Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2015

Wszystko zależy od podejścia

Jestem chwilę po podróży urlopowej. Zgodnie z ostatnią tendencją - dłużej, trochu zwariowania, ale z większą ilością odwiedzonych miejsc. Tym razem tematem przewodnim był Kraj Basków. Oczywiście z kilkoma wątkami bocznymi, jak choćby cały dzień w Paryżu. Miasto to stało się przyczynkiem do większych niż się spodziewałem przemyśleń.

Otóż wrażenie bazowe: dupska nie urywa. I tutaj w sposób zaskakujący przyznaje mi rację spora liczba znajomych. A bo tłok, emigranci, turyści, bufonada, specyficzne bycie francuzów często niemiło odbierane przez przyjezdnych itd. Niby racja. Do tego doszedł mój sposób zwiedzania Paryża. Tylko dzień, cały dzień z plecakiem na plecach (dwutygodniowy wyjazd), po nocce na lotnisku Charles de Gaulle i przed nocką na Orly, do tego z założeniem że robię jedynie spacer po must see ale bez wkrętki w to co tam jest. No bo to tylko briefing po mieście, kiedyś tu wrócę, do tego zapewne z przewodnikiem doświadczonym zarówno w języku, jak też francuskim sposobie życia. Czyli zdecydowanie Paryż nie jest gwoździem tego wyjazdu.

Przemyślenia te były próbą szukania usprawiedliwienia dlaczego ten Paryż jednak nie zachwycił. Że to może bardziej ja a nie miasto. Bo w końcu coś zachwycającego można znaleźć w każdym praktycznie miejscu. Zarówno w tych wielkich Rzymach, Paryżach, Barcelonach, Wiedniach, po małe i niebardzo znane szerszej grupie jak jezioro Como, Minorka, Cinque Terre, czy lesiste - za przeproszeniem - zadupia w Norwegii.

Barcelona... Tematem przewodnim zeszłorocznej podróży urlopowej było właśnie to miasto. Zachwyciło. Pochłonęło, przegryzło, wymieliło i połknęło co potwierdza prawie każdy - od podróżników doświadczonych, przez fanów sztuki, historii i architektury, po turystów lubujących się w all inclusive i tanich rozrywkach. Czyżby zatem Barcelona, miasto które nie miało wielkiego wpływu na kształt i historię naszego świata, które nie jest uznawane za ostoję sztuki wszelakiej, które w wielu miejscach jest zatłoczone i niebezpieczne, pełne niskolotnych rozrywek ale mimo wszystko z ogromnym klimatem, było po prostu lepsze od pełnego zabytków, miejsc ociekających splendorem i historią, najwybitniejszymi przykładami sztuki, klimatu lub architektury Paryża?

Formuła ostatniego wyjazdu dawała mi sporo wolnych chwil przez co ten dziwnie zakorzeniony w pamięci wątek miał czas na przemyślenia i ewoluujące konkluzje. No bo dobrze, Paryż od samego początku traktowałem jak wątek boczny. Do Barcelony natomiast zawsze chciałem pojechać. Nie ukrywam bowiem że w Hiszpanii - a zwłaszcza w Katalonii - czuję się świetnie. Nie bez powodu ten urlop był dziesiątą wizytą w kraju. No bo miasto ma idealne, ulubione przeze mnie położenie - na wybrzeżu (plus ta przefantastyczna plaża i ciągnąca się wzdłuż promenady ścieżka rowerowa, z krótkim odcinkiem wśród nisko rosnących palm) ale jednak nieopodal wzniesień wymagających nieco wspinaczki. No bo Paella mixta, tania jak barszcz kawa i churro/pączek/cokolwiek słodkiego każdego ranka. No bo może nie tyle zatłoczona i przereklamowana La Rambla i dzielnica gotycka, co Eixample. No bo... - dobrze, bo wymieniając tyle elementów bez najważniejszego, w oczach niektórych podpadam już pod zamordyzm - GAUDI!

Czyli zachwyt dlatego, że był oczekiwany? Chyba też nie. Bo mimo wszystko szacunkiem darzę miejsca wielkie i ważne historycznie. Barcelona musi się jeszcze z kilkaset lat starać aby być miastem tak wrytym w historię jak Rzym, Paryż, Lizbona, Genua czy Londyn. No właśnie, Londyn. Pamiętam jak trzy lata temu w końcu leciałem zwiedzać to miasto a nie tylko traktować go jako stop między busem i pociągiem, lub miejsce na zakupy płytowe. Ogromną radość sprawiało mi choćby to, że zobaczę rzeczy jakie znam od małego dziecka, bo choćby z telewizji znam ich nazwy i obrazy. Big Ben, London Bridge, London Eye, Canary Wharf (z czasów dziecka pamiętam koncert Destination Docklands J.M.Jarre), Greenwich, Piccadilly Circus (reklama Coca Coli, TDK i Sanyo), Muzeum historii naturalnej, czerwone budki telefoniczne, czarne taksówki, ryba z frytkami... Ale moment, przecież Paryż też ma to wszystko. Też (niektóre już od czasów dziecka) kojarzę takie rzeczy jak Wieżę Eiffla, Katedrę Notre Dame, Luwr, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Absynt, Mulin Rouge, naleśniki z Nutellą. W kwestiach negatywnych - Paryż tak samo jak Londyn jest miejscem opanowanym przez turystów, emigrantów, samochody itp.

Czemu więc Londyn się podobał a Paryż... no, jak wspomniałem na początku wpisu? Chyba rzeczywiście wszystko zależy od podejścia i od chwili. Na miejsce etapowe nie zwraca się wielkiej uwagi. Kontra - Londyn też był takim punktem a mimo to krótkie pobyty w niektórych jego miejscach pozytywnie zapadały w pamięci. Czyli najwyraźniej spory wpływ ma też kwestia chwili. Zauważyłem to w Lizbonie w zeszłym roku. Pierwsze cztery dni na Maderze były pełne zachwytów. Na Lizbonę zwyczajowo nie starczyło sił. Przez to miasto, które zachwyca w opinii niemal wszystkich moich znajomych, do mnie najnormalniej nie mogło przemówić. Może więc z Paryżem jest tak samo? Pewnie tak. Zresztą nie przejmuję się tym zbytnio, ponieważ - co zaznaczyłem nieco wcześniej - jeszcze tam wrócę, tym razem na poważnie. Wtedy coś musi zachwycić. I to jest właśnie konkluzją moich zaskakująco długich urlopowych przemyśleń. Jeśli jest się osobą lubiącą podróżować a nie tylko jednorazowo zaliczać miejsca - warto wracać. Czasami wystarczy inne wyspanie się, inna temperatura czy kąt padania światła, inne towarzystwo, a wrażenia z danego miejsca mogą być zupełnie odmienne.

niedziela, 25 listopada 2012

Z wizytą w Londynie

Zabawna sytuacja. W trakcie swojej tambylczej "kariery" zwiedziłem już nieco świata i byłem w takich miejscach do których nie udało się dostać nawet zaprawionym w krótkich wypadach podróżnikom. Chodzi o ciekawostki które innym wydają się mało atrakcyjne, albo po prostu inne okazje sprawiły że najzwyczajniej nie mieli na moje miejsca czasu. Jednak pomimo całej kolekcji szpilek wbitych na ściennej mapie brakowało mi tej w Londynie, a choć z każdego miasta w Polsce najwięcej nisko-kosztowych rejsów jest właśnie do stolicy Wielkiej Brytanii, to nie udało mi się jeszcze lecieć na żadnej z takich tras.To znaczy, gwoli ścisłości, w Londynie byłem kilka razy. Jednak wszystko to wizyty w epoce przedtambylczej - jako "przejazdem" albo podczas wypadu na zakupy płytowe do legendarnej dzielnicy Soho. Jednak co się odwlecze... to z impetem powróci. W tym przypadku okazało się że przy okazji w Londynie obchodziłem swoją trzydziestkę.
W kwestii organizacyjnej - bardzo chciałbym mieć takie możliwości komunikacyjne z innymi miastami jakie mamy z Londynem. Chodzi o liczbę lotów dzięki której można wybierać w dniach i godzinach podróży a nie korzystać z tego co linie narzucają. Dzięki temu można było wylecieć z samego rana a wrócić późniejszym wieczorem i za pomocą czterech dni urlopowych na miejscu spędzić niemal 6 dób. Chociaż brzmi to paradoksalnie, jest to idealny czas aby miasto zobaczyć "po łebkach". Do pełnego poznania bowiem kilkudziesięciu lat by nie starczyło. Zresztą, osiemnastowieczny pisarz Samuel Johnson zasłynął z twierdzenia "Jeśli ktoś jest znużony Londynem, musi być znużony życiem"*. Coś w tym jest, ponieważ ilość atrakcji jakie oferuje miasto jest ogromna. Chodzi mi zarówno o te największe, najbardziej rozpoznawalne i popularne, jak też małe, pełne indywidualności ciekawostki miejscowe. Londyn zachwyca bowiem swoją urokliwością i - pomimo niewyobrażalnej dla wielu z nas - wielkości miasta, pewnym prowincjonalizmem. Czy to w ścisłym centrum, czy nawet w odległej dzielnicy, sporo jest miejsc naszpikowanych indywidualizmem i niemal sielskim klimatem. Widać to po budynkach mieszkalnych. Zarówno w blokach w City które pośród ciasno rozlokowanej infrastruktury zawsze muszą mieć choćby niewielki skrawek relaksującej natury, jak też w szeregowcach z wielkimi oknami na salon oraz obowiązkowo ogródkiem na tyłach. Widać to w parku Mudchute na Isle of Dogs, gdzie niecały kilometr od Canary Wharf - miejsca do dziś trzech najwyższych budynków (biurowców) w Londynie - znajduje się gospodarstwo agroturystyczne z farmą. W końcu widać to też po budynkach użytkowych, historycznych czy nowoczesnych biurowcach. Zresztą chyba nigdzie dotąd nie spotkałem się z tak dużym skupiskiem architektury nowoczesnej o bardzo silnych cechach indywidualnych. Wbrew pozorom jednak ten wielki diabelski młyn idealnie wkomponował się w niemal bezpośrednie sąsiedztwo Big Bena, nowoczesny jajkowaty Ratusz (Greater London Authority) pasuje do umiejscowionego naprzeciw Tamizy London Tower i pobliskiego Tower Bridge a jedna z aren zmagań olimpijskich choć ze wzgórza Greenwich zasłaniała swoimi metalowymi trybunami widok na Royal Naval Collage, to jakoś nie kontrastowała z ogólnym widokiem na wschodnią część Londynu.
Zresztą miasto to wzbudza ogromny podziw swoim instynktem dostosowawczym. Londyn bowiem przez wieki jest na topie. To tam jest gigantyczny bagaż historii świata, przy czym cały czas dopisywane są kolejne jej rozdziały. Miasto tętni życiem prawie ośmiu milionów indywiduów plus kolejnych 19 milionów rokrocznie je odwiedzających. Jednak nie przeszkadza to w trzymaniu odpowiedniego poziomu życia i nowoczesności z zachowaniem szacunku do przeszłości. Ciekawym przykładem wyczytanym z przewodnika mogą być doki i wschodnia część miasta. Gdy skończyły się czasy imperium i pełnienia funkcji największego portu przeładunkowego na świecie rejony te podupadły. W naszym kraju taki stan rzeczy pewnie trwałby długo - w końcu po zniszczeniach wojennych jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w ścisłym centrum Wrocławia niezagospodarowanych było mnóstwo terenów. Doki Londyńskie są dla mnie ważnym przykładem, ponieważ jeszcze z czasów małolata pamiętam zapis wideo odbywającego się tam koncertu J.M.Jarre-a "Destination Docklands" i późniejszy album "Revolutions" traktujący właśnie o rewolucjach przemysłowych i kulturalnych - idealny temat w kontekście Londynu. Było to też początkiem zmian w tamtych rejonach. Dziś doki posiadają bowiem mnóstwo ekskluzywnych osiedli mieszkaniowych a pobliskie Canary Wharf jest biznesowym centrum rozrosłym do takiego poziomu, że śmiało konkurującym z pobliskim City (dodam że przez wielu uznawanych za centrum finansowe Europy). I tak pośród wysokimi na ponad 50 pięter budynkami biurowymi i mieszkalnymi śmigają odrzutowce startujące z odległego o mniej niż pięć kilometrów lotniska City. Zresztą kwestia lotnicza to kolejny przykład doskonałego dostosowywania Londynu do potrzeb rzeczywistości. Osobie której lotniskiem bazowym jest regionalny port w Polsce ciężko jest bowiem wyobrazić sobie te nieprzebrane miliony osób korzystających z kilku portów Londynu. Ogromny podziw wzbudza też poznawanie organizacji ruchu - kiedy to zygzakowate podejście na Gatwick zaczyna się już na wysokości kanału i Brighton, do Luton kolejka ustawia się jeszcze przed wleceniem nad Wyspę a nad samym Londynem widać nisko podchodzące największe maszyny pasażerskie świata lecące tuż nad niewielkimi, spełniającymi bardzo restrykcyjne normy lotniska, odrzutowcami startującymi z City. Obserwując co się dziś dzieje w mieście można sobie zadać pytanie gdzie jest ten kryzys który podobno mocno uderzył finansowe dzielnice miasta? OK, budzący podziw stan osiągnięty może być utrzymany ale czy w największym kryzysie ostatnich lat możliwe są budowy, remonty i inwestycje prowadzone na tak wielką skalę? Niemal na każdym skwerze widać bowiem jakieś przebudowy a w kilku miejscach w niebo wzbijają się kolejne wieżowce jak niedawno oddany, kontrowersyjny w kształcie The Shard.
Nowoczesność, wielowiekowa historia, popularność i rozbudowana siatka połączeń lotniczych z całym światem kumulują też ogromny ruch turystyczny jakim naznaczony jest Londyn. Jak wspomniałem, miasto każdego roku odwiedza ponad 19 milionów osób. Niemal każdy musi zrobić sobie zdjęcie w rozpoznawalnej czerwonej budce telefonicznej, podziwiać nieodparty urok estetyki, ale również popularności Big Bena, spróbować cierpliwości "zamienionych w posąg" przedstawicieli służby konnej ubranych w charakterystyczne uniformy, oblegać bramę Pałacu Buckingham czy okolice Downing Street itp. Finalizuje się to jeszcze większym zatłoczeniem i tak ciasnego centrum miasta. Poza tym roztargnienie i podążanie za "twardymi punktami programów" doprowadza do pewnych absurdów kiedy to w godzinach południowych wokół miejsc popularnych gromadzą się tłumy których po prostu nie da się usunąć poza kadr robionego zdjęcia a które bez najmniejszego zainteresowania pozostawiają inne pobliskie miejsca - może o mniejszym znaczeniu historyczno-popularnym, jednak często o równie wielkim uroku.
W trakcie mojego ostatniego wyjazdu postanowiłem skorzystać wyłącznie z miejsc dostępnych za darmo. Niekoniecznie chodzi tutaj o skromną płynność finansową związaną z uruchomieniem kredytu hipotecznego. Bardziej o fakt że prawdopodobnie jeszcze kilka razy uda mi się znaleźć w Londynie. Tym razem tambyłem sam ale na któryś z następnych razów z pewnością ktoś będzie chciał do mnie dołączyć. Nie będzie więc sensu płacić wtedy za coś gdzie już byłem bądź co już widziałem. Dlatego też postanowiłem skupić się na zwiedzaniu ulic, parków, darmowych muzeów, pubów, chłonąć wielokulturową atmosferę tej metropolii. Na miejscu okazało się że nawet pięć pełnych dni spędzonych w taki sposób mimo wszystko naszpikowanych jest ogromem wrażeń. Świadczyć o tym może wielka rozpiętość zagadnień, choćby od klimatu bogactwa i klasy Kensington po kolorowy tygiel emigranckich osiedli w dalszych częściach miasta, od zgiełku Westminsteru i City po spokój w jakim można ten zgiełk obserwować z oddalonego wzgórza na Greenwich Park.
W kwestii cen, Londyn jak i cała Wielka Brytania do miejsc najtańszych nie należą. Wynika to z poziomu życia osiągniętego przez Anglików. Jednak w większości zagadnień Londyn oprócz ogromnego popytu wykazuje się również sporą podażą istotnie wpływającą na cenę końcową. Za przykład można wziąć wyżywienie. Tzw. fastfoodowa forma z użyciem lunch menu pozwala na zapchanie się przysmakami dowolnej kuchni w cenie pojedynczych funtów. Te same dania w godzinach przedwieczornych kosztują już drożej, niemniej ich różnorodność pozwala na spróbowanie się z różnymi odmianami - w naszym kraju spotykanymi w restauracjach o bardziej wyszukanym i tym samym droższym menu. Opcją oszczędną może być korzystanie z mrożonych dań gotowych. Zresztą można to potraktować jako dodatek. Przykładowo - niemal każdego ranka do tostów dodawałem sobie wypieczone na patelni plastry boczku i ser cheddar. Słodkości czy płyny zabierane ze sobą na eskapadę po centrum kupowałem natomiast w pobliskim "99p store" oferującym produkty ogólnodostępne w każdym innym sklepie, tylko że w tańszej cenie. Sam transport po mieście też podobno stał się dużo bardziej przystępny cenowo i dostępny ilościowo. Jeśli korzysta się na każdym kroku i to z szybszych środków transportu jak kolej/metro, to łatwo dojść do górnej dziennej granicy ceny biletów. Górnej, ponieważ karta miejska Oyster Card przy każdym wykorzystaniu pobiera z konta pre-paid odpowiednią sumę, ale w ciągu całego dnia odlicza maksymalnie do siedmiu funtów. Każdy kolejny przejazd jest już za darmo. Warto jednak sprawdzić połączenia autobusowe w okolicach noclegu. Ode mnie pod Pałac Westminsterski, Piccadilly Circus, Trafalgar Square, Hyde Park czy London Tower można się było dostać jednym autobusem - niezależnie od długości trasy kosztuje to £1,35. Po centrum i tak kręciłem się pieszo.
Zresztą w kwestii finansów, przez te kilka dni Londyn wywarł na mnie ogromne wrażenie pieniądzem. Mam tutaj na myśli zarówno jego ilość - reprezentowaną przez niezliczone instytucje i korporacje finansowe - jak też moc jakiejkolwiek jego wielkości. Przykładowo każdy minimarket czy kawiarnia w centrum na jednym kliencie zarabia nie więcej niż £10. Jest to kwota śmieszna, zapewne poniżej godzinowej stawki kupujących. Niemniej zostawiający taką kwotę klienci płacą za czyste, dobrze wyposażone sklepy, świetny product presentation w przypadku kawiarni i nienaganną obsługę. W moim małym Wrocławku nawet drogie produkty sprzedaje się "aby poszły" - bez wielkiego zastanawiania się czy klient jest zadowolony z zakupu, obsługi lub marki. Owszem, można powiedzieć że przez to za drożej sprzedawany jest czasami produkt gorszy - w końcu PRem można wmówić niemal wszystko. Możliwe, jednak chodzi mi o to że tam firmy bardziej się starają aby od pojedynczego klienta zarobić nawet tzw. drobniaki. Zresztą okazuje się że nawet drobnymi sumkami poprzez efekt skali można zarabiać dużo. Przykładem niech będzie bardzo popularna sieć sklepów z tanimi ciuchami - Primark. W środku widziałem takie same koszule czy inne ubrania jakie w Polsce można dostać np. w sieci Carry. Ciekawostką jest że w Londynie niektóre produkty już od początku były tańsze niż w Polsce - nawet biorąc pod uwagę promocję! Dla mieszkańców Wielkiej Brytanii muszą więc to być grosze, dlatego nie dziwię się że prawie każdy ze sklepu wychodzi z co najmniej kilkoma torbami.
Koniec końców wyjazd uznaję za udany. Przez dwa miesiące mieszkałem na wyspie Wielkiej, przez rok na Zielonej, dlatego Londyn raczej nie zaskoczył mnie niczym - po prostu wiedziałem czego się spodziewać. Niemniej te sześć dni do końca wypełnionych było wrażeniami. W sumie na sam koniec - czekając na boarding na Stansted - ogarnął mnie mały smutek. Ale to wszystko przez podsłuchaną rozmowę dwóch lecących na urlop do Polski emigrantek. Oczywiście choć przez kilka lat już tutaj nie mieszkają to niczym autochtońskie specjalistki narzekały jak to wiele nowego w kraju jest nie takie jak być powinno. Później rozmowa przeszła na temat różnic kulturowych między Europejczykami (czy dokładniej Polakami) a innymi nacjami. Mój wniosek z ich wymiany zdań był taki, że z powodu wyłącznie naszych nieudolności, fobii czy przesądów cały inny świat powinno się zmusić do zachowań zgodnych z naszym widzimisię. Tylko po to abyśmy nie czuli dyskomfortu. Ot taki światopogląd sprawiający że to zjawiskowe miasto przez wiele stuleci jest tam a u nas tylko kilka malutkich, nieważniutkich cosiów...






We wpisie tym zamieściłem tylko wybrane fotki z wyjazdu. Całą galerię można obejrzeć na serwisie Panoramio pod linkiem www.panoramio.com/user/1373046/tags/2012.10.11.16%20-%20London. Natomiast link www.panoramio.com/user/1373046/tags/London zawiera kilka dodatkowych fotek z wcześniejszego, jak też zapewne przyszłych wizyt w Londynie.

* Cytat zaczerpnięty z przewodnika po Londynie pod wezwaniem Vanessy Garrett i Michała Ligęzy. Jest to wydawnictwo z pierwszej serii Miasta Marzeń w ramach Biblioteki Gazety Wyborczej. Kolejny raz pozwolę sobie polecić odcinki tej serii, które jako stricte przewodniki nie są propozycją o największej ilości informacji. Jednak rewelacyjnie spełniają się w formie wydawnictw inspirujących, ciekawie opisujących materię miasta i jego historię.

sobota, 16 stycznia 2010

Sztuka taniego latania - umiejętność odpuszczania sobie

Oj kiepsko mi się zaczął sezon lotniczy 2010. W grudniu z powodu wycofania trasy Wrocław – Sztokholm Skavsta odpadł mi wyjazd do Rygi, styczniowy projekt Hiszpanii może być skasowany z powodu egzaminu na uczelni, a debiut u Wizzair na trasie do Oslo z powodu obrony pracy magisterskiej. Do tego nasza dzisiejsza wyprawa do Dublina finalizuje się wieczorem z lampką wina i filmami na dvd... Cóż, plan zrobienia w tym roku 55 lotów chyba się nie uda, ale na szczęście mam na to jeszcze 354 dni :-)
Ale do rzeczy. Na blogu tym staram się wychwalać zalety łatwego i taniego uprawiania tambylstwa przy użyciu wszelkiego typu środków. W jednym z ostatnich odcinków Sztuki taniego latania zwróciłem nawet uwagę, że w pewnym momencie stanie się to czymś w rodzaju uzależnienia, bądź nawet obsesji. A przecież chyba nie o to chodzi?
Tanie latanie, oprócz braku wielu udogodnień ma jedną ogromną zaletę – jak dobrze to rozegrać, jest naprawdę tanie. Dzięki temu z jednej strony zmusza do szaleńczej mobilności i krótkiego czasu podejmowania decyzji, z drugiej jednak, daje możliwość odpuszczenia sobie bez ponoszenia dużych kosztów. Jak wiadomo, zima do najpewniejszych okresów w lotnictwie nie należy. Zwłaszcza u przewoźników nisko kosztowych, którzy bardzo chętnie wożą nas w mało znane miejsca. Obsługujące je lotniska do Europejskich potęg nie należą, dlatego nie należy się spodziewać szeregu fantastycznych udogodnień, czy rozwiązań technicznych. I tutaj pojawia się często problem. Wystarczy bowiem niedogodność klimatyczna i w planowanym miejscu się nie znajdziemy. Co wtedy? Cóż, maszyna może przez kilkanaście do kilkudziesięciu minut krążyć nad lotniskiem czekając na poprawę sytuacji. Jeśli ta nie nastąpi, podejmowana jest decyzja o lądowaniu w innym – pewnym miejscu. W takiej sytuacji są dwie kolejne możliwości. Przewoźnik oferuje wtedy dowóz na własny koszt z miejsca lądowania do miejsca docelowego, co oznacza jakiś czas oczekiwania na podstawiony transport. W innej pasażerowie informowani są że do miejsca docelowego muszą się dostać na własną rękę, a o zwrot kosztów powyższego (potwierdzany oczywiście niezbędnymi rachunkami/paragonami) muszą zwrócić się bezpośrednio do linii. Na szczęście nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją i nie wiem jak wygląda ta cała procedura. Doszło do mnie tylko kilka pojedynczych informacji, że do najkrótszej i najłatwiejszej ona nie należy...
Co może spowodować takie sytuacje? Przede wszystkim pogoda. Pierwszym czynnikiem może być mgła. Na szczęście da się go obejść na największych lotniskach. Wynika to z faktu, że często znajduje się na nich specjalistyczne oprzyrządowanie pozwalające maszynom lądować przy prawie zerowej widoczności. Niestety lotniska regionalne w najwyższej kategorii tego typu sprzęty wyposażone nie są, m.in. dlatego tak często w okresie jesienno – wiosennym zdarzają się przypadki przekierowań na lokalnych Polskich lotniskach... Drugim czynnikiem może być śnieg. Z jego powodu zima jest ciężkim czasem dla podróży. Mróz problemem wielkim nie jest – w końcu trasy przelotowe znajdują się około 10 kilometrów nad poziomem morza, a tam panuje temperatura oscylująca solidnie poniżej 0℃. Chodzi o śnieg, który padając na pas startowy i drogi kołowania może uniemożliwić wyhamowanie, oraz prawidłowe wykonanie manewrów. W skrajnych przypadkach pojawiają się tzw. „ześliźnięcia” z pasa, czyli wycieczki na najczęściej trawiastą przestrzeń okalającą i zakopanie się w niej. Może to nastąpić poprzez częściowe oblodzenie powierzchni pasa startowego, lub drogi kołowania. Chociaż są to przypadki nieliczne, to w ostatnich tygodniach pojawiało się sporo informacji tego typu (np. w Kijowie, Dortmundzie, czy Glasgow-Prestwick). Na szczęście są to tylko incydenty w których zazwyczaj każdy przypięty pasami pasażer nie odnosi żadnych obrażeń. Ale nawet jeśli są prowadzone operacje lotnicze, to opadu śniegu i tak wydłużają procedurę obsługi samolotu, gdyż przed każdym startem maszyna musi zostać odśnieżona, lub nawet od lodzona. Polega to na polewaniu jej specjalną mieszanką płynów, co zajmuje zazwyczaj kilka do kilkunastu minut. Chociaż śnieg zazwyczaj w solidnych ilościach pada w krajach północnych, przykłady Norwegii, Szwecji czy Estonii pokazują, że z problemem tym można sobie bardzo skutecznie radzić. Przeciwieństwem są Wyspy Brytyjskie i Irlandia, które mimo coraz częstszych przypadków zimowych opadów, przy nawet trzy centymetrowej warstwie zdają się być bezradne a niekiedy wręcz sparaliżowane. Dlatego też świąteczna podróż na trasach Polska-Wyspy zdaje się co roku być swoistą ruletką z głównym pytaniem „uda się czy się nie uda?”. Ostatnim czynnikiem zupełnie nie do ominięcia są wiatry. Otóż najbardziej dogodne warunki dla samolotu są, gdy ląduje i startuje on pod wiatr. Właśnie z tego powodu lotniska posiadają swoje pasy startowe w te a nie inne kierunki. Problemu wielkiego nie ma, gdy pasy ustawione są w przysłowiowy X. Ale czasami nawet to nie pomaga i wtedy wszystkie operacje są zawieszone na czas poprawy pogody. Gdy pracowałem na lotnisku w Dublinie zdarzyło się raz całodniowe zamknięcie pasów startowych. Już nigdy potem nie widziałem sceny, gdzie blisko 2000 nieprzygotowanych osób śpi w nocy na podłodze i innych dziwnych miejscach...
Ale dość straszenia, przecież coś takiego nie musi nas dotyczyć prawda? Dziś właśnie takiej sytuacji uniknęliśmy. Mieliśmy bowiem zabookowane bilety do Dublina z przesiadkami w Düsseldorf-Weeze i Londynie. Od kilku dni każde wejście do internetu zaczynaliśmy więc od prognoz pogody. Na wylot „tam” nie mieliśmy dużych obaw – warunki zdawały się być łaskawe w tych częściach kontynentu. Niemniej w dzień powrotu pojawiły się obawy solidnych opadów śniegu w południowej Anglii. Bookując bilety bardziej obawiałem się co prawda wylotu z Irlandii. Doświadczenia z pracy podpowiadały bowiem, że w styczniu pogoda tam może płatać sporo figli. Istniało więc dużo większe niż zazwyczaj ryzyko solidnego opóźnienia bądź odwołania lotu do Londynu. A co jeśli byśmy się spóźnili na przesiadce do Wrocławia? Cóż, tak jak pisałem kilkukrotnie wcześniej – płacimy zazwyczaj sporo pieniążków na najbliższy lot, lub na własną rękę wracamy innymi środkami lokomocji. Chcąc tego uniknąć kupiłem więc bilet na lot z Londynu do Wrocławia na następny dzień. Zakładałem że do tego czasu pogoda w Dublinie powinna się poprawić, a jeśli problemem będą warunki meteo w Londynie gdzie nie będziemy w stanie wylądować, to tym bardziej nie będziemy w stanie stamtąd wystartować, więc przebookowanie biletu na trasie Londyn-Wrocław będzie bezpłatne.
Jednak pomimo solidnego planu uwzględniającego wiele przypadków i opcji „ratunkowych” na trzy godziny przed odlotem powiedzieliśmy sobie „nie”. Powód okazał się błahy - ułożenie godzin pracy i szkoły uniemożliwiały nam zbyt duże spóźnienia. Do tego sytuacja zdrowotna nie była przychylna długiemu przebywaniu na otwartym powietrzu, zwłaszcza w Dublinie, w którym na czas naszej wizyty temperatura odczuwalna miała być w okolicach -5℃! Opisując moją pasję tambylstwa wielokrotnie pokazuję, że w moim przypadku każdy wyjazd nie jest wielkim świętem a wręcz czymś wciśniętym w codzienną rzeczywistość ;) Co więc straciliśmy? No cóż, troszku szkoda, gdyż chciałem zobaczyć czy Dublin zmienił się bardzo po tych dwóch latach od mojej ostatniej tam wizyty? Dziewczynie chciałem pokazać miejsca gdzie pracowałem i żyłem przez przeszło rok. Do tego planowałem zakupy kilku produktów, których nie ma jak zdobyć w naszym kraju. Chyba tego najbardziej szkoda, bo od strony finansowej to bilety kosztowały nas całościowo €7. Oczywiście ponieważ loty nie zostały odwołane, zgodnie z zasadami u Ryanair nie przysługuje nam żaden zwrot pieniędzy. Ale chyba każdy stwierdzi że wartość ta duża nie jest, prawda? Gdyby zaistniała lepsza sytuacja zdrowotna i ułożenie pracy, oraz nasz wypad robilibyśmy lotem bezpośrednim, to stresu żadnego byśmy nie mieli. Odwołanie lotu? No dobrze, musielibyśmy przebookować bilety na najbliższy dostępny, czyli zostalibyśmy tam prawdopodobnie przez kolejne cztery dni. Jedyny problem jaki to powoduje, to zwiększenie budżetu wyjazdu. Ale po co ryzykować?
Wniosek jaki chciałem wysunąć po tym odcinku, to odpowiednie wypośrodkowanie pomiędzy chęcią tambylstawa, a możliwościami jakie dają nam nasze budżety i techniczne możliwości. Ważne jest aby dobrze przestudiować miejsca, które się będzie odwiedzać. Informacje o możliwościach technicznych lotnisk przesiadkowych/docelowych mogą się bowiem okazać nieocenione przy krótkich przerwach między kolejnymi odcinkami lotów. Tak samo prognozy pogody, adresy tanich hosteli itd. Na naszym przykładzie – pomimo że suma sumarum nie polecieliśmy, cały czas studiowałem godziny startów i lądowań naszych lotów. Chociaż obawiałem się Londynu i Dublina, to opóźnienie nastąpiło w Niemczech. Wszystko więc wskazuje na to, że nie zdążylibyśmy wykonać przesiadki na lotnisku Stansted, czyli zamiast w Irlandii, jeden dzień spędzilibyśmy w stolicy Albionu. OK, czytanie o tamtejszych atrakcjach turystycznych można pominąć i po prostu przejść się wzdłuż Tamizy w centrum. Jednak zamiast do godziny dziesiątej rano męczyć się na lotnisku można by w takim wypadku wziąć pokój w tanim hostelu. A już o wiele lepiej poświęcić godzinę na znalezienie w internecie najtańszych opcji i naniesienie ich na wydrukowaną mapę centrum miasta, niż potem liczyć na szczęście pytając się miejscowych o jakąkolwiek informację... Jeśli natomiast pojawia się sytuacja sprawiająca, że wyjazd staje się opcją ryzykowną – warto wiedzieć czy to ryzyko jest warte i umieć sobie odpuścić w odpowiedniej chwili. Bo wpływa to na komfort podróży a co za tym idzie doznań z niej otrzymanych i chęci na odbycie kolejnej.
Czy żałuję że tym razem odpuściliśmy? A czego? Za dwa tygodnie będę w drodze powrotnej z Półwyspu Iberyjskiego, więc dużo tym razem nie straciłem ;)


Poniżej historia naszej wirtualnej wizyty na Zielonej Wyspie w obrazkach:

Poniedziałek, 11 styczeń 2010. Sytuacja na trasach nieciekawa. Sporo lotów opóźnionych, głównie z Madrytu, który w tym czasie miał problemy ze... śniegiem! W Niemczech też coś się dzieje.


Problem zaczął się już na pierwszym odcinku. Bez wcześniejszych przesłanek samolot z Düsseldorfu Weeze przyleciał opóźniony do Wrocławia. W takiej sytuacji nie uda nam się chyba złapać połączenia do Londynu ale spoko, na wszelki wypadek mamy zabookowany bilet na tą samą trasę na jutro rano.


Na miejscu w Niemczech okazuje się, że ta sama maszyna robi rotację do Londynu. Mimo że więc wylądowaliśmy półtorej godziny po planowanym pierwotnie czasie, nasz odlot opóźniono o kolejnych 40 minut. Wyrobimy się ze wszystkim w 30 minut? Jasne :-) Szybko biegniemy więc do bramki. Stansted jest ostatnim dziś odlotem, więc dużo ludzi nie czeka w kolejce.


Niestety tutaj już tak wesoło nie jest. Wylądowaliśmy 6 minut po maszynie lecącej z Dublina. Biegniemy co sił w nogach, ale lotnisko Stansted obsługuje za dużo pasażerów, a kontrola paszportowa powoduje niemałą kolejkę. Niestety, na pełnię pecha Dublin odleciał jeszcze na kilka minut przed planowanym czasem.


Wykonujemy więc plan zapasowy - śpimy na Stansted i z rana jedziemy zwiedzać Londyn. Na mieście siedząc gdzieś na kawie szybko sprawdzam informację na lotnisku w Weeze. Poranny kurs powrotni ze Stansted wrócił o czasie, czyli że nasz zapasowy lot do Londynu też musiał lądować o zaplanowanej porze.


We środę z rana popatrzyliśmy w internecie jak wygląda sytuacja w Dublinie? Bardzo fajnie, jeśli dolecielibyśmy do Irlandii, to powrót do Londynu mielibyśmy o czasie. Trzy minuty opóźnienia na starcie na tak dużym lotniskiem nic nie znaczy.


I pomimo wcześniejszych obaw Londyn we środę nie powoduje żadnych kłopotów. Samoloty lądują i startują mniej więcej o czasie. Rezerwowy kurs Stansted-Wrocław na następny dzień również o swojej porze. Tak więc mimo początkowych obaw o pogodę, linia lotnicza wyrobiła się na 80% swoich obowiązków. Ale to była nasza opcja wirtualna. W rzeczywistości wycieczka, jak już wspomniałem, zmieniła się w wieczorne winko i filmy na dvd, a następny dzień w spacer po Wrocławskim Rynku i wizycie w galerii handlowej :-)

czwartek, 1 października 2009

Wizz Air otwiera bazę operacyjną we Wrocławiu

Plotki okazały się prawdziwe :-) Wizzair otwiera swoją kolejną bazę operacyjną właśnie we Wrocławiu. Wszelkie fora lotnicze pełne były analiz i komentarzy dotyczących tej decyzji. I ja pokuszę się o kilka.

Ale najpierw fakty. Od połowy grudnia Wizzair przylatuje do Wrocławia z trzema nowymi kierunkami. Dwa z nich - Oslo-Torp oraz Dortmund - będą realizowane przez najnowszą bazowaną w Gdańsku maszynę. Rozkład w chwili obecnej nie mówi który samolot będzie obsługiwał kolejną - Paryż Beauvais. Bez zmian natomiast pozostanie trasa z londyńskiego lotniska Luton, na której będzie latała maszyna z Poznania.

We Wrocławiu będzie stacjonował jeden samolot. Swoje operacje zacznie w połowie lipca przejmując wszystkie wcześniej wymienione, oraz sześć nowych: Eindhoven, Forli, Doncaster-Sheffield, Mediolan-Bergamo oraz Cork. Daje to w sumie dziewięć ciekawych destynacji. Co one znaczą dla Wrocławia?




Londyn-Luton (LTN). Pomniejsze lotnisko obsługujące miasto Londyn. Jednocześnie nie oznacza to że małe, gdyż w zeszłym roku obsłużono tam ponad 10 milionów pasażerów. Niezła baza przesiadkowa na kierunki wakacyjne u Ryanair (Kanary, Francja) oraz EasyJet (Majorka, Minorka, Ibiza, Portugalia oraz bardziej egzotyczne pokroju Istambuł, Tel Aviv, Ateny i Larnaka). Nie należy również zapominać o Wizzair, który oferuje loty do większości swoich lotnisk w Europie Środkowowschodniej. Wartością ukrytą jest zwiększenie częstotliwości lotów, co powinno zaowocować zmniejszeniem cen biletów na tych trasach zarówno u Wizzair, jak też u Ryanair.

Dortmund (DTM). Prawdopodobnie próba powrotu do lubianej i chętnie uczęszczanej trasy. Atutem tej destynacji są zwyczajowo bardzo tanie bilety sięgające w dół okolic 40 złotych od osoby w jedną stronę.

Paryż-Beauvais (BVA). Wprawdzie oddalony jest od centrum Paryża o ponad 80 kilometrów, większość nisko kosztowych linii lotniczych określa go mianem lotniska paryskiego. Dla Wrocławia kierunek ten to uwieńczenie kilku lat starań o uruchomienie lotów w okolice Paryża. Oprócz oczywistych walorów francuskich okolic, lotnisko oferuje ciekawy system przesiadkowy w stronę Włoch (dwa połączenia dziennie do Mediolanu, Rzymu, Pisy, Wenecji, Sardynii i Sycylii) oraz półwyspu Iberyjskiego (po dwa loty dziennie do Porto, Girony, oraz rzadziej do Madrytu, Reusu i Alicante).

Oslo-Torp (TRF). Lotnisko koło Sandefjord jest oddalone od obsługiwanego Oslo o około 120 kilometrów. Oprócz możliwości łatwego dostania się do stolicy Norwegii oferuje możliwość zwiedzenia mniej popularnych okolic pięknych Norweskich fiordów. Dzięki połączeniom Ryanair można szybko i tanio przesiąść się na loty do Niemiec (Frankfurt-Hahn, Bremen, Düsseldorf-Weeze), Wielkiej Brytanii (Londyn-Stansted, Birmingham), oraz Włoch (Mediolan-Bergamo, Rzym, Bolonia, Pisa, Sardynia). Uruchomienie tego połączenie jest naturalnym uzupełnieniem luki po wycofującej się z końcem października linii Norwegian.

Eindhoven (EIN). Eindhoven jest jednym z większych przemysłowych ośrodków Holandii. Wprawdzie kraj ten był osiągalny poprzez położone na granicy Niemiecko-Holenderskiej lotnisko Düsseldorf-Weeze, ale w tym momencie uniknie się uciążliwych dojazdów. Od strony przesiadek oferowanych jest mnóstwo lotów do Hiszpanii i Włoch (Ryanair), jak też do Pragi, Budapesztu i Sofii (Wizzair).

Forli/Bolonia (FRL). Bardzo duże zaskoczenie w zaproponowanej siatce połączeń. Forli jest bowiem małą miejscowością w północnej części Półwyspu Apenińskiego. Dzięki temu kierunkowi bardzo łatwo jest się dostać w takie miejsca, jak San Marino (65 kilometrów), wschodnie wybrzeże (Ravenna - 28 kilometrów, Rimini - 53), czy Bolonia (75 kilometrów). Około rok temu bardzo zaawansowane były plotki dotyczące otworzenia tam bazy przez Ryanair. Jednak wszystkie prace zostały wstrzymane, a baza ostatecznie znalazła się w Trapani na Sycylii. Wizzair oferuje natomiast tanie połączenia z Rumunią (Napoca, Bukareszt), oraz Bułgarią (Sofia).

Cork (ORK). Za czasów Centralwings istniało bezpośrednie połączenie Wrocław-Cork. Jednak w momencie zamknięcia tej linii lotniczej większość korzystającego z jej usług ruchu robotniczego przeniosło się na trasę z oddalonego o 100 kilometrów Shannon/Limerick. Niemniej w momencie, gdy Ryanair obciął częstotliwość tych lotów do dwóch operacji tygodniowo, możliwości szybkiego i taniego przelotu do ojczyzny zmalały prawie do zera. Cork jest atrakcyjnym i spokojnym miastem w Irlandii. Niemniej jego charakter, podobnie jak w przypadku całej zielonej wyspy, przypadnie prawdopodobnie do gustu wyłącznie fanom takowych klimatów. Zwyczajowo jest tam bowiem wietrznie, chłodno i deszczowo. Poza tym jest to bardzo solidny kierunek pracowniczy, w którym upatrywane są niemałe zyski linii lotniczej.

Doncaster-Sheffield (DSA). Kolejny kierunek stricte robotniczy. Podobnie jak w przypadku Dortmundu - wznowienie chętnie oblatywanej trasy na której jeszcze niedawno latał Wizzair.

Mediolan-Bergamo (BGY). Wprawdzie był to jeden z oczywistych kierunków, niemniej na forach wzbudził pewne zaskoczenie. A wynikało to przede wszystkim z faktu, że na trasie tej już wcześniej, bez powodzenia, próbowali swoich sił zarówno Ryanair, jak też Volareweb. Bergamo to przepiękne miasto leżące u podnóża gór. Oferuje miniaturowe metropolitarne centrum, oraz górującą nad nim starówką w Citta Alta. Nie bez powodu większość osób jest zachwycona po nawet kilkugodzinnej wizycie w Bergamo. Dodatkowo z lotniska bardzo łatwo można się dostać zarówno do Mediolanu, jak też w południowe rejony Alp. A od strony przesiadek... poemat. Lotnisko Orio Al-Serio oferuje bowiem mnóstwo zazwyczaj tanich połączeń do Hiszpanii (Barcelona-Girona, Madryt, Alicante, Santander, Saragossa, Malaga, Sewilla, etc.), krajów germańskich (Frankfurt-Hahn, Düsseldorf-Weeze, Lubeka, Oslo (Rygge oraz Torp), Sztokholm-Skavsta), jak też przede wszystkim połączeń krajowych (Sardynia, Sycylia, Rzym, Lamezia, Brindisi, Bari). Równie ciekawą propozycję posiada Wizzair oferując zazwyczaj tanie loty do swoich baz w Budapeszcie, Sofii, Bukareszcie, Napoce i Timisoarze.


Jak widać, oferta Wizzaira jest dużo ciekawsza i bardziej rozbudowana niż spekulowałem we wczorajszym poście. Bardzo istotnym jest również fakt, że bazowana we Wrocławiu maszyna będzie pracować tylko dla swojego lotniska (czyt. nie będzie tras pokroju Gdańsk-Dortmund-Lwów-Dortmund-Gdańsk). Wykorzystanie będzie również maksymalne, gdyż według rozkładu do Wrocławia z Bergamo maszyna wróci o godzinie 0025, a z Doncaster o 0130!! Niektórych pora ta może przerażać, jednak dla mnie jest to wykorzystanie do granic możliwości każdej minuty poświęconej na potencjalne tambylstwo.

Wiele osób upatruje w decyzji dotyczącej Wrocławia bardzo istotnego bodźca w dobie kryzysu. Jeszcze nie tak dawno mówiło się przecież o zakrawających na kpinę opóźnieniach spowodowanych zawirowaniami z właścicielami ziemi na której miał powstać nowy terminal. Niejednokrotnie irytowała mnie również pomniejszana liczba operacji Ryanair, oraz ostatnie bolesne przypadki utraty połączeń do Sztokholmu, Oslo, Edynburga czy Bournemouth. Wymęczające również były kolejne nieprzekazujące żadnych konkretów wiadomości, że „Ryanair przygląda się poczynaniom i poważnie rozważa założenie swojej bazy we Wrocławiu”. I tak przez ponad trzy lata! Decyzja Wizzair wydaje się być mądrą i przyszłościową. Najwyraźniej ich badania i symulacje przedstawiły spory potencjał tkwiący na Dolnym Śląsku. Dla nas klientów to dawka pewnych połączeń lotniczych, może nie za złotówkę, ale również w niewielkich cenach. Dla operatora, ustabilizowanie pozycji najważniejszej i największej taniej linii lotniczej w Europie Środkowowschodniej. Co więcej, przygotowanie gruntu w ostatnim mieście - organizatorze meczów Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku, które mogą się okazać krokiem milowym zarówno dla polskiej gospodarki, jak też popularności turystycznej tychże miejsc. W momencie tym, jak wielu znawców wskazuje, Ryanair otrzymał „małego psztyczka w nos”, tracąc argument podczas prowadzenia swojej polityki wzajemnego szczucia na siebie kandydatów do potencjalnych baz. W chwili obecnej na polu pozostaje tylko Kraków i Bratysława, które owszem, generują spory ruch, niemniej nie są skore do płacenia dotacji z tytułu sprowadzenia samolotów irlandzkiego przewoźnika. Co za tym idzie, Ryanair nie może otworzyć bazy na własnych zasadach, a z powodu regulacji prawnych nie wejdzie na rynek Ukraiński. W momencie tym traci potencjalnych klientów, którzy jeszcze bardziej będą kojarzyli rynek Europy środkowowschodniej z Wizzair właśnie. Co więc się stanie? Cóż, niektórzy przepowiadają wojnę cenową, lub obrażenie się i zwinięcie zabawek z Wrocławskiej piaskownicy. Owszem, Wrocław jest lotniskiem niewielkim i nagłe uruchomienie ośmiu nowych połączeń w ciągu roku oferuje wzrost o około 1/3 generowanego aktualnie ruchu pasażerskiego na lotnisku. Jednak z drugiej strony Wrocław nie ma połączeń z taką ilością ciekawych miejsc, że jest jeszcze skąd latać nie wchodząc sobie wzajemnie w te same trasy. Mam również nadzieję, że lokalni mieszkańcy nauczyli się ostatnimi czasy, że można podróżować na krótki okres, w fajne miejsca i za niewielkie pieniądze. Między innymi temu służy ten blog właśnie. Dlatego też życzyłbym sobie, aby obie linie lotnicze współistniały na Wrocławskim lotnisku, rywalizowały ze sobą obniżając ceny, ale również osiągały na swoich trasach odpowiednie zyski. Tylko dzięki temu istniejące połączenia zostaną utrzymane, a mam nadzieję że dość szybko Wrocław otrzyma do swojej bazy drugą maszynę Wizzair.