piątek, 7 kwietnia 2017

Jak ustawić tytuł na liście wyszukania Azair - mały przydatny hack ;)

Azair, to aplikacja, którą już kilkukrotnie opisywałem na łamach tego bloga. Jej idea jest cudowna - skanuje systemy rezerwacyjne kilkudziesięciu przewoźników i pozwala na wyszukiwanie kombinowanych możliwości dolotu. W ten sposób w zeszłym roku dolecieliśmy do Bośni i Hercegowiny z niespodziewaną nocką na lotnisku Skavsta, a już niejednokrotnie okazało się, że pewne odcinki warto wykonywać na pokładach przewoźników sieciowych (np. airBaltic, Aegan), niż na siłę nisko-kosztowymi.

Tyle teorii. W praktyce projekty hobbystyczne pokazują, że przy odrobinie samozaparcia, można dokonać rzeczy prawie niemożliwych. Jednak dużo częściej objawia się też druga strona tego medalu - brak czasu, środków i ciśnienia, aby pomysł dowieźć do końca, dbając także o mniej istotne szczegóły. Takich problemów w Azair jest całe mnóstwo, niemniej pozwolę sobie o nich teraz nie wspominać. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że autor przyjrzy się im w stosownym czasie.

Jednym z dodatków na które długo czekałem, była możliwość zapisania ustawienia filtrów, aby do takiego samego wyszukiwania móc wrócić sobie kiedy indziej. Sprawa przydatna, gdy obserwuje się kilka bardziej skomplikowanych wyszukań - np. lotów w konkretny dzień (vide weekend), lub pomysłu wakacyjnej podróży w jedno z kilkunastu potencjalnych miejsc. Chociaż ułatwienie to pojawiło się jakiś czas temu, pozostawiało wiele do życzenia. Jednym z problemów były przykładowo nazwy, pod którymi wyszukiwania były zapisane.

Zazwyczaj była to bowiem nazwa dwóch miast. Zupełnie nieadekwatna dla przypadków skrajnych. Np. chciałem polecieć do Niemiec na noworoczne zakupy ciuchowe. Tak tak, kultowy Primark i C&A w Dortmundzie :D Jako jedną z opcji, upatrzyłem poranny rejs z Gdańska do Dortmundu, potem szybki pociąg i powrót z Düsseldorfu do Warszawy. W takim przypadku Azair nazwał wyszukanie, jako Gdańsk-Düsseldorf. Jeszcze ciekawiej było w innym przypadku - weekendowym wypadzie do Bergamo (lot piątek wieczór - niedziela wieczór). Taka opcja została zatytułowana Warszawa-Mediolan choć jak wiadomo, Mediolan-Bergamo jest jedynie marketingową nazwą w świecie przewoźników nisko-kosztowych. Gdy jednak zobaczyliśmy, że w czerwcu jest możliwość jednodniowego wypadu do Bergamo na niedzielę - świetna opcja na wykorzystanie weekendu, kiedy Dorota ma w sobotę szkołę - również postanowiliśmy ustawić sobie alarm na taką opcję. I też została ona zatytułowana... Warszawa-Mediolan.

Jak się na szczęście okazuje, zhackowanie tego rozwiązania jest sprawą banalnie prostą. Co więcej, wykonać ją może każdy użytkownik dzisiejszej przeglądarki. Przykład opiszę Wam przy użyciu Chrome-a. Otóż wyszukajcie normalnie lot, który chcecie wstawić potem w powiadomienie. Jednak zamiast na liście wyszukiwań klikać w ikonę kotka, wciśnijcie na niej prawym przyciskiem myszy. W rozwiniętym menu znajdźcie opcję Inspect (lub Inspect Element w przypadku Firefox). Po kliknięciu tej opcji na dole, lub w prawej części przeglądarki wyświetli się Wam panel programisty. W tym panelu będziecie mieli zaznaczone pole z mnóstwem dziwnego kodu. Przesuńcie podgląd nieco wyżej, aż znajdziecie wpis określony jako < input type="hidden" name="watchText" ... /> Kliknijcie dwukrotnie na tekst wewnątrz pola value (w przykładzie na obrazku jest to value="Wroclaw@Lviv") i wpiszcie nazwę pod jaką będziecie chcieli widzieć swoje wyszukiwanie. Zamknijcie panel programisty i normalnie kliknijcie ikonę kotka. Koniec :-)

Menu po kliknięciu na kotka prawym przyciskiem myszy.

Pole którego wartość należy zmienić

Może jeszcze wspomnę o jednej zasadzie. Twórca aplikacji założył, że alert będzie się składał z dwóch nazw miast oddzielonej znakiem małpy. Nie jest to aż tak istotne w przypadku listy. Jednak warto zwrócić uwagę na konstrukcję widgetu dostępnego na stronie głównej po zalogowaniu. Wszystko to, co jest przed małpą, pojawia się za ikoną startującego samolotu. Natomiast wszystko to, co jest po małpie - znajduje się za ikoną lądującego samolotu. Dlatego ja sobie przyjąłem system - miasto lub trasa przed małpą, dni wylotu, lub jakaś inna dodatkowa informacja po małpie. W ten sposób mam np. określone 'WMI - TRF - WMI@piątek rano - niedziela', dzięki czemu wiem że jest to wyjazd wymagający, ale też w pełni zużywający jeden dzień urlopu. Życzę pomyślnego hackowania :-)

sobota, 18 lutego 2017

Przebazowanie

W trakcie ostatniej dłuższej ciszy na blogu, w mojej tambylczej rzeczywistości zaszła jedna duża zmiana, o której powinienem był się z Wami podzielić. Owszem, od października nie byłem zagranicą w celach turystycznych. Ale nie o to akurat mi chodzi.

Otóż w trakcie pierwszego wypadu w norweską dzicz (relacja: Due North - Na północ), podczas przesiadki na lotnisku w Gdańsku udało mi się zawrzeć pewien fajny deal. Odstąpiłem wtedy na noc kanapę, na której akurat siedziałem i czytałem gazetę. Efekty tego odstąpienia otaczają mnie do dziś, a jednym z tego skutków była moja listopadowa przeprowadzka do Warszawy :D

Pamiętam, gdy cztery lata temu szukałem pracy, stwierdziłem że raczej ograniczam się do mojego Wrocławia. Ba, niedługo później kupiłem tam mieszkanie. Jednak czasami rzeczy niemożliwe zadziewają się szybko i bez wielkiego żalu. Tak więc mieszkanie stoi sobie puste i czeka na weekendowe odwiedziny, przywiezione z Tunezji djembe i rower wyjechały do Warszawy, a ja właśnie kończę okres próbny w pierwszej tutaj pracy.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tej przeprowadzki nie rozważał w kontekście latania. Zatem mamy świetną miejscówkę, skąd na lotnisko Chopina dojeżdżamy autobusem w 20 minut. Pracę mam pod nosem - jedną stację kolejki od lotniska. Dzięki uruchomieniu przez Ryanair krajówek na główne lotnisko Warszawy, bezproblemowo mogę więc latać do Wrocławia na weekendy, z porannym powrotem bezpośrednio do biura. Wiele więc nie straciłem.

Zyskałem za to ponad dziesięciomilionowe lotnisko. Główny hub PLL Lot, który mimo wszystko wciąż bardziej przychylnie patrzy na pasażera z Warszawy, niż z innych portów, których powinien przyciągać na rejsy przesiadkowe. Fakt ten widać w naszych aktualnych planach - dzięki szalonym środom w weekend lecimy do rodziny Doroty w Rzeszowie, na majówkę kierujemy się w stronę Ljubljany a jeden z lipcowych weekendów spędzimy w Połądze na Litwie. Niestety tegoroczny urlop szybko nam się kończy, więc oprócz stricte weekendowych strzałów - obserwuję sobie Zieloną Górę, Kijów i Koszyce - na wiele więcej w tym roku bym nie liczył.

Oprócz PLL Lot pozostaje jeszcze duża baza Wizz Air. Ze sporą radością przywitaliśmy starą już informację o planowanym wrzuceniu do pudełka siódmego różowego cukierka, oraz uruchomieniem połączeń do m.in. Santander, Lyonu, Nicei, Bukaresztu, Bratysławy czy Wilna. Do tego dochodzą oferty Norwegian, czy szeregu innych liniowych przewoźników, którzy co jakiś czas potrafią zaskoczyć promocją, lub atrakcyjnymi czasowo przesiadkami.

Koniec końców jest także - zapomniany nieco od czasu przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina - Modlin. Może nie jest on pierwszym wyborem w moich planach, jednak mimo wszystko spora siatka połączeń Ryanair, pewnie niejednokrotnie wspomoże nasze krótkie wypady z wykorzystaniem minimalnej liczby dni urlopowych. Przykładowo latem można na całą niedzielę polecieć do Bergamo - fajna opcja na zaliczenie Bresci, Verony, lub szybkiego wypadu nad jezioro Como. Charleroi też kusi kilkoma połączeniami dziennie z wylotem rano Wizz Air i powrotem wieczorem Ryanair. Zresztą późne loty z Bergamo/Charleroi fajnie nam się układają na powroty z Tirany lub Podgoricy, nad czym będziemy się zastanawiać w tym roku :-) 

Zatem okres przejściowy powoli się kończy. Wstępnie się tu ułożyłem, nieśmiało zaczyna być słychać coś o wiośnie, trzeba więc się zaktywizować. W ilości lotów rok 2016 raczej nie zostanie przebity. Trochę zaburzone statystyki - ponieważ nie dotyczące wyłącznie całego roku - mówią, że w przeciągu 14 miesięcy (wrzesień 2015 - październik 2016) odbyłem 70 lotów, a poza domem spędziłem 147 nocy. Zeszłego lata Dorota miała taki okres, że 10 weekendów z rzędu spędziła poza Warszawą. Gdy teraz będzie łatwiej transportowo, myślę że jesień 2017 również przywitamy lekkim przemęczeniem ;)

piątek, 17 lutego 2017

Nowa mapa na blogu

Eh... post ten napisałem już chyba z pięć razy. A bo mapa była na ukończeniu, bo wrzucę ją przy okazji info o przebazowaniu, albo w ramach noworocznych pozdrowień. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Śmieję się, że dopiero kontuzja, jaką odniosłem na stoku narciarskim w zeszły weekend (w efekcie czego przebywam na zwolnieniu lekarskim), pozwoliła na znalezienie kilku wolnych chwil i dociągnięcie tematu do końca. Zatem tak, blog otrzymał zupełnie nowy mechanizm mapy. Choć zmienił się jej adres docelowy (niestety mechanizm Bloggera nie wspiera aktualnych technologii i musiałem ją wynieść poza oficjalną przestrzeń Tambylczego bloga), to niezmiennie znajdziecie ją pod obrazkiem na górze prawej części bloga.

Czemu jestem nią aż tak podekscytowany? Ano temu, że stara była co najmniej przestarzała, a w niektórych miejscach działała wręcz wadliwie. Nowa mapa została napisana od zera, dzięki czemu przysłużyła się praktycznej nauce nowszych technologii, które postanowiłem poznać przed podjęciem nowej pracy - o przebazowaniu napiszę niebawem w innym poście. W ten sposób jestem w stanie choćby tworzyć fajne filtry i automatycznie aktualizować statystyki.

Przykładowo bardzo bawi mnie przeglądanie miejsc odwiedzonych tylko w jednym roku. Zaznaczenie jednego tylko kraju pokaże miejsca, oraz odbyte w nim loty krajowe. Nie spodziewałem się nawet że mam już tyle krajówek po Polsce, a w Hiszpanii i Włoszech odwiedziłem ponad 40 miejsc :-) Ciekawie prezentuje się też połączenie dwóch krajów, które oprócz znajdujących się tam miejsc, pokazują odbyte pomiędzy nimi rejsy. Ciekawostką jest para Norwegia - Polska, gdzie z - w większości - dwóch lotnisk na północy, wychodzi sześć kresek, na pięć lotnisk w Polsce.

Oczkiem w głowie stała się natomiast nowa zakładka - statystyki. Przez większość czasu, oprócz mapy blogowej, gdzieś tam w domowym zaciszu tworzyłem bowiem inną siatkę wspomnień - w programie Google Earth. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że ręczne prowadzenie statystyk jest bardzo narażone na błędy, a powtarzanie prac na blogu i w programie - pozbawione sensu. Dlatego postanowiłem ograniczyć się do jedynego źródła prawdy, rozszerzając go o statystyki miejsc, krajów, linii lotniczych, typów samolotów, jak też plany na przyszłość.

Oczywiście mapa, podobnie jak jej poprzednia wersja, również połączona jest z treścią tego bloga. Zatem wszędzie gdzie można, zawiera ona linki do relacji, przewodników, czy innych artykułów. Cyklicznie uzupełniam ją również o nowe zdjęcia, które wrzucam do Google Photos. Dodatkowo w dymkach lotniskowych dodałem listę odbytych lotów z danego portu, razem z ilością rejsów na wskazanym odcinku. Dla mnie stało się to źródłem kilku ciekawostek, przykładowo nie wiedziałem, że z Wrocławia na Modlin leciałem aż 24 razy :D

Zatem oto ja, życzę miłej lektury.

czwartek, 3 listopada 2016

Globalna wioska, czyli zdjęcia w Google Maps

W poprzednim wpisie opisywałem usługę Zdjęć, nieco wymuszoną alternatywę dla zamykanego przez Google serwisu Panoramio.com. Postanowiłem dać jej szansę z powodu przeświadczenia, że zgromadzone tam zdjęcia automatycznie - jak kiedyś w Panoramio - znajdą się w Google Maps. Nic bardziej mylnego. Co więcej, fotki można publikować w Mapach bez uruchomionej usługi Zdjęcia. Mapy prawdopodobnie korzystają z własnej bazy danych. Jeśli chcesz tam umieścić zdjęcia z prywatnej galerii, Mapy tworzą swoją niezależną kopię.

Przejdźmy do sedna. Cały czas jestem zafascynowany zjawiskiem globalnej społeczności, gdzie każdy może ułatwić życie innym osobom. Dlatego doceniłem ostatnie zmiany w Mapach Google, gdzie klikając na dowolne miejsce, można znaleźć ogromne ilości rzetelnych informacji - od godzin otwarcia, lub największej popularności, przez adres witryny, krótki artykuł Wikipediowy, info jak dojechać (czasami również transportem publicznym), po zdjęcia oczywiście. Sprawdźcie sami. Odnajdźcie na mapie interesujące Was miejsce (może to być kościół, miasto, lub nawet mała firma), kliknijcie na nie, a po lewej stronie pojawi się okienko informacyjne. Wszystko to może być uzupełniane danymi podawanymi przez każdego użytkownika. Tak samo każdy internauta może dane miejsce ocenić gwiazdkami i opisać. Z tym jednak mam spory problem, ponieważ możliwość taka bardzo wzmacnia klasyczną chęć wylewania z siebie internetowego hejtu. Czasami usprawiedliwionego, ponieważ przykładowo restauracja może być droga, serwować surowe/zimne danie, lub po prostu kibel w niej będzie brudny. Jednak wśród opisów widziałem już kilka lokalnych komentowych wojenek toczonych wśród tanich hoteli w Bari, lub konkurujących ze sobą firm zajmujących się serwisem aparatów fotograficznych we Wrocławiu

Jeśli chodzi o zdjęcia prezentujące wskazany obiekt, możecie je dołączyć we wspomnianym przed chwilą oknie informacyjnym. W ten sposób totalnie zmieniony został podmiot, gdzie w Panoramio ważny był widok z miejsca reprezentowanego koordynatami GPS, a w Mapach zwrócony jest focus na konkretny obiekt. Czyli zdjęcia na przykład Sagrada Familia mogą zawierać obrazy ze środka kościoła, ujęcie Barcelony ustrzelone z jednej z wież, jak też delikatny zarys budynku widziany z podejścia samolotu na lotnisko El-Prat. Jedno zdjęcie może być również przypięte do większej ilości obiektów.. Fotka wspomnianej Sagrady można bowiem dodać do karty informacyjnej samego kościoła, Barcelony, Katalonii, czy Hiszpanii.

Co wzbudza mój niepokój, to fakt że zdjęcie można przypisać tylko do wskazanego w Mapach miejsca. Jest to zazwyczaj miejsce turystyczne, lub siedziba firmy. Odpada więc możliwość pokazania murale, lub po prostu oddania uroku jakieś specyficznej ulicy, widoku. Gdy danego miejsca, np. jakieś fontanny/rzeźby, nie ma w Mapach, zawsze można ją dodać. Jest to z jednej strony zaleta globalnej wioski, gdzie każdy może mieć wymierny wpływ na przydatność wielkiej funkcjonalności. Ale jest również wada - nieuważne dodawanie nowych miejsc i brak należytej moderacji skutkuje pojawianiem się dubli (jak na obrazku po lewej), niedokładnych opisów (np. tylko zdawkowe Fontanna - także na obrazku), lub też możliwością rozdrabniania ich na mniejsze części - np. wspomniana Sagrada Familia, następnie Fasada Narodzenia Pańskiego, Fasada Męki Pańskiej, wnętrze, ołtarz i wieże.

Kolejna nurtująca mnie niejasność, to mechanizm za pomocą którego dane zdjęcia pojawiają się w Mapach. Gdy jest to miejsce o niewielkiej popularności, jakiś zaczynający działalność hostel, posiada on kilkanaście przypiętych zdjęć i moje po prostu za jakiś czas pojawiają się na liście. Jednak gdy mówimy o czymś ogromnym, np. Forum Romanum, Rzym czy całe Włochy, nie mam zielonego pojęcia jaki mechanizm reguluje pojawienie się, bądź nie pojawienie się moich fotek wśród wybranych już dwustu.

Najbardziej jednak martwi mnie traktowanie użytkowników dodających własną treść, jako zwyczajne dojne krowy. No bo tak, ogromna rozbudowa mechanizmu Map służy oczywiście zarabianiu przez  Google. My uzupełniamy ich bazę danych o czynnik ludzki - wskazujemy popularność, jakie dane miejsce wywołuje emocje itp. Jednak jedyne co dostajemy w zamian, to podziękowanie i motywujący tekst, jak bardzo fajni jesteśmy ;) Ani nie wiemy czy i kiedy nasze zdjęcia zostaną przypięte do wskazanych miejsc, ani nawet nie wiemy jakie realne wyniki dają nasze godziny spędzone przed komputerem za darmo. Google nie zapewnia bowiem żadnej strony ze statystykami odwiedzin. Jedyne co dostałem, to - po jakiś dwóch tygodniach od wrzucenia pierwszego zdjęcia - mail z informacją o liczbie wyświetleń i życiowym rekordzie. A jeszcze żeby było ciekawiej, gdy Google w skrzynce mailowej wykryje potwierdzenie rezerwacji w jakimś noclegu i przy włączonej nawigacji zorientuje się, że znajdujesz się we wspomnianym miejscu, oczywiście wyświetli Ci na telefonie powiadomienie, abyś nie zapomniał zrobić tam zdjęć i wrzucić do usługi Map :D

Jest jeszcze jedna ogromna niejasność. Jeśli z jakiegoś powodu przestanie nam być po drodze z Google i będziemy chcieli wyprowadzić nasze manatki, usunięcie konta i treści z usługi Zdjęć wcale nie spowoduje usunięcia ich z Map. Coś takiego da się zrobić w czymś w rodzaju centrum przesłanych plików, do którego dotarłem po kilku godzinach testów. Sądzę że niewielu osobom starczy cierpliwości aby dojść do tego miejsca, co tylko potwierdza tendencję Google do - w mojej opinii - traktowania swoich użytkowników w sposób nie-do-końca-fair.

Oczywiście wśród tych gorzkich żalów nie można zapominać o sednie. Usługa Google Maps dla przeglądającego i podróżującego, cały czas jest nieopisanym kompendium wiedzy, która częstokroć bardzo potrafi ułatwić życie. Integracja z rozkładami jazdy lokalnej komunikacji, zdjęcia Street View pozwalające zobaczyć jak dojść we wskazane miejsce, linki do witryny danego obiektu, zdjęcia satelitarne i - robione samolotem - pozwalające na podgląd w trzech wymiarach, możliwość pobrania map na telefon i wyszukania trasy z punktu A do punktu B będąc offline - to są udogodnienia z których realnie korzystam. Byłoby idealnie, gdyby do tego twardego produktu zwrócono również nieco więcej uwagi na jego miękkie elementy. Super-dokładny schemat ulic można bowiem pobrać w ramach umów podpisanych z lokalnymi zarządcami, zdjęcia Street View zrobić samo-kierującymi się samochodami. Jednak to dopiero użytkownicy nadają tym danym znaczenia emocjonalnego. Oceniają, opisują, wrzucają własne zdjęcia, wskazują co jest ciekawsze, lub wywołuje większe wrażenie. Warto o tym pamiętać.

środa, 2 listopada 2016

Gdzie wrzucać podróżne fotki po zamknięciu Panoramio? Recenzja usługi Zdjęcia w Google

Informacyjnie, moje konto na Panoramio z wyjazdowymi fotkami znajdziecie pod adresem: http://www.panoramio.com/user/1373046

Serwis Panoramio.com, to na pierwszy rzut oka internetowa galeria zdjęć. Jednak geneza powstania tej usługi była zupełnie inna. Cała zabawa polega bowiem nie tyle na zamieszczaniu fotek, co na ogromnej palecie możliwości, jakie daje geolokalizacja. Dlatego też startup został bardzo szybko zauważony i wykupiony przez Google. Ogromnym wsparciem była integracja treści serwisu z Mapami i Google Earth. Właśnie to spowodowało, że kilka lat temu założyłem na Panoramio swoje konto i jak dotąd tylko tam zamieszczałem swoje zdjęcia wyjazdowe. Być może w trakcie któregoś wyjazdowego opisu/przewodnika natrafiliście na link do galerii pokazującej dokładnie wskazane miejsce. Odnośniki te są również integralną częścią wirtualnego pamiętnika moich podróży, który znajdziecie pod mapką w prawej części bloga.

Niestety, w trakcie urlopu we Włoszech na moją skrzynkę wpłynął mail z informacją, że Google postanawia jednak zamknąć serwis. Nie pomogły jęki, prośby, groźby i duża społeczność dumna z tego, że dzięki swoim ujęciom może pokazywać świat. Google przechodzi proces głębokich zmian, integracji, reorganizacji. Trzeba unowocześniać, zarabiać, a z Panoramio jakoś w tym wszystkim nie było po drodze. Dlatego wszyscy użytkownicy dostali szybką piłkę - rejestrujesz się, integrujesz, przenosimy Twoje zdjęcia i jesteś przewodnikiem w Mapach. Jeśli nie, to na serwis fotki możesz wrzucać przez kolejny miesiąc, przeglądać przez następny rok, a potem cze jak czapka.

Po powrocie z urlopu postanowiłem ogarnąć temat i spróbować nieco rozpoznać rynek. Po jakimś czasie pomyślałem, że dam jednak szansę usłudze Zdjęcia w Google. W głowie miałem bowiem przekonanie, że gdy wrzucę tam geotagowane zdjęcia, to - jak kiedyś w Panoramio - pojawią się one w mapach Google. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, choć fotki są oznaczone koordynatami GPS (w domyśle - w tym punkcie zostały zrobione), to są to tylko elementy dodawane do albumów. Wśród ustawień usługi nie znajdziesz ptaszka w stylu  przypisuj zdjęcia do wskazanych/pobliskich miejsc. Aby coś takiego się zadziało, musisz samemu odnaleźć poszukiwany obiekt i w jego karcie informacyjnej kliknąć opcję dodawania nowego zdjęcia.

Dobrze, zatem do usługi wrzuciłem nieco zdjęć i chcę je teraz dodać do Map. Niestety, nawigowanie po tym sposobie to jakiś koszmar. Musimy bowiem wybierać z mieszanki nieposortowanych i chaotycznie ustawionych grup, jak Zdjęcia z wpisów (chyba te, które wcześniej zostały dodane do np. Map), zdjęcia wrzucone na bloga, hangout-sów (czat w Gmail), albumy, tagi, czy jakiś katalog oznaczony jedynie datą. Bardzo szybko zacząłem więc do Map przesyłać fotki bezpośrednio z dysku twardego mojego komputera. I uwaga - procedura taka, w mojej opinii, nie działa jakoś znacznie inaczej od tego, gdy użyjemy fotki z prywatnej galerii. Obraz taki jest prawdopodobnie duplikowany do serwisu Map.


OK, czyli już wiemy, że zdjęcie nie musi znajdować się w prywatnej galerii aby móc je wstawić do usługi Map. Dajmy jednak Google szansę i spróbujmy wrzucić wspomnienia z któregoś wyjazdu. Procedura ta jest bardzo prosta. Wystarczy bowiem przeciągnąć zaznaczone zdjęcia z systemu operacyjnego do okna przeglądarki internetowej. Niestety, regularnie, po jakimś czasie z moją przeglądarką zaczyna się dziać coś złego i w pewnym momencie po prostu się ona wyłącza. O tyle dobrze, że przy próbie przesłania do usługi takiej samej fotki, system ją rozpozna i nie pozwoli na zdublowanie. Czyli jeśli na raz chcę przesłać około 100 zdjęć, wystarczy że za każdym razem przeciągnę je nad okno przeglądarki. Po jakimś 10. wywaleniu się całego programu wszystkie fotki będą już wgrane. Trochę to przez łzy, ale działa ;) 

No to czas utworzyć album. Wpisuję tytuł - konkretny wyjazd - dodaję zdjęcia, działa. Nawet fajnie działa, ponieważ zdjęcia są automatycznie posortowane po dacie ich wykonania. Wprawdzie może to powodować problemy, gdy galerię stanowią fotki z dwóch niezsynchronizowanych ze sobą aparatów, ale to wątek na kiedy indziej.

No dobrze, a co z tagami, o które tak bardzo dbałem na Panoramio? Bo zamiast przelatywać po wszystkich fotkach, wolałbym mieć łatwy dostęp do tych zrobionych tylko w Barcelonie, Włoszech, przedstawiających zachód słońca, meczet czy po prostu te, na których widać mnie. Zatem nie da się... Znaczy się można tworzyć nowe albumy, które następnie usunie się z ich listy. Będą one widoczne tylko w zakładce Udostępnione. Niestety ich kolejność w tym miejscu jest totalnie chaotyczna, co zdecydowanie nie ułatwia sprawy.

A, jeszcze żeby było ciekawiej, linki do albumów to zakodowane przez Google hashe. Jeśli więc przesyłasz coś takiego swojej znajomej, ona nie wie czy dostanie album z całego wyjazdu, jego wycinku - np. tylko jedno miasto, czy być może robione telefonem zdjęcia spod prysznica ;) Dodatkowo nie ma czegoś takiego jak strona główna użytkownika, gdzie każdy może podglądać wszystkie udostępnione albumy. Nie ma możliwości obserwowania danej osoby, przypadkowego powrotu żeby sprawdzić czy zostało dodane coś nowego. Za każdym razem autor musi wygenerować i wysłać link do swojego albumu. Dorota wspomniała, że tagowanie i możliwość pokazywania wszystkiego była w Picassie. No tak, tylko że Google też ją zamknął...

Co w zamian tych ograniczeń usługa daje nowego? Cóż, nie wiedzieć czemu tworzące się automatycznie prezentacje. Do tego punkt lokalizacyjny, który w zasadzie jest tylko etykietą, w którą można wpisać dosłownie wszystko. Jest też mapa, która może służyć jako zobrazowanie odbytych w trakcie wyjazdu lotów. Tylko co ja się namęczyłem, aby wśród proponowanych miejsc docelowych znaleźć lotnisko we Wrocławiu. Trzeba bowiem wpisać coś, co Google będzie w stanie połączyć z jakimiś współrzędnymi geograficznymi. Niestety po wpisaniu np. Lotnisko Wrocław wyświetlane podpowiedzi skupiały się na parkingach, zamiast na porcie lotniczym ;)

Co do mapy - wszystko jasne. Punkt lokalizacyjny niech zatem służy do tematycznego podzielenia podróży. Takie rozdziały - zazwyczaj oznaczające jakieś miasto. Tylko że w Wenecji spędziliśmy dwa dni, w trakcie których sporo czasu poświęciliśmy na osobne wyspy Murano i Burano. Jak tam popłyniecie, to zrozumiecie dlaczego warto je wydzielić od Wenecji. Teraz pod linkami macie albumy (tagi) dotyczące tylko wymienionych miast. Ten podział byłby prosty, gdyby jednak nie automatyczne posortowanie zdjęć po dacie wykonania. Teraz muszę bowiem każde pojedyncze zdjęcie przesunąć w górę, lub w dół o niemal 1/4 galerii. Aż nie mogłem w to uwierzyć, że Google tak dobrze sobie radzi z milionami ton informacji, a nie daje możliwości równoczesnej i łatwej edycji kilku zdjęć ;) 

Usługa Zdjęcia posiada jednak jedną bardzo dobrą właściwość. Zainstalujcie sobie na tablecie/telefonie jej aplikację. Aha, uważajcie z synchronizacją kont, ponieważ po chwili obok zdjęć z Waszych urlopów znajdą się te robione urządzeniem - czy to pokazujące drina z palemką, wysyłane koleżance fotki butów znalezionych w jakimś sklepie, czy też te spod prysznica ;) Ale wracając do sedna, gdy w aplikacji wejdziecie w wybrany album i przewertujecie każde zdjęcie, program je zapamięta. Modulo - jedziesz do rodziny z dala od swojego wi-fi, odpalasz urządzenie i snujesz długą opowieść pośród ponad 300 zdjęć robionych przez tydzień wyjazdu :-)

Podsumowując, po tygodniu korzystania mam bardzo mieszane uczucia co do usługi Zdjęć. Co najważniejsze, nie jest ona niezbędna aby obrazy pojawiły się w Google-owych Mapach. Samo jej działanie jest natomiast skupione na innych priorytetach. Za mało w niej możliwości konfiguracyjnych a za dużo nastawienia na prosty do osiągnięcia wow-effect. Nie wiem czy to ja się starzeję i moje przyzwyczajenie do encyklopedycznej zawartości internetu nie współgra z dzisiejszym nowoczesnym, multimedialnym i w gruncie rzeczy dającym niewiele wartości podejściem do prezentacji treści. Ale chyba coś w tym jest, bo Dorota także czasami ma problemy w połapaniu się o co chodzi w tej usłudze. Dlatego jeśli szukacie miejsca do wrzucania galerii ze swoich podróży, lepiej poświęćcie jedno popołudnie więcej, żeby sprawdzić także alternatywy. Być może znajdziecie coś, co będzie bardziej celować w Wasze gusta i potrzeby.

sobota, 29 października 2016

AZair wprowadził alert cenowy

Kojarzycie AZair? Prezentowałem go jakiś rok temu we wpisie Szukanie fajnych cen jest proste. W skrócie jest to mega przydatne narzędzie dla osób szukających okazji, o niekoniecznie sprecyzowanych miejscach lub datach wyjazdu. Przez ostatni rok twórca coś tam zmienia. Przede wszystkim do mechanizmu dodaje nowe linie, z tych najbardziej nas interesujących jest już Aegan, Aer Lingus, AirBaltic, airberlin, easyJet, Eurowings/Germanwings, Jet2, Jetairfly, PLL Lot, norwegian, Pegasus, Ryanair, SprintAir, Transavia, Volotea, Vueling oraz oczywiście Wizz Air. O ile dobrze pamiętam, dość wcześnie od ostatniego wpisu pojawiły się też różne wersje językowe. Działa to jako-tako, jednak warto pamiętać że jest to póki co projekt hobbystyczny :-) 

Bodaj pod koniec wakacji zauważyłem jednak nową funkcjonalność - alert cenowy. Owszem, jak dotąd było obejście w postaci przypisania wyszukiwania do krótkiego url-a, który można było sobie gdzieś zapisać i odpalać np. podczas porannej kawy. Niestety z biegiem czasu takich linków tworzy się całkiem sporo, sprawdzanie których powoduje, że tej kawy w pewnym momencie zaczyna już brakować w szklance ;) 

Konfiguracja powiadomień wymaga rejestracji konta, w trakcie której podawany jest jedynie adres e-mail. Następnie wystarczy zrobić takie same wyszukanie jak dotychczas, a na stronie z wynikami pojawi się ikona kota. Posmyranie go za uchem spowoduje, że Watch Cat będzie miał oko na zmiany najniższej ceny w zapisanym wyszukaniu.

Oczywiście częstotliwość przeczesywania systemów rezerwacyjnych AZair nie jest tak częsta, jak w niedawno opisywanej wyszukiwarce lotów Google, jednak tutejszy alert ma jedną dużo ważniejszą zaletę. Otóż powiadomienie mailowe przychodzi od razu, gdy tylko wykryta zostanie niższa cena. W przypadku mechanizmu Google, mail taki przychodzi raz na dobę, o mniej więcej tej samej porze. W momencie, gdy np. Ryanair potrafi przetasować swoją siatkę taryfową nawet kilka razy dziennie, alarm wszczęty przez AZair może przyjść dużo szybciej :-) 
Listę zapisanych powiadomień znajdziecie na stronie głównej, w mało mówiącym linku znajdującym się pod Waszym adresem mailowym. Niestety same nazwy alertów również niewiele mówią. Znajdujące się na obrazku poniżej Warszawa/Gdańsk - Niemcy, to multiwyszukiwanie open-jaw z różnych miast w Polsce do których mam łatwy dostęp z Warszawy, do sąsiadujących ze sobą miast w Niemczech. Chodzi o konkretne jednodniowe przypadki na noworoczne wyprzedaże. AZair - search results za 0 PLN to natomiast alert ustawiony w dniu ogłoszenia przez Wizz Air siedmiu nowych połączeń z Warszawy. W momencie ustawiania były one już dostępne w systemie rezerwacyjnym przewoźnika, jednak nie zostały jeszcze zaciągnięte do bazy danych AZair.



Jak więc widać, Watch Cat w AZair ma jeszcze nieco spraw do dociągnięcia, przede wszystkim w kwestii szybkości reakcji, oraz w warstwie prezentacji. Należy jednak pamiętać, że jest to projekt darmowy, pisany hobbystycznie i mimo to, wciąż jeden z najbardziej przydatnych w branży.

czwartek, 27 października 2016

Wyszukiwarka lotów Google

Bez dwóch zdań, Google na zawsze zmienił oblicze internetu. Rewolucja jaką przyniosły mechanizmy wyszukiwania były czymś prawie tak samo wielkim, jak sama idea internetu. Jednak trochę przeraża mnie skala do jakiej rozrosła się korporacja. Darmowa poczta, przestrzeń na pliki, galeria zdjęć, Youtube, niemal doskonałe mechanizmy map, widgety pogodowe, profilowanie pod reklamy (których akurat nigdy nie klikam), przeglądarka, system operacyjny na smartphone-y, zaawansowany system tłumaczeń, kalendarz zsynchronizowany z innymi usługami (np. automatycznie dodający lot w przypadku otrzymania potwierdzenia rezerwacji)... jak można to wszystko ogarnąć?

Kilka miesięcy temu odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę Google-owej przeglądarki. Wpisując przykładowo treść Lot Warszawa - Wrocław trafiłem no poddomenę flights.google.com Pamiętacie ten popularny w ostatnich miesiącach gif Mind blowing?



Bo chociaż Google zazwyczaj na początku wrzuca usługi z tylko podstawowymi możliwościami, to już sam ich zakres w tym przypadku powala na kolana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wtedy też wydaje się, że mamy do czynienia z czymś podobnym do popularnego Skyscanner. Ot, kierunki, daty, liczba pasażerów, filtrowanie na linie lotnicze, przesiadki, godziny lotów itp. Tylko że Google jest bardzo mocno wyćwiczony w podejściu continuous delivery, czego bardzo brakuje przywołanemu konkurentowi. Wspominałem o tym w zeszłym roku we wpisie Szukanie fajnych cen jest proste. Algorytmy taryfowe przewoźników sieciowych są dużo bardziej zaawansowane niż u tzw. nisko-kosztowych. Cena końcowa jest różna w zależności od tego na jakiej trasie chcesz lecieć, jakiego dnia wylatujesz i kiedy wracasz. Może się więc okazać, że wylot we środę kosztuje 200 złotych jeśli wracasz za prawie tydzień we wtorek, a ten sam wylot we środę kosztuje 400 złotych jeśli wracasz dzień później. W drugim przypadku najprawdopodobniej jesteś pasażerem podróżującym w interesach, czyli skłonnym zapłacić więcej. Dlatego też tabelka z poziomami cen w Skyscanner jest skrajnie niepełna, nawet w przypadku bardzo częstych rejsów na wskazanej trasie. Jak na grafice poniżej, trasa z Monachium do Wrocławia latana jest trzy razy dziennie, natomiast tabela cen wskazuje prawdopodobnie tylko te daty, które ktoś kiedyś próbował wyszukać.


W silniku Google problem różnorodności cenowej rozwiązano w bardzo prosty sposób - dodając pole wskazujące jak długo ma trwać pobyt na miejscu. W połączeniu z częstym odpalaniem mechanizmów wyszukujących i głęboką integracją z liniami lotniczymi (wspomniane continuous delivery) otrzymujemy rozwiązanie pełne i wiarygodne. Przy okazji mamy też cudowny dodatek w postaci mechanizmu Elastyczne daty, który rzutuje na siatce kształtowanie się najniższych cen w okolicach planowanego terminu wylotu.


W zasadzie, to mógłbym tutaj jeszcze raz wkleić wspomnianego wyżej gifa, prawda? Oczywiście to jest wartość podstawowa. Dodatkowo mamy kilka drobnych smaczków, jak delikatne zabarwienie cen wskazujące na najwyższą i najniższą w obserwowanym przedziale. Na późniejszym etapie mamy podpowiedzi o oszczędności jeśli nieco przesuniemy daty lotów, o ewentualnych dodatkowych opłatach za bagaż, prawdopodobieństwie opóźnienia w lądowaniu, dostępu na pokładzie do Wi-Fi i gniazdka zasilania, typie samolotu a co za tym idzie o ilości miejsca na nogi (ciekawostka, dla Lotowskiego Embraera RJ-175, 81 cm na nogi określone jest jako ponadprzeciętna ilość) oraz alercie jeśli mamy do czynienia z maszyną o silnikach turbośmigłowych. Gdzieś później mamy też informacje o poziomach cenowych jeśli będziemy bookować na stronie przewoźnika, przez telefon, lub za pośrednictwem np. biur podróży.

Jeśli chodzi o aktualność pokazywanych stawek, to kilka miesięcy testów na prostych wyszukiwaniach wykazały, że są one takie same, jak na stronach internetowych przewoźników. Odnosi się bowiem wrażenie niemal synchronizacji z bazami danych linii, przez co ilość i aktualność propozycji jest powalająca, a poziomy cen odświeżane za każdym razem po wskazaniu przedziału interesujących dat. Sporo zamieszania wychodzi przy skomplikowanych trasach wykonywanych na niewspółpracujących ze sobą liniach lotniczych. Wtedy ceny na liście wszystkich ofert i szczegółach wskazanych rejsów potrafią się zmieniać drastycznie, włącznie z różnicą czterocyfrową. Jednak, co warto zaznaczyć, jest to zagadnienie trudne i zarazem niejeden błąd, czy też niedociągnięcie mechanizmu. Wspomnijmy o kilku z nich.


Na samym początku spore zakłopotanie wprowadza bowiem niejasność w multiwyszukiwaniu. Przykładowo AZair pozwala na wyszukanie biletów na trasie z Wrocławia na Wyspy Kanaryjskie bez precyzowania na którą dokładnie wyspę chcemy się udać. OK, mechanizm Google też coś takiego umożliwia, jednak proces jest bardziej wydłużony i nie daje możliwości porównania w szerokim zakresie dat. Wpisując bowiem Wyspy Kanaryjskie, dostajemy coś na wzór przewodnika, z odnośnikiem do map, które zaznaczają obszar, pokazują większość obecnych na nim lotnisk i odnalezione ceny na część z nich. Kliknięcie na któreś z docelowych powoduje otwarcie z boku karty trasy z atrakcjami na miejscu, oraz tylko częściowo danymi możliwych dolotów. Dopiero kliknięcie na Pokaż loty przekieruje nas na listę wszystkich połączeń włącznie z cenami i godzinami operowania. Minus jest taki, że lista dotyczy jedynie wskazanego lotniska a nie wszystkich na Kanarach, przez co nie można zrobić łatwego porównania każdej z wysp. Zwłaszcza, gdy można sobie pozwolić na dowolność w wyborze daty. To co zapewnia AZair, w Google trzeba jednocześnie sprawdzać w kilku kartach przeglądarki.

Dodatkową niejasność w multiwyszukiwaniu powoduje grupowanie lotnisk. Zauważcie, że powyższe wyszukiwanie wskazało jedynie wyspę Teneryfę. Dopiero kliknięcie na nią wskazuje, że znajdują się tam dwa lotniska - północne (w domyśle) zorientowane na ruch lokalny i dla połączeń z Hiszpanią kontynentalną, oraz południowe  - w większości przeznaczone dla ruchu czarterowego. Podobną niejasność powoduje wyszukanie na trasie Warszawa - Paryż, gdzie mamy po dwóch stronach w sumie pięć lotnisk: Chopin i Modlin, oraz Orly, Charles de Gaulle, oraz odległy od centrum Paryża o 90 kilometrów Beauvais.

Kolejną ciekawostką jest niejasność w grupowaniu linii lotniczych. Wpiszcie np. przywołaną wcześniej trasę Warszawa - Paryż. Pierwszy sort pokazuje, że na wskazanych datach najtańsza jest oferta Air France. Pozostałą sporą grupę stanowią oferty Lufthansy, Lotu, lub też KLM. Klikam więc na najtańszy rejs tam, a wtedy wśród powrotnych filtrowanie ogranicza się głównie do ofert Air France, lub KLM. Gdy kliknę natomiast propozycję LOTu, w drodze powrotnej mam przede wszystkim loty na pokładzie Lufthansy, Austrian, SAS, Swiss czy Brussels Airlines. Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, to alianse pozwalające na code share i sprzedaż łączoną na stronach partnerów. Jednak co ciekawe, wśród powrotów preferujących Star Alliance, są także propozycje przesiadek we Wiedniu, gdzie odcinki odbywają się na pokładzie kolejno Air France i PLL Lot. Warto zaznaczyć, że przewoźnicy ci jakiś czas temu odeszli od polityki bardzo drogich biletów w jedną stronę. Nie sądzę więc, aby na tak konkurencyjnej i zatłoczonej trasie, jak z Warszawy do Paryża, pojedynczy bilet Air France na odcinek powrotni był tak drogi, żeby nie ujmować go w wynikach wyszukiwania. W zeszłym roku najtańszą urlopową opcją była dla mnie trasa Warszawa - Paryż - Biarritz u Air France i Bilbao - Praga u CSA.

Pikantności do całości dodaje również sortowanie przewoźników nisko-kosztowych. Ciekawym przykładem jest trasa Warszawa - Paryż Beauvais, z lotami w takie dni, aby operacje miał zarówno Ryanair (loty z Modlina) jak też Wizz Air (lotnisko Chopina). Na grafikach poniżej widać, jak mechanizm wyszukuje oferty obu przewoźników. Najtańszą opcją będzie, jeśli do Francji polecimy na pokładzie Wizz Air a wrócimy na Modlin Ryanair. Oferta drugiego przewoźnika jest jednak niewidoczna, jeśli na pierwszym odcinku zaznaczymy rejs jego konkurenta.
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Wizz Air
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w Ryanair
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - wszystkie oferty
Ceny na trasie Warszawa - Beauvais w wyszukiwarce Google - brak oferty Ryanair przy wylocie na pokładzie Wizz Air


Można to wytłumaczyć, że chodzi o różne lotniska w Warszawie. Trochę to słabe. Jeśli bowiem zaznaczam trasę z miasta, to nie ma dla mnie wielkiego znaczenia z jakiego lotniska chcę startować. W takiej sytuacji prawdopodobnie biorę też pod uwagę możliwość powrotu na inne lotnisko, obsługujące to samo miasto. Algorytm powinien brać to pod uwagę.

Ale chyba nie tylko o lotnisko chodzi. Zrobiłem bowiem test na trasie Warszawa (WAW) - Barcelona (BCN) w dzień, w który akurat odbywają się rejsy PLL Lot i Vueling. W skrócie, oferta narodowego to 311 złotych tam i 470 na powrót. Vueling natomiast chce lecieć za 50 Euro tam, oraz 80 na powrocie. Gdy w wyszukiwarce Google jako pierwszy rejs wybiorę operowany przez Lot, to wśród powrotów w ogóle nie znajdę oferty Vueling, która notabene jest tańsza.

Ktoś powie, no dobrze, Vueling, jakkolwiek samodzielny i nisko-kosztowy, to poprzez IAG jest w bliskiej współpracy (coś na wzór Aliansu) z Iberią i British Airways. Być może dlatego mechanizm nie chcę łączyć ofert tej linii i PLL Lot. Tylko w takim razie dlaczego daje możliwość miksowania ofert Vueling, Wizz Air i Ryanair na trasie z Barcelony (El-Prat) do Budapesztu? Passuję ;) 

Chociaż znany nam internet, to głęboka integracja wielu mechanizmów, umożliwiająca sprzedaż szybszą, łatwiejszą i trafiającą do większej rzeszy odbiorców, to niestety wciąż gdzieś tam głęboko w jego odmętach znajdują się szare strefy, niewykorzystujące w pełni jego możliwości. Miejscem takim przykładowo jest internet Kubański. Ostatnio bowiem zaczynamy powoli przygotowywać się do podróży po tej wyspie, rozglądając się za różnymi miejscami i możliwościami transportowymi. Niestety, wyszukiwarka Google nie pokazuje żadnych propozycji lotniczych krajówek, oprócz przelotów na 280.kilometrowym odcinku z Hawany do Santa Clara, z przesiadką w Toronto, opcjonalnie Nassau i Panama City. Okazuje się bowiem, że wyszukiwarka nie jest zintegrowana z lokalną linią Cubana de Aviación, która to na trasie z Hawany do Santiago de Cuba lata od dwóch do czterech razy dziennie. Niestety, internet i oferta turystyczna na Kubie najwyraźniej są bardzo mocno zacofane i - choć dopiero co zaczęliśmy nasz research - niejednokrotnie spotkaliśmy się z wieloma problemami natury hm... nie wiadomo nawet jakiej ;)
Wyniki wyszukiwarki lotów Google na trasach krajowych na Kubie
Oferta Cubana de Aviación na trasie z Hawany do Santiago de Cuba

Przy okazji Kuby jest jeszcze jedna istotna sprawa, o której warto wspomnieć. Wyszukiwarka Google pobiera ceny bezpośrednio od przewoźnika. My loty na Kubę kupiliśmy od pośrednika, który akurat wystawił totalnie zaskakującą cenowo ofertę. Oczywiście w myśl zasady - jeśli coś jest okazyjnie tanio, to być może da się znaleźć opcję jeszcze tańszą - chwilę przed zakupem zrobiłem mały research bezpośrednio u przewoźnika, w opisywanej wyszukiwarce, na Skyscannerze i kilku innych źródłach. Tym razem zasada nie miała zastosowania, a ceny u przewoźnika były podobne jak te w wyszukiwarce. Blisko dwukrotnie wyższej wartości niż nasz zakup. Konkluzja? Pośrednicy, jak też serwisy ofertowe pokroju loterów czy fly4free nadal mają prawo bytu w przestrzeni internetowej :-)

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć o kolejnym bardzo, bardzo ważnym ficzerze. Jest to podobny do obecnego na Skyscanner (ale od niedawna także na AZair) alert cenowy. Utworzenie takowego sprawia, że co około 24 godziny na skrzynce mailowej ląduje powiadomienie o zmianach w obserwowanych cenach. Jest krótka lista ofert wielu przewoźników, informacja o trendzie cenowym, oraz link kierujący do szczegółów ustawionego powiadomienia. Na liście monitorowanych lotów znajduje się bardzo przydatny wykres cen. Oczywiście alert można utworzyć tylko na konkretną datę (nie można na zakres dat), niemniej wykres ten może się okazać przydatnym narzędziem do wyszukiwania pewnych trendów cenowych. Mimo wszystko większość osób nadal myśli że im wcześniej zarezerwuje się bilety, tym te będą tańsze.

Alert cenowy na skrzynce mailowej
Wykres cen i szczegóły ustawionych alertów

Tyle dobrego. Niestety sam alert jest bowiem obarczony pewnym błędem architektonicznym. Otóż wykres pokazuje najniższą cenę znalezioną w danym dniu, a powiadomienie przychodzi na skrzynkę tylko raz dziennie. Dużo lepiej radzi sobie tutaj strażnik oferowany przez Sky Scanner, który natychmiastowo informuje o wykrytej zmianie cen. W momencie, gdy np. Ryanair jest w stanie kilkukrotnie w ciągu dnia modyfikować swoje siatki taryfowe, funkcjonalność taka wydaje się być niezbędna.

Podsumowując, wyszukiwarka Google wywołuje u mnie mieszane uczucia. Mechanizm sam w sobie jest świetny, to bez dwóch zdań. Google od samego początku wskoczył nim na czołówkę najważniejszych graczy na rynku. Jednak ma to być narzędzie służące do zarabiania. Dlatego wyraźnie odnoszę wrażenie, że mechanizm jest kierowany przede wszystkim do ruchu biznesowego, podróżującego często i niekoniecznie najtaniej. Jest prosty w obsłudze, przejrzysty, dający szybką odpowiedź na jasno sprecyzowaną potrzebę. Niestety słabo sprawdza się przy szukaniu mega-okazji, kombinowaniu gdzie by tym razem, lub kiedy by może gdzieś. Denerwuje mnie też myślenie za mnie, ukrywanie innych opcji, które są tańsze, ale z jakiś powodów poza prezentacją. Wiadomo, Google napisał ten mechanizm aby zarabiać. Wskazane nieco wyżej ukrywanie różnych propozycji powoduje we mnie obawę, że w pewnym momencie wyszukiwarka nie będzie służyć do wynajdowania opcji tanich, tylko poprzez profilowanie użytkownika takich, które będą dla mnie akceptowalne. Nie ma co się szczypać, Google posiada big, big, big data i świetnie radzi sobie z informacjami o nas. Miejmy nadzieję, że przesadzam :-)