czwartek, 4 sierpnia 2016

Goodbye my friend - opis plecaka Campus Logos 45

... Goodbye my friend. You have been the one, you have been the one for me

Brzmi trochę poważnie, chociaż jednocześnie absurdalnie, gdy pozna się kontekst. Na początku wstawiłem trzy kropki, aby odciąć się od tytułowego tekstu piosenki Jamesa Blunta "Goodbye my lover", który generalnie ma się nijak do bohatera dzisiejszego wpisu, ale którą zawsze jakoś wspominam w trakcie pożegnań*

No właśnie rozstań nadszedł czas. Niby nic nadzwyczajnego, ale gdy się zastanowić... Już trochę przez mgłę, ale jednak pamiętam, gdy cieszyłem się z zakupu plecaka przeznaczonego wyłącznie do podróży. Były założenia konieczne do spełnienia, było poszukiwanie i nagle gdzieś przypadkiem w Łodzi udało mi się coś znaleźć. Radocha niesamowita, ponieważ był to pierwszy zakup stricte podróżniczy. Nawet nie wiedziałem że to rodzące się wtedy hobby będzie tak intensywne, długotrwałe i tak mocno wpłynie na moje życie. Mijały bowiem lata, na ściennej mapie kontynentu przybywało pinesek a plecak był ten sam. Zwiedził ze mną kawał świata. Od Spitsbergenu, przez Teneryfę, Maderę, Maroko, Hiszpanię, Włochy, Norwegię, Bałkany, Stambuł, po Mołdawię i Gruzję. Jeździł w podróże, chodził na zakupy, pomagał w przeprowadzkach czy przewożeniu świeżych ziół z działki. Ba, przez te lata w podróży był wierniejszym kompanem niż dziewczyna. Nawet w przypadku Doroty, bo owszem, widujemy się niemal co weekend, ale do niej do Warszawy jeżdżę nie z nią, a z plecakiem właśnie ;) 

Niestety podróżowanie wpływa na wymęczenie organizmu. Jeszcze siedem lat temu - rzućcie okiem na zdjęcie powyżej - mój plecak był nowiuśki, czyściuśki i pachnący. Dziś niestety ma wiele przetarć i brudu zdobytego podczas przejeżdżania w niepoliczalnej ilości Heimannów. Punktem zwrotnym był wyjazd do Mołdawii, w trakcie którego uszkodziłem zamek w górnej kieszeni. Służyła mi ona zawsze jako miejsce przechowywania rzeczy pilnie potrzebnych w trakcie podróży, czyli swego rodzaju niezbędnik.

Poszukiwania nowego plecaka nie trwały długo. Nie ukrywam, od pewnego momentu rozglądałem się za nowym towarzyszem podróży i od września miałem swojego kandydata. W trakcie jednej z wizyt w Decathlonie znalazłem bowiem cudo techniki z milionami zapięć, kieszonek i sznureczków, które rozwiązywało niemal wszystkie moje dotychczasowe bolączki i dodatkowo było w bardzo akceptowalnej cenie. Pewnie kiedyś je opiszę, ale potrzebuję jeszcze nieco czasu na testy. Teraz oddam honory, opisując siedem lat wspólnych przygód i doświadczeń.

Przesiadka z plecaka szkolnego na Logos 45 firmy Campus była niczym przeskok o jedną klasę jakości. Nie ma co się dziwić - większa przestrzeń, zaprojektowanie pod większe ciężary, co oznaczało zastosowanie innych materiałów i rozwiązań pozwalających np. na lepsze rozłożenie masy itp. Pamiętam, że byłem ogromnie zadowolony z bocznych kieszeni, które w łatwy sposób rozbudowywały się na zewnątrz. Ta kwestia ciągle była dużym plusem, jednak zauważyłem pewien szkopuł. Spinający je zamek był zbyt ciasny. Dlatego gdy przy wypchanej głównej komorze chciałem dodać coś większych rozmiarów - np. wypełnioną na dwutygodniowy wyjazd kosmetyczkę, lub półtoralitrową butelkę wody - włożenie jej przez ten ciasny przesmyk było nie lada wyzwaniem. Z pozostałych kieszeni, bardzo ceniłem mały schowek na spodzie. W sposób domyślny, służył on do przechowywania ochraniacza przeciwdeszczowego. Ja jednak chowałem tam paszport, dokumenty, walutę kraju w którym aktualnie nie przebywałem i inne cenne rzeczy, do których nie potrzebowałem mieć ciągłego dostępu. Lubiłem również znajdującą się w komorze głównej cienką przestrzeń na dokumenty, w której zawsze lądowały karty pokładowe, gazety i zabierane do domu materiały promocyjne odwiedzanych regionów. Zawsze chętnie też korzystałem z małych kieszonek w pasie biodrowym. Ot, jako drobny portfel na mniejszy telefon lub dokumenty przechowywane w trakcie procedur lotniskowych. Genialnym rozwiązaniem był natomiast dodawany portfelik z przezroczystą ścianką główną. Wytrzymałość materiału i idealne rozmiary sprawiają, że do dziś służy mi do przechowywania kart bankomatowych, dowodu, pieniędzy i rachunków za aktualne zakupy. Rola ta jest mu przypisana przy każdej okazji wymagającej posiadania cieńszej wersji portfela. Warto również wspomnieć o jego zaczepie, który przypomina wspinaczkowy karabinek. Przypięcie go do szlufki w pasie sprawia, że jest on piekielnie ciężki do wyrwania w trakcie kradzieży kieszonkowej.

