Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocowanie w plenerze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocowanie w plenerze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

Return to the source - relacja z festiwalu Goa Dupa 2016

Jestem człowiekiem pasji. Oddaję się im niemal całkowicie, czasami totalnie zapominając o całym świecie. Po prostu muszę lubić to co robię. Dlatego pracuję w zawodzie który sprawia mi frajdę, jeszcze nie mam potrzeby posiadania prawa jazdy, wciąż mieszkam w wykończonym w 85% mieszkaniu, bo po prostu nie mogę się przymusić do podjęcia decyzji w kilku kwestiach. Dlatego mnóstwo wolnego czasu  poświęcam swojej pasji przewodniej - podróżowaniu. Jednak nie od zawsze tak było. Wcześniej była to muzyka, elektroniczna muzyka. Tworzyła moje otoczenie w zasadzie od zawsze. Do dziś doskonale pamiętam każdą sekundę kaset Jean Michel Jarre-a, czy "The Mix" Kraftwerka. Jednak we wrześniu 1996 roku pierwszy raz w życiu usłyszałem polecany przez mojego ojca (!!!) Technikum Mechanizacji Muzyki, autorski program obecnego do dziś na antenie RMF-FM Bogdana Zalewskiego. Od tamtego czasu, przez kilkanaście lat było już tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno *. Zaczynałem od nagrywania kaset, potem próbowałem się z miksowaniem, tworzeniem własnych kompozycji, aż zabrnąłem w organizowanie imprez i animację naszej krajowej sceny. W międzyczasie zawęziłem swoją aktywność do elektroniki psychodelicznej, która na przełomie lat 80. i 90. narodziła się z połączenia trwających bez przerwy imprez na plażach w indyjskim Goa (stąd pierwotna nazwa Goa Trance), rewolucji w tworzeniu muzyki jaką niosła ze sobą nowa fala instrumentów muzycznych, oraz post-hippisowskiego klimatu. Zrobię teraz mały show-up, ponieważ nigdy o tym nie wspominałem na łamach bloga. Miałem jednak sporo kontaktów z ludźmi z całego świata, które owocowały wywiadami, oraz recenzjami ponad setki płyt. Prace i publikacje te sprawiały mi mnóstwo satysfakcji, stając się pośrednikiem do tego, kim jestem teraz. Oczywiście jakiś czas temu po prostu się wypaliłem. Powiedziałem sobie stop. Zwłaszcza, że muzyka cały czas ewoluuje, a ostatnich kilka lat to nie było już to samo co kiedyś.

Żalu wielkiego nie było, pojawiło się bowiem podróżowanie. Jednak nie ukrywam, że co jakiś czas zaglądam na serwis, w który włożyłem sporo młodzieńczej pracy pisarskiej, zainteresuję się jakąś nową płytą, lub nawet zagram na jakieś imprezie. Pamiętam, że miałem nawet kiedyś propozycję zagrania na jednej z pierwszych edycji Goa Dupy. Tym razem postanowiłem jednak zawitać tam w roli fana. Dla funu własnego, jak też aby pokazać Dorocie czym kiedyś żyłem. Wprawdzie dużo ciekawszą propozycją byłby dużo większy, organizowany z większym rozmachem O.Z.O.R.A. Festival, jednak czas dojazdu nad Balaton byłby za długi, jeśli mielibyśmy tam jechać tylko na weekend. Dlatego postawiliśmy na nasze Bieszczady.


Oczywiście żeby było ciekawiej, postanowiłem festiwal połączyć z lotem. Dorota jechała bowiem samochodem, a że na trasie z Warszawy do Rzeszowa akurat leży Radom i planowaliśmy jechać w czwartkowe popołudnie, to postanowiłem skorzystać z możliwości odwiedzin jednego z najmłodszych lotnisk na polskiej mapie. Nie ukrywam że trochę dla jaj, ale także aby skonfrontować z rzeczywistością moją szyderę wylewaną we wpisie Wariactwo nowych lotnisk.

Na lotnisku we Wrocławiu stawiłem się 10 minut przed godziną 16. Chwilę po wysiadce z autobusu zestresowanym biegiem wyprzedziło mnie kilka osób. Spokojnie, zdążycie na ten Modlin, do odlotu macie ponad pół godziny. Pamiętam, że w zeszłym roku na lotnisko wbiegłem 8 minut przed odlotem. Korzystając z odprawy dla klasy biznes, wrzucając do Heimanna przygotowane wcześniej rzeczy, a następnie sprintem przez cały terminal - zdążyłem :-) Ale oczywistego stresu nie zazdroszczę. W moim przypadku, tym razem spokojna odprawa i wpuszczenie do busika wiozącego nas do czekającego przez pół dnia Saaba. W autobusie totalny szok - 24 pasażerów! Spodziewałem się ośmiu, maksymalnie dziesięciu, ale żeby aż tyle? Kto by pomyślał, że z Radomia ktoś chce latać do Wrocławia. Oczywiście byli pasażerowie sponsorowani przez władze lokalne, ale było także trzech seniorów lecących z kilkoma wnukami, oraz grupka młodszego pokolenia studentów. No cóż, statystyki i rozkład na następny rok będą najlepszym weryfikatorem...

Sama podróż do najprzyjemniejszych nie należała, przynajmniej na początku. Cały dzień grzania płyty przez samolot Sprint Air spowodował, że wchodziliśmy do przestrzeni o wewnętrznej temperaturze podchodzącej pod 40℃. Na szczęście klima była w stanie w kilkanaście minut doprowadzić do wstępnie znośnych warunków. Jednak o upałach przypomniały nam serwowane wafle, które w ciągu dnia stały się czekoladową mazią ;) Pozytywną ciekawostką jest natomiast godzina startu, jakieś 15 minut przed planowanym czasem. Boarding odbył się bowiem dość szybko, maszyna była gotowa do lotu, nie mieliśmy problemu ze slotami (w końcu lecieliśmy na wysokości do 6000 metrów), więc czemu nie przylecieć wcześniej? Tak też się stało.

Wnętrze samolotu Sprint Air na trasie Wrocław - Radom
Pustki w terminalu lotniska w Radomiu

Festiwal Goa Dupa odbywał się w tym roku w rozległym Natura Park, koło Baligrodu w Bieszczadach. Co ciekawe, ośrodek cały czas działał normalnie. Część domków i pokojów była bowiem wynajęta zwykłym urlopowiczom a gdzieś pomiędzy przebijały się grupki dzieciaków przebywających na prawdopodobnie jakiś koloniach. Naprawdę jestem ciekaw ich opinii na temat opanowujących teren kilku tysięcy freakowatych hippisów. Zwłaszcza, że ta kultura od zawsze przyciągała ludzi z wielu, często totalnie niezwiązanych ze sobą grup społecznych. Sama Dorota wywołała małe poruszenie na swoim facebookowym wallu, gdy okazało się że kilku znajomych nie tyle wie czym jest ten festiwal, co nawet było na nim w przeszłości.







Dla mnie tegoroczna Goa Dupa była rekonesansem stanu naszej sceny. Porównaniem do jej początków, kiedy to kilka lokalnych ekip ścierało się z niewielką frekwencją, małym doświadczeniem w organizacji i przede wszystkim liczeniem każdego grosza. Jeśli impreza wypaliła, było ok. Jeśli jednak frekwencja nie dopisała, trzeba było sięgać do własnej, najczęściej jeszcze studenckiej kieszeni. Jeszcze 10 lat temu kilkaset osób na festiwalu oznaczało najważniejsze wydarzenie w kraju. Dziś, jak widać, scena jest w stanie wygenerować kilka tysięcy osób. Dlatego i rozmach większy. Urzekły mnie tutaj zwłaszcza dekoracje. Za moich czasów były to głównie wiszące malunki. Na festiwalu główna scena była przystrojona nie tylko w profesjonalnie wydrukowane i wycięte materiały, ale także w zapewniający cień namiot do odpoczynku, oraz rozmaite konstrukcje przy samej djce. W okolicznym lesie utworzono Forest of shadows - teren relaksu z hamakami, huśtawkami i miejscami do odpoczynku w cieniu. Nieopodal znajdowało się też miejsce, w którym organizowano dla dzieciaków rozmaite zajęcia i zabawy. Co bowiem jest bardzo ciekawym zjawiskiem w posthippisowskich klimatach, to ich ciągłość. Za czasów studenckich freaki po prostu jeździli po wielu festiwalach. Potem przyszedł czas na stabilizację, związki, pracę, dzieci, zwierzęta domowe. I co, myślicie że sobie odpuścili? A gdzie tam. W dzisiejszych czasach dobry festiwal to właśnie spęd wielopokoleniowy, gdzie na dance floorze w rytm muzyki skaczą już kilkulatkowie (oczywiście z założonymi na głowach wygłuszającymi słuchawkami) a wokół niekończącą się zabawę w berka toczą tabuny psów.



Niecodzienny to klimat, prawda? Dlatego nie ma co się dziwić, że tego typu imprezy rokrocznie zbierają rzesze różnorodnych fanów. Co ciekawe, czasami osób w ogóle nie lubiących tej muzyki, tylko ciągnących za specyficznym klimatem psychedelic circus. Ja na ten przykład, chociaż chciałem osłuchać się trochę tej elektroniki, najmilej wspominam odkryty ostatniej nocy Canyon Zen. Było to cudowne miejsce, gdzie można było przechodzić od muzyki klasycznej, przez jazz, etno, delikatny house po ambienty. Totalnie nie miało dla mnie znaczenia co właśnie leci. Liczył się zbudowany w nocy klimat, mieniące się w promieniach UV psychodeliczne dekoracje i klimatycznie delikatne efekty świetlne. Zwłaszcza wkręcające wizualizacje, rzucane na drzewa znajdujące się po drugiej stronie kanionu. Można było się położyć i patrzeć i zamknąć oczy i chłonąć ten specyficzny klimat. To nic, że obok mogła się przysiąść jakaś grupka osób dla których tematem przewodnim rozmowy było co zażyli, jak działa i wieczna rozkmina czy mają wziąć jeszcze więcej. Nie ukrywajmy bowiem, że muzyka elektroniczna, jak też każda kultura rozrywkowa - hippisowska zwłaszcza, swoje korzenie ma we wszelkiego typu odurzających używkach, od alkoholu po LSD. Ale to już wątek, rozkmina i problem dla właśnie tamtych grupek osób.



W kontekście muzycznym, z festiwalu wróciłem raczej zadowolony. Jeszcze gdy stawialiśmy namiot ze sceny głównej dochodziły soczyste rytmy Goa Trance z połowy lat 90. Pleiadians, "Enlightened Evolution" Astral Projection, jakiś Electric Universe - dla mnie nie mogło zacząć się lepiej. Podobał mi się również świetny technicznie secik Bartecha. Totalna niespodzianka, ponieważ w czasach gdy zapraszał nas do ogarniania imprez w krakowskich Krzysztoforach i prowadzonym przez siebie Absurdzie, koncentrował się na graniu hard techno i acid techno, a nie radosnych, psychodelicznych transiw. Niespodzianką dla mnie był też występ Marcusa Henrikssona. Już sam fakt występu, ponieważ jego twórczość znam od kilkunastu już lat. Jako duet Son Kite, wraz z Sebastianem Mullartem swego czasu rządzili sceną. Przy okazji prowadzili doskonałą wytwórnię płytową Digital Structures. Dziś natomiast są jednym z najbardziej szanowanych duetów w elektronicznym mainstreamie - Minilogue. Muzycznie Marcus zaprezentował świetnie wpasowujący się w słoneczną aurę miks nowoczesnych produkcji, sprytnie łączonych z totalnymi klasykami, pokroju Drax Ltd II "Amphetamine" (eh.. znów te dragi), oraz wciąż świeżo brzmiącym "Hale Bopp" autorstwa Der Dritte Raum. Ba, poszedł nawet dalej, puścił bowiem delikatny remiks (w zasadzie dodana tylko stopa perkusyjna) "Équinoxe 4" J.M.Jarre-a. Kawałek po 38 latach nadal świetnie brzmi, nawet wśród aktualnych produkcji!

Jednak najmilej z całego festiwalu wspominam występ Blue Planet Corporation. Facet kilkukrotnie bardzo mocno wrył się w moją muzyczną pamięć, choćby przez to, że jedna z jego kompozycji znalazła się na pierwszej kasecie wcześniej wspomnianej audycji Technikum Mechanizacji Muzyki. W trakcie występu usłyszałem wszystko to, na co czekałem. Radosne "Open Sea", chirurgiczne wyczucie klimatu "Micromega" i w remiksie "Timeline" autorstwa Wizzy Noise, czy w końcu kwintesencję dobrego smaku w "Antidote" i kończącym występ, słodkim "Crystal". Powiem Wam szczerze, że kilkukrotnie po twarzy spływały mi łzy radości. Muzykę odbieram bowiem w dość emocjonalny sposób. Tutaj, gdy leciały utwory znane mi od niepamiętnych czasów i gdy po wielu latach oczekiwania w końcu usłyszałem je na imprezie, czułem spełnienie, stan totalnej satysfakcji i radości z tego, co było mi dane przeżyć. Podróże także mogą wywołać takie uczucia. Miałem tak na przykład wracając z dwutygodniowego wyjazdu po południowej Hiszpanii. Na lotnisku w Barcelonie szczerze nuciłem sobie początek fantastycznego "Gorecki" brytyjskiej kapeli Lamb:
If I should die this very moment
I wouldn't fear
For I've never known completeness
Like being here




Podsumowując, Goa Dupa 2016 to był dla mnie bardzo fajny powrót do źródeł. Dużo złego można powiedzieć o tej scenie i muzyce. Że jest opanowana przez dragi, że w zasadzie jest bezsensowną, motoryczną łupanką, że to już nie to co kiedyś. Jednak raz na kilka lat warto wybrać się na tego typu zgromadzenie. Aby mieć w tyle głowy świadomość, że świat jest nieco bardziej różnorodny, niż obrazy pamiętane z wiecznego układu praca / rodzina / jakieś hobby. Tego typu festiwali jest mnóstwo. Spotkani starzy znajomi jednym tchem wymienili mi pięć, na które powinienem pojechać w tym, lub co najwyżej następnym roku. A co gorsza nie było wśród nich ani wspomnianej wcześniej O.Z.O.R.A-y. Kilkanaście lat ciągłej organizacji i inwestycji w infrastrukturę tamtejszej dolinki (podobno aktualny budżet na przygotowanie dekoracji to około 3 milionów Euro rocznie!) spowodowały, że miejsce stało się niemal psychodelicznym miastem, które tylko czeka na ten jeden magiczny tydzień w roku. A jest jeszcze Boom w Portugalii - kultowe miejsce wszelkich performersów i nie tyle fanów muzyki psychodelicznej, co bardziej kultur alternatywnych. No i oczywiście ogromny Burning Man. Czyli wyschnięte jezioro, które w pewnym momencie staje się odrealnionym miastem na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Gdzie podstawowym obowiązkiem jest bycie freakiem i praktykowanie swych wszelkich zwariowanych zachcianek. Owszem, to wydarzenie stało się już elementem kultury masowej (przykładowo został mu poświęcony jeden z odcinków The Simpsons), jednak nadal posiada wiele do zaoferowania i z pewnością także zobaczenia. Oby tylko samozaparcia starczyło aby się tam dostać :-)

* tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno, to nawiązanie do jednego z jingli Technikum Mechanizacji Muzyki. Warto również dodać, że w polskiej świadomości pod pojęciem techno cały czas zamyka się wszystkie gatunki muzyki elektronicznej, jak house, techno, trance, drum 'n' bass, ambient, trip hop czy hard core. Ciekawym jest to, że gatunki te czasami nie mają ze sobą nic wspólnego. Ba, wyewoluowały nawet w zupełnie niespokrewniony ze sobą sposób. Jednak niestety nasza świadomość muzyczna jakoś nigdy nie była na jakimś wysokim poziomie :(

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zostałem rowerowym strongmanem ;)

Szczerze nigdy nie rozumiałem idei siłowni, fitnessów czy innych takich form gromadnego wysiłku w zamkniętej przestrzeni. W zimie Dorota zabrała mnie kilkukrotnie na spinning - jazdę na stacjonarnych rowerkach. Spoko, jest muzyka, jest ciśnienie aby w jazdę włożyć jeszcze więcej mocy, jest pot na koszulce. Tylko brak jakoś tego wszystkiego, z czym dotąd wiązało się rowerowanie. Wiatru, poruszającej się przestrzeni, widoku podjazdu z którym za chwilę przyjdzie się zmierzyć i być może wypowiedzieć w myśli kilka przekleństw. Dlatego zamiast bawić się w bieżnie, stepy, układy ćwiczeń czy inne takie, wolę robić coś realnego. Chodzić gdzieś z plecakiem przez cały dzień, jeździć na rowerze, albo zintensyfikować wysiłek za pomocą pewnego bodźca. Czyli walka o realny wynik - klasyczny wp...dol podczas gry z ojcem w squasha, lub piłka nożna.

Firma RST, to mój nowy pracodawca, który aktywnie wspiera zdrowy tryb życia swoich pracowników. Załatwia kartę Multisport - co akurat nie jest niczym nadzwyczajnym, ale sponsoruje też wypasione śniadania w biurze i zachęca do uprawiania sportów - choćby poprzez rywalizacje na Endomondo. To ostatnie, to niby nic ważnego, ale nie u nas. Co kilka dni w trakcie śniadania rodzą się bowiem żywe dyskusje nad jakimś szczególnym weekendowym wyczynem, lub aktualnymi wynikami. Nawet nie wiecie jak motywująco potrafi zadziałać usłyszany tekst typu powiedziałem wczoraj żonie że do galerii handlowej musimy jechać na rowerze, bo XXX za bardzo zbliża się do mnie w rywalizacji :-)

I bach, budzę się któregoś ranka, włączam na chwilę sieć aby sprawdzić prognozę pogody, a tu odzywa się Endomondo z zaproszeniem do kolejnej rywalizacji. Kto pierwszy do PKiN-u, czyli do pokonania jest 360 kilometrów. Termin dość ciasny - aby dojechać przed końcem rywalizacji, każdego dnia trzeba zrobić  20km. Jednak podczas śniadania śrubę dokręcił kumpel z teamu twierdząc, że wyzwaniem byłoby pokonać ten odcinek nie do końca miesiąca, a do końca tygodnia...

No i się zaczęło. Wydłużona trasa z domu do pracy to 10 kilometrów w każdą stronę. Potem zawsze jakieś kółeczko wokół lotniska, aby każdego dnia dowieźć co najmniej kolejną trzydziestkę. Nie przeszkodziła nawet ulewa, która w środku tygodnia nawiedziła Wrocław. Do domu wróciłem ociekający, nieco zmarznięty, ale szczęśliwy. Tego dnia bowiem odskoczyłem wszystkim o kolejne 20 kilometrów ;)

Dodatkowo od pewnego momentu w rywalizacji uaktywnił się wspomniany wcześniej pomysłodawca zamknięcia wyniku w tydzień. Jest to nasz firmowy He-Man. Facet w tym roku ma zamiar przebiec siedem maratonów. Podobno w któryś poniedziałek po jednym z nich, przez godzinę ćwiczył nogi, następnie przebiegł dyszkę, a jeszcze potem poszedł grać w piłkę. Skąd on bierze na to energię? Nikt z nas nie wie.

Pamiętam niedzielny wieczór, gdy wracając pociągiem z Krakowa postanowiłem wgrać zrobione tam odcinki i zobaczyć jaki jest stan rywalizacji. Nosz rym do bolera! He-Man zbliżył się do mnie na 8 kilometrów, a w weekend strzelił rowerową życiówkę - 140 km jednego dnia. Dojechałem więc do domu, rzuciłem wszystko w kąt i wsiadłem na siodełko. Pomimo podejrzenia defektu, jakiego w Krakowie nabawił się mój rower, docisnąłem kolejną trzydziestkę z groszami. Tym samym zamknąłem rywalizację, chwilę przed pierwszą w nocy.

Niby nic wielkiego, ale czułem się szczęśliwy, jak bym wygrał w tenisa ze ścianką. Szybkim zrywem i na stosunkowo krótkim odcinku pokonałem He-Mana. Zrobiłem to w sześć dób, czyli przy średniej 60 kilometrów każdego dnia. To miłe, gdy po fakcie - podczas śniadania w pracy - słyszy się pozytywne opinie pokroju wariat ;)

Choć realna rywalizacja, oddech na plecach lub bliskość na wyciągnięcie ręki, daje niesamowitego kopa do dokonywania czegoś znaczącego, to równie istotnym plusem jest też docenienie wyników. RST w tej kwestii naprawdę daje rade. W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie z Zarządem. Ot, realizacja celów na Q2 i plan na Q3. Informacje strategiczne, plany rozwoju i omówienie wydarzeń związanych z życiem firmy. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nasza rywalizacja również miała swoje pięć minut. Od Prezesa usłyszałem bardzo miłe słowa i w nagrodę otrzymałem plecak z wbudowanymi ogniwami fotowoltanicznymi. Dla firmy to koszt żaden, a dla mnie przemiły upominek i wyróżnienie na forum wszystkich pracowników. Motywuje to, bardzo.

W chwili obecnej testuję go sobie i szukam dla niego zastosowania. Pojemność około 20 litrów z pewnością sprawdzi się przy krótkich city-breakach. Tak było w trakcie tego weekendu na Mazurach. Nawet planowaną norweską dzicz da się załatwić dzięki przypięciu śpiwora pod plecakiem. Byłoby to fajne rozwiązanie, ponieważ ogniwem byłbym w stanie doładować nadwyrężane w takiej sytuacji baterie w telefonie vel. GPS-ie. Oczywiście nie należy spodziewać się po nim jakiś cudownych efektów prądogennych, jednak każda forma ratunku w jakieś sytuacji awaryjnej będzie w cenie.

Poniżej prezentuję serię zdjęć z testowania na sucho opcji Norwegia. Nie są to realne warunki bojowe, ponieważ w plecaku znalazły się też rzeczy, jakich raczej nie będę tam potrzebował, lub które będą noszone na sobie. Bardziej chodziło o pewną poglądowość i porównanie z najlepszym w mojej opinii plecakiem pod bagaż podręczny w Wizz Air. Mam pewne obawy co do wymiarów, ale wątek ten będę dokładniej rozkminiał już w następnym sezonie :-)

Sprawdzenie grubości plecaka
Porównanie z wymiarami plecaka Wanabee Hike 30
Unboxing zawartości...
...oraz wspólna fotka pamiątkowa wszystkich spakowanych wcześniej rzeczy

piątek, 5 sierpnia 2016

Najlepszy plecak na bagaż podręczny w Wizz Air - Wanabee Hike 30

Ostatnie miesiące to u mnie rewolucja w osprzęcie podróżniczym. Częściowo wynika to z konieczności podyktowanej zużywaniem się rzeczy już posiadanych, częściowo z potrzeby posiadania czegoś, co będzie stosunkowo często używane. Przykładowo buty trekkerskie, których jeszcze niedawno w ogóle nie miałem potrzeby posiadać a w ciągu ostatniego roku chodziłem w nich w sumie przez kilkanaście dni.

Wczoraj opublikowałem recenzję wysłanego na emeryturę plecaka podróżnego, z którym przejeździłem siedem ostatnich lat. Od tamtych czasów rynek nieco uległ zmianie. Płatne bagaże rejestrowane wprowadzili przewoźnicy sieciowi, których limity kabinowe są jeszcze mniejsze niż w Ryanair. Bardziej drakoński ruch zastosował natomiast Wizz Air, wprowadzając płatny tzw. duży bagaż podręczny. W przypadku podróży w jedno miejsce na 4 dni - spoko, jesteśmy w stanie zmieścić się w niewielki plecak. Jednak gdy lecimy na np. dwa tygodnie, a na plecach musimy przewieźć np. materac, śpiwór i inne objętościowe rzeczy, bez konieczności dokupienia dużego bagażu podręcznego się nie obejdzie. Pal licho jak by to było €5. Widziałem jednak trasy na których za plecak trzeba było zapłacić prawie 100 złotych. Totalną ciekawostką natomiast był nasz ostatni zakup biletów na trasie z Bergamo do Warszawy, gdzie duży bagaż podręczny kosztował €9, a możliwość zabrania walizki do 23 kilogramów... €10. Cóż, Wizz Air czasami jeszcze bardziej odp...dala niż innym nisko-kosztowym liniom.

Ciekawym obejściem tych ograniczeń jest plecak, który kupiłem na wiosnę. Potrzebowałem bowiem czegoś mniejszego, tak aby spakować się na weekendowe loty do Doroty, mieć możliwość zabrania go jako mały bagaż podręczny w Wizz Air, lub iść z nim na niewielkie zakupy codzienne. Po krótkim researchu padło na Wanabee Hike 30 kupionym w Go Sport. Plecak ten, to wyjątkowo pojemny, jednokomorowy trzydziestoliterek. Posiada dwie kieszenie po bokach (zamki na niemal całą wysokość plecaka), jedną na górnej klapie, siatkę, linkę umożliwiającą spięcie jakieś bluzy, oraz dolny uchwyt na worek z materacem lub śpiworem. Co w nim jednak najważniejsze, to niemal idealne dopasowanie do wymiarów małego bagażu podręcznego w Wizz Air*. Plecak wchodzi do koszyka bez najmniejszych problemów, pozostawiając z boku nawet ciutkę wolnej przestrzeni. Konstrukcja plecaka nie pozwala na jego rozbudowanie, kieszenie boczne pochłaniają bowiem przestrzeń do wewnątrz. Ma to swoje wady: gdy jesteś zapakowany pod kurek i na miejscu jeszcze dokupujesz jakieś rzeczy typu woda i przekąski, nie możesz ich po prostu dorzucić. Przypomnę jednak o zalecie przewodniej - po prostu wiesz że nie przekroczysz wymaganych wymiarów małego bagażu kabinowego Wizz Air :-) 

Co ciekawe, po kilku próbach odniosłem wrażenie, że w komorze plecaka musi być zamontowana jakaś niewielkich rozmiarów czarna dziura. Pomimo swojej skromnej przestrzeni jest on bowiem niezwykle pakowny. W trakcie wyjazdu do Norwegii zmieściłem w nim materac, śpiwór, kosmetyczkę, półlitrowy kubek z mobilną kuchenką, wyżywienie, ręcznik, ciepłe ciuchy do noclegu w plenerze i zostało w nim jeszcze nieco wolnej przestrzeni. Bez większego problemu w takie plecaki spakowaliśmy się też na pięciodniowy wypad do Bośni i Hercegowiny, przenosząc w nich oczywiście część wyżywienia (trekking w ramach całodniowej przesiadki w Szwecji), materace, ciuchy, kosmetyczki itp. Kilka dni temu przeprowadziłem też hipotetyczny stress test. W plecaku zmieściłem bowiem najtańszy dwuosobowy namiot z Decathlona, śpiwór (+ przeciwdeszczowy ochraniacz na niego), dwa materace, ręcznik i kosmetyczkę. Podróżując w parze, drugi taki plecak musi pomieścić już tylko drugi śpiwór, ręcznik, ciuchy i wyżywienie. Pozwala to postawić śmiałą teorię, że w taki sposób da się polecieć na czterodniowy wypad w dzicz. Wprawdzie stelaż od namiotu, mimo włożenia po skosie, wystaje poza limit Wizza o jakieś 4 centymetry, jednak problemy na lotnisku z powodu takiego przekroczenia musiałyby być efektem wyjątkowego pecha. Zresztą, gdy akurat zauważamy wyjątkową nadgorliwość pracowników lotniskowych, wystarczy ten stelaż po prostu wyjąć i na czas przechodzenia przez bramkę trzymać gdzieś ukryty :-)

Porównanie wielkości plecaka Wanabee Hike 30 i najtańszego namiotu z Decathlona

Rzeczy na biwakowanie, które zaraz znajdą się w środku plecaka

Skośne ułożenie stelaża namiotu

Plecak Wanabee Hike 30 spakowany na biwakowanie

Jedyne do czego ciężko mi było przywyknąć w Hike 30, to konieczność zwiększonej uwagi podczas jego pakowania. Najpierw trzeba bowiem ogarnąć kieszenie boczne (przypominam: zajmują przestrzeń do wewnątrz plecaka). Pakując główną komorę trzeba ciągle mieć na uwadze równomierne wypełnienie każdej jej części. Dość szybko bowiem okazuje się, że gdzieś po drodze pojawiają się dziury powietrza, które sprzyjają lekkiemu deformowaniu konstrukcji (dyskomfort w noszeniu), oraz są po prostu marnotrawstwem dostępnych zasobów. Odrobina uwagi pozwala jednak na dokonywanie czarnodziurowych cudów o jakich pisałem wyżej :-)

W trakcie pakowania warto również mieć na uwadze fakt, że plecak Wanabee nie posiada żadnego metalowego stelaża na plecach. Dzięki zamiennemu zastosowaniu pewnego rodzaju giętkiej płachty utwardzającej tylną część, plecak sam w sobie jest dość lekki. Z drugiej jednak strony bezmyślne upychanie komory głównej sprzyja powstawaniu tzw. efektu tuby.

Dodatkowo wspomnę, że plecak jest sprzedawany bez żadnego pokrowca przeciwdeszczowego. Spokojnie jednak mieści się w moją Quechuę o pojemności 35 - 50 litrów. Przy dość dokładnym spięciu pokrowca, pozostała przestrzeń może być wykorzystana do przenoszenia dodatkowych drobnych pakunków, do których będzie trzeba mieć w miarę częsty dostęp, np. butelkę z płynami.

* Na koniec opisu muszę Wam wspomnieć o jednej bardzo ważnej uwadze. Otóż idealne dopasowanie do koszyka Wizz Air wcale nie oznacza, że taka sytuacja będzie miała miejsce na każdym lotnisku. Sieć internetowa od wielu lat zapełnia się bowiem wpisami, że niektóre wzorniki są nawet 3 centymetry mniejsze niż limity wskazane przez linię. Pierwszy eksperyment Doroty wskazujący idealne dopasowanie miał miejsce we Wrocławiu. Na Okęciu okazało się jednak, że plecak jest nieco za wysoki, chociaż był zapakowany mniej więcej tak samo. Na szczęście wspomniany brak metalowego stelaża w plecaku, umożliwia lekkie zgięcie jego górnej części w taki sposób, aby nie wystawała ona poza koszyk. Dlatego też polecam wstrzemięźliwość w tzw. pakowaniu się pod kurek. Gdy jednak nie jesteście w stanie nieco ograniczyć liczby swoich rzeczy, polecam praktykowany od lat patent pasa, lub jak kto woli - nerki. Z moim, również dość pojemnym, jeżdżę już chyba szósty rok i jeszcze nikt nie zwrócił na niego uwagi podczas boardingu do samolotu.

wtorek, 5 lipca 2016

Gdzieś pomiędzy - Mołdawia - Camping na prowincji

Zdjęcia z całego wyjazdu znajdują się w mojej internetowej galerii pod tagiem: 2016.04.29 - 05.08 - Moldova (with Transnistria)

W trakcie przygotowań do wyjazdu z sieci dochodziły do nas niepokojące wieści, że Mołdawię można zaliczyć w cztery dni bez konieczności powrotu w jakiekolwiek miejsce. Niepokojące, ponieważ po roszadach rozkładowych zafundowanych przez PLL LOT postanowiliśmy rozszerzyć nasz wyjazd na nieco ponad tydzień. Z jednej strony trochę to marnotrawienie urlopu, z drugiej jednak potrzebowaliśmy nieco taryfy ulgowej, z trzeciej natomiast wkraczałem w ostatni miesiąc okresu próbnego w nowej pracy, zatem przynajmniej formalnie powinienem zmierzać w stronę wykorzystania dni urlopowych mi przysługujących.

Plan naszego wyjazdu wykazywał się ogromną zmiennością. W zasadzie jego planowanie miało miejsce w trakcie realizacji. A bo to słabo z noclegiem, święta, niepewność związana z dojazdem, dodatkowe dwa dni ponieważ jednak odpuściliśmy sobie Odessę... Koniec końców postanowiliśmy nieco poeksperymentować z Mołdawską prowincją. Punkt obowiązkowy - kanion w okolicach wioski Trebujeni. Odpuściliśmy natomiast jechanie przez cały kraj aby zobaczyć tylko jedną twierdzę w Sorokach, w zamian serwując sobie dwa dni tuptingu wzdłuż Dniestru z zaliczeniem ważnych Monastyrów. A że na lotach kupionych w Szalonej Środzie przysługuje bagaż rejestrowany, postanowiliśmy nie spinać się z noclegiem i wypróbować kilka pomysłów z namiotem. Opisałem to wcześniej jako druga odsłona przygotowań do Projektu Guuupol :-)

Dzień pierwszy - sielskość
Stary Orgiejów to bodaj najczęściej wspominana propozycja wypadowa poza Kiszyniów. Nie ma co się dziwić, w niewielkiej odległości znajdują się bowiem malowniczy kanion z cudownie meandrującą rzeką Răut, bardzo popularny wśród krajanów zespół pustelni, monastyrów i kościół Św. Marii, oraz przeurocza wioska Butuceni z wieloma przykładami tradycyjnych bram wejściowych na posesje. Na miejsce dojechaliśmy kursującą kilka razy dziennie marszrutą. Odjazd z dworca przy Piata Centrala - bardzo pomocny tutaj był nocleg w niewielkiej odległości od tego placu :-) Pierwszą noc spędzaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym Vila Roz. Już od wejścia zetknęliśmy się z lokalną formą kombinowania. Spokojnie, nie mam tutaj na myśli jakiegoś oszukiwania, co bardziej radzenia sobie i przychylnego podejścia do gości. Rezerwacji dokonaliśmy bowiem przez internet, jednak prowadząca interes kobitka ni w ząb nie mówiła po angielsku. Kombinacja polegała więc na tym, że wprowadzenie i dogadanie szczegółów mieliśmy przez telefon, po drugiej stronie którego znajdowała się córka właścicielki. Sytuacją chwytającą nas za serce był natomiast moment wieczornego powrotu. W zasadzie zdążyliśmy tylko zdjąć buty a przy namiocie stała już gospodyni z telefonem aby spytać się czy jednak będziemy chcieli wziąć jakiś posiłek na obiad. Komunikacja poprawiła nam się rano gdy wyszło na jaw, że jednak coś tam dukamy po rosyjsku. Wtedy też gospodyni - po wstępnym researchu - z wielkim żalem powiedziała nam że do Saharny będziemy musieli jechać przez Kiszyniów. Żal ten zniknął jak dowiedziała się, że nie mamy problemu z podróżowaniem stopem. Kolejny łapiący za serducho moment mieliśmy gdy wchodząc do marszruty próbowaliśmy wytłumaczyć kierowcy, że my chcemy dojechać tylko do głównej szosy aby dalej łapać okazję, na co on nam odpowiedział tylko wsio parjatna, ja uże znaju. Wyglądało na to, że gospodyni postarała się aby wytłumaczyć mu o co chodzi, żebyśmy nie musieli kombinować z naszym łamanym ruskim jazykiem. Eh... na zachodzie takiej gościny nie ma :-)


Po rozłożeniu namiotu postanowiliśmy iść w plener. Leniwym krokiem wzdłuż rzeki Răut z odwiedzinami w grotach skalnych. Widoki fantastyczne, zarówno z góry, jak też z dołu. Uderza z jednej strony surowość i przede wszystkim wielkość formacji skalnej (ściany wysokie na kilkadziesiąt metrów i długie na parę kilometrów), z drugiej spokój, sielskość zielonego trawnika i powolnie płynącej wody. Wspomniana nieco wyżej wioska Butuceni to feeria mołdawskich barw - zielone bramy, niebieskie mury i kolorowe elewacje domków. Trochę w tym kiczu, trochę przekoloryzowania, jednak faktem jest że w każdej wiosce przynajmniej metalowa brama i mur musiały spełniać podobne standardy kolorystyczne. Na miejscu wstąpiliśmy do dużej, fajnie umiejscowionej na brzegu rzeki, restauracji. Dużej, ponieważ miejsce to jest lubiane przez krajanów i co jakiś czas zawita tam nawet autokar z zagranicznymi turystami. Klienci zawsze się więc znajdą. Okoliczny Monastyr to raczej nic nadzwyczajnego ani pod względem wielkości, ani jakości wystroju. Dużo przyjemniejsza była droga powrotna szczytem kanionu. Tutaj sobie usiedliśmy, tam nawet lekko przysnęliśmy i tak do wieczora. Jeszcze przed powrotem zrobiliśmy zakupy w sklepie przy głównym placyku Trebujeni. Kamień spadł mi wtedy z serca, ponieważ wcześniejsze zakupy w innym, bliższym Vila Roz, wprowadziły mnie w zakłopotanie. Dostępny asortyment płynów ograniczał się bowiem do dwóch butelek wody, o burkach, świeżym pieczywie czy jakieś słodkiej przekąsce nawet nie było co myśleć. Tutaj na szczęście mieliśmy spory wybór, bo były artykuły przemysłowe, piwo, lody i inne bardziej niezbędne towary :-)






Noc w namiocie była dla mnie powrotem do tematu po chyba sześciu latach i pierwszą tego typu ever na wyjeździe w sensie podróży/zwiedzania. Było trochę ciężko, ponieważ do środka wdała nam się wilgoć. A że wentylacja w tym najtańszym Decathlonowym modelu jest raczej słaba, znajdowaliśmy się kilkadziesiąt metrów od płynącej w wąwozie rzeki, to po prostu zmarzłem. Dobrze że mieliśmy dostęp do normalnej łazienki, dlatego chwila porannego wygrzewania się pod prysznicem od razu zmyła dyskomfort cieplny. Koniec taryfy ulgowej, czas się pakować i jechać w prawdziwą dzicz.

Dzień drugi - łazengowość
Dorota zabierając mnie w południowo-wschodnie rejony naszego kontynentu zmienia nieco moje przyzwyczajenia. Po doświadczeniach z Macedonii tutaj nie miałem żadnych problemów z tym, że marszrutą dojedziemy do głównej drogi na której będziemy łapać okazję aż do Reziny. Po niecałych dziesięciu minutach siedzieliśmy już w samochodzie jadącym do dalszej Rybnicy. Chociaż faktem jest, że tym razem trafiliśmy na interesownego kierowcę, który zażyczył sobie opłaty prawdopodobnie nieco wyższej niż jak byśmy jechali marszrutą - czyli i tak za naprawdę niewielkie pieniądze. W trakcie jazdy mogliśmy posłuchać przeskakującej w nieskończoność płyty z letnimi hitami lat 90.a później przekazu Radia Sputnik. Może jeszcze tylko wspomnę, że Rybnica do której jechał kierowca znajduje się w Naddniestrzu. Wątek ten - być może najbardziej przez Was wyczekiwany - dosadniej opiszę w jednej z kolejnych publikacji :-)

W Rezinie długo nie zabawiliśmy. Ot spacer główną ulicą, wizyta na targu, śniadanie na ławce i w drogę. Chociaż miasto to jest ewidentnie mniejsze, to sprawiało wrażenie ładniejszego, czystszego i bardziej poukładanego niż Kiszyniów. Do końca dnia mieliśmy zamiar dojść co najmniej do Saharnej. Znajdujący się tam Monastyr Troicki to jeden z najważniejszych punktów pielgrzymkowych Mołdawii. Przy czym nie należy tutaj oczekiwać splendoru i niemal całego przemysłu jak w przypadku np. naszej Częstochowy. Choć kompleks to niemały, znajduje się jednak w wyciszonym miejscu, u ujścia wbijającego się wgłąb lądu kanionu, pośród lasu. To co w nim najciekawsze, wymaga odrobiny wytrwałości. Nieco wgłąb lasu znajdują się bowiem jaskinie, do których najwyraźniej wiodą te wspomniane pielgrzymki. Jak to dziury w skale - są ciemne, zimne, nie wiadomo czy zaraz nie rozbiję sobie głowy o nisko zawieszony sufit. Dopiero gdy zacząłem się w nich bawić aparatem okazało się, że w środku znajduje się sporo ikon. W wielu miejscach zostawiano palące się świece, zagłębienia pełne są powciskanych kartek papieru itp. Miejsce momentalnie nabrało klimatu. Zwłaszcza dzięki ikonom. W większości były to stare, mocno zdezelowane obrazki. Jednak wyobraźcie sobie, że każdy z tych przedmiotów - nie ważne czy kiczowaty wydruk przyklejony na deseczce, czy ładnie udekorowany malunek - został przeniesiony z jakąś intencją, z jakąś potrzebą, jest nośnikiem pewnej historii. Kto wie, być może część z nich warto by było posłuchać. Jednak nie tym razem, ponieważ w środku byliśmy sami, a inna sprawa że powoli kończyło nam się popołudnie.




Gdy tylko nasza droga skręciła w stronę Saharna Noua-ej, zaczęliśmy szukać miejsca na swój nocleg. Kilkaset metrów dalej znaleźliśmy kawałek równego gruntu tuż obok stromego zbocza z jednej i pól z winogronami z drugiej strony. Wszystko wtedy udało nam się w 110%. Znaleźliśmy dobre miejsce. Szybko zorganizowaliśmy kamienie na palenisko. Wokół było mnóstwo świetnego materiału na ognisko - od suchej trawy po grube gałęzie wysuszonych na pieprz krzaków. Ognisko rozpaliliśmy bez żadnej podpałki, czy nawet gazety, przy użyciu dwóch zwichrowanych nieco zapałek. Mieliśmy więc sporo ciepła, smacznie przypieczoną kiełbaskę na kolację i dobre piwko. Dodatkowo w nocy dobrze się wyspaliśmy, bez żadnych problemów z wilgocią, wiatrami czy niespodziewanymi gośćmi. Fajnie było, ale ...




Dzień trzeci - walka o życie
Gdy rano zbieraliśmy się do wstawania na drodze za nami przebijały się jakieś dwa samochody a na pola szło dwóch rolników. Na szczęście wbrew moim obawom (mam dosłownie zerowe doświadczenie w namiotowaniu na dziko) nie wywołaliśmy u nich żadnego zainteresowania. Po krótkim śniadaniu i pakowaniu przystąpiliśmy więc do dalszej wędrówki wzdłuż Dniestru. Szkoda tylko że niebo było niemal całkowicie zachmurzone. Albo może i lepiej, ponieważ i tak na plecach mieliśmy dodatkowe około 8 kg, co po kilku godzinach marszu daje się we znaki. Naszym celem był monastyr w Tipovej, a potem jakaś forma powrotu do Kiszyniowa.

Wędrówka cały czas miała miejsce wśród klimatów prowincji. Trzeba dodać że prowincji biednej i zacofanej. Ot choćby większość prac na polu odbywała się jednak przy użyciu zwykłej haczki. Wodę do wszelkich celów pozyskiwało się ze studni, wiadro z której wyciągaliśmy łańcuchem nawijanym przy użyciu piekielnie hałasującej korby. Słychać nas było w całej wiosce, dlatego nie zdziwiło nas zainteresowanie nami właściciela tejże studni. I tutaj kolejna ciekawostka, pomimo widocznej różnicy w naszej majętności, zainteresowanie to było bardzo życzliwe, bez żadnej niechęci czy zawstydzenia. I tak, woda z tej prymitywnej studni okazała się być pitna i - co wtedy ważne - bosko chłodna. Na do widzenia natomiast pożegnaliśmy się wzajemnym bądźcie zdrowi. Zresztą w ogóle prowincja w Mołdawii urzekła mnie swoim kolorytem. Pomimo lekkiego zacofania, obejścia były czyste i zadbane na miarę możliwości. To samo można powiedzieć na temat tamtejszych zwierząt, zwłaszcza bardzo, ale to bardzo zadbanych koni. Bramy i mury obowiązkowo były kolorowe, tak samo jak obowiązkowo wejścia do wszystkich sklepów przesłaniała cienka zasłonka. Mieszkańcy kombinują - ot choćby przykład powozu na zdjęciu, który wyposażony w opony pozwalające na wygodniejszą jazdę. Do tego z życzliwością patrzą na dwóch wariatów z plecakami przemierzającymi przez ich drogę, witając się, lub odpowiadając tym samym w trakcie mijanki.






No dobrze, czemu zatem walka o życie? Temu, że tuż przed Tipovą okazało się, że nasza trasa jest trochę niedopracowana. OK, poruszamy się pieszo, więc w razie W możemy urządzić sobie skrót przez jakieś krzaki, pole, czy nawet zdejmując buty przeprawić się przez bród jakieś niewielkiej rzeczki. Jednak na miejscu problem okazał się nieco większego kalibru. Mianowicie coś, co na zdjęciach satelitarnych wyglądało jak las, okazało się być 200 metrowej wysokości, cholernie stromym brzegiem Dniestru. Ścieżki na mapie brak, pytanie więc co dalej? Krótka burza mózgów - mapa pokazuje że odcinek dziki powinien mieć niecały kilometr. To jednak las, więc pewnie przebijanie się nie będzie tak ciężkie - idziemy. Niestety ciężkie było. Początkowo spoko, ścieżka, wprawdzie coraz węższa, jednak jakiś trop mamy. Potem jednak zanika, zbocze staje się bardziej strome, las okazuje się krzakowiskiem a w ląd wdają się małe zatoczki tworzące kilkumetrowe przepaści. Czasami trzeba przeciskać się na chama, co przy bagażu na plecach nie jest najłatwiejszym zadaniem. Po drodze mijamy węże - dwa zobaczyliśmy, strach pomyśleć ile przeoczyliśmy prawie depcząc im po ogonach. Te kilkaset metrów okazało się być niemal dwukilometrowym odcinkiem a las - gęstniejącym zestawem kłujących chaszczy. Podejmujemy więc decyzję - idziemy w górę. Na oko - będziemy musieli wchodzić co najwyżej 30 metrów aby wyjść na jakąś łąkę i wtedy spokojnie dojdziemy do kolejnego kanionu. Doszliśmy więc do jakiegoś młodnika z pionowymi drzewkami, które bardzo przydawały nam się w trakcie wspinaczki. Przez pierwsze 10 metrów, gdy lasek ten przekształcił się w różany zagajnik. To była ta rzekoma łąka... No nic podchodzimy dalej. Dopiero na kilkudziesięciu metrach zdałem sobie sprawę w jak czarnej dupie się znaleźliśmy. W pewnym momencie Dorocie osunęła się ziemia pod nogami i zaliczyła lądowanie w różach. Na szczęście zjechała tylko kilkadziesiąt centymetrów. Gdyby nie ten krzak, być może wylądowałaby kilkadziesiąt metrów dalej. Z pionowości zbocza zdałem sobie sprawę gdy w trakcie odpoczynku nie byłem w stanie położyć plecaka tak, aby samoczynnie nie zsuwał się w dół. Dopiero na niewielkiej polance zauważyłem jak bardzo pionowo się wspinamy i że pomimo kilku kilogramów na plecach po prostu musimy wejść. W dół bowiem nie zejdziemy.

Widok podczas jednego z postojów

Walka trwała jakieś dwie godziny. Co chwila pojawiały się jakieś problemy - a to pionowe skalne ścianki, to kłujące krzaki, to osuwająca się ziemia. Na szczęście w końcu dotarliśmy do drogi. Nigdy wcześniej nie czułem potrzeby wykrzyczenia naszego zwycięstwa. Szczerze - zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Znów przed oczami stanęła mi sytuacja z autostrady na Minorce czy ciemna uliczka w Barcelonie (być może kiedyś to opiszę). Zrozumiałem wtedy wartość przygotowania fizycznego i technicznego. Gdybym nie miał wtedy butów trekkerskich, z pewnością co chwila zsuwałbym się w dół. A i tak mimo incydentu Doroty pod górę wchodziłem pędzikiem niczym kozica. A co gdyby niezbadana ziemia i mi się osunęła? Cóż, to są momenty, które na długo pozostają w pamięci, są triggerem do pewnych przemyśleń i wdrożenia zmian w swoich przyzwyczajeniach. Ot choćby obowiązek chodzenia w butach z dużym bieżnikiem i posiadania przy sobie jakiegoś bandaża lub co najmniej plastrów :-)

Po jakimś czasie udało mi się znaleźć zdjęcie klifu pod który się wspinaliśmy. Pozwala to oddać nieco skalę głupoty i szczęścia jakie się nas trzymało. Dobrze jest to zobaczyć jeszcze raz, ponieważ fotki własne robione w trakcie wspinania, z powodu szeregu krzaków i innych zasłaniających kadr zarośli nie oddały tego co przeżyliśmy.

źródło: Wikipedia, autor: Guttorm Flatabø from Leikanger, Norway


Koniec końców do monastyru w Tipovej nie dotarliśmy. Na drodze wyrósł nam bowiem dwustumetrowy kanion. Pewnie byśmy zeszli, ale przy naszym wcześniejszym doświadczeniu i zmęczeniu postanowiliśmy sobie odpuścić. Musieliśmy go tylko ominąć kilkukilometrowym łukiem aby dojść do okolicznej Horodişte. Tam niczym cud objawiony przywitaliśmy sklep w którym uzupełniliśmy braki w płynach a na niby-obiad zjedliśmy twardawy chleb z jogurtem ;) Zdaliśmy sobie też sprawę, że kolejny raz jesteśmy w ciemnej D, ponieważ było już późno, do drogi kierującej na Kiszyniów mamy ponad 10km a po zmroku ciężko o autostop, o marszrutach w ogóle nie mówiąc. Na szczęście po 15 minutach marszu po szosie prowadzącej do drogi R20 minął nas jakikolwiek samochód. Kolejne 15 minut łapania okazji zaowocowało podrzuceniem do Kiszyniowa, niemal pod sam hostel. Wprawdzie kierowca trochę kozaczył na drodze, ale na pytanie ile chce za przejazd odpowiedział klasycznym ile dacie. Jest to jedna z rzeczy, którą bardzo polubiłem w Bałkanach :-)

czwartek, 30 czerwca 2016

Pathfinder - przecieranie szlaków na lotnisku Olsztyn-Mazury

O lotnisku w Szymanach wspominałem całkiem niedawno przy okazji opisywania szaleństwa nowych lotnisk. Szyderę toczoną tym wpisem mogłem chwilę później zweryfikować na własnej skórze. Wszystko to za sprawą uruchomionych połączeń z Wrocławia. Opcja godzinowa świetna - wylot w piątek o 20:10, powrót w poniedziałek o 09:40. Koszt biletu w wysokości 200 złotych wiadomej części ciała nie urywa, niemniej jest to bodaj najtańsza opcja zaliczenia tego lotniska, jak też okazja pierwszej w życiu turystycznej wizyty na Mazurach. Zatem lecim :-) 

Już sam nie wiem który to raz w piątkowe popołudnie stawiłem się na lotnisku we Wrocławiu. Tym razem jednak nieco inaczej - zamiast od razu zmierzać pod gate, musiałem skierować się do check-in celem nadania przysługującego w Sprint Air bagażu. Z Dorotą zauważyliśmy ciekawą właściwość, że ilość zabieranych rzeczy chyba rzeczywiście jest efektem wyłącznie ograniczeń linii. Gdybyśmy lecieli Wizz Air, z pewnością tak byśmy czarowali, aby zmieścić się w małe plecaki. Gdy jednak mogliśmy wziąć ze sobą nieco więcej - ledwo zmieściłem się w swoją pięćdziesiątkę. A bo to kask do roweru, raincuty, niekoniecznie odchudzona kosmetyczka itp. Poza tym podejście do check-in nie wynikało z ilości tym razem zabieranego bagażu, co konieczności. Przewoźnik pozwala bowiem zabrać na pokład tylko 5kg bagażu o grubości do 12 cm. Co ciekawe, bagaż nadawany też ma zaskakujące ograniczenia - do 8kg :D


Rejs do Szyman był moim pierwszym lotem na pokładzie Saaba 340. Jest to malutki samolot krótkodystansowy przeznaczony do rejsów o mniejszym zapotrzebowaniu. Na pokładzie mieści bowiem maksymalnie 33 pasażerów. Ciekawostką jest rozmieszczenie foteli w układzie 1+2. Sprint Air posiada takich maszyn 11. Większość z nich służy do przewozu towarów, trzy natomiast prowadzą rejsy pasażerskie na trasie Zielona Góra - Warszawa, oraz z lotnisk Olsztyn-Szymany i Radom. Podczas odprawy poprosiłem o miejsce na przedzie maszyny, przy oknie. Siedziałem więc w czwartym rzędzie, jak się okazało - mimo wszystko za łopatami silnika, który zasłaniał mi większość widoku. Część pasażerów być może będzie narzekać na nieco stary wystrój kabiny. Niedogodności te jednak zostaną pewnie zniwelowane przestrzenią między fotelami - chyba nawet nieco większą niż w klasie ekonomicznej klasycznych linii lotniczych. No i to, co uwielbiam z Embraerów - pod ścianką znajduje się podwyższenie o które można oprzeć nogę ;)

Miejsce na nogi w Saabie 340 linii Sprint Air

Poczęstunek na pokładzie Sprint Air

Widok w środku Saaba 340 z rzędu numer 11


Sam rejs to także swego rodzaju przygoda dla osoby podróżującej zazwyczaj odrzutowcami. Wysokość przelotowa - około 6000 metrów, prędkość rejsowa - 400 km/h. Pewnie dlatego po starcie wydawało mi się że lecimy i lecimy i nie możemy z tego Wrocławia wylecieć ;) Chwilę po starcie cabin crew zaoferowała wodę i słodki poczęstunek w postaci Princessy. Hm... jak by nie patrzeć - standard nieco lepszy niż w PLL LOT ;) Na pokładzie miało natomiast być 20 pasażerów. Szczerze, wynik całkiem niezły jak na połączenie bez żadnej reklamy, realizowane miesiąc od ogłoszenia o jego uruchomieniu. Na pokładzie mieszanka - jakaś rodzinka z dzieckiem, para zapewne zorientowanych w tematyce lotniczej około dwudziestolatków, prawdopodobnie lecący do rodziny, jakiś fan Mazur i nawet jeden gajerek.

Po wylądowaniu podążając za samochodem follow me podjechaliśmy pod terminal. Po co, nie wiem. Z pewnością byśmy się nie zgubili, skoro nic innego nie było obsługiwane. Po prostu urok małych lotnisk ;) Faktem jest natomiast, że gdy wyszedłem z samolotu, musiałem chwilę postać i popatrzeć się na terminal lotniska. Szczerze? Jest ładny, bardzo ładny. Uderza połączeniem ciemnego szkła, metalowych dekorów, gdzieniegdzie kamienistych ścian i drewna. Nie znam się na architekturze, ale tutaj bardzo spodobało mi się nawiązanie do natury i elegancji. Wrażenie to nie znika po wejściu do środka terminala. Na piętrze znajdują się eleganckie kanapy, podłoga obita jest mięciutkim dywanem. Super, tylko niestety nie będzie tam można zostać na noc. Ale tym będę się martwił za dwa dni :-)

Weekend postanowiliśmy spędzić na polu namiotowym Binduga nad jeziorem Świętajno. Jak pisałem we wspomnianym wcześniej poście, ciężko by było to zrealizować bez wsparcia lokalsów. Dlatego na miejsce dojechaliśmy samochodem. Chociaż od lotniska dzieliła nas odległość 26 kilometrów, na miejsce przyjechaliśmy już po zachodzie słońca. Zdążyliśmy jedynie rozbić namiot i wypić na molo po piwku.

Sobotę spędziliśmy pod znakiem lenistwa. Nie chciało nam się jednak jechać gdzieś na rowerze. Woleliśmy poleżeć nad jeziorem, potem w lesie - słuchając relacji z meczu piłkarskiej reprezentacji Polski ze Szwajcarią, oraz nieco spacerując. Wrażenia z pobytu mam mieszane. Z jednej strony kontakt z naturą, znów ognisko i spanie w plenerze. Z drugiej jednak wyłożone kaflami wychodki i sensownej jakości zlewy. Ta niezła jakość kontrastowała natomiast z prysznicem, którego sposobu działania - oprócz pożerania kolejnych złotówek - nie byłem w stanie zrozumieć. Raz bowiem leciała ciepła woda, potem wrzątek, a potem znów niefajnie pachnąca lodówka. Do tego wokół było jednak mnóstwo innych wypoczynkowiczów. Spoko, my się schowaliśmy nieco wgłąb lasu, jednak nad samym brzegiem namioty były rozstawione gęsto, niczym koce nad Bałtykiem. Dodatkowo przy wielu z nich odbywały się rzęsiste imprezy z prostą, niekiedy dudniącą muzyką. Dobra, nie narzekam. Nie przepadam, ale trzeba czasami też tak, aby mieć potem szerszy kontekst :-)

Okolice Jeziora Świętajno chwilę po starcie z lotniska Olsztyn-Mazury


Na niedzielę zapowiadano załamanie pogody z intensywnymi burzami. Dlatego postanowiliśmy przejechać się do Olsztyna. Łatwiej bowiem ulewę przeczekać w kawiarni, niż moknącym namiocie ;) Koniec końców tak źle nie było. W mieście spędziliśmy kilka godzin, schodząc całą starówkę i dwa okoliczne jeziora. Przyznam się Wam szczerze, że miasto zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Centralna jego część jest ładna, z klimatem, do pospacerowania. W szczególności zaciekawiły nas jednak okoliczne jeziora, których na terenie miasta jest bodaj kilkanaście. Jezioro Długie obeszliśmy dookoła, po fajnie utrzymanej ścieżce. Zaskoczyła nas jednak bardzo ciekawa infrastruktura wokół jeziora Ukiel. Jeszcze kilka lat temu miejsca tego typu w większości miast to była najczęściej dzicz z samowolnymi, lub bardzo słabo zorganizowanymi plażami. Dziś jednak władze regionalne dostrzegają potencjał takich miejsc a dzięki dofinansowaniu z Unii dokonują rewitalizacji, tworząc świetne miejsce do aktywnego, oraz leniwego wypoczynku. Fajna infrastruktura pozwala znaleźć coś dla każdego - od terenów spacerowych, przez kawiarnie, po plaże ze strzeżonym, wydzielonym obszarem do pływania, boiska, molo, pomosty dla wszelkiego typu maszyn pływających, hotele i wypożyczalnie sprzętu rekreacyjnego. Gdy do tego dodać kilkadziesiąt kilometrów ścieżek rowerowych wokół jezior i pośród miejskich terenów zielonych - w tym momencie Olsztyn nas kupił. Stwierdziliśmy bowiem, że będzie tam trzeba wrócić z rowerami, tak aby przez weekend pokręcić się po okolicy. Niestety dopiero za rok, w trakcie tego wyjazdu kupowaliśmy już bowiem bilety lotnicze na wypady z przełomu sierpnia i września ;) Zdradzę tylko, że tym razem zabieram bratanicę do Warszawy a dwa tygodnie później lecimy do Kolonii.

Z Olsztyna wyjeżdżaliśmy w trakcie przybierającej na sile burzy. Mocno komplikowało mi to plany noclegowe. Jako że - czego dowiedziałem się w piątek - terminal w Szymanach jest zamykany na noc, planowałem w formie emergency noc spędzić pod namiotem rozbitym w lesie nieopodal terminala. Jednak przy tego rozmiaru ulewie wszędzie stała woda. Na szczęście po rozmowie z obsługą portu i SOListami okazało się, że nie będzie wielkiego problemu, jeśli swój materac i śpiwór rozłożę obok wejścia do terminala. Panowie mnie tylko wylegitymowali, po zamknięciu obiektu przeszliśmy odprawę w postaci krótkiej rozmowy i około godziny 23. mogłem już zapadać w sen. Z tym też wiąże się tytuł wpisu - przecieranie szlaków. Jak się bowiem okazało, byłem pierwszą osobą, która chciała spędzić noc na lotnisku w Szymanach :D Oczywiście nie omieszkałem wspomnieć pracownikom, że powinni się przyzwyczajać do tego typu widoków jak już dostaną swoją bazę Wizz Air. Moje i Doroty przypuszczenia co do tego przewoźnika zostały jednak szybko zweryfikowane informacją, że zamknięcie terminala jest wymuszone zakazem operacji lotniczych po godzinie 22. Lotnisko leży bowiem na obszarze Natura 2000. W takiej sytuacji, jeśli samolot nie będzie w stanie lądować - standardowo - w okolicach północy, raczej przekreśla kwestię bazy.

Moje miejsce noclegowe na lotnisku Olsztyn-Mazury


A szkoda, ponieważ lotnisko w Szymanach zyskało naszą sporą sympatię. Świetny wygląd, miła obsługa i taka wciąż ciekawość pracowników że ktoś chce korzystać z ich lotniska sprawiają, że aż chce się życzyć powodzenia. Póki co, rozkład się nieco unormował, koncentrując na wakacyjnych lotach weekendowych. Podobno rejsy Saabami mają wypełnienie średnio około 50%. U nas na powrocie znów było 20 pasażerów, w tym dwa gajerki :-) Luton podobno idzie nieźle, tylko niestety Adria do Monachium również przewozi 20-40 pasażerów.



Jednak tak szczerze, ciśnienie jest. Jest bowiem ładny terminal, tuż obok znajduje się stacja kolejki skorelowanej z planem lotów, jest też jakiś zaczątek siatki połączeń. Można wypożyczyć samochód, tylko trzeba by było jeszcze pomyśleć o możliwości łatwego i sensownego dostania się w różne części Mazurskich jezior. Jak bowiem podsłuchiwałem w autobusie we Wrocławiu, bilet na pociąg do Olsztyna jest niewiele tańszy niż przelot w podstawowej taryfie 100 złotych OW. A oszczędność czasu i atrakcyjna godzina lotu weekendowego również są nie bez znaczenia. Czy więc wypali? Szczerze, do kwestii Szyman zacząłem podchodzić mniej humorystycznie a bardziej przychylnie, niż jeszcze tydzień temu.

Dużo drewna w terminalowym wystroju

Górne piętro w terminalu

Terminal lotniska Olsztyn-Mazury

Stacja kolejowa przy lotnisku Olsztyn-Mazury


Na sam koniec tylko dodam, że rejs powrotni odbył się bez żadnych problemów, czy sytuacji nadzwyczajnych. Lądowaliśmy 20 minut przed czasem, chwilę później byłem już w biurze. Jedną z rzeczy które ogromnie cenię w nowej pracy jest prysznic. Dlatego godzinę po rozkładowym czasie przylotu byłem już wykąpany, w świeżych ciuchach i po śniadaniu. Tylko ten opatulony przeciwdeszczowym poszyciem plecak z pewnością powodował stwierdzenie osób z firmy: no tak, weekend, więc wariata znów gdzieś wywiało ;)