Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago de Compostela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago de Compostela. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Camino de Santiago i bezpieczeństwo


Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Camino de Santiago
Będąc kilka lat temu w Santiago de Compostela dowiedziałem się, że jest to jedno z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Chrześcijan (obok Watykanu i Jerozolimy). Słyszałem także o silnym ruchu pielgrzymkowym, co stało w totalnym przeciwieństwie do pustki jaką zastaliśmy w mieście. Owszem, tamtejszy klasztor jest ogromny i klimatyczny, jednak będąc trochę na bakier z wierzeniami Chrześcijańskimi w mojej hierarchii ważności Św. Jakub jakoś niekoniecznie znajdował się na wysokiej pozycji. Faktem jest, że w trakcie tamtego wyjazdu pielgrzymki do Santiago jakoś utkwiły mi w pamięci, pomimo silnej konkurencji z naszym lokalnym Częstochowskim ewenementem, czy nawet bardziej lokalnym związanym ze Św. Jadwigą, której sanktuarium znajduje się w niedalekiej od Wrocławia Trzebnicy. Gdy ruch ten znajdzie swoje miejsce także w Waszej pamięci, z pewnością kiedyś zaczniecie dostrzegać w swoich, bądź odwiedzanych przez Was miastach, znaki białej lub żółtej muszli na błękitnym tle. Halo, halo, ale na moście we Wrocławiu? I owszem. Średniowieczna tradycja prawie została zapomniana, gdyż w 1970 roku pielgrzymowało raptem 68 osób. Jednak zabiegi Rady Europy co do przywrócenia jej popularności, jako drogi o szczególnym znaczeniu dla kultury kontynentu, spowodowały ogłoszenie jej w 1987 roku pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym, oraz w 1993 roku wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzięki temu rokrocznie pielgrzymów jest coraz więcej a ich liczba zbliża się aktualnie w okolice trzystu tysięcy.


Dziś, dla wielu miast i miasteczek, ruch ten stanowi bardzo istotną gałąź przemysłu. Wystarczy bowiem znaleźć się w jakimkolwiek skupisku ludzkim będącym na jednym z kilku szlaków, aby co chwila mijać schroniska, tzw. Auberge. Oferują one niezbędne minimum - najczęściej piętrowe łóżko w sali wieloosobowej, niejednokrotnie brak pościeli, kabiny prysznicowe, jak też przede wszystkim miejsce do ręcznego przeprania i wysuszenia ubrań. Ten minimalizm wyraża się również w niskiej cenie, ponieważ będąc zazwyczaj ponad miesiąc w drodze, każdy grosz zaczyna nabierać innej wartości. Poza tym miejsca te są bardzo ciekawe pod względem socjologicznym. Są tylko noclegownią, punktem odpoczynku gdzie każdego dnia spotykasz kogoś nowego. Czasami są to grupy własne, czasami obce do których bardzo łatwo jest się przyłączyć. Popołudniu zaczyna się przepierka, szybkie zwiedzanie miasta, kolacja i spanie o wczesnych godzinach wieczornych. Wynika to z bardzo wczesnej pobudki, aby po spowodowaniu ogólnego harmidru związanego z pakowaniem się, wyjść na szlak o jak najwcześniejszej porze. Tak, aby uniknąć palącego popołudniowego słońca. Chwilę po wyjściu sale sypialne są opustoszałe w 99% - pozostają w nich tylko takie wariaty jak ja, lub osoby potrzebujące dodatkowego dnia odpoczynku. Wtedy też szlaki zapełniają się mniejszymi lub większymi grupami piechurów niestrudzenie prących do przodu, do celu który mają zamiar osiągnąć za trzy, do czterech tygodni. Przemierzają oni boczne, utwardzone i choć wymagające, to całkiem nieźle utrzymane ścieżki. Ich szlak, choć zazwyczaj dobrze oznakowany (pomijając fakt, że wystarczy po prostu iść za kimś znajdującym się kilkadziesiąt metrów przed nami), najczęściej prowadzi w sposób okrężny. A to do ważnego klasztoru, a to aby przejść pod drogą szybkiego ruchu do tunelu pod który dochodzi niesamowicie pokrętna ścieżka itd. Takim właśnie szlakiem jechałem na rowerze wypożyczonym w Navarrete i muszę przyznać że wycieczka ta była jedną z największych atrakcji całego wyjazdu do Kraju Basków.



Pielgrzymi, oprócz charakterystycznej muszli, często wyróżniają się flagami krajów przyczepionymi, lub wszytymi w plecaki. Ku mojemu zdziwieniu, widziałem bardzo dużo piechurów z Australii, Ameryki Południowej, czy nawet Korei Południowej i Hawajów! Ciężkie warunki w trakcie Camino są prawie całkowicie nieistotne. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy położyłem rower aby niespiesznie zrobić kilkanaście fotek jednego z miejsc. Po jakimś czasie powolnym krokiem mijał mnie samotny Brazylijczyk o pewnym stopniu niepełnosprawności ruchowej. Za serducho złapało mnie jego wypowiedziane z uśmiechem na twarzy pytanie czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuję od niego jakieś pomocy. Albo kilkuosobowa grupka z bodaj Wenezueli, wśród której były dwie osoby prowadzone przez psa przewodnika. Albo wspomniana grupa z Korei, gdzie jedna już bardzo sędziwa kobieta całą noc spała oddychając z pomocą jakiegoś urządzenia...

Owszem, dzisiejsze pielgrzymowanie jest niczym w porównaniu z korzeniami z których się wywodzi. W wiekach dawnych była to wyprawa życia, podróż w nieznane, gdzie bez wiedzy o tamtejszych kulturach lub językach drogę szukało się pytając okolicznych mieszkańców. Dziś mamy GPS, ultra-dokładne mapy, noclegi które można zarezerwować przez internet, zwiększające wydajność buty, stroje i plecaki. Wielu pielgrzymów oczywiście idzie tylko część szlaku, korzystając z podwózki lotniczej (najczęściej aby dotrzeć w okolice Hiszpanii), autobusowej lub kolejowej. Co więcej, kiedyś pielgrzymka była do Santiago i - co ważniejsze - z powrotem. Dziś zazwyczaj dotyczy drogi tam, wracając już zazwyczaj transportem lotniczym. Jednak mimo to, możliwość obcowania z takimi ludźmi jest czymś niesamowitym. Każdy z nich ma bowiem jakiś cel, jakąś historię, jakiś bagaż doświadczeń, ciężkie warunki z którymi radzi sobie w sposób radosny, ponieważ wyraźnie widzi odległe o kilkaset kilometrów miasto na (prawie) krańcu Europy. Dopiero pod koniec rowerowego dnia zdałem sobie sprawę z wagi naszych spotkań. W rzeczywistości, każdy pielgrzym był dla mnie tylko mijaną osobą, u której w tym właśnie momencie wzbudzałem najczęściej okrzyk bici! (rower) ostrzegający innych z przodu że właśnie nadjeżdżam. Jednak zwróćcie proszę uwagę, że każdy z tych bezimiennych jest kimś wielkim. Poznajcie bowiem taką osobę gdzieś w trakcie jakiegoś spotkania. Historia ich Camino z pewnością stanie się źródłem wielu godzin opowieści. Opowieści o przeżyciach duchowych, socjologicznych, trudach i radościach drogi. Oczywiście przeżycia te nie muszą iść w parze z naszymi przekonaniami, jednak na podziw zasługuje fakt, że w dzisiejszych czasach pracy i wielu obowiązków, ktoś potrafi powiedzieć swojemu życiu: stop, znikam na dwa miesiące i podejmuję wyzwanie. Owszem, jestem osobą uważającą że jeśli do przebycia mam mniej niż trzy kilometry, to nie szukam transportu samochodowego. Żyję, myślę że w sposób dość wysportowany. Jednak świadomość tego, że ktokolwiek mógłby iść przez 30 dni przebywając w tym czasie ponad 600 kilometrów, spakować całe swoje życie w niewielkim plecaku licząc na uśmiech pogody, zdrowia i niepewne możliwości zakwaterowania, jest dla mnie czymś wykraczającym poza wszelkie pojmowanie. Świadomość tego rzuca zupełnie inne spojrzenie na każdą mijaną osobę, u której - jak wcześniej wspomniałem - właśnie w tym momencie wzbudzałem okrzyk bici. Szacunek im i podziw.

Bezpieczeństwo
Turystyka w Europie w ostatnich latach przechodzi bardzo głębokie zmiany. Z perspektywy naszego, nastawionego przede wszystkim na niski koszt, kraju w stosunkowo szybkim czasie z map zniknęły gwiazdy rynku czarterowego typu Tunezja, Egipt i Turcja. Wyjazdy do Grecji także wiążą się z podwyższonym poziomem pytań o bezpieczeństwo. Tematyka ta zresztą ostatnio stała się modna i przykładowo na październikowe stwierdzenia że na urlop jedziemy do Macedonii często padało pytanie - a stamtąd to się w ogóle wraca? ;) OK, z jednej strony dobrze że takie zagadnienia w sposób bardziej przemyślany, lub sztucznie wyuczony, pojawia się w naszej świadomości. Z drugiej, powinno ono być zawsze gdzieś z tyłu głowy w trakcie planowania wyjazdu urlopowego.

W kwestii bezpieczeństwa Kraj Basków był dla mnie pozytywnym kontrastem. Zaczął się bowiem od wylądowaniu w Biarritz, po całodniowym zwiedzaniu Paryża. Stolica Francji do miejsc najbezpieczniejszych nie należy - to w sposób sztucznie przekazany przez media, lub widziany własnymi oczami wie chyba każdy. Dlatego gdy po niekiedy niesympatycznych wspomnieniach z tego miasta znalazłem się w cichym, spokojnym, nawet nieco gustownym ośrodku wypoczynkowym, było to dla mnie jak przejście ze skrajności w skrajność. Szczerze, w prawie całym Kraju Basków nie miałem problemów z poczuciem bezpieczeństwa. Po stronie francuskiej - cisza, spokój oraz bardziej zamożni klienci. Po stronie hiszpańskiej - już zależy. W zdecydowanej większości - spoko. Ale na przykład niezbyt ciekawie czułem się w Logronño. Na starówce było kilka miejsc opanowanych przez lokalnych bezdomnych, których dzień polegał na siedzeniu pod lokalnym kościołem, śmierdzeniu alkoholem i paleniu czegoś wyżej-oktanowego. W nocy czułem pewien niesmak przechodząc w tamtejszych okolicach a pech chciał, że akurat w pobliżu miałem swój hostel.

Poza tym w całym Kraju Basków pozostaje chyba nieco przystopowana w ostatnich latach kwestia, no właśnie - Kraju. Pokolenia najmłodsze mogą nie kojarzyć już nazwy ETA i ichniejszych organizowanych w całym kraju zamachów terrorystycznych. Tak, tak, w Hiszpanii także były przeprowadzane zamachy terrorystyczne! Niemniej pomimo spokoju w kilku miejscach w internecie dało się przeczytać, że Kraj jest mocno podzielony na zwolenników walki o niepodległość i trwania w istniejących związkach państwowych. Podział ten podobno jest wyraźnie widoczny w miejscowych tawernach, gdzie pod płaszczykiem niezrozumiałego dla nas języka toczą się burzliwe debaty, zazwyczaj sprzyjające antagonizmom przeciwko politycznym przeciwnikom. Oczywiście, jak w przypadku wizyt w większości krajów, tak też tutaj w rozmowy o podłożu politycznym raczej nie powinno się angażować. Zwłaszcza, że jest to zagadnienie nam zupełnie nieznane i przez to grząskie. Na szczęście dla większości turystów kontakt z wątkiem niezależności kończy się na zauważaniu napisów na murach czy innych miejscach niektórych miast. Zresztą ETA również koncentrowała swoje działania na konkretnych osobach z aparatu państwowego, zamiast na spektakularnych akcjach zmierzających do uzyskania jak największego rozgłosu i nienawiści płynącej z całego niemal świata. Przy czym oczywiście w żaden sposób nie tłumaczy to byłych działań tej organizacji.

