Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2017

Kubańska codzienność - polityka i propaganda

Viva la revolucion, to hasło bodaj najbardziej kojarzone z Kubą. Nie ma co się dziwić, tamtejszy fenomen nie tyle od wielu lat kształtuje codzienność wyspy, co także na trwałe wbił się w historię świata (patrz: wiszący na włosku konflikt nuklearny w trakcie kryzysu kubańskiego). Dlatego każdy przewodnik turystyczny posiada przynajmniej jeden rozdział opisujący walkę o ustanowienie i przetrwanie aktualnego systemu politycznego. Większość turystów nie rozumie podstaw, czy idei tamtejszej rewolucji. Zwłaszcza jeśli może sobie pozwolić na czytelne porównanie kubańskiej rzeczywistości, do naszej - świata zachodniego. Faktem jednak jest, że rewolucja na Kubie jest wciąż obecna. Najstarsze pokolenie cały czas pamięta różnicę pomiędzy systemami politycznymi, nadzieje jakie wiązano z nadchodzącymi zmianami i płomienne przemówienia przywódców. Młodsze pokolenia również szczerze wierzą w aktualny system. Nie bez powodu po internecie krążą historie, gdy turyści biegle posługujący się językiem hiszpańskim, na zatłoczonej ulicy, po prostu krzyknęli Viva la revolucion i w odpowiedzi, bez żadnych wątpliwości usłyszeli z ust kilku osób, entuzjastyczne Viva.

Popularny wizerunek Che na Placu rewolucji w Hawanie

Wizerunek Camilo Cienfuegosa na Placu rewolucji w Hawanie

Oczywiście sprzyjające inicjatywy oddolne należy pielęgnować. Temu też służy wszechobecna propaganda. Napotkacie na nią zarówno w miastach, jak też poza nimi. Na Kubie, w przeciwieństwie do zachodu, zobaczycie niewiele przydrożnych billboardów. Jednak większość z nich emanuje państwowym przekazem dotyczącym równości, walki, wyższości rewolucyjnych wartości itp.




Cały czas zastanawiałem się, na ile informacje te są wpajane a na ile szczerze kupowane przez lokalnych mieszkańców. Dobrobyt, jaki niesie ze sobą rewolucja, jest bowiem bardzo wątpliwej jakości. Nawet jeśli mieszkańcom żyje się teraz nieco lepiej, to bardzo łatwo mogą porównać swój stan posiadania z niedaleką zagranicą. Kilka tzw. rzutów okiem na telewizję wskazało bowiem, że mieszkańcy nie są wyłącznie bombardowani krajową propagandą. Dzięki językowi hiszpańskiemu lokalna telewizja pokazuje np. produkcje z Meksyku, czy innych sąsiednich krajów. Mieszkańcy mogą więc realnie, nie tylko z opowieści turystów, porównać sobie tamtejszą codzienność z ichniejszą.

Napis na murze zakładu państwowego w Cienfuegos

Poza tym kilkukrotnie zaskoczony byłem przez toporność, czy wręcz naiwność propagandowego przekazu. Przykładowo w Muzeum Rewolucji w Hawanie - obowiązkowym punkcie dla niemal każdego turysty. Trzeba przyznać, że miejsce to posiada kilka bardzo znaczących eksponatów - statek na którym na wyspę dotarł Fidel ze swoją świtą, szczątki samolotu szpiegowskiego strąconego przez kubańskie wojsko, czy zabawnie wyglądające, domorosłe pojazdy opancerzone, które brały udział w różnych epizodach bitewnych. Do grona eksponatów humorystycznych dochodzi również Rincon de los cretinos - ściana z karykaturami prezydentów USA. Bezceremonialne wyzwanie ich od - dosłownie - kretynów, jak też nietrafione (przynajmniej niejasne dla mnie) przybrane otoczenie - np. George W. Bush nie wiedzieć czemu posiada na głowie hełm ze swastyką - nie służy wytłumaczeniu zwiedzającym powodów rewolucji, wyższości jej idei i celów, dla których aktualny stan polityczny jest utrzymywany. A szkoda, muzeum, jako jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych w Hawanie, mogłoby być ciekawą szansą na wytłumaczenie punktu widzenia kubańskiej władzy. Szkoda, w sensie możliwości porównania i konfrontacji różnych punktów widzenia, czego wynik pozostałby w głowie i myślach odwiedzających.





Aktualny stan rzeczy nie został mi też wytłumaczony przez żadnego z mieszkańców. Co wspominałem wcześniej, nawet mieszkając w domach prywatnych, nasze kontakty ograniczone były do minimum. Wynikało to z ichniejszej słabej znajomości języka angielskiego, przez co trudno było swobodnie pogadać na dowolny wątek. Zresztą, szczerze nie miałbym odwagi podpytywać ich na te tematy, nawet gdybym coś tam dukał po hiszpańsku. Rozmowa o polityce wymaga bowiem dobrej znajomości wspólnego języka, aby przez głupi przypadek nie pojawił się niepotrzebny konflikt. Zwłaszcza, że jesteśmy ludźmi tak źle przedstawianego w propagandzie, blokującego rozwój Kuby zachodu.

Jedyne więc na co mogliśmy sobie pozwolić, to raczenie się na wyspie centralnie sterowanymi, jak też oddolnymi inicjatywami propagandowymi. Tzn. może nie próbowaliśmy krzyknąć w losowym momencie wspomnianego wcześniej Viva la revolucion, co zwracaliśmy uwagę na wizualne aspekty partyjnego PRu. Dostępne były one wszędzie: przy wyjeździe z lotniska w Trinidadzie, na ścianach budynku uniwersyteckiego, na murach koło osiedla mieszkaniowego. Nawet czekając aż kierowca wiozący nas na plażę Cayo Jutias przyniesie sobie obiad ze swojego rodzinnego domu w Santa Lucia, gdzie przed wejściem na jego teren widzieliśmy drewnianą deseczkę z pieczołowicie wypisanymi Viva Fidel y Raul.




Czy ten system się utrzyma?
Rozmawiając z wieloma znajomymi i osobami dopiero co poznanymi na miejscu, bardzo często pojawiał się wątek rewolucji i kubańskiego systemu politycznego. Że warto tam pojechać aby zobaczyć biedę, lub układ na ostatnie chwile przed jego upadkiem... Bo nawet jeśli partia się utrzyma, to przez turystyczne zadeptanie, za kilkanaście lat nie będzie już tym samym. Łatwo przyrównać tutaj do Chin, które są krajem piekielnie szybko rozwijającym się, bogatym, niemniej rządzonym przez jedną partię. Pozostaje więc pytanie, w jaki sposób się to zmieni?

Górnolotny malunek na suficie jednej z sal w Muzeum rewolucji w Hawanie

Cóż, mój pierwszy wniosek był taki, że wystarczy poczekać do pierwszego poważnego kryzysu i tylko oglądać, jak to wszystko - kolokwialnie rzecz ujmując - pierd....nie. No bo tak, na Kubie jest teraz mnóstwo turystów, a będzie ich jeszcze więcej. Przywożą ogromne ilości pieniędzy. Przez to realnie, wielu - zwłaszcza młodym - Kubańczykom po prostu żyje się lepiej. Ubierają się modnie, noszą przy sobie smartfony, mają jako-taki kontakt ze światem i to wcale nie w sposób jakoś opóźniony.  Przykładowo mega-popularny Despacito pierwszy raz usłyszałem w Europie jakieś trzy miesiące po powrocie z wyspy i od razu rozpoznałem go jako tamtejszy ;)  Tak czy siak, aktualny ruch turystyczny przyciąga tak mocno, że nawet prawnicy, architekci, czy pracownicy innych wysokich, wymagających dużej wiedzy zawodów, wolą porzucić swoją dotychczasową pracę, kupić rower i oferować turystom rykszową wycieczkę. W trakcie kilkunastominutowego kursu zarobią bowiem 3 CUC - ponad dwukrotność swojej dniówki. Bo warto pamiętać, że na Kubie jest równość - tyle samo zarabia sprzedawca w pustym sklepie, kierowca autobusu czy lekarz...

Pomyślałem więc, niech cokolwiek się stanie. Niech Raul zaostrzy swoją politykę wobec zagranicy i np. podobnie jak jego brat w 2004 roku znów wyprosi obce firmy, które zainwestowały krocie w zbudowanie Varadero. Niech turyści przestaną przyjeżdżać na wyspę, albo niech przywiezienie na nią jakiegokolwiek importowanego dobra stanie się jeszcze trudniejsze. Dzisiejsze młode pokolenie przyzwyczaiło się do życia we wstępnym dobrobycie. Nie będą chcieli z tego zrezygnować i sami zrobią swoją rewolucję...



I w zasadzie ten wątek pokazał mi, jak bardzo w wyprowadzaniu wywodów ważne jest sprawdzenie opinii a nie tylko obserwacja. Nawiązuję tutaj do rozmowy ze starszym o koło 10 lat małżeństwem polaków, którzy w obie strony lecieli tym samym rejsem Aeromexico, co my. Na godzinę przed startem z Hawany opowiadali oni swoją przygodę, kiedy to zwiedzili trochę biedniejsze rejony wschodu wyspy i udało im się nieco wyjrzeć poza tą turystyczną bańkę, w której my zostaliśmy uwięzieni. Podobno udało im się zamienić kilka słów z lokalsami, którzy niekoniecznie głośno i otwarcie - bo przecież ktoś mógł usłyszeć - dzielili się swoimi uwagami na temat sytuacji politycznej. To wtedy dowiedzieliśmy się o tym, że 40% opłaty za nocleg jest odprowadzane do partii. Że w związku z tym nasz pobyt na wyspie jest ciągle monitorowany z dokładnością do adresów i dat. Że społeczeństwo jest totalnie inwigilowane a znajdujące się co chwila punkty CDR (Comites de Defensa de la Revolucion) to nie zapuszczone pomieszczenia na jakie wyglądają z zewnątrz, co aktywnie działające oczy i uszy systemu politycznego. W społeczeństwie, którego życie codzienne koncentruje się na bliskich relacjach sąsiedzkich, taka sieć informowania i donoszenia sprawdza się wręcz cudownie. Dlatego ludzie mimo wszystko się boją i rozmawiać raczej nie chcą. Inna sprawa to fakt, że - według relacji wspomnianej pary - ci bardziej niechętni kubańskiej rzeczywistości już dawno wyspę opuścili. Pozostałym na Kubie, jest wszystko jedno. Zwłaszcza, że mają większe zmartwienia na głowie, jak choćby trudności z zakupem produktów użytku codziennego. Poza tym, niekończące się fale kryzysów wyrobiły w nich taką odporność na wszelkie niedogodności, że prawdopodobnie tamtejszych mieszkańców nie jest w stanie złamać już nic.


Jak więc widać, wszystko na Kubie jest specyficzne i niejasne do zrozumienia. Nawet system polityczny, który z jednej strony - np. porównując do realnej ingerencji w życie codzienne Naddniestrza - wydaje się być kolosem na słomianych nogach, z drugiej natomiast okazuje się, że nasz pobyt mocno go dofinansował. Czy przetrwa kolejną dekadę? Szczerze nie wiem i może dlatego Kuba jest w jakiś sposób fascynującym swoją niejednoznacznością ewenementem.

Kubańska codzienność - bezpieczeństwo

Kuba jest na swój sposób fenomenem na skalę światową. Wyobraźcie sobie sytuację, że w pokoju swojego mieszkania gościcie studenta pierwszego roku, który za jedną spędzoną tam noc płaci Wasze niemal miesięczne wynagrodzenie i twierdzi, że to wcale nie jest tak drogo. I teraz niech takich ludzi wokół Was będzie mnóstwo. W pewnym momencie mogą się zacząć rodzić pytania - ale dlaczego oni mogą a my nie? Dlaczego, nawet jeśli stać nas na wielki telewizor plazmowy - bo pracujemy w przynoszącej kokosy turystyce - my zdobywamy go w pocie czoła, najczęściej z pomocą mieszkającej zagranicą rodziny, a goszczący u nas studenci po prostu wychodzą do sklepu i kupują? Takie pytania, różnice bytowe i kulturowe, dość szybko mogą prowadzić do chęci wyrównania szans. Widać to bardzo wyraźnie w północnej Afryce, gdzie - powiedzmy sobie szczerze - turyści są chodzącym portfelem, z którego trzeba jak najwięcej zabrać dla siebie.

Dzieciaki na szkolnych zajęciach sportowych na Plaza Vieja - w samym centrum Hawany
Kuba jednak nadal jest tym radosnym, kolorowym, żywiołowym i mimo wszystko bardzo bezpiecznym krajem. Szczerze powiedziawszy, niezależnie od pory dnia i miejsca, przez dwa tygodnie prawie w ogóle nie czułem obaw, czy też nie spoglądałem za siebie tak na wszelki wypadek. Jeszcze większą skrajnością bywały wieczory spędzane w Centro Habana, dzielnicy przez miejscowych nazywanej Bejrutem, lub Bagdadem. Wszystko to za sprawą strasznego zapuszczenia tej części miasta, która miejscami wygląda, jak Bagdad po przejściu działań wojennych. Co więcej, dzielnica jest bardzo zróżnicowana kulturalnie - mieszkają tam osoby o korzeniach z wielu części naszej planety. Coś, co - pomimo mojego bardzo otwartego stosunku do różnic kulturowych - mimo wszystko, z powodu jakoś niechcących się wyplenić rożnych stereotypów (nie należy mylić z niechęcią), wzbudza we mnie pewien niepokój. W Centro Habana mieliśmy swój nocleg, dlatego mimowolnie ta okolica była poddana naszym dłuższym, lub krótszym obserwacjom w trakcie wieczorowej pory. I powiem Wam szczerze, że przechodząc ciemną nocą, w luźnych klapkach, z trzymaną na plecach lustrzanką wartą - według wartości Kubańczyków - niewyobrażalnie wielką kwotę, będąc tym przebogatym Europejczykiem, spokojnie mijałem przesiadujących na wejściu do domu, lub skrzyżowaniu ulic lokalnych mieszkańców, którzy co jakiś czas zaczepiali klasycznym hola nie żeby zacząć rozmowę, tylko aby po prostu powiedzieć obcemu cześć.

Centro Habana - ulica przy której znajdował się nasz nocleg

Z jednej strony jest to znane na świecie pozytywne podejście Kubańczyków do życia i ich niezłomność w czasach ciągłych niedostatków. Z drugiej jednak, historycznie naznaczony wpływ Państwa, który od wielu lat w jakiś tam sposób trzyma w cugach swoich obywateli. Trzyma do tego stopnia, że za drobne przestępstwa, oprócz lokalnego potępienia, grożą również dość dotkliwe kary. Dodatkowo, gdy te występki poczynia się na turystach, wyroki są jeszcze cięższe. Być może więc mieszanka surowszego wymiaru sprawiedliwości i bardzo tolerancyjnego sposobu życia lokalsów (bo mimo wszystko jesteśmy obywatelami, określanego przez propagandę jako zgniłego - zachodu) powodują, że wyspę można uznać za zaskakująco wręcz bezpieczną. No bo po co okradać turystów, skoro i tak wydadzą te swoje fortuny. Nawet jeśli nie wynajmuję mieszkania, to pomogą nam w jakiś mniej pośredni sposób. Ot, choćby dlatego, że noclegowi hości posługują się Peso wymienialnym, zakupy robią w Panamericanie, dzięki czemu w normalnych, jeszcze niedawno świecących pustkami sklepach, jest nieco więcej towaru dla nas.

Niestety, pomimo mojego opisu wcale to nie oznacza, że podczas pobytu na wyspie można porzucić wszelkie normalne odruchy dot. bezpieczeństwa. Zapewne nie bez powodu ci przyjaźni wobec siebie sąsiedzi, swoje domy i okiennice zamykają na żelazne kraty. Również z powodu specyficznej sytuacji lokalnej, w kraju bardzo łatwo można się wpakować w niemałe tarapaty. No bo tak, my nie korzystaliśmy z kart płatniczych, przez co w pierwsze dni musieliśmy mieć przy sobie, lub w pozostawionym w noclegu bagażu niemal €2000. Już pomijając liczbową wielkość, wyobraźcie sobie teraz utratę tego budżetu, albo paszportu, albo koniecznej do opuszczenia kraju wizy. Znając sytuację na miejscu, przeciągające się procedury i sposób życia, odnoszę wrażenie, że załatwienie jakiejkolwiek sprawy byłoby powodem co najmniej osiwienia.

Wydaje się, że na szczęście w noclegach nikt nam w bagaż nie zaglądał. Jednak zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku lotniska. O miejscach tych krążą legendy. Podobno giną tam przede wszystkim elektronika i markowe ciuchy. Gdzieś nawet przeczytaliśmy, że ktoś zorientował się, że przetrzepano mu plecak, ponieważ w środku walizki znalazło się nadprogramowe  jabłko. Zniknęła natomiast jedna para używanych majtów ;)

My poczyniliśmy amatorskie zabezpieczenie w postaci założenia plastikowych tyrtytek. Nie był to sejf, zwłaszcza że zabezpieczenie dotyczyło luźnych plecaków. Liczyliśmy jednak, że obsługa lotniskowa postanowi zająć się innymi, mniej zabezpieczonymi walizkami, niż naszymi dziwactwami. Koniec końców zniknęła nam jedynie mieszanka bakalii. Tyrtytki były nienaruszone, więc podejrzewamy, że ktoś dłonią zlustrował zawartość plecaka i wyjął coś, co na ślepo mogło mu się wydawać atrakcyjne. W drodze powrotnej też poczyniliśmy pewne proste zabezpieczenie. Bagaż przyjeżdżający nie powinien bowiem przebywać zbyt długo w rękach obsługi a ew. zaginięcie czegokolwiek można zgłosić na policji. Dlatego bardziej podejrzewałem większe prawdopodobieństwo kradzieży przy wylocie z Wyspy. Zabezpieczeniem było więc oddanie bagażu jako jedni z ostatnich pasażerów - około godziny przed planowanym odlotem samolotu.

Kubańska codzienność - sposób życia Kubańczyków

Największą wartość jaką wyniosłem z podróży na Kubę był challange dotychczasowego trybu życia. Już bowiem od pierwszej minuty, przy okazji pozostawionego w Mexico City bagażu, zetknęliśmy się z całkowicie inną - to jest właściwe słowo - codziennością. Europa, nawet nasza jej środkowa część, jest już bowiem bardzo strukturyzowana, działająca zgodnie z pewnymi normami, zasadami, planami. Wiele osób ceni Karaiby i środkową Amerykę za to, że tamtejsza rzeczywistość pozwala na dużo więcej wolności, mniej struktur i procedur. W tym klimacie narodził się kubański styl życia, o którym już na samym początku powiedział nam host noclegu w Hawanie. Tu są Karaiby. Wasz bagaż będzie, jak przyleci na Kubę i ktoś go przywiezie. Po prostu musicie czekać. U nas tak się załatwia sprawy.

I rzeczywiście, na nic stało się jechanie na lotnisko jeszcze tego samego dnia, żeby przekonać się, że wbrew obietnicom handlingu, bagaż nie przyleciał następnym rejsem. Nikt też się specjalnie tym nie przejął, bo co mogą zrobić, skoro plecaki wciąż są na kontynencie? I wtem okazało się, że przez trzy dni trzeba chodzić w tej samej koszuli, spodniach i parze majtów, które każdego wieczoru po wypraniu w szarym mydle, schły rozwieszone nieopodal wiatraka. To dość gwałtowne zetknięcie się z karaibską rzeczywistością pozwoliło nabrać nam ogromnej cierpliwości do wszystkiego, zrozumienia że rzeczywiście jak będzie, to będzie.

Kolejka przed kantorem CADECA w Hawanie

Na tej bazie okazuje się, że sprawne życie na Kubie wymaga nieprzebranych zasobów czasu. Co już być może wyłapaliście w poprzednich wpisach - aby załatwić cokolwiek, trzeba odstać w długich kolejkach. Wymiana walut? Ponad godzina w jednym z trzech kantorów w centrum miasta. Bagaż na lotnisku? W naszym przypadku 4 godziny. Wstęp do muzeum? Oj z 80 osób przed nami. Ba, nawet w bardzo cenionej Cafe Escorial w Hawanie staliśmy prawie 2 godziny, aby kupić trzy woreczki prażonej na miejscu kawy. Na szczęście opłacało się, w mojej opinii jest to jedna z najlepszych, jakie mam w swojej kolekcji.

Na szczęście kolejki da się nieco zredukować gotówką. W sposób bezpośredni - np. płacąc komuś, aby odstał w niej za nas ;) W sposób mniej bezpośredni - kupując po europejskich cenach. Jak bowiem wspomniałem, sieć sklepów Panamericana to miejsce, gdzie zarówno bez problemów dostanie się niezbędne towary, ale też nie będzie się stało w kolejkach. Powód jest oczywisty, tamtejsze towary są kosmicznie drogie dla zwykłego Kubańczyka - dostępne w zasadzie wyłącznie dla osób pracujących bezpośrednio przy turystyce. Tak samo sprawa się ma w przypadku transportu turystycznego. Korzystając z taxi collectivos nie trzeba odczekać swojego na stacji autobusowej, albo gdzieś na trasie. Samochód przyjeżdża pod wskazany adres i dowozi na zamieszczony na wizytówce. Chociaż, znów dochodzi tutaj nasza europejska mentalność. Jeśli bowiem transport jest umówiony na godzinę 9.rano, już od 5 minut przed tym czasem, my zazwyczaj siedzimy na spakowanych bagażach, czekając na samochód. Oczywiście w karaibskim mniemaniu godzina 9. oznacza od 8.30 do 11. I nawet jeśli wiemy o tym, oraz się na to godzimy, nawet bez nerwa wkładając plecaki do bagażnika chwilę przed godziną 10., to nasza mentalność wymaga, abyśmy za każdym razem byli gotowi na co najmniej 5 minut przed umówionym czasem ;)

Konieczność wybicia się ze swojego stylu życia jest zapewne dla Kubańczyków czymś ciężkim do przyjęcia. Generalnie odnoszę bowiem wrażenie, że oni po prostu nie rozumieją zjawiska turystyki. Dotyczy to zarówno czasów obecnej inwazji na kraj, jak też lat poprzednich. No bo powiedzmy sobie szczerze, lubimy chodzić wśród przyrody, leżeć na plaży, oglądać, wydawać pieniądze. Niestety wszystko z tutaj wymienionych jest na Kubie jak na lekarstwo. Dlatego władze starają się tworzyć atrakcje sztuczne, które w połączeniu z tamtejszymi kryzysami, wychodzą czasami dość humorystycznie. OK, w Varadero podobno jakość jest całkiem niezła. Dobre hotele, ładne plaże, fajna obsługa... Tylko przez jakiś czas na tamtejszy półwysep nie mieli wstępu mieszkańcy wyspy. A z wielu relacji wynika, że pięknie wyglądające, pieczołowicie wycięte i przystrojone jedzenie, po prostu nie ma smaku. Kolejną ciekawostką jest, określona jako jedna z największych atrakcji zachodniej części wyspy, Mural Prehistoria. Jest to po prostu goła, pozbawiona roślinności, w miarę pionowa część lokalnego wypiętrzenia, którą dość nieudolnie upaćkano blednącą farbą z rysunkami nawiązującymi podobno do prehistorii. Na teren tej atrakcji wchodzi się za opłatą 3 CUC, w cenie czego dostaje się wodę i... możliwość zobaczenia z bliska czegoś, co doskonale widać ze ścieżki idącej wzdłuż płotu. Marna to atrakcja a dodatkowo ten płot w pewnym momencie po prostu zanika, lub znajduje się w nim otwarta furtka. Podobnie prymitywna atrakcja turystyczna - Valle de la Prehistoria - znajduje się po drugiej stronie wyspy, niedaleko Santiago de Cuba. Zresztą co się będę rozpisywał, zobaczcie fotki z linka pod nazwą ;)

Mural Prehistoria
Pomijając rzeczywistość turystyczną, życie codzienne na Kubie nadal jest bardzo ciekawym wątkiem, na który warto zwrócić uwagę podczas swojego pobytu. Mieszkańcy żyją bowiem w dość bliskich relacjach sąsiedzkich. Dlatego dla nich ważniejsze od sytuacji na świecie jest to, co słychać u mieszkańca kamienicy kilka numerów obok. Gdy coś się dzieje, po prostu robi się obchód po znajomych i sprawa rozwiązuje się sama. Co ciekawe, mikrospołeczności te są bardzo otwarte na przybyszów. Dlatego przechodząc przez pewne okolice, nie byliśmy odprowadzani niechętnym wzrokiem ich mieszkańców. Ba, w pewnym momencie w centrum Hawany zagadał do nas jakiś późny student, który opowiadał, że jest naszym sąsiadem i widział nas dziś rano, jak wychodziliśmy z mieszkania naszego hosta. Już sam ten fakt spowodował, że facet podchodził do nas przyjaźnie i ot tak, opowiedział co jeszcze ciekawego możemy zwiedzić/zrobić dziś w mieście.

niedziela, 15 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - spanie na lotnisku w Hawanie

Jednym z powodów dla których kupiliśmy akurat te bilety, były godziny rejsów. W drodze powrotnej z Hawany mieliśmy bowiem startować minuty po godzinie 6. rano, a z Mexico City do Europy nieco przed północą tego samego dnia. Czyli nie tylko mieliśmy okazję do zwiedzenia dodatkowego miejsca, co jeszcze zaliczaliśmy potencjalną oszczędność w postaci darmowej nocki na kubańskim lotnisku. Potencjalną, ponieważ mała ilość rzetelnych informacji, jak też kontrowersyjność Kuby, sprzyja pojawianiu się wielu nieprawdziwych plotek (czyt. problemy z dojazdem, zamykany terminal i niesympatyczna ochrona lotniska). Oszczędność jednak istotna, ponieważ - o czym wspomnę w jednym z kolejnych wpisów - nocleg w centrum Hawany może kosztować nawet 100 złotych.

Nocna tablica odlotów na lotnisku w Hawanie

Ostatecznie okazało się, że na lotnisku w Hawanie można spać. Terminal międzynarodowy jest bowiem otwarty non-stop. Niestety przez całą dobę odbywają się także operacje lotnicze, przez co kilkugodzinna drzemka raczej nie należy do najspokojniejszych. Dołączone zdjęcia pokazują, że nie ma żadnej szansy na spanie na dolnym piętrze - w hali przylotów. Takie tłumy są tam cały czas. Zwłaszcza, że procedura celna dla zwożących na wyspę mnóstwo importowanego towaru lokalsów, trwa całe wieki. Jeśli więc samolot z Mexico City wylądował chwilę przed północą, nie zdziwiłbym się, gdyby część przebywających na przylotach spotkała się z wyczekiwanymi pasażerami tego lotu dopiero o czwartej rano.

Hala przylotów na lotnisku w Hawanie - takie tłumy obecne są tam przez całą dobę

Dużo spokojniej, zarówno z powodu mniejszej ilości ludzi, jak też ogólnikowo większej przestrzeni, jest na piętrze odlotów. Niestety potwierdzają się tutaj wpisy w internecie - całe piętro jest piekielnie zimne. Warto jednak poszukać. W trakcie wędrówki po terminalu okazało się bowiem, że jego lewa strona była nieco cieplejsza. Jeśli chodzi o miejsca do siedzenia, jest ich bardzo niewiele. Nam udało się znaleźć rząd czterech siedzeń bez podłokietników. Mimo tego postanowiłem skorzystać z dmuchanego materaca i, obowiązkowo, śpiwora na zakres temperatur powyżej 10℃ (oczywiście przy wcześniejszym ubraniu się w nieco cieplejsze ciuchy). Bagaże trzymaliśmy na stojącym obok wózku, który dodatkowo przypięliśmy (metodą plątaniny) do naszego rzędu siedzeń. Kradzieży nie doświadczyliśmy, być może dlatego, że z dwie godziny spaliśmy obok kolejki do odprawy na lot Air France.

Stanowiska check-in na lotnisku w Hawanie

Górnego piętra raczej nie polecam. Znajduje się tam mała i przygnębiająca knajpka, z przesiadującymi wyłącznie lokalsami.  Nieco dalej znajduje się większa przestrzeń, nieznacznie cieplejsza i z mniejszą ilością światła. Niemniej przechadzając się po tamtych okolicach zostałem w niewybredny sposób wygoniony przez pracownicę, akurat wychodzącą z jednego z pomieszczeń.

poniedziałek, 9 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - problemy z bagażem

Odbiór bagażu
Po pozytywnym wstępie na lotnisku nadszedł czas na etap, w którym większość zasłyszanych historii niestety okazało się prawdą. Zatłoczony terminal międzynarodowy posiada bowiem tylko dwa pasy obsługujące wszystkie loty. Tłum ludzi, niski sufit, dym papierosowy dolatujący z pobliskich toalet (tak tak, można tam palić papierosy) i brak jakichkolwiek siedzeń, powodują szybki wzrost zdenerwowania. Zwłaszcza, że na bagaże po prostu się czeka... i czeka.... i czeka... Czasami pas się uruchomi i wyleci z niego kilka hm... Nie wiem jak to nazwać, ponieważ Kubańczycy nie używają ani plecaków, ani walizek. Ich bagaż to najczęściej jakieś wnętrze grubo owinięte pościelo-podobnym materiałem i następnie mocno otoczonym folią ochronną. Co ciekawe, część z nich przyjmuje postać kilkunastu-kilogramowej kuli, która zlatując z pasa jest w stanie powalić część oczekujących - niczym kręgle. Oprócz tego, na pasie pojawiało się mnóstwo dóbr importowanych. Przylatujący z Mexico City Kubańczycy, w głównej mierze przywozili bowiem telewizory, urządzenia elektroniczne, czy przede wszystkim części do motorów i samochodów. Musicie mi uwierzyć, ale naprawdę widziałem wyjeżdżające klucze naprawcze, części silników, akumulatory (opisane jako bomba acenite de carro), czy nawet wręcz zestawy opon samochodowych!

Oczywiście nie ma co liczyć na jakiekolwiek zorganizowanie. Bagaż co jakiś czas się pojawia, po czym nagle bez jakiejkolwiek informacji okazuje się, że część bagażu wyjeżdża na tym drugim pasie. A po blisko dwóch godzinach oczekiwania okazuje się, że więcej walizek z Mexico City już nie będzie, o czym oczywiście nikt nie jest łaskaw poinformować oczekujących.

Formalności związane z zagubionym/opóźnionym bagażem
I tutaj zaczynają się schody. Oczekiwanie do okienka lost luggage polega bowiem na staniu w tłumie, w którym pierwszeństwo przysługuje wciskającym się na siłę miejscowym. Gdy już przyjdzie czas na turystów, pani z piekielnie łamanym angielskim, pobiera niezbędne dane i - gdy jej się chce - udzieli oficjalnej informacji. My musieliśmy podać adres pobytu na Kubie (dlatego pierwszą noc warto mieć zarezerwowaną przez internet - o niuansach związanych z noclegami wspomnę później), adresy w Polsce, numery rezerwacji, wizy itd. Dowiedzieliśmy się, że nasz bagaż po prostu nie doleciał naszym samolotem, chociaż plecaki leżały na wózku stojącym pod samolotem w Mexico City. Co ciekawe, nie przyleciały bagaże kilkunastu osób, wśród których - oprócz pewnej dwójki - wszyscy byli polakami. Nie o narodowość jednak tutaj chodzi, co - jak podejrzewam - o to, że wszystkimi lostami były plecaki. Walizka jednej z polek doleciała :-) 

Warto pamiętać, że w takiej sytuacji chroni nas prawo międzynarodowe, jak też regulacje europejskie. Zgodnie z nimi, obowiązkiem linii lotniczej jest jak najszybsze dostarczenie bagażu pod wskazany adres. Czyli oficjalnie powiedziano nam, że plecaki przylecą wieczorną rotacją, co finalnie jednak nie miało miejsca. Koniec końców znalazły się one na wyspie z dobowym opóźnieniem a w hotelu otrzymaliśmy je następne 24 godziny później.

