Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eurolot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eurolot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2016

Gdzień pomiędzy - Mołdawia - podsumowanie

Pod koniec naszego tygodniowego pobytu zacząłem się zastanawiać - dla jakiego podróżnego jest ten kraj? W międzyczasie słyszeliśmy bowiem różne opinie. Znajomy z pracy Mołdawię wspominał dobrze, ale to raczej z powodu klimatów wypadu motorowego. W internecie najczęściej można wyczytać informacje, że na kraj należy poświęcić cztery dni - każdy więcej jest w zasadzie zmarnowany. Jak więc widać, opinie mieszane.

Według mnie, Mołdawia jest propozycją raczej dla doświadczonych podróżników. Osób, które mają za sobą zaliczone najważniejsze punkty kontynentu i teraz po prostu zapełniają mapę odwiedzonych miejsc, lotnisk, odbytych tras. Ponieważ rzeczywiście jest tu niewiele do zaoferowania, warto w trakcie wizyty poeksperymentować. Przykładowo bardzo podobał mi się tupting po prowincji z nocowaniem na dziko pod namiotem. Owszem, podobny klimat i radochę można znaleźć prawdopodobnie w każdym innym kraju, jednak co stoi na przeszkodzie aby nie połączyć tego właśnie z wypadem do Mołdawii?

Niektórzy wybierają podróż w te rejony kontynentu, aby poczuć siermiężność sowieckich klimatów lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku. Szczerze, nie widziałem tego nawet w Naddniestrzu, po którym oczekiwałem największego stężenia takiego właśnie klimatu. Owszem, główne ulice miasta noszą nazwy Lenina lub 25.października, w samej fladze regionu oficjalnie zaczęto używać symboliki sierpa i młota. Jednak potrzeba wizualnej atrakcyjności regionu zatarła specyficzny smrodek dawnej epoki, tworząc nową, opartą na szeroko opisywanej w jednym z poprzednich wpisów propagandzie. Przeżycie tego jest właśnie najciekawszym aspektem turystycznym Naddniestrza. Sama Mołdawia, a dokładniej Kiszyniów, to bardziej nasze lata dziewięćdziesiąte. Taka mieszanka zaczynającej kształtować się wolności i wynikających z tego zmian społecznych. Czyli dużo do zrobienia, ale przy niewielkich możliwościach finansowych. Są pierwsze banki (notabene zabawna sytuacja - do każdego z nich jest zakaz wchodzenia z bronią), bez problemu można kupić wszystkie towary pierwszej potrzeby, tylko że większość handlu odbywa się jeszcze na targach i placach handlowych. Nie ma problemu z poruszaniem się po kraju, ale odbywa się to za pomocą zdezelowanych marszrut. W przypadkach skrajnych, w takim Transicie przebywa 30+ osób - po trzy osoby na siedzeniu i dzieci na kolanach, plus ścisk wśród stojących. Na własnych oczach widzieliśmy, jak w wysiadanie dziewczyny z końca pojazdu zaangażowanych była połowa współpasażerów. Na kolana wziąłem torbę jednego faceta, aby ten mógł się nieco ruszyć umożliwiając jej wstanie z siedzenia. Bagaż wynoszony był ze współudziałem ośmiu osób, a dodatkowe sześć musiało na chwilę wyjść z busika aby w ogóle można było myśleć o wyjściu tej jedynej ;)


Takie rzeczy budują właśnie specyficzny charakter Mołdawii. Kraju, wydaje się, radosnego i otwartego na każdego. Zwłaszcza, że ruch turystyczny jest w nim na etapie raczkowania. Przynajmniej tak podejrzewamy, ponieważ na miejscu powszechnie obowiązującym językiem jest (obarczony nierozpoznawalnym przez nas lokalnym dialektem) rumuński i rosyjski. Większość turystów zwiedzających Mołdawię to podobno Rumuni, Ukraińcy, Rosjanie i Bułgarzy. W naturalny sposób są więc oni przez nas niezauważani. W ciągu naszego tygodniowego pobytu w sposób świadomy rozpoznaliśmy jedynie sześć grup turystów - trzy z Polski, jednego z Holendra i dwie z Wielkiej Brytanii.

Co ciekawe, w Mołdawii bardzo lubią i podziwiają polaków. Opinia to tym bardziej realna, że sporo osób ma jakieś doświadczenie z pracą u nas. Trochę to przerażające dla ludzi mojego pokolenia, które w pewnym momencie nie widziało przyszłości w naszym kraju i zdecydowała się na wakacyjne, lub nawet dłuższe epizody związane z pracą na zachodzie Europy. Ale nie ukrywajmy tego, Mołdawia jest krajem biednym, który z większymi problemami i wolniej, jednak cały czas goni średnią kontynentalną. Ma swoje dążenia, potrzeby i problemy. Ciągnie ją na zachód, czy to poprzez integrację z NATO/UE czy z Rumunią. Niemniej bardzo mocno w tym wszystkim przeszkadza blok rosyjski a i nawet najbliższy im sąsiad - Rumunia - traktuje Mołdawię jako biedniejszego, prowincjonalnego kuzyna, bliskie kontakty z którym mogą przysporzyć pewnych problemów. Tych niestety jest co niemiara, od militarnego zagrożenia ze strony Rosji i Naddniestrza (skuteczny bloker dla integracji z paktem północnoatlantyckim), po trwające już bodaj ponad rok protesty społeczne - pod parlamentem i siedzibą rządu w Kiszyniowie wciąż znajdują się miasteczka namiotowe. Przyczynkiem do nich było tajemnicze wyparowanie z systemu bankowego ponad miliarda dolarów - niemal trzeciej części wszystkich aktywów bankowych w tym kraju. Skala i zaskoczenie jakie wywołała ta defraudacja świadczą o niedojrzałości struktur organizacyjnych państwa. Tylko pytanie czy w naszym kraju na początku lat dziewięćdziesiątych było inaczej? Pomimo tego, Mołdawia potwierdziła nieco dziwną teorię, że im kraj biedniejszy, tym w sprawach bardziej przyziemnych - na swój sposób - bezpieczniejszy. Oczywiście nie będę tutaj koloryzował, że cały czas chodziłem z wystającymi z kieszeni plikami banknotów i nie napotkałem się z żadną próbą rabunku czy innej formy przestępstwa. Wspomnę tylko, że przy zachowaniu choćby najbardziej podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie czułem żadnego zagrożenia. Dotyczy to zarówno miejsc publicznych za dnia, jak też zwyczajowo dość opustoszałego centrum Kiszyniowa po zmroku.



Offtopowo jeszcze dodam, że Polska oprócz przytrafiających się grup turystów jest również obecna na lokalnym rynku. Przykładowo były pracodawca mojej koleżanki ze studiów - Red Sky - to firma stworzona w Szczecinie, posiadająca główne biuro we Wrocławiu, najwięcej zarabiająca na rynku w Stanach Zjednoczonych, oraz posiadająca dodatkowy oddział w Kiszyniowie właśnie. Oprócz tego co chwilę widywaliśmy logotypy innych naszych marek - zwłaszcza budowlanych. Dodatkowo kilkukrotnie w sklepach widzieliśmy czekolady Wedla (chociaż tamtejszy rynek słodyczy jest według Doroty jeszcze niedojrzały), czy np. serki Mlekovity z polskimi etykietami.

Szkoda tylko że poziom zarobków jest w Mołdawii dużo mniejszy niż u nas. Poziom cen natomiast - to już różnie. Jeśli chodzi o transport - zwłaszcza marszrutki - jest tanio, nawet bardzo. Wytelepanie z lotniska do centrum Kiszyniowa to 3 Leje od osoby - jakieś 60 groszy. Niecałe 5 złotych kosztował 55.kilometrowy odcinek z centrum do wioski Trebujeni. Bardziej zbliżone do naszych są natomiast ceny wyżywienia - zarówno tego codziennego (pieczywo, warzywa, owoce), jak też w knajpach. Co ciekawe, czasami nie warto kombinować z walutą. W sklepach płaciłem swoją kartą kredytową rozliczaną w złotówkach, Dorota natomiast ze swojej bankowej karty podpiętej pod konto w Euro wypłaciła pewną sumę gotówki. Gdy podliczyliśmy nasze wydatki wyszło, że płatności moją kartą miały nieznacznie lepszy przelicznik - na poziomie 2%.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Gdzieś pomiędzy - Mołdawia - Kiszyniów

Zdjęcia z całego wyjazdu znajdują się w mojej internetowej galerii pod tagiem: 2016.04.29 - 05.08 - Moldova (with Transnistria)
Natomiast wszystkie zdjęcia ze stolicy Mołdawii zgromadziłem pod tagiem: Kiszyniów

Gdy kombinuje się z krótkim, weekendowym wyjazdem, zawsze szuka się opcji aby w podróż udać się tuż po pracy a wrócić najpóźniej jak się da, lub wręcz z rana - jadąc od razu do biura. Przy dłuższym wyjeździe takie ograniczenia tracą już na znaczeniu, dlatego jakoś nie przeszkadzał nam rejs w godzinach popołudniowych. Przynajmniej mogliśmy się na spokojnie dopakować i zadecydować co w ogóle potrzebujemy ze sobą wziąć. Był to mój drugi w życiu rejs Dashem (Bombardier Q-400). Wrażenia? Trochę głośniej. Trochę większa podatność na zewnętrzne warunki atmosferyczne przez co kilkukrotnie nami majtnęło. No i inna wysokość przelotowa w wyniku czego cały czas mieliśmy chmury - zarówno pod sobą, jak też nad sobą :-)



Chwilę po wylądowaniu zetknęliśmy się ze wschodnim klimatem. Postanowiliśmy bowiem w dużej ilości naśladować codzienność lokalsów. Oczami wyobraźni widziałem tylko znajomych z byłej pracy, klientów biur podróży, rozpasanych podstawianymi klimatyzowanymi autokarami, którzy nagle znaleźli by się w naszej marszrucie. A dokładniej rzecz ujmując urządzeniu jezdno-dźwiękowym, który w trakcie jazdy po dziurawej drodze samoistnie daje koncert kliknięć, stuków, trzasków i skrzypienia. Urządzeniu masowego użytku, które podczas naszego kursu z lotniska był w wersji niemal deluxe, ponieważ stać musiały tylko trzy osoby. Pojeździe, z którego wysiedliśmy gdzieś w centrum miasta, gdzie bardzo szybko przekonaliśmy się o wyższości plecaków nad walizkami. Słuchając bowiem stuknięć w kółkach i analizując szarpanie rączki w trakcie ciągnięcia walizki można było odnieść wrażenie że prowadzi się je po kostce w starej części jakiegoś miasta. Niestety, w ramach zderzenia ze wschodnią codziennością okazało się, że to był normalny chodnik i jezdnie, które w pewnych miejscach stawały się feerią dziur, pęknięć, nakładających się nawzajem łat i wysokich krawężników. Oczywiście mocno tutaj koloryzuję, jednak ci wspomniani wcześniej, rozpasani przez biura podróży znajomi już po pierwszym kontakcie tego typu mogliby mieć nieodpartą potrzebę ewakuacji powrotnej ;)


Niestety, co wspomniałem we wcześniejszym odcinku, pierwsze dni w Kiszyniowie zsynchronizowały się nam z obchodzonym w Mołdawii świętem Wielkiej nocy. Przyznam się Wam szczerze, że przerażającym jest widzieć miasto tak skrajnie opustoszałe. Gdzie po zmroku na głównej ulicy w zasadzie mija się tylko kilka osób. Gdzie wieczorem nie byliśmy w stanie przez godzinę znaleźć żadnej otwartej knajpy. Gdzie za dnia, kilkaset metrów od parlamentu w zasadzie nie było żywej duszy. Gdzie prawie wszystkie sklepy są pozamykane a jakiekolwiek możliwości żywieniowe zapewniała tylko jedna otwarta knajpa jaką spotkaliśmy. Brrrr..... zupełne przeciwieństwo tego, do czego przyzwyczailiśmy się w naszym zachodnim świecie.