Podsumowując, Hiszpania oczywiście do grupy krajów bezpiecznych nie należy. W Alicante byłem świadkiem kradzieży a jakiś miejscowy starszy pan zwrócił mi uwagę że w tym mieście portfel należy trzymać w miejscu o bardzo trudnym dostępie. W Barcelonie jedyny raz w życiu grożono mi nożem. Trochę to daje do myślenia. W porównaniu z takimi sytuacjami Kraj Basków to oaza spokoju. Prawdopodobnie dlatego, że tam sąsiedzi po prostu znają się nawzajem i potrafią rozwiązywać problemy we własnych piaskownicach. Brak tam też nisko-kosztowej emigracji zarobkowej. Przybysze z Afryki rezydują bowiem najczęściej nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, lub w miastach o największych szansach w ich sferze kulturowej. Czyli Marokańczycy (wybrzeże) i przybysze z Ibero-Ameryki w Sewilli czy Madrycie, byłe kolonie francuskie w Paryżu, Tuluzie, Lyon lub podobnej językowo Brukseli, ci co dostali się na Lampedusę i Pantelerię czasami zostają w Mediolanie, Rzymie czy Bolonii. Jenak zarówno Bilbao, jak też mniejsze miasta regionu pozostały jakoś poza zainteresowaniem emigracji zarobkowej, co w mniej, lub bardziej sztuczny sposób mimo wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa w trakcie pobytu :-)

wtorek, 10 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Pampeluna, Vitoria i Logroño

Wszystkie zdjęcia z opisywanych miast zamieściłem w galerii na serwisie Panoramio pod tagami Pampeluna, Vitoria, Logroño.
Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Vitoria (bask. Gasteiz)
Krótko po wyjściu z dworca autobusowego w Vitorii odniosłem bardzo dziwne odczucie, jakobym był gdzieś w Holandii lub Irlandii. Z jednej strony mylny wpływ miała na to pogoda, ponieważ akurat było ciepło, jednak deszczowo i bardzo wietrzenie. Z drugiej strony architektura, zamysł urbanistyczny, konstrukcja budynków, materiały, czy dużej ilości zieleni miejskiej - jak w Dublinie czy miastach Holenderskich w których byłem. Przy okazji warto wspomnieć, że Vitoria w 2012 roku dzierżyła tytuł Zielonej Stolicy Europy.



Krążąc na ślepo nie mogłem znaleźć tej określanej jako jedna z największych w Europie średniowiecznych starówek. Cały czas poruszałem się po w miarę nowoczesnym kompleksie śródmiejskim aż tu pojawiły się ruchome schody i nagle jestem w innym świecie :-) Wszystko to za sprawą zamysłu łączenia regionów historycznych z nowoczesnymi rozwiązaniami architektonicznymi czy technologicznymi. Dzięki temu miasto zachowuje tożsamość historyczną, która nie tylko jest reliktem przeszłości, co w sposób czynny bierze udział w aktualnym życiu codziennym.





Generalnie Vitoria to bardzo klimatyczne miasto z kilkoma charakterystycznymi elementami. Ciekawe wrażenie robi duża dzielnica w stylu angielskim w okolicy Plaza de la Virgen Blanca. Fasady tamtejszych budyneczków są niczym w całości sprowadzone z wysp brytyjskich, z ich bielonymi ścianami, bajecznymi drewnianymi wykuszami, oraz metalowymi balustradami balkonów. Ciekawym zamysłem wyróżnia się także wspomniana wcześniej starówka. Obok bardzo zadbanych kamienic i wąskich ulic znajdują się bowiem umieszczone na otwartej przestrzeni ruchome schody. Kosze na śmieci wyglądają natomiast jak klasyczne wyobrażenie robota z pierwszej połowy poprzedniego wieku. Za to fantastycznym pomysłem był ukłon miasta w stronę młodej sztuki wizualnej. Mam tutaj na myśli murale z których miasto podobno słynie na tle kontynentu. Znaleźć je ciężko, szczerze powiedziawszy przez pierwsze dwie godziny nie natrafiłem na nic nadzwyczajnego. Aż do momentu gdy znalazłem się na Zapatari Kalea. Szczerze, odjęło mi mowę. Powaliła mnie klimatyczna różnorodność wykorzystywanych materiałów. Na górze znajdował się bowiem malunek, który w dolnych częściach ściany przechodził płynnie w obraz kafelkowy. Zadbano tam o najdrobniejsze szczegóły, gdzie dekoracyjny maziaj stał się w pewnym momencie wyciągniętą z kasety taśmą magnetofonową. Gdzieniegdzie chaos kafelków przypominający np. prace Gaudiego z Barcelony (np. kominy w Palau Güell), płynnie uzyskuje regularność aby stać się dekorem pod tabliczką z nazwą ulicy. W innym natomiast z małych elementów przechodzi w podłużne paski, które następnie uzyskują szarawej kolorystyki przechodząc płynnie w kamienne schody znajdujące się u stóp budynku. Tak ogromna niespodzianka sprawiła, że postanowiłem jednak jeszcze nie wracać na dworzec autobusowy i obejść dookoła całe wzgórze zaliczając każdą uliczkę wzdłuż i wszerz. Wprawdzie tak świetnych przykładów murale już nie znalazłem, ale dzięki baczniejszemu zwracaniu uwagi udało się natrafić na kilka klimatycznych miejsc, jak np. namalowany kwiatek wyrastający z wyglądającego jak doniczka kosza na śmieci, czy ciekawe kontrasty kamienistej drogi, drewnianej fasady budynku, kwiecistych rysunków i niszczejącej pod nimi kanapy.





Pampeluna (bask. Iruñea)
 Pampeluna to taki krótki wyskok poza tematykę Kraju Basków. Jest to bowiem stolica prowincji i wspólnoty autonomicznej Nawarry. Wprawdzie posiada swoje lotnisko, ale poza czarterami oferuje jedynie połączenia do Madrytu na pokładzie Iberii. Dlatego najłatwiej jest nam się tam dostać autobusem, lub koleją z Saragossy (wymaga przesiadek), Madrytu, Barcelony, lub dużo bliższego Kraju Basków właśnie.




Jeśli ktoś z Was cokolwiek słyszał o Pampelunie, z pewnością zawdzięcza to Ernestowi Hemingwayowi. W powieści Słońce też wschodzi na cały świat rozsławił on obchodzone w dniach 06 - 14 lipca Sanfermines - lokalne święto opisywane jako osiem nocy, kiedy Pampeluna nie śpi. To wtedy odbywają się widowiskowe encierros - przepędzanie byków z zagrody na arenę corridy. Biorący w nich udział śmiałkowie przy użyciu zwiniętej gazety starają się pogonić zwierzęta wzdłuż wiodącej przez ciasne uliczki centrum, niemal kilometrowej drogi. Wydarzenia te, jakkolwiek drastyczne, są dziedzictwem kulturowym Pampeluny, która stara się czerpać z niej jak największe korzyści. Poza tym - porównując do atrakcji całego półwyspu iberyjskiego - ma bowiem niewiele do zaoferowania.








Mimo to, warto wstąpić do Pampeluny choćby jako do punktu postojowego na trasie. Miasto jest bowiem estetyczne, przyjemne, historyczne i zadbane. Cieszy duża ilość zieleni, zwłaszcza przekształcona w wielki park Cytadela, oraz Taconera - park wewnątrz którego na wolności żyje różnorakie ptactwo, oraz np. sarny. Są one oczywiście oddzielone od ludzi murami starych konstrukcji obronnych, jednak oglądanie ich z wysokości kilku metrów jest atrakcją samą w sobie.







Pampeluna jest również ważnym punktem na trasie pielgrzymkowej do Santiago de Compostela. Dlatego też w sezonie letnim zapełnia się różnej maści piechurami, którzy tylko mijają miasto co najwyżej zatrzymując się w lokalnej bazylice, lub zatrzymują się na nieco dłużej. Dlatego miasto oferuje dość szeroką gamę noclegową - od hoteli, poprzez całkiem przyjemne hostele, po nisko-kosztowe auberge oferujące jedynie materac w sali wieloosobowej, kuchnię, oraz wspólną łazienkę.








Logron̆o
Miasto to również jest wyskokiem poza tematykę Kraju Basków, jednak od strony logistycznej jedyną szansą aby je zwiedzić może być właśnie przy okazji podróżowaniu po tym regionie. La Rioja, której Logron̆o jest stolicą, leży bowiem mniej więcej po środku drogi z Saragossy do Bilbao, z dala od Madrytu czy innych miast posiadających w miarę znośną komunikację z Polską. Pytanie więc po co zapuszczać się w takie totalnie nieznane i odległe zakątki? Cóż, ponieważ dla niektórych jest to miejsce niezwykle istotne na mapie naszego kontynentu. Wszystko to za sprawą Apelacji Rioja, zastrzeżonemu typowi win, które są produkowane jedynie w regionie La Rioja, Araba (Kraj Basków), oraz Nawarra (opisywana wcześniej Pampeluna). Osobie nieobeznanej z zagadnieniem win zapewne różnicy wielkiej nie robi z jakiego szczepu był robiony ich trunek. Jednak poruszając się po tamtejszym regionie niejednokrotnie spotykałem się z informacjami potwierdzającymi silną pozycję turystyki winiarskiej. Za sporą atrakcję jest bowiem uznawana wizyta w lokalnych bodegach, które oprócz degustacji produktów z pierwszej ręki, dobrej kuchni będącej efektem bliskości Kraju Basków (baskijska kuchnia uznawana jest za ścisłą światową czołówkę, co np. zostało wielokrotnie docenione przez Michelin), oferują m.in. noclegi z doskonałymi widokami na plantacje winorośli. Istotność tego ruchu mogą potwierdzać inwestycje zwiększające konkurencję pomiędzy najpopularniejszymi miejscami. Przykładowo winiarnia Marqués de Riscal znajduje się w budynku z fantazyjnie powykręcanym tytanowym dachem. Nie bez kozery przywodzi on na myśl Muzeum Guggenheima z Bilbao, ponieważ zaprojektował go również Frank Gehry. Wszystko to wpisuje się w wielowiekową dbałość plantatorów o zwiększanie popularności i rozpoznawalności ich produktów. Patrząc bowiem od strony historycznej, już w szesnastym wieku władze lokalne celem wzmocnienia jakości i reputacji zakazały używania do produkcji wina szczepów spoza regionu. Wtedy wprowadzono również gwarancje autentyczności i jakości produktu, ponieważ wina mogły być transportowane tylko w specjalnych bukłakach pieczętowanych znakiem stowarzyszenia plantatorów.



La Rioja zatem jest miejscem świetnym do cieszenia się przyrodą. Może to efekt tego, że same Logroño nie zaciekawiło mnie niczym specjalnym. Ot parki nad brzegiem rzeki Ebro, oraz katedra - która wprawdzie posiada dzieło przypisywane Michałowi Aniołowi, jednak przez dwa dni pobytu w mieście ani razu nie udało mi się dostać do jej środka. Miasto fajnie sprawdza się więc w formie punktu wypadowego na okoliczne wycieczki. Będąc bowiem na trasie Camino Santiago posiada mnóstwo schronisk dla pielgrzymów, które zapewniają niezbędne minimum, tyleż samo kosztując. Lekkim absurdem na miejscu okazał się brak możliwości wynajmu roweru. Autentycznie - w całym mieście nie ma ani jednej wypożyczalni. Po małym riserczu okazało się że takowa jest w okolicznym Navarrete do którego można się dostać lokalnym autobusem. Firma Navarent udostępnia rowery z pełnym zestawem - kaskami, pompkami, sakwami i butelką wody. La Rioja może zaoferować coś dla prawie każdego typu rowerzysty. Piętnaście kilometrów na północ od Logroño znajduje się pasmo wzgórz o niekiedy bardzo stromych podjazdach. Dużo łagodniejsze pofałdowanie znajduje się natomiast na południe od trasy szybkiego ruchu A12. Warto przejechać się jedną z bocznych dróg wiodących z Navarette do Nájera. Prowadzą one wzdłuż wielu plantacji winorośli oraz znajdują się na ścieżce Camino Santiago o czym wspomnę za chwilę. Oprócz kontaktu z naturą okolice oferują również sporo atrakcji historycznych - zarówno tych z kategorii mitów, jak też faktów spisanych. Z całą pewnością warto wstąpić do Nájery, choćby na kawę w jednym z umieszczonych przy rzece barów. Co najmniej krótką chwilę warto też poświęcić na pokręcenie się po klimatycznych uliczkach lokalnej starówki. W międzyczasie może się okazać, że nawet tak małe miasteczko jest bardzo istotne w świadomości dzisiejszej Hiszpanii. Tutejszy kościół Św. Marii do XVI w. był bowiem głównym miejscem pochówku władców tego kraju.




Kolejnym bardzo istotnym miejscem w świadomości Hiszpanów jest znajdujący się siedemnaście kilometrów dalej San Millán de la Cogolla. Prowadzi do niego łagodny, aczkolwiek bardzo upierdliwy, kilkukilometrowy podjazd. Jest on niezauważalny wzrokiem, przez co w połowie drogi odniosłem wrażenie że mój rower po prostu uległ uszkodzeniu i poważnie rozważałem rezygnację z dojazdu do tego miejsca. Jednak zmęczenie wynagrodzone zostało w drodze powrotnej, gdzie przy lekkim wietrze w plecy udało się osiągnąć całkiem niezłe prędkości ;) Wracając do tematu, Klasztory Suso i Yuso, dla których jedzie się do San Millán, znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jak bowiem wynika z badań, w tym właśnie miejscu została stworzona pierwsza literatura spisana w języku kastylijskim, z którego wywodzi się dzisiejszy hiszpański. Spoglądając dalej kusiła eksploracja zielonych wzgórz na południe od klasztorów, jednak kiepska pogoda i zbliżająca się godzina oddania roweru zmusiła mnie do powrotu. Może i dobrze, bo jest to miejsce świetne bardziej do tuptania niż jeżdżenia, a wzdłuż kilkunastu kilometrów spaceru można dotrzeć aż do Valdezcaray, kurortu narciarskiego z 22 kilometrami tras zjazdowych.

Nie wiem jak Was, ale mnie ta rzeźba przeraża ;)

czwartek, 27 maja 2010

Ryanair w Barcelonie El Prat

To się nazywa wejście! Już od jakiegoś czasu w sieci pojawiały się informacje, że stroniący od dużych lotnisk Ryanair chce nie tylko zacząć latać z lotniska El Prat pod Barceloną, co wręcz otworzyć tam swoją bazę. I w końcu plotki okazały się prawdą. Od września tego roku Ryanair otwiera 20 nowych tras i umiejscawia na tym lotnisku pięć swoich maszyn.
Lotnisko El Prat leży praktycznie w samej Barcelonie, jednej z największych atrakcji turystycznych naszego kontynentu, która od czasu zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku rokrocznie notowała zwiększaną liczbę odwiedzających ją turystów. Dlatego też w pewnym momencie postanowiono rozbudować powoli zapychający się terminal umożliwiając odprawienie do 55 milionów pasażerów rocznie w 2009 roku i 70 milionów w 2012. Niestety tuż przed uruchomieniem nowej infrastruktury (czerwiec zeszłego roku) lotnisko El Prat zaczęło tracić impet notując w ciągu dwóch następujących po sobie lat siedemnaście procent mniej obsłużonych podróżnych! Bardziej dosłowne opisy przedstawiały sytuację w starym terminalu T2 po przeniesieniu się przez większość obecnych na lotnisku linii do T1 jako "opustoszały". Zmusiło to lokalne władze w Katalonii do podjęcia działań zmierzających do zwiększenia ruchu na El Prat, co sfinalizowało się między innymi w większej otwartości na przewoźników nisko – kosztowych. Jednym z tego działania efektów było np. przeniesienie tam swoich operacji przez linię Wizz Air.
Sytuacja z Ryanair miała się natomiast zupełnie inaczej. Po pierwsze przewoźnik ten posiada już dwie bazy w Katalonii. Jedną z ważniejszych w całej sieci w ogóle jest określona jako „Barcelona – Girona”. Znajduje się ona nieopodal miasta Girona i od centrum Barcelony oddalona jest o blisko 80 kilometrów. Druga, „Barcelona – Reus” otwarta została jakieś dwa lata temu i umiejscowiona jest w oddalonym o nieco ponad 100 kilometrów od Barcelony mieście Reus na Costa Daurada. I przyznam się szczerze, że właśnie z tego powodu niechętnie się przyglądałem bazie Ryanair na El Prat. Oczywiście, lotnisko prawie w samym centrum jest doskonałą lokalizacją w planach wypadu do tego pięknego miasta. Ale coraz dokładniej przyglądając się lotniczemu rynkowi na Półwyspie Iberyjskim zauważam, że inne operujące tam linie również do drogich nie należą. W końcu gdybym się pospieszył to za lot Ibiza – Barcelona na pokładzie Vueling zapłaciłbym niecałe €25 od osoby (koniec końców wyszło około €35). Drugą niepokojącą sprawą był fakt, że Ryanair z El Prat miał operować głównie na trasach krajowych. Jak śledzenie systemu rezerwacji tego przewoźnika wykazuje, to właśnie one zawierają najwięcej tanich biletów z takich lotnisk jak Girona czy Reus. To one też dają największą możliwość zwiedzenia najważniejszych punktów Półwyspu Iberyjskiego i, co ważniejsze, są dostępne bezpośrednio z Polski. Girona posiada połączenia z Gdańskiem, Wrocławiem, Poznaniem a dalej z Majorką, Ibizą, Madrytem, Porto, Sewillą, Malagą i trzema wyspami Kanaryjskimi. Reus daje natomiast możliwość dolotu z Poznania i Krakowa, oraz na Majorkę, do Sewilli, Santiago de Compostela i Santanderu. Jeśli  część Iberyjska tej wyliczanki miałaby być przeniesiona na lotnisko El Prat, aby je wykonać musiałbym więc do kosztów podróży doliczyć kilkadziesiąt euro za transport oraz, co najważniejsze przy krótkich wypadach, dodatkowy czas spędzony w pociągach czy autobusach. A przeniesienie takie byłoby naturalnym rozwiązaniem, ponieważ podróżujący z obrzeży Hiszpanii dużo chętniej skorzystaliby z  wymagających mniejszych nakładów czasu połączeń pomiędzy centrami swoich miast, niż tych wymuszających jeszcze dojazdy.
Inna sprawa to fakt, że lotniska w Gironie i Reusie położone są w atrakcyjnych miejscach, do których zapewne nigdy byśmy nie dotarli gdyby nie umiejscowione tam bazy. Girona jest bowiem bliżej Pirenejów, Andory czy turystycznego kurortu Costa Brava. Reus to malownicza Costa Daurada oraz miasto Tarragona. Daje to możliwość odwiedzenia tych nieznanych przeciętnemu turyście miejsc przy okazji dłuższej przesiadki, jak też jako cel ostateczny. A co jeśli chcę zwiedzić samą Barcelonę? Jak już pisałem wcześniej – przy dogodnych przesiadkach można skorzystać z usług Spanair, Vueling, Wizz Air czy easyJet, które też potrafią zaskoczyć biletami w bardzo znośnych cenach.
No ale stało się, Ryanair zapowiedział wczoraj wejście na El Prat i otwarcie tam swojej 42. bazy. Podobno standardowo przy takim ruchu wynegocjował spore zniżki i dotowanie przez lokalne organizacje niemal każdego elementu swojej działalności. Na początek ma operować pięcioma Boeingami na dwudziestu trasach. Większość z nich to rzeczywiście krajówki, lub okolice basenu Morza Śródziemnego. Mamy więc trzy wyspy Kanaryjskie, Santander (codziennie), Santiago de Compostela (11 operacji tygodniowo), Sewillę (2x dziennie), Malagę (2x dziennie), Walencję (codziennie), Ibizę (codziennie) i Majorkę (2x dziennie). Konkurencja zapewne bardzo się zdenerwowała tym faktem. Zwłaszcza od lat inwestujący w swoją bazę na El Prat Vueling, który będzie teraz konkurował bezpośrednio na ośmiu trasach a pośrednio (loty na lotniska obsługujące te same miasta, ale oddalone od siebie o kilkadziesiąt kilometrów) na pięciu. Już w dużo lepszej sytuacji jest kreowany na odwiecznego rywala Ryanair – easyJet, który pośrednio będzie się pokrywał tylko na dwóch trasach. Bardzo zaskakującym jest natomiast fakt, że Ryanair nie zdecydował się tworzyć „Pont Aeri”, czyli tzw. „Mostu Powietrznego”. Chodzi o połączenie Barcelona El Prat – Madryt, która do 2008 roku była najbardziej uczęszczaną trasą lotniczą świata z 971 wykonywanymi tygodniowo lotami w 2007 roku! Zapotrzebowanie na to połączenie zdecydowanie jest, w końcu dziennie Iberia wykonuje na tej trasie do 20 lotów, Spanair 7 a Vueling 13!
Dobrze, ale co nam daje ta dzisiejsza informacja? Bezpośrednio niewiele, ponieważ Ryanair nie zdecydował się na otwarcie żadnego połączenia do Polski. W zależności jak będą kształtowały się ceny i godziny operacji zyskaliśmy jedynie możliwość przesiadek na takich lotniskach, jak Oslo – Rygge, Bruksela – Charleroi, Paryż – Beauvais, Mediolan – Bergamo czy Rzym – Ciampino. Ciekawiej może się natomiast zacząć robić na trasach wewnątrz Półwyspu Iberyjskiego. Jak przez ostatnich kilka miesięcy na tym blogu staram się udowodnić – zapotrzebowanie tam jest bardzo duże, ale ruch również spory. Z zainteresowaniem będę się więc przyglądał tamtejszemu rynkowi, gdyż zapewne przez kilka najbliższych miesięcy będzie można zaobserwować dużo promocji na lokalnych trasach różnych przewoźników. A biorąc pod uwagę fakt, że Hiszpania mnie ostatnio niezwykle fascynuje, daje mi to możliwości kolejnych wypadów w niezwiedzone jeszcze rejony Półwyspu. Mam tylko nadzieję, i bardzo się o to boję, że na lotnisku El Prat nie rozpocznie się wyniszczająca wojna kilku przewoźników, finalizująca się w doprowadzeniu do sytuacji gdy większość połączeń będzie nierentowna. Wtedy ktoś będzie musiał odpuścić, a znając możliwości finansowe Ryanair – oni pozostaną. A wtedy bezwzględnie mogą wykorzystywać pozycję lidera lub monopolisty czego przykłady widać na wielu operowanych przez nich trasach. Oby więc te biletowe łowy nie przerodziły się ostatecznie w drożyznę. Takiego scenariusza za kilka lata obawiam się właśnie w momencie wejścia Ryanair na El Prat...

wtorek, 26 stycznia 2010

spostrzeżenia własne - przewodnik po Santiago de Compostela

Santiago de Compostela wcale nie jest jakimś największym ani najpopularniejszym wśród turystów miastem w Hiszpanii. Chociaż na mapach obecne jest już od czasów średniowiecza, dotąd doczekał się raptem około 100tys. mieszkańców. Liczba ta wzrasta w czasie semestrów uczelnianych, gdyż zjeżdżająca się z całej Europy brać studencka stanowi blisko połowę populacji tego malowniczego miasta. Obserwując z lotu ptaka Galicię, której stolicą jest właśnie Santiago, można odnieść wrażenie, że wcale nie znajdujemy się w ciepłej Hiszpanii. Nasze wyobrażenia tego kraju to bowiem najczęściej piaszczyste plaże, palmy i generalnie klimat beztroskiego letniego urlopowania. Niemniej Galicia z powodu swoich geograficznych uwarunkowań bardziej przypomina Irlandię z jej niższymi temperaturami, deszczami pojawiającymi się do 160 dni w ciągu roku, oraz wszechobecną zielenią.
Santiago de Compostela jest dziwną destynacją lotniczą, do której czasami można się dostać bardzo łatwo i tanio, a kiedy indziej trzeba się bardzo namęczyć aby nie przepłacić. Oczywiście najtańszą opcją jest Ryanair na trasach wewnątrz Hiszpanii. Do trzech razy dziennie można tam dolecieć z Madrytu, a prawie codziennie z Malagi, Alicante, czy Reusu. Poza tym szereg krajowych (Madryt, Bilbao, Walencja, Barcelona) i turystycznych (Majorka, Wyspy Kanaryjskie) połączeń oferują tacy przewoźnicy, jak Iberia/Air Nostrum, Spanair, Air Berlin, Air Europa, czy Vueling.

Lotnisko.
Chociaż nie obsługuje najbogatszego, bądź gęsto zaludnionego rejonu Hiszpanii, co więcej, nie jest bazą lotniczą żadnej z wyżej wymienionych linii lotniczych (chociaż pojawiają się plotki o zainteresowaniu zbazowaniem tam swoich maszyn przez Ryanair), rocznie obsługuje około dwóch milionów pasażerów. Do tego w 2007 roku zaprezentowano plany budowy nowego terminala, który docelowo miałby obsłużyć do czterech milionów podróżnych rocznie. Z lotniska do Santiago można dojechać autobusem lokalnej firmy Freire. Obsługuje ona zarówno bezpośrednie połączenie, jak też dodatkowe przy okazji trasy Santiago de Compostela – Lugo. Co więcej, uruchomiona jest też specjalna linia skorelowana z lotami Ryanair. Niestety system ten wydaje się być dość zagmatwany, gdyż strona internetowa przewoźnika działa poprawnie wyłącznie pod przeglądarką Internet Explorer, a informacje turystyczna udzielona nam na lotnisku również do najbardziej jasnych nie należały. Z naszych doświadczeń więc, autobusy zatrzymują się przy prawym wyjściu z lotniska, paradoksalnie – w obszarze odlotów zamiast przylotów. Co więcej, na przystanku tym zatrzymują się również autobusy jadące do Lugo, należy więc zwracać baczną uwagę zarówno na informację świetlną na autobusie dokąd jedzie, oraz jeszcze na wszelki wypadek zapytać kierowcy. Kurs na stację autobusową zajmie nam około 20 minut, w okolice centrum i stacji kolejowej – kolejne 10. Cena to €2,50 od osoby, płatne u kierowcy. Autobusy z miasta trasę zaczynają już od godziny siódmej rano, a ostatni odjazd z lotniska zaplanowany jest na godzinę 2330. Jak wspomniałem wcześniej, poprzez zamieszanie nie dane było nam skorzystać z linii skorelowanej z lotami Ryanair. Jednak jak zorientowaliśmy się już na mieście, odjazdy z centrum miasta są troszkę za wcześnie dla backpackersa odprawionego już w internecie.
Kilka słów na temat nocowania na lotnisku w Santiago de Compostela można przeczytać we wpisie Sztuki taniego latania "Spanie na lotnisku - opis lotnisk".

Nocleg.
Santiago de Compostela jest miastem młodych. Znaczną część jego mieszkańców stanowią bowiem liczni studenci z całego kraju, jak też Europy. W połączeniu ze sporą liczbą pielgrzymów, którzy za cel swoich podróży obrali stolicę Galicii oczywistym jest, że miasto musi oferować solidną bazę noclegową. Nie jest więc żadnym problemem znaleźć zarówno bardziej wystawny hotel, jak też tani hostel pomiędzy ciasnymi uliczkami starówki.
Po krótkiej analizie cenowej, postanowiliśmy przetestować Pension Santa Rita. Jedna noc w dwuosobowym pokoju kosztowała nas €37. Hostel ten znajduje się w ścisłym centrum miasta, a znalezienie bramy wejściowej do niego kierującej zajmuje kilka do kilkunastu minut kręcenia się po okolicznym placu. Wbrew wcześniejszym przewidywaniom wejście nie było ukryte gdzieś w podwórku, lecz bezpośrednio na ulicy, a hostel zajmuje czwarte i piąte piętro zwykłego bloku mieszkalnego. Na miejscu dostaliśmy pokój z trzema łóżkami, przestronną szafą, bardzo ciepłą pościelą i telewizorem. Łazienki z prysznicem na korytarzu, jedna na mniej więcej 3 pokoje. Dwa szkopuły jakie zauważyliśmy w tym miejscu, to brak lodówki i kuchenki mikrofalowej/czajnika. Jednak biorąc pod uwagę fenomenalne warunki żywieniowe i liczność tanich kawiarenek rozstawionych po okolicy nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu.


Zwiedzanie.
Wieki średnie to bodaj najbardziej istotna epoka w historii Santiago de Compostela. W roku 813 odkryto tam bowiem grób uznany za miejsce pochówku Świętego Jakuba (Sant Iago). W tym samym miejscu powstało sanktuarium, wokół którego przez kolejne lata rozbudowywało się całe miasto. I nie ma co się dziwić, gdyż kult tego świętego okazuje się być tak silnym, że już w XI wieku Santiago de Compostela staje się obok Jerozolimy i Rzymu najważniejszym punktem pielgrzymek Chrześcijan. W ten sposób budowana przez przeszło sześć wieków Katedra i cały zabytkowy zespół staromiejski rozrosły się do takich rozmiarów, że bez żadnych zastrzeżeń wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO. I rzeczywiście, jak sama starówka może nie jest miejscem niepowtarzalnym i dla osoby nieobeznanej z architekturą/sztuką czymś unikatowym, tak stojąca naprzeciw kwadratowego pustego placu Katedra robi istotnie duże wrażenie. Na ogromnym kompleksie widać bowiem piętno wielu wieków poświęconych jego konstrukcji. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sanktuarium to jest jakby zapomniane i niedoceniane. Wynika to z faktu, że zespół budynków nie jest czymś dopieszczanym, remontowanym co chwila a w nocy pięknie oświetlonym aby pokazać przyjezdnym każdy najmniejszy szczegół. W wyniku sporej wilgoci (wspomniane wcześniej około 160 deszczowych dni w roku) szary budulec zewnętrzny kompleksu pokryty bowiem został zielono - żółtym nalotem. Może to i dobrze, gdyż w miejscu tym doświadczyliśmy czegoś zupełnie nowego. Bardzo ciekawy klimat wytworzony był np. późnym wieczorem, kiedy to spory plac przed Katedrą był prawie całkowicie opustoszały, a okolice oświetlone jedynie półcieniami. Tą sympatyczną atmosferę niepewności i mrocznej grozy wzmagał np. wybijający późną godzinę dzwon. Niczym ze starych filmów odnosiliśmy wrażenie, że każde uderzenie jest dłuższe i głośniejsze :-)
W środku, jak to miejsce wielowiekowego kultu – mnóstwo wystawnych malunków, rzeźb rozmaitych postaci i pamiątek zostawianych przez wielu pielgrzymów. Ogromne organy, złocony ołtarz i wielka kadzielnica zapalana tylko na specjalne okazje. Chociaż w kilku miejscach obowiązuje zakaz fotografowania, ochroniarze nie są zbyt natarczywi zarówno wobec wyróżniających się białą muszlą pielgrzymów, jak też zwykłych turystów.
I koniec. Santiago de Compostela ściąga ludzi do tylko jednego punktu. Owszem, w mieście znajdują się muzea, rozmaite ciekawe budynki i sympatyczny dla południowych spacerów park na górce. Ale oprócz umiejscowionych nieopodal Katedry budynków Uniwersytetu nie ma do zaoferowania prawie nic innego. Pozostałe miejsca stanowią tak niewielki smaczek, że cieszą miejscowych, lub ludzi przebywających w Santiago jakiś już czas. Dlatego też po 1,5 dnia i kolejnym gubieniu się w uliczkach starówki, które skończyło się piątą wizytą przed Katedrą stwierdziliśmy, że w tym momencie powinno się albo wracać do Madrytu, albo wyjeżdżać w teren na poznanie Galicii.

Wyżywienie.
Santiago de Compostela, jako miasto w Hiszpanii i dodatkowo miejsce atrakcyjne turystycznie, musi posiadać niezliczoną liczbę kawiarni i knajpek z doskonałym jedzeniem. I to prawda, centrum upstrzone jest miejscami specjalizującymi się w daniach morza, czy kuchniach różnych narodów. Za stosunkowo niewielką cenę można zjeść naprawdę sporo i dobrze. Pełne obiady zaczynają się już od €8 a wliczone w to są dwudaniowy obiad, chleb, napój, ciastko i kawa. Kanapki, tapasy i tortille da się znaleźć już od €3, a śniadaniowa kawa z ciastkiem za €2. Istotnym problemem większości hiszpańskich knajpek jest menu prawie wyłącznie w języku ichniejszym. Dlatego też dla mniej odważnych ciekawą propozycją może być znajdująca się w mieście TelePizza (Rosalia de Castro 126), czy Domino's Pizza (Romero Donallo 13). Niemniej bardzo polecam mały eksperyment w lokalnej knajpce. My wybraliśmy utrzymany w klimatach żeglarskich Galeon na oddalonej nieco od starówki ulicy Alfredo Branas 33. Dwie porcje po kilkanaście krążków Kalmarów a'la Romana (w tzw. cieście), 3 plastry szynki, kiełbaska, sałatka i bułka + jedna porcja frytek kosztowały nas w sumie niecałe €14. Niemniej danie świeże i cieplutkie podstawione było po niecałych czterech minutach, a porcje tak solidne, że do końca dnia nie martwiliśmy się o żaden głód. Do całości dodam, że naprawdę było to jedno z najsmaczniejszych posiłków, jakie jadłem w tym roku. Doskonałość hiszpańskiej gościny znów pozytywnie mnie zaskoczyła i jeśli jeszcze kiedykolwiek znajdę się w Santiago z pewnością będę musiał odwiedzić tą zacną knajpę.
Poza tym Santiago, podobnie jak cała Hiszpania, jest bardzo przyjazna dla portfela turysty, nawet z biedniejszych rejonów Europy jakim jest Polska. Lokalne markety oferują bowiem ceny porównywalne do naszych, dla przykładu: długa bagietka: €0.25, 600ml jogurt Danone: €1.19 lub lokalnej firmy: €0.88, 500g miejscowego kolorowego makaronu (specyficzna pamiątka kulinarna ;) ): €1,15, piwo w butelce 0.33: €0,60, kilkanaście plastrów żółtego sera: €1,04. Markety znaleźć można np. przy Rua F. Rosendo Salvado 10 (Gadis), Rua de Montero Rios 33 (Carrefour Express), czy Rua Alfredo Branas 23 (Dia%). W mieście jest też LIDL, ale jego miejsca nie udało nam się zlokalizować.

Ogólne wrażenia.
Santiago de Compostela jest zdecydowanie miejscem dla tambylców. Znikoma ilość polaków wie bowiem w którym miejscu na mapie znajduje się to miasto, a jeszcze mniejsza byłaby chętna tutaj przyjechać widząc brak atrakcji oferowanych przez popularne „plażowe kurorty” ciepłego południa. Miasto jest też atrakcją na jeden dzień, ot tak, aby zobaczyć pewne wystawne „wow” i wrócić do domu stawiając kolejną kropkę na mapie. Alternatywnie, więcej czasu można poświęcić samej Galicii. Spotkane gdzieś na starówce polskie studentki potwierdziły pewne przypuszczenia pojawiające się w trakcie lądowania w Santiago. Galicia, w odróżnieniu od nowoczesnej Hiszpanii nieco zacofana, w niektórych miejscach jest niezwykle urocza. Ale żeby ją odkryć, trzeba poświęcić więcej niż raptem kilka dni. Jeśli jest się więc znudzonym popularnymi miejscami wycieczkowymi, dlaczego nie wybrać się w pare osób na kilkudniowe samochodowe zwiedzanie północnozachodniego krańca Hiszpanii? Tour wzdłuż wybrzeża Oceanu i Zatoki Biskajskiej też musi przynieść odkrycie ciekawych miejsc. Ja takie jedno mam upatrzone już od jakiegoś czasu, ale o tym zapewne jak nadarzy się kolejna okazja aby wylądować w Santiago.
Dobrym powodem do odwiedzin Santiago de Compostela mogą być również trwające przez cały 2010 obchody roku świętego. W ramach projektu Xacobeo 2010 zapowiedziane jest bowiem mnóstwo atrakcji kulturalnych celujących w nowoczesny przekaz, ale uwzględniający istotne wartości wielowiekowej tradycji. Posiadając w pamięci futurystyczną prezentację Galicii jaką mieliśmy okazję oglądać w budynku Uniwersytetu podejrzewam, że może być ciekawie :-)

Adresy mailowe i kontaktowe:
http://www.empresafreire.com/ :: Transport autobusowy w Santiago (strona nie działa w przeglądarkach Mozilla Firefox i Chrome!)
http://blog.xacobeo.es/ :: Blog opisujący obchody roku świętego 2010

Galeon Cervezeria
Alfredo Branas, 33
Santiago de Compostela

Hostel Santa Rita
calle Fray Rosendo Salvado, 4
4. i 5. piętro
15701 Santiago de Compostela
tel. 981 59 55 54 (całkiem komunikatywny angielski)
www.pensionsantarite.com
psantarita@mundo-r.com