Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Camino de Santiago i bezpieczeństwo


Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Camino de Santiago
Będąc kilka lat temu w Santiago de Compostela dowiedziałem się, że jest to jedno z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Chrześcijan (obok Watykanu i Jerozolimy). Słyszałem także o silnym ruchu pielgrzymkowym, co stało w totalnym przeciwieństwie do pustki jaką zastaliśmy w mieście. Owszem, tamtejszy klasztor jest ogromny i klimatyczny, jednak będąc trochę na bakier z wierzeniami Chrześcijańskimi w mojej hierarchii ważności Św. Jakub jakoś niekoniecznie znajdował się na wysokiej pozycji. Faktem jest, że w trakcie tamtego wyjazdu pielgrzymki do Santiago jakoś utkwiły mi w pamięci, pomimo silnej konkurencji z naszym lokalnym Częstochowskim ewenementem, czy nawet bardziej lokalnym związanym ze Św. Jadwigą, której sanktuarium znajduje się w niedalekiej od Wrocławia Trzebnicy. Gdy ruch ten znajdzie swoje miejsce także w Waszej pamięci, z pewnością kiedyś zaczniecie dostrzegać w swoich, bądź odwiedzanych przez Was miastach, znaki białej lub żółtej muszli na błękitnym tle. Halo, halo, ale na moście we Wrocławiu? I owszem. Średniowieczna tradycja prawie została zapomniana, gdyż w 1970 roku pielgrzymowało raptem 68 osób. Jednak zabiegi Rady Europy co do przywrócenia jej popularności, jako drogi o szczególnym znaczeniu dla kultury kontynentu, spowodowały ogłoszenie jej w 1987 roku pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym, oraz w 1993 roku wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzięki temu rokrocznie pielgrzymów jest coraz więcej a ich liczba zbliża się aktualnie w okolice trzystu tysięcy.


Dziś, dla wielu miast i miasteczek, ruch ten stanowi bardzo istotną gałąź przemysłu. Wystarczy bowiem znaleźć się w jakimkolwiek skupisku ludzkim będącym na jednym z kilku szlaków, aby co chwila mijać schroniska, tzw. Auberge. Oferują one niezbędne minimum - najczęściej piętrowe łóżko w sali wieloosobowej, niejednokrotnie brak pościeli, kabiny prysznicowe, jak też przede wszystkim miejsce do ręcznego przeprania i wysuszenia ubrań. Ten minimalizm wyraża się również w niskiej cenie, ponieważ będąc zazwyczaj ponad miesiąc w drodze, każdy grosz zaczyna nabierać innej wartości. Poza tym miejsca te są bardzo ciekawe pod względem socjologicznym. Są tylko noclegownią, punktem odpoczynku gdzie każdego dnia spotykasz kogoś nowego. Czasami są to grupy własne, czasami obce do których bardzo łatwo jest się przyłączyć. Popołudniu zaczyna się przepierka, szybkie zwiedzanie miasta, kolacja i spanie o wczesnych godzinach wieczornych. Wynika to z bardzo wczesnej pobudki, aby po spowodowaniu ogólnego harmidru związanego z pakowaniem się, wyjść na szlak o jak najwcześniejszej porze. Tak, aby uniknąć palącego popołudniowego słońca. Chwilę po wyjściu sale sypialne są opustoszałe w 99% - pozostają w nich tylko takie wariaty jak ja, lub osoby potrzebujące dodatkowego dnia odpoczynku. Wtedy też szlaki zapełniają się mniejszymi lub większymi grupami piechurów niestrudzenie prących do przodu, do celu który mają zamiar osiągnąć za trzy, do czterech tygodni. Przemierzają oni boczne, utwardzone i choć wymagające, to całkiem nieźle utrzymane ścieżki. Ich szlak, choć zazwyczaj dobrze oznakowany (pomijając fakt, że wystarczy po prostu iść za kimś znajdującym się kilkadziesiąt metrów przed nami), najczęściej prowadzi w sposób okrężny. A to do ważnego klasztoru, a to aby przejść pod drogą szybkiego ruchu do tunelu pod który dochodzi niesamowicie pokrętna ścieżka itd. Takim właśnie szlakiem jechałem na rowerze wypożyczonym w Navarrete i muszę przyznać że wycieczka ta była jedną z największych atrakcji całego wyjazdu do Kraju Basków.



Pielgrzymi, oprócz charakterystycznej muszli, często wyróżniają się flagami krajów przyczepionymi, lub wszytymi w plecaki. Ku mojemu zdziwieniu, widziałem bardzo dużo piechurów z Australii, Ameryki Południowej, czy nawet Korei Południowej i Hawajów! Ciężkie warunki w trakcie Camino są prawie całkowicie nieistotne. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy położyłem rower aby niespiesznie zrobić kilkanaście fotek jednego z miejsc. Po jakimś czasie powolnym krokiem mijał mnie samotny Brazylijczyk o pewnym stopniu niepełnosprawności ruchowej. Za serducho złapało mnie jego wypowiedziane z uśmiechem na twarzy pytanie czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuję od niego jakieś pomocy. Albo kilkuosobowa grupka z bodaj Wenezueli, wśród której były dwie osoby prowadzone przez psa przewodnika. Albo wspomniana grupa z Korei, gdzie jedna już bardzo sędziwa kobieta całą noc spała oddychając z pomocą jakiegoś urządzenia...

