Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lufthansa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lufthansa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2019

Pomyślcie o lotach open-jaw


Loty open-jaw (lub często określane jako multicity) to - w sposób ogólnikowy - odstępstwo od standardowego powrotnego rejsu A-B-A. Można je podzielić na trzy typy:
  • destination open-jaw - gdy powrót następuje z innego lotniska na którym pierwotnie się wylądowało
  • origin open-jaw - gdy powrót następuje z tego samego lotniska, jednak w miejsce inne, z którego się podróż zaczynało
  • double open-jaw - pozornie wygląda jakby to były dwa niezależne od siebie odcinki

Spora część kombinujących podróżników z pewnością stosowała coś takiego na pokładach przewoźników nisko-kosztowych. Nie rozróżniają oni cenowo podróży jednoodcinkowych i powrotnych - cena ostateczna jest sumą cen za oba loty. Tak więc szukaliśmy, ponieważ dzień operacji nam nie pasował, a bo to godzina lotu lub cena była nieodpowiednia. W ten sposób półtora roku temu polecieliśmy na weekend do Izraela. W sobotę z rana start z Chopina do Ejlatu (Wizz Air), w niedzielę wieczorem powrót z Ejlatu do Modlina - przykład origin open-jaw.

Na szczęście ostatnio coraz łatwiej jest podróżować w ten sposób również u przewoźników sieciowych. Część z nich zaczyna bowiem cywilizować ceny lotów w jedną stronę, dzięki czemu suma cen obu również staje się akceptowalna.

Skorzystałem w ten sposób przy okazji podróży na konferencję Frontcon w Rydze. Gdy nie było różnicy cenowej, pracodawca nie robił mi problemu abym kupił bilety z Warszawy do Rygi i z Tallinna do Warszawy. Była to bowiem moja trzecia wizyta na Łotwie i większą wartość miał pokonferencyjny weekend spędzony w Estonii. Dolot airBaltic załatwiłem sobie oczywiście we własnym zakresie :-)

Open-jaw swoją wartość ujawniają jednak przede wszystkim przy dłuższych wyprawach. Gdy lecieliśmy na ponad dwa tygodnie do Wietnamu, zakładaliśmy zwiedzenie kraju wzdłuż i wszerz*. Początkowo braliśmy pod uwagę opcję Air China do Hanoi. Okazało się jednak że dolot do Hanoi i powrót z Ho Chi Minh jest dokładnie w takiej samej cenie, co bilety powrotne. Dla nas open-jaw stał się więc oszczędnością czasu i kosztów, ponieważ nie musieliśmy już załatwiać powrotu do Hanoi. Warto dodać, że mogłoby to oznaczać odcinek około 1000 kilometrów.

Wygląda na to, że Air China regularnie włącza w swoje promocje opcje open-jaw. Ostatnio zastanawialiśmy się bowiem nad Koreą Południową. W tej samej cenie mogliśmy lecieć na Jeju, albo wylądować w Seulu i z Jeju wracać.

Silna siatka linii to jedno. Jednak prawdziwa moc open-jaw ujawnia się przy ogólnoświatowych aliansach. Planując zrąb podróży do Ameryki Południowej mieliśmy sporą zagwozdkę z hopką przez ocean. A bo nie znamy za bardzo krajów, bo czas pobytu na miejscu jest długi, bo będziemy wracali z zupełnie innego miejsca na kontynencie itp. Zakładaliśmy więc, że będziemy musieli kupić dwa pojedyncze bilety i albo przełknąć gorzką pigułkę ogromnej ceny, albo kombinować z charterami, lub z lotami powrotnymi, w których na drugi etap po prostu się nie stawimy.

Niespodzianka, okazało się bowiem, że byliśmy w stanie znaleźć przystępną cenę za rejs z Warszawy do Bogoty, powrót natomiast zorganizować z Buenos Aires do Wrocławia lub Rzeszowa. Żeby już bezpośrednio z lotniska, z plecakami wejść do rodzinnych domów gotowych na święta :-)

Wyszukiwarka google znalazła nam połączenie do Ameryki Południowej na pokładzie Air Canada przez Toronto. Powrót natomiast był łączony - przez São Paulo i Monachium. Z czego pierwszy odcinek na pokładzie LATAM, następne dwa natomiast u Lufthansy.


Przykładowa trasa wraz z cenami do Ameryki Południowej

Warto zwrócić uwagę na fakt, że same linie lotnicze czasami nie wyszukują najlepszych dla nas połączeń. W przypadku powyżej trzeba by było skontaktować się z przewoźnikiem, lub skorzystać z usług pośrednika. Wszystko jednak powinno być zorganizowane na jednym bilecie, przesiadki pomiędzy operatorami powinny zatem być gwarantowane.

Oczywiście żeby nie być gołosłownym, poniżej zamieszczam przykładowe ceny lotów powrotnych z Warszawy do Bogoty w tych samych terminach co open-jaw.

Przykładowe ceny z Warszawy do Bogoty

Na obrazku powyżej może się wydawać, że moja teoria upadła. Bilety Air Canada kosztują nieco powyżej czterech tysięcy. Turkish jest jeszcze tańszy, chociaż konieczność ponad-dobowej przesiadki w Stambule, lub jakiejkolwiek w Hawanie w mojej opinii kasuje te opcje.

Jednak całość wraca do normy sprawdzając drugi odcinek - z Buenos Aires do Wrocławia. Tutaj ceny są spore. Po pierwsze że sama Argentyna potrafi być droga, po drugie że powrót mamy na lotnisko lokalne, ze względnie niewielką konkurencją.

Przykładowe ceny lotów z Wrocławia do Buenos Aires


Nie będę potwierdzał obrazkami, jednak wspomnę, że bilety kupowane osobno nadal są drogie. W tych samych terminach Air Canada chce za odcinek z Warszawy do Bogoty 3251 złotych. Natomiast za powrót z Buenos Aires do Wrocławia, Lufthansa życzy sobie 6668 złotych.

* Ostatecznie okazało się, że plan zwiedzania Wietnamu wzdłuż i wszerz to nie był najlepszy pomysł. Gdy zaczęliśmy studiować kraj, napotkaliśmy ogrom miejsc do odwiedzenia. Przy posiadanych 16 dniach okazało się, że musieliśmy wycinać nawet najważniejsze atrakcje, jak trekking i ogromne jaskinie w środkowej części kraju. Dziś jednym tchem jesteśmy w stanie wymienić nowe atrakcje, które spokojnie wypełniłyby kolejne 16 dni na miejscu. Zaczęliśmy więc się zastanawiać, czy być może nie lepiej by było jednak wracać z Hanoi, ale dzięki temu kompleksowo zwiedzić północną i północne regiony środkowej części kraju.

czwartek, 27 października 2016

Wyszukiwarka lotów Google

Bez dwóch zdań, Google na zawsze zmienił oblicze internetu. Rewolucja jaką przyniosły mechanizmy wyszukiwania były czymś prawie tak samo wielkim, jak sama idea internetu. Jednak trochę przeraża mnie skala do jakiej rozrosła się korporacja. Darmowa poczta, przestrzeń na pliki, galeria zdjęć, Youtube, niemal doskonałe mechanizmy map, widgety pogodowe, profilowanie pod reklamy (których akurat nigdy nie klikam), przeglądarka, system operacyjny na smartphone-y, zaawansowany system tłumaczeń, kalendarz zsynchronizowany z innymi usługami (np. automatycznie dodający lot w przypadku otrzymania potwierdzenia rezerwacji)... jak można to wszystko ogarnąć?

Kilka miesięcy temu odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę Google-owej przeglądarki. Wpisując przykładowo treść Lot Warszawa - Wrocław trafiłem no poddomenę flights.google.com Pamiętacie ten popularny w ostatnich miesiącach gif Mind blowing?



Bo chociaż Google zazwyczaj na początku wrzuca usługi z tylko podstawowymi możliwościami, to już sam ich zakres w tym przypadku powala na kolana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wtedy też wydaje się, że mamy do czynienia z czymś podobnym do popularnego Skyscanner. Ot, kierunki, daty, liczba pasażerów, filtrowanie na linie lotnicze, przesiadki, godziny lotów itp. Tylko że Google jest bardzo mocno wyćwiczony w podejściu continuous delivery, czego bardzo brakuje przywołanemu konkurentowi. Wspominałem o tym w zeszłym roku we wpisie Szukanie fajnych cen jest proste. Algorytmy taryfowe przewoźników sieciowych są dużo bardziej zaawansowane niż u tzw. nisko-kosztowych. Cena końcowa jest różna w zależności od tego na jakiej trasie chcesz lecieć, jakiego dnia wylatujesz i kiedy wracasz. Może się więc okazać, że wylot we środę kosztuje 200 złotych jeśli wracasz za prawie tydzień we wtorek, a ten sam wylot we środę kosztuje 400 złotych jeśli wracasz dzień później. W drugim przypadku najprawdopodobniej jesteś pasażerem podróżującym w interesach, czyli skłonnym zapłacić więcej. Dlatego też tabelka z poziomami cen w Skyscanner jest skrajnie niepełna, nawet w przypadku bardzo częstych rejsów na wskazanej trasie. Jak na grafice poniżej, trasa z Monachium do Wrocławia latana jest trzy razy dziennie, natomiast tabela cen wskazuje prawdopodobnie tylko te daty, które ktoś kiedyś próbował wyszukać.


W silniku Google problem różnorodności cenowej rozwiązano w bardzo prosty sposób - dodając pole wskazujące jak długo ma trwać pobyt na miejscu. W połączeniu z częstym odpalaniem mechanizmów wyszukujących i głęboką integracją z liniami lotniczymi (wspomniane continuous delivery) otrzymujemy rozwiązanie pełne i wiarygodne. Przy okazji mamy też cudowny dodatek w postaci mechanizmu Elastyczne daty, który rzutuje na siatce kształtowanie się najniższych cen w okolicach planowanego terminu wylotu.


W zasadzie, to mógłbym tutaj jeszcze raz wkleić wspomnianego wyżej gifa, prawda? Oczywiście to jest wartość podstawowa. Dodatkowo mamy kilka drobnych smaczków, jak delikatne zabarwienie cen wskazujące na najwyższą i najniższą w obserwowanym przedziale. Na późniejszym etapie mamy podpowiedzi o oszczędności jeśli nieco przesuniemy daty lotów, o ewentualnych dodatkowych opłatach za bagaż, prawdopodobieństwie opóźnienia w lądowaniu, dostępu na pokładzie do Wi-Fi i gniazdka zasilania, typie samolotu a co za tym idzie o ilości miejsca na nogi (ciekawostka, dla Lotowskiego Embraera RJ-175, 81 cm na nogi określone jest jako ponadprzeciętna ilość) oraz alercie jeśli mamy do czynienia z maszyną o silnikach turbośmigłowych. Gdzieś później mamy też informacje o poziomach cenowych jeśli będziemy bookować na stronie przewoźnika, przez telefon, lub za pośrednictwem np. biur podróży.

Jeśli chodzi o aktualność pokazywanych stawek, to kilka miesięcy testów na prostych wyszukiwaniach wykazały, że są one takie same, jak na stronach internetowych przewoźników. Odnosi się bowiem wrażenie niemal synchronizacji z bazami danych linii, przez co ilość i aktualność propozycji jest powalająca, a poziomy cen odświeżane za każdym razem po wskazaniu przedziału interesujących dat. Sporo zamieszania wychodzi przy skomplikowanych trasach wykonywanych na niewspółpracujących ze sobą liniach lotniczych. Wtedy ceny na liście wszystkich ofert i szczegółach wskazanych rejsów potrafią się zmieniać drastycznie, włącznie z różnicą czterocyfrową. Jednak, co warto zaznaczyć, jest to zagadnienie trudne i zarazem niejeden błąd, czy też niedociągnięcie mechanizmu. Wspomnijmy o kilku z nich.


Na samym początku spore zakłopotanie wprowadza bowiem niejasność w multiwyszukiwaniu. Przykładowo AZair pozwala na wyszukanie biletów na trasie z Wrocławia na Wyspy Kanaryjskie bez precyzowania na którą dokładnie wyspę chcemy się udać. OK, mechanizm Google też coś takiego umożliwia, jednak proces jest bardziej wydłużony i nie daje możliwości porównania w szerokim zakresie dat. Wpisując bowiem Wyspy Kanaryjskie, dostajemy coś na wzór przewodnika, z odnośnikiem do map, które zaznaczają obszar, pokazują większość obecnych na nim lotnisk i odnalezione ceny na część z nich. Kliknięcie na któreś z docelowych powoduje otwarcie z boku karty trasy z atrakcjami na miejscu, oraz tylko częściowo danymi możliwych dolotów. Dopiero kliknięcie na Pokaż loty przekieruje nas na listę wszystkich połączeń włącznie z cenami i godzinami operowania. Minus jest taki, że lista dotyczy jedynie wskazanego lotniska a nie wszystkich na Kanarach, przez co nie można zrobić łatwego porównania każdej z wysp. Zwłaszcza, gdy można sobie pozwolić na dowolność w wyborze daty. To co zapewnia AZair, w Google trzeba jednocześnie sprawdzać w kilku kartach przeglądarki.

Dodatkową niejasność w multiwyszukiwaniu powoduje grupowanie lotnisk. Zauważcie, że powyższe wyszukiwanie wskazało jedynie wyspę Teneryfę. Dopiero kliknięcie na nią wskazuje, że znajdują się tam dwa lotniska - północne (w domyśle) zorientowane na ruch lokalny i dla połączeń z Hiszpanią kontynentalną, oraz południowe  - w większości przeznaczone dla ruchu czarterowego. Podobną niejasność powoduje wyszukanie na trasie Warszawa - Paryż, gdzie mamy po dwóch stronach w sumie pięć lotnisk: Chopin i Modlin, oraz Orly, Charles de Gaulle, oraz odległy od centrum Paryża o 90 kilometrów Beauvais.

Kolejną ciekawostką jest niejasność w grupowaniu linii lotniczych. Wpiszcie np. przywołaną wcześniej trasę Warszawa - Paryż. Pierwszy sort pokazuje, że na wskazanych datach najtańsza jest oferta Air France. Pozostałą sporą grupę stanowią oferty Lufthansy, Lotu, lub też KLM. Klikam więc na najtańszy rejs tam, a wtedy wśród powrotnych filtrowanie ogranicza się głównie do ofert Air France, lub KLM. Gdy kliknę natomiast propozycję LOTu, w drodze powrotnej mam przede wszystkim loty na pokładzie Lufthansy, Austrian, SAS, Swiss czy Brussels Airlines. Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, to alianse pozwalające na code share i sprzedaż łączoną na stronach partnerów. Jednak co ciekawe, wśród powrotów preferujących Star Alliance, są także propozycje przesiadek we Wiedniu, gdzie odcinki odbywają się na pokładzie kolejno Air France i PLL Lot. Warto zaznaczyć, że przewoźnicy ci jakiś czas temu odeszli od polityki bardzo drogich biletów w jedną stronę. Nie sądzę więc, aby na tak konkurencyjnej i zatłoczonej trasie, jak z Warszawy do Paryża, pojedynczy bilet Air France na odcinek powrotni był tak drogi, żeby nie ujmować go w wynikach wyszukiwania. W zeszłym roku najtańszą urlopową opcją była dla mnie trasa Warszawa - Paryż - Biarritz u Air France i Bilbao - Praga u CSA.

Pikantności do całości dodaje również sortowanie przewoźników nisko-kosztowych. Ciekawym przykładem jest trasa Warszawa - Paryż Beauvais, z lotami w takie dni, aby operacje miał zarówno Ryanair (loty z Modlina) jak też Wizz Air (lotnisko Chopina). Na grafikach poniżej widać, jak mechanizm wyszukuje oferty obu przewoźników. Najtańszą opcją będzie, jeśli do Francji polecimy na pokładzie Wizz Air a wrócimy na Modlin Ryanair. Oferta drugiego przewoźnika jest jednak niewidoczna, jeśli na pierwszym odcinku zaznaczymy rejs jego konkurenta.
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Wizz Air
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Ryanair
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - wszystkie oferty
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - brak oferty Ryanair przy wylocie na pokładzie Wizz Air


Można to wytłumaczyć, że chodzi o różne lotniska w Warszawie. Trochę to słabe. Jeśli bowiem zaznaczam trasę z miasta, to nie ma dla mnie wielkiego znaczenia z jakiego lotniska chcę startować. W takiej sytuacji prawdopodobnie biorę też pod uwagę możliwość powrotu na inne lotnisko, obsługujące to samo miasto. Algorytm powinien brać to pod uwagę.

Ale chyba nie tylko o lotnisko chodzi. Zrobiłem bowiem test na trasie Warszawa (WAW) - Barcelona (BCN) w dzień, w który akurat odbywają się rejsy PLL Lot i Vueling. W skrócie, oferta narodowego to 311 złotych tam i 470 na powrót. Vueling natomiast chce lecieć za 50 Euro tam, oraz 80 na powrocie. Gdy w wyszukiwarce Google jako pierwszy rejs wybiorę operowany przez Lot, to wśród powrotów w ogóle nie znajdę oferty Vueling, która notabene jest tańsza.

Ktoś powie, no dobrze, Vueling, jakkolwiek samodzielny i nisko-kosztowy, to poprzez IAG jest w bliskiej współpracy (coś na wzór Aliansu) z Iberią i British Airways. Być może dlatego mechanizm nie chcę łączyć ofert tej linii i PLL Lot. Tylko w takim razie dlaczego daje możliwość miksowania ofert Vueling, Wizz Air i Ryanair na trasie z Barcelony (El-Prat) do Budapesztu? Passuję ;) 

Chociaż znany nam internet, to głęboka integracja wielu mechanizmów, umożliwiająca sprzedaż szybszą, łatwiejszą i trafiającą do większej rzeszy odbiorców, to niestety wciąż gdzieś tam głęboko w jego odmętach znajdują się szare strefy, niewykorzystujące w pełni jego możliwości. Miejscem takim przykładowo jest internet Kubański. Ostatnio bowiem zaczynamy powoli przygotowywać się do podróży po tej wyspie, rozglądając się za różnymi miejscami i możliwościami transportowymi. Niestety, wyszukiwarka Google nie pokazuje żadnych propozycji lotniczych krajówek, oprócz przelotów na 280.kilometrowym odcinku z Hawany do Santa Clara, z przesiadką w Toronto, opcjonalnie Nassau i Panama City. Okazuje się bowiem, że wyszukiwarka nie jest zintegrowana z lokalną linią Cubana de Aviación, która to na trasie z Hawany do Santiago de Cuba lata od dwóch do czterech razy dziennie. Niestety, internet i oferta turystyczna na Kubie najwyraźniej są bardzo mocno zacofane i - choć dopiero co zaczęliśmy nasz research - niejednokrotnie spotkaliśmy się z wieloma problemami natury hm... nie wiadomo nawet jakiej ;)
Wyniki wyszukiwarki lotów Google na trasach krajowych na Kubie
Oferta Cubana de Aviación na trasie z Hawany do Santiago de Cuba

Przy okazji Kuby jest jeszcze jedna istotna sprawa, o której warto wspomnieć. Wyszukiwarka Google pobiera ceny bezpośrednio od przewoźnika. My loty na Kubę kupiliśmy od pośrednika, który akurat wystawił totalnie zaskakującą cenowo ofertę. Oczywiście w myśl zasady - jeśli coś jest okazyjnie tanio, to być może da się znaleźć opcję jeszcze tańszą - chwilę przed zakupem zrobiłem mały research bezpośrednio u przewoźnika, w opisywanej wyszukiwarce, na Skyscannerze i kilku innych źródłach. Tym razem zasada nie miała zastosowania, a ceny u przewoźnika były podobne jak te w wyszukiwarce. Blisko dwukrotnie wyższej wartości niż nasz zakup. Konkluzja? Pośrednicy, jak też serwisy ofertowe pokroju loterów czy fly4free nadal mają prawo bytu w przestrzeni internetowej :-)

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć o kolejnym bardzo, bardzo ważnym ficzerze. Jest to podobny do obecnego na Skyscanner (ale od niedawna także na AZair) alert cenowy. Utworzenie takowego sprawia, że co około 24 godziny na skrzynce mailowej ląduje powiadomienie o zmianach w obserwowanych cenach. Jest krótka lista ofert wielu przewoźników, informacja o trendzie cenowym, oraz link kierujący do szczegółów ustawionego powiadomienia. Na liście monitorowanych lotów znajduje się bardzo przydatny wykres cen. Oczywiście alert można utworzyć tylko na konkretną datę (nie można na zakres dat), niemniej wykres ten może się okazać przydatnym narzędziem do wyszukiwania pewnych trendów cenowych. Mimo wszystko większość osób nadal myśli że im wcześniej zarezerwuje się bilety, tym te będą tańsze.

Alert cenowy na skrzynce mailowej
Wykres cen i szczegóły ustawionych alertów

Tyle dobrego. Niestety sam alert jest bowiem obarczony pewnym błędem architektonicznym. Otóż wykres pokazuje najniższą cenę znalezioną w danym dniu, a powiadomienie przychodzi na skrzynkę tylko raz dziennie. Dużo lepiej radzi sobie tutaj strażnik oferowany przez Sky Scanner, który natychmiastowo informuje o wykrytej zmianie cen. W momencie, gdy np. Ryanair jest w stanie kilkukrotnie w ciągu dnia modyfikować swoje siatki taryfowe, funkcjonalność taka wydaje się być niezbędna.

Podsumowując, wyszukiwarka Google wywołuje u mnie mieszane uczucia. Mechanizm sam w sobie jest świetny, to bez dwóch zdań. Google od samego początku wskoczył nim na czołówkę najważniejszych graczy na rynku. Jednak ma to być narzędzie służące do zarabiania. Dlatego wyraźnie odnoszę wrażenie, że mechanizm jest kierowany przede wszystkim do ruchu biznesowego, podróżującego często i niekoniecznie najtaniej. Jest prosty w obsłudze, przejrzysty, dający szybką odpowiedź na jasno sprecyzowaną potrzebę. Niestety słabo sprawdza się przy szukaniu mega-okazji, kombinowaniu gdzie by tym razem, lub kiedy by może gdzieś. Denerwuje mnie też myślenie za mnie, ukrywanie innych opcji, które są tańsze, ale z jakiś powodów poza prezentacją. Wiadomo, Google napisał ten mechanizm aby zarabiać. Wskazane nieco wyżej ukrywanie różnych propozycji powoduje we mnie obawę, że w pewnym momencie wyszukiwarka nie będzie służyć do wynajdowania opcji tanich, tylko poprzez profilowanie użytkownika takich, które będą dla mnie akceptowalne. Nie ma co się szczypać, Google posiada big, big, big data i świetnie radzi sobie z informacjami o nas. Miejmy nadzieję, że przesadzam :-) 

niedziela, 23 grudnia 2012

Problemy PLL LOT

Gdy opadły emocje po hurraoptymizmie związanym z przylotem dreamlinera ogólnopolskie media obiegła informacja o bardzo dużych kłopotach finansowych PLL LOT. A czy to coś nowego w ciągu ostatnich kilku lat - można szyderczo zapytać. W zasadzie nic nowego. Zastanowiła mnie jednak informacja dotycząca pomocy publicznej o jaką poprosiła linia - 400 milionów złotych w trybie natychmiastowym, półtora miliarda docelowo.
Oczywiście ot taka sobie przekazana pomoc publiczna w świecie unijnych regulacji jest niedozwolona. W skrócie - na ruch taki przyznawana jest zgoda jeśli zaprezentowany zostanie właściwy plan naprawczy sprawiający że podmiot stanie się dochodowy. Szczerze wątpię w taki plan. Jak informują media LOT otrzymał bowiem pomoc 11 lat temu. Ostatnie lata również nacechowane były różnorakimi zabiegami aby w firmę wpompować pieniądze w taki sposób, żeby Unia nie dopatrzyła się cech pomocy publicznej. Mowa tutaj o wydzielaniu różnych bytów które to następnie były sprzedawane spółkom zakładanym przez państwo. Do tego dochodziło sprzedawanie na potęgę wszelkich aktywów - udziałów w innych krajowych spółkach, nieruchomości i in. Jak widać działania te nie wyprowadziły PLL z dołka finansowego, dlaczego więc powinienem wierzyć że teraz się uda? Czy LOT czeka zatem przyszłość podobna do Malev?
Powiem szczerze, kwota 1,5 miliarda złotych przekazana na cele niby wyprowadzenia PLL na prostą jest dla mnie wręcz niewyobrażalna. Wikipedia twierdzi że firma zatrudnia jakieś 3000 pracowników. Daje to około 500 tysięcy złotych na utrzymanie jednego stanowiska! Równowartość pensji rzędu ponad 10 tysięcy złotych przekazywanej przez cztery lata i to bez gwarancji że kwota ta cokolwiek zmieni. Nie za dużo trochę? Z punktu widzenia mieszkańca na zachód od Warszawy - trochę tak. Powiem wręcz więcej, w mojej opinii jest to pompowanie wielkich funduszy w zabawkę którą pobawi się wyłącznie stolica. Obserwując bowiem ostatnie poczynania LOT można odnieść wrażenie że jest to bardziej Warszawska niż Polska Linia Lotnicza.
Weźmy bowiem możliwość lotów krajowych. LOT oferuje tylko połączenia bezpośrednie do Warszawy. Na trasach z Gdańska czy Wrocławia od wielu lat wykorzystuje pozycję monopolisty zaniżając podaż do takiego poziomu, aby niewielka firma nie mogła w akceptowalnych cenach wysłać swojego pracownika na delegację. W przypadku wyjazdów zagranicznych, często pojawia się problem nieprzemyślanych godzin lotu przez co nie ma szans aby złapać w Warszawie przesiadkę na rejsy w różnych kierunkach. W ten sposób PLL LOT pcha rynek natywny w obce ręce - zazwyczaj Lufthansy. Osobistą sympatię linia zdobywa promocjami pokroju Szalonej Środy czy taryfy First Minute. Co z tego jeśli dość łatwo jest znaleźć oferty z Warszawy a - w efekcie drożyzny na trasach krajowych - bardzo ciężko jeśli chce się do tego dodać dolot z portu regionalnego?
Czy zatem brak pomocy publicznej dla LOT i w końcowym efekcie prawdopodobnie jego upadek będzie dla pasażera portu regionalnego jakimś uszczerbkiem? Chyba nie. W końcu trasy po kontynencie są oferowane poprzez tandem linii niskokosztowych i niekiedy sieciowych przewoźników zagranicznych głównie spod znaku Star Alliance. Być może zwiększoną podaż ruchu wysokopłatnego wykorzystają nowi przewoźnicy wchodzący do regionów - może British Airways, KLM, Swiss, Norwegian? Trasy do Warszawy zostaną przejęte przez Eurolot i być może w niektórych przypadkach Wizz Air lub Ryanair. Sama Warszawa też pewnie oprócz dumy niewiele straci. W końcu lotnisko w Budapeszcie dość szybko nadrobiło zaległości po upadku Malev notując spadek ruchu na poziomie zaledwie 10%.
Oczywiście upadek PLL LOT byłby dramatem dla współpracowników, pracowników i ich rodzin. Jednak nie potrafię zrozumieć oburzenia związanego z niewielkimi dotacjami regionów* do połączeń niskokosztowych a następnie żądanie od wszystkich mieszkańców tego kraju aby złożyła się na horrendalną sumę dla linii, która jest w zasadzie potrzebna tylko Warszawie.

* oczywiście mam na myśli dotacje do rejsów które realnie mogą rozwinąć region lub lotnisko a nie bezmyślnego dofinansowania wakacyjnych lotów do Grecji, Włoch czy Hiszpanii.

piątek, 10 czerwca 2011

Od lołkostowca do wyjazdowca

Człowiek się zmienia. Za czasów studenckich, gdy miało się sporo wolnego czasu, można było kombinować z opcjami podróży aby było nieco taniej, w większą liczbę miejsc i niemal „na zaliczenie”. Jednak nawet jeśli coś świetnie smakuje, w pewnym momencie przestaje zachwycać a nawet zaczyna się przejadać. Bo po co któryś raz odwiedzać to samo miejsce?

Rynek lotniczy się zmienia, ale zarówno po sobie jak też internetowych forach lotniczych lotniczych widzę, że jego odbiorcy także przechodzą zmianę. Czemu się dziwić? Ryanair wprowadza coraz to kolejne absurdalne „dodatki” do cen biletów, Wizz Air póki co również cenowo idzie w górę np. podwyższając opłaty za opłaty bez udostępniania w zamian na terenie Polski karty z tejże opłaty zwalniającej. Owszem, nie jest źle biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia była rzeczywistość z wiszącą na ścianie mapą kontynentu przy której co tydzień zastanawiam się gdzie by tu za kwotę dwóch dniówek wpiąć kolejną pineskę oznaczającą miejsce odwiedzone? Niestety okazje takie robią się coraz rzadsze.

Pamiętam jak kilka dni temu przeczesywałem z ciekawości system rezerwacyjny Ryanair. Znalazłem tam loty choćby do Malagi za... ponad 500PLN w jedną stronę! Dla mnie to jest paranoja i nie wiem jakim musiałbym być desperatem aby znając rzeczywistość rynku lotniczego kupić bilet w takiej cenie. Co gorsza, ludzie zaczynają taką sytuację tolerować. W końcu jak się leci na urlop, to się wydaje dużo pieniędzy – zwłaszcza na podróż. Ręce w takiej sytuacji opadają tym bardziej, że nawet kombinacje z przesiadkami tak naprawdę niewiele pomogą. Ba, przesiadkami... Tutaj może mam skrzywienie wynikające z marnej siatki połączeń mojego portu macierzystego, ale jak można znaleźć łatwą i dogodną przesiadkę jeśli linie nisko-kosztowe oferują raptem trzy kierunki o częstotliwości co najmniej czterech rejsów tygodniowo? Niestety zimowy rozkład zapowiada się jeszcze gorzej, gdyż przy tendencji do cięcia lotów i podwyższania tym samym cen biletów Ryanair na spółkę z Wizz Air będzie udostępniał raptem sześć kierunków z częstotliwością co najmniej trzech rejsów w tygodniu...

Trochę marnizna, ale na szczęście na lołkostach świat się nie kończy. Jak pisałem na początku roku, w momencie gdy znalazłem pracę i tym samym dużo lepsze źródło finansowania niż na studiach, priorytety zmieniły swój środek ciężkości. Raz że niektóre formy wyjazdu już się znudziły, dwa że za „przeżycie” bez wahania jestem w stanie zapłacić większą niż dotychczas stawkę. Trzy że w momencie kiepskiej siatki połączeń nie czuję potrzeby zaczynania i kończenia podróży w porcie macierzystym. Wydaje mi się, że pewna część osób, które podróże lotnicze zaczynały na pokładach linii nisko-kosztowych myśli podobnie. Czyżby więc pierwsze pokolenie dzieci LCC zaczęło dorastać? Czemu nie, w końcu przy zachowaniu wspomnianych wcześniej trzech warunków pojawia się całkiem sporo nowych możliwości.

Zresztą tanie linie nie są jedynymi na świecie oferującymi przewozy pasażerskie. W dzisiejszych czasach także niekoniecznie tanie – jak sobie przypomnę sytuację gdy widziałem niepromocyjną ofertę Lufthansy z portów regionalnych do Bilbao, Neapolu czy Nicei za około 600 złotych. Biorąc pod uwagę fakt, że dość ciężko jest się dostać w te rejony na pokładach linii nisko-kosztowych tworzy się jeszcze dodatkowy atut „za” :-) Zresztą jeśli nie ma się konkretnie sprecyzowanego kierunku czy daty lotu, to można poczekać na ciekawe promocje. Przykładem mogą być first minute LOTu, który w cenie do 400 złotych oferuje bilety z Warszawy w wiele kontynentalnych miejsc swojej siatki lotów. Fakt, w moim przypadku trzeba dołożyć jeszcze kilkanaście godzin i pewną sumkę na dojazd do stolicy. Jednak gdy już się taką sytuację zaakceptuje, to otworem stoją też inne porty w okolicach miejsca zamieszkania. W moim przypadku Berlin oferujący dotąd niecodzienne (jak na mój port macierzysty) miejsca w niecodziennych cenach – choćby Sankt Petersburg, Moskwa, Korsyka, Teneryfa czy Agadir za 300 złotych.

Nie dziwię się więc że w takiej sytuacji i przy większym obyciu w transporcie po kontynencie nasze pokolenie zaczyna stawiać pewniejsze kroki kierujące nie tylko poza pokłady linii LCC, ale również poza pokłady samolotów. Przy zdobytej w ostatnim czasie wiedzy dużo łatwiej bowiem znaleźć zadowalający nocleg, rozrywkę czy dogodny transport pomiędzy wyznaczonymi miejscami w innym kraju a nawet na innym kontynencie. Ja się zmieniłem, ponieważ w chwili obecnej do wiosny 2012 mam zaplanowane bądź mocno obserwuję opcje pięciu/sześciu wyjazdów. Tylko dwa z nich wykorzystają port macierzysty do którego jeszcze niedawno byłem bardzo przywiązany. Tylko trzy z nich związane są z liniami nisko-kosztowymi. Cel prawie każdego z nich jest taki, że większość statystycznych znajomych jest zaskoczona może nie nadzwyczajnością, ale niecodziennością wyboru. Trochę szkoda że oni nie mogą zacząć tak tanio i beztrosko jak całkiem niedawno zaczynało moje pokolenie. Może potencjał lotniczy naszego ponad trzydziestomilionowego kraju wreszcie by przyniósł jakieś efekty. Chociaż z drugiej strony i tak dobrze że część rodziny przynajmniej raz w życiu wybrała wyjazd zagraniczny na pokładach czarterów. Dla nich istotnym powodem do samozadowolenia jest wysłanie pozdrowień z Egiptu czy Tunezji. Kto wie, może kiedyś ktoś z nich wyśle podobne pozdrowienia z Gruzji, Istambułu czy innego niekoniecznie turystycznego miejsca? Fajnie by było.

niedziela, 13 grudnia 2009

Sztuka taniego latania - niebezpieczeństwa za tym stojące

Podróżowanie traktuję w pewnym sensie jak hazard. Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście jest to jakaś forma gry na zasadzie "kto weźmie więcej/taniej?". Po drugie, to wciąga! Jak rzeka. Po trzecie, do dziś jako tako starałem się przemilczeć na blogu, że za tą grą kryją się również pewne niebezpieczeństwa. Kilka powodów powinno pokazać więc dlaczego porównanie do hazardu wbrew pozorom jest bardzo trafione.

Polowanie na bilety. Pisałem to w bodaj pierwszej części przewodnika. Zaczyna się od tego, że kupuje się ot tak z ciekawości jeden tani bilet gdziekolwiek. Po powrocie podlicza się wszystkie wydatki wyjazdu i okazuje się, że nas na to stać. Czeka się więc na kolejną okazję. Za którymś razem, pojawiają się zachcianki aby polecieć w określone miejsce lub o określonym czasie. Gdy się okazuje, że takie bilety nie leżą na ulicy, szuka się głębiej. Po roku każda nowa promocja finalizuje się tym, że wieczorem przy kawce odlicza się kolejne minuty do północy (nowe oferty wchodzą w życie zazwyczaj o tej porze) a potem rozpoczyna przeszukiwanie systemu rezerwacyjnego wzdłuż i wszerz. Ile to już razy kląłem, że przez 4 godziny nie mogłem nic znaleźć. A bo tutaj mi godziny przesiadki nie pasowały, a tam akurat tanie ceny się rozjechały w datach... A kiedy indziej od niechcenia wynajduję Sardynię za 12 PLN. Ale pomimo tych nieprzespanych godzin pojawia się spora satysfakcja, gdy można się pochwalić swoim łupem widząc w oczach znajomych zwyczajną zazdrość ;)

Gry cenowe. Powiedzmy sobie szczerze, loty sprzedawane po 30 złotych od osoby liniom lotniczym się nie kalkulują. Więc dlaczego to robią? Bo paradoksalnie jednak im się kalkulują :D Klienci bowiem bardzo przyzwyczajają się do pewnych zachowań co ciekawie w przypadku lotnictwa opisuje jeden artykuł na serwisie www.pasazer.com (http://pasazer.com/in-4276-tvn,cnbc,w,tandemie,z,pasazercom.php)

W Polsce utarł się pogląd, że tani przewoźnik jest tańszy od tradycyjnego – co nie zawsze jest prawdą, a o czym niejednokrotnie pisaliśmy. Zarówno Lufthansa proponuje bilety za 399 zł w dwie strony, jak i LOT w podobnych cenach zabiera pasażerów na swój pokład. Przykład?


Często różnice widać już w przypadku ofert podstawowych, nie mówiąc nawet o wartościach ukrytych. Jakich? Cóż, przewoźnik liniowy (np. LOT, Lufthansa, British Airways, Air France, Iberia, etc.) w cenę biletu wlicza serwis pokładowy (przekąski na krótkich trasach lub pełne obiady na lotach międzykontynentalnych + napoje), możliwość zabrania ze sobą dużej walizki o większych limitach wagowych, możliwość darmowego przebookowania na wiele wypadków losowych etc. Taka oferta była standardem jeszcze kilkanaście lat temu. Jednak z pojawieniem się tzw. nisko kosztowych przewoźników nastąpiła pewna rewolucja. Większość z nich bowiem w cenie biletu oferuje wyłącznie przejazd z obarczonym wieloma ograniczeniami tzw. bagażem podręcznym. Jeśli chcemy jechać z dużą walizką - płacimy dodatkowo. Jeśli natomiast przekroczymy jej limit wagowy, za każdy dodatkowy kilogram płacimy zazwyczaj horrendalne stawki. Jeśli chcemy mieć pierwszeństwo wejścia na pokład, albo dodatkowe ubezpieczenie, albo transakcję zrealizować przy użyciu najpopularniejszej karty bankowej/kredytowej - płacimy. Nie wspominając już o bufecie, który nie oferuje wiele, a kosztuje dość sporo jak na polskie warunki. Z drugiej strony tzw. przewoźnicy liniowi w większość oferowanych lotów załącza przesiadki. Przykładowo aby dostać się z Rzeszowa do Londynu LOTem lub Lufthansą należy lecieć najpierw do Warszawy lub Frankfurtu. Nawet jeśli cena za oba odcinki nie jest wygórowana, to traci się czas na przesiadkę (czasami również na czekanie na połączenie), oraz dodatkowo doliczane są opłaty i podatki za lądowanie w mieście, którego nawet nie ma jak zwiedzić.
Staram się więc zwracać przede wszystkim uwagę czy z mojego miasta do celu podróży mam bezpośrednie połączenie. Po kolejne, jeśli lecę na załóżmy 3 dni, wszystkie niezbędne na ten czas rzeczy mieszczę w plecaku. Jeśli natomiast mój wyjazd obejmuje większy odcinek czasu i ciężką walizkę, to chętniej przyglądam się ofertom standardowych przewoźników i ich opcji "all inclusive".

Gry cenowe – podejście nr 2. System sprzedaży biletów w Ryanair przypomina czasami bazar w małym miasteczku. Od kilku już miesięcy wchodząc na główną stronę tego przewoźnika po oczach bije nam banner reklamowy ze świecącym napisem „promocja!!!!”. Nieco poniżej zazwyczaj wypisana jest cena załóżmy 40 PLN. Śledząc ich system sprzedaży już od ponad roku zastanawiam się jaka to promocja wiedząc, że w przeciągu miesiąca na 90% będą bilety w cenie mniejszej niż 10PLN? Sytuacja nr 2 – pojawiła się promocja z biletami w cenie 4PLN w jedną stronę. Zaglądam na listę kierunków oferowanych w tych cenach – a tam np. Londyn, Barcelona, Rzym i Dublin. Świetnie, zaczynam więc szukać na kiedy – po 20 minutach orientuję się że ich nie ma. Otóż firma ta udostępnia tylko pewną ilość biletów na danej trasie w danej cenie. Czasami ich ilość jest mniejsza niż 10. Szanse na kupno takiego biletu są niewielkie, ale reklama przyciąga uwagę! Sytuacja nr 3 – tzw. system Włoski. Jest to moja nazwa robocza wynikająca z pewnej obserwacji. Otóż szukając w sierpniu dogodnych połączeń na Sardynię zauważyłem, że jest mnóstwo tanich jak woda biletów na trasach Mediolan Bergamo-Cagliari. I tak przez większość dni w pierwszej połowie września. Natomiast w tym samym okresie nie ma ani jednego biletu powrotnego. A w drugiej połowie miesiąca - na odwrót - za bezcen można się wydostać z wyspy, natomiast lądowanie na niej jest już dość kosztownym biznesem. Ostatnio zauważyłem, że podobna metoda zaczyna pojawiać się również w ofertach Ryanair dla polskich lotnisk :( Sytuacja nr 4 - LOT zapowiadał ostatnio internetową wyprzedaż swoich biletów w cenie 50% wartości z dnia poprzedniego. Okazja wydawała się być świetna, aż do dwóch dni przed wejściem w życie tej promocji. Wtedy to bowiem najniższe ceny biletów zostały solidnie podniesione tak, że w dzień promocji można było zaoszczędzić w większości przypadków raptem kilkadziesiąt złotych.

Ważne więc, aby znać systemy rezerwacyjne i zagrywki przewoźników, bo czasami coś co się świeci, może jednak nie być tak cennym przedmiotem!

Obsługa klienta. Tanie linie lotnicze powoli nabierają formy komunikacji miejskiej. Mają być tanie, masowe i nieoferujące nic poza możliwością transportu. Zgodnie z tą właśnie ideą doliczane są wszelkie usługi ekstra czyli takie, bez których w zasadzie lot odbyć można, ale mimo wszystko czasami trzeba z nich skorzystać. Mam na myśli tutaj wymienione wcześniej bagaże, serwisy pokładowe, etc. Również obsługa klienta, która czasami stoi na bardzo niskim poziomie. Jeśli więc przykładowo w trakcie odprawy w internecie popełniony został błąd w nazwisku - płacimy. Owszem, istnieje niepisana zasada, że jeśli w dokumencie tożsamości i rezerwacji jest różnica do trzech liter, to poprawa taka jest bezpłatna. Ale aby się tego dowiedzieć należy pojechać na lotnisko i odwiedzić okienko reprezentanta danej linii lotniczej, lub zadzwonić na humorystycznie określony "Party line" - zazwyczaj zagraniczny numer telefoniczny z drogą opłatą za każdą minutę i baaaaardzo wolną obsługą. A co jeśli błąd w nazwisku jest poważniejszy, lub pomyłka nastąpiła w numerze dowodu tożsamości? Cóż, u przewoźników nisko kosztowych taka atrakcja w postaci poprawy kosztuje nawet do €100!

Cele podróży. Osoby nieobyte z tanimi liniami lotniczymi kilkukrotnie mogą się zdziwić w trakcie poznawania proponowanych przez nie tras. Bo przykładowo, czemu jakaś linia lotnicza oferuje lot z Pizy do czterdziesto-tysięcznego nikomu nic niemówiącego miasteczka Memmingen, skoro mogłaby przylecieć choć raz do dużo większych Poznania, Krakowa czy Wrocławia? Cóż, tania linia lotnicza zarabia na wielu rzeczach i najbardziej interesuje ją właśnie suma tychże zarobków. W jakiś sposób wykalkulowała więc, że bardziej jej się będzie opłacać latać właśnie tam, chociaż na taki lot będzie mniej chętnych, a ceny niższe. Paradoks? Kiedyś wytłumaczę dlaczego nie. Po kolejne, czemu w przypadku Ryanair dwa miejsca oznaczone są jako Barcelona, chociaż oddalone są od tego miasta na oko o spory kawał lądu? Otóż dlatego, że nazewnictwo lotnisk w przypadku linii nisko kosztowych jest czasami bardzo płynne. Z powodu niższych opłat lotniskowych, mniejszego prawdopodobieństwa opóźnień i kilku innych spraw, dużo chętniej latają one na małe, położone kilkadziesiąt kilometrów od docelowego miasta lotniska. Dlatego też warto dokładnie przeczytać na jakim lotnisku dana linia ląduje identyfikując go np. po trzyznakowym kodzie IATA, bo może się okazać, że do celu podróży będziemy musieli doliczyć jeszcze ponad godzinę jazdy autobusem. Przykłady? Wspomniane wcześniej Memmingen oznaczane jest czasami jako Monachium Zachód, chociaż od tamtejszego miasta jest oddalone o 100 kilometrów! Oslo-Torp od Oslo o 107, Frankfurt-Hahn od Frankfurtu 128, Barcelona-Girona od Barcelony o 75, a nawet Katowice-Pyrzowice są czasami oznaczane jako Katowice/Kraków! Jest jednak w tym jakiś plus. Jeśli ktoś nie przepada za wielkimi, rozreklamowanymi miastami, ma niepowtarzalną okazję zwiedzić bardzo urokliwe mniejsze miejscowości. Przykładowo Bergamo przy którym mieści się lotnisko Mediolan-Bergamo, Girona przy Barcelona-Girona, Treviso przy Wenecja-Treviso, czy Prestwick przy Glasgow-Prestwick.

Przesiadki. Tzw. tanie linie lotnicze oferują przelot na trasie z punktu A do punktu B. Przesiadki są oficjalnie niewskazane, aczkolwiek jednocześnie nie zakazane. Dlatego wyobraźmy sobie, że mamy zabookowane dwa loty na trasie np. Majorka-Barcelona i Barcelona-Poznań. Teraz tak, na pierwszym locie mamy opóźnienie. Nie ważne z jakiego powodu, nie ważne jak duże, ważne że nie zdążyliśmy przez to na lot Barcelona-Poznań. I tutaj pojawia się problem... Ponieważ w każdej sytuacji przewoźnik nie ma żadnej odpowiedzialności jeśli to my się spóźniliśmy na samolot i teraz na własną rękę musimy dostać się do domu. Co to oznacza? Pociąg, autokar, autostop albo samolot. Biorąc pod uwagę odległość takiej trasy, albo fakt że następny lot odbędzie się dopiero za dwa dni wychodzi, że jesteśmy w plecy dużo godzin i jeszcze więcej pieniążków (zazwyczaj grubo ponad 1000 złotych od osoby). Owszem, większość tanich linii lotniczych dość solidnie pilnuje latania o czasie, jednak na trasie powrotnej zawsze jestem jakoś wewnętrznie niespokojny do momentu, aż znajdę się na ostatnim przesiadkowym lotnisku. Bo wiem że w takiej sytuacji mam już transport do domu, co najwyżej będę musiał zapłacić za hostel w przypadku skasowania lotu...
Oczywiście zupełnie inaczej sprawa się ma w przypadku przewoźników standardowych. Załóżmy że będziemy robić lot linią Lufthansa na trasie Wrocław-Monachium-Berlin. Jeśli nasze lądowanie w Monachium będzie na tyle opóźnione, że po prostu ucieknie nam kolejny samolot, nie ma się czym przejmować. Na trasie Monachium-Berlin kursuje kilka samolotów dziennie, bardzo prawdopodobnym jest więc, że zostaniemy przebookowani na najbliższy, a w ostateczności (np. jak zależy nam na czasie) możemy nawet zrobić jeszcze większe kółko na np. trasie Monachium-Düsseldorf-Berlin. Do niczego oczywiście dopłacać w tym momencie nie musimy :-)

W przypadku podróżowania tanimi liniami lotniczymi przesiadki trzeba umieć dobrze zaplanować. Czasami tzw. "wsparcia", czyli bilety na inne loty na wypadek opóźnienia są bardzo przydatne!

Opóźnienia/odwołania. Prawo międzynarodowe mówi jasno, że jeśli opóźnienie nastąpiło z winy przewoźnika, ma on pewne zobowiązania wobec pasażera. Oczywiście podstawowym jest zapewnienie transportu w najszybszy możliwy sposób, jeśli opóźnienie jest długie - ciepły posiłek, a jeśli obejmuje noc - również nocleg na koszt linii lotniczej. Ale nie ma co się łudzić, w przypadku nisko kosztowych przewoźników zazwyczaj powód opóźnienia, lub odwołania nie jest zazwyczaj zależny od linii, która wymiguje się w ten sposób od wszelkiej odpowiedzialności. Owszem, jeśli np. przez mgłę nie mogę wrócić do domu dziś, przewoźnik zapewnia mi miejsce na najbliższym dostępnym rejsie. Ale co jeśli ten rejs odbywa się za dwa dni? Cóż, nocleg i jego koszty leżą już w naszej kwestii...

Zmiana rozkładu. Podam swój przykład. Na grudzień zarezerwowaliśmy sobie loty na trasie Wrocław - Sztokholm Skavsta - Ryga i z powrotem. Przelot Ryga-Skavsta był w godzinach 0940-0945 (wiem, śmiesznie to wygląda, ale wynika z położenia w innych strefach czasowych), natomiast Skavsta-Wrocław 1550-1740. Po pewnym czasie przyszedł do mnie mail informujący, że lot Skavsta-Wrocław został przełożony na godzinę 0700-0850, co uniemożliwiało mi wykonanie przesiadki. Oczywiście zgodnie z poprzednim punktem odpowiedzialność Ryanair w tym przypadku jest żadna. Ale co najciekawsze, w pierwszym mailu przyszła jedynie informacja o tym, że dany lot mogę wyłącznie przebookować na inną datę (lot wyłącznie liniami Ryanair), lub zaakceptować zmianę godzin. Oczywiście zgodnie z prawem międzynarodowym mam prawo do rezygnacji z lotu i zwrotu pieniążków. Jednak link umożliwiający to przyszedł kilka dni później w mailu numer dwa! Prawo oczywiście nie jest tutaj łamane, ale...

Skasowanie lotu. Na tym nasze przygody się nie skończyły! Niecały tydzień po zmianie godzin na trasie Ryga-Sztokholm okazało się, że z końcem października całkowicie zamykane jest połączenie Wrocław-Sztokholm :( Jedyną informacją jaką dostałem był mail, że "zgodnie z moim poleceniem pieniądze za bilety na tej trasie zostaną mi zwrócone na konto w ciągu tygodnia". Oczywiście nie mam prawa do żadnych roszczeń za bilety na trasie Sztokholm-Ryga, ale na szczęście kosztowały mnie one €0.01 za osobę ;) Wprawdzie prawo międzynarodowe mówi, że w przypadku skasowania połączenia przewoźnik jest zobowiązany do zapewnienia alternatywy, choćby lotu z przesiadką. Jednak znając standardy Ryanair, nie oczekuję niczego pozytywnego...
A czemu takie skasowanie nastąpiło? Nie ma co się obawiać, nie jest to praktyka zbyt częsta. W październiku następuje zmiana rozkładu z tzw. letniego na zimowy. Firma zakładała początkowo, że połączenie Wrocław-Sztokholm będzie utrzymane. Wygląda jednak na to, że w pewnym momencie znaleźli bardziej intratną trasę na którą potrzebny jest akurat samolot wykonujący nasz lot.


Szkoda, ponieważ bardzo liczyłem na wizytę w Rydze. Chociaż, jak na początku lekko to zarysowałem, wyszukiwanie ciekawych tras zaczynam powoli traktować honorowo, to samo podróżowanie nie jest już czymś obowiązkowym. Miałem ochotę się tam znaleźć, ale patrząc na liczbę wylotów odbytych i już zaplanowanych na ten rok, będzie to tylko pewna część moich planów tambylczych.

Ale nie ukrywam, zabawa z tanimi liniami lotniczymi może być niebezpieczna. Ludzi młodszych, posiadających nieco wolnego czasu i dużo ciśnienia na zwiedzenie Europy, pociągają systemy przesiadkowe i wszelkie inne metody mieszane. Jednak zawsze istnieje pewne ryzyko, że się przekombinuje, albo coś pójdzie nie po myśli, czego naturalnym następstwem będą solidne straty finansowe. Dlatego zawsze na wszelki wypadek, nawet jeśli wyjeżdżam na tylko dwa dni, mam przy sobie około 300 Euro na osobę na szybkie pokrycie kosztów takich sytuacji przypadkowych. Naczytałem się w sieci różnych nieciekawych historii. Niektórzy czując się oszukanymi zrezygnowali w ogóle z podróżowania. Inni wplatali to ryzyko w ogólny rozrachunek zysków i strat twierdząc że i tak wychodzą na plus. Oczywiście nie życząc nikomu takich przeżyć wolałem ostrzec przed zajściem różnorodnych sytuacji. Bo lepiej przegrać, ale być świadomym że coś takiego mogło się stać i dlaczego.
Chociaż z drugiej strony – kolega od trzech lat prawie cały czas jest w podróży. Jak informował kilkukrotnie, dotąd nie miał żadnych niemile wspominanych przygód z tanimi liniami lotniczymi. Jego złotym środkiem jest właśnie duża wiedza na temat lotnictwa, ciągły monitoring i porównywanie cen promocji i ofert kilku strategicznych linii lotniczych, oraz nienarażanie się na zbytnie niebezpieczeństwo przesiadkowe.

piątek, 11 września 2009

A380 za €99?

Airbus A380 to w chwili obecnej największy samolot pasażerski. W układzie trzyklasowym jest w stanie pomieścić 555 osób, a przy konfiguracji wyłącznie ekonomicznej - nawet 853 pasażerów! Zgodnie z planem, jest to samolot dalekiego zasięgu latający głównie pomiędzy kontynentami. Aktualnie korzystają z niego tylko trzy linie lotnicze - Arabski Emirates, Azjatycki Singapore Airlines i Australijski Qantas. Niemniej kolejnymi w planie dostaw są europejskie linie Air France i Lufthansa. Jak plotki donoszą, ta druga w ramach szkolenia dla załóg samolotów i obsługi naziemnej przez krótki okres po dostarczeniu tych maszyn chce je używać na trasie Monachium - Frankfurt. Wieść sieciowa niesie, że bilety na tym krótkim odcinku powinny kosztować około €100 co stanowi dość ciekawą propozycję przelecenia się tym podniebnym gigantem. Pomimo planów dostarczenia pierwszych maszyn na listopad 2009 roku wiadomo już, że pierwszy samolot z napisem Lufthansa dotrze najwcześniej na początku 2010 roku. Niemniej już w chwili obecnej na forum www.lotnictwo.net.pl zaczyna się zbierać grupka osób chętnych na wypróbowanie tej maszyny tego samego dnia. Wprawdzie propozycja podróży to nie jest, ale jako ciekawostkę lotniczą z pewnością będę opisywał w momencie, gdy tylko dostanę jakiekolwiek nowe informacje.