Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OLT Express. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OLT Express. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2016

Z Lotniska Chopina na pokładzie Ryanair

No i stało się. Kilka miesięcy po ujawnieniu informacji, że Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina - główny port lotniczy Warszawy - połączenia te doszły do skutku. Wprawdzie w momencie przenosin byłem na urlopie we Włoszech, jednak przeglądając wieczorami sieć, udało mi się w mediach ogólno-informacyjnych wyłapać nagłówki mówiące o zwiększającej się konkurencji na polskim niebie. Czyli główne - w mojej opinii - założenie tych tras zostało wypełnione: reklama poszła w świat :-) 

Przenosiny lotów na Chopina było tematem wielu rozmów z Dorotą. Trasa Wrocław - Warszawa jest przez nas bardzo często uskuteczniana. Gdańsk także leży blisko sercu, ponieważ ułatwia to dostanie się do jej brata i bratowej - rezydujących w Sopocie. Eh... żeby tak jeszcze jej rodzinny Rzeszów ;) Ale wracając do meritum, jednym z omawianych wątków były ceny lotów. Wiadomo, na Modlin lataliśmy - nie licząc pojedynczych przypadków - za 9 do 19 złotych. Pamiętam, gdy strzeliłem, że cena 39 na Chopinie będzie w mojej opinii okazją i atrakcją. A gdzie tam, przed urlopem spokojnie można było zapłacić mniej, włączenie z bardzo atrakcyjną ceną 9 PLN na loty weekendowe. Dość jasno potwierdza to moją teorię, że trasy te po prostu mają przysporzyć Ryanair reklamy, bo o zyskach nie ma w tym przypadku mowy.

Mnie osobiście fakt zmiany i niskie ceny bardzo cieszą. Wprawdzie z lotów na trasie do Wrocławia (tak, tak, do Wrocławia a nie do Warszawy) będę korzystał mniej niż przez ostatni rok, jednak przeniesienie oznacza dla mnie sporo plusów. Poniżej kilka subiektywnych opinii po pierwszych testach.

Z Warszawy wylatuję pierwszym rejsem danego dnia. Nie znam jeszcze miasta, nie wiem jak wygląda kwestia porannych korków, opóźnień komunikacji miejskiej, ani kolejek przy security na lotnisku Chopina. Dlatego póki co na wszelki wypadek daję sobie spore zapasy czasowe. Mimo to, budzik nawet na pierwszy lot zadzwonił mi jakieś 20 minut później niż zwyczajowo dzwonił na lot z  Modlina.

Pierwsza bardzo wyraźna różnica, to czas dojazdu na lotnisko. Aktualnie trasa z przystanku opodal mieszkania pod sam terminal lotniska rozkładowo zajmuje mi... 15 minut :D No dobra, autobus przyjeżdża nieco spóźniony i wspomniana trasa także zajmuje mu nieco więcej czasu. Jednak jest to o niebo mniej niż dojazdy na Modlin, w które należało wliczyć metro, przejażdżkę koleją i busem.

Przy okazji jeszcze mała anegdota dot. komunikacji w Warszawie. Interpretacja regulaminu przewozów zmierza w stronę, że bilet czasowy uprawnia do przebywania w środku transportu przez wskazaną liczbę minut a nie - jak by się mogło intuicyjnie wydawać (głupi ja) - do rozkładowego przejazdu od punktu A do punktu B. Zatem jeśli mój autobus, np. z powodu korków, lub długo wysiadających pasażerów, będzie jechał dłużej niż 20 minut wskazane na bilecie, muszę skasować kolejny ;)

Co ciekawe, odlot do Wrocławia najwyraźniej odbywa się chwilę po peaku w porannej fali odlotów. Za każdym razem udaje mi się bowiem znaleźć kontrolę bezpieczeństwa, do której stoi co najwyżej kilka osób. To dobrze. Boarding na rejsach Ryanair odbywa się w nieznanej mi dotąd części lotniska. Chodzi o małą halę na poziomie zerowym, na którym znajdują się bramki 32-34. Ma ona swój urok. Widząc bowiem całą przestrzeń, można w spokoju skupić się na porannej pracy przy laptopie, przejrzeć w sieci newsy, lub po prostu poczekać aby przejść boarding jako jeden z ostatnich. Zwłaszcza, że do samolotu i tak musimy dojechać busikiem.

Oczywiście siedząc przed bramką nie mogłem sobie odmówić możliwości obserwowania pasażerów. I tak na moje oko, nieco poniżej połowy z nich leci prawdopodobnie w celu załatwienia jakiś interesów. Reszta to weekendowi, lub okazjonalni wypadowicze. Sporo z tych drugich Wrocław traktuje jako przesiadkę na docelowe góry. Jeden z pasażerów wspomniał, że na miejscu jest jakieś 6 godzin wcześniej. Gumowe ucho wyłapuje także, że większość rozmów dotyczy właśnie przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina, zwiększeniu konkurencji itp. Są też głosy niezadowolenia, jak podsłuchana rozmowa telefoniczna pokroju

Pani Basiu, będę potrzebował maila z rezerwacją żeby się odprawić na lot powrotny. I tak na przyszłość, tego Ryanair to sobie odpuśćmy, bo musiałem teraz dopłacić 250 złotych i nie wiedziałem, czy w ogóle mnie wpuszczą do samolotu. Bo mają jakiś zepsuty system i nie mogli mnie dodać do pasażerów...

W skrócie, jakiś niezbyt wytworny gajerek, nie ogarnął chyba odprawy internetowej i myślał że w sposób tradycyjny musi podejść do stanowiska w terminalu. Tam został przywitany koniecznością dopłaty, po czym drugą zaliczył pod bramką, ponieważ próbował przejść z dwoma twardymi walizeczkami, przekraczającymi wymiary drugiego bagażu podręcznego. To dziwne, bo facet był niewiele starszy ode mnie, a sprawiał wrażenie totalnie nierozgarniętej ciapy. Jest to zdanie bardzo subiektywne, ale dla mnie odprawa internetowa jest opcją nie tyle udziwniającą, co ułatwiającą życie. Na lotnisku mogę bowiem stawić się na chwilę przed odlotem i zamiast szukać stanowisk odprawy biletowo-bagażowej, od razu przechodzę w stronę bramki. Na małych lotniskach pokroju Wrocławia - miodzio. W kwestii bagażu, dziwię się że Pan Gajerek lecąc w interesach bierze ze sobą dwie walizeczki. Ale nawet jeśli ma taką potrzebę i przyzwyczaił się do wygody klasy biznes w Locie, to Pani Basia powinna mu raczej wykupić lot z opcją all inclusive, zamiast podstawowej. Opłaty za brak odprawy też by się dało uniknąć, jeśli sprawdziłaby telefon, który podała w trakcie rezerwacji. Za prawie każdym razem odprawiam się na ostatnią chwilę. Wtedy zawsze na dzień przed lotem przychodzi mi sms z prośbą o odprawę i info że podczas odprawy tradycyjnej będę musiał zapłacić €/£45.

Wracając do meritum, busik podwozi nas pod lowcostowy stand 37, który pozwala na obrócenie maszyny w trakcie parkowania i tym samym uniknięcie kosztownej procedury push-back. Lądowanie we Wrocławiu zwyczajowo ma miejsce przed zaplanowaną godziną 0910. O godzinie 0930 zazwyczaj wchodzę do mieszkania.

Zróbmy więc porównanie. Przeglądając rozkład PKP widzę, że najszybszy czas przejazdu z Warszawy Centralnej do Wrocławia, to 3 godziny i 36 minut. Mapy Google twierdzą, że pomiędzy Warszawą a Wrocławiem da się przejechać samochodem 12 minut szybciej. W podobnym przedziale czasowym ostatnio zmieściłem się z podróżą samolotem od pierwszego budzika do stawienia się w mieszkaniu :D Samolot wygrywa więc w każdym zestawieniu.

Co więcej, w tym subiektywnym teście doszedłem do ciekawej sytuacji, o opisanie której raczej bym się nie podejrzewał jeszcze kilka miesięcy temu. Zwróćcie bowiem uwagę na jedną rzecz: Ryanair lata na takich samych trasach co PLL Lot. W chwili obecnej nie mamy już niedomówień - jest możliwość porównania jeden-do-jeden. Co na plus dla narodowego? Częstotliwość lotów, obsługa pokładowa - o ile ktoś zwraca na to uwagę, oraz - ale to z głębokim echem odbijającym się w loży szyderców - catering w postaci palucha Prince Polo i wody. Co na plus dla Ryanair? W skrajnej sytuacji nawet 180 złotych różnicy na bilecie powrotnym (w tej chwili bilety w PLL Lot startują od 200 złotych w obie strony), oraz możliwość zabrania plecaka o wadze do 10 kilogramów, plus dodatkowego małego bagażu. W Locie ograniczenia mamy do jednego bagażu i 8 kilogramów. Jak wieść gminna niesie, od pewnego momentu limity wagowe są skrupulatnie sprawdzane.

Zatem przy wielu smutkach i żalach jakie wylewam tutaj na Ryanair, tym razem muszę stwierdzić, że jeśli komuś nie zależy na bardzo dokładnej i specyficznej godzinie rejsu, to oferta tej linii jest po prostu najlepsza. Pytanie jak się teraz zachowa narodowy? Jeśli priorytetem będzie dowóz pasażerów do huba na przesiadki, to taka konkurencja jest mu na rękę - pozbędzie się klientów o niskiej rentowności. Jeśli natomiast będzie chciał zachować prestiż lidera na trasach krajowych, to nie ma bata - oferta musi się polepszyć, albo - co idąc za przykładem krótkiej konkurencji z OLT Express - ceny po prostu muszą spaść.

wtorek, 20 listopada 2012

Reaktywacja OLT

Przeglądając ostatnio różnorakie newsy z kategorii transport natrafiłem na artykuł o podobnym medialnym niesieniu jak zastosowany w tym wpisie tytuł. Oczywiście przy całej mojej sympatii do tego czym wydawało mi się że będzie OLT Express, ewentualnej reaktywacji wolałbym jednak nie widzieć. Niemniej po nośnym tytule - zawierającym jedno ze słów kluczowych sprawiających że w tym roku prasowy sezon ogórkowy praktycznie nie istniał - udało się wyczytać kilka ciekawych informacji. Dla ścisłości wspomniane słowo kluczowe to OLT, drugie to oczywiście Amber Gold.
Otóż gwoli przypomnienia OLT Express powstało na bazie trzech przewoźników - niemieckiej OLT oraz polskich Jet Air i czarterowej Yes Airways. Pamiętam że pierwsze informacje o Yes pojawiły się na równi z informacjami o planowanym uruchomieniu Enter Air. Były to czasy czarterowych ofert Centralwings albo już LOT Charters, kiedy to wydawało się że na naszym zatłoczonym niebie może znajdzie się miejsce na jeszcze jedną nową linię. Moją niechęć do Yes wzbudzało przedłużanie się niebytu, kiedy to poza informacją o uruchomieniu nie działo się nic. Stronę przewoźnika stanowił mało profesjonalny układ z grafiką "zerżniętą" z projektu wtedy jeszcze budowanego terminala we Wrocławiu, podczas gdy Enter Air coraz pewniej stawał się interesującym startupem. Koniec końców - ku mojemu zdziwieniu - Yes Airways ruszyło i co jakiś czas pojawiało się na pojedynczych trasach czarterowych. Powoli, coraz więcej i więcej dopóki nie przekazało swoich maszyn do OLT Express miszmaszując pomiędzy lotami krajowymi, planowanymi zagranicznymi i czarterami.
O Yes rozpisałem się ponieważ sedno wspomnianego artykułu była informacja dotycząca ludzi wcześniej tworzących właśnie tą linię. Nie da się bowiem ukryć że pomimo wariackich pomysłów i klapy osób ze szczytów piramidy decyzyjnej, OLT zebrała sporą grupę pracowników oddanych sprawie, chętnych na stworzenie nowej jakości i - co ważne - również kompetentnych. Mam tutaj na myśli cały przekrój - od Cabin Crew, pilotów poprzez Call Center po pracowników biurowych. Część tych ludzi podobno próbuje reaktywować Yes Airways korzystając z doświadczeń pracy zarówno w małej, jak też rozwijającej się w zawrotnym tempie gwiazdeczki roku 2012.
Oprócz samego artykułu zaciekawiły mnie zamieszczone tam komentarze obserwatorów rynku. Reaktywowana linia miałaby bowiem opierać swoją działalność na rynku czarterowym, który jakoby był w chwili obecnej znów zapełniony. Powodować to by miało nikłe szanse na powodzenie projektu zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę niesmak jaki pozostawił OLT Express. Czytając jednak te komentarze  przypomniałem sobie stan rynku czarterowego w momencie uruchamiania Enter Air. Wtedy podobno na czarterach raczej nie dawało się zarobić a wszystko to za sprawą linii arabskich, które - jak to wtedy określano - dzięki dotacjom latały poniżej realnych kosztów. Cóż, kilka sezonów pokazało że jednak udało się przejąć spory kawałek czarterów takim liniom jak Enter Air, Bingo czy OLT/Yes Airways. Może więc teoria że czekająca nas druga fala kryzysu, rosnące bezrobocie, inflacja, realny spadek wynagrodzeń, wzrastające ceny wycieczek i niepewna sytuacja w krajach wakacyjnych po prostu się nie sprawdzi?
Otóż, nie jestem specjalistą w kwestii czarterów, ale wydaje mi się że w tym rynku jest jeszcze sporo do ugrania. Wszystko zależy od oferty biur podróży. Osobiście nie korzystam, ponieważ nie interesują mnie sztuczne turystyczne spędy w Egiptach, Turcjach czy Tunezjach. Jednak im szybciej firmy zaczną oferować inne kraje, tym szybciej uniezależnią się od problemów polityczno-społecznych miejsc dotychczasowych i tym szybciej mogą zyskać dzięki ciekawości klientów nowych i obecnych. Dobrym pomysłem może być Chorwacja. Tego lata był to kierunek prawie 50% wakacyjnych wojaży zagranicznych moich znajomych z pracy. Istotnym plusem może tutaj być niewielka odległość do Polski. Jedną maszyną da się bowiem w tym samym czasie wykonać dużo więcej lotów (zysków) niż w stronę innych potencjalnych nowych kierunków - Sycylii, Balearów że o Maroku czy Kanarach nie wspomnę.
Drugim istotnym aspektem o którym wspomina się już któryś sezon z rzędu są czarterowe połączenia długodystansowe. Podobno Enter Air przymierza się do kupna większej maszyny, ponieważ znajdują się pasażerowie chętni nawet na kilkunastogodzinną męczarnię w ciasnym Boeingu 737 z koniecznym technicznym stopem na dotankowanie. A mowa tutaj o kierunkach typu Azja południowo-wschodnia, Indie, Kenia, Kuba czy coś na kontynencie Amerykańskim. Na takich trasach większe, szerokokadłubowe samoloty zapewniają lot bez postoju technicznego oraz z wyższym komfortem podróży. Dodatkowo pojawia się więcej możliwości uniezależnienia się od sezonowości. Latem można bowiem latać na półkulę północną, zimą bardziej celować w południowe rejony globu. Ba, jeśli będzie potrzeba to wzorem rosyjskich linii lotniczych grubszymi samolotami można też latać do Tunezji i Egiptu gdzie wzięcie będzie zawsze.
Trzecim bardzo istotnym dla mnie aspektem byłaby kolejna poruszana od kilku sezonów plotka o uruchomieniu sprzedaży wyłącznie biletów lotniczych. Oczywiście na lotniskach posiadających sporo połączeń regularnych i wakacyjnych może to nie wypalić. Ale zastanawiam się czy nie sprawdziłoby się to w portach mniejszych. Czy nie znalazłoby się tygodniowo 20 osób chętnych na kupno tylko biletów? Takich jak ja, niechętnych integrowaniu się ze swoimi krajanami w hotelach i na basenach, ale chętnych do  samodzielnego wyjechania w interesujące miejsce. Pomysł ten oczywiście nie dotyczy Egiptów i Tunezji. Myślę bardziej o kierunkach o niepewnym - jak na te małe lotniska - ruchu ale odpowiednio rozbudowanej bazie noclegów i okolicznych atrakcji. Czyli coś pokroju Maroko, Kanary, Baleary, Cypr... Zastanawiając się któregoś wieczora stwierdziłem że i tak co roku w zimie muszę jechać do Berlina aby na pokładzie Easyjet dostać się w jakieś cieplejsze miejsce. Sądzę więc że nie miałbym oporów przed zapłaceniem 600 złotych aby z plecakiem z lotniska w moim mieście polecieć na przykładową Teneryfę. Pytanie tylko czy byłoby to opłacalne dla linii? Low costom się opłaca, chociaż wiadomo że to zupełnie inny rynek.
Tak czy siak, patrząc jak nasza oferta czarterowa jest zapóźniona w porównaniu z ofertami nie tyle dla Niemców, Holendrów i Skandynawów co nawet tych pogrążonych w kryzysie Włochów i Hiszpanów, śmiem podejrzewać że jest jeszcze sporo do ugrania. Owszem, jesteśmy narodem uboższym. Ale niejednokrotnie było pokazywane że pobyt w tym samym hotelu jest tańszy w ofercie niemieckiej niż polskiej. Chociaż paradoksalnie koszty prowadzenia biznesu na zachodzie są przecież wyższe niż u nas - to raz. A dwa że pomimo relatywnie droższych wyjazdów, nasi rodacy i tak chętnie je kupują. Pokazują to w końcu zapełnione w wakacje samoloty zarówno czarterowe jak też lowcostowe. Może więc jeszcze jest co ugrać?

* Wspomniany artykuł który sprowokował do tego wpisu to zamieszczony na stronach forsal.pl "Na gruzach OLT może powstać nowy przewoźnik czarterowy" autorstwa Cezarego Pytlosa.

niedziela, 18 marca 2012

Na noże?

Jak wspominałem całkiem niedawno, lotniczy sezon letni w tym roku będzie niezwykle ciekawy - zwłaszcza na lokalnym rynku. Wszystko to za sprawą OLT Express który zadziwił impetem z jakim chce pojawić się na naszym niebie i który w chwili obecnej w lotniczym światku jest sporą ciekawostką. Liczbą tras i regularnością proponowanych lotów zaskoczył bowiem nawet największych optymistów. Tym bardziej, że tak naprawdę ostatnia konferencja prasowa nie była w tej kwestii ich ostatnim słowem. Przykładem jest choćby zeszłotygodniowa nowość. Przewoźnik zauważył bowiem że zaproponowaną siatką połączeń dzięki przesiadkom w Warszawie będzie w stanie obsłużyć połączenia z Rzeszowa do Poznania i Wrocławia. Wszystko to w świetnych godzinach dla delegatów z Podkarpacia - wylot z samego rana turbośmigłowym ATR i krótka przesiadka na odrzutowego Airbusa. Powrót wymaga już nieco dłuższego czekania, ale czas można wykorzystać choćby na szybką obiadokolację - w sam raz przed późnym powrotem do Rzeszowa. Fizycznie cztery loty a koszt znów jak za dwa. Druga sprawa to ciągła niewiadoma w kwestii dziur w rozkładzie dla większości maszyn. Siatka ułożona została bowiem tak, że rozstawione po portach regionalnych samoloty w soboty wykonują tylko swoje poranne rotacje a w niedzielę tylko wieczorne. Akurat w taki sposób aby obsłużyć weekendowy ruch turystyczny. Dużo więcej wolnego czasu mają natomiast Airbusy. Przykładowo "Wrocławski" A319 w dni robocze wykonuje jedynie poranny i późnopopołudniowy rejs do Warszawy. W sobotę natomiast leci tylko do stolicy, z której wraca w niedzielę wczesnym wieczorem. Co w międzyczasie? Mówi się o lotach międzynarodowych i czarterach. Pomysł świetny, tylko póki co nie wyciekła prawie żadna konkretna wiadomość w tej kwestii.
Oczywiście na samym OLT Express latanie po kraju się nie kończy. Wydawać by się mogło że na poważnie rewolucję w tej kwestii już rok temu zaczął inny przewoźnik - Eurolot. Jednak ta sprowadzona nieco do parteru przez nową konkurencję linia po chwili ciszy znów zaczęła pojawiać się w kolejnych doniesieniach. Zapowiedziała bowiem że na cały rok przedłuża turystyczną ofertę z Gdańska i Warszawy do Popradu, dodatkowo z Gdańska zacznie latać do Aarhus w Danii a z Warszawy czarterowo do Zadaru w Chorwacji. Dodatkowo cały czas zapowiadane jest uruchomienie połączeń z Wrocławia i Krakowa do Lwowa, jak też inne - póki co owiane biznesową tajemnicą. Duże nadzieje pokłada się w połączeniach zagranicznych z portów regionalnych - zwłaszcza że linia ostatecznie potwierdziła zamówienie na kilka nowych samolotów Q400 Bombardiera. Na szybko tylko dodam że model ten dużo bardziej nadaje się na dłuższe rejsy niż używany dotychczas ATR.
Dobrze, oferta staje się coraz bogatsza a konkurencja o pasażera posiadającego ograniczony zasób środków przeznaczonych na krótkie podróże - bardziej zażarta. Czemu więc tytułowe na noże? Ponieważ na konkurowaniu produktem się nie kończy - niestety.
Wielkim dla mnie zaskoczeniem była mocna reakcja PLL LOT. Niedługo po opublikowaniu siatki połączeń i cen przez OLT Express "narodowy" powziął się na dumę i ogłosił tydzień promocyjnych cen na połączenia krajowe. Pytanie - po co? Owszem, na samych rejsach do Warszawy wyrósł mu poważny konkurent - w końcu te pięć dziennie kursów z Wrocławia, sześć z Gdańska, trzy ze Szczecina - wszystko na dużych Airbusach - jest niemal zdublowaniem podaży. Tylko tak naprawdę ruch do Warszawy jest dla OLT Express docelowy a dla PLL LOT w co najmniej połowie powinien być kierowany na przesiadki w Warszawie na loty zagraniczne. Klient więc jest przywiązany do linii. Reszta to tak naprawdę deficytowy, lub zerujący się kosztowo ruch. Chyba że chodzi o klienta biznesowego, ale ten nie będzie korzystał z biletu za 99 złotych bez możliwości zbierania mil, zapewnionej przesiadki na ewentualny kolejny odcinek czy wejścia do saloniku na lotnisku. Tak więc po co?
Kolejny raz zaskoczony zostałem przez PLL LOT gdy ten oskarżył OLT Express o piracenie ichniejszej kampanii reklamowej. Chodziło o identyfikację produktu poprzez nazwę - dzięki poprzestawianiu liter aż kusiło aby do "OLT" dodać nawiązujące do LOT "Polskie Linie Lotnicze" - jak też wizualną - podobne reklamy z osobami wsiadającymi i wysiadającymi do samolotu, podczas gdy w tle znajdują się rozpoznawalne widoki celów podróży. Co do zasady reakcję PLL LOT rozumiem - zwłaszcza że spójna i jasna kampania wizerunkowa nie jest tworzona w pięć minut na biurku podrzędnego pracownika w centrali. Jednak tak naprawdę próba podpięcia się OLT pod LOT na każdym szczeblu byłaby nietrafiona. W skrócie - zupełnie inny produkt. Jeśli ktoś skojarzy że tak samo wyglądała reklama "narodowego", to najpierw będzie szukał nowej oferty na jego stronie. Gdy nie znajdzie tam tak niszowego połączenia bezpośredniego jak Rzeszów - Gdańsk, to albo sobie odpuści, albo znajdzie jednak na innej stronie. Wtedy może pomyśleć że to pewnie zagrywka typu Eurolot wykonujący rejsy dla PLL LOT - normalka na wybranych krótkich trasach "narodowego". Niemniej sam przewoźnik klienta stricte bezpośrednio nie traci. Podejrzewam więc że jeśli taka kampania OLT była wybierana świadomie, to wyłącznie po to aby wywołać medialny skandal. I tak się stało. Po wypuszczonych oświadczeniu LOT linia bowiem znów zaistniała w mediach podpisana jako ta, która bez przesiadek w Warszawie oferuje loty po kraju zaczynające się już od 99 złotych w jedną stronę. Tak więc zamiast załatwić sprawę po cichu w sądowych murach, konkurencja odwaliła kawał niezłej roboty. Fakt, reklama to niskiego poziomu, ale przy impecie OLT Express każde dodatkowe źródło wejścia w pamięć ludziom że taki przewoźnik istnieje jest w tej chwili na wagę złota.
Z drugiej strony zaskoczyła mnie też nieco reakcja Eurolotu, który całkiem niedawno zszedł z najniższymi cenami do poziomu OLT Express. Pierwsze wrażenie było bowiem czy nie lepiej się poddać na trasach krajowych pozostając na tych najbardziej lukratywnych i licząc że jakoś da się wyżyć w obliczu sporej konkurencji? Zwłaszcza że Eurolot tak naprawdę oferuje raptem kilka pojedynczych połączeń a OLT Express pokrył niemal całą Polskę. Z drugiej strony jednak dla Eurolotu to walka o być albo nie być. Jak przeglądałem bowiem rozkład - część rejsów na tych samych trasach u obu konkurentów zaplanowana jest w odstępach mniejszych niż godzina. Biorąc pod uwagę impet w kampanii promocyjnej prowadzonej przez obie linie - Eurolot może zginąć w szumie medialnym. Zwłaszcza przy determinacji OLT Express, który kilka dni później odpowiedział kolejną obniżką - 50% taniej dla studentów i emerytów. Czyli po kraju już od stu złotych.
No dobrze, konkurencja ma to do siebie że czasami walczy się na noże. Zwłaszcza przy tak rozchwianym rynku lotniczym jaki mamy po ekspansji kontrowersyjnego Ryanair na naszym kontynencie i niedojrzałym jaki mamy w naszym kraju - nawet niewielki płomień może wzniecić spory pożar. Tylko pytanie czy jest sens go wzniecać? To jest pytanie do każdego z przewoźników. Rozumiem, dobrze skrojony biznesplan powinien zakładać pewną pulę kosztów związanych z początkiem konkurencji których poniesienie może w późniejszym czasie spowodować zyski. Tylko chodzi mi o pewne zepsucie rynku które możemy powoli obserwować. Wiadomo bowiem że tak duże oferowanie tak niskich cen nie będzie trwało w nieskończoność. Owszem, teraz przez sporą część Polaków może przemawiać ciekawość spróbowania się z lotem po kraju. Baaa, studenci mogą taniej niż pociągiem wrócić teraz do domu w innym mieście, czy nawet lecieć na weekendowy zjazd. Niestety jak podejrzewam dużo ciężej im będzie zapłacić te 300+ złotych za powrotni lot gdy minie okres promocji, zwłaszcza jeśli teraz te same loty ma za 100 złotych a nie - jeszcze niedawne - 200. A wiadomo że to nie chodzi o kilka jednorazowych prezentów dla iluśset tysięcy Polaków, którzy po podwyżce cen znów wrócą do kolejowych kawalkad, tylko o przyzwyczajenie ich do podróży samolotowych. O pewne zmanieryzowanie i wzbudzenie potrzeby oszczędności czasu u takiej rzeszy podróżnych, aby te aktualnie dwa rejsy dziennie z Gdańska czy Wrocławia do Łodzi potrafiły się same utrzymać po zakończeniu okresu promocji. Walka na cenę jest nośna, medialna, przyzwyczaja do produktu największe rzesze klientów. Jednak obawiam się że po powrocie do chłodnego kalkulowania i podwyższania cen biletów spora rzesza tych klientów po prostu zrezygnuje. Czy nie lepiej więc - przy już atrakcyjnych cenach - walczyć na jakość produktu i przywiązywać klienta w jakiś inny sposób? Jakieś odpowiedzi w tej kwestii pewnie będzie można zobaczyć za około rok :-)

piątek, 17 lutego 2012

Przełom na krajowym niebie

Rok 2012 jeszcze nam się nie zaczął na dobre a już teraz wszelkie znaki na niebie wskazują że pod względem podróży lotniczych będzie to bardzo ekscytujący okres. Dla „wyznawców” Ryanair wydarzeniem ogromnej wagi jest niedługi start pierwszej bazy tego przewoźnika w Polsce oraz ostateczne pojawienie się na lotnisku w Modlinie. Na ustach obserwatorów PLL LOT po listopadowym fenomenalnym lądowaniu Boeinga 767 w Warszawie aktualnie pojawia się wątek planowanej w tym roku prywatyzacji firmy i być może sprzedaży jej Turkish Airlines, otworzenia połączenia do Pekinu i ostatecznie wcielenia do floty nowych Dreamlinerów. W kwestii wydarzeń zagranicznych ostatnio sporo miejsca zajmowały doniesienia o plajtach Spanair i Malev – w tym ostatnim zwłaszcza w kontekście aktualnej wojny (również cenowej) o pozycję w Budapeszcie. Ostatecznie wiadomość sprzed kilku dni dotycząca – co tu szukać bardziej odpowiednich słów – rewolucji na rynku lotów po kraju.

Historia bohatera tego wpisu – JetAir – to niemrawa opowieść pełna fascynujących uniesień które najczęściej kończyły sporym niesmakiem. Firma ta na przestrzeni ostatnich lat próbowała się w niszy lotniczych połączeń po Polsce z pominięciem Warszawy. Pomysły miała rewelacyjne – okazjonalne bilety za mniej niż 99 złotych w jedną stronę, koncentracja na niecodziennych trasach z bazami w Bydgoszczy czy Zielonej Górze. Niemniej cały włożony wysiłek marnował się poprzez bardzo słaby marketing a to wszystko zazwyczaj kończyło się nagłym zawieszaniem połączeń, lub cyklicznym niemal odwoływaniem wybranych rejsów. Jednak po chwilowym marazmie skazującym linię na towarzystwo innych niebytów z dnia na dzień jakbyśmy obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości.

Ostatnie kilka miesięcy mogło wskazywać na takie rozwiązanie. Po serii konsolidacji, przejęć i rebrandigów zaczął się bowiem pojawiać nowy twór. Wprawdzie bez wyraźnie obranego celu, jednak próbujący się tym razem na pewniejszych trasach oraz – co ważne – zdobywający pozytywne opinie. Gdy wszyscy zastanawialiśmy się jaki cel jest w przejmowaniu czarterowej Yes Airways i loty z Gdańska/Wrocławia do Berlina, w tym samym czasie w biurach osób decyzyjnych zarówno linii, jak też wykładającego spore fundusze nowego inwestora zaczął realizować się plan tak ogromny, że niemal szaleńczy.

Wczorajsza konferencja prasowa linii OLT Express jest jednym z ważniejszych w ostatnich latach punktów zwrotnych lotnictwa pasażerskiego w Polsce. Oto bowiem na trasach do Warszawy pojawił się LOTowi bardzo poważny konkurent a na rejsach z pominięciem Warszawy, ostrożnie sondujący i wydawać by się mogło że opanowujący ten rynek Eurolot, stał się nagle niemal maluczkim graczem. Wszystko to za sprawą rozmachu. OLT Express ogłosiła bowiem swoją siatkę kilkunastu bezpośrednich rejsów regularnie łączących 9 portów lotniczych. Co najbardziej rzuca się w oczy to ilość lotów. W przeciwieństwie do ostrożnego badania terenu przez Eurolot, OLT Express stanowczo postawił na częstotliwość dzięki czemu każde połączenie będzie realizowane z co najmniej jednym dziennie kursem w dni pracujące. To dużo, jednak spektakularność tej regularności wzrasta gdy się okazuje że na trasach pokroju Szczecin-Poznań czy Wrocław-Kraków prowadzone będą po trzy rotacje dziennie! Wszystko to z użyciem niemałych samolotów ATR72 oraz okazjonalnie pozostałych po starym JetAir mniejszych odpowiednikach – ATR42. Jednak zjawisko masowości wzrasta gdy weźmie się potencjalnie najbardziej popularne trasy – głównie łączące Warszawę z innymi miastami. Na nich bowiem operować będą odrzutowe Airbusy oferujące do 180 miejsc na pokładzie. Przykładowo przy pięciu lotach dziennie z Wrocławia do stolicy daje to istotny procent aktualnego oferowania tej samej trasy przez PLL LOT.

Gdy w dniu konferencji na spokojnie starałem się przeanalizować zapowiedzi przewoźnika ciągle nie mogłem wyjść z podziwu nad wielkością planowanej ekspansji. Jakim bowiem cudem te wszystkie rejsy mogą być zapełnione w takim stopniu aby przynosić godziwe zyski? Otóż właśnie poprzez regularność i częstotliwość. Przewoźnik nie chce bowiem przede wszystkim podbierać pasażerów swojej powietrznej konkurencji. Chcą stworzyć rynek odbiorców na nowo – wbijając ludziom do głowy świadomość, że po kraju nie trzeba podróżować tylko pociągiem czy samochodem. Z jednej strony można dodać że przy zapowiadanych cenach biletów taka przygoda nie będzie tania. Przy czteroosobowej rodzinie lot ze Szczecina do Poznania we dwie strony to koszt rzędu 800 złotych. Jednak sądzę że oferta ta nie jest kierowana przede wszystkim do pasażerów okazjonalnych. Widać to po rozkładzie lotów, gdzie największy ruch generowany jest w środku tygodnia. Tak aby w delegację można się było udać samolotem i swoje sprawy załatwić w ciągu jednego dnia. Wtedy cena 200 złotych we dwie strony jest opcją konkurencyjną nawet dla podróży koleją. Poprzez sporą liczbę rejsów sztucznie stworzy się nadpodaż co będzie wymuszało obniżanie cen aby zachęcić jeszcze większą liczbę pasażerów. Jednak wielkość zaplanowanych na rotacje samolotów pozwala na zmniejszenie kosztów przypadających na jednego pasażera a tym samym zarabiać przy stosunkowo niższych cenach biletów. Sądzę więc, że nawet po długim okresie promocyjnych cen większość biletów będzie się kształtować w rozsądnych wartościach będących do przyjęcia przez oddelegowanego pracownika nawet niewielkiej firmy.