Co istotne, w takiej sytuacji obowiązkiem linii lotniczej jest zwrot wszelkich kosztów (do kwoty około €1200) związanych ze skutkami opóźnienia. W naszym konkretnym przypadku, są to wszelkie koszty zakupu ciuchów, kosmetyków itp. Tutaj nie ma co się szczypać, po prostu należy iść do jakiegokolwiek sklepu i każdy zakup potwierdzać stosownym paragonem. Jak podejrzewam, nie chodzi tutaj o sklep wytwornych marek, ponieważ odszkodowanie przysługuje do pewnej sumy. Zresztą, na Kubie dobrze będzie, jeśli uda się kupić cokolwiek, ale o tym w późniejszych odcinkach.

Od siebie tylko dodam, że w trakcie procedury reklamacji, Aeroméxico poprosiło o niemal wszystkie świstki z cyframi: numer rezerwacji, numer biletu (e-ticket), numer taga bagażowego (tej naklejki umieszczanej na walizce - dlatego nie warto jej wyrzucać), skan naklejki potwierdzającej nadanie bagażu i numer zgłoszenia zaginięcia bagażu. Takie rzeczy się gubią, dlatego proponuję profilaktycznie od razu robić ich zdjęcia. Zwłaszcza formularz zgłoszenia zaginięcia bagażu, który musieliśmy później oddać przywożącemu nasze plecaki taksówkarzowi, jako potwierdzenie odbioru. Stanowcze zwrócenie uwagi, że takie potwierdzenie zostało nam zabrane i nie zostaliśmy poinformowani o przysługujących nam prawach (w tym w ogóle o zwrocie kosztów za niezbędne zakupy) spowodowały, że linia nie robiła nam już żadnych problemów. Nieco później przyszło potwierdzenie, że zostało nam przyznane odszkodowanie w wysokości $100 (wnioskowaliśmy o około $80).

Była to nasza pierwsza przygoda z niedostarczonym bagażem, dlatego po drodze popełniliśmy wiele błędów. Niektórych sytuacji nie dało się jednak rozwiązać inaczej, czego przykładem jest, kolokwialnie rzecz ujmując, wywalenie się nam planu już na samym początku podróży. Nie wiedzieliśmy bowiem kiedy bagaż zostanie nam dostarczony do hotelu, dlatego też na wszelki wypadek o jeden dzień przedłużyliśmy nasz pobyt w Hawanie. W wersji pesymistycznej stwierdziliśmy, że bagaż odbierzemy w połowie urlopu, po drodze z Viñales do Cienfuegos. Dlatego w przypadku objazdówki polecam rezerwację noclegu w tym samym miejscu na początek i na koniec podróży. Miejsce to staje się bowiem naturalną bazą na wyspie. A przytoczę tylko opowieść naszego hosta z Hawany, który wspominał, że opóźniony bagaż jest czymś wielce naturalnym - przede wszystkim w kościelnym okresie świątecznym. Jeden Rosjanin po dwóch dniach bezowocnego czekania, w końcu udał się w dalszą podróż na Jamajkę. Gdy po ponad dwóch tygodniach powrócił do Hawany okazało się, że swój bagaż zobaczy dopiero na lotnisku w Moskwie. Tak więc, przygotujcie się, już lotnisko może się bowiem stać pierwszym kontaktem z surowymi zasadami tego dziwnego dla nas świata ;)

Kradzieże na lotnisku w Hawanie
Jeśli jesteście po lekturze kilku blogowych reportaży z Kuby, być może natknęliście się na informacje o kradzieżach. My odnieśliśmy wrażenie, jakoby nie tyle kradzieże, co przeszukiwanie bagażów było niemal plagą. Znikają podobno głównie markowe ciuchy. Być może dlatego wszystkie funkcjonariuszki służb lotniskowych chodziły w wytwornych pończochach/rajstopach, dostępności których raczej nie spodziewałbym się na wyspie. Ktoś nawet wspomniał kiedyś, że po powrocie z wyspy w swoim bagażu znalazł jabłko. Wtedy postanowił zrobić rachunek sumienia i wyszło na to, że z walizki zniknęła... para używanych majtów ;)

Niestety ciężko jest mówić o zabezpieczeniu plecaków przed kradzieżą, jeśli nie bierze się pod uwagę szczelnego owinięcia folią zabezpieczającą. My jednak poczyniliśmy pewne środki ostrożności w postaci popularnych tyrtytek - plastikowych zaczepów. Kilka z nich założyliśmy w taki sposób, że niemożliwym było otwarcie plecaka bez ich rozerwania. Oczywiście zapięcie można podważać nożem itd., jednak mieliśmy nadzieję, że to głupie i bardzo wizualne zabezpieczenie spowoduje, że komuś po prostu nie będzie się chciało dobierać do akurat naszego plecaka.

Koniec końców, Dorota padła ofiarą drobnej kradzieży. Gdy otwierała dostarczone przez taksówkarza plecaki, zauważyła że układ rzeczy w środku jest nieco inny, niż oryginalnie. Tak, jakby ktoś włożył do środka rękę i próbował znaleźć coś na ślepo. Ostatecznie znalazł opakowanie z mieszanką orzechów. Dobrze, że tylko tyle :-)

Bardziej obawiałem się jednak drogi powrotnej, ponieważ procedura zgłaszania kradzieży z zagranicy jest utrudniona, zatem zachęcająca potencjalnych złodziejaszków. Na szczęście w sposób oględny w Mexico City - a w sposób całkowity w Amsterdamie - stwierdziliśmy, że nic nam nie zginęło :-)

czwartek, 12 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Camino de Santiago i bezpieczeństwo


Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Camino de Santiago
Będąc kilka lat temu w Santiago de Compostela dowiedziałem się, że jest to jedno z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Chrześcijan (obok Watykanu i Jerozolimy). Słyszałem także o silnym ruchu pielgrzymkowym, co stało w totalnym przeciwieństwie do pustki jaką zastaliśmy w mieście. Owszem, tamtejszy klasztor jest ogromny i klimatyczny, jednak będąc trochę na bakier z wierzeniami Chrześcijańskimi w mojej hierarchii ważności Św. Jakub jakoś niekoniecznie znajdował się na wysokiej pozycji. Faktem jest, że w trakcie tamtego wyjazdu pielgrzymki do Santiago jakoś utkwiły mi w pamięci, pomimo silnej konkurencji z naszym lokalnym Częstochowskim ewenementem, czy nawet bardziej lokalnym związanym ze Św. Jadwigą, której sanktuarium znajduje się w niedalekiej od Wrocławia Trzebnicy. Gdy ruch ten znajdzie swoje miejsce także w Waszej pamięci, z pewnością kiedyś zaczniecie dostrzegać w swoich, bądź odwiedzanych przez Was miastach, znaki białej lub żółtej muszli na błękitnym tle. Halo, halo, ale na moście we Wrocławiu? I owszem. Średniowieczna tradycja prawie została zapomniana, gdyż w 1970 roku pielgrzymowało raptem 68 osób. Jednak zabiegi Rady Europy co do przywrócenia jej popularności, jako drogi o szczególnym znaczeniu dla kultury kontynentu, spowodowały ogłoszenie jej w 1987 roku pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym, oraz w 1993 roku wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzięki temu rokrocznie pielgrzymów jest coraz więcej a ich liczba zbliża się aktualnie w okolice trzystu tysięcy.


Dziś, dla wielu miast i miasteczek, ruch ten stanowi bardzo istotną gałąź przemysłu. Wystarczy bowiem znaleźć się w jakimkolwiek skupisku ludzkim będącym na jednym z kilku szlaków, aby co chwila mijać schroniska, tzw. Auberge. Oferują one niezbędne minimum - najczęściej piętrowe łóżko w sali wieloosobowej, niejednokrotnie brak pościeli, kabiny prysznicowe, jak też przede wszystkim miejsce do ręcznego przeprania i wysuszenia ubrań. Ten minimalizm wyraża się również w niskiej cenie, ponieważ będąc zazwyczaj ponad miesiąc w drodze, każdy grosz zaczyna nabierać innej wartości. Poza tym miejsca te są bardzo ciekawe pod względem socjologicznym. Są tylko noclegownią, punktem odpoczynku gdzie każdego dnia spotykasz kogoś nowego. Czasami są to grupy własne, czasami obce do których bardzo łatwo jest się przyłączyć. Popołudniu zaczyna się przepierka, szybkie zwiedzanie miasta, kolacja i spanie o wczesnych godzinach wieczornych. Wynika to z bardzo wczesnej pobudki, aby po spowodowaniu ogólnego harmidru związanego z pakowaniem się, wyjść na szlak o jak najwcześniejszej porze. Tak, aby uniknąć palącego popołudniowego słońca. Chwilę po wyjściu sale sypialne są opustoszałe w 99% - pozostają w nich tylko takie wariaty jak ja, lub osoby potrzebujące dodatkowego dnia odpoczynku. Wtedy też szlaki zapełniają się mniejszymi lub większymi grupami piechurów niestrudzenie prących do przodu, do celu który mają zamiar osiągnąć za trzy, do czterech tygodni. Przemierzają oni boczne, utwardzone i choć wymagające, to całkiem nieźle utrzymane ścieżki. Ich szlak, choć zazwyczaj dobrze oznakowany (pomijając fakt, że wystarczy po prostu iść za kimś znajdującym się kilkadziesiąt metrów przed nami), najczęściej prowadzi w sposób okrężny. A to do ważnego klasztoru, a to aby przejść pod drogą szybkiego ruchu do tunelu pod który dochodzi niesamowicie pokrętna ścieżka itd. Takim właśnie szlakiem jechałem na rowerze wypożyczonym w Navarrete i muszę przyznać że wycieczka ta była jedną z największych atrakcji całego wyjazdu do Kraju Basków.



Pielgrzymi, oprócz charakterystycznej muszli, często wyróżniają się flagami krajów przyczepionymi, lub wszytymi w plecaki. Ku mojemu zdziwieniu, widziałem bardzo dużo piechurów z Australii, Ameryki Południowej, czy nawet Korei Południowej i Hawajów! Ciężkie warunki w trakcie Camino są prawie całkowicie nieistotne. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy położyłem rower aby niespiesznie zrobić kilkanaście fotek jednego z miejsc. Po jakimś czasie powolnym krokiem mijał mnie samotny Brazylijczyk o pewnym stopniu niepełnosprawności ruchowej. Za serducho złapało mnie jego wypowiedziane z uśmiechem na twarzy pytanie czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuję od niego jakieś pomocy. Albo kilkuosobowa grupka z bodaj Wenezueli, wśród której były dwie osoby prowadzone przez psa przewodnika. Albo wspomniana grupa z Korei, gdzie jedna już bardzo sędziwa kobieta całą noc spała oddychając z pomocą jakiegoś urządzenia...

Owszem, dzisiejsze pielgrzymowanie jest niczym w porównaniu z korzeniami z których się wywodzi. W wiekach dawnych była to wyprawa życia, podróż w nieznane, gdzie bez wiedzy o tamtejszych kulturach lub językach drogę szukało się pytając okolicznych mieszkańców. Dziś mamy GPS, ultra-dokładne mapy, noclegi które można zarezerwować przez internet, zwiększające wydajność buty, stroje i plecaki. Wielu pielgrzymów oczywiście idzie tylko część szlaku, korzystając z podwózki lotniczej (najczęściej aby dotrzeć w okolice Hiszpanii), autobusowej lub kolejowej. Co więcej, kiedyś pielgrzymka była do Santiago i - co ważniejsze - z powrotem. Dziś zazwyczaj dotyczy drogi tam, wracając już zazwyczaj transportem lotniczym. Jednak mimo to, możliwość obcowania z takimi ludźmi jest czymś niesamowitym. Każdy z nich ma bowiem jakiś cel, jakąś historię, jakiś bagaż doświadczeń, ciężkie warunki z którymi radzi sobie w sposób radosny, ponieważ wyraźnie widzi odległe o kilkaset kilometrów miasto na (prawie) krańcu Europy. Dopiero pod koniec rowerowego dnia zdałem sobie sprawę z wagi naszych spotkań. W rzeczywistości, każdy pielgrzym był dla mnie tylko mijaną osobą, u której w tym właśnie momencie wzbudzałem najczęściej okrzyk bici! (rower) ostrzegający innych z przodu że właśnie nadjeżdżam. Jednak zwróćcie proszę uwagę, że każdy z tych bezimiennych jest kimś wielkim. Poznajcie bowiem taką osobę gdzieś w trakcie jakiegoś spotkania. Historia ich Camino z pewnością stanie się źródłem wielu godzin opowieści. Opowieści o przeżyciach duchowych, socjologicznych, trudach i radościach drogi. Oczywiście przeżycia te nie muszą iść w parze z naszymi przekonaniami, jednak na podziw zasługuje fakt, że w dzisiejszych czasach pracy i wielu obowiązków, ktoś potrafi powiedzieć swojemu życiu: stop, znikam na dwa miesiące i podejmuję wyzwanie. Owszem, jestem osobą uważającą że jeśli do przebycia mam mniej niż trzy kilometry, to nie szukam transportu samochodowego. Żyję, myślę że w sposób dość wysportowany. Jednak świadomość tego, że ktokolwiek mógłby iść przez 30 dni przebywając w tym czasie ponad 600 kilometrów, spakować całe swoje życie w niewielkim plecaku licząc na uśmiech pogody, zdrowia i niepewne możliwości zakwaterowania, jest dla mnie czymś wykraczającym poza wszelkie pojmowanie. Świadomość tego rzuca zupełnie inne spojrzenie na każdą mijaną osobę, u której - jak wcześniej wspomniałem - właśnie w tym momencie wzbudzałem okrzyk bici. Szacunek im i podziw.

Bezpieczeństwo
Turystyka w Europie w ostatnich latach przechodzi bardzo głębokie zmiany. Z perspektywy naszego, nastawionego przede wszystkim na niski koszt, kraju w stosunkowo szybkim czasie z map zniknęły gwiazdy rynku czarterowego typu Tunezja, Egipt i Turcja. Wyjazdy do Grecji także wiążą się z podwyższonym poziomem pytań o bezpieczeństwo. Tematyka ta zresztą ostatnio stała się modna i przykładowo na październikowe stwierdzenia że na urlop jedziemy do Macedonii często padało pytanie - a stamtąd to się w ogóle wraca? ;) OK, z jednej strony dobrze że takie zagadnienia w sposób bardziej przemyślany, lub sztucznie wyuczony, pojawia się w naszej świadomości. Z drugiej, powinno ono być zawsze gdzieś z tyłu głowy w trakcie planowania wyjazdu urlopowego.

W kwestii bezpieczeństwa Kraj Basków był dla mnie pozytywnym kontrastem. Zaczął się bowiem od wylądowaniu w Biarritz, po całodniowym zwiedzaniu Paryża. Stolica Francji do miejsc najbezpieczniejszych nie należy - to w sposób sztucznie przekazany przez media, lub widziany własnymi oczami wie chyba każdy. Dlatego gdy po niekiedy niesympatycznych wspomnieniach z tego miasta znalazłem się w cichym, spokojnym, nawet nieco gustownym ośrodku wypoczynkowym, było to dla mnie jak przejście ze skrajności w skrajność. Szczerze, w prawie całym Kraju Basków nie miałem problemów z poczuciem bezpieczeństwa. Po stronie francuskiej - cisza, spokój oraz bardziej zamożni klienci. Po stronie hiszpańskiej - już zależy. W zdecydowanej większości - spoko. Ale na przykład niezbyt ciekawie czułem się w Logronño. Na starówce było kilka miejsc opanowanych przez lokalnych bezdomnych, których dzień polegał na siedzeniu pod lokalnym kościołem, śmierdzeniu alkoholem i paleniu czegoś wyżej-oktanowego. W nocy czułem pewien niesmak przechodząc w tamtejszych okolicach a pech chciał, że akurat w pobliżu miałem swój hostel.

Poza tym w całym Kraju Basków pozostaje chyba nieco przystopowana w ostatnich latach kwestia, no właśnie - Kraju. Pokolenia najmłodsze mogą nie kojarzyć już nazwy ETA i ichniejszych organizowanych w całym kraju zamachów terrorystycznych. Tak, tak, w Hiszpanii także były przeprowadzane zamachy terrorystyczne! Niemniej pomimo spokoju w kilku miejscach w internecie dało się przeczytać, że Kraj jest mocno podzielony na zwolenników walki o niepodległość i trwania w istniejących związkach państwowych. Podział ten podobno jest wyraźnie widoczny w miejscowych tawernach, gdzie pod płaszczykiem niezrozumiałego dla nas języka toczą się burzliwe debaty, zazwyczaj sprzyjające antagonizmom przeciwko politycznym przeciwnikom. Oczywiście, jak w przypadku wizyt w większości krajów, tak też tutaj w rozmowy o podłożu politycznym raczej nie powinno się angażować. Zwłaszcza, że jest to zagadnienie nam zupełnie nieznane i przez to grząskie. Na szczęście dla większości turystów kontakt z wątkiem niezależności kończy się na zauważaniu napisów na murach czy innych miejscach niektórych miast. Zresztą ETA również koncentrowała swoje działania na konkretnych osobach z aparatu państwowego, zamiast na spektakularnych akcjach zmierzających do uzyskania jak największego rozgłosu i nienawiści płynącej z całego niemal świata. Przy czym oczywiście w żaden sposób nie tłumaczy to byłych działań tej organizacji.

Podsumowując, Hiszpania oczywiście do grupy krajów bezpiecznych nie należy. W Alicante byłem świadkiem kradzieży a jakiś miejscowy starszy pan zwrócił mi uwagę że w tym mieście portfel należy trzymać w miejscu o bardzo trudnym dostępie. W Barcelonie jedyny raz w życiu grożono mi nożem. Trochę to daje do myślenia. W porównaniu z takimi sytuacjami Kraj Basków to oaza spokoju. Prawdopodobnie dlatego, że tam sąsiedzi po prostu znają się nawzajem i potrafią rozwiązywać problemy we własnych piaskownicach. Brak tam też nisko-kosztowej emigracji zarobkowej. Przybysze z Afryki rezydują bowiem najczęściej nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, lub w miastach o największych szansach w ich sferze kulturowej. Czyli Marokańczycy (wybrzeże) i przybysze z Ibero-Ameryki w Sewilli czy Madrycie, byłe kolonie francuskie w Paryżu, Tuluzie, Lyon lub podobnej językowo Brukseli, ci co dostali się na Lampedusę i Pantelerię czasami zostają w Mediolanie, Rzymie czy Bolonii. Jenak zarówno Bilbao, jak też mniejsze miasta regionu pozostały jakoś poza zainteresowaniem emigracji zarobkowej, co w mniej, lub bardziej sztuczny sposób mimo wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa w trakcie pobytu :-)