Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprint Air. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprint Air. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

Return to the source - relacja z festiwalu Goa Dupa 2016

Jestem człowiekiem pasji. Oddaję się im niemal całkowicie, czasami totalnie zapominając o całym świecie. Po prostu muszę lubić to co robię. Dlatego pracuję w zawodzie który sprawia mi frajdę, jeszcze nie mam potrzeby posiadania prawa jazdy, wciąż mieszkam w wykończonym w 85% mieszkaniu, bo po prostu nie mogę się przymusić do podjęcia decyzji w kilku kwestiach. Dlatego mnóstwo wolnego czasu  poświęcam swojej pasji przewodniej - podróżowaniu. Jednak nie od zawsze tak było. Wcześniej była to muzyka, elektroniczna muzyka. Tworzyła moje otoczenie w zasadzie od zawsze. Do dziś doskonale pamiętam każdą sekundę kaset Jean Michel Jarre-a, czy "The Mix" Kraftwerka. Jednak we wrześniu 1996 roku pierwszy raz w życiu usłyszałem polecany przez mojego ojca (!!!) Technikum Mechanizacji Muzyki, autorski program obecnego do dziś na antenie RMF-FM Bogdana Zalewskiego. Od tamtego czasu, przez kilkanaście lat było już tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno *. Zaczynałem od nagrywania kaset, potem próbowałem się z miksowaniem, tworzeniem własnych kompozycji, aż zabrnąłem w organizowanie imprez i animację naszej krajowej sceny. W międzyczasie zawęziłem swoją aktywność do elektroniki psychodelicznej, która na przełomie lat 80. i 90. narodziła się z połączenia trwających bez przerwy imprez na plażach w indyjskim Goa (stąd pierwotna nazwa Goa Trance), rewolucji w tworzeniu muzyki jaką niosła ze sobą nowa fala instrumentów muzycznych, oraz post-hippisowskiego klimatu. Zrobię teraz mały show-up, ponieważ nigdy o tym nie wspominałem na łamach bloga. Miałem jednak sporo kontaktów z ludźmi z całego świata, które owocowały wywiadami, oraz recenzjami ponad setki płyt. Prace i publikacje te sprawiały mi mnóstwo satysfakcji, stając się pośrednikiem do tego, kim jestem teraz. Oczywiście jakiś czas temu po prostu się wypaliłem. Powiedziałem sobie stop. Zwłaszcza, że muzyka cały czas ewoluuje, a ostatnich kilka lat to nie było już to samo co kiedyś.

Żalu wielkiego nie było, pojawiło się bowiem podróżowanie. Jednak nie ukrywam, że co jakiś czas zaglądam na serwis, w który włożyłem sporo młodzieńczej pracy pisarskiej, zainteresuję się jakąś nową płytą, lub nawet zagram na jakieś imprezie. Pamiętam, że miałem nawet kiedyś propozycję zagrania na jednej z pierwszych edycji Goa Dupy. Tym razem postanowiłem jednak zawitać tam w roli fana. Dla funu własnego, jak też aby pokazać Dorocie czym kiedyś żyłem. Wprawdzie dużo ciekawszą propozycją byłby dużo większy, organizowany z większym rozmachem O.Z.O.R.A. Festival, jednak czas dojazdu nad Balaton byłby za długi, jeśli mielibyśmy tam jechać tylko na weekend. Dlatego postawiliśmy na nasze Bieszczady.


Oczywiście żeby było ciekawiej, postanowiłem festiwal połączyć z lotem. Dorota jechała bowiem samochodem, a że na trasie z Warszawy do Rzeszowa akurat leży Radom i planowaliśmy jechać w czwartkowe popołudnie, to postanowiłem skorzystać z możliwości odwiedzin jednego z najmłodszych lotnisk na polskiej mapie. Nie ukrywam że trochę dla jaj, ale także aby skonfrontować z rzeczywistością moją szyderę wylewaną we wpisie Wariactwo nowych lotnisk.

Na lotnisku we Wrocławiu stawiłem się 10 minut przed godziną 16. Chwilę po wysiadce z autobusu zestresowanym biegiem wyprzedziło mnie kilka osób. Spokojnie, zdążycie na ten Modlin, do odlotu macie ponad pół godziny. Pamiętam, że w zeszłym roku na lotnisko wbiegłem 8 minut przed odlotem. Korzystając z odprawy dla klasy biznes, wrzucając do Heimanna przygotowane wcześniej rzeczy, a następnie sprintem przez cały terminal - zdążyłem :-) Ale oczywistego stresu nie zazdroszczę. W moim przypadku, tym razem spokojna odprawa i wpuszczenie do busika wiozącego nas do czekającego przez pół dnia Saaba. W autobusie totalny szok - 24 pasażerów! Spodziewałem się ośmiu, maksymalnie dziesięciu, ale żeby aż tyle? Kto by pomyślał, że z Radomia ktoś chce latać do Wrocławia. Oczywiście byli pasażerowie sponsorowani przez władze lokalne, ale było także trzech seniorów lecących z kilkoma wnukami, oraz grupka młodszego pokolenia studentów. No cóż, statystyki i rozkład na następny rok będą najlepszym weryfikatorem...

Sama podróż do najprzyjemniejszych nie należała, przynajmniej na początku. Cały dzień grzania płyty przez samolot Sprint Air spowodował, że wchodziliśmy do przestrzeni o wewnętrznej temperaturze podchodzącej pod 40℃. Na szczęście klima była w stanie w kilkanaście minut doprowadzić do wstępnie znośnych warunków. Jednak o upałach przypomniały nam serwowane wafle, które w ciągu dnia stały się czekoladową mazią ;) Pozytywną ciekawostką jest natomiast godzina startu, jakieś 15 minut przed planowanym czasem. Boarding odbył się bowiem dość szybko, maszyna była gotowa do lotu, nie mieliśmy problemu ze slotami (w końcu lecieliśmy na wysokości do 6000 metrów), więc czemu nie przylecieć wcześniej? Tak też się stało.

Wnętrze samolotu Sprint Air na trasie Wrocław - Radom
Pustki w terminalu lotniska w Radomiu

Festiwal Goa Dupa odbywał się w tym roku w rozległym Natura Park, koło Baligrodu w Bieszczadach. Co ciekawe, ośrodek cały czas działał normalnie. Część domków i pokojów była bowiem wynajęta zwykłym urlopowiczom a gdzieś pomiędzy przebijały się grupki dzieciaków przebywających na prawdopodobnie jakiś koloniach. Naprawdę jestem ciekaw ich opinii na temat opanowujących teren kilku tysięcy freakowatych hippisów. Zwłaszcza, że ta kultura od zawsze przyciągała ludzi z wielu, często totalnie niezwiązanych ze sobą grup społecznych. Sama Dorota wywołała małe poruszenie na swoim facebookowym wallu, gdy okazało się że kilku znajomych nie tyle wie czym jest ten festiwal, co nawet było na nim w przeszłości.







Dla mnie tegoroczna Goa Dupa była rekonesansem stanu naszej sceny. Porównaniem do jej początków, kiedy to kilka lokalnych ekip ścierało się z niewielką frekwencją, małym doświadczeniem w organizacji i przede wszystkim liczeniem każdego grosza. Jeśli impreza wypaliła, było ok. Jeśli jednak frekwencja nie dopisała, trzeba było sięgać do własnej, najczęściej jeszcze studenckiej kieszeni. Jeszcze 10 lat temu kilkaset osób na festiwalu oznaczało najważniejsze wydarzenie w kraju. Dziś, jak widać, scena jest w stanie wygenerować kilka tysięcy osób. Dlatego i rozmach większy. Urzekły mnie tutaj zwłaszcza dekoracje. Za moich czasów były to głównie wiszące malunki. Na festiwalu główna scena była przystrojona nie tylko w profesjonalnie wydrukowane i wycięte materiały, ale także w zapewniający cień namiot do odpoczynku, oraz rozmaite konstrukcje przy samej djce. W okolicznym lesie utworzono Forest of shadows - teren relaksu z hamakami, huśtawkami i miejscami do odpoczynku w cieniu. Nieopodal znajdowało się też miejsce, w którym organizowano dla dzieciaków rozmaite zajęcia i zabawy. Co bowiem jest bardzo ciekawym zjawiskiem w posthippisowskich klimatach, to ich ciągłość. Za czasów studenckich freaki po prostu jeździli po wielu festiwalach. Potem przyszedł czas na stabilizację, związki, pracę, dzieci, zwierzęta domowe. I co, myślicie że sobie odpuścili? A gdzie tam. W dzisiejszych czasach dobry festiwal to właśnie spęd wielopokoleniowy, gdzie na dance floorze w rytm muzyki skaczą już kilkulatkowie (oczywiście z założonymi na głowach wygłuszającymi słuchawkami) a wokół niekończącą się zabawę w berka toczą tabuny psów.



Niecodzienny to klimat, prawda? Dlatego nie ma co się dziwić, że tego typu imprezy rokrocznie zbierają rzesze różnorodnych fanów. Co ciekawe, czasami osób w ogóle nie lubiących tej muzyki, tylko ciągnących za specyficznym klimatem psychedelic circus. Ja na ten przykład, chociaż chciałem osłuchać się trochę tej elektroniki, najmilej wspominam odkryty ostatniej nocy Canyon Zen. Było to cudowne miejsce, gdzie można było przechodzić od muzyki klasycznej, przez jazz, etno, delikatny house po ambienty. Totalnie nie miało dla mnie znaczenia co właśnie leci. Liczył się zbudowany w nocy klimat, mieniące się w promieniach UV psychodeliczne dekoracje i klimatycznie delikatne efekty świetlne. Zwłaszcza wkręcające wizualizacje, rzucane na drzewa znajdujące się po drugiej stronie kanionu. Można było się położyć i patrzeć i zamknąć oczy i chłonąć ten specyficzny klimat. To nic, że obok mogła się przysiąść jakaś grupka osób dla których tematem przewodnim rozmowy było co zażyli, jak działa i wieczna rozkmina czy mają wziąć jeszcze więcej. Nie ukrywajmy bowiem, że muzyka elektroniczna, jak też każda kultura rozrywkowa - hippisowska zwłaszcza, swoje korzenie ma we wszelkiego typu odurzających używkach, od alkoholu po LSD. Ale to już wątek, rozkmina i problem dla właśnie tamtych grupek osób.



