Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Air France. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Air France. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Wyszukiwarka lotów Google

Bez dwóch zdań, Google na zawsze zmienił oblicze internetu. Rewolucja jaką przyniosły mechanizmy wyszukiwania były czymś prawie tak samo wielkim, jak sama idea internetu. Jednak trochę przeraża mnie skala do jakiej rozrosła się korporacja. Darmowa poczta, przestrzeń na pliki, galeria zdjęć, Youtube, niemal doskonałe mechanizmy map, widgety pogodowe, profilowanie pod reklamy (których akurat nigdy nie klikam), przeglądarka, system operacyjny na smartphone-y, zaawansowany system tłumaczeń, kalendarz zsynchronizowany z innymi usługami (np. automatycznie dodający lot w przypadku otrzymania potwierdzenia rezerwacji)... jak można to wszystko ogarnąć?

Kilka miesięcy temu odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę Google-owej przeglądarki. Wpisując przykładowo treść Lot Warszawa - Wrocław trafiłem no poddomenę flights.google.com Pamiętacie ten popularny w ostatnich miesiącach gif Mind blowing?



Bo chociaż Google zazwyczaj na początku wrzuca usługi z tylko podstawowymi możliwościami, to już sam ich zakres w tym przypadku powala na kolana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wtedy też wydaje się, że mamy do czynienia z czymś podobnym do popularnego Skyscanner. Ot, kierunki, daty, liczba pasażerów, filtrowanie na linie lotnicze, przesiadki, godziny lotów itp. Tylko że Google jest bardzo mocno wyćwiczony w podejściu continuous delivery, czego bardzo brakuje przywołanemu konkurentowi. Wspominałem o tym w zeszłym roku we wpisie Szukanie fajnych cen jest proste. Algorytmy taryfowe przewoźników sieciowych są dużo bardziej zaawansowane niż u tzw. nisko-kosztowych. Cena końcowa jest różna w zależności od tego na jakiej trasie chcesz lecieć, jakiego dnia wylatujesz i kiedy wracasz. Może się więc okazać, że wylot we środę kosztuje 200 złotych jeśli wracasz za prawie tydzień we wtorek, a ten sam wylot we środę kosztuje 400 złotych jeśli wracasz dzień później. W drugim przypadku najprawdopodobniej jesteś pasażerem podróżującym w interesach, czyli skłonnym zapłacić więcej. Dlatego też tabelka z poziomami cen w Skyscanner jest skrajnie niepełna, nawet w przypadku bardzo częstych rejsów na wskazanej trasie. Jak na grafice poniżej, trasa z Monachium do Wrocławia latana jest trzy razy dziennie, natomiast tabela cen wskazuje prawdopodobnie tylko te daty, które ktoś kiedyś próbował wyszukać.


W silniku Google problem różnorodności cenowej rozwiązano w bardzo prosty sposób - dodając pole wskazujące jak długo ma trwać pobyt na miejscu. W połączeniu z częstym odpalaniem mechanizmów wyszukujących i głęboką integracją z liniami lotniczymi (wspomniane continuous delivery) otrzymujemy rozwiązanie pełne i wiarygodne. Przy okazji mamy też cudowny dodatek w postaci mechanizmu Elastyczne daty, który rzutuje na siatce kształtowanie się najniższych cen w okolicach planowanego terminu wylotu.


W zasadzie, to mógłbym tutaj jeszcze raz wkleić wspomnianego wyżej gifa, prawda? Oczywiście to jest wartość podstawowa. Dodatkowo mamy kilka drobnych smaczków, jak delikatne zabarwienie cen wskazujące na najwyższą i najniższą w obserwowanym przedziale. Na późniejszym etapie mamy podpowiedzi o oszczędności jeśli nieco przesuniemy daty lotów, o ewentualnych dodatkowych opłatach za bagaż, prawdopodobieństwie opóźnienia w lądowaniu, dostępu na pokładzie do Wi-Fi i gniazdka zasilania, typie samolotu a co za tym idzie o ilości miejsca na nogi (ciekawostka, dla Lotowskiego Embraera RJ-175, 81 cm na nogi określone jest jako ponadprzeciętna ilość) oraz alercie jeśli mamy do czynienia z maszyną o silnikach turbośmigłowych. Gdzieś później mamy też informacje o poziomach cenowych jeśli będziemy bookować na stronie przewoźnika, przez telefon, lub za pośrednictwem np. biur podróży.

Jeśli chodzi o aktualność pokazywanych stawek, to kilka miesięcy testów na prostych wyszukiwaniach wykazały, że są one takie same, jak na stronach internetowych przewoźników. Odnosi się bowiem wrażenie niemal synchronizacji z bazami danych linii, przez co ilość i aktualność propozycji jest powalająca, a poziomy cen odświeżane za każdym razem po wskazaniu przedziału interesujących dat. Sporo zamieszania wychodzi przy skomplikowanych trasach wykonywanych na niewspółpracujących ze sobą liniach lotniczych. Wtedy ceny na liście wszystkich ofert i szczegółach wskazanych rejsów potrafią się zmieniać drastycznie, włącznie z różnicą czterocyfrową. Jednak, co warto zaznaczyć, jest to zagadnienie trudne i zarazem niejeden błąd, czy też niedociągnięcie mechanizmu. Wspomnijmy o kilku z nich.


Na samym początku spore zakłopotanie wprowadza bowiem niejasność w multiwyszukiwaniu. Przykładowo AZair pozwala na wyszukanie biletów na trasie z Wrocławia na Wyspy Kanaryjskie bez precyzowania na którą dokładnie wyspę chcemy się udać. OK, mechanizm Google też coś takiego umożliwia, jednak proces jest bardziej wydłużony i nie daje możliwości porównania w szerokim zakresie dat. Wpisując bowiem Wyspy Kanaryjskie, dostajemy coś na wzór przewodnika, z odnośnikiem do map, które zaznaczają obszar, pokazują większość obecnych na nim lotnisk i odnalezione ceny na część z nich. Kliknięcie na któreś z docelowych powoduje otwarcie z boku karty trasy z atrakcjami na miejscu, oraz tylko częściowo danymi możliwych dolotów. Dopiero kliknięcie na Pokaż loty przekieruje nas na listę wszystkich połączeń włącznie z cenami i godzinami operowania. Minus jest taki, że lista dotyczy jedynie wskazanego lotniska a nie wszystkich na Kanarach, przez co nie można zrobić łatwego porównania każdej z wysp. Zwłaszcza, gdy można sobie pozwolić na dowolność w wyborze daty. To co zapewnia AZair, w Google trzeba jednocześnie sprawdzać w kilku kartach przeglądarki.

Dodatkową niejasność w multiwyszukiwaniu powoduje grupowanie lotnisk. Zauważcie, że powyższe wyszukiwanie wskazało jedynie wyspę Teneryfę. Dopiero kliknięcie na nią wskazuje, że znajdują się tam dwa lotniska - północne (w domyśle) zorientowane na ruch lokalny i dla połączeń z Hiszpanią kontynentalną, oraz południowe  - w większości przeznaczone dla ruchu czarterowego. Podobną niejasność powoduje wyszukanie na trasie Warszawa - Paryż, gdzie mamy po dwóch stronach w sumie pięć lotnisk: Chopin i Modlin, oraz Orly, Charles de Gaulle, oraz odległy od centrum Paryża o 90 kilometrów Beauvais.

Kolejną ciekawostką jest niejasność w grupowaniu linii lotniczych. Wpiszcie np. przywołaną wcześniej trasę Warszawa - Paryż. Pierwszy sort pokazuje, że na wskazanych datach najtańsza jest oferta Air France. Pozostałą sporą grupę stanowią oferty Lufthansy, Lotu, lub też KLM. Klikam więc na najtańszy rejs tam, a wtedy wśród powrotnych filtrowanie ogranicza się głównie do ofert Air France, lub KLM. Gdy kliknę natomiast propozycję LOTu, w drodze powrotnej mam przede wszystkim loty na pokładzie Lufthansy, Austrian, SAS, Swiss czy Brussels Airlines. Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, to alianse pozwalające na code share i sprzedaż łączoną na stronach partnerów. Jednak co ciekawe, wśród powrotów preferujących Star Alliance, są także propozycje przesiadek we Wiedniu, gdzie odcinki odbywają się na pokładzie kolejno Air France i PLL Lot. Warto zaznaczyć, że przewoźnicy ci jakiś czas temu odeszli od polityki bardzo drogich biletów w jedną stronę. Nie sądzę więc, aby na tak konkurencyjnej i zatłoczonej trasie, jak z Warszawy do Paryża, pojedynczy bilet Air France na odcinek powrotni był tak drogi, żeby nie ujmować go w wynikach wyszukiwania. W zeszłym roku najtańszą urlopową opcją była dla mnie trasa Warszawa - Paryż - Biarritz u Air France i Bilbao - Praga u CSA.

Pikantności do całości dodaje również sortowanie przewoźników nisko-kosztowych. Ciekawym przykładem jest trasa Warszawa - Paryż Beauvais, z lotami w takie dni, aby operacje miał zarówno Ryanair (loty z Modlina) jak też Wizz Air (lotnisko Chopina). Na grafikach poniżej widać, jak mechanizm wyszukuje oferty obu przewoźników. Najtańszą opcją będzie, jeśli do Francji polecimy na pokładzie Wizz Air a wrócimy na Modlin Ryanair. Oferta drugiego przewoźnika jest jednak niewidoczna, jeśli na pierwszym odcinku zaznaczymy rejs jego konkurenta.
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Wizz Air
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Ryanair
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - wszystkie oferty
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - brak oferty Ryanair przy wylocie na pokładzie Wizz Air


Można to wytłumaczyć, że chodzi o różne lotniska w Warszawie. Trochę to słabe. Jeśli bowiem zaznaczam trasę z miasta, to nie ma dla mnie wielkiego znaczenia z jakiego lotniska chcę startować. W takiej sytuacji prawdopodobnie biorę też pod uwagę możliwość powrotu na inne lotnisko, obsługujące to samo miasto. Algorytm powinien brać to pod uwagę.

Ale chyba nie tylko o lotnisko chodzi. Zrobiłem bowiem test na trasie Warszawa (WAW) - Barcelona (BCN) w dzień, w który akurat odbywają się rejsy PLL Lot i Vueling. W skrócie, oferta narodowego to 311 złotych tam i 470 na powrót. Vueling natomiast chce lecieć za 50 Euro tam, oraz 80 na powrocie. Gdy w wyszukiwarce Google jako pierwszy rejs wybiorę operowany przez Lot, to wśród powrotów w ogóle nie znajdę oferty Vueling, która notabene jest tańsza.

Ktoś powie, no dobrze, Vueling, jakkolwiek samodzielny i nisko-kosztowy, to poprzez IAG jest w bliskiej współpracy (coś na wzór Aliansu) z Iberią i British Airways. Być może dlatego mechanizm nie chcę łączyć ofert tej linii i PLL Lot. Tylko w takim razie dlaczego daje możliwość miksowania ofert Vueling, Wizz Air i Ryanair na trasie z Barcelony (El-Prat) do Budapesztu? Passuję ;) 

Chociaż znany nam internet, to głęboka integracja wielu mechanizmów, umożliwiająca sprzedaż szybszą, łatwiejszą i trafiającą do większej rzeszy odbiorców, to niestety wciąż gdzieś tam głęboko w jego odmętach znajdują się szare strefy, niewykorzystujące w pełni jego możliwości. Miejscem takim przykładowo jest internet Kubański. Ostatnio bowiem zaczynamy powoli przygotowywać się do podróży po tej wyspie, rozglądając się za różnymi miejscami i możliwościami transportowymi. Niestety, wyszukiwarka Google nie pokazuje żadnych propozycji lotniczych krajówek, oprócz przelotów na 280.kilometrowym odcinku z Hawany do Santa Clara, z przesiadką w Toronto, opcjonalnie Nassau i Panama City. Okazuje się bowiem, że wyszukiwarka nie jest zintegrowana z lokalną linią Cubana de Aviación, która to na trasie z Hawany do Santiago de Cuba lata od dwóch do czterech razy dziennie. Niestety, internet i oferta turystyczna na Kubie najwyraźniej są bardzo mocno zacofane i - choć dopiero co zaczęliśmy nasz research - niejednokrotnie spotkaliśmy się z wieloma problemami natury hm... nie wiadomo nawet jakiej ;)
Wyniki wyszukiwarki lotów Google na trasach krajowych na Kubie
Oferta Cubana de Aviación na trasie z Hawany do Santiago de Cuba

Przy okazji Kuby jest jeszcze jedna istotna sprawa, o której warto wspomnieć. Wyszukiwarka Google pobiera ceny bezpośrednio od przewoźnika. My loty na Kubę kupiliśmy od pośrednika, który akurat wystawił totalnie zaskakującą cenowo ofertę. Oczywiście w myśl zasady - jeśli coś jest okazyjnie tanio, to być może da się znaleźć opcję jeszcze tańszą - chwilę przed zakupem zrobiłem mały research bezpośrednio u przewoźnika, w opisywanej wyszukiwarce, na Skyscannerze i kilku innych źródłach. Tym razem zasada nie miała zastosowania, a ceny u przewoźnika były podobne jak te w wyszukiwarce. Blisko dwukrotnie wyższej wartości niż nasz zakup. Konkluzja? Pośrednicy, jak też serwisy ofertowe pokroju loterów czy fly4free nadal mają prawo bytu w przestrzeni internetowej :-)

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć o kolejnym bardzo, bardzo ważnym ficzerze. Jest to podobny do obecnego na Skyscanner (ale od niedawna także na AZair) alert cenowy. Utworzenie takowego sprawia, że co około 24 godziny na skrzynce mailowej ląduje powiadomienie o zmianach w obserwowanych cenach. Jest krótka lista ofert wielu przewoźników, informacja o trendzie cenowym, oraz link kierujący do szczegółów ustawionego powiadomienia. Na liście monitorowanych lotów znajduje się bardzo przydatny wykres cen. Oczywiście alert można utworzyć tylko na konkretną datę (nie można na zakres dat), niemniej wykres ten może się okazać przydatnym narzędziem do wyszukiwania pewnych trendów cenowych. Mimo wszystko większość osób nadal myśli że im wcześniej zarezerwuje się bilety, tym te będą tańsze.

Alert cenowy na skrzynce mailowej
Wykres cen i szczegóły ustawionych alertów

Tyle dobrego. Niestety sam alert jest bowiem obarczony pewnym błędem architektonicznym. Otóż wykres pokazuje najniższą cenę znalezioną w danym dniu, a powiadomienie przychodzi na skrzynkę tylko raz dziennie. Dużo lepiej radzi sobie tutaj strażnik oferowany przez Sky Scanner, który natychmiastowo informuje o wykrytej zmianie cen. W momencie, gdy np. Ryanair jest w stanie kilkukrotnie w ciągu dnia modyfikować swoje siatki taryfowe, funkcjonalność taka wydaje się być niezbędna.

Podsumowując, wyszukiwarka Google wywołuje u mnie mieszane uczucia. Mechanizm sam w sobie jest świetny, to bez dwóch zdań. Google od samego początku wskoczył nim na czołówkę najważniejszych graczy na rynku. Jednak ma to być narzędzie służące do zarabiania. Dlatego wyraźnie odnoszę wrażenie, że mechanizm jest kierowany przede wszystkim do ruchu biznesowego, podróżującego często i niekoniecznie najtaniej. Jest prosty w obsłudze, przejrzysty, dający szybką odpowiedź na jasno sprecyzowaną potrzebę. Niestety słabo sprawdza się przy szukaniu mega-okazji, kombinowaniu gdzie by tym razem, lub kiedy by może gdzieś. Denerwuje mnie też myślenie za mnie, ukrywanie innych opcji, które są tańsze, ale z jakiś powodów poza prezentacją. Wiadomo, Google napisał ten mechanizm aby zarabiać. Wskazane nieco wyżej ukrywanie różnych propozycji powoduje we mnie obawę, że w pewnym momencie wyszukiwarka nie będzie służyć do wynajdowania opcji tanich, tylko poprzez profilowanie użytkownika takich, które będą dla mnie akceptowalne. Nie ma co się szczypać, Google posiada big, big, big data i świetnie radzi sobie z informacjami o nas. Miejmy nadzieję, że przesadzam :-) 

wtorek, 26 kwietnia 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Biarritz


Wszystkie zdjęcia z Biarritz zamieściłem w galerii na serwisie Panoramio pod tagiem Biarritz.
Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Biarritz (bask. Miarritze)
W większości opisów do Biarritz automatycznie doklejane jest określenie mekka surferów. W mojej świadomości nazwa tego miasta pojawiła się przypadkowo - w serialu M.A.S.H. kilkukrotnie było wymienione przez Alana Aldę - Sokole oko - jako miejsce na prawdziwe wakacje. Zastanawiałem się wtedy jakim cudem Amerykanie uznają je za kultowe podczas gdy ja, Europejczyk, ledwo wiem gdzie ono się znajduje.

Cóż, Biarritz to rzeczywiście bardzo klimatyczne miasto. Chociaż stricte turystyczne, to jednak zarazem ciche, eleganckie i spokojne. Wszystko to za sprawą pozycjonowania się na bogatszych klientów. Najtańsze noclegi, zwłaszcza w porównaniu z tymi w niedalekiej Hiszpanii, osiągają ceny wręcz horrendalne. Większość ofert dotyczy bowiem pełnych domków, lub pokoi w willach. Te zazwyczaj są zadbanymi hawirami ze stylizowaną na poprzednie lata fasadą i ogrodem. Wszystko to sprawia, że klienci budżetowi pojawiają się zazwyczaj w ramach przejazdu, lub jednodniowej wycieczki. Dzięki temu mamy - co wspomniałem wcześniej - spokój, ale też poczucie bezpieczeństwa. Skrajnie inne wrażenie, jeśli przyleci się bezpośrednio po zwiedzaniu np. Paryża.

Biarritz to takie miasteczko na krótki i przyjemny spacer, który warto połączyć z plażowaniem. W ścisłym centrum warto przejść się po głównej promenadzie - od cypelku z latarnią do kolejnej wystającej formacji skalnej w okolicach akwarium. Wzdłuż promenady stoją co bardziej wytworne budynki, włącznie z Hotel du Palais - zbudowanym przez francuską Cesarzową Eugenię (żonę Napoleona III) pałacem, w którym często gościli różni monarchowie - włącznie z brytyjską Królową Wiktorią i Królem Edwardem VII. Osobiście polecam pokręcić się też po wzgórzu w okolicach akwarium. Zwłaszcza przy ładnej pogodzie - błękit nieba i żar słońca świetnie współgrają z tamtejszą zielenią i ładnym wyglądem okolicznym domów mieszkalnych. Przyjemny jest także lokalny port, zwłaszcza gdy z jego mostów i skałek pokazy skoków do wody urządzają miejscowi nastolatkowie. Czuje się wtedy fajną fuzję turystyki i klimatu lokalnego życia. W kwestii plażowania, dobrą propozycją może być plaża przy promenadzie. Jest ona szeroka, zadbana, z dobrą infrastrukturą - np. prysznice, ale też małe kraniki już na promenadzie pozwalające obmyć stopy z plażowego piasku. Aby poobserwować wygibasy goszczących w Biarritz surferów warto wybrać się nieco poza miasto. Na północy (tuż za latarnią) znajduje się kilkukilometrowej długości plaża tuż za stromym i wysokim nabrzeżem. Jej południowy skraj z pewnością zaciekawi fanów militariów, gdyż w skale znajdują się bunkry z czasów wojny. Na południu natomiast położona jest węższa, ale jeszcze dłuższa plaża. Ciekawostką jest znajdująca się na granicy starówki niewielka zatoczka. Utworzyła ona może nie najlepszą technicznie, ale bardzo klimatyczną Plage du Port Vieux. Powoli opadające dno pozwala na kąpiele zarówno dzieciakom, jak też osobom dorosłym. Tylko uwaga, jeśli przytrafi Wam się przysnąć na rozłożonym kocu w trakcie przypływu, być może nagle obudzi Was zaskakująca fala wdzierająca się pięć metrów dalej niż dotychczasowa granica wód :D

Plaża wzdłuż głównej promenady

Widok na Biarritz

Urokliwe zatoczki i wysepki Biarritz

Port w Biarritz

Plage du Port Vieux

Okolice mojego plenerowego noclegu

Czekając na zmrok

Natomiast w kwestii popularności Biarritz wśród amerykanów - Wikipedia wspomina, że pod koniec II wojny światowej w mieście utworzono kampus uniwersytecki pozwalający dziesięciu tysiącom młodych żołnierzy na rozpoczęcie studiów, dzięki którym mieli przejść łatwiejszą transformację z czasów wojny na czas pokoju.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - sprawy podstawowe

Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdują się pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Dojazd i transport
Kraj Basków, podobnie jak większość regionów w Hiszpanii i Francji, ma sporo lotnisk. Największe z nich to Bilbao, obsługiwane przez kilkunastu sieciowych przewoźników. Mniejsze, z regularną siatką połączeń, to np. Biarritz, San Sebastian (a dokładniej leżący na pograniczu Irun), Pampeluna, Vitoria czy Pau. Niestety żadne z nich nie posiada regularnego bezpośredniego połączenia z Polską. Dlatego trzeba korzystać z przesiadek, np. za pośrednictwem Iberii z Madrytu (większość lotnisk po stronie Hiszpańskiej plus ostatnio też Biarritz), Vueling (bezpośrednio do Bilbao lub San Sebastian z Barcelony), przewoźników sieciowych (np. Lufthansa) do Bilbao, lub Air France do Biarritz / Pau (np. z Paryża). Ja osobiście podróżowałem w sposób kombinowany. Korzystając z zeszłorocznej konkurencji na trasie Paryż - Warszawa do stolicy Francji doleciałem na pokładzie Air france. Jeden dzień poświęciłem na kręcenie się po Paryżu aby po zmianie lotnisk dolecieć krajówką HOP! do Biarritz. W drodze powrotnej skorzystałem natomiast z oferty CSA lecąc bezpośrednio z Bilbao do Pragi.

W trakcie urlopu hiszpańską część Kraju zjechałem wzdłuż i wszerz korzystając z całkiem fajnych rozwiązań transportu lokalnego. Chociaż dostępna jest jedynie w języku baskijskim i hiszpańskim, warto odwiedzić witrynę lokalnych linii EuskoTren. Przewoźnik ten oferuje szereg połączeń kolejowych kursujących z San Sebastian i Bilbao. Pomiędzy innymi miastami (jak też pomiędzy regionami) warto skorzystać z przewoźnika autokarowego Alsa. Pamiętajcie jednak że jest to firma oferująca kursy międzymiastowe, dlatego też jeśli potrzebujecie się dostać w mniej znane rejony, dobrą podpowiedzią może czasami zaskoczyć serwis rome2rio. Ceny takich wypadów lub cyrklowania pomiędzy kolejnymi miastami to nieco poniżej €10 za odcinek. Niestety komunikacja taka nie jest najlepiej standaryzowana. W Biarritz nieco się nachodziłem zanim znalazłem mój przystanek a autobus zaliczył jakieś 30 minut opóźnienia. W San Sebastian okazało się że kierowca nie prowadzi sprzedaży biletów i niemal na gwałt musiałem biec do odległej o 150 metrów kasy. W Logroño natomiast nic nie trzymało się znalezionego gdzieś w sieci rozkładu i po prostu musiałem czekać około dwóch (niestety wcześnie porannych) godzin. Nos podróżnika i wytrwałość jest więc wskazana.

Most gondolowy w Portugalete

Możliwość przewożenia rowerów w pociągach lokalnych
Czasami rower też musi się przejechać ;)

Noclegi
Kraj Basków oferuje dość zróżnicowaną cenowo i jakościowo bazę noclegową.  Coś dla siebie znajdą tam zarówno zwolennicy droższych i lepszych hoteli, jak też nocowania po kosztach. Niestety bardzo wyraźną granicę cenową wyznacza granica państwa. W łatwy sposób sprawdzić to choćby odwiedzając kawiarnie i nawet zwykłe supermarkety w przygranicznych - odległych od siebie o trzy kilometry - Irun i Hendaye. Próbując znaleźć jakiś nocleg w Biarritz wielokrotnie łapałem się za głowę. Dopiero na miejscu zrozumiałem, że tamtejsza infrastruktura oferuje wygodę, klasę, niezły klimat, ale jednocześnie wymaga za to słonej zapłaty. W skrócie, choć Biarritz jest podobno rajem dla surferów (ludzi generalnie młodych), to hosteli tam brak. Pierwszą opcją było więc całodniowe kręcenie się po mieście i wieczorna ewakuacja do Hiszpanii, lub - co koniec końców stało się faktem - nocowanie na plaży i zmiana miasta w godzinach porannych.

Strona hiszpańska oferuje dość zróżnicowaną bazę noclegową. W Bilbao i San Sebastian - z racji wielkości i metropolitarnego charakteru - bez problemu można znaleźć droższe hotele. Ciekawostką może być nocleg w Bodegach - znajdujących się na prowincji winiarniach oferujących pokoje gościnne z zazwyczaj widokami na plantacje oraz możliwością degustacji lokalnych wyrobów. W większych - bardziej popularnych turystycznie - miastach można natrafić na młodzieżowe hostele. Ich jakość jest bardzo zróżnicowana. Przykładowo najtańszy w Bilbao był Botxo Gallery. Z opisu wyglądało to całkiem ciekawie - pokoje wieloosobowe w nowoczesnym stylu, naprzeciw (po drugiej stronie rzeki) Muzeum Guggenheima. Jednak w rzeczywistości okazał się być jedną z najgorszych dziur, gdzie co chwila zrywało się światło i internet, prawie nie było dostępu do prądu, łóżka w salach sypialnych były - uwaga, uwaga - trój-poziomowe a bezpieczeństwo pozostawiało wiele do życzenia (np. składowisko walizek studentów którzy tam nie mieszkali, ale spokojnie wchodzili do pokojów, ponieważ kod w domofonie nie był zmieniany od wieków). Na drugim końcu skali był najtańszy hostel w San Sebastian - Green Nest Hostel. Nocleg ten znajdował się w nowoczesnym budynku z balkonami, tarasem na ostatnim piętrze, pośród zieleni. Jedyny szkopuł to fakt, że był dość daleko od centrum miasta i dodatkowo wymagał podejścia pod dość strome wzgórze.

Swoistą ciekawostką są schroniska goszczące pielgrzymów będących w drodze do Santiago de Compostela (opiszę to nieco później). Czasami są to przytulne hosteliki, czasami miejsca oferujące bardzo podstawową bazę. Sala sypialna potrafi mieścić nawet 15 łóżek piętrowych (niekiedy nawet bez pościeli) a łazienka jest salą z prysznicami i umywalkami. Oprócz tego, wszystko co niezbędne do pielgrzymowania - drobna kuchenka lub bar, mnóstwo suszarek na pranie, głębokie zlewy na zewnątrz, lub pralki i mechaniczne suszarki wewnątrz budynków. Zaletą takich miejsc jest ich niewielka cena, oraz specyficzny klimat. Sale takie zapełniają się bowiem od około godziny 14-16, od około godziny 20. zaczyna się nieoficjalna cisza nocna brutalnie przerywana wczesnym porankiem, kiedy to wszyscy goście zaczynają się naprędce pakować i wyruszają w kolejny odcinek swojej podróży. Niestety - pielgrzymi jak wszyscy inni ludzie, czasami lubią sprawiać kłopoty. W Pampelunie trafiłem na bardzo roszczącą sobie prawa do wszystkiego grupkę z Hawajów. Tak tak, Hawajów. Zwrócenie przez współlokatora uwagi że pakowanie się wcześnie rano ok, ale żeby niezobowiązującą głośną rozmowę  ucinali sobie jednak w jadalni zakończyło się niemal sporą kłótnią. Dużym absurdem były oczekiwania Amerykanów, że pielgrzymów i resztę podróżników powinno się separować w innych pokojach. Oczywiście nie trafiało do ich świadomości, że zatrzymali się w zwykłym hostelu a nie - w oznaczonym charakterystyczną muszlą - schronisku i że akceptowanie części ich zwyczajów noclegowych (np. totalna cisza po godzinie 22.) jest jedynie dobrą wolą reszty gości. Pewnie źle trafiłem, niemniej warto takie sytuacje mieć na uwadze, ponieważ - jak widać - nie każda pielgrzymka to przede wszystkim przeżycie religijne.

czwartek, 5 listopada 2015

U innych przewoźników też ciekawie, czyli antyprzejrzystość internetowej sprzedaży

Przeglądając ostatnie wpisy na blogu można odnieść wrażenie że jestem strasznym Ryanairowym hejterem. To też :D Jednak żeby zachować jakieś pozory równowagi dziś opiszę kilka ciekawszych przykładów według których u konkurencji tego przewoźnika usability też nie jest najważniejszym celem.

Wątek dotyczący easyjet powstaje na bazie wspomnianego w poprzednim wpisie wyjazdu do Aten. Okazało się bowiem że zamiast na Modlin i jechanie do Warszawy tylko na nocleg, lepiej będzie nam lecieć do Berlina, aby po dwóch godzinach busem spod lotniska ruszać w stronę Wrocławia. A że w styczniu generalnie ceny są fajne, to jedziemy.  Do niedawna bilety w easyjet kupowało się na tzw. patent krakowski. Czyli dla mojego przykładu należało wyszukać lotu z Krakowa do miasta w strefie euro, zaznaczyć a następnie dodać docelowy lot z Aten do Berlina. Po dodaniu tego rejsu należało skasować odcinek z Krakowa, przez co cena nadal była wyrażona w złotych. Patent ten miał na celu zaoszczędzenie kilku procent. Jeśli bowiem już na samym początku zaznaczyłem lot z Aten, cena podana była w Euro a przewalutowanie jej na stronie na złotówki dawało wynik o te właśnie kilka procent gorszy.

Generalnie decyzja dotycząca dat wylotu i trasy przeciągała się i po jakimś czasie musiałem sprawdzić aktualność cen. Damn, wszystkie ceny wzrosły o jakieś €10. No ale dobrze, podjęliśmy decyzję i mimo wszystko bookujemy. Znów ten sam termin, trasa i... ceny spadły... Po kilku próbach doszedłem do zdania, że cena dla jednej osoby jest wyższa niż cena za bilet przy zakupie dla trzech osób. Reguła ta dotyczyła wszystkich terminów na różnych trasach. Hm... dofinansowanie dla wycieczek wieloosobowych, jakaś rodzina plus czy co? ;) Nic bardziej mylnego. Okazało się bowiem, że easyjet bardzo sprytnie poukrywał transakcyjny haracz. Coś na wzór znanej w Ryanair płatności za płatność dokonaną niekoszerną kartą kredytową. Tylko że tam było to €5 za osobę za odcinek a w easyjet 65pln za kupno, niezależnie od tego ile osób i na ilu odcinkach. W mojej opinii zasadność takiej opłaty jest dyskusyjna, ponieważ jest nierównomiernie rozłożona na klientów (taka sama niezależnie od zakupów na sumę €20 czy €2000), oraz zdecydowanie nie odzwierciedla ponoszonych kosztów związanych z transakcjami finansowymi. Dlatego w mojej opinii haracz. Do niedawna opłata ta widniała jako coś osobnego. W Ryanair dodawana była - a jakże - na samym koniuszku procesu rezerwacji, w easyjet widniała po prostu jako nieunikniony dodatek. Jednak prawo unijne w pewnym momencie nakazało wyświetlanie ceny finalnej z wliczonymi wszelkimi niemożliwymi do uniknięcia opłatami już na samym początku rezerwacji. W Ryanair poszli nieco po rozum do głowy po prostu podwyższając stawki, w easyjet postanowiono zagrać z klientami w głupka.

Teraz wyjaśnienie o co chodzi. W chwili obecnej bilet na trasie Ateny - Berlin na 25.02 dla jednej osoby kosztuje €35,99. Przy rezerwacji dla trzech osób bilet kosztuje już €24,66 a dla pięciu €22,39. Skąd taki skok? Otóż sam goły bilet to koszt €19, kolejne €17 jest ukrytą w cenie opłatą transakcyjną. Jeśli zakup będzie dotyczył jednego biletu, jeden pasażer musi pokryć cały koszt, czyli €36. Jeśli zakup będzie dotyczył trzech pasażerów, dzielą oni koszt, przez co mamy €19 + (€17 / 3) = €19 + €5,66 = €24,66.
Różne ceny biletów w zależności od liczby pasażerów

Jeszcze większe zamieszanie wychodzi gdy na jednej rezerwacji chcemy kupić kilka lotów. easyjet zezwala na coś takiego poprzez przycisk Dodaj więcej lotów. Niestety jest spore ograniczenie - wszystkie rezerwacje muszą być na te same nazwiska. Ergo: do Aten lecimy we trójkę, okazyjnie z Krakowa do Hamburga na weekend chciałem lecieć sam. Plan więc upadł. Ale zwróćcie proszę uwagę na wredną ściemę ze strony easyjet, jakiej notabene dałem się uwieźć. Wybieram ten nieszczęsny odcinek Ateny - Berlin na 25.02 i klikam na sławetne Dodaj więcej lotów. Wyszukuję Kraków - Hamburg na 29-31.01. No kurczę, ceny piękne - 8PLN tam i 62PLN na powrocie. Czyżby tania ropa sprawiła że wracają czasy lotów za euro? Niestety, gdy zorientowałem się że nie jestem w stanie zmienić rezerwacji w taki sposób, aby do Hamburga lecieć samemu, propozycja z 70 sfinalizowała się dla mnie na poziomie 141 złotych - dwukrotnie więcej.

Okazało się bowiem, że dzielenie opłaty transakcyjnej dotyczy tylko pierwszego wyszukanego odcinka, ceny pozostałych w tym nie partycypują. Gdy z listy odcinków skasowałem Ateny - Berlin, wyskoczyło mi info o przeniesieniu opłaty, w cenach zrobiły się jakieś czary-mary i z lotów tak tanich że można by było polecieć choćby na piwo, otrzymałem stawkę nad którą już zacząłem się zastanawiać. Cóż, Unia nakazując wyświetlanie ceny końcowej chciała uratować mniej zorientowanych klientów przed różnymi gierkami głównie nisko-kosztowych przewoźników. Niestety w tym przypadku sprawy wzięły zupełnie inny obrót co zdecydowanie nie sprzyja budowaniu zaufania wobec marki. 

 Z pozostałych kwestii dotyczących rezerwowania u easyjet - mocno zaczyna mnie denerwować archaiczność ich strony internetowej (choćby data wybierana z rolety a nie przy użyciu kalendarza). Odnoszę wrażenie jak by brakowało im architekta systemu, który dbał by o najdrobniejsze szczegóły. W zamian tego nowe elementy są dodane aby były. Tu nagle wyskakuje mi jakieś okno z ofertami noclegowymi (nie najlepiej obrendowany silnik booking.com), tam trzecie zwrócenie uwagi że może jednak chciałbym kupić bagaż nadawany, ubezpieczenie albo wybór miejsca, następnie znów oferta booking.com, potem samochody aby w końcu przejść... na stronę zmuszającą mnie do zalogowania się lub stworzenia nowego konta klienta. OK, zatem przechodzimy przez cały proces przypominania hasła (w easyjet bilety kupuję raz na kilkanaście miesięcy) i wtedy owszem, moje dane kontaktowe są potwierdzone, niemniej muszę je jeszcze raz wpisać w sekcji pasażerskiej. A gdyby mi było mało klikania, to jeszcze obowiązkowo muszę wypełnić ankietę dającą znać linii z jakim typem pasażera mają do czynienia. Szkoda że nie ma opcji przyczyny podróży: aby zacząć was unikać następnym razem ;)

Tyle żali na temat easyjet. A jak sprawa wygląda u konkurencji? Cóż, Volotea na swojej wiecznie zwieszonej witrynie też reklamowała się biletami za €10. Warunkiem było jednak posiadanie konta supervolotea, które kosztuje - bagatela - €50 rocznie. W Vueling widzę bilet powrotny po €80, ale do tego dochodzi €10 opłat transakcyjnych (€5 na każdy odcinek) + €2,70 opłaty za płatność (ponad 3% intercharge!?). Wizzair ze swoimi  (w zasadzie zależnymi chyba od wielkości plam na słońcu lub widzimisię serwerowych chochlików) zmiennymi opłatami za priorytet, miejsce, kontami i kilkoma typami bagaży podręcznych oraz nadawanych to już kompletnie odleciał na inną planetę. Norwegian natomiast potrafi zdenerwować zmiennością rozkładów, gdzie niektóre regularne trasy, godziny i dni rejsów zmieniają niemal co dwa tygodnie. Co opiszę niedługo, w Airfrance nie opłaca się kupować biletów, ponieważ za te same rejsy kilkadziesiąt złotych taniej zapłaci się u pośredników. Natomiast bilet na rejs wykonywany samolotem CSA jest nieco droższy w samym CSA niż w powiązaną z nią umową Code share Air Europa.

niedziela, 13 grudnia 2009

Sztuka taniego latania - niebezpieczeństwa za tym stojące

Podróżowanie traktuję w pewnym sensie jak hazard. Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście jest to jakaś forma gry na zasadzie "kto weźmie więcej/taniej?". Po drugie, to wciąga! Jak rzeka. Po trzecie, do dziś jako tako starałem się przemilczeć na blogu, że za tą grą kryją się również pewne niebezpieczeństwa. Kilka powodów powinno pokazać więc dlaczego porównanie do hazardu wbrew pozorom jest bardzo trafione.

Polowanie na bilety. Pisałem to w bodaj pierwszej części przewodnika. Zaczyna się od tego, że kupuje się ot tak z ciekawości jeden tani bilet gdziekolwiek. Po powrocie podlicza się wszystkie wydatki wyjazdu i okazuje się, że nas na to stać. Czeka się więc na kolejną okazję. Za którymś razem, pojawiają się zachcianki aby polecieć w określone miejsce lub o określonym czasie. Gdy się okazuje, że takie bilety nie leżą na ulicy, szuka się głębiej. Po roku każda nowa promocja finalizuje się tym, że wieczorem przy kawce odlicza się kolejne minuty do północy (nowe oferty wchodzą w życie zazwyczaj o tej porze) a potem rozpoczyna przeszukiwanie systemu rezerwacyjnego wzdłuż i wszerz. Ile to już razy kląłem, że przez 4 godziny nie mogłem nic znaleźć. A bo tutaj mi godziny przesiadki nie pasowały, a tam akurat tanie ceny się rozjechały w datach... A kiedy indziej od niechcenia wynajduję Sardynię za 12 PLN. Ale pomimo tych nieprzespanych godzin pojawia się spora satysfakcja, gdy można się pochwalić swoim łupem widząc w oczach znajomych zwyczajną zazdrość ;)

Gry cenowe. Powiedzmy sobie szczerze, loty sprzedawane po 30 złotych od osoby liniom lotniczym się nie kalkulują. Więc dlaczego to robią? Bo paradoksalnie jednak im się kalkulują :D Klienci bowiem bardzo przyzwyczajają się do pewnych zachowań co ciekawie w przypadku lotnictwa opisuje jeden artykuł na serwisie www.pasazer.com (http://pasazer.com/in-4276-tvn,cnbc,w,tandemie,z,pasazercom.php)

W Polsce utarł się pogląd, że tani przewoźnik jest tańszy od tradycyjnego – co nie zawsze jest prawdą, a o czym niejednokrotnie pisaliśmy. Zarówno Lufthansa proponuje bilety za 399 zł w dwie strony, jak i LOT w podobnych cenach zabiera pasażerów na swój pokład. Przykład?


Często różnice widać już w przypadku ofert podstawowych, nie mówiąc nawet o wartościach ukrytych. Jakich? Cóż, przewoźnik liniowy (np. LOT, Lufthansa, British Airways, Air France, Iberia, etc.) w cenę biletu wlicza serwis pokładowy (przekąski na krótkich trasach lub pełne obiady na lotach międzykontynentalnych + napoje), możliwość zabrania ze sobą dużej walizki o większych limitach wagowych, możliwość darmowego przebookowania na wiele wypadków losowych etc. Taka oferta była standardem jeszcze kilkanaście lat temu. Jednak z pojawieniem się tzw. nisko kosztowych przewoźników nastąpiła pewna rewolucja. Większość z nich bowiem w cenie biletu oferuje wyłącznie przejazd z obarczonym wieloma ograniczeniami tzw. bagażem podręcznym. Jeśli chcemy jechać z dużą walizką - płacimy dodatkowo. Jeśli natomiast przekroczymy jej limit wagowy, za każdy dodatkowy kilogram płacimy zazwyczaj horrendalne stawki. Jeśli chcemy mieć pierwszeństwo wejścia na pokład, albo dodatkowe ubezpieczenie, albo transakcję zrealizować przy użyciu najpopularniejszej karty bankowej/kredytowej - płacimy. Nie wspominając już o bufecie, który nie oferuje wiele, a kosztuje dość sporo jak na polskie warunki. Z drugiej strony tzw. przewoźnicy liniowi w większość oferowanych lotów załącza przesiadki. Przykładowo aby dostać się z Rzeszowa do Londynu LOTem lub Lufthansą należy lecieć najpierw do Warszawy lub Frankfurtu. Nawet jeśli cena za oba odcinki nie jest wygórowana, to traci się czas na przesiadkę (czasami również na czekanie na połączenie), oraz dodatkowo doliczane są opłaty i podatki za lądowanie w mieście, którego nawet nie ma jak zwiedzić.
Staram się więc zwracać przede wszystkim uwagę czy z mojego miasta do celu podróży mam bezpośrednie połączenie. Po kolejne, jeśli lecę na załóżmy 3 dni, wszystkie niezbędne na ten czas rzeczy mieszczę w plecaku. Jeśli natomiast mój wyjazd obejmuje większy odcinek czasu i ciężką walizkę, to chętniej przyglądam się ofertom standardowych przewoźników i ich opcji "all inclusive".

Gry cenowe – podejście nr 2. System sprzedaży biletów w Ryanair przypomina czasami bazar w małym miasteczku. Od kilku już miesięcy wchodząc na główną stronę tego przewoźnika po oczach bije nam banner reklamowy ze świecącym napisem „promocja!!!!”. Nieco poniżej zazwyczaj wypisana jest cena załóżmy 40 PLN. Śledząc ich system sprzedaży już od ponad roku zastanawiam się jaka to promocja wiedząc, że w przeciągu miesiąca na 90% będą bilety w cenie mniejszej niż 10PLN? Sytuacja nr 2 – pojawiła się promocja z biletami w cenie 4PLN w jedną stronę. Zaglądam na listę kierunków oferowanych w tych cenach – a tam np. Londyn, Barcelona, Rzym i Dublin. Świetnie, zaczynam więc szukać na kiedy – po 20 minutach orientuję się że ich nie ma. Otóż firma ta udostępnia tylko pewną ilość biletów na danej trasie w danej cenie. Czasami ich ilość jest mniejsza niż 10. Szanse na kupno takiego biletu są niewielkie, ale reklama przyciąga uwagę! Sytuacja nr 3 – tzw. system Włoski. Jest to moja nazwa robocza wynikająca z pewnej obserwacji. Otóż szukając w sierpniu dogodnych połączeń na Sardynię zauważyłem, że jest mnóstwo tanich jak woda biletów na trasach Mediolan Bergamo-Cagliari. I tak przez większość dni w pierwszej połowie września. Natomiast w tym samym okresie nie ma ani jednego biletu powrotnego. A w drugiej połowie miesiąca - na odwrót - za bezcen można się wydostać z wyspy, natomiast lądowanie na niej jest już dość kosztownym biznesem. Ostatnio zauważyłem, że podobna metoda zaczyna pojawiać się również w ofertach Ryanair dla polskich lotnisk :( Sytuacja nr 4 - LOT zapowiadał ostatnio internetową wyprzedaż swoich biletów w cenie 50% wartości z dnia poprzedniego. Okazja wydawała się być świetna, aż do dwóch dni przed wejściem w życie tej promocji. Wtedy to bowiem najniższe ceny biletów zostały solidnie podniesione tak, że w dzień promocji można było zaoszczędzić w większości przypadków raptem kilkadziesiąt złotych.

Ważne więc, aby znać systemy rezerwacyjne i zagrywki przewoźników, bo czasami coś co się świeci, może jednak nie być tak cennym przedmiotem!

Obsługa klienta. Tanie linie lotnicze powoli nabierają formy komunikacji miejskiej. Mają być tanie, masowe i nieoferujące nic poza możliwością transportu. Zgodnie z tą właśnie ideą doliczane są wszelkie usługi ekstra czyli takie, bez których w zasadzie lot odbyć można, ale mimo wszystko czasami trzeba z nich skorzystać. Mam na myśli tutaj wymienione wcześniej bagaże, serwisy pokładowe, etc. Również obsługa klienta, która czasami stoi na bardzo niskim poziomie. Jeśli więc przykładowo w trakcie odprawy w internecie popełniony został błąd w nazwisku - płacimy. Owszem, istnieje niepisana zasada, że jeśli w dokumencie tożsamości i rezerwacji jest różnica do trzech liter, to poprawa taka jest bezpłatna. Ale aby się tego dowiedzieć należy pojechać na lotnisko i odwiedzić okienko reprezentanta danej linii lotniczej, lub zadzwonić na humorystycznie określony "Party line" - zazwyczaj zagraniczny numer telefoniczny z drogą opłatą za każdą minutę i baaaaardzo wolną obsługą. A co jeśli błąd w nazwisku jest poważniejszy, lub pomyłka nastąpiła w numerze dowodu tożsamości? Cóż, u przewoźników nisko kosztowych taka atrakcja w postaci poprawy kosztuje nawet do €100!

Cele podróży. Osoby nieobyte z tanimi liniami lotniczymi kilkukrotnie mogą się zdziwić w trakcie poznawania proponowanych przez nie tras. Bo przykładowo, czemu jakaś linia lotnicza oferuje lot z Pizy do czterdziesto-tysięcznego nikomu nic niemówiącego miasteczka Memmingen, skoro mogłaby przylecieć choć raz do dużo większych Poznania, Krakowa czy Wrocławia? Cóż, tania linia lotnicza zarabia na wielu rzeczach i najbardziej interesuje ją właśnie suma tychże zarobków. W jakiś sposób wykalkulowała więc, że bardziej jej się będzie opłacać latać właśnie tam, chociaż na taki lot będzie mniej chętnych, a ceny niższe. Paradoks? Kiedyś wytłumaczę dlaczego nie. Po kolejne, czemu w przypadku Ryanair dwa miejsca oznaczone są jako Barcelona, chociaż oddalone są od tego miasta na oko o spory kawał lądu? Otóż dlatego, że nazewnictwo lotnisk w przypadku linii nisko kosztowych jest czasami bardzo płynne. Z powodu niższych opłat lotniskowych, mniejszego prawdopodobieństwa opóźnień i kilku innych spraw, dużo chętniej latają one na małe, położone kilkadziesiąt kilometrów od docelowego miasta lotniska. Dlatego też warto dokładnie przeczytać na jakim lotnisku dana linia ląduje identyfikując go np. po trzyznakowym kodzie IATA, bo może się okazać, że do celu podróży będziemy musieli doliczyć jeszcze ponad godzinę jazdy autobusem. Przykłady? Wspomniane wcześniej Memmingen oznaczane jest czasami jako Monachium Zachód, chociaż od tamtejszego miasta jest oddalone o 100 kilometrów! Oslo-Torp od Oslo o 107, Frankfurt-Hahn od Frankfurtu 128, Barcelona-Girona od Barcelony o 75, a nawet Katowice-Pyrzowice są czasami oznaczane jako Katowice/Kraków! Jest jednak w tym jakiś plus. Jeśli ktoś nie przepada za wielkimi, rozreklamowanymi miastami, ma niepowtarzalną okazję zwiedzić bardzo urokliwe mniejsze miejscowości. Przykładowo Bergamo przy którym mieści się lotnisko Mediolan-Bergamo, Girona przy Barcelona-Girona, Treviso przy Wenecja-Treviso, czy Prestwick przy Glasgow-Prestwick.

Przesiadki. Tzw. tanie linie lotnicze oferują przelot na trasie z punktu A do punktu B. Przesiadki są oficjalnie niewskazane, aczkolwiek jednocześnie nie zakazane. Dlatego wyobraźmy sobie, że mamy zabookowane dwa loty na trasie np. Majorka-Barcelona i Barcelona-Poznań. Teraz tak, na pierwszym locie mamy opóźnienie. Nie ważne z jakiego powodu, nie ważne jak duże, ważne że nie zdążyliśmy przez to na lot Barcelona-Poznań. I tutaj pojawia się problem... Ponieważ w każdej sytuacji przewoźnik nie ma żadnej odpowiedzialności jeśli to my się spóźniliśmy na samolot i teraz na własną rękę musimy dostać się do domu. Co to oznacza? Pociąg, autokar, autostop albo samolot. Biorąc pod uwagę odległość takiej trasy, albo fakt że następny lot odbędzie się dopiero za dwa dni wychodzi, że jesteśmy w plecy dużo godzin i jeszcze więcej pieniążków (zazwyczaj grubo ponad 1000 złotych od osoby). Owszem, większość tanich linii lotniczych dość solidnie pilnuje latania o czasie, jednak na trasie powrotnej zawsze jestem jakoś wewnętrznie niespokojny do momentu, aż znajdę się na ostatnim przesiadkowym lotnisku. Bo wiem że w takiej sytuacji mam już transport do domu, co najwyżej będę musiał zapłacić za hostel w przypadku skasowania lotu...
Oczywiście zupełnie inaczej sprawa się ma w przypadku przewoźników standardowych. Załóżmy że będziemy robić lot linią Lufthansa na trasie Wrocław-Monachium-Berlin. Jeśli nasze lądowanie w Monachium będzie na tyle opóźnione, że po prostu ucieknie nam kolejny samolot, nie ma się czym przejmować. Na trasie Monachium-Berlin kursuje kilka samolotów dziennie, bardzo prawdopodobnym jest więc, że zostaniemy przebookowani na najbliższy, a w ostateczności (np. jak zależy nam na czasie) możemy nawet zrobić jeszcze większe kółko na np. trasie Monachium-Düsseldorf-Berlin. Do niczego oczywiście dopłacać w tym momencie nie musimy :-)

W przypadku podróżowania tanimi liniami lotniczymi przesiadki trzeba umieć dobrze zaplanować. Czasami tzw. "wsparcia", czyli bilety na inne loty na wypadek opóźnienia są bardzo przydatne!

Opóźnienia/odwołania. Prawo międzynarodowe mówi jasno, że jeśli opóźnienie nastąpiło z winy przewoźnika, ma on pewne zobowiązania wobec pasażera. Oczywiście podstawowym jest zapewnienie transportu w najszybszy możliwy sposób, jeśli opóźnienie jest długie - ciepły posiłek, a jeśli obejmuje noc - również nocleg na koszt linii lotniczej. Ale nie ma co się łudzić, w przypadku nisko kosztowych przewoźników zazwyczaj powód opóźnienia, lub odwołania nie jest zazwyczaj zależny od linii, która wymiguje się w ten sposób od wszelkiej odpowiedzialności. Owszem, jeśli np. przez mgłę nie mogę wrócić do domu dziś, przewoźnik zapewnia mi miejsce na najbliższym dostępnym rejsie. Ale co jeśli ten rejs odbywa się za dwa dni? Cóż, nocleg i jego koszty leżą już w naszej kwestii...

Zmiana rozkładu. Podam swój przykład. Na grudzień zarezerwowaliśmy sobie loty na trasie Wrocław - Sztokholm Skavsta - Ryga i z powrotem. Przelot Ryga-Skavsta był w godzinach 0940-0945 (wiem, śmiesznie to wygląda, ale wynika z położenia w innych strefach czasowych), natomiast Skavsta-Wrocław 1550-1740. Po pewnym czasie przyszedł do mnie mail informujący, że lot Skavsta-Wrocław został przełożony na godzinę 0700-0850, co uniemożliwiało mi wykonanie przesiadki. Oczywiście zgodnie z poprzednim punktem odpowiedzialność Ryanair w tym przypadku jest żadna. Ale co najciekawsze, w pierwszym mailu przyszła jedynie informacja o tym, że dany lot mogę wyłącznie przebookować na inną datę (lot wyłącznie liniami Ryanair), lub zaakceptować zmianę godzin. Oczywiście zgodnie z prawem międzynarodowym mam prawo do rezygnacji z lotu i zwrotu pieniążków. Jednak link umożliwiający to przyszedł kilka dni później w mailu numer dwa! Prawo oczywiście nie jest tutaj łamane, ale...

Skasowanie lotu. Na tym nasze przygody się nie skończyły! Niecały tydzień po zmianie godzin na trasie Ryga-Sztokholm okazało się, że z końcem października całkowicie zamykane jest połączenie Wrocław-Sztokholm :( Jedyną informacją jaką dostałem był mail, że "zgodnie z moim poleceniem pieniądze za bilety na tej trasie zostaną mi zwrócone na konto w ciągu tygodnia". Oczywiście nie mam prawa do żadnych roszczeń za bilety na trasie Sztokholm-Ryga, ale na szczęście kosztowały mnie one €0.01 za osobę ;) Wprawdzie prawo międzynarodowe mówi, że w przypadku skasowania połączenia przewoźnik jest zobowiązany do zapewnienia alternatywy, choćby lotu z przesiadką. Jednak znając standardy Ryanair, nie oczekuję niczego pozytywnego...
A czemu takie skasowanie nastąpiło? Nie ma co się obawiać, nie jest to praktyka zbyt częsta. W październiku następuje zmiana rozkładu z tzw. letniego na zimowy. Firma zakładała początkowo, że połączenie Wrocław-Sztokholm będzie utrzymane. Wygląda jednak na to, że w pewnym momencie znaleźli bardziej intratną trasę na którą potrzebny jest akurat samolot wykonujący nasz lot.


Szkoda, ponieważ bardzo liczyłem na wizytę w Rydze. Chociaż, jak na początku lekko to zarysowałem, wyszukiwanie ciekawych tras zaczynam powoli traktować honorowo, to samo podróżowanie nie jest już czymś obowiązkowym. Miałem ochotę się tam znaleźć, ale patrząc na liczbę wylotów odbytych i już zaplanowanych na ten rok, będzie to tylko pewna część moich planów tambylczych.

Ale nie ukrywam, zabawa z tanimi liniami lotniczymi może być niebezpieczna. Ludzi młodszych, posiadających nieco wolnego czasu i dużo ciśnienia na zwiedzenie Europy, pociągają systemy przesiadkowe i wszelkie inne metody mieszane. Jednak zawsze istnieje pewne ryzyko, że się przekombinuje, albo coś pójdzie nie po myśli, czego naturalnym następstwem będą solidne straty finansowe. Dlatego zawsze na wszelki wypadek, nawet jeśli wyjeżdżam na tylko dwa dni, mam przy sobie około 300 Euro na osobę na szybkie pokrycie kosztów takich sytuacji przypadkowych. Naczytałem się w sieci różnych nieciekawych historii. Niektórzy czując się oszukanymi zrezygnowali w ogóle z podróżowania. Inni wplatali to ryzyko w ogólny rozrachunek zysków i strat twierdząc że i tak wychodzą na plus. Oczywiście nie życząc nikomu takich przeżyć wolałem ostrzec przed zajściem różnorodnych sytuacji. Bo lepiej przegrać, ale być świadomym że coś takiego mogło się stać i dlaczego.
Chociaż z drugiej strony – kolega od trzech lat prawie cały czas jest w podróży. Jak informował kilkukrotnie, dotąd nie miał żadnych niemile wspominanych przygód z tanimi liniami lotniczymi. Jego złotym środkiem jest właśnie duża wiedza na temat lotnictwa, ciągły monitoring i porównywanie cen promocji i ofert kilku strategicznych linii lotniczych, oraz nienarażanie się na zbytnie niebezpieczeństwo przesiadkowe.