piątek, 5 sierpnia 2016

Najlepszy plecak na bagaż podręczny w Wizz Air - Wanabee Hike 30

Ostatnie miesiące to u mnie rewolucja w osprzęcie podróżniczym. Częściowo wynika to z konieczności podyktowanej zużywaniem się rzeczy już posiadanych, częściowo z potrzeby posiadania czegoś, co będzie stosunkowo często używane. Przykładowo buty trekkerskie, których jeszcze niedawno w ogóle nie miałem potrzeby posiadać a w ciągu ostatniego roku chodziłem w nich w sumie przez kilkanaście dni.

Wczoraj opublikowałem recenzję wysłanego na emeryturę plecaka podróżnego, z którym przejeździłem siedem ostatnich lat. Od tamtych czasów rynek nieco uległ zmianie. Płatne bagaże rejestrowane wprowadzili przewoźnicy sieciowi, których limity kabinowe są jeszcze mniejsze niż w Ryanair. Bardziej drakoński ruch zastosował natomiast Wizz Air, wprowadzając płatny tzw. duży bagaż podręczny. W przypadku podróży w jedno miejsce na 4 dni - spoko, jesteśmy w stanie zmieścić się w niewielki plecak. Jednak gdy lecimy na np. dwa tygodnie, a na plecach musimy przewieźć np. materac, śpiwór i inne objętościowe rzeczy, bez konieczności dokupienia dużego bagażu podręcznego się nie obejdzie. Pal licho jak by to było €5. Widziałem jednak trasy na których za plecak trzeba było zapłacić prawie 100 złotych. Totalną ciekawostką natomiast był nasz ostatni zakup biletów na trasie z Bergamo do Warszawy, gdzie duży bagaż podręczny kosztował €9, a możliwość zabrania walizki do 23 kilogramów... €10. Cóż, Wizz Air czasami jeszcze bardziej odp...dala niż innym nisko-kosztowym liniom.

Ciekawym obejściem tych ograniczeń jest plecak, który kupiłem na wiosnę. Potrzebowałem bowiem czegoś mniejszego, tak aby spakować się na weekendowe loty do Doroty, mieć możliwość zabrania go jako mały bagaż podręczny w Wizz Air, lub iść z nim na niewielkie zakupy codzienne. Po krótkim researchu padło na Wanabee Hike 30 kupionym w Go Sport. Plecak ten, to wyjątkowo pojemny, jednokomorowy trzydziestoliterek. Posiada dwie kieszenie po bokach (zamki na niemal całą wysokość plecaka), jedną na górnej klapie, siatkę, linkę umożliwiającą spięcie jakieś bluzy, oraz dolny uchwyt na worek z materacem lub śpiworem. Co w nim jednak najważniejsze, to niemal idealne dopasowanie do wymiarów małego bagażu podręcznego w Wizz Air*. Plecak wchodzi do koszyka bez najmniejszych problemów, pozostawiając z boku nawet ciutkę wolnej przestrzeni. Konstrukcja plecaka nie pozwala na jego rozbudowanie, kieszenie boczne pochłaniają bowiem przestrzeń do wewnątrz. Ma to swoje wady: gdy jesteś zapakowany pod kurek i na miejscu jeszcze dokupujesz jakieś rzeczy typu woda i przekąski, nie możesz ich po prostu dorzucić. Przypomnę jednak o zalecie przewodniej - po prostu wiesz że nie przekroczysz wymaganych wymiarów małego bagażu kabinowego Wizz Air :-) 

Co ciekawe, po kilku próbach odniosłem wrażenie, że w komorze plecaka musi być zamontowana jakaś niewielkich rozmiarów czarna dziura. Pomimo swojej skromnej przestrzeni jest on bowiem niezwykle pakowny. W trakcie wyjazdu do Norwegii zmieściłem w nim materac, śpiwór, kosmetyczkę, półlitrowy kubek z mobilną kuchenką, wyżywienie, ręcznik, ciepłe ciuchy do noclegu w plenerze i zostało w nim jeszcze nieco wolnej przestrzeni. Bez większego problemu w takie plecaki spakowaliśmy się też na pięciodniowy wypad do Bośni i Hercegowiny, przenosząc w nich oczywiście część wyżywienia (trekking w ramach całodniowej przesiadki w Szwecji), materace, ciuchy, kosmetyczki itp. Kilka dni temu przeprowadziłem też hipotetyczny stress test. W plecaku zmieściłem bowiem najtańszy dwuosobowy namiot z Decathlona, śpiwór (+ przeciwdeszczowy ochraniacz na niego), dwa materace, ręcznik i kosmetyczkę. Podróżując w parze, drugi taki plecak musi pomieścić już tylko drugi śpiwór, ręcznik, ciuchy i wyżywienie. Pozwala to postawić śmiałą teorię, że w taki sposób da się polecieć na czterodniowy wypad w dzicz. Wprawdzie stelaż od namiotu, mimo włożenia po skosie, wystaje poza limit Wizza o jakieś 4 centymetry, jednak problemy na lotnisku z powodu takiego przekroczenia musiałyby być efektem wyjątkowego pecha. Zresztą, gdy akurat zauważamy wyjątkową nadgorliwość pracowników lotniskowych, wystarczy ten stelaż po prostu wyjąć i na czas przechodzenia przez bramkę trzymać gdzieś ukryty :-)

Porównanie wielkości plecaka Wanabee Hike 30 i najtańszego namiotu z Decathlona

Rzeczy na biwakowanie, które zaraz znajdą się w środku plecaka

Skośne ułożenie stelaża namiotu

Plecak Wanabee Hike 30 spakowany na biwakowanie

Jedyne do czego ciężko mi było przywyknąć w Hike 30, to konieczność zwiększonej uwagi podczas jego pakowania. Najpierw trzeba bowiem ogarnąć kieszenie boczne (przypominam: zajmują przestrzeń do wewnątrz plecaka). Pakując główną komorę trzeba ciągle mieć na uwadze równomierne wypełnienie każdej jej części. Dość szybko bowiem okazuje się, że gdzieś po drodze pojawiają się dziury powietrza, które sprzyjają lekkiemu deformowaniu konstrukcji (dyskomfort w noszeniu), oraz są po prostu marnotrawstwem dostępnych zasobów. Odrobina uwagi pozwala jednak na dokonywanie czarnodziurowych cudów o jakich pisałem wyżej :-)

W trakcie pakowania warto również mieć na uwadze fakt, że plecak Wanabee nie posiada żadnego metalowego stelaża na plecach. Dzięki zamiennemu zastosowaniu pewnego rodzaju giętkiej płachty utwardzającej tylną część, plecak sam w sobie jest dość lekki. Z drugiej jednak strony bezmyślne upychanie komory głównej sprzyja powstawaniu tzw. efektu tuby.

Dodatkowo wspomnę, że plecak jest sprzedawany bez żadnego pokrowca przeciwdeszczowego. Spokojnie jednak mieści się w moją Quechuę o pojemności 35 - 50 litrów. Przy dość dokładnym spięciu pokrowca, pozostała przestrzeń może być wykorzystana do przenoszenia dodatkowych drobnych pakunków, do których będzie trzeba mieć w miarę częsty dostęp, np. butelkę z płynami.

* Na koniec opisu muszę Wam wspomnieć o jednej bardzo ważnej uwadze. Otóż idealne dopasowanie do koszyka Wizz Air wcale nie oznacza, że taka sytuacja będzie miała miejsce na każdym lotnisku. Sieć internetowa od wielu lat zapełnia się bowiem wpisami, że niektóre wzorniki są nawet 3 centymetry mniejsze niż limity wskazane przez linię. Pierwszy eksperyment Doroty wskazujący idealne dopasowanie miał miejsce we Wrocławiu. Na Okęciu okazało się jednak, że plecak jest nieco za wysoki, chociaż był zapakowany mniej więcej tak samo. Na szczęście wspomniany brak metalowego stelaża w plecaku, umożliwia lekkie zgięcie jego górnej części w taki sposób, aby nie wystawała ona poza koszyk. Dlatego też polecam wstrzemięźliwość w tzw. pakowaniu się pod kurek. Gdy jednak nie jesteście w stanie nieco ograniczyć liczby swoich rzeczy, polecam praktykowany od lat patent pasa, lub jak kto woli - nerki. Z moim, również dość pojemnym, jeżdżę już chyba szósty rok i jeszcze nikt nie zwrócił na niego uwagi podczas boardingu do samolotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz