Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bagaż podręczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bagaż podręczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - problemy z bagażem

Odbiór bagażu
Po pozytywnym wstępie na lotnisku nadszedł czas na etap, w którym większość zasłyszanych historii niestety okazało się prawdą. Zatłoczony terminal międzynarodowy posiada bowiem tylko dwa pasy obsługujące wszystkie loty. Tłum ludzi, niski sufit, dym papierosowy dolatujący z pobliskich toalet (tak tak, można tam palić papierosy) i brak jakichkolwiek siedzeń, powodują szybki wzrost zdenerwowania. Zwłaszcza, że na bagaże po prostu się czeka... i czeka.... i czeka... Czasami pas się uruchomi i wyleci z niego kilka hm... Nie wiem jak to nazwać, ponieważ Kubańczycy nie używają ani plecaków, ani walizek. Ich bagaż to najczęściej jakieś wnętrze grubo owinięte pościelo-podobnym materiałem i następnie mocno otoczonym folią ochronną. Co ciekawe, część z nich przyjmuje postać kilkunastu-kilogramowej kuli, która zlatując z pasa jest w stanie powalić część oczekujących - niczym kręgle. Oprócz tego, na pasie pojawiało się mnóstwo dóbr importowanych. Przylatujący z Mexico City Kubańczycy, w głównej mierze przywozili bowiem telewizory, urządzenia elektroniczne, czy przede wszystkim części do motorów i samochodów. Musicie mi uwierzyć, ale naprawdę widziałem wyjeżdżające klucze naprawcze, części silników, akumulatory (opisane jako bomba acenite de carro), czy nawet wręcz zestawy opon samochodowych!

Oczywiście nie ma co liczyć na jakiekolwiek zorganizowanie. Bagaż co jakiś czas się pojawia, po czym nagle bez jakiejkolwiek informacji okazuje się, że część bagażu wyjeżdża na tym drugim pasie. A po blisko dwóch godzinach oczekiwania okazuje się, że więcej walizek z Mexico City już nie będzie, o czym oczywiście nikt nie jest łaskaw poinformować oczekujących.

Formalności związane z zagubionym/opóźnionym bagażem
I tutaj zaczynają się schody. Oczekiwanie do okienka lost luggage polega bowiem na staniu w tłumie, w którym pierwszeństwo przysługuje wciskającym się na siłę miejscowym. Gdy już przyjdzie czas na turystów, pani z piekielnie łamanym angielskim, pobiera niezbędne dane i - gdy jej się chce - udzieli oficjalnej informacji. My musieliśmy podać adres pobytu na Kubie (dlatego pierwszą noc warto mieć zarezerwowaną przez internet - o niuansach związanych z noclegami wspomnę później), adresy w Polsce, numery rezerwacji, wizy itd. Dowiedzieliśmy się, że nasz bagaż po prostu nie doleciał naszym samolotem, chociaż plecaki leżały na wózku stojącym pod samolotem w Mexico City. Co ciekawe, nie przyleciały bagaże kilkunastu osób, wśród których - oprócz pewnej dwójki - wszyscy byli polakami. Nie o narodowość jednak tutaj chodzi, co - jak podejrzewam - o to, że wszystkimi lostami były plecaki. Walizka jednej z polek doleciała :-) 

Warto pamiętać, że w takiej sytuacji chroni nas prawo międzynarodowe, jak też regulacje europejskie. Zgodnie z nimi, obowiązkiem linii lotniczej jest jak najszybsze dostarczenie bagażu pod wskazany adres. Czyli oficjalnie powiedziano nam, że plecaki przylecą wieczorną rotacją, co finalnie jednak nie miało miejsca. Koniec końców znalazły się one na wyspie z dobowym opóźnieniem a w hotelu otrzymaliśmy je następne 24 godziny później.

Co istotne, w takiej sytuacji obowiązkiem linii lotniczej jest zwrot wszelkich kosztów (do kwoty około €1200) związanych ze skutkami opóźnienia. W naszym konkretnym przypadku, są to wszelkie koszty zakupu ciuchów, kosmetyków itp. Tutaj nie ma co się szczypać, po prostu należy iść do jakiegokolwiek sklepu i każdy zakup potwierdzać stosownym paragonem. Jak podejrzewam, nie chodzi tutaj o sklep wytwornych marek, ponieważ odszkodowanie przysługuje do pewnej sumy. Zresztą, na Kubie dobrze będzie, jeśli uda się kupić cokolwiek, ale o tym w późniejszych odcinkach.

Od siebie tylko dodam, że w trakcie procedury reklamacji, Aeroméxico poprosiło o niemal wszystkie świstki z cyframi: numer rezerwacji, numer biletu (e-ticket), numer taga bagażowego (tej naklejki umieszczanej na walizce - dlatego nie warto jej wyrzucać), skan naklejki potwierdzającej nadanie bagażu i numer zgłoszenia zaginięcia bagażu. Takie rzeczy się gubią, dlatego proponuję profilaktycznie od razu robić ich zdjęcia. Zwłaszcza formularz zgłoszenia zaginięcia bagażu, który musieliśmy później oddać przywożącemu nasze plecaki taksówkarzowi, jako potwierdzenie odbioru. Stanowcze zwrócenie uwagi, że takie potwierdzenie zostało nam zabrane i nie zostaliśmy poinformowani o przysługujących nam prawach (w tym w ogóle o zwrocie kosztów za niezbędne zakupy) spowodowały, że linia nie robiła nam już żadnych problemów. Nieco później przyszło potwierdzenie, że zostało nam przyznane odszkodowanie w wysokości $100 (wnioskowaliśmy o około $80).

Była to nasza pierwsza przygoda z niedostarczonym bagażem, dlatego po drodze popełniliśmy wiele błędów. Niektórych sytuacji nie dało się jednak rozwiązać inaczej, czego przykładem jest, kolokwialnie rzecz ujmując, wywalenie się nam planu już na samym początku podróży. Nie wiedzieliśmy bowiem kiedy bagaż zostanie nam dostarczony do hotelu, dlatego też na wszelki wypadek o jeden dzień przedłużyliśmy nasz pobyt w Hawanie. W wersji pesymistycznej stwierdziliśmy, że bagaż odbierzemy w połowie urlopu, po drodze z Viñales do Cienfuegos. Dlatego w przypadku objazdówki polecam rezerwację noclegu w tym samym miejscu na początek i na koniec podróży. Miejsce to staje się bowiem naturalną bazą na wyspie. A przytoczę tylko opowieść naszego hosta z Hawany, który wspominał, że opóźniony bagaż jest czymś wielce naturalnym - przede wszystkim w kościelnym okresie świątecznym. Jeden Rosjanin po dwóch dniach bezowocnego czekania, w końcu udał się w dalszą podróż na Jamajkę. Gdy po ponad dwóch tygodniach powrócił do Hawany okazało się, że swój bagaż zobaczy dopiero na lotnisku w Moskwie. Tak więc, przygotujcie się, już lotnisko może się bowiem stać pierwszym kontaktem z surowymi zasadami tego dziwnego dla nas świata ;)

Kradzieże na lotnisku w Hawanie
Jeśli jesteście po lekturze kilku blogowych reportaży z Kuby, być może natknęliście się na informacje o kradzieżach. My odnieśliśmy wrażenie, jakoby nie tyle kradzieże, co przeszukiwanie bagażów było niemal plagą. Znikają podobno głównie markowe ciuchy. Być może dlatego wszystkie funkcjonariuszki służb lotniskowych chodziły w wytwornych pończochach/rajstopach, dostępności których raczej nie spodziewałbym się na wyspie. Ktoś nawet wspomniał kiedyś, że po powrocie z wyspy w swoim bagażu znalazł jabłko. Wtedy postanowił zrobić rachunek sumienia i wyszło na to, że z walizki zniknęła... para używanych majtów ;)

Niestety ciężko jest mówić o zabezpieczeniu plecaków przed kradzieżą, jeśli nie bierze się pod uwagę szczelnego owinięcia folią zabezpieczającą. My jednak poczyniliśmy pewne środki ostrożności w postaci popularnych tyrtytek - plastikowych zaczepów. Kilka z nich założyliśmy w taki sposób, że niemożliwym było otwarcie plecaka bez ich rozerwania. Oczywiście zapięcie można podważać nożem itd., jednak mieliśmy nadzieję, że to głupie i bardzo wizualne zabezpieczenie spowoduje, że komuś po prostu nie będzie się chciało dobierać do akurat naszego plecaka.

Koniec końców, Dorota padła ofiarą drobnej kradzieży. Gdy otwierała dostarczone przez taksówkarza plecaki, zauważyła że układ rzeczy w środku jest nieco inny, niż oryginalnie. Tak, jakby ktoś włożył do środka rękę i próbował znaleźć coś na ślepo. Ostatecznie znalazł opakowanie z mieszanką orzechów. Dobrze, że tylko tyle :-)

Bardziej obawiałem się jednak drogi powrotnej, ponieważ procedura zgłaszania kradzieży z zagranicy jest utrudniona, zatem zachęcająca potencjalnych złodziejaszków. Na szczęście w sposób oględny w Mexico City - a w sposób całkowity w Amsterdamie - stwierdziliśmy, że nic nam nie zginęło :-)

poniedziałek, 24 października 2016

Przykręcanie śruby w Ryanair

No i skończyło się rumakowanie. Od bodaj niecałych trzech lat, Ryanair starał się zmienić profil na bardzo customer friendly. Marketingowo wyglądało to wręcz na całuski, cukiereczki, ciasteczka, w rzeczywistości już różnie. Totalna rewolucja w internetowym kanale sprzedażowym niejednokrotnie była pastwiskiem na tym blogu, ale dziś jest już dużo lepiej. Podobno linia wymaga na obsłudze pokładowej zwracanie większej uwagi na rację klienta, bez jakiejkolwiek zmiany w stawkach płacowych. W mojej opinii jest to słabe dorzucenie dodatkowych obowiązków, które niespecjalnie by mi się chciało rzetelnie wykonywać. Z drugiej jednak strony totalnie nie wywiązuje się z obietnicy przyciemniania świateł kabiny i zmniejszenia natrętności w sprzedaży pokładowej w godzinach późnowieczornych. Takowe przypadki mogłem policzyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, głównie na krajówkach włoskich ;) 

Oczywiście w dobroduszną przemianę na przewoźnika customer first jakoś nigdy nie wierzyłem, co pozwoliłem sobie ponad rok temu opisać w poście Dlaczego nie wierzę w zmianę w Ryanair? Nie musiałem długo czekać, ponieważ najwyraźniej linia, po sporych wydatkach na marketingową przemianę, przeszła teraz na etap dokręcania śruby.

Gdzieś w sieci dało się bowiem wyczytać, że na następny rok planowana jest istotna zmiana w procesie rezerwacji biletów. Aby tego dokonać, będzie trzeba przystąpić do programu lojalnościowego. W skrócie, wizja-raj dla cybernetycznych anarchistów, gdzie korporacja wie na jakich latasz trasach, jaką cenę jesteś w stanie zaakceptować i podpowiada ci co jeszcze możesz dokupić po - oczywiście - spersonalizowanej dla ciebie cenie. Ile w tym prawdy? Cóż, już jakiś czas temu z Dorotą zauważyliśmy, że na trasie Wrocław - Warszawa (i vice versa) taryfy zmieniane są kilka razy dziennie. I nie chodzi tutaj o wyprzedawanie się biletów a tym samym wskoczenie w wyższy poziom cenowy - o całe pakiety taryfowe. Przykładowo w określone dni patrzę na loty do stolicy na za trzy miesiące. Większość biletów jest po 21 złotych, ale akurat ostatni piątkowy rejs i pierwszy sobotni są - oznaczone jako mega promocja - w cenie 91 złotych (testowanie ile można zarobić na weekendowych wypadowiczach?). Następnego dnia rano nastąpiło przetasowanie, zamiast 91 jest niepromocyjne 86 złotych. W okolicach południa ceny natomiast stają do góry nogami i akurat mogę kupić ten obserwowany piątkowy w najniższej taryfie. W mojej opinii tak częste przetasowania w pakietach taryfowych są nieuzasadnione w jakiś sensowny sposób. Dlaczego więc tak? Szczerze nie wiem.

Może to nieco naiwne podejście z mojej strony, ale właśnie z powodu takiego manipulowania big data, research cenowy staram się wykonywać w przeglądarkowym oknie incognito. Nawet w Wizz Air na konto loguję się dopiero wtedy, gdy jestem przekonany o chęci zakupu biletów na wybrane już rejsy. Dlatego też do aplikacji i programu lojalnościowego Ryanair mam dość mieszane uczucia. Zwłaszcza, gdy sam CEO linii wskazuje, że bilety lotnicze w przyszłości będą stanowić jeszcze mniejsze źródło dochodu linii, większy nacisk będzie natomiast kładziony na sprzedaż wiązaną.

Dodatkowo Ryanair zaczął dokręcać śrubę w kwestii darmowej odprawy internetowej. Dotychczas takowa była dostępna na tydzień przed planowanym odlotem. Od 1. listopada dostępna będzie na cztery dni przed odlotem. Oczywiście nie jest to widzimisię linii, tylko działanie mające zachęcić do płatnego odprawiania się, które jest dostępne już od - uwaga - 30 dni przed planowanym odlotem. Czy taka zmiana coś wnosi? W przypadku lotów częstych niekoniecznie. Na lotach Wrocław-Warszawa odprawiam się zwyczajowo jako jeden z ostatnich - dlatego już przywykłem do siedzenia w rzędach ewakuacyjnych, lub z przodu samolotu. Inaczej sprawa wygląda natomiast przy lotach wakacyjnych, zwłaszcza tych o dłuższym terminie pobytu na miejscu. Owszem, jest internet i aplikacja mobilna, przez co nie trzeba - jak kiedyś na Majorce - z laptopem drałować do najbliższego Maka celem odprawienia się. Jednak wakacje rządzą się swoimi prawami. Dlatego pomimo kalendarzy, przypominajek, niby-wszechobecnego internetu i ułatwień technologicznych, pewnie niekoniecznie trudniej jest przeoczyć konieczność odprawienia się. Dajmy na to, niech to będzie 0,5% z 200 milionów pasażerów razy €45. Hmmmmm....... :D 

Tak swoją drogą zastanawiam się jaki będzie kolejny etap dokręcania śruby? Są to wyłącznie moje przypuszczenia, ale sporo miejsca widzę w kwestii bagażu podręcznego. Zauważcie proszę bowiem, że w chwili obecnej linia ma jedną z najlepszych ofert na rynku. Na lotniskach weryfikacja jest bardzo wyrywkowa, na pokład można wnieść standardowy bagaż podręczny o wadze do 10 kilogramów, oraz dodatkowo mały pakunek. Oczywiście dwa plecaki o maksymalnych wymiarach nie zmieszczą się w schowkach samolotu, dlatego od dwóch lat standardowym stało się przekazywanie bagażu do luków jako delivery at aircraft. Problemy z bagażami uwidaczniane są jeszcze bardziej przy rejsach na samolotach nowej generacji, których kabinowe schowki są dużo mniejsze.

Teraz porównajmy sobie tą hojną ofertę Ryanair do obostrzeń Wizz Air z ich darmowym małym plecaczkiem i kosmiczną plątaniną w cenach za pozostałe typy bagażów, czy też do ograniczeń u tradycyjnych przewoźników. PLL Lot, lub nawet Lufthansa (czym notabene bardzo mi podpadła) wprowadziły bowiem taryfy sarkastycznie określane micro-basic, pozwalające zabrać na pokład bagaż o wadze do 8 kilogramów. Przy takim rozwoju zastanawiam się, czy ta chętnie praktykowana procedura free gete bags nie jest właśnie przygotowaniem do jakiś zmian. A skoro dokręcamy śrubę, to może legendarne sceny na lotniskach w Gironie lub Alicante znów staną się standardem podczas odpraw na rejsach Ryanair? Zobaczymy.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zostałem rowerowym strongmanem ;)

Szczerze nigdy nie rozumiałem idei siłowni, fitnessów czy innych takich form gromadnego wysiłku w zamkniętej przestrzeni. W zimie Dorota zabrała mnie kilkukrotnie na spinning - jazdę na stacjonarnych rowerkach. Spoko, jest muzyka, jest ciśnienie aby w jazdę włożyć jeszcze więcej mocy, jest pot na koszulce. Tylko brak jakoś tego wszystkiego, z czym dotąd wiązało się rowerowanie. Wiatru, poruszającej się przestrzeni, widoku podjazdu z którym za chwilę przyjdzie się zmierzyć i być może wypowiedzieć w myśli kilka przekleństw. Dlatego zamiast bawić się w bieżnie, stepy, układy ćwiczeń czy inne takie, wolę robić coś realnego. Chodzić gdzieś z plecakiem przez cały dzień, jeździć na rowerze, albo zintensyfikować wysiłek za pomocą pewnego bodźca. Czyli walka o realny wynik - klasyczny wp...dol podczas gry z ojcem w squasha, lub piłka nożna.

Firma RST, to mój nowy pracodawca, który aktywnie wspiera zdrowy tryb życia swoich pracowników. Załatwia kartę Multisport - co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym, ale sponsoruje też wypasione śniadania w biurze i zachęca do uprawiania sportów - choćby poprzez rywalizacje na Endomondo. To ostatnie, to niby nic ważnego, ale nie u nas. Co kilka dni w trakcie śniadania rodzą się bowiem żywe dyskusje nad jakimś szczególnym weekendowym wyczynem, lub aktualnymi wynikami. Nawet nie wiecie jak motywująco potrafi zadziałać usłyszany tekst typu powiedziałem wczoraj żonie że do galerii handlowej musimy jechać na rowerze, bo XXX za bardzo zbliża się do mnie w rywalizacji :-)

I bach, budzę się któregoś ranka, włączam na chwilę sieć aby sprawdzić prognozę pogody, a tu odzywa się Endomondo z zaproszeniem do kolejnej rywalizacji. Kto pierwszy do PKiN-u, czyli do pokonania jest 360 kilometrów. Termin dość ciasny - aby dojechać przed końcem rywalizacji, każdego dnia trzeba zrobić  20km. Jednak podczas śniadania śrubę dokręcił kumpel z teamu twierdząc, że wyzwaniem byłoby pokonać ten odcinek nie do końca miesiąca, a do końca tygodnia...

No i się zaczęło. Wydłużona trasa z domu do pracy to 10 kilometrów w każdą stronę. Potem zawsze jakieś kółeczko wokół lotniska, aby każdego dnia dowieźć co najmniej kolejną trzydziestkę. Nie przeszkodziła nawet ulewa, która w środku tygodnia nawiedziła Wrocław. Do domu wróciłem ociekający, nieco zmarznięty, ale szczęśliwy. Tego dnia bowiem odskoczyłem wszystkim o kolejne 20 kilometrów ;)

Dodatkowo od pewnego momentu w rywalizacji uaktywnił się wspomniany wcześniej pomysłodawca zamknięcia wyniku w tydzień. Jest to nasz firmowy He-Man. Facet w tym roku ma zamiar przebiec siedem maratonów. Podobno w któryś poniedziałek po jednym z nich, przez godzinę ćwiczył nogi, następnie przebiegł dyszkę, a jeszcze potem poszedł grać w piłkę. Skąd on bierze na to energię? Nikt z nas nie wie.

Pamiętam niedzielny wieczór, gdy wracając pociągiem z Krakowa postanowiłem wgrać zrobione tam odcinki i zobaczyć jaki jest stan rywalizacji. Nosz rym do bolera! He-Man zbliżył się do mnie na 8 kilometrów, a w weekend strzelił rowerową życiówkę - 140 km jednego dnia. Dojechałem więc do domu, rzuciłem wszystko w kąt i wsiadłem na siodełko. Pomimo podejrzenia defektu, jakiego w Krakowie nabawił się mój rower, docisnąłem kolejną trzydziestkę z groszami. Tym samym zamknąłem rywalizację, chwilę przed pierwszą w nocy.

Niby nic wielkiego, ale czułem się szczęśliwy, jak bym wygrał w tenisa ze ścianką. Szybkim zrywem i na stosunkowo krótkim odcinku pokonałem He-Mana. Zrobiłem to w sześć dób, czyli przy średniej 60 kilometrów każdego dnia. To miłe, gdy po fakcie - podczas śniadania w pracy - słyszy się pozytywne opinie pokroju wariat ;)

Choć realna rywalizacja, oddech na plecach lub bliskość na wyciągnięcie ręki, daje niesamowitego kopa do dokonywania czegoś znaczącego, to równie istotnym plusem jest też docenienie wyników. RST w tej kwestii naprawdę daje rade. W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie z Zarządem. Ot, realizacja celów na Q2 i plan na Q3. Informacje strategiczne, plany rozwoju i omówienie wydarzeń związanych z życiem firmy. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nasza rywalizacja również miała swoje pięć minut. Od Prezesa usłyszałem bardzo miłe słowa i w nagrodę otrzymałem plecak z wbudowanymi ogniwami fotowoltanicznymi. Dla firmy to koszt żaden, a dla mnie przemiły upominek i wyróżnienie na forum wszystkich pracowników. Motywuje to, bardzo.

W chwili obecnej testuję go sobie i szukam dla niego zastosowania. Pojemność około 20 litrów z pewnością sprawdzi się przy krótkich city-breakach. Tak było w trakcie tego weekendu na Mazurach. Nawet planowaną norweską dzicz da się załatwić dzięki przypięciu śpiwora pod plecakiem. Byłoby to fajne rozwiązanie, ponieważ ogniwem byłbym w stanie doładować nadwyrężane w takiej sytuacji baterie w telefonie vel. GPS-ie. Oczywiście nie należy spodziewać się po nim jakiś cudownych efektów prądogennych, jednak każda forma ratunku w jakieś sytuacji awaryjnej będzie w cenie.

Poniżej prezentuję serię zdjęć z testowania na sucho opcji Norwegia. Nie są to realne warunki bojowe, ponieważ w plecaku znalazły się też rzeczy, jakich raczej nie będę tam potrzebował, lub które będą noszone na sobie. Bardziej chodziło o pewną poglądowość i porównanie z najlepszym w mojej opinii plecakiem pod bagaż podręczny w Wizz Air. Mam pewne obawy co do wymiarów, ale wątek ten będę dokładniej rozkminiał już w następnym sezonie :-)

Sprawdzenie grubości plecaka
Porównanie z wymiarami plecaka Wanabee Hike 30
Unboxing zawartości...
...oraz wspólna fotka pamiątkowa wszystkich spakowanych wcześniej rzeczy

piątek, 5 sierpnia 2016

Najlepszy plecak na bagaż podręczny w Wizz Air - Wanabee Hike 30

Ostatnie miesiące to u mnie rewolucja w osprzęcie podróżniczym. Częściowo wynika to z konieczności podyktowanej zużywaniem się rzeczy już posiadanych, częściowo z potrzeby posiadania czegoś, co będzie stosunkowo często używane. Przykładowo buty trekkerskie, których jeszcze niedawno w ogóle nie miałem potrzeby posiadać a w ciągu ostatniego roku chodziłem w nich w sumie przez kilkanaście dni.

Wczoraj opublikowałem recenzję wysłanego na emeryturę plecaka podróżnego, z którym przejeździłem siedem ostatnich lat. Od tamtych czasów rynek nieco uległ zmianie. Płatne bagaże rejestrowane wprowadzili przewoźnicy sieciowi, których limity kabinowe są jeszcze mniejsze niż w Ryanair. Bardziej drakoński ruch zastosował natomiast Wizz Air, wprowadzając płatny tzw. duży bagaż podręczny. W przypadku podróży w jedno miejsce na 4 dni - spoko, jesteśmy w stanie zmieścić się w niewielki plecak. Jednak gdy lecimy na np. dwa tygodnie, a na plecach musimy przewieźć np. materac, śpiwór i inne objętościowe rzeczy, bez konieczności dokupienia dużego bagażu podręcznego się nie obejdzie. Pal licho jak by to było €5. Widziałem jednak trasy na których za plecak trzeba było zapłacić prawie 100 złotych. Totalną ciekawostką natomiast był nasz ostatni zakup biletów na trasie z Bergamo do Warszawy, gdzie duży bagaż podręczny kosztował €9, a możliwość zabrania walizki do 23 kilogramów... €10. Cóż, Wizz Air czasami jeszcze bardziej odp...dala niż innym nisko-kosztowym liniom.

Ciekawym obejściem tych ograniczeń jest plecak, który kupiłem na wiosnę. Potrzebowałem bowiem czegoś mniejszego, tak aby spakować się na weekendowe loty do Doroty, mieć możliwość zabrania go jako mały bagaż podręczny w Wizz Air, lub iść z nim na niewielkie zakupy codzienne. Po krótkim researchu padło na Wanabee Hike 30 kupionym w Go Sport. Plecak ten, to wyjątkowo pojemny, jednokomorowy trzydziestoliterek. Posiada dwie kieszenie po bokach (zamki na niemal całą wysokość plecaka), jedną na górnej klapie, siatkę, linkę umożliwiającą spięcie jakieś bluzy, oraz dolny uchwyt na worek z materacem lub śpiworem. Co w nim jednak najważniejsze, to niemal idealne dopasowanie do wymiarów małego bagażu podręcznego w Wizz Air*. Plecak wchodzi do koszyka bez najmniejszych problemów, pozostawiając z boku nawet ciutkę wolnej przestrzeni. Konstrukcja plecaka nie pozwala na jego rozbudowanie, kieszenie boczne pochłaniają bowiem przestrzeń do wewnątrz. Ma to swoje wady: gdy jesteś zapakowany pod kurek i na miejscu jeszcze dokupujesz jakieś rzeczy typu woda i przekąski, nie możesz ich po prostu dorzucić. Przypomnę jednak o zalecie przewodniej - po prostu wiesz że nie przekroczysz wymaganych wymiarów małego bagażu kabinowego Wizz Air :-) 

Co ciekawe, po kilku próbach odniosłem wrażenie, że w komorze plecaka musi być zamontowana jakaś niewielkich rozmiarów czarna dziura. Pomimo swojej skromnej przestrzeni jest on bowiem niezwykle pakowny. W trakcie wyjazdu do Norwegii zmieściłem w nim materac, śpiwór, kosmetyczkę, półlitrowy kubek z mobilną kuchenką, wyżywienie, ręcznik, ciepłe ciuchy do noclegu w plenerze i zostało w nim jeszcze nieco wolnej przestrzeni. Bez większego problemu w takie plecaki spakowaliśmy się też na pięciodniowy wypad do Bośni i Hercegowiny, przenosząc w nich oczywiście część wyżywienia (trekking w ramach całodniowej przesiadki w Szwecji), materace, ciuchy, kosmetyczki itp. Kilka dni temu przeprowadziłem też hipotetyczny stress test. W plecaku zmieściłem bowiem najtańszy dwuosobowy namiot z Decathlona, śpiwór (+ przeciwdeszczowy ochraniacz na niego), dwa materace, ręcznik i kosmetyczkę. Podróżując w parze, drugi taki plecak musi pomieścić już tylko drugi śpiwór, ręcznik, ciuchy i wyżywienie. Pozwala to postawić śmiałą teorię, że w taki sposób da się polecieć na czterodniowy wypad w dzicz. Wprawdzie stelaż od namiotu, mimo włożenia po skosie, wystaje poza limit Wizza o jakieś 4 centymetry, jednak problemy na lotnisku z powodu takiego przekroczenia musiałyby być efektem wyjątkowego pecha. Zresztą, gdy akurat zauważamy wyjątkową nadgorliwość pracowników lotniskowych, wystarczy ten stelaż po prostu wyjąć i na czas przechodzenia przez bramkę trzymać gdzieś ukryty :-)

Porównanie wielkości plecaka Wanabee Hike 30 i najtańszego namiotu z Decathlona

Rzeczy na biwakowanie, które zaraz znajdą się w środku plecaka

Skośne ułożenie stelaża namiotu

Plecak Wanabee Hike 30 spakowany na biwakowanie

Jedyne do czego ciężko mi było przywyknąć w Hike 30, to konieczność zwiększonej uwagi podczas jego pakowania. Najpierw trzeba bowiem ogarnąć kieszenie boczne (przypominam: zajmują przestrzeń do wewnątrz plecaka). Pakując główną komorę trzeba ciągle mieć na uwadze równomierne wypełnienie każdej jej części. Dość szybko bowiem okazuje się, że gdzieś po drodze pojawiają się dziury powietrza, które sprzyjają lekkiemu deformowaniu konstrukcji (dyskomfort w noszeniu), oraz są po prostu marnotrawstwem dostępnych zasobów. Odrobina uwagi pozwala jednak na dokonywanie czarnodziurowych cudów o jakich pisałem wyżej :-)

W trakcie pakowania warto również mieć na uwadze fakt, że plecak Wanabee nie posiada żadnego metalowego stelaża na plecach. Dzięki zamiennemu zastosowaniu pewnego rodzaju giętkiej płachty utwardzającej tylną część, plecak sam w sobie jest dość lekki. Z drugiej jednak strony bezmyślne upychanie komory głównej sprzyja powstawaniu tzw. efektu tuby.

Dodatkowo wspomnę, że plecak jest sprzedawany bez żadnego pokrowca przeciwdeszczowego. Spokojnie jednak mieści się w moją Quechuę o pojemności 35 - 50 litrów. Przy dość dokładnym spięciu pokrowca, pozostała przestrzeń może być wykorzystana do przenoszenia dodatkowych drobnych pakunków, do których będzie trzeba mieć w miarę częsty dostęp, np. butelkę z płynami.

* Na koniec opisu muszę Wam wspomnieć o jednej bardzo ważnej uwadze. Otóż idealne dopasowanie do koszyka Wizz Air wcale nie oznacza, że taka sytuacja będzie miała miejsce na każdym lotnisku. Sieć internetowa od wielu lat zapełnia się bowiem wpisami, że niektóre wzorniki są nawet 3 centymetry mniejsze niż limity wskazane przez linię. Pierwszy eksperyment Doroty wskazujący idealne dopasowanie miał miejsce we Wrocławiu. Na Okęciu okazało się jednak, że plecak jest nieco za wysoki, chociaż był zapakowany mniej więcej tak samo. Na szczęście wspomniany brak metalowego stelaża w plecaku, umożliwia lekkie zgięcie jego górnej części w taki sposób, aby nie wystawała ona poza koszyk. Dlatego też polecam wstrzemięźliwość w tzw. pakowaniu się pod kurek. Gdy jednak nie jesteście w stanie nieco ograniczyć liczby swoich rzeczy, polecam praktykowany od lat patent pasa, lub jak kto woli - nerki. Z moim, również dość pojemnym, jeżdżę już chyba szósty rok i jeszcze nikt nie zwrócił na niego uwagi podczas boardingu do samolotu.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Goodbye my friend - opis plecaka Campus Logos 45

... Goodbye my friend. You have been the one, you have been the one for me

Brzmi trochę poważnie, chociaż jednocześnie absurdalnie, gdy pozna się kontekst. Na początku wstawiłem trzy kropki, aby odciąć się od tytułowego tekstu piosenki Jamesa Blunta "Goodbye my lover", który generalnie ma się nijak do bohatera dzisiejszego wpisu, ale którą zawsze jakoś wspominam w trakcie pożegnań*

No właśnie rozstań nadszedł czas. Niby nic nadzwyczajnego, ale gdy się zastanowić... Już trochę przez mgłę, ale jednak pamiętam, gdy cieszyłem się z zakupu plecaka przeznaczonego wyłącznie do podróży. Były założenia konieczne do spełnienia, było poszukiwanie i nagle gdzieś przypadkiem w Łodzi udało mi się coś znaleźć. Radocha niesamowita, ponieważ był to pierwszy zakup stricte podróżniczy. Nawet nie wiedziałem że to rodzące się wtedy hobby będzie tak intensywne, długotrwałe i tak mocno wpłynie na moje życie. Mijały bowiem lata, na ściennej mapie kontynentu przybywało pinesek a plecak był ten sam. Zwiedził ze mną kawał świata. Od Spitsbergenu, przez Teneryfę, Maderę, Maroko, Hiszpanię, Włochy, Norwegię, Bałkany, Stambuł, po Mołdawię i Gruzję. Jeździł w podróże, chodził na zakupy, pomagał w przeprowadzkach czy przewożeniu świeżych ziół z działki. Ba, przez te lata w podróży był wierniejszym kompanem niż dziewczyna. Nawet w przypadku Doroty, bo owszem, widujemy się niemal co weekend, ale do niej do Warszawy jeżdżę nie z nią, a z plecakiem właśnie ;) 

Niestety podróżowanie wpływa na wymęczenie organizmu. Jeszcze siedem lat temu - rzućcie okiem na zdjęcie powyżej - mój plecak był nowiuśki, czyściuśki i pachnący. Dziś niestety ma wiele przetarć i brudu zdobytego podczas przejeżdżania w niepoliczalnej ilości Heimannów. Punktem zwrotnym był wyjazd do Mołdawii, w trakcie którego uszkodziłem zamek w górnej kieszeni. Służyła mi ona zawsze jako miejsce przechowywania rzeczy pilnie potrzebnych w trakcie podróży, czyli swego rodzaju niezbędnik.

Poszukiwania nowego plecaka nie trwały długo. Nie ukrywam, od pewnego momentu rozglądałem się za nowym towarzyszem podróży i od września miałem swojego kandydata. W trakcie jednej z wizyt w Decathlonie znalazłem bowiem cudo techniki z milionami zapięć, kieszonek i sznureczków, które rozwiązywało niemal wszystkie moje dotychczasowe bolączki i dodatkowo było w bardzo akceptowalnej cenie. Pewnie kiedyś je opiszę, ale potrzebuję jeszcze nieco czasu na testy. Teraz oddam honory, opisując siedem lat wspólnych przygód i doświadczeń.

Przesiadka z plecaka szkolnego na Logos 45 firmy Campus była niczym przeskok o jedną klasę jakości. Nie ma co się dziwić - większa przestrzeń, zaprojektowanie pod większe ciężary, co oznaczało zastosowanie innych materiałów i rozwiązań pozwalających np. na lepsze rozłożenie masy itp. Pamiętam, że byłem ogromnie zadowolony z bocznych kieszeni, które w łatwy sposób rozbudowywały się na zewnątrz. Ta kwestia ciągle była dużym plusem, jednak zauważyłem pewien szkopuł. Spinający je zamek był zbyt ciasny. Dlatego gdy przy wypchanej głównej komorze chciałem dodać coś większych rozmiarów - np. wypełnioną na dwutygodniowy wyjazd kosmetyczkę, lub półtoralitrową butelkę wody - włożenie jej przez ten ciasny przesmyk było nie lada wyzwaniem. Z pozostałych kieszeni, bardzo ceniłem mały schowek na spodzie. W sposób domyślny, służył on do przechowywania ochraniacza przeciwdeszczowego. Ja jednak chowałem tam paszport, dokumenty, walutę kraju w którym aktualnie nie przebywałem i inne cenne rzeczy, do których nie potrzebowałem mieć ciągłego dostępu. Lubiłem również znajdującą się w komorze głównej cienką przestrzeń na dokumenty, w której zawsze lądowały karty pokładowe, gazety i zabierane do domu materiały promocyjne odwiedzanych regionów. Zawsze chętnie też korzystałem z małych kieszonek w pasie biodrowym. Ot, jako drobny portfel na mniejszy telefon lub dokumenty przechowywane w trakcie procedur lotniskowych. Genialnym rozwiązaniem był natomiast dodawany portfelik z przezroczystą ścianką główną. Wytrzymałość materiału i idealne rozmiary sprawiają, że do dziś służy mi do przechowywania kart bankomatowych, dowodu, pieniędzy i rachunków za aktualne zakupy. Rola ta jest mu przypisana przy każdej okazji wymagającej posiadania cieńszej wersji portfela. Warto również wspomnieć o jego zaczepie, który przypomina wspinaczkowy karabinek. Przypięcie go do szlufki w pasie sprawia, że jest on piekielnie ciężki do wyrwania w trakcie kradzieży kieszonkowej.

Plecak Campus Logos 45 - schowek dolny i kieszeń na pasie biodrowym

Kieszeń na dokumenty w komorze głównej plecaka

Portfelik dołączany do plecaka Campus Logos 45

Kolejnym świetnym rozwiązaniem projektowym była możliwość podziału komory głównej na dwie części. Wystarczyło tylko pociągnąć za sznurek. Dostęp do górnej połowy miałem przez górną klapę, do dolnej natomiast przez dolny zamek. Dzięki temu zwyczajowo separowałem np. kosmetyczkę, materac, klapki i inne rzeczy związane głównie z noclegiem, od pozostałych ciuchów, wyżywienia itp. Jest to logiczne rozwiązanie, ponieważ gdybym będąc w drodze musiał wyjąć coś z dołu ciasno upakowanego plecaka, z pewnością byłoby to obarczone solidną dawką rzęsistych przekleństw ;)

Otwarta dolna i górna komora plecaka Campus Logos 45. Podział komór za pomocą sznurka.

Przy okazji większych ciężarów i ciasnego opakowania warto poruszyć sprawę wytrzymałości materiału. Otóż dolny zamek, na który kierowane były największe obciążenia, wytrzymał bez żadnych problemów. Podobnie sprawa wygląda z materiałem - oprócz kilku obtarć na gąbkach, nie zanotowałem żadnych naderwań, zerwanych nitek, czy niewytrzymujących szwów. Testy obciążeniowe dotyczyły krótkotrwałych ciężarów do 30 kilogramów - transport książek podczas przeprowadzki ;) Problemem były jedynie, wspomniane na początku wpisu, znajdujące się w kieszeniach bocznych, mniejsze zamki błyskawiczne. To ciekawe, ponieważ nie były one poddawane jakimś wielkim obciążeniom. Jak jednak podejrzewam, przyczyną ich uszkodzeń były prawdopodobnie częstotliwość korzystania i mój dość dynamiczny sposób zamykania/otwierania.

Uszkodzony po wielu latach używania (brud na białym materiale) zamek przy kieszeni bocznej i linka na bluzę

Niestety dość słabo zaprojektowano w plecaku kwestię wentylacji. Przylegał on bowiem dość ściśle do pleców, co wpływało na wygodę noszenia większych ciężarów w trakcie dynamicznego marszu (np. po wulkanie na Teneryfie), jednak powodowało również efekt ciągle mokrych pleców. Dalszym tego skutkiem było zużycie gąbki wyściełającej część tylną, oraz wewnętrzną część pasów na ramiona. Szczerze, jakoś mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę hektolitry potu, jakie się przez nie przetoczyły ;) Niezrozumiały dla mnie był również projekt górnej kieszeni (na klapie od komory głównej). Chowałem w niej zazwyczaj rzeczy techniczno-elektroniczne: powerbank, kable do ładowarek, przejściówki czy duży obiektyw do aparatu. Niestety kieszeń ta zawsze jakoś nieestetycznie zwisała, niezależnie jak bym starał się regulować jej położenie dostępnymi linkami.

Jeszcze nowy Campus Logos 45 na plecach - widok z boku

Jeśli już przy pasie na ramiona jestem, warto również wspomnieć ilość regulacji tychże. Opierają się one bowiem na szeregu różnych linek, dzięki czemu mogę sterować zarówno wysokością plecaka w stosunku do pleców, jak też odpowiednio profilować pasy pod kształt barku. Dzięki dodatkowym regulacjom na dole - dotyczy to zarówno pasów na ramiona, spinającej je linki piersiowej i pasa na biodra, plecak bardzo fajnie sprawdzał się również jako samolotowy bagaż nadawany. Pas biodrowy przedłużałem bowiem i zapinałem na zewnętrznej części plecaka. Pasy na ramiona również wydłużałem, a następnie ciasno wiązałem linką piersiową i własnymi paskami regulacyjnymi. W ten sposób tworzyło się naturalne miejsce na przyklejenie naklejki bagażowej, jak też jasno dawałem znać pracownikom handlingu za co mają łapać. Fotki tego sposobu zamieszczę przy okazji opisu nowego plecaka.

Zewnętrzną część plecaka owijałem natomiast przeciwdeszczowym ochraniaczem, który dość ciasno ściągałem przy pomocy sznurka. Ważna podpowiedź, sznurek ten należy owinąć, lub wręcz przywiązać do uchwytu w górnej części plecaka. Tajemnicą poliszynela bowiem jest delikatność z jaką z naszymi bagażami obchodzi się handling. Zakładam więc, że podczas przesiadki w Genewie lub Monachium, któryś z pracowników po prostu próbował podnieść mój plecak za ochraniacz przeciwdeszczowy i po prostu go zdjął. Przy wspomnianym przeze mnie zawiązaniu sznurka, materiał taki być może się zsunie, ale nadal będzie przyczepiony do plecaka :-)

Podsumowując, wydaje mi się, że siedem lat można uznać za dość miarodajny okres testowania. Po tym czasie nadal jestem zadowolony z zakupu. Trochę to przez sentyment, ale jednocześnie muszę zaznaczyć, że w trakcie używania kilkukrotnie pomyślałem, że ciężko jest znaleźć jakieś istotniejsze błędy konstrukcyjne. To samo tyczy się wytrzymałości materiału. Z lekką satysfakcją przyjąłem więc uszkodzenie drugiego zamka. Gdyby bowiem nie to, nie byłoby triggera do zmiany. Czyli nadal narzekałbym na lekki ból ramion (vide zwichrowana potem gąbka na pasach) oraz potrzebę ciągłego nakładania ochraniacza przeciwdeszczowego, aby nie pokazywać brudu, jakim przez lata pokrywał się mój stary plecak.

Trochę żałuję że producent, firma Campus, już od kilku lat nie jest obecna na rynku**. Z pewnością byłaby to jedna z pierwszych marek jakie brałbym pod uwagę przy wyborze nowego plecaka. Oczywiście nadal sporą konkurencją byłaby tańsza alternatywa sieci z markami własnymi. Wybór nowego plecaka był bowiem grą gorszej jakości materiału w zamian za dużo więcej ficzerów i zaoszczędzonych około 200 złotych, w porównaniu do oferty w tradycyjnych sklepach turystycznych. Ale to już wątek na inny temat, który - jak wspomniałem wcześniej - postaram się poruszyć po kilku niezbędnych testach.

* Oczywiście na kpinę zakrawa fakt łączenia piosenki brytyjskiego kochasia z recenzją plecaka, ale co mi tam. Pierwszy album Jamesa Blunta wywołał na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Tym bardziej, że przez lata koncentrowałem się na alternatywnych formach dźwiękowych i niezależnych artystach, buzując raczej hejtem do rynkowego traktowania sztuki muzycznej - czyt. sceny pop. Jednak kilka niesztampowych rozwiązań w budowaniu klimatu piosenek, oraz mimo wszystko wpadające w pamięć teksty (kolejny mój absurd, ponieważ dotychczas koncentrowałem się na muzyce niewokalnej) spowodowały, że album pamiętam do dziś. Swoją drogą, pierwszy singlowy hit - You're beautiful - usłyszałem kilka miesięcy przed jego panowaniem na polskich listach przebojów, podczas pierwszego zagranicznego wyjazdu, akurat związanego z pracą w angielskim Brighton :-)

** Po dalszym researchu okazało się jednak, że firma Campus istnieje. Wprawdzie miała różnego rodzaju przygody finansowe, jednak w chwili obecnej posiada kilkanaście punktów sprzedażowych w całym kraju.

niedziela, 15 listopada 2015

Due north - Na północ

 Dla zainteresowanych, galerię z wyjazdu zamieściłem na Panoramio: 2015.07.08-12 - Trondheim, Telemark

Od kilku lat obserwuję sobie poczynania lotniska w Gdańsku. Pierwszy kontekst dotyczył pewnej konkurencji, ponieważ radziło sobie ono nieco lepiej niż moje domowe lotnisko we Wrocławiu. Razem mieliśmy Euro i mniej więcej w tym samym momencie otrzymaliśmy nowe terminale. Po chwilowym romansie z OLT Express okazało się że Gdańsk nie zaliczył jakiegoś dołka w liczbie odprawianych pasażerów. Później zacząłem zazdrościć dużej dywersyfikacji wśród przewoźników, w przeciwieństwie do naszego kwintetu Ryanair, Wizz Air, Lufthansa, LOT i SAS. Podziw natomiast wzbudzała bardzo rozbudowana siatka północna. Nie chodzi mi tylko o ilość kierunków, co też dochodzącą do dwóch rejsów dziennie częstotliwość. Aż by się chciało skorzystać choćby dla samego polecenia. Tylko czemu noclegi w Skandynawii są tak drogie?

Przygotowania do wypadu na Spitsbergen spowodowały odkrycie jednego ciekawego faktu. Otóż prawo w północnych krajach sprzyja miłośnikom spędzania czasu pośród natury. Chodzi bowiem o to, że - z grubsza - można spokojnie nocować w miejscach niewiele oddalonych od terenów zamieszkałych. Często podawana jest anegdota, że zgodnie z prawem, w zasadzie można rozbić namiot na trawniku nieopodal pałacu królewskiego w Oslo i nikt nie powinien robić z tym problemów. Inna sprawa to fakt, że sami Skandynawowie są dużymi fanami przebywania wśród natury, oraz uprawiają wszelkie trekkingi, campingi czy inne tzw. sporty outdoorowe.

Oczywiście takie wypady są kompletnym zaprzeczeniem mojego dotychczasowego podróżowania, zorientowanego jednak na plecak, nocleg na stworzonej przez człowieka powierzchni, pod zadaszeniem, wśród cywilizacji. No ale raz się żyje, a dwie noce w plenerze - jakkolwiek mogłyby być ciężkie do zniesienia - przyczynią się do wpięcia na mapie nowych pinesek, odcinków lotniczych i wpisów w liście odwiedzonych lotnisk. Decyzja więc zapadła, dzień szukania i jako-tako spójny plan został stworzony.

Bardzo jako-taki. Z przesiadką na Modlinie i nocką w Gdańsku postanowiłem polecieć do Trondheim. Szczerze nie tyle chodziło o konkretne miejsce, co możliwości techniczne. Do Norwegii wylatywałem bowiem względnie rano, jedną noc mogłem spędzić w pociągu z Trondheim do Oslo a wracałem ostatnim niedzielnym odcinkiem bezpośrednio do Wrocławia. Pozostałe dwie noce miałem spędzić w plenerze. Niby prosta sprawa, gdyby nie fakt że wyłącznie przy użyciu materaca i śpiwora. Tym gorzej, że błędnie założyłem powtórkę upałów z poprzedniego roku - vide gorąc w Oslo przy okazji wypadu na Spitsbergen. W okolicy Trondheim zapowiadano niewiele powyżej 10℃ i do tego miało padać. Oczywiście dla dodatkowej komplikacji podróżowałem wyłącznie z małym bagażem podręcznym, w którym planowałem zmieścić wszystko: materac, lekki i przystosowany do wyższych temperatur śpiwór oraz wyżywienie na cztery pełne dni. No i oczywiście ciuchy ;) Koniec końców udało się. Jak? Szczerze do dziś tego nie wiem...

Na miejscu dość szybko wyzbyłem się wszelkich skrupułów dotyczących mojego sposobu podróżowania. Bardzo znaczące były sceny, gdzie na stacji kolejowej pod lotniskiem na pociąg czekało sporo trekkerów. Do plecaków mieli poprzypinane śpiwory, karimaty, czasami małe namioty. Do pociągu wsiadaliśmy razem, jednak po drodze na każdej małej, lub jeszcze mniejszej stacji ubywało kolejnych kilka osób udających się następnie w sobie tylko znaną stronę. Dodatkowo dużo do myślenia dał też widok norwega kimającego na lotniskowej stacji. Ewidentnie chodziło o odpoczynek w cieplejszym pomieszczeniu. Nikogo nie dziwiło to, że obok suszył się jego śpiwór a buty i spodnie były brudne od błota.  Oni rzeczywiście tak tam żyją :-)







Oczywiście to byli zawodnicy już obyci w tym sporcie. Ja właśnie stawiałem swoje pierwsze kroki, dlatego popełniłem wiele błędów. Nie ukrywam jednak, że byłem z ich popełnienia zadowolony, ponieważ wyjazd ten traktowałem jako przetarcie szlaków przed ew. kolejnym wypadem w norweską dzicz, a już na pewno na Islandię, którą chcę zaliczyć w nadchodzącym roku. Dziś już na przykład wiem, że podłoże w miejscu spania to sprawa piekielnie ważna. Nawet bowiem lekkie nachylenie w połączeniu z mokrym materacem powoduje zsuwanie się na boki lub w dół. Co więcej, jeśli pada, koc termiczny lepiej jest jednak rozwiesić nad sobą - w formie spadzistego daszku - niż opatulić się nim w kokon. Pojawiająca się prędzej czy później potrzeba dostępu do świeżego powietrza powoduje odkrywanie się i moknięcie. Przy nisko rozłożonym zadaszeniu przewiew byłby cały czas, ale deszcz skraplałby się już obok mnie. Kolejny błąd to instynkt podróżnika miejskiego, który w nieznanym terenie nakazywał trzymać się ubitej drogi asfaltowej. Klimat Norwegii poczułem, ale nie była to tak dzika dzicz. Niemniej przez kolejne wyjazdy przetestowałem kilka pomysłów na elektroniczne zabezpieczenie przed zgubieniem, więc następnym razem powinno być już lepiej. Dodatkowo przekonałem się także, że zamiast zaczynać marsz z centrum miasta lepiej zaoszczędzić trochę sił i kilka kilometrów podjechać jakimkolwiek autobusem. Niby to sprawy oczywiste, ale najbardziej zauważa się je doświadczając na własnej skórze :)





Niestety w środkowej Norwegii pogoda nie rozpieszczała. Wprawdzie nie lało, jednak ciągły kapuśniaczek powodował, że było  po prostu mokro. Na szczęście plecak opatuliłem materiałem jako-tako przeciwdeszczowym. Sam założyłem raincuty, przez co nie mokłem, ale również nie miałem żadnych problemów z niską temperaturą otoczenia. Kolejne dwa dni w południowej Norwegii to natomiast fantastyczna pogoda z przyjemną temperaturą rzędu 21-24℃. Tutaj też trafiłem na piesze szlaki po wzgórzach, pośród lasów, łąk i generalnie rzecz biorąc zieleni. Oczywiście nie był to nawet ułamek spektakularności norweskiej przyrody, którą miałem okazję oglądać choćby za oknami nocnego pociągu do Oslo. Jednak to wszystko tak bardzo cieszyło, że postanowiłem dalej próbować się z tą ultra-nisko-kosztową wersją podróżowania po Norwegii. No bo wyobraźcie sobie wieczór na półce skalnej nad lokalnym skrzyżowaniem dróg z widokiem na kilkadziesiąt najbliższych kilometrów. Kolacja i czytanie książki przez dwie wieczorne godziny aż zacznie się ściemniać. Potem wycofanie do lasu na upatrzoną wcześniej pozycję. Rano pobudka i śniadanie w tym samym - opromienionym porannym słońcem - miejscu. A potem tuptanie po okolicznych wzgórzach z widokami na wcinające się wgłąb lądu zatoki. Yami :-)









Ze spraw organizacyjnych - wyjazd był raczej w kategoriach spontanu. Niemniej pewne przypuszczenia okazały się trafnym wyborem. Po pierwsze, wreszcie zainwestowałem w trekkerską odzież. Klasycznie na cebulkę z konfiguracją zależną od pogodowej prognozy. Bielizna ocieplana, cienkie koszulki sportowe, polar, bezrękawnik, raincut, cienkie wełniane rękawiczki, opaska na uszy i komin (mogący służyć jako czapka, opaska, szalik itp.). Do tego spodnie ze ściąganym dołem nogawek, sportowe skarpetki do chodzenia i nieprzemakalne buty na grubszej oraz przyczepnej podeszwie. Wyżywienie to duża ilość tostów, batony i ze dwie paki kabanosów. Dzięki temu na miejscu jedynie kupowałem płyny, z osiem bananów i jakieś paluszki. Sprawy noclegowe to oczywiście nieśmiertelny dmuchany materac, koc termiczny i kupiony w Lidlu śpiwór mumia. Jego zakres temperaturowy (+5,5℃ przedział zmiany i +9,7℃ przedział komfortu) był w sam raz. Oczywiście wiadomo że pod śpiworem śpi się w bieliźnie termicznej i czasami z nałożonym polarem, ale szczerze byłem zadowolony z tego zakupu. Zwłaszcza, że waży to niewiele a po mocnym ściśnięciu szelek kompresyjnych zajmuje stosunkowo mało miejsca. Kosmetyczka to natomiast m.in. plastry, chusteczki nawilżane, psikadło na komary, paczka zapałek i trzy pogrzewacze. Zero płynów do kąpieli, szamponów, chociaż zapasowo jakieś małe mydełko miałem ;) W telefonie za to sporo muzyki, jakieś dwa filmy, ściągnięte mapy okolic i oczywiście powerbank pozwalający na spokojne funkcjonowanie bez prądu przez około cztery dni. Wszystko to zmieściłem w mały bagaż podręczny zgodny ze standardami Wizz Air. Da się :D



Ogółem, chociaż wyjazd zaliczam do raczej ciężkich przeżyć, to wspominam go bardzo pozytywnie. Dość duży wpływ na to mają czynniki niezwiązane bezpośrednio z wypadem. Chodzi o całkowicie nowe wyzwania i zakres doświadczeń. Dodatkowo podczas przesiadki w Gdańsku poznałem pewnego tambylczego wariatosa, dzięki której mój licznik lotów niemal eksplodował, a na trasie Wrocław - Modlin zaczynam walczyć o frequent flyera ;) Niemniej wygląda na to, że chyba zmieniają mi się priorytety w kwestii celów podróży. Zauważyłem to podczas ostatniej wizyty w Maroku, kiedy to gwiazdą wyjazdu był nie Marrakesz, nie Casablanka a droga wzdłuż wybrzeża atlantyckiego. Trochę miast już zwiedziłem i na naszym kontynencie zaczynają się już kończyć miejsca zachwycające praktycznie każdego odwiedzającego. Z naturą jest natomiast tak, że nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Pamiętam zaskoczenia na Minorce, która sama w sobie jest bardzo fajna do zwiedzania rowerem. Po kilku kilometrach można jednak wyjechać na ukrytą gdzieś w lesie plażę, na której przebywa kilkadziesiąt osób. Tak samo w każdym innym miejscu - możesz przedzierać się przez mało interesujące okolice a nagle Twoim oczom pojawi się coś niezwykłego, o czym nikt nigdzie nie wspominał. Czy koniecznie do Norwegii? Nie na siłę. W naszym kraju również jest wiele miejsc zielonych wartych tuptania przez dwa dni. Owszem, u nich na wolności chodzą łosie (w okolicy Trondheim widziałem trzy), u nas natomiast sarny i jelenie. Norwegia ma jednak taki trekkerski klimat, gdzie cały naród jest bardzo sportowo nastawiony do życia. Tą przyrodę też chłonie się tam jakby bardziej. Może to przez jej dzicz, kontrasty wody i wzgórz, skałek i zieleni, zimowego mrozu i letniego słońca. Poza tym żyjemy w tych pięknych czasach, gdy naprawdę bez problemów można znaleźć bilety za 80 złotych we dwie strony. Mam zamiar z tego skorzystać i za rok zrobić niejedną weekendową powtórkę.

piątek, 28 sierpnia 2015

Dlaczego nie wierzę w zmianę w Ryanair?

źródło: www.bloomberg.com
Ryanair to linia lotnicza, która miała wpływ na podróżnicze życie bodaj każdego z nas. Wiele osób zaczynało na pokładach tej linii. Nawet pasażerowie przewoźników tradycyjnych odczuli wpływ w sposób niebezpośredni: od być może obniżenia cen na niektórych trasach począwszy, po zmiany w ofertach - jak ostatnio popularne obcinanie bagażu rejestrowanego - kończywszy.




Do niedawna Ryanair nie tylko był, ale przede wszystkim chciał być kojarzony wyłącznie z niskimi kosztami. Celowano więc w bardzo słaby i kontrowersyjny marketing. Być może w sposób zaplanowany komplikowano różne sprawy aby wywołać skandal, aby ktoś napisał/powiedział coś o Ryanair, zazwyczaj dodając wcześniej określenie Tania linia lotnicza. Jednak ponad rok temu coś pękło. Oficjalnie w wyniku spadających zysków i ostrzeżenia akcjonariuszy, Ryanair postanowił przejść gruntowną przemianę. Nagle stał się linią całuski, cukiereczki, ciasteczka, dzięki czemu nie tylko sam się określał Ulubioną linią lotniczą na świecie, co zaczął chcieć być za taką uważany.

źródło: pluzcinema.com
W kwestii marketingowej był to strzał w dziesiątkę. Kilkoma prostymi ruchami uzyskano darmowy doskonały rozgłos. W telewizji pojawiły się przesłodkie reklamy w których pasażerowie mówili że lubią latać Ryanair, bo zabiera ich tam gdzie tylko zechcą. W miastach pojawiły się bannery reklamowe zachwalające tanie i częste rejsy. Koniec końców z pierwszej linii wycofano twarz przewoźnika, jego wygłupiającego się CEO, kojarzonego z wszelkiego rodzaju wariactwami i beznadziejnie niskiej jakości wypowiedziami. Rewolucja? Czas pokazał, że niekoniecznie, przynajmniej dla pasażera takiego jak ja.






Na pierwszy rzut zmian poszła strona internetowa. W końcu zrezygnowano z tej dizajnerskiej maszkarady, majstersztyku braku dobrego smaku, niedopasowania i nisko-kosztowej wirtuozerii. Zainwestowano kilka euro w pierwsze lepsze zdjęcia z serwisu pokroju Fotolia i wrzucono je w karuzelę na stronie głónej. Wszystko po to aby kojarzyło się z wakacjami, idyllizmem lotu i generalnie customer friendly. A to mały synek siedzi tacie na barana, a to jakaś grupka starszych osób podziwia widoki ciesząc się z zasłużonej emerytury, a to jakieś chmury i błękit nieba. Nie ważne że często grafiki te mają się nijak do przekazu prezentowanych obok bannerów (np. ciemnoskóra para ciesząca się z krajowych tras w Polsce) czy lokalnego rynku na który są kierowane. Ma być miło i przyjemnie. Co więcej, mamy tutaj do czynienia z klasycznym zagraniem - zmieńmy nieco wygląd, coś dodajmy, coś przesuńmy a klient odniesie wrażenie że całkowicie się zmieniliśmy. Działaniem marketingowym przekonamy go natomiast że zmieniamy się na dobre. Akurat pracuję w biznesie tworzenia aplikacji internetowych - takie zagrywki są mi znane :-) No ale rozłóżmy teraz stronę Ryanair na części pierwsze. Na początek duży plus. Trochę przez łzy, ale plus. W pewnym momencie Ryanair zapędził się bowiem w kozi róg zabezpieczając pokazywanie cen systemem captcha (w załączeniu przykład ze słowem ding a ling co w potocznym tłumaczeniu oznacza idiota, palant lub młotek). Był to jeden z najbardziej kretyńskich i żenujących pomysłów na jakie mogli wpaść, osiągając tym samym totalne dno i nieprzebrane metry mułu w kwestii user experience. Teraz system ten został usunięty przez co przewoźnik nawrócił się na normalność. I chyba na tym koniec plusów. Kanał internetowy nadal jest bowiem dziurawy: lubi gubić sesje, przeskakiwanie po tygodniach czasami nie działa, nie można dokonywać rezerwacji w dwóch oknach tej samej przeglądarki - wszystko to co znamy z poprzedniej wersji. Od strony technicznej również porażka - strona główna pobiera 1,7 MB danych (dużo na słabym łączu) wykonując niemal 50 połączeń związanych z obsługą Java Script. Drastycznie wydłuża to czas ładowania się strony a przeniesienie obsługi kupna lotu (lotniska, data, etc.) do java script powoduje, że problem z pobraniem jakiegokolwiek z tych skryptów całkowicie uniemożliwia zrobienie rezerwacji. Poza tym pasażer wciąż jest narażony na dodatkowe zbędne koszty. No bo tak:
  • cały czas sugerowane jest wykupienie polisy - można z tego zrezygnować tylko jeśli w rolecie z wyborem miejsca zamieszkania znajdzie się ukrytą opcję ubezpieczenie nie jest wymagane
  • cały czas osobnym krokiem jest możliwość wynajmu samochodu, który to krok przechodzi się przesuwając bardzo długą stronę na sam dół do przycisku dalej
  • cały czas stosowany jest absurdalny sposób dopisywania do listy marketingowej, gdzie aby wyrazić brak takiej zgody, należy - wbrew dzisiejszym standardom całego internetu - zaznaczyć pole wyboru
  • cały czas system lubi się wieszać - już kilka lat temu zgłaszane były prawdopodobnie blokady na adres IP, ponieważ ludzie nie byli w stanie dokonać rezerwacji pomimo podawania poprawnych danych i podejmowania prób na różnych komputerach/przeglądarkach. Wykonana minutę później próba na innym adresie IP zawsze kończyła się poprawną rezerwacją
  • wciąż stosowany jest piekielnie niekorzystny przelicznik walut. Przykładowo dla karty prowadzonej w PLN kupowałem bilet na rejs pomiędzy krajami strefy Euro. Cena była wyznaczona w tej właśnie walucie a strona poinformowała mnie o wybranym przeliczniku. W krótkim opisie zapewniano że kurs ten jest gwarantowany a jeśli zdecyduję się na rezygnację z niego, będę narażony na wahania walutowe których koszty sam będę musiał ponieść. W moim przypadku wyszło że przelicznik Ryanair był około 6-7% gorszy niż przelicznik mojego banku. A dodajmy że przeliczniki bankowe też do najkorzystniejszych nie należą...
 
Dopisywanie się do listy marketingowej
Szwankujące tłumaczenie strony
Ukryta opcja nie-wykupienia ubezpieczenia podróżnego

No dobrze, to może przejdźmy do analizy twardego produktu. Cóż, te same samoloty, ta sama ciasnota, ten sam poziom czystości, nieco zmian w obsłudze klienta. I znów - zmian przez łzy. Wrócono bowiem do normalności w kwestii bagażu podręcznego. Ba, wbrew nowym trendom wyznaczanym przez Wizzair, nawet nieco je zluzowano wspaniałomyślnie zezwalając na wniesienie na pokład drugiej małej sztuki bagażu - czyt. torebka, laptop czy zakupy w sklepie wolnocłowym. Rzeczywiście, odniosłem wrażenie że trzepanie na lotniskach jest od roku dużo, dużo łagodniejsze. Niemniej to co widziałem kilka lat temu na lotniskach w Hiszpanii jest tak głęboko zakorzenione w mojej pamięci, że jestem skłonny nawet zmienić miejsce mojego urlopowego wyjazdu tylko po to, aby nie musieć lecieć Ryanair.

Kolejnym lekkim plusem jest wyciszenie w sprzedaży pokładowej w późnych godzinach rejsowych, jak też lekkie przyciemnienie światła. Jednak cała reszta znów jest w mojej opinii kwestią dyskusyjną. Przykładowo priorytet wejścia na pokład - opłata kilku euro, która nie daje dosłownie nic. Jeśli bowiem skończy się odprawa kolejki priorytetowej, musisz czekać w zwykłej ze wszystkimi innymi pasażerami - tak miałem we Wrocławiu. Czyli formalnie aby wejść do samolotu wcześniej - przed bramką musisz się stawić jeszcze wcześniej niż dotychczas. Co zresztą i tak nie gwarantuje bycia w samolocie jako jedna z pierwszych osób. Przykładowo w Modlinie pasażerowie wypuszczani są pod daszek, gdzie kolejnych kilkanaście minut muszą czekać aż samolot będzie gotowy na przyjęcie nowych podróżnych. Dodam, że przebywanie na otwartej przestrzeni w Modlinie jest naruszeniem habitatu komarów, które z dużą zawziętością atakują swoich agresorów. We Wrocławiu przynajmniej nie jest się na otwartym powietrzu, jednak kilka minut czekania w szklanym tunelu podczas letniego upalnego dnia też kwalifikuje się do kategorii wyzwania. Dodatkowy smaczek - Ryanair niby zmienia się dla pasażerów, jednak korzystanie z rękawów nadal jest tematem tabu, a boarding odbywa się najczęściej w najstarszych, najtańszych i najbardziej odległych bramkach. Przykładem dyskomfortu z pewnością jest lot z Gdańska do Warszawy. W PLL LOT boarding odbywa się w nowej części terminala. W Ryanair trzeba przejść do tej przestrasznej i masakrycznie ciasnej starej części a sam lot odbywa się na Modlin, z którego jeszcze potem trzeba dojechać do miasta.

Mit o customer friendly obalę jeszcze dwoma przykładami z doświadczeń własnych. Pierwszym z nich jest listopadowy odcinek Gdańsk - Modlin. Poranny rejs opóźniony był o bodaj 4 godziny. Jak podejrzewam, raczkująca wtedy baza w Gdańsku nie ogarnęła czegoś, bo nawet jeśli maszyna/obsługa nie była gotowa do lotu - zawsze do roboty można było zagonić rezerwową z Wrocławia. My jednak lecieliśmy rejsówką z bodaj Bristolu. Oczywiście chwilę po wylądowaniu otrzymałem sms i maila że opóźnienie jest nie z winy przewoźnika i odszkodowanie się nie należy. Oczywiście jestem zupełnie innego zdania co mam nadzieję nakazem wypłaty odszkodowania niedługo potwierdzą odpowiednie służby.

Drugim przykładem jest incydent z zakupem na pokładzie. Rejs był lotniczym debiutem dwóch osób, co naturalnie chciałem upamiętnić zakupem plastikowego modelu samolotu. Po powrocie do domu okazało się, że jedno z opakowań jest niekompletne - brakowało pionowego statecznika. Akurat przypomniało mi się, że Ryanair uruchomił możliwość mailowych reklamacji, co po chwili znalazłem i zgłosiłem. Po kilku dniach otrzymałem mailową odpowiedź, że wszelkie sprawy należy kierować listownie do kwatery Ryanair w Dublinie. Czyli tak, przesłanie do Irlandii paczki z modelem pewnie kosztowałoby więcej niż sam model a w odpowiedzi dowiedziałbym się, że przewoźnik nie odpowiada za kompletność sprzedawanych zestawów i że muszę kontaktować się z producentem.

Cóż, marketing to potężna broń. Umiejętne jej używanie potrafi niemal czynić cuda. Niestety w większości przypadków ogranicza się do wmawiania ściemy, czego świadkami na każdym kroku są klienci niemal wszystkich branż. W przypadku Ryanair jakoś tak od początku nie wierzyłem w ich nową politykę całuski, cukiereczki, ciasteczka. Marketingiem i nowymi wymogami korporacyjnymi można bowiem wmawiać wszystko. Jednak, co w pewnej wymianie argumentów rację przyznała mi stewardessa Ryanair, w zarządzie przewoźnika cały czas znajdują się ci sami ludzie o tej samej mentalności biznesowej. Co więcej, pracownicy i współpracownicy firmy otrzymali nowe procedury, za czym niestety nie szło polepszenie ich warunków pracy. A czy ktokolwiek z Was pracując u jednego z najgorszych na rynku pracodawców zgodziłby się za darmo zwiększyć swoją wydajność o 10%? Owszem, w Ryanair pojawiło się kilka zmian in plus. Jednak rozumiecie już teraz dlaczego nie do końca wierzę w tą ich całkowitą przemianę?

niedziela, 22 lipca 2012

Co z tym Wizz Air?

Trochę ostatnio zaniedbałem swoje tambylstwo. Owszem, cały czas starałem się śledzić informacje na temat rynku, trendów i okazji. Niemniej gdybym w maju na ostatnią chwilę nie zarezerwował biletów na styczniowy wypad to przerwałbym trwającą niemal dwa lata serię „ciągle jestem przed jakimś wyjazdem”.
W tak zwanym międzyczasie rynek lotniczy zanotował sporo nowości. Jedną z nich jest niepokojąca tendencja Wizz Air. Nie ukrywam że przez ostatnie miesiące darzyłem tego przewoźnika sporą sympatią. Wszystko to za sprawą lepszego samopoczucia na ich pokładzie i mniejszymi skrajnościami w porównaniu z działalnością Ryanair. Nie bez znaczenia był również fakt że klient „premium” przywiązany do linii poprzez członkostwo w Wizz Xclusive Club i kartę kredytową Wizz rzeczywiście mógł się czuć w pewien sposób doceniony.
Niestety od ostatniego czasu przewoźnik ten zaczyna zaostrzać reguły gry. Podwyższanie cen za bagaż jest oczywistym trendem wyznaczonym wcześniej przez Ryanair. Ograniczanie siatki połączeń w kontekście sztucznie wzmaganej konkurencji czy zmniejszanie częstotliwości lotów na zimę też byłem w stanie zrozumieć. Jednak niepokoją powtarzające się już któryś sezon sytuacje że według linii na zimę lepiej przez pół dnia pozostawić samolot w bezczynności niż starać się znaleźć mu zajęcie na innej trasie. Trochę to kontrastuje z sytuacją kiedy to przykładowy Cork lub Rzym zostaje zdegradowany do miana kierunku czarterowego z raptem jednym połączeniem tygodniowo z wybranych baz.
Jednak cierpliwość zaczęła mi się kończyć przy ostatniej konferencji prasowej przewoźnika. Tak, chodzi o tą gdy zapowiedziano utworzenie dwóch typów bagaży podręcznych, przy czym ten większy – płatny – póki co obowiązuje na jednej trasie (w domyśle niedługo wprowadzi się go na całą siatkę). Jasne, rozumiem że ciągnący się w nieskończoność kryzys* wymaga szukania nowych źródeł finansowania. Jednak bardzo nie podobało mi się uzasadnienie tego novuum – jakoby było to rozwiązanie lepsze czy wręcz wyczekiwane przez pasażerów Wizz Air. Przyznam szczerze, odniosłem wtedy wrażenie że przewoźnik zaczął garściami czerpać ze sposobu działania Ryanair, że ludzi dla których zrobił tą konferencję i klientów uznaje za tępych imbecyli którym można wcisnąć każdą bzdurę śmiejąc się do tego prosto w twarz. Niemiło się wtedy poczułem i pomyślałem że chyba będzie trzeba się przeprosić z Ryanair. Jeśli bowiem podejście do klienta obu linii będzie podobne a za jakiś czas skończy mi się członkostwo w Wizz Xclusive Club, to po co plany kolejnego wyjazdu zaczynać od przeszukania strony internetowej Wizz Air? W części baz nie ma takiej drastycznej różnicy w oferowaniu, ale w moim rodzinnym mieście siatka połączeń Ryanair jest dużo większa i niestety bardziej atrakcyjna niż u Wizz Air. Do tego w Polsce sporo może ugrać OLT Express. Będzie to zaskoczeniem dla Węgrów jeśli za jakiś czas po prostu zaczną tracić rynek?

* „ciągnący się w nieskończoność kryzys” proszę traktować jako swego rodzaju kąśliwość w stronę firm, które w taki właśnie sposób tłumaczą swoje wycofanie z tras, brak rozwoju czy straty finansowe. Owszem, ceny ropy są niepewne a ruch lotniczy zmniejszył się kilka lat temu. Jednak te czasy minęły, wzrosty notuje się niemal wszędzie na kontynencie a sporo linii potrafiło zamknąć poprzedni rok na plusie.