Pytanie tylko co ze statystycznym Kowalskim-turystą? Cóż, przewoźnik z pewnością liczy tutaj na pojawienie się potrzeby wygody. A coś takiego z pewnością istnieje, co zaczynam zauważać po sobie. W ostatnim czasie kilkukrotnie bowiem romansowałem sobie z sąsiednimi do mojego macierzystego portami lotniczymi. Początkowa myśl że nie będzie tak źle z dojazdem sfinalizowała się poczuciem bezsensu wspominając te kilka godzin spędzonych w trasie do Warszawy czy Berlina. Zwłaszcza jeśli ktoś jest niemobilny i musi polegać na transporcie autobusowym czy kolejowym. Od tego czasu dostaję nerwowych tików na myśl że musiałbym jechać np. na Pomorze czy inne bardziej odległe miasta naszego kraju, wiedząc że w tym czasie mógłbym przelecieć cały kontynent i trochę poza. Dlatego np. analizując oferty First Minute z Warszawy zawszę do ceny ostatecznej doliczam koszt przelotu z Wrocławia – przynajmniej na kursie powrotnym aby oszczędzić sobie dodatkowego – zwyczajowo i tak już dużego po kończącej się podróży – zmęczenia. Oczywiście dodatkowe minimum 200 złotych na odcinek krajowy na pokładzie OLT Express wypacza ideę taniego latania po Europie z wyłapywaniem promocji z innych miast. Odpada więc dolot do Krakowa aby tanio dolecieć na Sardynię czy do Gdańska aby Wizz Airem zabrać się do Skandynawii. Jednak przy podróży bezpośredniej i częstotliwości rejsów nawet te 300 złotych jest przy moich zarobkach ceną akceptowalną.

Jeszcze tak melodią przyszłości – OLT Express oprócz połączeń krajowych wyznaczył Gdańsk na swój hub przesiadkowy na planowane loty międzynarodowe. Jeszcze nie wiadomo gdzie ani za ile, jednak opcja czasów przesiadek i cen ma być bardzo atrakcyjna dla większości miast dolotowych. Z drugiej strony bardzo ciekawi mnie dziura pozostawiona w rozplanowaniu rotacji. W przypadku Wrocławia nocujący tam Airbus A319 ma bowiem w planie tylko dwa kursy do Warszawy. Co więcej, w sobotni poranek leci do stolicy z której wraca dopiero w niedzielne późne popołudnie. Co w tak zwanym międzyczasie? O tym według przewoźnika dowiemy się bardzo niedługo. Plotki chodzą o pojedynczych połączeniach zagranicznych z portów regionalnych, lub przeznaczeniu samolotów pod czartery (m.in. kontakty na bazie wykupionej Yes Airways). W sumie sobota jest tradycyjną zmianą turnusów, więc weekendowe ograniczenie aktywności Airbusów na trasach krajowych i przekazanie ich na czartery byłoby całkiem niezłym i według mnie rozważnym pomysłem. Podobnie wygląda sprawa z turbośmigłowymi ATR-ami, które w weekendy mają zaplanowane tylko poranne sobotnie i wieczorne niedzielne rotacje. Według mnie rewelacja w kwestii wypadów weekendowych.

OK, co teraz skoro odkryte karty pokazały że gracz postawił na bardzo ryzykowną taktykę rozgrywki? Ano marketing, marketing i jeszcze raz marketing. Tak, aby nie popełnić poprzednich błędów kiedy to prawie nikt nie wiedział o lotach JetAir. Zwłaszcza że przewoźnik oferuje taryfę pozwalającą na zmianę lotów bez konieczności dopłaty. Dla większych firm często wysyłających pracowników w delegację o niepewnym całkowitym czasie zaplanowanych spotkań opcja to rewelacyjna. Tak jak w grupie do której należy mój pracodawca. Dlatego przez ostatnie dwa dni rozpuszczam plotki każdemu kto mógłby być zainteresowany i decyzyjny. Póki połowa dostępnych biletów ma być w cenie 99 złotych za rejs sam mam zamiar skorzystać kilkukrotnie – czy to wybrać się do znajomych w Łodzi, czy to wyskoczyć na weekend do Krakowa lub Gdańska. Jak ta ogłoszona niedawno siatka połączeń będzie wyglądać za kilka miesięcy? Tego nie wiem. Jednak z ogromną satysfakcją będę się przyglądał rozwojowi wydarzeń w tym niewątpliwie ciekawym roku na Polskim i kontynentalnym niebie.