No dobra, ale do konkretów - co można zobaczyć w Kiszyniowie? W zasadzie to bardzo niewiele. Jest to dość przerażająca świadomość, że stolica państwa ma do zaoferowania mniej niż kompletnie niewyróżniające się miasto krajów zachodu. Wystarczy bowiem odejść kilkaset metrów od ścisłego centrum aby znaleźć się w niemal prowincjonalnej okolicy opanowanej przez wille, lub parterowe domy wielorodzinne ze znajdującym się za metalową bramą podwórzem. Samo ścisłe centrum, to tak naprawdę niezbyt reprezentatywna główna aleja z dziurawym chodnikiem, kilkoma sklepami, kasynami, Makiem i dwoma parkami. Przy jednym z nich stoi Cerkiew Narodzenia Pańskiego o całkiem niezłym wystroju, choć nieco uboższym w barwy niż jej odpowiedniki w np. Grecji i Macedonii. Chwila odpoczynku w parku to fajna okazja aby poprzyglądać się Mołdawianom. Procedura ta jest prowadzona jakby z ukrycia, ponieważ w zasadzie nie widać między nami żadnych różnic. Owszem, starsze pokolenie wykazuje taki postsowiecki marazm, ducha zmęczenia i zrezygnowania. Młodsze natomiast w zasadzie niczym nie ustępuje naszym standardom. Modnie i ładnie ubrani, spoglądają w swoje telefony, piją kawę, chodzą na kebaby, spotykają się i cieszą tak samo jak my. Czytając, że Kiszyniów to taki nieco powrót do czasów ZSRR, zastanawiałem się właśnie jak będą wyglądali jego mieszkańcy. W jednym zdaniu - zderzenia dwóch kultur nie zaznaliśmy :-)




Chociaż faktem jest, że wieloletnie przebywanie w Związku zostawiło na Mołdawii bardzo wyraźne piętno. Dobrym przykładem może być miejsce pamięci Eternitate. Zbudowane w 1975 roku z sowiecką siermiężnością upamiętnia udział w II wojnie światowej. Jest więc i ogromny monument, który przypomina postawione w kole karabiny, które opierają się o siebie lufami. Są też ogromne kamienne płaskorzeźby, które w swym socrealistycznym klimacie niczym nie różnią się np. postaciom na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Pomników usunąć nie wypada, zmodyfikować się nie da, na szczęście można pójść po rozum do głowy i upamiętniać to, co ważne. Jest więc wieczny ogień, warta honorowa z pokazową jej zmianą i taka historyczna normalność. Zupełnie inna od duchowej ekstazy dalej reprezentowanej w krajach o mentalności mocno wynaturzonej uderzeniami ciężkiego, czerwonego młota. Ale o tym więcej wspomnę przy okazji dalszego opisu wycieczki na wschód.




Jednym z najfajniej wspominanym przez nas miejsc było natomiast Narodowe muzeum etnograficzne i historii naturalnej. Kosztem około 2 złotych od osoby mieliśmy zapewnione 1,5 godziny atrakcji. Leniwym krokiem przechodziliśmy po salach prezentujących kulturę, sztukę i historię Mołdawii, jak też zagadnienia geograficzne. Fajne wrażenie wywarł niemal kompletny szkielet dinozaura, jak też sporych rozmiarów makieta całego kraju z w miarę realistycznym odwzorowaniem terenów leśnych, rzek, jezior i oczywiście miast. Bardzo ciekawy sam w sobie jest również budynek. Z zewnątrz intryguje orientalnymi stylami nawiązującymi do klimatów muzułmańskich północnej afryki, ale również kręgu kulturowego Konstantynopola. W środku natomiast ciekawi dekorami, zwłaszcza kolorowymi przeszkleniami w dachu i w formie okien. Gdy zejdziecie w piętro podziemne, być może natraficie na starszą Panią odpowiedzialną za tamtejsze sale. Wdajcie się w rozmowę z nią. Z niesamowitą dawką zafascynowania potrafi bowiem ona opowiadać o tym co jest w poszczególnych salach, ale również wypytać skąd przybywacie, dlaczego Mołdawia, co planujecie, co robicie na co dzień. Co ważne, wszystko to w niemal perfekcyjnym angielskim!

Ciekawym miejscem  w Kiszyniowie jest też jedno z jezior - na mapie określone jako Valea Morilor. Jest tam mała plaża, nieco cateringu, trochę szuwarów z których wydobywa się niesamowicie donośny rechot żab oraz promenada spacerowa. I znów porównanie do Polski - w jeden z pierwszych cieplejszych weekendów przed wyjazdem udaliśmy się nad jezioro zegrzyńskie. Miejsce mniejsze, ze słabszą infrastrukturą, w sporej odległości od miasta (zwłaszcza południowych obrzeży Warszawy) i z upierdliwie wiejącym wtedy wiatrem. Tylko że grillowiczów, leżakowiczów i spacerowiczów było tam dużo, dużo więcej niż nad jeziorem w Kiszyniowie. No cóż, do nich ta moda pewnie też w końcu przyjdzie :-)

Jak i pewnie sporo innych zwyczajów, lub standardów. Bo weźmy np. handel. W miastach w Polsce największy ruch handlowy jednak odbywa się już w marketach i centrach. Owszem, w Kiszyniowie duże sklepy są, jednak mimo to - dotyczy to zarówno stolicy, jak też mniejszych miejscowości - na zakupy chodzi się zazwyczaj na targ. Akurat mieszkaliśmy niedaleko największego w mieście - Piata Centrala. Targ jak to targ - harmider przez cały dzień, mnóstwo ludzi, ciasno, wąskie uliczki, niekiedy chaotycznie porozkładane stragany pomiędzy którymi przejeżdżają marszruty i autokary (przy placu znajduje się największa stacja autobusowa). Kupisz groch, mydło i powidło. Od ryb, przez mięso, sery, po pralki i suknie ślubne. A na obrzeżach znajdziesz recydywę w postaci przyjeżdżających codziennie mieszkańców prowincji, którzy próbują sprzedać nieco zieleninki, ser, mleko czy obowiązkowo własne wino. Niby ma to klimat, bo masz do czynienia ze zdrową żywnością i potrzebą prawdziwego handlu. Z drugiej jednak strony, handlowanie na ulicy częściami samochodowymi, oliwkami i meblami przypomina mi biznesy prowadzone u nas na początku lat 90. zeszłego stulecia. Już chyba od tego odwykłem.




Jest też jedna rzecz, która mocno mnie zaskoczyła w Kiszyniowie. W tym mimo wszystko cichym i spokojnym mieście znajduje się mnóstwo kasyn. Co ciekawe, nie mamy tutaj do czynienia z baraczkami jakie ostatnio powyrastały w naszym kraju. Zgodnie ze standardem zachodnim są to bowiem miejsca świecące, mrygające, z zaklejanymi szybami, stylizowane na świątynie luksusu, bogactwa, gdzie każdy może się w niej poczuć niczym władca. No dobrze, może trochę poniosła mnie fantazja, ponieważ nigdy nie byłem w środku. Faktem jest jednak, że kasyn w Kiszyniowie jest bardzo dużo i ich wycacany dizajn mocno kontrastuje z np. dziurawym chodnikiem przy wejściu, lub szarym blokowiskiem z wielkiej płyty, pośród której się znajduje.

Jak już tak wpadłem w wir porównywania Kiszyniowa do zachodu, warto również wspomnieć o niezachodnim klimacie noclegów. Jeśli chodzi o hotele np. sieciówki, to w tematyce jest raczej słabo. Oczywiście sporo ludzi może polecać nocowanie w miejscach typu Hotel Cosmos, które mentalnie, technologicznie, jak też w zakresie zaplecza nie wyszły jeszcze z czasów sowieckich. Ciekawy jest natomiast silny ruch niewielkich hoteli znajdujących się w odnowionych i wysokich willowcach. Przeglądając opisy i zdjęcia odnosi się wrażenie, że reprezentują one dość wysoki standard - dużo wyższy niż wspomniany wcześniej Cosmos. Co ciekawe, kosztują tyle samo, lub wręcz są tańsze. A w cenie mamy odnowione pokoje, ładnie wyglądające łazienki, sauny, dobre śniadania i spokojniejsze okolice miasta.

My natomiast skorzystaliśmy z opcji o nieco niższym standardzie, natomiast o centralnym położeniu. Motel Bazar znajdował się tuż przy Piata Centrala. I tu uwaga, Google Maps kieruje w niewłaściwe miejsce, ponieważ hostel znajduje się w pobliżu skrzyżowania Strada Bulgară ze Strada Columna. Jest ukryty w podwórzu a wejście do niego nie jest w żaden sposób oznaczone choćby małym szyldem. Na zachodzie w cenie około 45 złotych za noc pewnie dostali byśmy co najwyżej łóżko w kilkunastoosobowej sali. Tutaj natomiast mieliśmy dwuosobowy pokój z prywatną, przestrzenną łazienką i przeogromnym łóżkiem na którym spokojnie zmieściłyby się trzy, lub może nawet i cztery osoby :-) Owszem, była boazeria i nieco kiczu, ale jeśli prowadzi się bardziej zwiedzający tryb życia, to na takie szczegóły nie zwraca się uwagi.



poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wariactwo nowych lotnisk

Rynek lotniczy ma to do siebie, że co jakiś czas po prostu wariuje. Pamiętam jak chwilę po moim początku z podróżowaniem Ryanair latał za grosz, więc udało się polecieć na Sardynię pięcioma odcinkami za łączną sumę 15 złotych. Ba, notorycznie kupowało się bilety w formie backupu - jeśli by się nie wyrobiło na jakąś ciasną przesiadkę. Potem pojawił się u nas OLT Express i wszyscy nagle zaczęli latać po kraju za 100 złotych - włącznie z Eurolotem i PLL LOT. Teraz zaczyna się świr związany z nowymi lotniskami.