W kontekście muzycznym, z festiwalu wróciłem raczej zadowolony. Jeszcze gdy stawialiśmy namiot ze sceny głównej dochodziły soczyste rytmy Goa Trance z połowy lat 90. Pleiadians, "Enlightened Evolution" Astral Projection, jakiś Electric Universe - dla mnie nie mogło zacząć się lepiej. Podobał mi się również świetny technicznie secik Bartecha. Totalna niespodzianka, ponieważ w czasach gdy zapraszał nas do ogarniania imprez w krakowskich Krzysztoforach i prowadzonym przez siebie Absurdzie, koncentrował się na graniu hard techno i acid techno, a nie radosnych, psychodelicznych transiw. Niespodzianką dla mnie był też występ Marcusa Henrikssona. Już sam fakt występu, ponieważ jego twórczość znam od kilkunastu już lat. Jako duet Son Kite, wraz z Sebastianem Mullartem swego czasu rządzili sceną. Przy okazji prowadzili doskonałą wytwórnię płytową Digital Structures. Dziś natomiast są jednym z najbardziej szanowanych duetów w elektronicznym mainstreamie - Minilogue. Muzycznie Marcus zaprezentował świetnie wpasowujący się w słoneczną aurę miks nowoczesnych produkcji, sprytnie łączonych z totalnymi klasykami, pokroju Drax Ltd II "Amphetamine" (eh.. znów te dragi), oraz wciąż świeżo brzmiącym "Hale Bopp" autorstwa Der Dritte Raum. Ba, poszedł nawet dalej, puścił bowiem delikatny remiks (w zasadzie dodana tylko stopa perkusyjna) "Équinoxe 4" J.M.Jarre-a. Kawałek po 38 latach nadal świetnie brzmi, nawet wśród aktualnych produkcji!

Jednak najmilej z całego festiwalu wspominam występ Blue Planet Corporation. Facet kilkukrotnie bardzo mocno wrył się w moją muzyczną pamięć, choćby przez to, że jedna z jego kompozycji znalazła się na pierwszej kasecie wcześniej wspomnianej audycji Technikum Mechanizacji Muzyki. W trakcie występu usłyszałem wszystko to, na co czekałem. Radosne "Open Sea", chirurgiczne wyczucie klimatu "Micromega" i w remiksie "Timeline" autorstwa Wizzy Noise, czy w końcu kwintesencję dobrego smaku w "Antidote" i kończącym występ, słodkim "Crystal". Powiem Wam szczerze, że kilkukrotnie po twarzy spływały mi łzy radości. Muzykę odbieram bowiem w dość emocjonalny sposób. Tutaj, gdy leciały utwory znane mi od niepamiętnych czasów i gdy po wielu latach oczekiwania w końcu usłyszałem je na imprezie, czułem spełnienie, stan totalnej satysfakcji i radości z tego, co było mi dane przeżyć. Podróże także mogą wywołać takie uczucia. Miałem tak na przykład wracając z dwutygodniowego wyjazdu po południowej Hiszpanii. Na lotnisku w Barcelonie szczerze nuciłem sobie początek fantastycznego "Gorecki" brytyjskiej kapeli Lamb:
If I should die this very moment
I wouldn't fear
For I've never known completeness
Like being here




Podsumowując, Goa Dupa 2016 to był dla mnie bardzo fajny powrót do źródeł. Dużo złego można powiedzieć o tej scenie i muzyce. Że jest opanowana przez dragi, że w zasadzie jest bezsensowną, motoryczną łupanką, że to już nie to co kiedyś. Jednak raz na kilka lat warto wybrać się na tego typu zgromadzenie. Aby mieć w tyle głowy świadomość, że świat jest nieco bardziej różnorodny, niż obrazy pamiętane z wiecznego układu praca / rodzina / jakieś hobby. Tego typu festiwali jest mnóstwo. Spotkani starzy znajomi jednym tchem wymienili mi pięć, na które powinienem pojechać w tym, lub co najwyżej następnym roku. A co gorsza nie było wśród nich ani wspomnianej wcześniej O.Z.O.R.A-y. Kilkanaście lat ciągłej organizacji i inwestycji w infrastrukturę tamtejszej dolinki (podobno aktualny budżet na przygotowanie dekoracji to około 3 milionów Euro rocznie!) spowodowały, że miejsce stało się niemal psychodelicznym miastem, które tylko czeka na ten jeden magiczny tydzień w roku. A jest jeszcze Boom w Portugalii - kultowe miejsce wszelkich performersów i nie tyle fanów muzyki psychodelicznej, co bardziej kultur alternatywnych. No i oczywiście ogromny Burning Man. Czyli wyschnięte jezioro, które w pewnym momencie staje się odrealnionym miastem na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Gdzie podstawowym obowiązkiem jest bycie freakiem i praktykowanie swych wszelkich zwariowanych zachcianek. Owszem, to wydarzenie stało się już elementem kultury masowej (przykładowo został mu poświęcony jeden z odcinków The Simpsons), jednak nadal posiada wiele do zaoferowania i z pewnością także zobaczenia. Oby tylko samozaparcia starczyło aby się tam dostać :-)

* tyl-tyl-tyl-tyl, tylko techno, to nawiązanie do jednego z jingli Technikum Mechanizacji Muzyki. Warto również dodać, że w polskiej świadomości pod pojęciem techno cały czas zamyka się wszystkie gatunki muzyki elektronicznej, jak house, techno, trance, drum 'n' bass, ambient, trip hop czy hard core. Ciekawym jest to, że gatunki te czasami nie mają ze sobą nic wspólnego. Ba, wyewoluowały nawet w zupełnie niespokrewniony ze sobą sposób. Jednak niestety nasza świadomość muzyczna jakoś nigdy nie była na jakimś wysokim poziomie :(

czwartek, 30 czerwca 2016

Pathfinder - przecieranie szlaków na lotnisku Olsztyn-Mazury

O lotnisku w Szymanach wspominałem całkiem niedawno przy okazji opisywania szaleństwa nowych lotnisk. Szyderę toczoną tym wpisem mogłem chwilę później zweryfikować na własnej skórze. Wszystko to za sprawą uruchomionych połączeń z Wrocławia. Opcja godzinowa świetna - wylot w piątek o 20:10, powrót w poniedziałek o 09:40. Koszt biletu w wysokości 200 złotych wiadomej części ciała nie urywa, niemniej jest to bodaj najtańsza opcja zaliczenia tego lotniska, jak też okazja pierwszej w życiu turystycznej wizyty na Mazurach. Zatem lecim :-) 

Już sam nie wiem który to raz w piątkowe popołudnie stawiłem się na lotnisku we Wrocławiu. Tym razem jednak nieco inaczej - zamiast od razu zmierzać pod gate, musiałem skierować się do check-in celem nadania przysługującego w Sprint Air bagażu. Z Dorotą zauważyliśmy ciekawą właściwość, że ilość zabieranych rzeczy chyba rzeczywiście jest efektem wyłącznie ograniczeń linii. Gdybyśmy lecieli Wizz Air, z pewnością tak byśmy czarowali, aby zmieścić się w małe plecaki. Gdy jednak mogliśmy wziąć ze sobą nieco więcej - ledwo zmieściłem się w swoją pięćdziesiątkę. A bo to kask do roweru, raincuty, niekoniecznie odchudzona kosmetyczka itp. Poza tym podejście do check-in nie wynikało z ilości tym razem zabieranego bagażu, co konieczności. Przewoźnik pozwala bowiem zabrać na pokład tylko 5kg bagażu o grubości do 12 cm. Co ciekawe, bagaż nadawany też ma zaskakujące ograniczenia - do 8kg :D


Rejs do Szyman był moim pierwszym lotem na pokładzie Saaba 340. Jest to malutki samolot krótkodystansowy przeznaczony do rejsów o mniejszym zapotrzebowaniu. Na pokładzie mieści bowiem maksymalnie 33 pasażerów. Ciekawostką jest rozmieszczenie foteli w układzie 1+2. Sprint Air posiada takich maszyn 11. Większość z nich służy do przewozu towarów, trzy natomiast prowadzą rejsy pasażerskie na trasie Zielona Góra - Warszawa, oraz z lotnisk Olsztyn-Szymany i Radom. Podczas odprawy poprosiłem o miejsce na przedzie maszyny, przy oknie. Siedziałem więc w czwartym rzędzie, jak się okazało - mimo wszystko za łopatami silnika, który zasłaniał mi większość widoku. Część pasażerów być może będzie narzekać na nieco stary wystrój kabiny. Niedogodności te jednak zostaną pewnie zniwelowane przestrzenią między fotelami - chyba nawet nieco większą niż w klasie ekonomicznej klasycznych linii lotniczych. No i to, co uwielbiam z Embraerów - pod ścianką znajduje się podwyższenie o które można oprzeć nogę ;)

Miejsce na nogi w Saabie 340 linii Sprint Air

Poczęstunek na pokładzie Sprint Air

Widok w środku Saaba 340 z rzędu numer 11


Sam rejs to także swego rodzaju przygoda dla osoby podróżującej zazwyczaj odrzutowcami. Wysokość przelotowa - około 6000 metrów, prędkość rejsowa - 400 km/h. Pewnie dlatego po starcie wydawało mi się że lecimy i lecimy i nie możemy z tego Wrocławia wylecieć ;) Chwilę po starcie cabin crew zaoferowała wodę i słodki poczęstunek w postaci Princessy. Hm... jak by nie patrzeć - standard nieco lepszy niż w PLL LOT ;) Na pokładzie miało natomiast być 20 pasażerów. Szczerze, wynik całkiem niezły jak na połączenie bez żadnej reklamy, realizowane miesiąc od ogłoszenia o jego uruchomieniu. Na pokładzie mieszanka - jakaś rodzinka z dzieckiem, para zapewne zorientowanych w tematyce lotniczej około dwudziestolatków, prawdopodobnie lecący do rodziny, jakiś fan Mazur i nawet jeden gajerek.

Po wylądowaniu podążając za samochodem follow me podjechaliśmy pod terminal. Po co, nie wiem. Z pewnością byśmy się nie zgubili, skoro nic innego nie było obsługiwane. Po prostu urok małych lotnisk ;) Faktem jest natomiast, że gdy wyszedłem z samolotu, musiałem chwilę postać i popatrzeć się na terminal lotniska. Szczerze? Jest ładny, bardzo ładny. Uderza połączeniem ciemnego szkła, metalowych dekorów, gdzieniegdzie kamienistych ścian i drewna. Nie znam się na architekturze, ale tutaj bardzo spodobało mi się nawiązanie do natury i elegancji. Wrażenie to nie znika po wejściu do środka terminala. Na piętrze znajdują się eleganckie kanapy, podłoga obita jest mięciutkim dywanem. Super, tylko niestety nie będzie tam można zostać na noc. Ale tym będę się martwił za dwa dni :-)

Weekend postanowiliśmy spędzić na polu namiotowym Binduga nad jeziorem Świętajno. Jak pisałem we wspomnianym wcześniej poście, ciężko by było to zrealizować bez wsparcia lokalsów. Dlatego na miejsce dojechaliśmy samochodem. Chociaż od lotniska dzieliła nas odległość 26 kilometrów, na miejsce przyjechaliśmy już po zachodzie słońca. Zdążyliśmy jedynie rozbić namiot i wypić na molo po piwku.