Plecak Campus Logos 45 - schowek dolny i kieszeń na pasie biodrowym

Kieszeń na dokumenty w komorze głównej plecaka

Portfelik dołączany do plecaka Campus Logos 45

Kolejnym świetnym rozwiązaniem projektowym była możliwość podziału komory głównej na dwie części. Wystarczyło tylko pociągnąć za sznurek. Dostęp do górnej połowy miałem przez górną klapę, do dolnej natomiast przez dolny zamek. Dzięki temu zwyczajowo separowałem np. kosmetyczkę, materac, klapki i inne rzeczy związane głównie z noclegiem, od pozostałych ciuchów, wyżywienia itp. Jest to logiczne rozwiązanie, ponieważ gdybym będąc w drodze musiał wyjąć coś z dołu ciasno upakowanego plecaka, z pewnością byłoby to obarczone solidną dawką rzęsistych przekleństw ;)

Otwarta dolna i górna komora plecaka Campus Logos 45. Podział komór za pomocą sznurka.

Przy okazji większych ciężarów i ciasnego opakowania warto poruszyć sprawę wytrzymałości materiału. Otóż dolny zamek, na który kierowane były największe obciążenia, wytrzymał bez żadnych problemów. Podobnie sprawa wygląda z materiałem - oprócz kilku obtarć na gąbkach, nie zanotowałem żadnych naderwań, zerwanych nitek, czy niewytrzymujących szwów. Testy obciążeniowe dotyczyły krótkotrwałych ciężarów do 30 kilogramów - transport książek podczas przeprowadzki ;) Problemem były jedynie, wspomniane na początku wpisu, znajdujące się w kieszeniach bocznych, mniejsze zamki błyskawiczne. To ciekawe, ponieważ nie były one poddawane jakimś wielkim obciążeniom. Jak jednak podejrzewam, przyczyną ich uszkodzeń były prawdopodobnie częstotliwość korzystania i mój dość dynamiczny sposób zamykania/otwierania.

Uszkodzony po wielu latach używania (brud na białym materiale) zamek przy kieszeni bocznej i linka na bluzę

Niestety dość słabo zaprojektowano w plecaku kwestię wentylacji. Przylegał on bowiem dość ściśle do pleców, co wpływało na wygodę noszenia większych ciężarów w trakcie dynamicznego marszu (np. po wulkanie na Teneryfie), jednak powodowało również efekt ciągle mokrych pleców. Dalszym tego skutkiem było zużycie gąbki wyściełającej część tylną, oraz wewnętrzną część pasów na ramiona. Szczerze, jakoś mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę hektolitry potu, jakie się przez nie przetoczyły ;) Niezrozumiały dla mnie był również projekt górnej kieszeni (na klapie od komory głównej). Chowałem w niej zazwyczaj rzeczy techniczno-elektroniczne: powerbank, kable do ładowarek, przejściówki czy duży obiektyw do aparatu. Niestety kieszeń ta zawsze jakoś nieestetycznie zwisała, niezależnie jak bym starał się regulować jej położenie dostępnymi linkami.

Jeszcze nowy Campus Logos 45 na plecach - widok z boku

Jeśli już przy pasie na ramiona jestem, warto również wspomnieć ilość regulacji tychże. Opierają się one bowiem na szeregu różnych linek, dzięki czemu mogę sterować zarówno wysokością plecaka w stosunku do pleców, jak też odpowiednio profilować pasy pod kształt barku. Dzięki dodatkowym regulacjom na dole - dotyczy to zarówno pasów na ramiona, spinającej je linki piersiowej i pasa na biodra, plecak bardzo fajnie sprawdzał się również jako samolotowy bagaż nadawany. Pas biodrowy przedłużałem bowiem i zapinałem na zewnętrznej części plecaka. Pasy na ramiona również wydłużałem, a następnie ciasno wiązałem linką piersiową i własnymi paskami regulacyjnymi. W ten sposób tworzyło się naturalne miejsce na przyklejenie naklejki bagażowej, jak też jasno dawałem znać pracownikom handlingu za co mają łapać. Fotki tego sposobu zamieszczę przy okazji opisu nowego plecaka.

Zewnętrzną część plecaka owijałem natomiast przeciwdeszczowym ochraniaczem, który dość ciasno ściągałem przy pomocy sznurka. Ważna podpowiedź, sznurek ten należy owinąć, lub wręcz przywiązać do uchwytu w górnej części plecaka. Tajemnicą poliszynela bowiem jest delikatność z jaką z naszymi bagażami obchodzi się handling. Zakładam więc, że podczas przesiadki w Genewie lub Monachium, któryś z pracowników po prostu próbował podnieść mój plecak za ochraniacz przeciwdeszczowy i po prostu go zdjął. Przy wspomnianym przeze mnie zawiązaniu sznurka, materiał taki być może się zsunie, ale nadal będzie przyczepiony do plecaka :-)

Podsumowując, wydaje mi się, że siedem lat można uznać za dość miarodajny okres testowania. Po tym czasie nadal jestem zadowolony z zakupu. Trochę to przez sentyment, ale jednocześnie muszę zaznaczyć, że w trakcie używania kilkukrotnie pomyślałem, że ciężko jest znaleźć jakieś istotniejsze błędy konstrukcyjne. To samo tyczy się wytrzymałości materiału. Z lekką satysfakcją przyjąłem więc uszkodzenie drugiego zamka. Gdyby bowiem nie to, nie byłoby triggera do zmiany. Czyli nadal narzekałbym na lekki ból ramion (vide zwichrowana potem gąbka na pasach) oraz potrzebę ciągłego nakładania ochraniacza przeciwdeszczowego, aby nie pokazywać brudu, jakim przez lata pokrywał się mój stary plecak.

Trochę żałuję że producent, firma Campus, już od kilku lat nie jest obecna na rynku**. Z pewnością byłaby to jedna z pierwszych marek jakie brałbym pod uwagę przy wyborze nowego plecaka. Oczywiście nadal sporą konkurencją byłaby tańsza alternatywa sieci z markami własnymi. Wybór nowego plecaka był bowiem grą gorszej jakości materiału w zamian za dużo więcej ficzerów i zaoszczędzonych około 200 złotych, w porównaniu do oferty w tradycyjnych sklepach turystycznych. Ale to już wątek na inny temat, który - jak wspomniałem wcześniej - postaram się poruszyć po kilku niezbędnych testach.

* Oczywiście na kpinę zakrawa fakt łączenia piosenki brytyjskiego kochasia z recenzją plecaka, ale co mi tam. Pierwszy album Jamesa Blunta wywołał na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Tym bardziej, że przez lata koncentrowałem się na alternatywnych formach dźwiękowych i niezależnych artystach, buzując raczej hejtem do rynkowego traktowania sztuki muzycznej - czyt. sceny pop. Jednak kilka niesztampowych rozwiązań w budowaniu klimatu piosenek, oraz mimo wszystko wpadające w pamięć teksty (kolejny mój absurd, ponieważ dotychczas koncentrowałem się na muzyce niewokalnej) spowodowały, że album pamiętam do dziś. Swoją drogą, pierwszy singlowy hit - You're beautiful - usłyszałem kilka miesięcy przed jego panowaniem na polskich listach przebojów, podczas pierwszego zagranicznego wyjazdu, akurat związanego z pracą w angielskim Brighton :-)

** Po dalszym researchu okazało się jednak, że firma Campus istnieje. Wprawdzie miała różnego rodzaju przygody finansowe, jednak w chwili obecnej posiada kilkanaście punktów sprzedażowych w całym kraju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz