Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złe warunki atmosferyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złe warunki atmosferyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Projekt gupol

Nadeszły święta, jutro tradycyjnie będę uczestniczył w rodzinnym śniadaniu i w ciągu dnia z pewnością odbędę podobny dialog do tego poniżej
 
- Jak tam pierwszy dzień świąt?
- A spoko, byłem na działce.
- Zaczynasz sezon?
- Nie, po prostu spałem pod chmurką...

Być może pamiętacie jeden z ostatnich wpisów na tym blogu, gdzie to prezentowałem realizację zwariowanej tułaczki po Norwegii. Spodobało się i prawdopodobnie uda mi się namówić Dorotę na coś podobnego w tym roku. Mimo ogromnej niechęci związanej z potencjalnym marznięciem mamy już bowiem pewien pomysł na rozwiązanie tego wątku. Zaczniemy od spania w śpiworach na osłoniętym balkonie i w ten sposób będziemy poznawać nasze zakresy akceptowalnych temperatur i sposoby aby nimi sterować. Czyli w skrócie - wypróbowanie różnych śpiworów, koców termicznych, ochron przeciwdeszczowych, utrzymującej ciepło bielizny itp. Jak coś nawalimy i po prostu przemarzniemy - dwa metry obok będzie czekało łóżko w nagrzanym pokoju i z wygodną pościelą. Jeśli natomiast wszystko będzie ok, na mapie wyjazdowej w rejonie Skandynawii pojawi się sporo wbitych pinesek :-) 

Po co więc ta działka? Zacząłem bowiem proces rozważania, zakupów i testowania. Sporą niedogodnością w trakcie nocowania w okolicach Trondheim lub Biarritz był deszcz, dlatego ostatnio zaopatrzyłem się w pokrowiec przeciwdeszczowy na śpiwór. Nie będę musiał więc kombinować ze zsuwającym się kocem termicznym a i brak oddychania materiału powoduje zwiększenie temperatury w wewnętrznym mikroklimacie o 3-5℃. Pierwsze testy w warunkach domowych, jakkolwiek wypadły bardzo obiecująco, tak były też totalnie niemiarodajne. Wprawdzie przeprowadzałem je w pokoju o powierzchni dziewięciu metrów kwadratowych, przy całkowicie otwartym oknie, z nadzieją utrzymania w nim temperatury zbliżonej do panujących na dworze 3℃. Jednak po pierwsze spałem w niewyjazdowym, bardzo ciepłym śpiworze, po drugie nie byłem narażony na stricte zewnętrzne warunki jak wiatr, wilgoć czy podłoże. Podsumowując, przysłowiowe spanie na waleta nie powodowało żadnego zmarznięcia.

Dlatego też wczoraj około północy, gdy w końcu upiekły się dwa świąteczne ciasta, spakowałem plecak, ubrałem się w trekkerskie ciuchy i rowerem podjechałem niecałe 4km na działkę. Na miejscu warunki nie były wymarzone: cieplej niż oczekiwałem (wg wujka googla około 6℃) i koniec końców nie padało pomimo około 30% szans w środku nocy. Chodziło o to, aby osiągnąć możliwie najmniej sprzyjające warunki atmosferyczne - coś w rodzaju worst case scenario. Mimo to przez sporą wilgotność i spanie dosłownie pod chmurką (drzewa dopiero zaczynają pączkować, czyli nie ma szans na jakąkolwiek liściastą ochronę), jednak trochę zmarzłem. Nie ukrywam że zaskoczyło mnie to, tym bardziej gdy przed szóstą rano wszedłem do mieszkania i odniosłem wrażenie że moje rozgrzanie związane z dojazdem jest jakby pozorne.

Po co mi taki sprawdzian? Ano po to, że każda próba wskazuje nowe wątki które warto przemyśleć i być na nie przygotowanym. Teraz zauważyłem że warto wziąć pod uwagę jakieś przymocowanie śpiwora do materaca, ponieważ w nocy mam skłonność do zsuwania się z niego. Dodatkowo całkowite nakrycie się pokrowcem powodowało u mnie jakieś dziwne problemy z oddychaniem - coś zupełnie niespotykanego w warunkach domowych. Zauważyłem też, że na komfort termiczny dużo lepiej wpływa nałożenie zimnej (leżącej przez pół nocy na otwartej przestrzeni) bluzy polarowej niż akrylowo-bawełnianego swetra. Jak więc widać zawsze znajdzie się coś do ogarnięcia, przemyślenia i sprawdzenia. Gupolowanie ma bowiem sens jeśli dla kogoś z zewnątrz wygląda jak coś nieprawdopodobnego a tytułowy gupol natomiast zna sposoby aby te niedogodności zminimalizować, ciesząc się wartością pozytywną. Projekt więc trwa, niech tylko Wizz Air utrzymuje tanie ceny na lotach do Skandynawii :-)

poniedziałek, 9 listopada 2015

Pastwiska ciąg dalszy. Kolejne kwiatki na witrynie Ryanair

Gdy kilka dni temu wrzucałem subiektywną i wybiórczą recenzję nowej strony internetowej Ryanair, powiedziałem sobie że na jakiś czas muszę przystopować w negatywnym opisywaniu tej linii. Jednak moje czwartkowe doświadczenie z witryną przebiło wszystkie aktualne rekordy, przez co nie mogłem się powstrzymać przed opisaniem na gorąco  kilku uwag.

Powód jest prosty, informacja że linia nagradza za stworzenie konta, wypełnienie go wszystkimi niezbędnymi danymi oraz zrobienie małej ankiety. Klasyczny zabieg służący do zbudowania tzw. big data. Brrr..... przez chwilę pomyślałem sobie co linia może z takimi informacjami zrobić. Jeśli w ankiecie wypełniłem preferowany cel podróży narty, to wszelkie rejony alpejskie wyskakują mi €10 drożej. Jeśli kupię bilet na lot wyłącznie z plecakiem, to na skrzynce mailowej wyląduje propozycja zakupu walizki Samsonite. Jeśli będę szukał lotów w okolicach urodzin, to gdzieś w oknie pośrednim wyskoczy mi ekskluzywna oferta booking.com noclegów w domu dla dżentlemenów. Ciarki mnie przeszły na samą myśl, straszne to :D Gwoli ścisłości dodam tylko, że nagrodą za sprzedanie się był kupon zniżkowy o wartości €10 do wykorzystania przy następnym bookingu.

Generalnie wyszło na to, że chociaż nowa strona straciła już status beta (jest np. dostępna pod normalnym adresem www), to nadal jest tworem kompletnie nieprzygotowanym do ujrzenia światła dziennego. Ot, choćby uzupełniam profil. Datę urodzenia znów ustawiam za pośrednictwem trzech rolet (jednak dużo fajniejszy był system kalendarzowy, gdzie kolejno wstawiało się rok, miesiąc i na końcu dzień urodzenia), a tam czeka mnie programistyczna niespodzianka. Oto zamiast nazw miesięcy wyświetlają się etykiety typu MYRYANAIR.COMMON.COMPONENTS.DATE_SELECT.MONTH.GRUDZIEŃ :D Hola hola, na tej stronie w ogóle tłumaczenie zawodzi, bo znajdują się tam elementy typu myProfile, myDetails, narodowość Polish a kierunkowy numer telefonu to Poland.
Co w pewnym sensie zachwalałem recenzując nową stronę przewoźnika, to zupełnie inne podejście do informacji tekstowych. W trakcie rezerwacji prezentowane są nienachalne, szokująco wręcz - jak na dotychczasowe standardy linii - dopasowane teksty typu W drodze na lotnisko nie zapomnij dokumentu ze zdjęciem, czy Jeszcze tylko kilka informacji i to wszystko. Fajnie się to czyta, jest przyjemne, wzbudza wrażenie dbania o klienta - jakkolwiek przy ryanair stwierdzenie to podchodzi pod oksymoron. Jednak niestety w niektórych miejscach tłumaczenie na nasz język nie nadąża za klimatem budowanym prawdopodobnie w anglojęzycznej wersji. Oczywiście mogę się spodziewać o co chodziło w oryginale, ale czasami za bardzo mi tu zalatuje może nie tyle google translatorem, co bezmyślnym wstawieniem pół-zdania bez sprawdzenia jego kontekstu. Widać to zwłaszcza przy ustawianiu moich preferencji. Gdy przechodziłem przez kolejne pytania, co chwila przesyłałem je swojej dziewczynie, aby z dużą dawką absurdalnego humoru zacząć kolejny dzień w pracy. Kilka z tych przykładów poniżej.
Jazda i parkowanie na lotnisku ;)
W zasadzie to nie wiem czy jestem w łączności
Wy też nie płacicie za zakupy na pokładzie?
Dajesz sobie więcej miejsca na nogi? Nie przeszkadza mi ;)
Ja też nie mam nic przeciwko siedzeniu. Nad skrzydłem zdecydowanie e-e :D

źródło: kwejk
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tłumaczenia i utrzymanie stron dla wielu wersji językowych to zagadnienie bardzo rozbudowane i skomplikowane. Mamy ten sam problem w pracy i dobrze że jeden z bardziej wrażliwych na tym punkcie klientów już chyba został ugłaskany. Dlatego zazwyczaj przymykam na to oko, o ile zwrócony tekst nie jest czymś pokroju Crap, że wideo nie mogą być konwertowane. Czasami życie po prostu kopie cię w jaja :D Dla wyjaśnienia, jest to zwrotka jednego z serwisów wyciągających z filmów youtube ścieżkę dźwiękową - pojawiał się jeśli coś się - kolokwialnie rzecz ujmując - wykrzaczyło.

Co jednak bardzo mnie boli w serwisach internetowych, to błędy w logice. W tym przykładzie dosłownie nic nie trzyma się jakieś przemyślanej całości. Przykładowo, na pulpicie pasek postępu mówi, że konto jest uzupełnione w 40% i wzrośnie o kolejnych 20% jeśli dodam dokument tożsamości. Tak też czynię a postęp wzrasta mi o 5%. Dodaję więc kolejny - nic. Oczywiście walidacji nie ma żadnej - wybieram Krajowy dowód tożsamości obywatela EOG, po czym kraj wydania ustawiam na Bangladesz. Zabanglało :D Denerwujące jest też samo uzupełnianie preferencji. Po wypełnieniu wszystkiego zaznaczyła mi się ikona, że uzyskałem dostęp do nagród. Śmigam więc na zakładkę z takimi - i nic. A dokładniej informacja przetłumaczona na - uwaga, uwaga: Jeszcze nie! ;) OK, uzupełniam więc dane karty, dokumentów tożsamości, mój postęp wzrasta do 60% a na dole pojawia się informacja o małym prezencie. Klikam więc Poznaj szczegóły - i nic - kompletnie nieoprogramowany link. Zakładka nagrody oczywiście też milczy. Zainteresowałem się więc jeszcze jedną sekcją Pomóż nam, abyśmy mogli pomóc Tobie. Odpowiedz na pytania i wygraj nagrody! Tutaj miałem do czynienia z ciekawostką totalną, ponieważ co chwila pojawiały mi się losowe przyciski - czasami z odpowiedzią Tak / Nie, jednak najczęściej bez jakiegokolwiek tekstu. Co więcej, odpowiedzi (których treści nie znałem) dotyczyły pytań, których treść również się nie pojawiała :D Jazda bez trzymanki. Niemniej zamknąłem wszystkie pytania z rozszerzonych preferencji, mój postęp osiągnął 65% z dopiskiem Już prawie jesteś EKSPERT po prawej, oraz Uzyskałeś status Superpodróżnika po lewej stronie. Co z tego? Kuponu jak nie było, tak nie ma...
Status: Już prawie jesteś ekspert, oraz Superpodróżnik
Szczerze, tych kilka rzeczy powyżej to kolejne wtopy przewoźnika. Trochę przestało mnie to dziwić. W końcu fakt że nie otrzymałem kuponu może jest czymś normalnym. Nie wiem, ponieważ nie mam jak tego sprawdzić w regulaminie - programiści nawet nie potrafili dobrze podlinkować do takowego, kierując na tzw. pustą stronę. Nie buduje to zaufania do przewoźnika. Jeśli nie ogarniają bowiem logiki na swojej stronie, to skąd mam wiedzieć czy zadbali o bezpieczeństwo transakcji finansowych? Bo w takiej sytuacji fakt, czy voucher w ogóle zadziała, jest już sprawą całkowicie drugorzędną. Czy tylko ja mam takie obawy? Niekoniecznie. Wystarczy wejść na artykuł dotyczący akcji voucherowej i poczytać znajdujące się pod nimi komentarze. Generalnie większość wypowiedzi potwierdza, że to nie działało. Więc to nie tylko ja celowo jestem użytkownikiem-idiotą oczekującym poprowadzenia za rączkę.

Jeszcze jedna dodatkowa uwaga. Wczoraj postanowiłem zabrać się za czekający od kilku miesięcy wątek odszkodowania za opóźnienie. Na locie z Gdańska do Modlina wylądowaliśmy ponad 4 godziny po planowanym czasie. Linia nie przyjęła nas na pokład, ponieważ maszyna się wykrzaczyła, albo nie ogarnęli ekipy na ten samolot. Przy samolocie nie było nikogo - ani obsługi pokładowej, ani handlingu. Lotnisko pracowało normalnie a nas zabrał samolot, który przyleciał z Bristolu, co naturalnie spowodowało dalsze opóźnienia. Dziwne to, ponieważ w okresie zimowym we Wrocławiu stała zapasowa maszyna. Gdyby więc linia była bardziej kompetentna, w niecałą godzinę tamtejszy samolot byłby w Gdańsku latając dla tego właśnie lotniska. No ale cóż, nie załatwili i pieniądze się należą.

W sprawie odszkodowania strona internetowa oczywiście milczy. Owszem, w centrum pomocy jest kilka artykułów na ten temat, ale nic pasującego do mojego problemu. Co ciekawe, linia mocno informuje o zwrocie kosztów za bilet jeśli lot jest opóźniony o więcej niż 3 godziny i gdy rezygnuję z ich oferty. O odszkodowaniu cisza. Kliknięcie na link aby zapoznać się z instrukcją składania wniosku o zwrot pieniędzy kieruje mnie na tą samą stronę. Formularz internetowy z wnioskiem o zwrot pieniędzy nie ma opcji odszkodowania. Link do wytycznych dotyczących otrzymania odszkodowania zgodnie z unijnym rozporządzeniem 261/2004 kieruje mnie na pustą stronę z kodem 404 (w świecie programistycznym oznacza to wielki, wielki błąd). Sekcja dotycząca samych praw pasażerów wynikających z tego rozporządzenia również koncentruje się na przebookowaniu, zapewnieniu opieki, braku zwrotu kosztów jeśli pasażer śmie dostać się wcześniej innym środkiem transportu, natomiast zero informacji o przysługującym odszkodowaniu.

Dlatego postanowiłem skorzystać z zamieszczonego kontaktu mailowego. Dopiero w tamtejszym formularzu ostatnią opcją jest wątek związany z EU261. Mail poszedł, dostałem potwierdzenie, czekam na odpowiedź. Oczywiście wiem jaka odpowiedź będzie, ponieważ kilka miesięcy temu korzystałem z tego formularza, gdy okazało się że model samolotu kupiony na pokładzie Ryanair był wybrakowany (nie było pionowego statecznika). Po kilku dniach przyszła do mnie zwrotka, że we wszelkich sprawach należy kontaktować się w sposób listowny z Dublinem.

Co tu dużo pisać, Ryanair zaliczył kolejną wizerunkową wtopę. Jak wiadomo, piekło dobrymi chęciami wybrukowano. Dlatego choć - podkreślę to jeszcze raz - sam pomysł zupełnie nowego podejścia do procedury bookingu czy internetowego kanału sprzedaży/komunikacji/promocji jest sprawą godną pochwał, tak też wypuszczenie tego tworu na światło dzienne zbyt wcześnie powoduje nie tylko wizerunkową kompromitację, co w tym przypadku wręcz spadek zaufania do firmy.

PS: Kolejna ciekawostka. W piątek kumpel z pracy leciał na Modlin. We Wrocławiu upgrade-owany jest ILS, więc poranna mgła wysypała połowę rotacji. Dotyczyło to zarówno startu na Stansted, jak też porannego powrotu z Modlina (we Wrocławiu stacjonują tylko dwie maszyny Ryanair). Wiadomo więc że do końca dnia rozkład będzie szatkowany, pytanie tylko jak bardzo? Odświeżanie strony lotniska i przewoźnika najpierw wskazywało na ponaddwugodzinne opóźnienie - rejs miał być wykonany według normalnej kolejności. Po godzinie sam Ryanair poinformował, że jednak rejs odbędzie się z czterdziesto-minutowym opóźnieniem - pasażerów zabierze maszyna wracająca z Bergamo, a jej odcinki przejmie opóźniony samolot z East Midlands. Dobre rozwiązanie, ponieważ opóźnienia rozłożą się równomiernie na większą ilość rejsów i do końca dnia być może wszystko się zniweluje. Próba wejścia na stronę przewoźnika 15 minut później (aby sprawdzić czy jeszcze czegoś nie zmieniono) zakończyła się niepowodzeniem - strona po prostu padła. Ale najciekawsze jest to, że gdy witryna znów wstała na nogi, planowane godziny rejsu były wyświetlane jakby losowo. Za pierwszym razem pokazywano start o 16:20 (bodaj zgodnie z letnim rozkładem), następnie o 16:10 z przesunięciem na 16:50. Odświeżanie statusu zwracało albo jeden, albo drugi wynik. Ciekawy jestem ile osób z tego powodu spóźni się na loty, jeśli będzie jakiś grubszy problem z opóźnieniami rzędu kilkunastu godzin, czy nawet całego dnia?

Dementi: Moje przypuszczenia co do wysłania mnie na drzewo w kwestii odszkodowania były mylne. Dzień po wysłaniu zgłoszenia przyszła odpowiedź, że sprawa została przekazana do odpowiedniego działu. Niniejszym zwracam honor, przynajmniej za sam początek ;)

wtorek, 19 stycznia 2010

Zmiany na rynku kolejowym w Polsce

Pomysł otwartego nieba, czyli projektu bardzo ułatwiającego działalność liniom lotniczym w większości państw naszego kontynentu był wielką niewiadomą. Z jednej strony była to część ujednolicania wszelkich możliwych przepisów i standardów doprowadzających do takich absurdów, jak standaryzowanie wielkości jaj dopuszczanych do sprzedaży. Z drugiej wielka niewiadoma, gdyż umożliwiała proste wejście na rynek przewoźnikom z innych krajów. Tutaj mogła się pojawiać podobna do naszej narodowa duma, jak przecież można pozwolić aby obcy zarabiał na lotach do Polski oraz po co to w ogóle skoro latanie jest tak drogie że stać na nie tylko nielicznych? I bach, mamy co mamy – okazuje się że podróże lotnicze po Europie stały się czymś bardzo prostym i dostępnym dla nawet niezamożnych rodzin. Zwiększyła konkurencję sprawiając, że na rynku pozostali tylko najsilniejsi gracze. A firmy narodowe typu LOT? No cóż, ktoś kiedyś szyderczo napisał że Przewoźnik Narodowy to taki, za którego nienaturalnie rozbudowane struktury związków zawodowych i niewydajnych pracowników na ciepłych posadkach płaci każdy podatnik z danego kraju. Na szczęście ich era powoli się kończy. Mam nadzieję, że LOT też przetrwa ultra trudny dla siebie okres kilkunastu ostatnich miesięcy, zwłaszcza, że wreszcie zauważalne są pozytywne zmiany. Ale o tym kiedy indziej.
Dlaczego więc na początku wspomniałem o tzw. „otwartym niebie”? Ano dlatego, że wreszcie podobny projekt wszedł w życie na rynku kolejowym w Polsce. Śmiech na sali? No bo kto by chciał jeździć po tym zacofanym kraju, gdzie dworce kolejowe śmierdzą kupą pozostawioną tam w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku a tory sprawiają, że średnia prędkość pociągu to zawrotne 70 km/h ale tylko na tych ważniejszych trasach? Hehe, a kto by pomyślał że np. lotnisko we Wrocławiu w ciągu dziesięciu lat z nieco poniżej dwustu tysięcy obsługiwanych rocznie pasażerów przejdzie do wartości zahaczającej o 1,5 miliona? A warto wspomnieć, że port ten ma ograniczenia spowodowane korzystaniem z pewnych przestrzeni na równi z wojskiem, no i Wrocław najatrakcyjniejszym punktem na mapie Europy, powiedzmy sobie szczerze, nie jest. Może więc jednak jest coś na rzeczy?
Problemem PKP jest długotrwały brak inwestycji we własną przyszłość, która stała się niemożliwa przez pojawianie się gigantycznych strat i zamieszania prywatyzacyjnego. Koleje, jako moloch państwowy istniały, bo istnieć musiały. A jak to istnienie wyglądało, już niewiele osób zwracało na to szczególną uwagę – ważne aby pociągi jeździły, a pieniążki na to się zawsze znajdą. Jednak po wprowadzeniu gospodarki rynkowej trzeba było się w końcu zająć kolejami i zarazem uświadomić sobie, jak zacofanym zagadnieniem w Polsce się one stały. Według niektórych, największe zamieszanie zaczęło się w 2000 roku, dzięki wejściu w życie ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP. To wtedy nastąpił, czasami dziwaczny i niejasny, podział na kilka spółek zajmujących się na pierwszy rzut oka tym samym. Efektem tego było ujawnienie dotychczasowej nieudolności w prowadzeniu przedsiębiorstwa, która uwidaczniała się poprzez wieloletnie zacofanie i bardzo duże długi. Co bardziej krzykliwi przewidywali rychły upadek kolei i wzrost bezrobocia o ponad 100 tysięcy zwolnionych pracowników...
Ale to już historia. Postanowienia te należało wprowadzić w życie, aby przyzwyczaić grupę do sytuacji, jaką dziś zastaliśmy. A co zastaliśmy? Paradoksalnie niewiele mniejsze zamieszanie. Od kilku lat bez przerwy przetaczają się tematy o zadłużeniu i zacofaniu kolei, likwidowaniu następnych połączeń i generalnie utrudnianiu życia pasażerów. Zwłaszcza poprzez ostatnie przetasowania między spółkami córkami i nowymi markami połączeń. Tanie Linie Kolejowe, osobowe interREGIO jeżdżące szybciej i taniej niż pospieszny, droższe bilety na kurs pospieszny, który nie obowiązuje jak dotąd w pociągach zwykłych... osobę nieobeznaną w zagadnieniu kolei bardzo łatwo może przy tym rozboleć głowa! Dlatego może na spokojnie postaram się przedstawić jak to aktualnie wygląda?
Wszystkie firmy zajmujące się do niedawna transportem kolejowym w Polsce należą do grupy PKP. Właścicielem jej jest Skarb Państwa, a utworzył ją celem łatwiejszej dalszej prywatyzacji mniejszych spółek, nazwijmy je „tematycznych” (czyt. zajmujących się konkretnym zagadnieniem transportu kolejowego). Tak więc, pomimo że wszystkie one jeżdżą po tych samych torach i do niedawna miały tego samego właściciela, są zupełnie odmiennymi i niezależnymi firmami.
PKP Intecity. Spółka ta do niedawna zajmowała się przewozami droższymi, na które w skrócie należało wykupować miejscówki. Od grudnia 2008 do jej obowiązków doszła również obsługa tzw. składów pospiesznych. Celem ujednolicenia i uproszczenia produktu kilka tygodni temu wprowadzono kolejne zmiany. W skrócie, z połączeń oznaczonych mianem EuroCity, InterCity, Ekspres, Tanie Linie Kolejowe i Pospieszny stworzono dwa – InterCity (Pociąg o ograniczonej ilości postojów na trasie, większej prędkości maksymalnej, pokonywanych odległościach i standardzie), oraz Pociąg pospieszny TLK (standardowy skład przeznaczony do podróży na dalszych odległościach).
Przewozy Regionalne, do niedawna PKP Przewozy Regionalne. Spółka ta od nieco ponad roku nie jest już częścią grupy PKP, a jej właścicielem zostały samorządy województw. Do jej obowiązków należy zapewnienie transportu regionalnego. W skrócie oznacza to tzw. pociągi osobowe, czyli najczęściej wykorzystywaną formę transportu i zarazem najmniej opłacalną. Spółka ta po pozbawieniu jej dochodów płynących z operowania pociągami pospiesznymi okazała się być tworem posiadającym bardzo stary tabor i mnóstwo nierentownych tras. Ale tak w zasadzie nie powinna ona przynosić dochodów, a jej utrzymanie leży w gestii województw, których jednym z obowiązków jest zapewnienie transportu regionalnego. Niemniej jak widać zmiany w strukturze spółki tej nie obeszły się bez reakcji właścicieli, o czym świadczy choćby interREGIO. Jak już wcześniej wspominałem na blogu, jest to tania alternatywa dla Pospiesznych TLK prowadzonych przez PKP InterCity. Paradoksem jest, że połączenia te realizowane są taborem osobowym (charakterystyczne błękitno-żółte wagony piętrowe, lub odnowione składy Elektrycznych Zespołów Trakcyjnych), kojarzonym zazwyczaj z wielkimi opóźnieniami i powolną jazdą na lokalnych trasach. Niemniej teraz taki sam odcinek pokonują one najczęściej nawet nieco szybciej, niż składy TLK. Jednocześnie dużo tańsze bilety niż w przypadku produktu oferowanego przez PKP InterCity zostały osiągnięte poprzez niższy komfort podróży jaki może zaoferować odnowiony skład, znany dawniej z tras lokalnych. InterRegio wystartował około ośmiu miesięcy temu i początkowo wprowadził małą konsternację. Jednak poprzez połączenie szybszego pokonywania trasy, lepszego doboru godzin kursowania i przede wszystkim niższym cenom okazał się małym hitem sezonu. Dzięki temu konkurent Przewozów Regionalnych – PKP InterCity poczuł na plecach pierwszy oddech rywalizacji. Może trochę dziwacznej, ale skutecznie odbierającej klientów na kilku intratnych trasach. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – ceny na niektórych kursach zostały znacznie obniżone. Nie jest to zaskakującą zapowiedzią zmian na kolei sprawiającą, że pasażer nie będzie już czymś zbędnym do prowadzenia działalności?
A zapatrywania na przyszłość są jeszcze ciekawsze! Jak wspomniałem nieco wcześniej, kolejowe rynki Europejskie zostały otwarte i teraz firma z każdego kraju Unii może wejść ze swoją działalnością do dowolnego innego. Oczywiście nie ma co się spodziewać nagłego najazdu na Polskę. Po pierwsze na początku są dużo bardziej atrakcyjne kraje na naszym kontynencie. Po drugie, chociaż wiemy co zrobiło otwarcie nieba, efekt podobnej unifikacji w zakresie kolejnictwa nie jest tak oczywisty do przewidzenia, a wszelkie kroki mogące spowodować ekspansję na inne kraje, nie takie łatwe do wykonania. Niemniej chęć rozwoju własnej siatki połączeń, dotarcia do nowych klientów i potencjalnych nowych zysków powinna być atrakcyjnym kąskiem dla niektórych przewoźników. Koleje nie są bowiem gałęzią transportu chylącą się ku upadkowi po swoim świetlanym rozwoju w połowie dziewiętnastego wieku. Globalny, a zwłaszcza Europejski trend pokazuje, że ta gałąź transportu jest nadal interesująca zarówno na polu transportu dojazdowego/lokalnego/regionalnego, jak też łączącego ośrodki oddzielone większą odległością. Przykładem mogą być tutaj francuskie TGV czy hiszpańskie szybkie koleje Renfe, które dążą do połączenia swych sieci za pomocą budowanego ostatniego odcinka Girona – Figueras na wschodnim krańcu Pirenejów. Jeśli nie będzie przeciwwskazań, w 2012 roku zostanie uruchomione pierwsze połączenie Kolei Szybkich Prędkości na trasach Paryż - Barcelona i Paryż - Madryt. Co ciekawe, w Polsce również planowany jest taki typ kolei. Rozpoczęcie budowy pierwszego odcinka Warszawa Centralna - Łódź Fabryczna datowane jest wstępnie na przełom 2013/2014 roku. Cała tzw. „Linia Y”, która według pierwotnych planów połączyłaby stolicę z Łodzią, Kaliszem, Wrocławiem i Poznaniem miałaby powstać w około 10 lat. Dzięki temu podróż na najdalszych odcinkach zajęłaby około 1 godzinę i 45 minut zamiast pięciu w porywach do sześciu godzin (Wrocław – Warszawa), lub trzech godzin na trasie Poznań – Warszawa.
Ale skupmy się na najbliższych kilku miesiącach. Nie da się ukryć, że w chwili obecnej na Polskim rynku kolejowym panuje spory nieład i zamieszanie. Ale tak jest zawsze przy wszelkich większych zmianach. Dlatego debiutując w listopadzie na gościńcu interREGIO nie dziwił mnie fakt, że pomimo istnienia tego produktu już ponad pół roku, większość pasażerów nie zdawała sobie sprawy że jedzie na wykupiony zły bilet! Ostatnio doszły do mnie plotki, że na sporej ilości stacji w kasach zadawane są pytania na pociąg jadący o której dokładnie godzinie bilet chcemy kupić? Co więcej, InterCity wreszcie zaczyna nadganiać cywilizowane standardy informując, że planuje wprowadzenie automatów biletowych, oraz możliwość nabycia biletów za pomocą internetu i karty płatniczej. Swoją drogą nie dziwię się takiemu zachowaniu, gdyż podobne procedury już od pewnego czasu istnieją na rynku przewozów lotniczych. W ten sposób za niedogodność wydrukowania sobie samemu karty pokładowej (czyt. biletu lotniczego) za bilet płacę mniej, a przy wejściu do samolotu mogę zjawić się dużo później niż w przypadku standardowej odprawy na lotnisku. W przypadku kolei mogłoby to wprowadzić oszczędności na niewydajnym systemie okienkowej dystrybucji biletowej, nie mówiąc już na oszczędności czasu i nerwów pojawiających się w trakcie odstawania swoich minut, zwłaszcza w piątkowe popołudnie. Przewozy Regionalne zauważyły, że ich interREGIO odnosi spore sukcesy. Owszem, przytrafiają się spektakularne porażki jak ostatnio często opisywane kursy na trasie Warszawa – Szczecin, ale wynika to z wchodzenia na nowy rynek. Co więcej, właściciele Przewozów Regionalnych zdali sobie sprawę, że ta firma zysków przynosić nie będzie, ale transport regionalny zapewniony musi być. Niemniej o prestiżu danego regionu świadczy również jakość jego transportu, dlatego zwracana jest duża uwaga na odnawianie i dbanie o co najmniej jako taką czystość taboru. Co więcej, niektóre Województwa przejęły lub utworzyły własne spółki przewozowe, takie jak Koleje Mazowieckie (Warszawa), SKM (Trójmiasto), czy Koleje Dolnośląskie. Arriva PCC złamała monopol PKP na przewóz pasażerski wygrywając w 2007 roku przetarg na obsługę niezelektryfikowanych tras województwa kujawsko - pomorskiego. Wprawdzie wciąż słyszy się mnóstwo negatywnych opinii o kolejnych zamykanych trasach, bądź zmianach godzin/częstotliwości kursowania w taki sposób, że dalsza czy nawet docelowa podróż niema sensu. Niemniej jak wcześniej wspomniałem, spółki kolejowe przechodzą aktualnie zmiany we własnych strukturach. To powoduje zamieszanie jakiego aktualnie doświadczamy, ale w przyszłości sfinalizuje się silniejszą firmą umożliwiającą przynoszenie zysków i usprawnianie podróży kolejowej. Zresztą dobrym przykładem uzupełnienia jest działająca od niespełna roku założona przez władze wojewódzkie spółka akcyjna Koleje Dolnośląskie, która oferuje przewozy na trasach lokalnych, z których wycofał się wcześniej PKP, czy PKP Przewozy Regionalne.
Ze świeższych informacji wynika, że najbardziej pierwsze objawy konkurencji poczuje PKP Intercity. Jak wcześniej wspomniałem, nie dalej jak w zeszłym roku małą część ichniejszego tortu zaczął podjadać interREGIO. W ciągu tego tygodnia we wszelkich mediach pojawiało się mnóstwo materiału kompromitującego jakość połączeń kolejowych w zestawieniu z zimowymi warunkami pogodowymi. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, gdyż LOT zaczął się reklamować w prasie i na dworcach kolejowych dość sensownie uświadamiając podróżnym, że czasami zamiast przez kilka(naście) godzin męczyć się koleją, za podobną cenę można dużo szybciej i punktualnie polecieć na trasach z Warszawy do Wrocławia, Krakowa, Poznania, Gdańska, Rzeszowa czy Szczecina. Efektu natychmiastowego nie uświadczyliśmy, ale świadomość pasażerów została zwiększona :-) Rejsami w Polsce również zainteresował się niemiecki przewoźnik DB. Oczywiście pomijając nagłe przebudzenie się ze snu pana Romana G. który w swym patriotyźmie chce nagle skarżyć tego przewoźnika o pomoc w zbrodniach hitlerowskich jakby informacja o tym pojawiła się nagle w masowej świadomości. Niemniej DB oczywiście nie ma zamiaru się pchać na całość naszego rynku, tylko zainteresował się trasami o najlepszej jakości torów i umożliwiającymi generowanie największych zysków, czyli z Warszawy do Krakowa, Katowic, Poznania i Gdyni. Myślę, że zapowiada to dużą konkurencję i walkę o klienta, a dla nas to przecież najlepsze rozwiązanie jest :-)
Każdy z nas chyba wie, że transport kolejowy w Polsce jest jednym z tych elementów, za które można się bardzo wstydzić. Ale od kilkunastu miesięcy można obserwować pierwsze wyraźne zmiany przepowiadające lepszą przyszłość. Większa konkurencja powinna obniżyć ceny i zwiększyć komfort podróży, jak też zmusić firmy do przystosowania się do jeszcze dokładniejszego spełnienia wymogów stawianych przez podróżnego. Niestety naszej ogólnej niechęci do podróżowania po torach nie zmienią informacje o likwidowaniu kolejnych połączeń, absurdzie wykreślenia z rozkładu określonej stacji z powodu zbyt krótkiego peronu, czy szeregu biletów ważnych na jeden, ale nie inny typ pociągu. Dlatego aktualnie proponuję przyglądać się wszelkim informacjom dotyczącym rynku kolejowego i czasami kilkukrotne pytanie się u różnych źródeł czy aby na pewno wykonuje się poprawną procedurę? Świetnym ku temu przewodnikiem może się okazać ten artykuł (http://wyborcza.pl/1,76842,7374721,Stanieja_niektore_bilety__czyli_nowe_promocje_w_PKP.html) Bo przecież zwiedzanie świata nie polega na lataniu w najdalsze jego zakątki a czasami niepowtarzalne miejsca można odkryć 50, 100 czy 300 kilometrów od naszego domu. Ciekawa to perspektywa zwłaszcza, że taka wycieczka nie wymaga wielkich budżetów i długotrwałych planów!

Linkownia:
PKP Polskie Koleje Państwowe S.A.: http://www.pkp.pl/
PKP InterCity: http://www.intercity.pl/
Tanie Linie Kolejowe: http://www.tlk.pl/
Przewozy Regionalne Sp. z o.o.: http://www.przewozy-regionalne.pl/
Koleje Dolnośląskie: http://kolejedolnoslaskie.eu/
Szybka Kolej Miejska: http://www.skm.pkp.pl/
Koleje Mazowieckie: http://koleje.mazowieckie.com.pl/
Arriva PCC: http://www.arrivapcc.pl/
Pociągi dużej prędkości w Polsce: http://www.plk-sa.pl/fileadmin/pdf/inestycja/szybkie_predkosci/pociagi_duzej__predkosci_pol.pdf

sobota, 16 stycznia 2010

Sztuka taniego latania - umiejętność odpuszczania sobie

Oj kiepsko mi się zaczął sezon lotniczy 2010. W grudniu z powodu wycofania trasy Wrocław – Sztokholm Skavsta odpadł mi wyjazd do Rygi, styczniowy projekt Hiszpanii może być skasowany z powodu egzaminu na uczelni, a debiut u Wizzair na trasie do Oslo z powodu obrony pracy magisterskiej. Do tego nasza dzisiejsza wyprawa do Dublina finalizuje się wieczorem z lampką wina i filmami na dvd... Cóż, plan zrobienia w tym roku 55 lotów chyba się nie uda, ale na szczęście mam na to jeszcze 354 dni :-)
Ale do rzeczy. Na blogu tym staram się wychwalać zalety łatwego i taniego uprawiania tambylstwa przy użyciu wszelkiego typu środków. W jednym z ostatnich odcinków Sztuki taniego latania zwróciłem nawet uwagę, że w pewnym momencie stanie się to czymś w rodzaju uzależnienia, bądź nawet obsesji. A przecież chyba nie o to chodzi?
Tanie latanie, oprócz braku wielu udogodnień ma jedną ogromną zaletę – jak dobrze to rozegrać, jest naprawdę tanie. Dzięki temu z jednej strony zmusza do szaleńczej mobilności i krótkiego czasu podejmowania decyzji, z drugiej jednak, daje możliwość odpuszczenia sobie bez ponoszenia dużych kosztów. Jak wiadomo, zima do najpewniejszych okresów w lotnictwie nie należy. Zwłaszcza u przewoźników nisko kosztowych, którzy bardzo chętnie wożą nas w mało znane miejsca. Obsługujące je lotniska do Europejskich potęg nie należą, dlatego nie należy się spodziewać szeregu fantastycznych udogodnień, czy rozwiązań technicznych. I tutaj pojawia się często problem. Wystarczy bowiem niedogodność klimatyczna i w planowanym miejscu się nie znajdziemy. Co wtedy? Cóż, maszyna może przez kilkanaście do kilkudziesięciu minut krążyć nad lotniskiem czekając na poprawę sytuacji. Jeśli ta nie nastąpi, podejmowana jest decyzja o lądowaniu w innym – pewnym miejscu. W takiej sytuacji są dwie kolejne możliwości. Przewoźnik oferuje wtedy dowóz na własny koszt z miejsca lądowania do miejsca docelowego, co oznacza jakiś czas oczekiwania na podstawiony transport. W innej pasażerowie informowani są że do miejsca docelowego muszą się dostać na własną rękę, a o zwrot kosztów powyższego (potwierdzany oczywiście niezbędnymi rachunkami/paragonami) muszą zwrócić się bezpośrednio do linii. Na szczęście nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją i nie wiem jak wygląda ta cała procedura. Doszło do mnie tylko kilka pojedynczych informacji, że do najkrótszej i najłatwiejszej ona nie należy...
Co może spowodować takie sytuacje? Przede wszystkim pogoda. Pierwszym czynnikiem może być mgła. Na szczęście da się go obejść na największych lotniskach. Wynika to z faktu, że często znajduje się na nich specjalistyczne oprzyrządowanie pozwalające maszynom lądować przy prawie zerowej widoczności. Niestety lotniska regionalne w najwyższej kategorii tego typu sprzęty wyposażone nie są, m.in. dlatego tak często w okresie jesienno – wiosennym zdarzają się przypadki przekierowań na lokalnych Polskich lotniskach... Drugim czynnikiem może być śnieg. Z jego powodu zima jest ciężkim czasem dla podróży. Mróz problemem wielkim nie jest – w końcu trasy przelotowe znajdują się około 10 kilometrów nad poziomem morza, a tam panuje temperatura oscylująca solidnie poniżej 0℃. Chodzi o śnieg, który padając na pas startowy i drogi kołowania może uniemożliwić wyhamowanie, oraz prawidłowe wykonanie manewrów. W skrajnych przypadkach pojawiają się tzw. „ześliźnięcia” z pasa, czyli wycieczki na najczęściej trawiastą przestrzeń okalającą i zakopanie się w niej. Może to nastąpić poprzez częściowe oblodzenie powierzchni pasa startowego, lub drogi kołowania. Chociaż są to przypadki nieliczne, to w ostatnich tygodniach pojawiało się sporo informacji tego typu (np. w Kijowie, Dortmundzie, czy Glasgow-Prestwick). Na szczęście są to tylko incydenty w których zazwyczaj każdy przypięty pasami pasażer nie odnosi żadnych obrażeń. Ale nawet jeśli są prowadzone operacje lotnicze, to opadu śniegu i tak wydłużają procedurę obsługi samolotu, gdyż przed każdym startem maszyna musi zostać odśnieżona, lub nawet od lodzona. Polega to na polewaniu jej specjalną mieszanką płynów, co zajmuje zazwyczaj kilka do kilkunastu minut. Chociaż śnieg zazwyczaj w solidnych ilościach pada w krajach północnych, przykłady Norwegii, Szwecji czy Estonii pokazują, że z problemem tym można sobie bardzo skutecznie radzić. Przeciwieństwem są Wyspy Brytyjskie i Irlandia, które mimo coraz częstszych przypadków zimowych opadów, przy nawet trzy centymetrowej warstwie zdają się być bezradne a niekiedy wręcz sparaliżowane. Dlatego też świąteczna podróż na trasach Polska-Wyspy zdaje się co roku być swoistą ruletką z głównym pytaniem „uda się czy się nie uda?”. Ostatnim czynnikiem zupełnie nie do ominięcia są wiatry. Otóż najbardziej dogodne warunki dla samolotu są, gdy ląduje i startuje on pod wiatr. Właśnie z tego powodu lotniska posiadają swoje pasy startowe w te a nie inne kierunki. Problemu wielkiego nie ma, gdy pasy ustawione są w przysłowiowy X. Ale czasami nawet to nie pomaga i wtedy wszystkie operacje są zawieszone na czas poprawy pogody. Gdy pracowałem na lotnisku w Dublinie zdarzyło się raz całodniowe zamknięcie pasów startowych. Już nigdy potem nie widziałem sceny, gdzie blisko 2000 nieprzygotowanych osób śpi w nocy na podłodze i innych dziwnych miejscach...
Ale dość straszenia, przecież coś takiego nie musi nas dotyczyć prawda? Dziś właśnie takiej sytuacji uniknęliśmy. Mieliśmy bowiem zabookowane bilety do Dublina z przesiadkami w Düsseldorf-Weeze i Londynie. Od kilku dni każde wejście do internetu zaczynaliśmy więc od prognoz pogody. Na wylot „tam” nie mieliśmy dużych obaw – warunki zdawały się być łaskawe w tych częściach kontynentu. Niemniej w dzień powrotu pojawiły się obawy solidnych opadów śniegu w południowej Anglii. Bookując bilety bardziej obawiałem się co prawda wylotu z Irlandii. Doświadczenia z pracy podpowiadały bowiem, że w styczniu pogoda tam może płatać sporo figli. Istniało więc dużo większe niż zazwyczaj ryzyko solidnego opóźnienia bądź odwołania lotu do Londynu. A co jeśli byśmy się spóźnili na przesiadce do Wrocławia? Cóż, tak jak pisałem kilkukrotnie wcześniej – płacimy zazwyczaj sporo pieniążków na najbliższy lot, lub na własną rękę wracamy innymi środkami lokomocji. Chcąc tego uniknąć kupiłem więc bilet na lot z Londynu do Wrocławia na następny dzień. Zakładałem że do tego czasu pogoda w Dublinie powinna się poprawić, a jeśli problemem będą warunki meteo w Londynie gdzie nie będziemy w stanie wylądować, to tym bardziej nie będziemy w stanie stamtąd wystartować, więc przebookowanie biletu na trasie Londyn-Wrocław będzie bezpłatne.
Jednak pomimo solidnego planu uwzględniającego wiele przypadków i opcji „ratunkowych” na trzy godziny przed odlotem powiedzieliśmy sobie „nie”. Powód okazał się błahy - ułożenie godzin pracy i szkoły uniemożliwiały nam zbyt duże spóźnienia. Do tego sytuacja zdrowotna nie była przychylna długiemu przebywaniu na otwartym powietrzu, zwłaszcza w Dublinie, w którym na czas naszej wizyty temperatura odczuwalna miała być w okolicach -5℃! Opisując moją pasję tambylstwa wielokrotnie pokazuję, że w moim przypadku każdy wyjazd nie jest wielkim świętem a wręcz czymś wciśniętym w codzienną rzeczywistość ;) Co więc straciliśmy? No cóż, troszku szkoda, gdyż chciałem zobaczyć czy Dublin zmienił się bardzo po tych dwóch latach od mojej ostatniej tam wizyty? Dziewczynie chciałem pokazać miejsca gdzie pracowałem i żyłem przez przeszło rok. Do tego planowałem zakupy kilku produktów, których nie ma jak zdobyć w naszym kraju. Chyba tego najbardziej szkoda, bo od strony finansowej to bilety kosztowały nas całościowo €7. Oczywiście ponieważ loty nie zostały odwołane, zgodnie z zasadami u Ryanair nie przysługuje nam żaden zwrot pieniędzy. Ale chyba każdy stwierdzi że wartość ta duża nie jest, prawda? Gdyby zaistniała lepsza sytuacja zdrowotna i ułożenie pracy, oraz nasz wypad robilibyśmy lotem bezpośrednim, to stresu żadnego byśmy nie mieli. Odwołanie lotu? No dobrze, musielibyśmy przebookować bilety na najbliższy dostępny, czyli zostalibyśmy tam prawdopodobnie przez kolejne cztery dni. Jedyny problem jaki to powoduje, to zwiększenie budżetu wyjazdu. Ale po co ryzykować?
Wniosek jaki chciałem wysunąć po tym odcinku, to odpowiednie wypośrodkowanie pomiędzy chęcią tambylstawa, a możliwościami jakie dają nam nasze budżety i techniczne możliwości. Ważne jest aby dobrze przestudiować miejsca, które się będzie odwiedzać. Informacje o możliwościach technicznych lotnisk przesiadkowych/docelowych mogą się bowiem okazać nieocenione przy krótkich przerwach między kolejnymi odcinkami lotów. Tak samo prognozy pogody, adresy tanich hosteli itd. Na naszym przykładzie – pomimo że suma sumarum nie polecieliśmy, cały czas studiowałem godziny startów i lądowań naszych lotów. Chociaż obawiałem się Londynu i Dublina, to opóźnienie nastąpiło w Niemczech. Wszystko więc wskazuje na to, że nie zdążylibyśmy wykonać przesiadki na lotnisku Stansted, czyli zamiast w Irlandii, jeden dzień spędzilibyśmy w stolicy Albionu. OK, czytanie o tamtejszych atrakcjach turystycznych można pominąć i po prostu przejść się wzdłuż Tamizy w centrum. Jednak zamiast do godziny dziesiątej rano męczyć się na lotnisku można by w takim wypadku wziąć pokój w tanim hostelu. A już o wiele lepiej poświęcić godzinę na znalezienie w internecie najtańszych opcji i naniesienie ich na wydrukowaną mapę centrum miasta, niż potem liczyć na szczęście pytając się miejscowych o jakąkolwiek informację... Jeśli natomiast pojawia się sytuacja sprawiająca, że wyjazd staje się opcją ryzykowną – warto wiedzieć czy to ryzyko jest warte i umieć sobie odpuścić w odpowiedniej chwili. Bo wpływa to na komfort podróży a co za tym idzie doznań z niej otrzymanych i chęci na odbycie kolejnej.
Czy żałuję że tym razem odpuściliśmy? A czego? Za dwa tygodnie będę w drodze powrotnej z Półwyspu Iberyjskiego, więc dużo tym razem nie straciłem ;)


Poniżej historia naszej wirtualnej wizyty na Zielonej Wyspie w obrazkach:

Poniedziałek, 11 styczeń 2010. Sytuacja na trasach nieciekawa. Sporo lotów opóźnionych, głównie z Madrytu, który w tym czasie miał problemy ze... śniegiem! W Niemczech też coś się dzieje.


Problem zaczął się już na pierwszym odcinku. Bez wcześniejszych przesłanek samolot z Düsseldorfu Weeze przyleciał opóźniony do Wrocławia. W takiej sytuacji nie uda nam się chyba złapać połączenia do Londynu ale spoko, na wszelki wypadek mamy zabookowany bilet na tą samą trasę na jutro rano.


Na miejscu w Niemczech okazuje się, że ta sama maszyna robi rotację do Londynu. Mimo że więc wylądowaliśmy półtorej godziny po planowanym pierwotnie czasie, nasz odlot opóźniono o kolejnych 40 minut. Wyrobimy się ze wszystkim w 30 minut? Jasne :-) Szybko biegniemy więc do bramki. Stansted jest ostatnim dziś odlotem, więc dużo ludzi nie czeka w kolejce.


Niestety tutaj już tak wesoło nie jest. Wylądowaliśmy 6 minut po maszynie lecącej z Dublina. Biegniemy co sił w nogach, ale lotnisko Stansted obsługuje za dużo pasażerów, a kontrola paszportowa powoduje niemałą kolejkę. Niestety, na pełnię pecha Dublin odleciał jeszcze na kilka minut przed planowanym czasem.


Wykonujemy więc plan zapasowy - śpimy na Stansted i z rana jedziemy zwiedzać Londyn. Na mieście siedząc gdzieś na kawie szybko sprawdzam informację na lotnisku w Weeze. Poranny kurs powrotni ze Stansted wrócił o czasie, czyli że nasz zapasowy lot do Londynu też musiał lądować o zaplanowanej porze.


We środę z rana popatrzyliśmy w internecie jak wygląda sytuacja w Dublinie? Bardzo fajnie, jeśli dolecielibyśmy do Irlandii, to powrót do Londynu mielibyśmy o czasie. Trzy minuty opóźnienia na starcie na tak dużym lotniskiem nic nie znaczy.


I pomimo wcześniejszych obaw Londyn we środę nie powoduje żadnych kłopotów. Samoloty lądują i startują mniej więcej o czasie. Rezerwowy kurs Stansted-Wrocław na następny dzień również o swojej porze. Tak więc mimo początkowych obaw o pogodę, linia lotnicza wyrobiła się na 80% swoich obowiązków. Ale to była nasza opcja wirtualna. W rzeczywistości wycieczka, jak już wspomniałem, zmieniła się w wieczorne winko i filmy na dvd, a następny dzień w spacer po Wrocławskim Rynku i wizycie w galerii handlowej :-)