Sobotę spędziliśmy pod znakiem lenistwa. Nie chciało nam się jednak jechać gdzieś na rowerze. Woleliśmy poleżeć nad jeziorem, potem w lesie - słuchając relacji z meczu piłkarskiej reprezentacji Polski ze Szwajcarią, oraz nieco spacerując. Wrażenia z pobytu mam mieszane. Z jednej strony kontakt z naturą, znów ognisko i spanie w plenerze. Z drugiej jednak wyłożone kaflami wychodki i sensownej jakości zlewy. Ta niezła jakość kontrastowała natomiast z prysznicem, którego sposobu działania - oprócz pożerania kolejnych złotówek - nie byłem w stanie zrozumieć. Raz bowiem leciała ciepła woda, potem wrzątek, a potem znów niefajnie pachnąca lodówka. Do tego wokół było jednak mnóstwo innych wypoczynkowiczów. Spoko, my się schowaliśmy nieco wgłąb lasu, jednak nad samym brzegiem namioty były rozstawione gęsto, niczym koce nad Bałtykiem. Dodatkowo przy wielu z nich odbywały się rzęsiste imprezy z prostą, niekiedy dudniącą muzyką. Dobra, nie narzekam. Nie przepadam, ale trzeba czasami też tak, aby mieć potem szerszy kontekst :-)

Okolice Jeziora Świętajno chwilę po starcie z lotniska Olsztyn-Mazury


Na niedzielę zapowiadano załamanie pogody z intensywnymi burzami. Dlatego postanowiliśmy przejechać się do Olsztyna. Łatwiej bowiem ulewę przeczekać w kawiarni, niż moknącym namiocie ;) Koniec końców tak źle nie było. W mieście spędziliśmy kilka godzin, schodząc całą starówkę i dwa okoliczne jeziora. Przyznam się Wam szczerze, że miasto zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Centralna jego część jest ładna, z klimatem, do pospacerowania. W szczególności zaciekawiły nas jednak okoliczne jeziora, których na terenie miasta jest bodaj kilkanaście. Jezioro Długie obeszliśmy dookoła, po fajnie utrzymanej ścieżce. Zaskoczyła nas jednak bardzo ciekawa infrastruktura wokół jeziora Ukiel. Jeszcze kilka lat temu miejsca tego typu w większości miast to była najczęściej dzicz z samowolnymi, lub bardzo słabo zorganizowanymi plażami. Dziś jednak władze regionalne dostrzegają potencjał takich miejsc a dzięki dofinansowaniu z Unii dokonują rewitalizacji, tworząc świetne miejsce do aktywnego, oraz leniwego wypoczynku. Fajna infrastruktura pozwala znaleźć coś dla każdego - od terenów spacerowych, przez kawiarnie, po plaże ze strzeżonym, wydzielonym obszarem do pływania, boiska, molo, pomosty dla wszelkiego typu maszyn pływających, hotele i wypożyczalnie sprzętu rekreacyjnego. Gdy do tego dodać kilkadziesiąt kilometrów ścieżek rowerowych wokół jezior i pośród miejskich terenów zielonych - w tym momencie Olsztyn nas kupił. Stwierdziliśmy bowiem, że będzie tam trzeba wrócić z rowerami, tak aby przez weekend pokręcić się po okolicy. Niestety dopiero za rok, w trakcie tego wyjazdu kupowaliśmy już bowiem bilety lotnicze na wypady z przełomu sierpnia i września ;) Zdradzę tylko, że tym razem zabieram bratanicę do Warszawy a dwa tygodnie później lecimy do Kolonii.

Z Olsztyna wyjeżdżaliśmy w trakcie przybierającej na sile burzy. Mocno komplikowało mi to plany noclegowe. Jako że - czego dowiedziałem się w piątek - terminal w Szymanach jest zamykany na noc, planowałem w formie emergency noc spędzić pod namiotem rozbitym w lesie nieopodal terminala. Jednak przy tego rozmiaru ulewie wszędzie stała woda. Na szczęście po rozmowie z obsługą portu i SOListami okazało się, że nie będzie wielkiego problemu, jeśli swój materac i śpiwór rozłożę obok wejścia do terminala. Panowie mnie tylko wylegitymowali, po zamknięciu obiektu przeszliśmy odprawę w postaci krótkiej rozmowy i około godziny 23. mogłem już zapadać w sen. Z tym też wiąże się tytuł wpisu - przecieranie szlaków. Jak się bowiem okazało, byłem pierwszą osobą, która chciała spędzić noc na lotnisku w Szymanach :D Oczywiście nie omieszkałem wspomnieć pracownikom, że powinni się przyzwyczajać do tego typu widoków jak już dostaną swoją bazę Wizz Air. Moje i Doroty przypuszczenia co do tego przewoźnika zostały jednak szybko zweryfikowane informacją, że zamknięcie terminala jest wymuszone zakazem operacji lotniczych po godzinie 22. Lotnisko leży bowiem na obszarze Natura 2000. W takiej sytuacji, jeśli samolot nie będzie w stanie lądować - standardowo - w okolicach północy, raczej przekreśla kwestię bazy.

Moje miejsce noclegowe na lotnisku Olsztyn-Mazury


A szkoda, ponieważ lotnisko w Szymanach zyskało naszą sporą sympatię. Świetny wygląd, miła obsługa i taka wciąż ciekawość pracowników że ktoś chce korzystać z ich lotniska sprawiają, że aż chce się życzyć powodzenia. Póki co, rozkład się nieco unormował, koncentrując na wakacyjnych lotach weekendowych. Podobno rejsy Saabami mają wypełnienie średnio około 50%. U nas na powrocie znów było 20 pasażerów, w tym dwa gajerki :-) Luton podobno idzie nieźle, tylko niestety Adria do Monachium również przewozi 20-40 pasażerów.



Jednak tak szczerze, ciśnienie jest. Jest bowiem ładny terminal, tuż obok znajduje się stacja kolejki skorelowanej z planem lotów, jest też jakiś zaczątek siatki połączeń. Można wypożyczyć samochód, tylko trzeba by było jeszcze pomyśleć o możliwości łatwego i sensownego dostania się w różne części Mazurskich jezior. Jak bowiem podsłuchiwałem w autobusie we Wrocławiu, bilet na pociąg do Olsztyna jest niewiele tańszy niż przelot w podstawowej taryfie 100 złotych OW. A oszczędność czasu i atrakcyjna godzina lotu weekendowego również są nie bez znaczenia. Czy więc wypali? Szczerze, do kwestii Szyman zacząłem podchodzić mniej humorystycznie a bardziej przychylnie, niż jeszcze tydzień temu.

Dużo drewna w terminalowym wystroju

Górne piętro w terminalu

Terminal lotniska Olsztyn-Mazury

Stacja kolejowa przy lotnisku Olsztyn-Mazury


Na sam koniec tylko dodam, że rejs powrotni odbył się bez żadnych problemów, czy sytuacji nadzwyczajnych. Lądowaliśmy 20 minut przed czasem, chwilę później byłem już w biurze. Jedną z rzeczy które ogromnie cenię w nowej pracy jest prysznic. Dlatego godzinę po rozkładowym czasie przylotu byłem już wykąpany, w świeżych ciuchach i po śniadaniu. Tylko ten opatulony przeciwdeszczowym poszyciem plecak z pewnością powodował stwierdzenie osób z firmy: no tak, weekend, więc wariata znów gdzieś wywiało ;) 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wariactwo nowych lotnisk

Rynek lotniczy ma to do siebie, że co jakiś czas po prostu wariuje. Pamiętam jak chwilę po moim początku z podróżowaniem Ryanair latał za grosz, więc udało się polecieć na Sardynię pięcioma odcinkami za łączną sumę 15 złotych. Ba, notorycznie kupowało się bilety w formie backupu - jeśli by się nie wyrobiło na jakąś ciasną przesiadkę. Potem pojawił się u nas OLT Express i wszyscy nagle zaczęli latać po kraju za 100 złotych - włącznie z Eurolotem i PLL LOT. Teraz zaczyna się świr związany z nowymi lotniskami.

Wątek ten obserwuję w kontekście ostatniej mody - każdy chce mieć swoje lotnisko. Bo przyniesie prestiż oraz miliony euro wydawane przez przyjeżdżających turystów. Z wielką pompą medialną organizowane są więc przetargi, studia opłacalności i budowane, lub częściej rewitalizowane starsze infrastruktury. Gdy władze lokalne wydadzą już do kilkuset milionów złotych (spoko, spoko, duży procent z tego jest przecież zwracany z Unii) okazuje się, że to nie koniec drogi. O ile wcześniej spółka nie zostanie przymuszona do bankructwa - vide negatywnie oceniany wzdłuż i wszerz projekt generalnie uznanego za niepotrzebne lotniska w Gdyni - okazuje się że sam terminal i pas startowy turystów nie przyciągnie. Do tego potrzebne są linie lotnicze.

A te dużo lepiej wiedzą na czym mogą zarobić i jeśli nie mogą nawet znaleźć na mapie danego miasta to raczej obstawiają niewielką potrzebę latania tam swoich klientów. Władzom lokalnym nie pozostaje więc nic innego jak dopłacanie do przewożenie pasażerów. Ups, przepraszam za niedopowiedzenie - wykupienie kampanii marketingowej, czy innego ładnie opakowanego rozwiązania ;) Stety, bądź niestety, dziś to już normalność. Tak ściąga do siebie turystów Macedonia, tak przez lata funkcjonują lotniska w Charleroi, Bergamo czy Gironie. Nawet duże porty oferują programy zniżkowe dla przewoźników nowych, lub otwierających połączenia na pożądanych kierunkach.

Jednak na naszym małym podwórku kwestia ta uległa totalnemu wypaczeniu. Zielona Góra przez ostatnie lata próbowała walczyć z wizerunkiem lotniska utrzymywanego wyłącznie dla lokalnych notabli potrzebujących kopsnąć się co jakiś czas do Warszawy. Dlatego jeszcze bodaj w zeszłym roku próbowano zorganizować pojedyncze czarterowe rejsy Eurolotu do Gdańska i Krakowa. Mocno podskoczyły też zeszłoroczne statystyki obsługi pasażerów. Niestety stało się to za sprawą remontu pasa w Poznaniu i przekierowaniu do Babimostu kilkanaście lotów czarterowych. Jak przeczytałem na dniach w sieci - w kilka tygodni obsłużono w ten sposób 5 tysięcy pasażerów, przez resztę roku na lotnisku pojawiło się kolejnych około 10 tysięcy. Wszystko to za sprawą średnio kilkunastu osób latających w tygodniu do wspomnianej stolicy.

Najciekawsze przykłady oferują jednak nasze dwa nowe rodzynki - Olsztyn-Mazury i Radom-Sadków. OK, ten pierwszy uczy się na błędach. Początek miał humorystyczny - odbębniony w mediach start regularnych połączeń do Berlina, Krakowa, oraz zapowiedź nowych. Chodziło o targetowanie się na sentymentalnych turystów z Niemiec, którzy na Mazury zawitaliby w trakcie podróży śladami Hitlera. Kraków w styczniu w mojej opinii był kiepski a już najsłabsza była gwiazdka w medialnym przekazie - te regularne połączenia operowane były na 33-miejscowych samolotach w większości czarterowego jak dotąd Sprint Air. Pojawiające się co kilka tygodni newsy pokazują, że ktoś tam chyba jednak myśli i stara się wyciągnąć projekt Olsztyn-Mazury na prostą. BTW, Olsztyn jest oddalony od lotniska o prawie 60 kilometrów ;) Sprint Air poszerzył więc siatkę o Wrocław i koncentruje się na wypadach weekendowych, z wylotami w piątek i powrotami w niedzielne późne popołudnie, lub poniedziałkowy poranek. Do tego ściągnięto Wizz Air i Ryanair z ofertą pod londyńskich Luton i Stansted, oraz rozpychającą się w naszym kraju Adrię. Ten ostatni strzał jest bardzo cenny, trzy rejsy tygodniowo objęte są bowiem siatką code-share z innymi liniami w siatce Star Alliance (w domyśle przede wszystkim Lufthansa). Co więcej, odbywać się one będą na pokładzie osiemdziesięcio-kilku miejscowej maszyny Bombardier CRJ-900, dużo większej niż w przypadku Sprint Air. Jednak pomimo wychodzenia na prostą w logiczności połączeń ciekawym newsem wykazał się niedawno PLL LOT. Linia ta również postanowiła otworzyć połączenie do Olsztyna. Cholera, z odległej niecałe 150 kilometrów Warszawy, mieszczącymi również ponad osiemdziesięciu pasażerów Dashami? Owszem, będą oferowane przesiadki na resztę siatki przewoźnika, ale czy będą w stanie zapełnić pierwsze rejsy zaplanowane trzy tygodnie po ogłoszeniu ich startu?

Kompletnym absurdem jest natomiast w mojej opinii polityka połączeń w Radomiu. Owszem, zaciekawili mnie na początku startując z CSA i Air Baltic. Pomyślałem sobie - może coś w tym jest, znajdzie się kilkadziesiąt osób, które co dwa-trzy dni będą feedować siatkę hubów w Pradze i Rydze. W końcu z dużo większym przytupem Łódź utrzymuje jedną maszynę Adrii na podobnych zasadach latającą do Monachium, Amsterdamu i Paryża. Również niewiele wcześniej do Lublina zaczęła latać Lufthansa - niby dwa-trzy rejsy w tygodniu, ale dla turystów i szczątkowego długodystansowego biznesu starczy. Jednak nie, pomysł upadł w niesamowicie krótkim czasie, zachęcając włodarzy portu do jeszcze ciekawszych posunięć. Z pomocą przybyło bowiem znów chętne dorobić na kampaniach reklamowych Sprint Air. Tylko co przyświecało tworzeniu siatki, to już totalnie nie wiem. Gdańsk - ok, zróbmy prezent naszym mieszkańcom chcącym wypocząć pośród pól parawanów. Ale jeden rejs w tygodniu? Praga - pewnie na siłę próbujemy udowodnić CSA że pochopnie zrezygnowała ze swoich połączeń. Berlin - hm... bo Olsztyn też otworzył? ;) No i na sam koniec Wrocław.... Mieszkam w tym mieście, chyba znam jego realia i za cholerę nie wiem po co ktoś miałby latać do Radomia, lub z tego miasta do nas. Na dodatek - we wtorki i czwartki, w środku dnia. Panowie, powiem tak. Z Wrocławia były już rejsy do Gdańska (zeszłego lata nawet cztery tygodniowo), do Lublina, do Lwowa i Berlina. OLT Express początkowo latał też do Szczecina/Poznania, Łodzi i Krakowa. Wszystko to zostało zamknięte w bardzo szybkim czasie. Dlatego wprost z niedowierzaniem czytałem newsy że postanowiliście uruchomić trzecią rotację tygodniowo - w soboty - oraz dodatkowo otworzyć połączenia do Lwowa. Wykracza to poza moją logikę. I chyba nie tylko moją, ponieważ lotnisko stało się pupilkiem szyderczego serwisu ASZdziennik, które informowało już że z Radomia odlatują samoloty nie tylko bez pasażerów, ale też bez pilotów, Radom postanowił wybudować kilka dużych miast na kontynencie aby było dokąd latać, z lotniska miały zostać otwarte połączenia międzyplanetarne, lub ostatecznie port lotniczy miał być przebudowany na port morski obsługujący tygodniowo dziesięć saudyjskich tankowców ;)

Oczywiście absurdalność połączeń nie oznacza że nie można z nich skorzystać. Do dziś pluję sobie w twarz, że z propozycji OLT Express zdążyłem załapać się tylko na Kraków, na pokładzie Eurolotu nie przeleciałem się do Lwowa a rejs z Lublina przegapiłem, bo najzwyczajniej zapomniałem że go kupiłem ;) W najbliższy weekend lecę do Szyman. Gdy opowiadałem o tym w pracy, opcja wydawała się być interesująca. Jednak krótki czas podróży i atrakcyjne godziny to jedno, a pytanie co dalej na miejscu to drugie. Na Mazury właściwe daleko. Korzystam jednak z backupu - ja dolatuję, na miejscu zgarnie mnie Dorota i jej samochodem jedziemy gdzieś w okolice pod namioty. Bez wsparcia od strony lokalsów byłoby więc ciężko. Co do Radomia, też mam w planach :D Akurat w jeden weekend planujemy wypad na posthippisowski festiwal w Bieszczadach. Dorota będzie jechać samochodem z Warszawy, tak się złożyło że przez Radom właśnie. Czyli znów, po pracy na lotnisko, krótki odcinek lotniczy i dalej już samochodem. Wiem, sztuka dla sztuki, lub dla jaj. Tylko być może jest to jedyna okazja w życiu aby zapisać lotnisko w Radomiu do listy zaliczonych. Bo szczerze, jak jeszcze widzę weekendowe Mazury za 200 złotych w ilości kilkunastu pasażerów każdego weekendu, tak Radomia ni cholery.

Jedno w tym absurdzie naszych nowych i małych lotnisk jest dobre. Nikt nie wpadł na szalony pomysł czegoś na wzór lotniska Ciudad-Real w Hiszpanii. Od samego początku było wiadomo, że w kontekście atrakcji turystycznych kraju jest pośrodku niczego. Miało być alternatywą dla Madrytu, które to lotnisko posiada cztery pasy startowe, jest bardzo blisko miasta, nikt tam nie narzeka na hałas samolotów i generalnie działa sobie bardzo dobrze. W oparach absurdu zaplanowano terminal do obsługi dziesięciu milionów pasażerów rocznie, oraz nawet wybudowano trzystu-metrowy rękaw kierujący bezpośrednio w stronę linii na trasie Sevilla - Madryt. Miała tam być wybudowana stacja kolei dużych prędkości, jednak nic takiego nie powstało. Lotnisko wybudowano kosztem 1,1 miliarda euro, które przez niecałe dwa lata obsłużyło około 87 tysięcy pasażerów. W zeszłym roku Chińska firma Tzaneen International kupiła je za 11 tysięcy euro. Miało to miejsce najpewniej ze względu na dobrą infrastrukturę i niemal czterokilometrowy pas startowy.

Hiszpańskie plany brzmiały gigantycznie, nawet w kontekście ich ogromnego ruchu lotniczego wewnątrz kraju, jak też połączeniom z resztą kontynentu. Niejedno lotnisko na półwyspie iberyjskim obsługuje więcej pasażerów niż wszystkie w naszym kraju razem wzięte. Jednak nie jest to wytłumaczenie dla dość pochopnego wydawania milionów złotych z naszych lokalnych budżetów. Poza tym, fala manii wielkości zaczyna wypływać z regionów również do władz krajowych. Mam tutaj na myśli pomysł Centralnego Portu Lotniczego. Może i projekt fajny, tylko słabo go koreluję z inwestycjami i rozruszaniem Modlina, sporymi zmianami na lotnisku Chopina i dużym kapitałem wkładanym w utrzymanie przy życiu lotniska w Łodzi. Nie przekonują mnie też ambitne plany wybudowania szybkiej kolei do Warszawy i Łodzi czy hasła łączenia wschodu z zachodem. Na tym haśle bazuje już Stambuł, walczące ze sobą MEB3 (Emirates, Etihad i Qatar) czy Finnair. Już totalnie rozbawiły mnie natomiast gigantofobiczne zapowiedzi obsługiwania kilkudziesięciu milionów pasażerów rocznie. Cóż, Polska takiego ruchu nie wygeneruje, potrzebni będą pasażerowie przesiadkowi. A samym hasłem wschód vs. zachód ich nie ściągniemy. Potrzebny by był silny, globalny przewoźnik bazowy, który swoją wielkością ściągnąłby inne linie będące w umowach code-share. Coś jak Lufthansa w Monachium/Frankfurcie, Air France w Paryżu czy British Airways w Londynie. PLL LOT ze swoimi sześcioma Dreamlinerami oraz flotą opartą na niewielkich Embrionach i Daszach raczej kontynentu nie podbije. Zwłaszcza że w sieci pojawiają się kolejne newsy, że pomimo zastrzyku z budżetu państwa działalność linii nadal nie spina się finansowo.

Tematem tym z pewnością uderzyłem w część lokalnych sentymentów - zwłaszcza jeśli wywodzicie się, lub jesteście jakoś związani z wymienionymi regionami. Nie obrażajcie się proszę jeśli trochę zbyt szorstko i szyderczo potraktowałem wymienione przykłady. Wbrew pozorom mam nadzieję że za kilka, kilkanaście lat będę mógł śmiało powiedzieć - myliłem się, lotniska jednak się wybroniły i może nawet jeśli inwestycja się nie zwróciła, to w sposób bieżący są w stanie same się sfinansować. Pozwólmy jednak żeby tą sytuację zweryfikował czas.