Wątek ten obserwuję w kontekście ostatniej mody - każdy chce mieć swoje lotnisko. Bo przyniesie prestiż oraz miliony euro wydawane przez przyjeżdżających turystów. Z wielką pompą medialną organizowane są więc przetargi, studia opłacalności i budowane, lub częściej rewitalizowane starsze infrastruktury. Gdy władze lokalne wydadzą już do kilkuset milionów złotych (spoko, spoko, duży procent z tego jest przecież zwracany z Unii) okazuje się, że to nie koniec drogi. O ile wcześniej spółka nie zostanie przymuszona do bankructwa - vide negatywnie oceniany wzdłuż i wszerz projekt generalnie uznanego za niepotrzebne lotniska w Gdyni - okazuje się że sam terminal i pas startowy turystów nie przyciągnie. Do tego potrzebne są linie lotnicze.

A te dużo lepiej wiedzą na czym mogą zarobić i jeśli nie mogą nawet znaleźć na mapie danego miasta to raczej obstawiają niewielką potrzebę latania tam swoich klientów. Władzom lokalnym nie pozostaje więc nic innego jak dopłacanie do przewożenie pasażerów. Ups, przepraszam za niedopowiedzenie - wykupienie kampanii marketingowej, czy innego ładnie opakowanego rozwiązania ;) Stety, bądź niestety, dziś to już normalność. Tak ściąga do siebie turystów Macedonia, tak przez lata funkcjonują lotniska w Charleroi, Bergamo czy Gironie. Nawet duże porty oferują programy zniżkowe dla przewoźników nowych, lub otwierających połączenia na pożądanych kierunkach.

Jednak na naszym małym podwórku kwestia ta uległa totalnemu wypaczeniu. Zielona Góra przez ostatnie lata próbowała walczyć z wizerunkiem lotniska utrzymywanego wyłącznie dla lokalnych notabli potrzebujących kopsnąć się co jakiś czas do Warszawy. Dlatego jeszcze bodaj w zeszłym roku próbowano zorganizować pojedyncze czarterowe rejsy Eurolotu do Gdańska i Krakowa. Mocno podskoczyły też zeszłoroczne statystyki obsługi pasażerów. Niestety stało się to za sprawą remontu pasa w Poznaniu i przekierowaniu do Babimostu kilkanaście lotów czarterowych. Jak przeczytałem na dniach w sieci - w kilka tygodni obsłużono w ten sposób 5 tysięcy pasażerów, przez resztę roku na lotnisku pojawiło się kolejnych około 10 tysięcy. Wszystko to za sprawą średnio kilkunastu osób latających w tygodniu do wspomnianej stolicy.

Najciekawsze przykłady oferują jednak nasze dwa nowe rodzynki - Olsztyn-Mazury i Radom-Sadków. OK, ten pierwszy uczy się na błędach. Początek miał humorystyczny - odbębniony w mediach start regularnych połączeń do Berlina, Krakowa, oraz zapowiedź nowych. Chodziło o targetowanie się na sentymentalnych turystów z Niemiec, którzy na Mazury zawitaliby w trakcie podróży śladami Hitlera. Kraków w styczniu w mojej opinii był kiepski a już najsłabsza była gwiazdka w medialnym przekazie - te regularne połączenia operowane były na 33-miejscowych samolotach w większości czarterowego jak dotąd Sprint Air. Pojawiające się co kilka tygodni newsy pokazują, że ktoś tam chyba jednak myśli i stara się wyciągnąć projekt Olsztyn-Mazury na prostą. BTW, Olsztyn jest oddalony od lotniska o prawie 60 kilometrów ;) Sprint Air poszerzył więc siatkę o Wrocław i koncentruje się na wypadach weekendowych, z wylotami w piątek i powrotami w niedzielne późne popołudnie, lub poniedziałkowy poranek. Do tego ściągnięto Wizz Air i Ryanair z ofertą pod londyńskich Luton i Stansted, oraz rozpychającą się w naszym kraju Adrię. Ten ostatni strzał jest bardzo cenny, trzy rejsy tygodniowo objęte są bowiem siatką code-share z innymi liniami w siatce Star Alliance (w domyśle przede wszystkim Lufthansa). Co więcej, odbywać się one będą na pokładzie osiemdziesięcio-kilku miejscowej maszyny Bombardier CRJ-900, dużo większej niż w przypadku Sprint Air. Jednak pomimo wychodzenia na prostą w logiczności połączeń ciekawym newsem wykazał się niedawno PLL LOT. Linia ta również postanowiła otworzyć połączenie do Olsztyna. Cholera, z odległej niecałe 150 kilometrów Warszawy, mieszczącymi również ponad osiemdziesięciu pasażerów Dashami? Owszem, będą oferowane przesiadki na resztę siatki przewoźnika, ale czy będą w stanie zapełnić pierwsze rejsy zaplanowane trzy tygodnie po ogłoszeniu ich startu?

Kompletnym absurdem jest natomiast w mojej opinii polityka połączeń w Radomiu. Owszem, zaciekawili mnie na początku startując z CSA i Air Baltic. Pomyślałem sobie - może coś w tym jest, znajdzie się kilkadziesiąt osób, które co dwa-trzy dni będą feedować siatkę hubów w Pradze i Rydze. W końcu z dużo większym przytupem Łódź utrzymuje jedną maszynę Adrii na podobnych zasadach latającą do Monachium, Amsterdamu i Paryża. Również niewiele wcześniej do Lublina zaczęła latać Lufthansa - niby dwa-trzy rejsy w tygodniu, ale dla turystów i szczątkowego długodystansowego biznesu starczy. Jednak nie, pomysł upadł w niesamowicie krótkim czasie, zachęcając włodarzy portu do jeszcze ciekawszych posunięć. Z pomocą przybyło bowiem znów chętne dorobić na kampaniach reklamowych Sprint Air. Tylko co przyświecało tworzeniu siatki, to już totalnie nie wiem. Gdańsk - ok, zróbmy prezent naszym mieszkańcom chcącym wypocząć pośród pól parawanów. Ale jeden rejs w tygodniu? Praga - pewnie na siłę próbujemy udowodnić CSA że pochopnie zrezygnowała ze swoich połączeń. Berlin - hm... bo Olsztyn też otworzył? ;) No i na sam koniec Wrocław.... Mieszkam w tym mieście, chyba znam jego realia i za cholerę nie wiem po co ktoś miałby latać do Radomia, lub z tego miasta do nas. Na dodatek - we wtorki i czwartki, w środku dnia. Panowie, powiem tak. Z Wrocławia były już rejsy do Gdańska (zeszłego lata nawet cztery tygodniowo), do Lublina, do Lwowa i Berlina. OLT Express początkowo latał też do Szczecina/Poznania, Łodzi i Krakowa. Wszystko to zostało zamknięte w bardzo szybkim czasie. Dlatego wprost z niedowierzaniem czytałem newsy że postanowiliście uruchomić trzecią rotację tygodniowo - w soboty - oraz dodatkowo otworzyć połączenia do Lwowa. Wykracza to poza moją logikę. I chyba nie tylko moją, ponieważ lotnisko stało się pupilkiem szyderczego serwisu ASZdziennik, które informowało już że z Radomia odlatują samoloty nie tylko bez pasażerów, ale też bez pilotów, Radom postanowił wybudować kilka dużych miast na kontynencie aby było dokąd latać, z lotniska miały zostać otwarte połączenia międzyplanetarne, lub ostatecznie port lotniczy miał być przebudowany na port morski obsługujący tygodniowo dziesięć saudyjskich tankowców ;)

Oczywiście absurdalność połączeń nie oznacza że nie można z nich skorzystać. Do dziś pluję sobie w twarz, że z propozycji OLT Express zdążyłem załapać się tylko na Kraków, na pokładzie Eurolotu nie przeleciałem się do Lwowa a rejs z Lublina przegapiłem, bo najzwyczajniej zapomniałem że go kupiłem ;) W najbliższy weekend lecę do Szyman. Gdy opowiadałem o tym w pracy, opcja wydawała się być interesująca. Jednak krótki czas podróży i atrakcyjne godziny to jedno, a pytanie co dalej na miejscu to drugie. Na Mazury właściwe daleko. Korzystam jednak z backupu - ja dolatuję, na miejscu zgarnie mnie Dorota i jej samochodem jedziemy gdzieś w okolice pod namioty. Bez wsparcia od strony lokalsów byłoby więc ciężko. Co do Radomia, też mam w planach :D Akurat w jeden weekend planujemy wypad na posthippisowski festiwal w Bieszczadach. Dorota będzie jechać samochodem z Warszawy, tak się złożyło że przez Radom właśnie. Czyli znów, po pracy na lotnisko, krótki odcinek lotniczy i dalej już samochodem. Wiem, sztuka dla sztuki, lub dla jaj. Tylko być może jest to jedyna okazja w życiu aby zapisać lotnisko w Radomiu do listy zaliczonych. Bo szczerze, jak jeszcze widzę weekendowe Mazury za 200 złotych w ilości kilkunastu pasażerów każdego weekendu, tak Radomia ni cholery.

Jedno w tym absurdzie naszych nowych i małych lotnisk jest dobre. Nikt nie wpadł na szalony pomysł czegoś na wzór lotniska Ciudad-Real w Hiszpanii. Od samego początku było wiadomo, że w kontekście atrakcji turystycznych kraju jest pośrodku niczego. Miało być alternatywą dla Madrytu, które to lotnisko posiada cztery pasy startowe, jest bardzo blisko miasta, nikt tam nie narzeka na hałas samolotów i generalnie działa sobie bardzo dobrze. W oparach absurdu zaplanowano terminal do obsługi dziesięciu milionów pasażerów rocznie, oraz nawet wybudowano trzystu-metrowy rękaw kierujący bezpośrednio w stronę linii na trasie Sevilla - Madryt. Miała tam być wybudowana stacja kolei dużych prędkości, jednak nic takiego nie powstało. Lotnisko wybudowano kosztem 1,1 miliarda euro, które przez niecałe dwa lata obsłużyło około 87 tysięcy pasażerów. W zeszłym roku Chińska firma Tzaneen International kupiła je za 11 tysięcy euro. Miało to miejsce najpewniej ze względu na dobrą infrastrukturę i niemal czterokilometrowy pas startowy.

Hiszpańskie plany brzmiały gigantycznie, nawet w kontekście ich ogromnego ruchu lotniczego wewnątrz kraju, jak też połączeniom z resztą kontynentu. Niejedno lotnisko na półwyspie iberyjskim obsługuje więcej pasażerów niż wszystkie w naszym kraju razem wzięte. Jednak nie jest to wytłumaczenie dla dość pochopnego wydawania milionów złotych z naszych lokalnych budżetów. Poza tym, fala manii wielkości zaczyna wypływać z regionów również do władz krajowych. Mam tutaj na myśli pomysł Centralnego Portu Lotniczego. Może i projekt fajny, tylko słabo go koreluję z inwestycjami i rozruszaniem Modlina, sporymi zmianami na lotnisku Chopina i dużym kapitałem wkładanym w utrzymanie przy życiu lotniska w Łodzi. Nie przekonują mnie też ambitne plany wybudowania szybkiej kolei do Warszawy i Łodzi czy hasła łączenia wschodu z zachodem. Na tym haśle bazuje już Stambuł, walczące ze sobą MEB3 (Emirates, Etihad i Qatar) czy Finnair. Już totalnie rozbawiły mnie natomiast gigantofobiczne zapowiedzi obsługiwania kilkudziesięciu milionów pasażerów rocznie. Cóż, Polska takiego ruchu nie wygeneruje, potrzebni będą pasażerowie przesiadkowi. A samym hasłem wschód vs. zachód ich nie ściągniemy. Potrzebny by był silny, globalny przewoźnik bazowy, który swoją wielkością ściągnąłby inne linie będące w umowach code-share. Coś jak Lufthansa w Monachium/Frankfurcie, Air France w Paryżu czy British Airways w Londynie. PLL LOT ze swoimi sześcioma Dreamlinerami oraz flotą opartą na niewielkich Embrionach i Daszach raczej kontynentu nie podbije. Zwłaszcza że w sieci pojawiają się kolejne newsy, że pomimo zastrzyku z budżetu państwa działalność linii nadal nie spina się finansowo.

Tematem tym z pewnością uderzyłem w część lokalnych sentymentów - zwłaszcza jeśli wywodzicie się, lub jesteście jakoś związani z wymienionymi regionami. Nie obrażajcie się proszę jeśli trochę zbyt szorstko i szyderczo potraktowałem wymienione przykłady. Wbrew pozorom mam nadzieję że za kilka, kilkanaście lat będę mógł śmiało powiedzieć - myliłem się, lotniska jednak się wybroniły i może nawet jeśli inwestycja się nie zwróciła, to w sposób bieżący są w stanie same się sfinansować. Pozwólmy jednak żeby tą sytuację zweryfikował czas.

środa, 15 czerwca 2016

Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina

Jakiś czas temu w sieci pojawiły się zachwyty nad planem przeniesienia lotów krajowych Ryanair z lotniska Modlin do głównego portu lotniczego w Warszawie. Może przypomnę - zmiana nastąpi pod koniec sezonu letniego, od zimowego natomiast dodatkowo zwiększeniu ulegnie liczba lotów - do trzech dziennie.

Gdy kilka sezonów temu ogłaszano uruchomienie rejsów pomiędzy Modlinem a Gdańskiem i Wrocławiem, moja opinia była wprost przeciwna do hurra-optymizmu panującego w sieci. Historia bardziej sensownych połączeń krajowych - czyli na dłuższych odległościach, w bogatszych krajach o większej tradycji ruchu lotniczego, na główne lotniska itp. - była dość jednoznaczna. Girona/Alicante/Santander/Walencia - Madryt, Dublin - Cork, Bergamo - Ciampino, Beauvais - Marsylia, Schönefeld - Hahn/Weeze/Brema - wszystkie te kierunki posiadały po kilka rotacji dziennie i dziś ich już nie ma. Dlatego odniosłem wrażenie, że lotnicze krajówki po Polsce w takim układzie to przede wszystkim zabieg PR.

Po tych kilku sezonach obecności tras z Modlina stwierdzam, że trochę miałem rację i trochę się myliłem ;) Nie zaprzeczam, że samoloty z Wrocławia latają raczej pełne. Faktem jednak jest, że moja obserwacja dotyczy w przeważającej mierze lotów weekendowych. Druga sprawa to fakt, na ile te rejsy są pełne z powodu zapotrzebowania, na ile z powodu ceny? Przy lotach za 9 złotych zabiera się bowiem wszystkie dzieciaki, ciotki, babcie, wujków i psy na wycieczkę do Warszawy, żeby mieli swój pierwszy i być może jedyny lot w życiu. Przykładowo, wielokrotnie w poniedziałkowe poranki, gdy po wylądowaniu we Wrocławiu jechałem autobusem do pracy, słyszałem rozmowy że trzeba będzie szybko się przejść na Rynek, wzdłuż Odry, pokazać dzieciakom krasnale, zjeść coś w Maku i gonić na przystanek aby złapać lot powrotni. Trzecia sprawa to fakt, że niemała siatka połączeń i tanie doloty na Modlin zwiększają możliwości podróży po kontynencie. Sam tak robiłem Gdańsk, Rygge, Rzym i Ateny :-) Czyli mamy pełne samoloty, lecz przy zwiększeniu ceny do 100-150 złotych w jedną stronę obłożenie prawdopodobnie poleciałoby na łeb na szyję. Owszem, tzw. gajerków którym cena gra drugoplanową rolę trochę lata. W końcu pasują im godziny (zwłaszcza poranny wylot z Wrocławia/Gdańska) lub po prostu mają coś do załatwienia w północnej części Stolicy, przez co z Modlina jest im bliżej. Niemniej ruch ten jest tylko niewielką częścią całości obłożenia.

Kilka miesięcy temu zastanawiałem się w którą stronę pójdą rejsy krajowe Ryanair. Czy lotniskom regionalnym oraz linii w ramach promowania baz we Wrocławiu i Gdańsku będzie zależało na dokładaniu do nieopłacalnych połączeń tylko po to, aby móc reklamować śmiesznie tanie bilety, przekonywać do siebie nowych klientów w nadziei ich powrotu na pokład przy jakimś droższym kierunku. A może jednak będą celowali mimo wszystko w pasażerów podróżujących często, którym zależy na bliskości centrum Warszawy, dobrych godzinach, obsłudze itp.? Tylko na nich da się bowiem zarobić coś więcej, chociaż przy ruchu krajowym zapewne o zysku też nie ma mowy. Niemniej Ryanair przy swojej ogromnej flocie i siatce jest w stanie sobie na to pozwolić :-) 

W chwili obecnej linia wybrała moją drugą opcję z plusem w postaci trzeciej rotacji. Z plusem trochę przez łzy, ponieważ jego wartość jest w mojej opinii zerowa. Rejs w środku dnia dla biznesu jest bowiem albo za wcześnie aby skorelować go z poranną rotacją, albo za późno w stosunku do jej popołudniowego odpowiednika. Dużo lepsza byłaby rotacja na zamknięcie dnia. Opcja dla biznesu - jeśli planowany jest bardzo długi dzień spotkań, opcja dla pasażerów podróżujących turystycznie/weekendowo/do rodziny - aby spokojnie po pracy przyjechać do domu, zjeść obiad i pojechać na lotnisko. Czyli okolica wylotu z Wrocławia o 21:30 i powrotu około północy. Niestety doszłoby tutaj dublowanie godzin z LOTem, co oczywiście Ryanair by nie przeszkadzało ;) Dobrym pomysłem byłaby natomiast rotacja odwrócona z lądowaniem w granicach północy w Warszawie (w tym momencie ostatni rejs do stolicy startuje około godziny 21-22), ale to by oznaczało bazowanie maszyn na lotnisku Chopina, więc kompletnie odpada ;)

Czy projekt Chopin się powiedzie? Tego nie wiem. Ryanair to linia która niejednokrotnie wypowiadała się o wspaniałości jakiegoś pomysłu, po czym kompletnie go zarzucała. Póki co, chcą latać, a jak im się przestanie chcieć, to po prostu skasują kierunek ;) Z mojej strony ogłoszenie rejsów na główne lotnisko w Warszawie jest bardzo dobrą wiadomością. Paradoksalnie bowiem będę mógł się wypiąć na Ryanair przesiadając się do LOTu. Część z Was pewnie bowiem pamięta czasy OLT Express, gdy po wzmożonej konkurencji na trasach do stolicy nagle się okazało że nasz narodowy też może latać za sto złotych. A w tym przypadku mówimy już o szerokim wyborze sześciu, czy siedmiu rotacji dziennie a nie raptem dwóch. Czyli po pracy domek, obiad i lotnisko a po weekendzie dłuższa kima, krótszy dojazd na bliższe lotnisko i w biurze o nieco bardziej ludzkiej porze.

Wątek ten tak mocno omawiam i obserwuję, ponieważ ostatnio rejsy na trasie pomiędzy Wrocławiem i Warszawą to jakieś 50% moich wszystkich lotów. Dzięki większym możliwościom transportowym - różnym blablom, Polskibus, Pendolino i w dużej mierze też Ryanair - okazuje się, że bez większych problemów można prowadzić związek na odległość. Przy czym ani nie mam co narzekać na zwiększone obciążenia finansowe, ani na zmęczenie wynikające z trudów podróży. Ot, bus po pracy, przejrzenie w sieci newsów, odpalenie jakieś gry i chwilę później wysiadam z metra. I tak w jedną albo drugą stronę w niemal każdy weekend. Co więcej, dochodziło nawet do takich sytuacji, kiedy po pracy na rowerze jechałem na lotnisko, leciałem na kolację i tym samym rowerem następnego dnia z rana jechałem bezpośrednio do pracy. Taki urok młodzieńczej duszy i odrobiny szaleństwa w głowie ;)

Gdy tak sobie kiedyś omawialiśmy te możliwości transportowe, w pewnym momencie pojawiały się oczywiście porównania do innych krajów, gdzie ruch na trasach wewnętrznych jest dużo bardziej rozbudowany. Przykładem może być Francja z siatką Hop!, otaczana trasami kilku linii Hiszpania czy Włochy. Owszem, kraje bogatsze, odległości większe. Jednak od razu przypomniałem sobie pewną regułę zauważoną półtora roku temu na lotnisku w Bari. W ciągu dnia ściągano tam turystów z Niemiec, Anglii, wysyłano lokalsów do Paryża, Hiszpanii itp., natomiast niemal wszystkie ostatnie rotacje były wykonywane na lotach wewnętrznych. Część z nich odbywała się na trasach regularnych - Mediolan, Sycylia czy Rzym. Jednak rotacje części samolotów podzielone zostały na dwa, trzy loty w tygodniu na mniejszych, nieodległych od siebie kierunkach typu Genua, Florencja/Pisa, Triest/Wenecja/Werona, czy Brescia wspierana przez Bergamo.

Zacząłem więc sobie myśleć - czy coś takiego przyjęłoby się w Polsce? Jest bowiem kilka kierunków dalekich, które można by było połączyć i uzupełniać. Dwie rotacje tygodniowo z Gdańska do Rzeszowa, Krakowa i Wrocławia załatwiają samolotowi pracę na cały tydzień. Owszem, tylko dwie, jednak jeśli pojawi się wymóg podróży w dokładnie ten dzień, Rzeszowiakom pewnie szybciej będzie po pracy dolecieć i dojechać z Krakowa niż przez pół dnia pałować się wzdłuż kraju. Tak działała metoda lotów z Bari jednego dnia do Wenecji, innego do nieodległego Triestu. Do tego cena rzędu 100 złotych pewnie też nie jest jakimś mega wyzwaniem, zwłaszcza przy młodszym społeczeństwie, które zaczyna już całkiem nieźle zarabiać. Dodatkowym plusem dla linii jest to, że krótkie rotacje mogą się zaczynać naprawdę późno - nawet o 21.30. Kto by miał potrzebę latać na takich trasach? Cóż, studenci, osoby dojeżdżające do rodziny swojej, lub swojej połówki, czy freaki chętne poimprezować gdzieś przez weekend (wylot w piątek, powrót busem/pociągiem w niedzielę). Teraz przelecą się po kosztach a za dwa miesiące być może polecą na wakacje zostawiając linii sporo kasy ;)

Czy coś takiego wypaliłoby w naszym kraju? Cóż, Eurolot kiedyś próbował, nawet sensownie wychodziła im siatka z Krakowa i Gdańska. Niestety trafili na piekielnie ciężki dla siebie okres - notoryczne psucie się ATR-ów i brak dostawy dzisiejszych Dashów, oraz przede wszystkim totalna konkurencja OLT. Ryanair póki co zachwala pomysł rejsów na lotnisko Chopina, więc może i inne krajówki zaczną wchodzić w rachubę. Problemem jest tylko straszne foszenie się przewoźnika. Kilka sezonów po otwarciu bazy we Wrocławiu uruchomił on w ścisłym sezonie wakacyjnym połączenie do Gdańska. Myślałem że temat ten się rozkręci, gdyż w sierpniu zeszłego roku częstotliwość została zwiększona do czterech rotacji tygodniowo. Niestety pomimo powolnego rozwoju zarówno w Gdańsku jak i Wrocławiu w tym roku zabrakło miejsca w siatce na to połączenie...

niedziela, 23 grudnia 2012

Problemy PLL LOT

Gdy opadły emocje po hurraoptymizmie związanym z przylotem dreamlinera ogólnopolskie media obiegła informacja o bardzo dużych kłopotach finansowych PLL LOT. A czy to coś nowego w ciągu ostatnich kilku lat - można szyderczo zapytać. W zasadzie nic nowego. Zastanowiła mnie jednak informacja dotycząca pomocy publicznej o jaką poprosiła linia - 400 milionów złotych w trybie natychmiastowym, półtora miliarda docelowo.
Oczywiście ot taka sobie przekazana pomoc publiczna w świecie unijnych regulacji jest niedozwolona. W skrócie - na ruch taki przyznawana jest zgoda jeśli zaprezentowany zostanie właściwy plan naprawczy sprawiający że podmiot stanie się dochodowy. Szczerze wątpię w taki plan. Jak informują media LOT otrzymał bowiem pomoc 11 lat temu. Ostatnie lata również nacechowane były różnorakimi zabiegami aby w firmę wpompować pieniądze w taki sposób, żeby Unia nie dopatrzyła się cech pomocy publicznej. Mowa tutaj o wydzielaniu różnych bytów które to następnie były sprzedawane spółkom zakładanym przez państwo. Do tego dochodziło sprzedawanie na potęgę wszelkich aktywów - udziałów w innych krajowych spółkach, nieruchomości i in. Jak widać działania te nie wyprowadziły PLL z dołka finansowego, dlaczego więc powinienem wierzyć że teraz się uda? Czy LOT czeka zatem przyszłość podobna do Malev?
Powiem szczerze, kwota 1,5 miliarda złotych przekazana na cele niby wyprowadzenia PLL na prostą jest dla mnie wręcz niewyobrażalna. Wikipedia twierdzi że firma zatrudnia jakieś 3000 pracowników. Daje to około 500 tysięcy złotych na utrzymanie jednego stanowiska! Równowartość pensji rzędu ponad 10 tysięcy złotych przekazywanej przez cztery lata i to bez gwarancji że kwota ta cokolwiek zmieni. Nie za dużo trochę? Z punktu widzenia mieszkańca na zachód od Warszawy - trochę tak. Powiem wręcz więcej, w mojej opinii jest to pompowanie wielkich funduszy w zabawkę którą pobawi się wyłącznie stolica. Obserwując bowiem ostatnie poczynania LOT można odnieść wrażenie że jest to bardziej Warszawska niż Polska Linia Lotnicza.
Weźmy bowiem możliwość lotów krajowych. LOT oferuje tylko połączenia bezpośrednie do Warszawy. Na trasach z Gdańska czy Wrocławia od wielu lat wykorzystuje pozycję monopolisty zaniżając podaż do takiego poziomu, aby niewielka firma nie mogła w akceptowalnych cenach wysłać swojego pracownika na delegację. W przypadku wyjazdów zagranicznych, często pojawia się problem nieprzemyślanych godzin lotu przez co nie ma szans aby złapać w Warszawie przesiadkę na rejsy w różnych kierunkach. W ten sposób PLL LOT pcha rynek natywny w obce ręce - zazwyczaj Lufthansy. Osobistą sympatię linia zdobywa promocjami pokroju Szalonej Środy czy taryfy First Minute. Co z tego jeśli dość łatwo jest znaleźć oferty z Warszawy a - w efekcie drożyzny na trasach krajowych - bardzo ciężko jeśli chce się do tego dodać dolot z portu regionalnego?
Czy zatem brak pomocy publicznej dla LOT i w końcowym efekcie prawdopodobnie jego upadek będzie dla pasażera portu regionalnego jakimś uszczerbkiem? Chyba nie. W końcu trasy po kontynencie są oferowane poprzez tandem linii niskokosztowych i niekiedy sieciowych przewoźników zagranicznych głównie spod znaku Star Alliance. Być może zwiększoną podaż ruchu wysokopłatnego wykorzystają nowi przewoźnicy wchodzący do regionów - może British Airways, KLM, Swiss, Norwegian? Trasy do Warszawy zostaną przejęte przez Eurolot i być może w niektórych przypadkach Wizz Air lub Ryanair. Sama Warszawa też pewnie oprócz dumy niewiele straci. W końcu lotnisko w Budapeszcie dość szybko nadrobiło zaległości po upadku Malev notując spadek ruchu na poziomie zaledwie 10%.
Oczywiście upadek PLL LOT byłby dramatem dla współpracowników, pracowników i ich rodzin. Jednak nie potrafię zrozumieć oburzenia związanego z niewielkimi dotacjami regionów* do połączeń niskokosztowych a następnie żądanie od wszystkich mieszkańców tego kraju aby złożyła się na horrendalną sumę dla linii, która jest w zasadzie potrzebna tylko Warszawie.

* oczywiście mam na myśli dotacje do rejsów które realnie mogą rozwinąć region lub lotnisko a nie bezmyślnego dofinansowania wakacyjnych lotów do Grecji, Włoch czy Hiszpanii.

niedziela, 18 marca 2012

Na noże?

Jak wspominałem całkiem niedawno, lotniczy sezon letni w tym roku będzie niezwykle ciekawy - zwłaszcza na lokalnym rynku. Wszystko to za sprawą OLT Express który zadziwił impetem z jakim chce pojawić się na naszym niebie i który w chwili obecnej w lotniczym światku jest sporą ciekawostką. Liczbą tras i regularnością proponowanych lotów zaskoczył bowiem nawet największych optymistów. Tym bardziej, że tak naprawdę ostatnia konferencja prasowa nie była w tej kwestii ich ostatnim słowem. Przykładem jest choćby zeszłotygodniowa nowość. Przewoźnik zauważył bowiem że zaproponowaną siatką połączeń dzięki przesiadkom w Warszawie będzie w stanie obsłużyć połączenia z Rzeszowa do Poznania i Wrocławia. Wszystko to w świetnych godzinach dla delegatów z Podkarpacia - wylot z samego rana turbośmigłowym ATR i krótka przesiadka na odrzutowego Airbusa. Powrót wymaga już nieco dłuższego czekania, ale czas można wykorzystać choćby na szybką obiadokolację - w sam raz przed późnym powrotem do Rzeszowa. Fizycznie cztery loty a koszt znów jak za dwa. Druga sprawa to ciągła niewiadoma w kwestii dziur w rozkładzie dla większości maszyn. Siatka ułożona została bowiem tak, że rozstawione po portach regionalnych samoloty w soboty wykonują tylko swoje poranne rotacje a w niedzielę tylko wieczorne. Akurat w taki sposób aby obsłużyć weekendowy ruch turystyczny. Dużo więcej wolnego czasu mają natomiast Airbusy. Przykładowo "Wrocławski" A319 w dni robocze wykonuje jedynie poranny i późnopopołudniowy rejs do Warszawy. W sobotę natomiast leci tylko do stolicy, z której wraca w niedzielę wczesnym wieczorem. Co w międzyczasie? Mówi się o lotach międzynarodowych i czarterach. Pomysł świetny, tylko póki co nie wyciekła prawie żadna konkretna wiadomość w tej kwestii.
Oczywiście na samym OLT Express latanie po kraju się nie kończy. Wydawać by się mogło że na poważnie rewolucję w tej kwestii już rok temu zaczął inny przewoźnik - Eurolot. Jednak ta sprowadzona nieco do parteru przez nową konkurencję linia po chwili ciszy znów zaczęła pojawiać się w kolejnych doniesieniach. Zapowiedziała bowiem że na cały rok przedłuża turystyczną ofertę z Gdańska i Warszawy do Popradu, dodatkowo z Gdańska zacznie latać do Aarhus w Danii a z Warszawy czarterowo do Zadaru w Chorwacji. Dodatkowo cały czas zapowiadane jest uruchomienie połączeń z Wrocławia i Krakowa do Lwowa, jak też inne - póki co owiane biznesową tajemnicą. Duże nadzieje pokłada się w połączeniach zagranicznych z portów regionalnych - zwłaszcza że linia ostatecznie potwierdziła zamówienie na kilka nowych samolotów Q400 Bombardiera. Na szybko tylko dodam że model ten dużo bardziej nadaje się na dłuższe rejsy niż używany dotychczas ATR.
Dobrze, oferta staje się coraz bogatsza a konkurencja o pasażera posiadającego ograniczony zasób środków przeznaczonych na krótkie podróże - bardziej zażarta. Czemu więc tytułowe na noże? Ponieważ na konkurowaniu produktem się nie kończy - niestety.
Wielkim dla mnie zaskoczeniem była mocna reakcja PLL LOT. Niedługo po opublikowaniu siatki połączeń i cen przez OLT Express "narodowy" powziął się na dumę i ogłosił tydzień promocyjnych cen na połączenia krajowe. Pytanie - po co? Owszem, na samych rejsach do Warszawy wyrósł mu poważny konkurent - w końcu te pięć dziennie kursów z Wrocławia, sześć z Gdańska, trzy ze Szczecina - wszystko na dużych Airbusach - jest niemal zdublowaniem podaży. Tylko tak naprawdę ruch do Warszawy jest dla OLT Express docelowy a dla PLL LOT w co najmniej połowie powinien być kierowany na przesiadki w Warszawie na loty zagraniczne. Klient więc jest przywiązany do linii. Reszta to tak naprawdę deficytowy, lub zerujący się kosztowo ruch. Chyba że chodzi o klienta biznesowego, ale ten nie będzie korzystał z biletu za 99 złotych bez możliwości zbierania mil, zapewnionej przesiadki na ewentualny kolejny odcinek czy wejścia do saloniku na lotnisku. Tak więc po co?
Kolejny raz zaskoczony zostałem przez PLL LOT gdy ten oskarżył OLT Express o piracenie ichniejszej kampanii reklamowej. Chodziło o identyfikację produktu poprzez nazwę - dzięki poprzestawianiu liter aż kusiło aby do "OLT" dodać nawiązujące do LOT "Polskie Linie Lotnicze" - jak też wizualną - podobne reklamy z osobami wsiadającymi i wysiadającymi do samolotu, podczas gdy w tle znajdują się rozpoznawalne widoki celów podróży. Co do zasady reakcję PLL LOT rozumiem - zwłaszcza że spójna i jasna kampania wizerunkowa nie jest tworzona w pięć minut na biurku podrzędnego pracownika w centrali. Jednak tak naprawdę próba podpięcia się OLT pod LOT na każdym szczeblu byłaby nietrafiona. W skrócie - zupełnie inny produkt. Jeśli ktoś skojarzy że tak samo wyglądała reklama "narodowego", to najpierw będzie szukał nowej oferty na jego stronie. Gdy nie znajdzie tam tak niszowego połączenia bezpośredniego jak Rzeszów - Gdańsk, to albo sobie odpuści, albo znajdzie jednak na innej stronie. Wtedy może pomyśleć że to pewnie zagrywka typu Eurolot wykonujący rejsy dla PLL LOT - normalka na wybranych krótkich trasach "narodowego". Niemniej sam przewoźnik klienta stricte bezpośrednio nie traci. Podejrzewam więc że jeśli taka kampania OLT była wybierana świadomie, to wyłącznie po to aby wywołać medialny skandal. I tak się stało. Po wypuszczonych oświadczeniu LOT linia bowiem znów zaistniała w mediach podpisana jako ta, która bez przesiadek w Warszawie oferuje loty po kraju zaczynające się już od 99 złotych w jedną stronę. Tak więc zamiast załatwić sprawę po cichu w sądowych murach, konkurencja odwaliła kawał niezłej roboty. Fakt, reklama to niskiego poziomu, ale przy impecie OLT Express każde dodatkowe źródło wejścia w pamięć ludziom że taki przewoźnik istnieje jest w tej chwili na wagę złota.
Z drugiej strony zaskoczyła mnie też nieco reakcja Eurolotu, który całkiem niedawno zszedł z najniższymi cenami do poziomu OLT Express. Pierwsze wrażenie było bowiem czy nie lepiej się poddać na trasach krajowych pozostając na tych najbardziej lukratywnych i licząc że jakoś da się wyżyć w obliczu sporej konkurencji? Zwłaszcza że Eurolot tak naprawdę oferuje raptem kilka pojedynczych połączeń a OLT Express pokrył niemal całą Polskę. Z drugiej strony jednak dla Eurolotu to walka o być albo nie być. Jak przeglądałem bowiem rozkład - część rejsów na tych samych trasach u obu konkurentów zaplanowana jest w odstępach mniejszych niż godzina. Biorąc pod uwagę impet w kampanii promocyjnej prowadzonej przez obie linie - Eurolot może zginąć w szumie medialnym. Zwłaszcza przy determinacji OLT Express, który kilka dni później odpowiedział kolejną obniżką - 50% taniej dla studentów i emerytów. Czyli po kraju już od stu złotych.
No dobrze, konkurencja ma to do siebie że czasami walczy się na noże. Zwłaszcza przy tak rozchwianym rynku lotniczym jaki mamy po ekspansji kontrowersyjnego Ryanair na naszym kontynencie i niedojrzałym jaki mamy w naszym kraju - nawet niewielki płomień może wzniecić spory pożar. Tylko pytanie czy jest sens go wzniecać? To jest pytanie do każdego z przewoźników. Rozumiem, dobrze skrojony biznesplan powinien zakładać pewną pulę kosztów związanych z początkiem konkurencji których poniesienie może w późniejszym czasie spowodować zyski. Tylko chodzi mi o pewne zepsucie rynku które możemy powoli obserwować. Wiadomo bowiem że tak duże oferowanie tak niskich cen nie będzie trwało w nieskończoność. Owszem, teraz przez sporą część Polaków może przemawiać ciekawość spróbowania się z lotem po kraju. Baaa, studenci mogą taniej niż pociągiem wrócić teraz do domu w innym mieście, czy nawet lecieć na weekendowy zjazd. Niestety jak podejrzewam dużo ciężej im będzie zapłacić te 300+ złotych za powrotni lot gdy minie okres promocji, zwłaszcza jeśli teraz te same loty ma za 100 złotych a nie - jeszcze niedawne - 200. A wiadomo że to nie chodzi o kilka jednorazowych prezentów dla iluśset tysięcy Polaków, którzy po podwyżce cen znów wrócą do kolejowych kawalkad, tylko o przyzwyczajenie ich do podróży samolotowych. O pewne zmanieryzowanie i wzbudzenie potrzeby oszczędności czasu u takiej rzeszy podróżnych, aby te aktualnie dwa rejsy dziennie z Gdańska czy Wrocławia do Łodzi potrafiły się same utrzymać po zakończeniu okresu promocji. Walka na cenę jest nośna, medialna, przyzwyczaja do produktu największe rzesze klientów. Jednak obawiam się że po powrocie do chłodnego kalkulowania i podwyższania cen biletów spora rzesza tych klientów po prostu zrezygnuje. Czy nie lepiej więc - przy już atrakcyjnych cenach - walczyć na jakość produktu i przywiązywać klienta w jakiś inny sposób? Jakieś odpowiedzi w tej kwestii pewnie będzie można zobaczyć za około rok :-)

niedziela, 19 lutego 2012

Sztuka taniego latania - jak kupić bilety na tripsta.pl?

Serwis Tripsta.pl ostatnimi dniami dość często jest kojarzony z możliwością zakupu tanich biletów lotniczych. Chodzi o rezerwację biletów na rejsy Polskich Linii Lotniczych LOT, za wystawienie których pośrednik ten nie pobiera opłat. W tym przypadku dochodzimy do dość absurdalnej sytuacji, kiedy to bilety zarezerwowane na ich stronie mogą być nawet kilkadziesiąt złotych tańsze niż jeśli chcielibyśmy je kupić bezpośrednio na stronie internetowej przewoźnika. Co istotne, rezerwacje na Tripsta można opłacać przy użyciu płatności internetowej, co oznacza że nie potrzebna jest nam żadna karta kredytowa/płatnicza. We wpisie tym prezentuję poparty zrzutami ekranu autentyczny proces rezerwacji biletów.
 

Uwaga: Nie życzę sobie jakiegokolwiek przedrukowywania, czy cytowania tego opisu w całości, części  lub  innym kształcie, gdziekolwiek w sieci, prasie czy innej formie przekazu bez mojej wyraźnej zgody. Mogę jej udzielić wyłącznie po skontaktowaniu się ze mną poprzez e-mail (spiral [kropa] active [małpka] gmail [kropa] com). Brak odpowiedzi z mojej strony nie może być uznane za ciche przyznanie zgody na powyższe.


Założenia procesu poniższej rezerwacji są następujące:
  • proces bookowania wraz z całym mechanizmem oraz promocjami jest aktualny na koniec października i w każdej chwili może ulec zmianie
  • pomijam proces wyszukiwania interesujących mnie cen biletów - znam konkretną trasę jaką chcę odbyć, oraz jej datę i numer planowanego lotu
  • chcę zapłacić jak najmniej, dlatego pomijam wszelkie usługi dodatkowe jak np. ubezpieczenia, powiadomienia o locie drogą sms i inne
  • do zakupu biletu będę korzystał z przelewu internetowego do czego potrzebne mi jest konto w jednym z kilku dostępnych banków

Strona 01 - Strona główna
Na początku należy zalogować się na stronie głównej, którą znajdziemy pod adresem www.tripsta.pl. Rezerwacji dokonywałem przy użyciu przeglądarki internetowej Mozilla Firefox. Warto zwrócić uwagę, że jeśli korzysta się z innej przeglądarki, wygląd strony może być nieco inny niż na zamieszczonych grafikach. Jest to problem znany od lat programistom stron internetowych i pozwolę sobie pominąć tłumaczenie jego istoty. Dodam tylko że zarówno z powodu użyteczności jak też bezpieczeństwa danych polecam korzystać z przeglądarek Firefox albo Chrome, oraz zdecydowanie odradzam korzystanie z produktu Microsoft - Internet Explorer.


Po zalogowaniu się na stronę główną, nasza uwaga powinna być skierowana na panel w lewej części strony. To tam wpisujemy dane dotyczące naszych zaplanowanych lotów. W polach "Wylot z"/"Przylot do" wpisujemy nazwy interesujących nas portów lotniczych. Warto zauważyć, że w trakcie wpisywania nieco poniżej pola pojawia się warstwa z podpowiedzią. Dobrze jest wybrać z niej odpowiadającą nam opcję, dzięki czemu mamy pewność że system otrzyma identyfikator naszego portu początkowego/docelowego. Nieco poniżej musimy jeszcze zaznaczyć jaki typ rejsu nas interesuje (w jedną stronę, czy lot powrotny), oraz określić liczbę i rodzaj pasażerów. Opcje zaawansowane sobie odpuszczam, ponieważ wiem dokładnie na jakie rejsy bilety będę chciał kupić.
Oczywiście przed wyszukaniem lotów należy jeszcze wpisać datę planowanego rejsu. Warto w tym przypadku kliknąć na ikonę kalendarza co spowoduje pojawienie się dodatkowej warstwy. W tym miejscu datę możemy wybrać za pomocą kliknięcia myszką dzięki czemu pominiemy ewentualne błędy pojawiające się czasami podczas ręcznego wpisywania daty.
 Jeśli wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, pozostaje już tylko kliknąć na przycisk "Szukaj lotów".


Strona 02 - Wyniki wyszukania
Strona ta prezentuje loty które spełniają kryteria naszego wyszukiwania. Skoro już wcześniej wiedziałem jakimi rejsami chcę odbyć moją podróż, spodziewam się że będą one na samej górze tabeli. Wynika to z prostego faktu - im dana propozycja jest tańsza, tym wyżej została zamieszczona na prezentowanym porównaniu. Na stronie tej jedyne na co musimy zwrócić uwagę to proponowana cena za całość podróży, wybranie rejsów które będą mieścić się w danej cenie, oraz kliknięcie na przycisk potwierdzający. W moim przypadku najtańszą opcją jest cena w okolicach 278 złotych. Do wartości tej w moim przypadku będzie trzeba doliczyć około 6 złotych - o tym później. Dobrą wiadomością jest, że jak to bywa w przypadku lotów na pokładach sieciowych przewoźników - jest to cena bardzo zbliżona do końcowej i nie należy spodziewać się zestawu gwiazdek istotnie windujących w górę ostateczną wartość do zapłacenia. Dodam tylko że w kwocie tej znajduje się oczywiście możliwość odprawy online lub tradycyjnie przy stanowisku check-in na lotnisku, możliwość zabrania ze sobą tzw. bagażu rejestrowalnego (dużej walizki), oraz zwyczajowy darmowy poczęstunek na pokładzie samolotu.
Wracając do procesu rezerwacji, jak widać pod najniższą cenę podpadają dwa rejsy wylotowe oraz jeden powrotni. Dlatego z dwóch opcji wybieram interesujące mnie godziny wylotu i klikam poniższy przycisk "Rezerwuj". Ważne jest, aby kliknąć przycisk wskazywany przez ramkę obejmującą interesujące nas loty. Jeśli klikniemy inny, w dalszym kroku będziemy dokonywali rezerwacji na zupełnie inne rejsy!
Krótka notka odnośnie dziwnych terminów lotów w przykładowej rezerwacji - tzn. wylot w grudniu, powrót w maju. Rezerwowane bilety miały być dolotem na kupiony już dawno odcinek z Warszawy do Istambułu. Niestety opcja z odcinkiem Warszawa-Wrocław w interesujących nas godzinach była ponad nasze budżety, a koszt lotu Wrocław-Warszawa w jedną stronę był w sumie 30 złotych tańszy niż lot powrotni. Dlatego celem podstawowym zakupu było zapewnienie sobie dolotu do Warszawy na konkretny termin i w przystępnej cenie. Powrót natomiast stworzył plan letniego weekendowego wypadu do stolicy do którego pozwolimy sobie wrócić w okolicach lutego/marca. Koniec końców w sytuacji skrajnej nie będziemy nawet wykorzystywać tego biletu ;) 


Strona 03 - Pasażerowie
W tym kroku podajemy podstawowe informacje dotyczące pasażerów. W górnej części strony jeszcze raz wyświetlane są dane wybranych rejsów. Warto sprawdzić czy są to dokładnie te które zaplanowaliśmy odbyć, oraz czy po prawej stronie znajduje się spodziewana przez nas cena prawie końcowa. W sekcji "Informacje o pasażerach" podajemy bardzo podstawowe dane identyfikacyjne. Każde z pól jest obowiązkowe do wypełnienia. Z selektorów wybieramy płeć pasażera, oraz datę urodzenia. W pola tekstowe wpisujemy imię i nazwisko. Co istotne, w polach tych stosujemy łaciński alfabet bez polskich znaków diakrytycznych - tzw. "ogonków", czyli np. ą, ę, ź! Jeśli takowe znajdują się w naszych imionach/nazwiskach to w ich miejsce wpisujemy łacińskie zamienniki - np. "z" zamiast "ż". Jeżeli nie jest się w posiadaniu karty lojalnościowej przewoźnika na rejsy którego bookowane są bilety (w tym przypadku LOT lub innej linii ze Start Alliance), w ogóle nie zawracamy sobie głowy polami poniżej danych osobowych. Ja też jak dotąd nie pokusiłem się o wyrobienie takowej karty - chociaż biorąc pod uwagę coraz częstsze korzystanie z usług LOT muszę o takiej pomyśleć. Jeśli wszystkie dane zostały wpisane poprawnie klikamy na przycisk "Dalej" z dolnej części strony.


Strona 03.1 - Błędy w danych pasażerów
Należę do tych nielicznych osób, które od zawsze korzystając z komputera starają się korzystać z właściwych znaków diakrytycznych. Jednym z tego następstw jest błąd pojawiający się przy praktycznie każdym rezerwowaniu biletów. Wbrew ostrzeżeniom powyżej zastosowałem bowiem polski znak diakrytyczny ("ą" w nazwisku "Towarzysząca") przez co zostałem cofnięty na tą stronę. Szybka poprawka powinna mnie przekierować do kolejnego kroku. Dobrze że system wizualnie wskazuje mi miejsce pojawienia się błędu przez co mogę go szybko zlokalizować. Gdy wszystkie błędy zostaną poprawione (w tym przypadku zamiana "ą" na "a") należy znów wcisnąć przycisk "Dalej".




Strona 04 - Płatność
W kroku tym zadecydujemy w jaki sposób chcemy dokonać płatności za bilet oraz podamy dane kontaktowe do osoby kupującej. W górnej części strony zamieszczone są informacje podane w poprzednich krokach - wybrane rejsy oraz dane pasażerów. Wprawdzie linie sieciowe nie są tak restrykcyjne jak nisko-kosztowe i zamiana drobnej pomyłki w imieniu lub nazwisku pasażera nie jest tak czaso- i koszto-chłonna, jednak jeśli wykryje się jakąś literówkę zawczasu - warto cofnąć się do poprzedniego kroku i poprawić ją ratując się przed niepotrzebnymi procedurami do wykonania w przyszłości.
W sekcji "Dane osobowe" wstawiamy informacje dotyczące osoby płacącej za nasze bilety. Z pierwszej opcji wybieram "Rachunek" - w końcu podróżuję dla przyjemności a nie w ramach czynności związanych z pracą. Poniżej obowiązkowo wypełniam wszystkie pola oprócz numeru telefonu niekomórkowego, oraz "uwagi". Numer telefonu komórkowego podaję oczywiście w postaci "123456789", a kod pocztowy w postaci "12345". Poprawność wpisanego adresu mailowego jest bardzo istotna do dalszych części związanych z rezerwacją. To na ten adres będzie bowiem rozesłana wszelka korespondencja elektroniczna jak potwierdzenie rezerwacji od Tripsta i linii lotniczej, przypomnienia o zbliżającym się locie lub informacje o ewentualnych zmianach godzin zaplanowanego rejsu. Wprawdzie nie posiadam żadnego kuponu rabatowego, to sekcja ta może być interesującą opcją w przyszłości. Serwis Tripsta w pewnym momencie oferował bowiem kod rabatowy uprawniający do około 20 złotych zniżki na bilety dla każdej osoby która zarejestrowała się w jego systemie newsletterowym. Niestety - jak dotąd - nie skorzystałem jeszcze z tej opcji dlatego też pole to pozostawiam puste :-) 
W sekcji "Formularz płatności" dokonujemy wyboru w jaki sposób chcemy opłacić naszą rezerwację. Jest to jedyne miejsce w którym do naszej proponowanej stawki zostanie doliczona drobna suma - od dwóch do ośmiu złotych przy dokonywaniu płatności za pośrednictwem karty płatniczej, lub nieco powyżej sześciu gdy płatności dokonamy za pośrednictwem przelewu internetowego. W chwili obecnej jedynym dla mnie rozwiązaniem jest ta druga opcja, dlatego też na samej górze klikam napis "Przelew elektroniczny". Treść całej sekcji jest wtedy przeładowana a w tabeli pojawia się lista usług banków z których mogę dokonać opłaty za rezerwację. Poniżej listy znajduje się informacja, że wybrana metoda płatności kosztować mnie będzie dodatkowe 6,39 PLN. Jest to suma niezależna od liczby pasażerów i rezerwowanych odcinków lotów. Dlatego też ostateczna wartość do zapłacenia przeze mnie będzie równa nie 278,04 złote jak to było wyświetlane na początku opisu, tylko 284,43 co można w tej chwili sprawdzić w prawej części strony.
Po kliknięciu na produkt banku w którym posiadam swoje konto na samym dole muszę jeszcze potwierdzić akceptację warunków serwisu i linii lotniczej. Jak zawsze proponuję przynajmniej raz w życiu zapoznać się z tymi treściami aby uniknąć ewentualnych niedopowiedzeń jakie zawsze mogą się pojawić przy niespodziewanych sytuacjach (np. odwołany lot). Jeżeli wszystkie dane zostały poprawnie wprowadzone pozostaje nam tylko kliknąć na przycisk "Rezerwacja".


Strona 05 - Przekierowanie do płatności
Strona ta jest elementem zewnętrznego serwisu dotpay, która przekieruje nas do płatności za pośrednictwem wybranej przez nas opcji. Jeśli wszystkie poprzednie dane wpisaliśmy w sposób poprawny, nie musimy tutaj zwracać na nic uwagi. Wprawdzie jest płatna opcja "Gwarancja dotpay", ale - cokolwiek ona oznacza - w formularzu w sposób domyślny jest ona odznaczona i tym samym nie zwiększy ona ostatecznej ceny naszej rezerwacji. Kwotę do zapłacenia mamy potwierdzoną w górnej części tej strony. Jeśli wszystko się zgadza pozostaje nam tylko kliknąć przycisk "Dokonaj płatności".


Strona 06 - Płatność właściwa
W tym miejscu opis zostanie przerwany, ponieważ dalsze kroki zależne są od wybranej formy dokonania przelewu - plus oczywiście fakt że strony takie zawierają mnóstwo danych osobowych i finansowych których nie śmiem prezentować na tym blogu. Fakt jest jednak taki, że nasze symulacje zakupu nie obarczone są żadnymi konsekwencjami finansowymi aż do tego właśnie kroku. Dopiero tutaj wydajemy bowiem fizyczną dyspozycję jakiegokolwiek transferu pieniężnego. Niezależnie od systemu za pomocą którego dokonamy przelewu, każda procedura będzie zmierzała do kolejnego kroku.


Strona 07 - Informacja o dokonanej płatności
Strona ta potwierdza nam dokonanie płatności za rezerwację biletu. W tym miejscu kończy się nasza procedura rezerwacji. Jedyne co nam teraz pozostaje to oczekiwanie na korespondencję elektroniczną z potwierdzeniami od serwisu Tripsta i samej linii lotniczej.




Strona 08 - Potwierdzenia mailowe
Na podany w trakcie rezerwacji adres mailowy w ciągu około godziny powinno przyjść kilka listów elektronicznych. Są to informacje o przyjęciu płatności w systemie Dotpay, potwierdzenie dokonania rezerwacji w serwisie Tripsta, oraz kopia potwierdzenia rezerwacji na sam lot, która znalazła się w serwisie Checkmytrip. Najważniejsze są informacje z tej ostatniej korespondencji, ponieważ są one kopią danych będących w systemie linii lotniczej. Chociaż jest ona w bardzo nieczytelnej formie, warto z niej wysupłać termin, godziny lotu i numery lotów, lotniska z jakich rejs będzie wykonywany, oraz - co naturalne - dane dotyczące pasażerów i numer rezerwacji. Numer ten warto sobie gdzieś zanotować, ponieważ będzie to najważniejsza informacja niezbędna przy jakiejkolwiek korespondencji z linią lotniczą. Jeśli pozostałe dane się zgadzają, nasz proces został zakończony sukcesem. Jedyne co teraz musimy zrobić to zgromadzenie wiedzy na temat co chcemy zobaczyć w trakcie zaplanowanej podróży. Pomyślnych wiatrów!

piątek, 17 lutego 2012

Przełom na krajowym niebie

Rok 2012 jeszcze nam się nie zaczął na dobre a już teraz wszelkie znaki na niebie wskazują że pod względem podróży lotniczych będzie to bardzo ekscytujący okres. Dla „wyznawcówRyanair wydarzeniem ogromnej wagi jest niedługi start pierwszej bazy tego przewoźnika w Polsce oraz ostateczne pojawienie się na lotnisku w Modlinie. Na ustach obserwatorów PLL LOT po listopadowym fenomenalnym lądowaniu Boeinga 767 w Warszawie aktualnie pojawia się wątek planowanej w tym roku prywatyzacji firmy i być może sprzedaży jej Turkish Airlines, otworzenia połączenia do Pekinu i ostatecznie wcielenia do floty nowych Dreamlinerów. W kwestii wydarzeń zagranicznych ostatnio sporo miejsca zajmowały doniesienia o plajtach Spanair i Malev – w tym ostatnim zwłaszcza w kontekście aktualnej wojny (również cenowej) o pozycję w Budapeszcie. Ostatecznie wiadomość sprzed kilku dni dotycząca – co tu szukać bardziej odpowiednich słów – rewolucji na rynku lotów po kraju.

Historia bohatera tego wpisu – JetAir – to niemrawa opowieść pełna fascynujących uniesień które najczęściej kończyły sporym niesmakiem. Firma ta na przestrzeni ostatnich lat próbowała się w niszy lotniczych połączeń po Polsce z pominięciem Warszawy. Pomysły miała rewelacyjne – okazjonalne bilety za mniej niż 99 złotych w jedną stronę, koncentracja na niecodziennych trasach z bazami w Bydgoszczy czy Zielonej Górze. Niemniej cały włożony wysiłek marnował się poprzez bardzo słaby marketing a to wszystko zazwyczaj kończyło się nagłym zawieszaniem połączeń, lub cyklicznym niemal odwoływaniem wybranych rejsów. Jednak po chwilowym marazmie skazującym linię na towarzystwo innych niebytów z dnia na dzień jakbyśmy obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości.

Ostatnie kilka miesięcy mogło wskazywać na takie rozwiązanie. Po serii konsolidacji, przejęć i rebrandigów zaczął się bowiem pojawiać nowy twór. Wprawdzie bez wyraźnie obranego celu, jednak próbujący się tym razem na pewniejszych trasach oraz – co ważne – zdobywający pozytywne opinie. Gdy wszyscy zastanawialiśmy się jaki cel jest w przejmowaniu czarterowej Yes Airways i loty z Gdańska/Wrocławia do Berlina, w tym samym czasie w biurach osób decyzyjnych zarówno linii, jak też wykładającego spore fundusze nowego inwestora zaczął realizować się plan tak ogromny, że niemal szaleńczy.

Wczorajsza konferencja prasowa linii OLT Express jest jednym z ważniejszych w ostatnich latach punktów zwrotnych lotnictwa pasażerskiego w Polsce. Oto bowiem na trasach do Warszawy pojawił się LOTowi bardzo poważny konkurent a na rejsach z pominięciem Warszawy, ostrożnie sondujący i wydawać by się mogło że opanowujący ten rynek Eurolot, stał się nagle niemal maluczkim graczem. Wszystko to za sprawą rozmachu. OLT Express ogłosiła bowiem swoją siatkę kilkunastu bezpośrednich rejsów regularnie łączących 9 portów lotniczych. Co najbardziej rzuca się w oczy to ilość lotów. W przeciwieństwie do ostrożnego badania terenu przez Eurolot, OLT Express stanowczo postawił na częstotliwość dzięki czemu każde połączenie będzie realizowane z co najmniej jednym dziennie kursem w dni pracujące. To dużo, jednak spektakularność tej regularności wzrasta gdy się okazuje że na trasach pokroju Szczecin-Poznań czy Wrocław-Kraków prowadzone będą po trzy rotacje dziennie! Wszystko to z użyciem niemałych samolotów ATR72 oraz okazjonalnie pozostałych po starym JetAir mniejszych odpowiednikach – ATR42. Jednak zjawisko masowości wzrasta gdy weźmie się potencjalnie najbardziej popularne trasy – głównie łączące Warszawę z innymi miastami. Na nich bowiem operować będą odrzutowe Airbusy oferujące do 180 miejsc na pokładzie. Przykładowo przy pięciu lotach dziennie z Wrocławia do stolicy daje to istotny procent aktualnego oferowania tej samej trasy przez PLL LOT.

Gdy w dniu konferencji na spokojnie starałem się przeanalizować zapowiedzi przewoźnika ciągle nie mogłem wyjść z podziwu nad wielkością planowanej ekspansji. Jakim bowiem cudem te wszystkie rejsy mogą być zapełnione w takim stopniu aby przynosić godziwe zyski? Otóż właśnie poprzez regularność i częstotliwość. Przewoźnik nie chce bowiem przede wszystkim podbierać pasażerów swojej powietrznej konkurencji. Chcą stworzyć rynek odbiorców na nowo – wbijając ludziom do głowy świadomość, że po kraju nie trzeba podróżować tylko pociągiem czy samochodem. Z jednej strony można dodać że przy zapowiadanych cenach biletów taka przygoda nie będzie tania. Przy czteroosobowej rodzinie lot ze Szczecina do Poznania we dwie strony to koszt rzędu 800 złotych. Jednak sądzę że oferta ta nie jest kierowana przede wszystkim do pasażerów okazjonalnych. Widać to po rozkładzie lotów, gdzie największy ruch generowany jest w środku tygodnia. Tak aby w delegację można się było udać samolotem i swoje sprawy załatwić w ciągu jednego dnia. Wtedy cena 200 złotych we dwie strony jest opcją konkurencyjną nawet dla podróży koleją. Poprzez sporą liczbę rejsów sztucznie stworzy się nadpodaż co będzie wymuszało obniżanie cen aby zachęcić jeszcze większą liczbę pasażerów. Jednak wielkość zaplanowanych na rotacje samolotów pozwala na zmniejszenie kosztów przypadających na jednego pasażera a tym samym zarabiać przy stosunkowo niższych cenach biletów. Sądzę więc, że nawet po długim okresie promocyjnych cen większość biletów będzie się kształtować w rozsądnych wartościach będących do przyjęcia przez oddelegowanego pracownika nawet niewielkiej firmy.

Pytanie tylko co ze statystycznym Kowalskim-turystą? Cóż, przewoźnik z pewnością liczy tutaj na pojawienie się potrzeby wygody. A coś takiego z pewnością istnieje, co zaczynam zauważać po sobie. W ostatnim czasie kilkukrotnie bowiem romansowałem sobie z sąsiednimi do mojego macierzystego portami lotniczymi. Początkowa myśl że nie będzie tak źle z dojazdem sfinalizowała się poczuciem bezsensu wspominając te kilka godzin spędzonych w trasie do Warszawy czy Berlina. Zwłaszcza jeśli ktoś jest niemobilny i musi polegać na transporcie autobusowym czy kolejowym. Od tego czasu dostaję nerwowych tików na myśl że musiałbym jechać np. na Pomorze czy inne bardziej odległe miasta naszego kraju, wiedząc że w tym czasie mógłbym przelecieć cały kontynent i trochę poza. Dlatego np. analizując oferty First Minute z Warszawy zawszę do ceny ostatecznej doliczam koszt przelotu z Wrocławia – przynajmniej na kursie powrotnym aby oszczędzić sobie dodatkowego – zwyczajowo i tak już dużego po kończącej się podróży – zmęczenia. Oczywiście dodatkowe minimum 200 złotych na odcinek krajowy na pokładzie OLT Express wypacza ideę taniego latania po Europie z wyłapywaniem promocji z innych miast. Odpada więc dolot do Krakowa aby tanio dolecieć na Sardynię czy do Gdańska aby Wizz Airem zabrać się do Skandynawii. Jednak przy podróży bezpośredniej i częstotliwości rejsów nawet te 300 złotych jest przy moich zarobkach ceną akceptowalną.

Jeszcze tak melodią przyszłości – OLT Express oprócz połączeń krajowych wyznaczył Gdańsk na swój hub przesiadkowy na planowane loty międzynarodowe. Jeszcze nie wiadomo gdzie ani za ile, jednak opcja czasów przesiadek i cen ma być bardzo atrakcyjna dla większości miast dolotowych. Z drugiej strony bardzo ciekawi mnie dziura pozostawiona w rozplanowaniu rotacji. W przypadku Wrocławia nocujący tam Airbus A319 ma bowiem w planie tylko dwa kursy do Warszawy. Co więcej, w sobotni poranek leci do stolicy z której wraca dopiero w niedzielne późne popołudnie. Co w tak zwanym międzyczasie? O tym według przewoźnika dowiemy się bardzo niedługo. Plotki chodzą o pojedynczych połączeniach zagranicznych z portów regionalnych, lub przeznaczeniu samolotów pod czartery (m.in. kontakty na bazie wykupionej Yes Airways). W sumie sobota jest tradycyjną zmianą turnusów, więc weekendowe ograniczenie aktywności Airbusów na trasach krajowych i przekazanie ich na czartery byłoby całkiem niezłym i według mnie rozważnym pomysłem. Podobnie wygląda sprawa z turbośmigłowymi ATR-ami, które w weekendy mają zaplanowane tylko poranne sobotnie i wieczorne niedzielne rotacje. Według mnie rewelacja w kwestii wypadów weekendowych.

OK, co teraz skoro odkryte karty pokazały że gracz postawił na bardzo ryzykowną taktykę rozgrywki? Ano marketing, marketing i jeszcze raz marketing. Tak, aby nie popełnić poprzednich błędów kiedy to prawie nikt nie wiedział o lotach JetAir. Zwłaszcza że przewoźnik oferuje taryfę pozwalającą na zmianę lotów bez konieczności dopłaty. Dla większych firm często wysyłających pracowników w delegację o niepewnym całkowitym czasie zaplanowanych spotkań opcja to rewelacyjna. Tak jak w grupie do której należy mój pracodawca. Dlatego przez ostatnie dwa dni rozpuszczam plotki każdemu kto mógłby być zainteresowany i decyzyjny. Póki połowa dostępnych biletów ma być w cenie 99 złotych za rejs sam mam zamiar skorzystać kilkukrotnie – czy to wybrać się do znajomych w Łodzi, czy to wyskoczyć na weekend do Krakowa lub Gdańska. Jak ta ogłoszona niedawno siatka połączeń będzie wyglądać za kilka miesięcy? Tego nie wiem. Jednak z ogromną satysfakcją będę się przyglądał rozwojowi wydarzeń w tym niewątpliwie ciekawym roku na Polskim i kontynentalnym niebie.