta ta nie jest kierowana przede wszystkim do pasażerów okazjonalnych. Widać to po rozkładzie lotów, gdzie największy ruch generowany jest w środku tygodnia. Tak aby w delegację można się było udać samolotem i swoje sprawy załatwić w ciągu jednego dnia. Wtedy cena 200 złotych we dwie strony jest opcją konkurencyjną nawet dla podróży koleją. Poprzez sporą liczbę rejsów sztucznie stworzy się nadpodaż co będzie wymuszało obniżanie cen aby zachęcić jeszcze większą liczbę pasażerów. Jednak wielkość zaplanowanych na rotacje samolotów pozwala na zmniejszenie kosztów przypadających na jednego pasażera a tym samym zarabiać przy stosunkowo niższych cenach biletów. Sądzę więc, że nawet po długim okresie promocyjnych cen większość biletów będzie się kształtować w rozsądnych wartościach będących do przyjęcia przez oddelegowanego pracownika nawet niewielkiej firmy.

Pytanie tylko co ze statystycznym Kowalskim-turystą? Cóż, przewoźnik z pewnością liczy tutaj na pojawienie się potrzeby wygody. A coś takiego z pewnością istnieje, co zaczynam zauważać po sobie. W ostatnim czasie kilkukrotnie bowiem romansowałem sobie z sąsiednimi do mojego macierzystego portami lotniczymi. Początkowa myśl że nie będzie tak źle z dojazdem sfinalizowała się poczuciem bezsensu wspominając te kilka godzin spędzonych w trasie do Warszawy czy Berlina. Zwłaszcza jeśli ktoś jest niemobilny i musi polegać na transporcie autobusowym czy kolejowym. Od tego czasu dostaję nerwowych tików na myśl że musiałbym jechać np. na Pomorze czy inne bardziej odległe miasta naszego kraju, wiedząc że w tym czasie mógłbym przelecieć cały kontynent i trochę poza. Dlatego np. analizując oferty First Minute z Warszawy zawszę do ceny ostatecznej doliczam koszt przelotu z Wrocławia – przynajmniej na kursie powrotnym aby oszczędzić sobie dodatkowego – zwyczajowo i tak już dużego po kończącej się podróży – zmęczenia. Oczywiście dodatkowe minimum 200 złotych na odcinek krajowy na pokładzie OLT Express wypacza ideę taniego latania po Europie z wyłapywaniem promocji z innych miast. Odpada więc dolot do Krakowa aby tanio dolecieć na Sardynię czy do Gdańska aby Wizz Airem zabrać się do Skandynawii. Jednak przy podróży bezpośredniej i częstotliwości rejsów nawet te 300 złotych jest przy moich zarobkach ceną akceptowalną.

Jeszcze tak melodią przyszłości – OLT Express oprócz połączeń krajowych wyznaczył Gdańsk na swój hub przesiadkowy na planowane loty międzynarodowe. Jeszcze nie wiadomo gdzie ani za ile, jednak opcja czasów przesiadek i cen ma być bardzo atrakcyjna dla większości miast dolotowych. Z drugiej strony bardzo ciekawi mnie dziura pozostawiona w rozplanowaniu rotacji. W przypadku Wrocławia nocujący tam Airbus A319 ma bowiem w planie tylko dwa kursy do Warszawy. Co więcej, w sobotni poranek leci do stolicy z której wraca dopiero w niedzielne późne popołudnie. Co w tak zwanym międzyczasie? O tym według przewoźnika dowiemy się bardzo niedługo. Plotki chodzą o pojedynczych połączeniach zagranicznych z portów regionalnych, lub przeznaczeniu samolotów pod czartery (m.in. kontakty na bazie wykupionej Yes Airways). W sumie sobota jest tradycyjną zmianą turnusów, więc weekendowe ograniczenie aktywności Airbusów na trasach krajowych i przekazanie ich na czartery byłoby całkiem niezłym i według mnie rozważnym pomysłem. Podobnie wygląda sprawa z turbośmigłowymi ATR-ami, które w weekendy mają zaplanowane tylko poranne sobotnie i wieczorne niedzielne rotacje. Według mnie rewelacja w kwestii wypadów weekendowych.

OK, co teraz skoro odkryte karty pokazały że gracz postawił na bardzo ryzykowną taktykę rozgrywki? Ano marketing, marketing i jeszcze raz marketing. Tak, aby nie popełnić poprzednich błędów kiedy to prawie nikt nie wiedział o lotach JetAir. Zwłaszcza że przewoźnik oferuje taryfę pozwalającą na zmianę lotów bez konieczności dopłaty. Dla większych firm często wysyłających pracowników w delegację o niepewnym całkowitym czasie zaplanowanych spotkań opcja to rewelacyjna. Tak jak w grupie do której należy mój pracodawca. Dlatego przez ostatnie dwa dni rozpuszczam plotki każdemu kto mógłby być zainteresowany i decyzyjny. Póki połowa dostępnych biletów ma być w cenie 99 złotych za rejs sam mam zamiar skorzystać kilkukrotnie – czy to wybrać się do znajomych w Łodzi, czy to wyskoczyć na weekend do Krakowa lub Gdańska. Jak ta ogłoszona niedawno siatka połączeń będzie wyglądać za kilka miesięcy? Tego nie wiem. Jednak z ogromną satysfakcją będę się przyglądał rozwojowi wydarzeń w tym niewątpliwie ciekawym roku na Polskim i kontynentalnym niebie.