Owszem, dzisiejsze pielgrzymowanie jest niczym w porównaniu z korzeniami z których się wywodzi. W wiekach dawnych była to wyprawa życia, podróż w nieznane, gdzie bez wiedzy o tamtejszych kulturach lub językach drogę szukało się pytając okolicznych mieszkańców. Dziś mamy GPS, ultra-dokładne mapy, noclegi które można zarezerwować przez internet, zwiększające wydajność buty, stroje i plecaki. Wielu pielgrzymów oczywiście idzie tylko część szlaku, korzystając z podwózki lotniczej (najczęściej aby dotrzeć w okolice Hiszpanii), autobusowej lub kolejowej. Co więcej, kiedyś pielgrzymka była do Santiago i - co ważniejsze - z powrotem. Dziś zazwyczaj dotyczy drogi tam, wracając już zazwyczaj transportem lotniczym. Jednak mimo to, możliwość obcowania z takimi ludźmi jest czymś niesamowitym. Każdy z nich ma bowiem jakiś cel, jakąś historię, jakiś bagaż doświadczeń, ciężkie warunki z którymi radzi sobie w sposób radosny, ponieważ wyraźnie widzi odległe o kilkaset kilometrów miasto na (prawie) krańcu Europy. Dopiero pod koniec rowerowego dnia zdałem sobie sprawę z wagi naszych spotkań. W rzeczywistości, każdy pielgrzym był dla mnie tylko mijaną osobą, u której w tym właśnie momencie wzbudzałem najczęściej okrzyk bici! (rower) ostrzegający innych z przodu że właśnie nadjeżdżam. Jednak zwróćcie proszę uwagę, że każdy z tych bezimiennych jest kimś wielkim. Poznajcie bowiem taką osobę gdzieś w trakcie jakiegoś spotkania. Historia ich Camino z pewnością stanie się źródłem wielu godzin opowieści. Opowieści o przeżyciach duchowych, socjologicznych, trudach i radościach drogi. Oczywiście przeżycia te nie muszą iść w parze z naszymi przekonaniami, jednak na podziw zasługuje fakt, że w dzisiejszych czasach pracy i wielu obowiązków, ktoś potrafi powiedzieć swojemu życiu: stop, znikam na dwa miesiące i podejmuję wyzwanie. Owszem, jestem osobą uważającą że jeśli do przebycia mam mniej niż trzy kilometry, to nie szukam transportu samochodowego. Żyję, myślę że w sposób dość wysportowany. Jednak świadomość tego, że ktokolwiek mógłby iść przez 30 dni przebywając w tym czasie ponad 600 kilometrów, spakować całe swoje życie w niewielkim plecaku licząc na uśmiech pogody, zdrowia i niepewne możliwości zakwaterowania, jest dla mnie czymś wykraczającym poza wszelkie pojmowanie. Świadomość tego rzuca zupełnie inne spojrzenie na każdą mijaną osobę, u której - jak wcześniej wspomniałem - właśnie w tym momencie wzbudzałem okrzyk bici. Szacunek im i podziw.

Bezpieczeństwo
Turystyka w Europie w ostatnich latach przechodzi bardzo głębokie zmiany. Z perspektywy naszego, nastawionego przede wszystkim na niski koszt, kraju w stosunkowo szybkim czasie z map zniknęły gwiazdy rynku czarterowego typu Tunezja, Egipt i Turcja. Wyjazdy do Grecji także wiążą się z podwyższonym poziomem pytań o bezpieczeństwo. Tematyka ta zresztą ostatnio stała się modna i przykładowo na październikowe stwierdzenia że na urlop jedziemy do Macedonii często padało pytanie - a stamtąd to się w ogóle wraca? ;) OK, z jednej strony dobrze że takie zagadnienia w sposób bardziej przemyślany, lub sztucznie wyuczony, pojawia się w naszej świadomości. Z drugiej, powinno ono być zawsze gdzieś z tyłu głowy w trakcie planowania wyjazdu urlopowego.

W kwestii bezpieczeństwa Kraj Basków był dla mnie pozytywnym kontrastem. Zaczął się bowiem od wylądowaniu w Biarritz, po całodniowym zwiedzaniu Paryża. Stolica Francji do miejsc najbezpieczniejszych nie należy - to w sposób sztucznie przekazany przez media, lub widziany własnymi oczami wie chyba każdy. Dlatego gdy po niekiedy niesympatycznych wspomnieniach z tego miasta znalazłem się w cichym, spokojnym, nawet nieco gustownym ośrodku wypoczynkowym, było to dla mnie jak przejście ze skrajności w skrajność. Szczerze, w prawie całym Kraju Basków nie miałem problemów z poczuciem bezpieczeństwa. Po stronie francuskiej - cisza, spokój oraz bardziej zamożni klienci. Po stronie hiszpańskiej - już zależy. W zdecydowanej większości - spoko. Ale na przykład niezbyt ciekawie czułem się w Logronño. Na starówce było kilka miejsc opanowanych przez lokalnych bezdomnych, których dzień polegał na siedzeniu pod lokalnym kościołem, śmierdzeniu alkoholem i paleniu czegoś wyżej-oktanowego. W nocy czułem pewien niesmak przechodząc w tamtejszych okolicach a pech chciał, że akurat w pobliżu miałem swój hostel.

Poza tym w całym Kraju Basków pozostaje chyba nieco przystopowana w ostatnich latach kwestia, no właśnie - Kraju. Pokolenia najmłodsze mogą nie kojarzyć już nazwy ETA i ichniejszych organizowanych w całym kraju zamachów terrorystycznych. Tak, tak, w Hiszpanii także były przeprowadzane zamachy terrorystyczne! Niemniej pomimo spokoju w kilku miejscach w internecie dało się przeczytać, że Kraj jest mocno podzielony na zwolenników walki o niepodległość i trwania w istniejących związkach państwowych. Podział ten podobno jest wyraźnie widoczny w miejscowych tawernach, gdzie pod płaszczykiem niezrozumiałego dla nas języka toczą się burzliwe debaty, zazwyczaj sprzyjające antagonizmom przeciwko politycznym przeciwnikom. Oczywiście, jak w przypadku wizyt w większości krajów, tak też tutaj w rozmowy o podłożu politycznym raczej nie powinno się angażować. Zwłaszcza, że jest to zagadnienie nam zupełnie nieznane i przez to grząskie. Na szczęście dla większości turystów kontakt z wątkiem niezależności kończy się na zauważaniu napisów na murach czy innych miejscach niektórych miast. Zresztą ETA również koncentrowała swoje działania na konkretnych osobach z aparatu państwowego, zamiast na spektakularnych akcjach zmierzających do uzyskania jak największego rozgłosu i nienawiści płynącej z całego niemal świata. Przy czym oczywiście w żaden sposób nie tłumaczy to byłych działań tej organizacji.

Podsumowując, Hiszpania oczywiście do grupy krajów bezpiecznych nie należy. W Alicante byłem świadkiem kradzieży a jakiś miejscowy starszy pan zwrócił mi uwagę że w tym mieście portfel należy trzymać w miejscu o bardzo trudnym dostępie. W Barcelonie jedyny raz w życiu grożono mi nożem. Trochę to daje do myślenia. W porównaniu z takimi sytuacjami Kraj Basków to oaza spokoju. Prawdopodobnie dlatego, że tam sąsiedzi po prostu znają się nawzajem i potrafią rozwiązywać problemy we własnych piaskownicach. Brak tam też nisko-kosztowej emigracji zarobkowej. Przybysze z Afryki rezydują bowiem najczęściej nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, lub w miastach o największych szansach w ich sferze kulturowej. Czyli Marokańczycy (wybrzeże) i przybysze z Ibero-Ameryki w Sewilli czy Madrycie, byłe kolonie francuskie w Paryżu, Tuluzie, Lyon lub podobnej językowo Brukseli, ci co dostali się na Lampedusę i Pantelerię czasami zostają w Mediolanie, Rzymie czy Bolonii. Jenak zarówno Bilbao, jak też mniejsze miasta regionu pozostały jakoś poza zainteresowaniem emigracji zarobkowej, co w mniej, lub bardziej sztuczny sposób mimo wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa w trakcie pobytu :-)

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - sprawy podstawowe

Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdują się pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Dojazd i transport
Kraj Basków, podobnie jak większość regionów w Hiszpanii i Francji, ma sporo lotnisk. Największe z nich to Bilbao, obsługiwane przez kilkunastu sieciowych przewoźników. Mniejsze, z regularną siatką połączeń, to np. Biarritz, San Sebastian (a dokładniej leżący na pograniczu Irun), Pampeluna, Vitoria czy Pau. Niestety żadne z nich nie posiada regularnego bezpośredniego połączenia z Polską. Dlatego trzeba korzystać z przesiadek, np. za pośrednictwem Iberii z Madrytu (większość lotnisk po stronie Hiszpańskiej plus ostatnio też Biarritz), Vueling (bezpośrednio do Bilbao lub San Sebastian z Barcelony), przewoźników sieciowych (np. Lufthansa) do Bilbao, lub Air France do Biarritz / Pau (np. z Paryża). Ja osobiście podróżowałem w sposób kombinowany. Korzystając z zeszłorocznej konkurencji na trasie Paryż - Warszawa do stolicy Francji doleciałem na pokładzie Air france. Jeden dzień poświęciłem na kręcenie się po Paryżu aby po zmianie lotnisk dolecieć krajówką HOP! do Biarritz. W drodze powrotnej skorzystałem natomiast z oferty CSA lecąc bezpośrednio z Bilbao do Pragi.

W trakcie urlopu hiszpańską część Kraju zjechałem wzdłuż i wszerz korzystając z całkiem fajnych rozwiązań transportu lokalnego. Chociaż dostępna jest jedynie w języku baskijskim i hiszpańskim, warto odwiedzić witrynę lokalnych linii EuskoTren. Przewoźnik ten oferuje szereg połączeń kolejowych kursujących z San Sebastian i Bilbao. Pomiędzy innymi miastami (jak też pomiędzy regionami) warto skorzystać z przewoźnika autokarowego Alsa. Pamiętajcie jednak że jest to firma oferująca kursy międzymiastowe, dlatego też jeśli potrzebujecie się dostać w mniej znane rejony, dobrą podpowiedzią może czasami zaskoczyć serwis rome2rio. Ceny takich wypadów lub cyrklowania pomiędzy kolejnymi miastami to nieco poniżej €10 za odcinek. Niestety komunikacja taka nie jest najlepiej standaryzowana. W Biarritz nieco się nachodziłem zanim znalazłem mój przystanek a autobus zaliczył jakieś 30 minut opóźnienia. W San Sebastian okazało się że kierowca nie prowadzi sprzedaży biletów i niemal na gwałt musiałem biec do odległej o 150 metrów kasy. W Logroño natomiast nic nie trzymało się znalezionego gdzieś w sieci rozkładu i po prostu musiałem czekać około dwóch (niestety wcześnie porannych) godzin. Nos podróżnika i wytrwałość jest więc wskazana.

Most gondolowy w Portugalete

Możliwość przewożenia rowerów w pociągach lokalnych
Czasami rower też musi się przejechać ;)

Noclegi
Kraj Basków oferuje dość zróżnicowaną cenowo i jakościowo bazę noclegową.  Coś dla siebie znajdą tam zarówno zwolennicy droższych i lepszych hoteli, jak też nocowania po kosztach. Niestety bardzo wyraźną granicę cenową wyznacza granica państwa. W łatwy sposób sprawdzić to choćby odwiedzając kawiarnie i nawet zwykłe supermarkety w przygranicznych - odległych od siebie o trzy kilometry - Irun i Hendaye. Próbując znaleźć jakiś nocleg w Biarritz wielokrotnie łapałem się za głowę. Dopiero na miejscu zrozumiałem, że tamtejsza infrastruktura oferuje wygodę, klasę, niezły klimat, ale jednocześnie wymaga za to słonej zapłaty. W skrócie, choć Biarritz jest podobno rajem dla surferów (ludzi generalnie młodych), to hosteli tam brak. Pierwszą opcją było więc całodniowe kręcenie się po mieście i wieczorna ewakuacja do Hiszpanii, lub - co koniec końców stało się faktem - nocowanie na plaży i zmiana miasta w godzinach porannych.

Strona hiszpańska oferuje dość zróżnicowaną bazę noclegową. W Bilbao i San Sebastian - z racji wielkości i metropolitarnego charakteru - bez problemu można znaleźć droższe hotele. Ciekawostką może być nocleg w Bodegach - znajdujących się na prowincji winiarniach oferujących pokoje gościnne z zazwyczaj widokami na plantacje oraz możliwością degustacji lokalnych wyrobów. W większych - bardziej popularnych turystycznie - miastach można natrafić na młodzieżowe hostele. Ich jakość jest bardzo zróżnicowana. Przykładowo najtańszy w Bilbao był Botxo Gallery. Z opisu wyglądało to całkiem ciekawie - pokoje wieloosobowe w nowoczesnym stylu, naprzeciw (po drugiej stronie rzeki) Muzeum Guggenheima. Jednak w rzeczywistości okazał się być jedną z najgorszych dziur, gdzie co chwila zrywało się światło i internet, prawie nie było dostępu do prądu, łóżka w salach sypialnych były - uwaga, uwaga - trój-poziomowe a bezpieczeństwo pozostawiało wiele do życzenia (np. składowisko walizek studentów którzy tam nie mieszkali, ale spokojnie wchodzili do pokojów, ponieważ kod w domofonie nie był zmieniany od wieków). Na drugim końcu skali był najtańszy hostel w San Sebastian - Green Nest Hostel. Nocleg ten znajdował się w nowoczesnym budynku z balkonami, tarasem na ostatnim piętrze, pośród zieleni. Jedyny szkopuł to fakt, że był dość daleko od centrum miasta i dodatkowo wymagał podejścia pod dość strome wzgórze.

Swoistą ciekawostką są schroniska goszczące pielgrzymów będących w drodze do Santiago de Compostela (opiszę to nieco później). Czasami są to przytulne hosteliki, czasami miejsca oferujące bardzo podstawową bazę. Sala sypialna potrafi mieścić nawet 15 łóżek piętrowych (niekiedy nawet bez pościeli) a łazienka jest salą z prysznicami i umywalkami. Oprócz tego, wszystko co niezbędne do pielgrzymowania - drobna kuchenka lub bar, mnóstwo suszarek na pranie, głębokie zlewy na zewnątrz, lub pralki i mechaniczne suszarki wewnątrz budynków. Zaletą takich miejsc jest ich niewielka cena, oraz specyficzny klimat. Sale takie zapełniają się bowiem od około godziny 14-16, od około godziny 20. zaczyna się nieoficjalna cisza nocna brutalnie przerywana wczesnym porankiem, kiedy to wszyscy goście zaczynają się naprędce pakować i wyruszają w kolejny odcinek swojej podróży. Niestety - pielgrzymi jak wszyscy inni ludzie, czasami lubią sprawiać kłopoty. W Pampelunie trafiłem na bardzo roszczącą sobie prawa do wszystkiego grupkę z Hawajów. Tak tak, Hawajów. Zwrócenie przez współlokatora uwagi że pakowanie się wcześnie rano ok, ale żeby niezobowiązującą głośną rozmowę  ucinali sobie jednak w jadalni zakończyło się niemal sporą kłótnią. Dużym absurdem były oczekiwania Amerykanów, że pielgrzymów i resztę podróżników powinno się separować w innych pokojach. Oczywiście nie trafiało do ich świadomości, że zatrzymali się w zwykłym hostelu a nie - w oznaczonym charakterystyczną muszlą - schronisku i że akceptowanie części ich zwyczajów noclegowych (np. totalna cisza po godzinie 22.) jest jedynie dobrą wolą reszty gości. Pewnie źle trafiłem, niemniej warto takie sytuacje mieć na uwadze, ponieważ - jak widać - nie każda pielgrzymka to przede wszystkim przeżycie religijne.

środa, 20 kwietnia 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - wstęp

Dzisiejszym wpisem chciałbym przybliżyć Wam mój zeszłoroczny wrześniowy urlop. Jego tematem przewodnim był Kraj Basków a przy okazji doszła Nawarra, La Rioja, Warszawa, Paryż i Praga :-) Niestety w naszej świadomości turystycznej Kraj Basków widnieje na bardzo odległej pozycji, przez co dość ciężko o rzetelne informacje na temat co zwiedzać. Dlatego też zebrane obserwacje i informacje postanowiłem przelać w przewodnikowej formie - mam nadzieję że komuś się to przyda. Praca nad tą opowieścią była powodem pozornego braku mojej aktywności na blogu. Ponieważ całość rozbudowała się nieco ponad moje pierwotne założenia, postanowiłem podzielić ją na kilka tematycznych części. Kolejne odcinki powinny pojawiać się tutaj w krótkich odstępach. Równolegle do publikacji wpisów, na serwisie Panoramio będą pojawiać się fotki z tego zacnego wyjazdu. Całą galerię będzie można obejrzeć pod linkiem 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Intro
Nie jesteś ani w Hiszpanii ani we Francji, jesteś w Kraju Basków - dumnie brzmią w niektórych miejscach sprejowane napisy na murach. Baskonia to historyczna kraina położona na pograniczu hiszpańsko-francuskim, w zachodniej części Pirenejów i w rogu Zatoki Biskajskiej. Nie zajmuje jakiegoś szczególnego miejsca w świadomości turystycznej polaków, ponieważ leży na uboczu od centrów wypoczynkowych Costa Brava, Balearów, Andaluzji czy Wysp Kanaryjskich. Dzięki temu pozwala odpocząć od natłoku, naszych krajanów, niebezpieczeństw znanych z miejsc turystycznych ale jednocześnie na spokojnie obserwować kilka ciekawych zjawisk.






Zachęcajka
Kraj Basków to przede wszystkim przyroda. Żywioł mocno odciskający swe piętno na lokalnym klimacie i sposobie życia. Teren zapierających dech w piersiach kontrastów - przykładowo wysokich na 500 metrów zniesień o tylko jeden kilometr odległych od poszarpanego wybrzeża, smaganego wysokimi falami. Uderzającego natłoku wszechobecnej zieleni. Rolniczego spokoju na winnych plantacjach, poprzecinanych szlakami prowadzącymi do Santiago de Compostela. Znanego z Hiszpanii ciepła w pełnym słońcu, który w następny dzień może zmienić się w całkowite zachmurzenie z gwałtownymi opadami deszczu. Miejsce historii, kultywowania odmiennej tradycji, ale jednocześnie nowoczesności wyrażanej zarówno w architekturze miejskiej, jak też sztuce. Jako miejsce do odpoczynku Kraj Basków ma - może oprócz wybrzeża po stronie francuskiej - raczej niewiele do zaoferowania. Jako miejsce do wypoczynku - już dużo więcej :-)







niedziela, 27 września 2015

Wszystko zależy od podejścia

Jestem chwilę po podróży urlopowej. Zgodnie z ostatnią tendencją - dłużej, trochu zwariowania, ale z większą ilością odwiedzonych miejsc. Tym razem tematem przewodnim był Kraj Basków. Oczywiście z kilkoma wątkami bocznymi, jak choćby cały dzień w Paryżu. Miasto to stało się przyczynkiem do większych niż się spodziewałem przemyśleń.

Otóż wrażenie bazowe: dupska nie urywa. I tutaj w sposób zaskakujący przyznaje mi rację spora liczba znajomych. A bo tłok, emigranci, turyści, bufonada, specyficzne bycie francuzów często niemiło odbierane przez przyjezdnych itd. Niby racja. Do tego doszedł mój sposób zwiedzania Paryża. Tylko dzień, cały dzień z plecakiem na plecach (dwutygodniowy wyjazd), po nocce na lotnisku Charles de Gaulle i przed nocką na Orly, do tego z założeniem że robię jedynie spacer po must see ale bez wkrętki w to co tam jest. No bo to tylko briefing po mieście, kiedyś tu wrócę, do tego zapewne z przewodnikiem doświadczonym zarówno w języku, jak też francuskim sposobie życia. Czyli zdecydowanie Paryż nie jest gwoździem tego wyjazdu.

Przemyślenia te były próbą szukania usprawiedliwienia dlaczego ten Paryż jednak nie zachwycił. Że to może bardziej ja a nie miasto. Bo w końcu coś zachwycającego można znaleźć w każdym praktycznie miejscu. Zarówno w tych wielkich Rzymach, Paryżach, Barcelonach, Wiedniach, po małe i niebardzo znane szerszej grupie jak jezioro Como, Minorka, Cinque Terre, czy lesiste - za przeproszeniem - zadupia w Norwegii.

Barcelona... Tematem przewodnim zeszłorocznej podróży urlopowej było właśnie to miasto. Zachwyciło. Pochłonęło, przegryzło, wymieliło i połknęło co potwierdza prawie każdy - od podróżników doświadczonych, przez fanów sztuki, historii i architektury, po turystów lubujących się w all inclusive i tanich rozrywkach. Czyżby zatem Barcelona, miasto które nie miało wielkiego wpływu na kształt i historię naszego świata, które nie jest uznawane za ostoję sztuki wszelakiej, które w wielu miejscach jest zatłoczone i niebezpieczne, pełne niskolotnych rozrywek ale mimo wszystko z ogromnym klimatem, było po prostu lepsze od pełnego zabytków, miejsc ociekających splendorem i historią, najwybitniejszymi przykładami sztuki, klimatu lub architektury Paryża?

Formuła ostatniego wyjazdu dawała mi sporo wolnych chwil przez co ten dziwnie zakorzeniony w pamięci wątek miał czas na przemyślenia i ewoluujące konkluzje. No bo dobrze, Paryż od samego początku traktowałem jak wątek boczny. Do Barcelony natomiast zawsze chciałem pojechać. Nie ukrywam bowiem że w Hiszpanii - a zwłaszcza w Katalonii - czuję się świetnie. Nie bez powodu ten urlop był dziesiątą wizytą w kraju. No bo miasto ma idealne, ulubione przeze mnie położenie - na wybrzeżu (plus ta przefantastyczna plaża i ciągnąca się wzdłuż promenady ścieżka rowerowa, z krótkim odcinkiem wśród nisko rosnących palm) ale jednak nieopodal wzniesień wymagających nieco wspinaczki. No bo Paella mixta, tania jak barszcz kawa i churro/pączek/cokolwiek słodkiego każdego ranka. No bo może nie tyle zatłoczona i przereklamowana La Rambla i dzielnica gotycka, co Eixample. No bo... - dobrze, bo wymieniając tyle elementów bez najważniejszego, w oczach niektórych podpadam już pod zamordyzm - GAUDI!

Czyli zachwyt dlatego, że był oczekiwany? Chyba też nie. Bo mimo wszystko szacunkiem darzę miejsca wielkie i ważne historycznie. Barcelona musi się jeszcze z kilkaset lat starać aby być miastem tak wrytym w historię jak Rzym, Paryż, Lizbona, Genua czy Londyn. No właśnie, Londyn. Pamiętam jak trzy lata temu w końcu leciałem zwiedzać to miasto a nie tylko traktować go jako stop między busem i pociągiem, lub miejsce na zakupy płytowe. Ogromną radość sprawiało mi choćby to, że zobaczę rzeczy jakie znam od małego dziecka, bo choćby z telewizji znam ich nazwy i obrazy. Big Ben, London Bridge, London Eye, Canary Wharf (z czasów dziecka pamiętam koncert Destination Docklands J.M.Jarre), Greenwich, Piccadilly Circus (reklama Coca Coli, TDK i Sanyo), Muzeum historii naturalnej, czerwone budki telefoniczne, czarne taksówki, ryba z frytkami... Ale moment, przecież Paryż też ma to wszystko. Też (niektóre już od czasów dziecka) kojarzę takie rzeczy jak Wieżę Eiffla, Katedrę Notre Dame, Luwr, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Absynt, Mulin Rouge, naleśniki z Nutellą. W kwestiach negatywnych - Paryż tak samo jak Londyn jest miejscem opanowanym przez turystów, emigrantów, samochody itp.

Czemu więc Londyn się podobał a Paryż... no, jak wspomniałem na początku wpisu? Chyba rzeczywiście wszystko zależy od podejścia i od chwili. Na miejsce etapowe nie zwraca się wielkiej uwagi. Kontra - Londyn też był takim punktem a mimo to krótkie pobyty w niektórych jego miejscach pozytywnie zapadały w pamięci. Czyli najwyraźniej spory wpływ ma też kwestia chwili. Zauważyłem to w Lizbonie w zeszłym roku. Pierwsze cztery dni na Maderze były pełne zachwytów. Na Lizbonę zwyczajowo nie starczyło sił. Przez to miasto, które zachwyca w opinii niemal wszystkich moich znajomych, do mnie najnormalniej nie mogło przemówić. Może więc z Paryżem jest tak samo? Pewnie tak. Zresztą nie przejmuję się tym zbytnio, ponieważ - co zaznaczyłem nieco wcześniej - jeszcze tam wrócę, tym razem na poważnie. Wtedy coś musi zachwycić. I to jest właśnie konkluzją moich zaskakująco długich urlopowych przemyśleń. Jeśli jest się osobą lubiącą podróżować a nie tylko jednorazowo zaliczać miejsca - warto wracać. Czasami wystarczy inne wyspanie się, inna temperatura czy kąt padania światła, inne towarzystwo, a wrażenia z danego miejsca mogą być zupełnie odmienne.

wtorek, 2 lutego 2010

Piekło zamarzło!

Tak sobie pomyślałem przeglądając na szybko sieć w trakcie mojego krótkiego pobytu w Porto. Raptem kilka dni temu kompletowałem materiał opisujący aktualną sytuację dwóch głównych przewoźników nisko kosztowych w Polsce (Wizzair i Ryanair), gdzie wspomnieć chciałem o niepisanej, ale dość regularnej korelacji pomiędzy nimi. Otóż w sieci od jakiegoś już czasu coraz częściej pojawiały się plotki, że obie linie posiadają tych samych głównych inwestorów, przez co nie w smak jest ichniejsza bezpośrednia konkurencja. Obecność ich obu na tych samych lotniskach była dość oczywista, ale zarówno Wizzair jak dotąd unikał matczynego domu Ryanair jakim jest lotnisko w Dublinie, jak też ich rywalizacja ograniczała się wyłącznie do latania na trasach, których miejsca docelowe oddalone od siebie były o najmniej 30 kilometrów. Wprawdzie ostatnio obecność na bliźniaczych trasach została zintensyfikowana (wide uruchomienie bazy Ryanair w Oslo-Rygge, konkurencyjnej do Oslo-Torp, czy też otwarcie połączeń Wrocław-Bolonia, lub Kraków-Piza w odpowiedzi na trasy Wrocław-Bolonia Forli i Katowice-Piza Wizzaira), ale informacja jaką przeczytałem w Porto spowodowała, że stwierdziłem iż piekło zamarzło. Ale już na spokojnie sobie pomyślałem, w sumie rynek przewozów lotniczych w całej Europie się zmienia, dlatego też u nas wiele rzeczy oczywistych prędzej lub później takimi nie są.
Ale dobrze, czas napisać o co chodzi? Otóż zapowiadając kolejne inwestycje w swojej bazie Mediolan-Bergamo Ryanair ogłosił otwarcie tras do lotnisk w Poznaniu i Wrocławiu. Zaskoczenie było ogromne, ponieważ połączenie to chętnie dotąd realizował Wizzair. Co więc otrzymujemy? Ano pierwsze skojarzenie jakie przyszło na myśl, to wojna cenowa! Ale potem znów na spokojnie pomyślałem sobie, że niekoniecznie... Otóż spójrzmy na sytuację sprzed około dwóch miesięcy.
Ryanair zaskakuje zapowiadając otwarcie swojej kolejnej bazy na lotnisku Oslo-Rygge. Uruchamiając trzy połączenia dziennie do Gdańska i Wrocławia ewidentnie wchodzi w paradę Wizzairowi, który operuje z tych miast na locie do położonego po drugiej stronie zatoki Oslo lotniska Sandefjord-Torp. Co więcej, ułożenie częstotliwości rejsów (wtorek, czwartek, oraz sobota) zapowiadały częste promocje, tym bardziej, że operacje te były niemal równoległe pod względem dni i godzin z konkurencją. I co? Paradoksalnie nic! Z obserwacji systemu rezerwacyjnego jakie poczyniłem wynikało, że Ryanair najtańsze bilety oferował za 20 złotych. Natomiast bardzo szybko i niezwykle mocno zaatakował Wizzair proponując, jak nigdy przedtem, mnóstwo miejsc w cenie €1. Co ciekawsze, część biletów w tej cenie obejmowała kursy w październiku 2010 roku! Dla mnie było to rewelacyjne rozwiązanie. Skoro bowiem Norwegia jest dość drogim krajem do odwiedzin, to przynajmniej uda nam się nieco zaoszczędzić na cenach biletów :-) Idąc tym tokiem myślenia doszedłem do wniosku, że obecność Ryanair na trasie z Bergamo do Poznania i Wrocławia niekoniecznie musi oznaczać wykańczającą rywalizację, na którą niestety Wizzair nie może sobie pozwolić. Ryanair zapowiedział bowiem zwiększenie średniej ceny biletów lotniczych, a ich dodatkowy zarobek w postaci opłaty w wysokości €5 za odprawę online również jest coraz cięższy do uniknięcia. Inna sprawa to częstotliwości rejsów które oprócz jednego przypadku w Poznaniu wskazują raczej na uzupełnianie się. Wprawdzie Ryanair początkowo zapowiedział rejsy z Wrocławia we wtorek, czwartek i sobotę (czyt. dokładnie tak samo jak Wizzair), to jednak później zamienił je na poniedziałek i piątek. Daje to dużo więcej możliwości przesiadkowych na południe Europy dzięki świetnie zorganizowanej siatce na lotnisku w Bergamo. Jedynym atakiem Ryanair w chwili obecnej było wyłącznie pojawienie się na trasie. Odpowiedź Wizzair była widoczna jeszcze na trzy dni przed pierwszym ruchem konkurencji. Wprawdzie ceny biletów spadły tylko do wartości dziesięciu Euro, a do Bergamo z przesiadkami można już nieraz było dolecieć dużo taniej, to komfort bezpośredniego połączenia i świetnych godzin operacji jest wart tej zawrotnej sumy osiemdziesięciu złotych we dwie strony :-)
Pierwsze efekty tych drobnych potyczek pomiędzy dwoma przewoźnikami i zapowiadanej na przyszłość ogólnej wojny już widać. Jak donoszą źródła z lotniska we Wrocławiu, pomimo biletów za E1 na trasie do Oslo Wizzair miał niepokojąco małe zainteresowanie. Dlatego też niedawno zmienił swoją siatkę przestawiając trzy loty tygodniowo do Oslo z przeprowadzaną dwa razy na tydzień operacją na podparyskie lotnisko Beauvais. Ale ale, czy aby wyjdzie im to na dobre? Otóż plotka donosi, że Ryanair chce coraz intensywniej rozbudowywać siatkę połączeń również z tego lotniska. Dziś podobno ma zostać zapowiedziane połączenie Beauvais-Kraków, a kilka wróżek w swoich fusach widzi również operacje do innych lotnisk w Polsce. Zobaczymy co z tego wyjdzie, z pewnością jak dotrę wreszcie do swojego hostelu w Alicante pierwszym co zrobię, podłączę się pod internet i zacznę przeglądać najnowsze informacje.
Fakt jest taki, Ryanair coraz chętniej przygląda się naszej części Europy i coraz bardziej nie podoba mu się silna obecność tutaj rosnącej w siłę konkurencji, z którą niedługo będzie należało się bardzo liczyć. Bardzo możliwe że rok 2010 będzie ciekawym dla polskiego pasażera i przysparzał sporo okazji do taniego tambylstwa. Przykładowo po niedawnym powrocie z Porto niemal zadławiłem się kolacją widząc zupełnie niespodziewanie szereg biletów za €1 na trasie Wrocław-Eindhoven. I znów, dostępność była ogromna dzięki czemu chyba zdecyduję się na spędzenie październikowych urodzin w Holandii :-)

czwartek, 22 października 2009

Promocja w Wizzair - 20% taniej na wszystkich biletach



Mieszkańcy okolic Katowic, Warszawy, Poznania, Gdańska i Wrocławia mają okazję na jeszcze tańsze podróże. Dziś weszła bowiem w życie czterodniowa promocja obniżająca o 20% ceny wszystkich biletów Wizzair na loty pomiędzy październikiem a drugą połową marca. Owszem, Wizzair nie jest linią drogą i choć nie oferują zwariowanych promocji z cenami rzędu €1 za lot, to dość łatwo można znaleźć w ich systemie rezerwacyjnym bilety nawet na weekendy nie przekraczające wartości €20.
Oto przykładowe loty, ich terminy i ceny jakie znalazłem w systemie rezerwacyjnym:

Wrocław - Londyn Luton: od 55PLN w jedną stronę


Gdańsk - Paryż Beauvais: od 71PLN w jedną stronę


Katowice - Memmingen: od 15PLN w jedną stronę


Warszawa - Oslo Torp: od 55PLN w jedną stronę


Dodatkowo wczoraj w sieci pojawiła się ciekawa informacja dotycząca tego najważniejszego na naszym niebie przewoźnika nisko kosztowego. Otóż na marzec zapowiedziana została rozbudowa jej Warszawskiej bazy, której w tym miesiącu ma być dostarczony czwarty samolot.

Rozwój bazy pozwoli węgierskiemu przewoźnikowi na rozbudowanie siatki połączeń ze stolicy. Od 28 marca przyszłego roku, Wizz Air uruchomi loty do Barcelony i Eindhoven. ...

Poza nowościami, linia zwiększy ilość lotów na już istniejących trasach: do Londynu Luton (do 21 połączeń tygodniowo), do Rzymu Fiumicino (7 połączeń tygodniowo) i Bolonii Forli (3 loty w tygodniu).
(cytat za: www.pasazer.com)


Co więcej, z systemu rezerwacyjnego wynika, że Wrocławska baza również doczeka się szybszego rozwoju, gdyż zapowiadane na lipiec nowe kierunki prawdopodobnie otwarte zostaną już pod koniec marca. Daje to świetną okazję na króki i tani wypad w cieplejsze rejony jeszcze przed sezonem wakacyjnym i jego wyższymi cenami biletów :-)

czwartek, 1 października 2009

Wizz Air otwiera bazę operacyjną we Wrocławiu

Plotki okazały się prawdziwe :-) Wizzair otwiera swoją kolejną bazę operacyjną właśnie we Wrocławiu. Wszelkie fora lotnicze pełne były analiz i komentarzy dotyczących tej decyzji. I ja pokuszę się o kilka.

Ale najpierw fakty. Od połowy grudnia Wizzair przylatuje do Wrocławia z trzema nowymi kierunkami. Dwa z nich - Oslo-Torp oraz Dortmund - będą realizowane przez najnowszą bazowaną w Gdańsku maszynę. Rozkład w chwili obecnej nie mówi który samolot będzie obsługiwał kolejną - Paryż Beauvais. Bez zmian natomiast pozostanie trasa z londyńskiego lotniska Luton, na której będzie latała maszyna z Poznania.

We Wrocławiu będzie stacjonował jeden samolot. Swoje operacje zacznie w połowie lipca przejmując wszystkie wcześniej wymienione, oraz sześć nowych: Eindhoven, Forli, Doncaster-Sheffield, Mediolan-Bergamo oraz Cork. Daje to w sumie dziewięć ciekawych destynacji. Co one znaczą dla Wrocławia?




Londyn-Luton (LTN). Pomniejsze lotnisko obsługujące miasto Londyn. Jednocześnie nie oznacza to że małe, gdyż w zeszłym roku obsłużono tam ponad 10 milionów pasażerów. Niezła baza przesiadkowa na kierunki wakacyjne u Ryanair (Kanary, Francja) oraz EasyJet (Majorka, Minorka, Ibiza, Portugalia oraz bardziej egzotyczne pokroju Istambuł, Tel Aviv, Ateny i Larnaka). Nie należy również zapominać o Wizzair, który oferuje loty do większości swoich lotnisk w Europie Środkowowschodniej. Wartością ukrytą jest zwiększenie częstotliwości lotów, co powinno zaowocować zmniejszeniem cen biletów na tych trasach zarówno u Wizzair, jak też u Ryanair.

Dortmund (DTM). Prawdopodobnie próba powrotu do lubianej i chętnie uczęszczanej trasy. Atutem tej destynacji są zwyczajowo bardzo tanie bilety sięgające w dół okolic 40 złotych od osoby w jedną stronę.

Paryż-Beauvais (BVA). Wprawdzie oddalony jest od centrum Paryża o ponad 80 kilometrów, większość nisko kosztowych linii lotniczych określa go mianem lotniska paryskiego. Dla Wrocławia kierunek ten to uwieńczenie kilku lat starań o uruchomienie lotów w okolice Paryża. Oprócz oczywistych walorów francuskich okolic, lotnisko oferuje ciekawy system przesiadkowy w stronę Włoch (dwa połączenia dziennie do Mediolanu, Rzymu, Pisy, Wenecji, Sardynii i Sycylii) oraz półwyspu Iberyjskiego (po dwa loty dziennie do Porto, Girony, oraz rzadziej do Madrytu, Reusu i Alicante).

Oslo-Torp (TRF). Lotnisko koło Sandefjord jest oddalone od obsługiwanego Oslo o około 120 kilometrów. Oprócz możliwości łatwego dostania się do stolicy Norwegii oferuje możliwość zwiedzenia mniej popularnych okolic pięknych Norweskich fiordów. Dzięki połączeniom Ryanair można szybko i tanio przesiąść się na loty do Niemiec (Frankfurt-Hahn, Bremen, Düsseldorf-Weeze), Wielkiej Brytanii (Londyn-Stansted, Birmingham), oraz Włoch (Mediolan-Bergamo, Rzym, Bolonia, Pisa, Sardynia). Uruchomienie tego połączenie jest naturalnym uzupełnieniem luki po wycofującej się z końcem października linii Norwegian.

Eindhoven (EIN). Eindhoven jest jednym z większych przemysłowych ośrodków Holandii. Wprawdzie kraj ten był osiągalny poprzez położone na granicy Niemiecko-Holenderskiej lotnisko Düsseldorf-Weeze, ale w tym momencie uniknie się uciążliwych dojazdów. Od strony przesiadek oferowanych jest mnóstwo lotów do Hiszpanii i Włoch (Ryanair), jak też do Pragi, Budapesztu i Sofii (Wizzair).

Forli/Bolonia (FRL). Bardzo duże zaskoczenie w zaproponowanej siatce połączeń. Forli jest bowiem małą miejscowością w północnej części Półwyspu Apenińskiego. Dzięki temu kierunkowi bardzo łatwo jest się dostać w takie miejsca, jak San Marino (65 kilometrów), wschodnie wybrzeże (Ravenna - 28 kilometrów, Rimini - 53), czy Bolonia (75 kilometrów). Około rok temu bardzo zaawansowane były plotki dotyczące otworzenia tam bazy przez Ryanair. Jednak wszystkie prace zostały wstrzymane, a baza ostatecznie znalazła się w Trapani na Sycylii. Wizzair oferuje natomiast tanie połączenia z Rumunią (Napoca, Bukareszt), oraz Bułgarią (Sofia).

Cork (ORK). Za czasów Centralwings istniało bezpośrednie połączenie Wrocław-Cork. Jednak w momencie zamknięcia tej linii lotniczej większość korzystającego z jej usług ruchu robotniczego przeniosło się na trasę z oddalonego o 100 kilometrów Shannon/Limerick. Niemniej w momencie, gdy Ryanair obciął częstotliwość tych lotów do dwóch operacji tygodniowo, możliwości szybkiego i taniego przelotu do ojczyzny zmalały prawie do zera. Cork jest atrakcyjnym i spokojnym miastem w Irlandii. Niemniej jego charakter, podobnie jak w przypadku całej zielonej wyspy, przypadnie prawdopodobnie do gustu wyłącznie fanom takowych klimatów. Zwyczajowo jest tam bowiem wietrznie, chłodno i deszczowo. Poza tym jest to bardzo solidny kierunek pracowniczy, w którym upatrywane są niemałe zyski linii lotniczej.

Doncaster-Sheffield (DSA). Kolejny kierunek stricte robotniczy. Podobnie jak w przypadku Dortmundu - wznowienie chętnie oblatywanej trasy na której jeszcze niedawno latał Wizzair.

Mediolan-Bergamo (BGY). Wprawdzie był to jeden z oczywistych kierunków, niemniej na forach wzbudził pewne zaskoczenie. A wynikało to przede wszystkim z faktu, że na trasie tej już wcześniej, bez powodzenia, próbowali swoich sił zarówno Ryanair, jak też Volareweb. Bergamo to przepiękne miasto leżące u podnóża gór. Oferuje miniaturowe metropolitarne centrum, oraz górującą nad nim starówką w Citta Alta. Nie bez powodu większość osób jest zachwycona po nawet kilkugodzinnej wizycie w Bergamo. Dodatkowo z lotniska bardzo łatwo można się dostać zarówno do Mediolanu, jak też w południowe rejony Alp. A od strony przesiadek... poemat. Lotnisko Orio Al-Serio oferuje bowiem mnóstwo zazwyczaj tanich połączeń do Hiszpanii (Barcelona-Girona, Madryt, Alicante, Santander, Saragossa, Malaga, Sewilla, etc.), krajów germańskich (Frankfurt-Hahn, Düsseldorf-Weeze, Lubeka, Oslo (Rygge oraz Torp), Sztokholm-Skavsta), jak też przede wszystkim połączeń krajowych (Sardynia, Sycylia, Rzym, Lamezia, Brindisi, Bari). Równie ciekawą propozycję posiada Wizzair oferując zazwyczaj tanie loty do swoich baz w Budapeszcie, Sofii, Bukareszcie, Napoce i Timisoarze.


Jak widać, oferta Wizzaira jest dużo ciekawsza i bardziej rozbudowana niż spekulowałem we wczorajszym poście. Bardzo istotnym jest również fakt, że bazowana we Wrocławiu maszyna będzie pracować tylko dla swojego lotniska (czyt. nie będzie tras pokroju Gdańsk-Dortmund-Lwów-Dortmund-Gdańsk). Wykorzystanie będzie również maksymalne, gdyż według rozkładu do Wrocławia z Bergamo maszyna wróci o godzinie 0025, a z Doncaster o 0130!! Niektórych pora ta może przerażać, jednak dla mnie jest to wykorzystanie do granic możliwości każdej minuty poświęconej na potencjalne tambylstwo.

Wiele osób upatruje w decyzji dotyczącej Wrocławia bardzo istotnego bodźca w dobie kryzysu. Jeszcze nie tak dawno mówiło się przecież o zakrawających na kpinę opóźnieniach spowodowanych zawirowaniami z właścicielami ziemi na której miał powstać nowy terminal. Niejednokrotnie irytowała mnie również pomniejszana liczba operacji Ryanair, oraz ostatnie bolesne przypadki utraty połączeń do Sztokholmu, Oslo, Edynburga czy Bournemouth. Wymęczające również były kolejne nieprzekazujące żadnych konkretów wiadomości, że „Ryanair przygląda się poczynaniom i poważnie rozważa założenie swojej bazy we Wrocławiu”. I tak przez ponad trzy lata! Decyzja Wizzair wydaje się być mądrą i przyszłościową. Najwyraźniej ich badania i symulacje przedstawiły spory potencjał tkwiący na Dolnym Śląsku. Dla nas klientów to dawka pewnych połączeń lotniczych, może nie za złotówkę, ale również w niewielkich cenach. Dla operatora, ustabilizowanie pozycji najważniejszej i największej taniej linii lotniczej w Europie Środkowowschodniej. Co więcej, przygotowanie gruntu w ostatnim mieście - organizatorze meczów Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku, które mogą się okazać krokiem milowym zarówno dla polskiej gospodarki, jak też popularności turystycznej tychże miejsc. W momencie tym, jak wielu znawców wskazuje, Ryanair otrzymał „małego psztyczka w nos”, tracąc argument podczas prowadzenia swojej polityki wzajemnego szczucia na siebie kandydatów do potencjalnych baz. W chwili obecnej na polu pozostaje tylko Kraków i Bratysława, które owszem, generują spory ruch, niemniej nie są skore do płacenia dotacji z tytułu sprowadzenia samolotów irlandzkiego przewoźnika. Co za tym idzie, Ryanair nie może otworzyć bazy na własnych zasadach, a z powodu regulacji prawnych nie wejdzie na rynek Ukraiński. W momencie tym traci potencjalnych klientów, którzy jeszcze bardziej będą kojarzyli rynek Europy środkowowschodniej z Wizzair właśnie. Co więc się stanie? Cóż, niektórzy przepowiadają wojnę cenową, lub obrażenie się i zwinięcie zabawek z Wrocławskiej piaskownicy. Owszem, Wrocław jest lotniskiem niewielkim i nagłe uruchomienie ośmiu nowych połączeń w ciągu roku oferuje wzrost o około 1/3 generowanego aktualnie ruchu pasażerskiego na lotnisku. Jednak z drugiej strony Wrocław nie ma połączeń z taką ilością ciekawych miejsc, że jest jeszcze skąd latać nie wchodząc sobie wzajemnie w te same trasy. Mam również nadzieję, że lokalni mieszkańcy nauczyli się ostatnimi czasy, że można podróżować na krótki okres, w fajne miejsca i za niewielkie pieniądze. Między innymi temu służy ten blog właśnie. Dlatego też życzyłbym sobie, aby obie linie lotnicze współistniały na Wrocławskim lotnisku, rywalizowały ze sobą obniżając ceny, ale również osiągały na swoich trasach odpowiednie zyski. Tylko dzięki temu istniejące połączenia zostaną utrzymane, a mam nadzieję że dość szybko Wrocław otrzyma do swojej bazy drugą maszynę Wizzair.