Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havana. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2017

Kubańska codzienność - bezpieczeństwo

Kuba jest na swój sposób fenomenem na skalę światową. Wyobraźcie sobie sytuację, że w pokoju swojego mieszkania gościcie studenta pierwszego roku, który za jedną spędzoną tam noc płaci Wasze niemal miesięczne wynagrodzenie i twierdzi, że to wcale nie jest tak drogo. I teraz niech takich ludzi wokół Was będzie mnóstwo. W pewnym momencie mogą się zacząć rodzić pytania - ale dlaczego oni mogą a my nie? Dlaczego, nawet jeśli stać nas na wielki telewizor plazmowy - bo pracujemy w przynoszącej kokosy turystyce - my zdobywamy go w pocie czoła, najczęściej z pomocą mieszkającej zagranicą rodziny, a goszczący u nas studenci po prostu wychodzą do sklepu i kupują? Takie pytania, różnice bytowe i kulturowe, dość szybko mogą prowadzić do chęci wyrównania szans. Widać to bardzo wyraźnie w północnej Afryce, gdzie - powiedzmy sobie szczerze - turyści są chodzącym portfelem, z którego trzeba jak najwięcej zabrać dla siebie.

Dzieciaki na szkolnych zajęciach sportowych na Plaza Vieja - w samym centrum Hawany
Kuba jednak nadal jest tym radosnym, kolorowym, żywiołowym i mimo wszystko bardzo bezpiecznym krajem. Szczerze powiedziawszy, niezależnie od pory dnia i miejsca, przez dwa tygodnie prawie w ogóle nie czułem obaw, czy też nie spoglądałem za siebie tak na wszelki wypadek. Jeszcze większą skrajnością bywały wieczory spędzane w Centro Habana, dzielnicy przez miejscowych nazywanej Bejrutem, lub Bagdadem. Wszystko to za sprawą strasznego zapuszczenia tej części miasta, która miejscami wygląda, jak Bagdad po przejściu działań wojennych. Co więcej, dzielnica jest bardzo zróżnicowana kulturalnie - mieszkają tam osoby o korzeniach z wielu części naszej planety. Coś, co - pomimo mojego bardzo otwartego stosunku do różnic kulturowych - mimo wszystko, z powodu jakoś niechcących się wyplenić rożnych stereotypów (nie należy mylić z niechęcią), wzbudza we mnie pewien niepokój. W Centro Habana mieliśmy swój nocleg, dlatego mimowolnie ta okolica była poddana naszym dłuższym, lub krótszym obserwacjom w trakcie wieczorowej pory. I powiem Wam szczerze, że przechodząc ciemną nocą, w luźnych klapkach, z trzymaną na plecach lustrzanką wartą - według wartości Kubańczyków - niewyobrażalnie wielką kwotę, będąc tym przebogatym Europejczykiem, spokojnie mijałem przesiadujących na wejściu do domu, lub skrzyżowaniu ulic lokalnych mieszkańców, którzy co jakiś czas zaczepiali klasycznym hola nie żeby zacząć rozmowę, tylko aby po prostu powiedzieć obcemu cześć.

Centro Habana - ulica przy której znajdował się nasz nocleg

Z jednej strony jest to znane na świecie pozytywne podejście Kubańczyków do życia i ich niezłomność w czasach ciągłych niedostatków. Z drugiej jednak, historycznie naznaczony wpływ Państwa, który od wielu lat w jakiś tam sposób trzyma w cugach swoich obywateli. Trzyma do tego stopnia, że za drobne przestępstwa, oprócz lokalnego potępienia, grożą również dość dotkliwe kary. Dodatkowo, gdy te występki poczynia się na turystach, wyroki są jeszcze cięższe. Być może więc mieszanka surowszego wymiaru sprawiedliwości i bardzo tolerancyjnego sposobu życia lokalsów (bo mimo wszystko jesteśmy obywatelami, określanego przez propagandę jako zgniłego - zachodu) powodują, że wyspę można uznać za zaskakująco wręcz bezpieczną. No bo po co okradać turystów, skoro i tak wydadzą te swoje fortuny. Nawet jeśli nie wynajmuję mieszkania, to pomogą nam w jakiś mniej pośredni sposób. Ot, choćby dlatego, że noclegowi hości posługują się Peso wymienialnym, zakupy robią w Panamericanie, dzięki czemu w normalnych, jeszcze niedawno świecących pustkami sklepach, jest nieco więcej towaru dla nas.

Niestety, pomimo mojego opisu wcale to nie oznacza, że podczas pobytu na wyspie można porzucić wszelkie normalne odruchy dot. bezpieczeństwa. Zapewne nie bez powodu ci przyjaźni wobec siebie sąsiedzi, swoje domy i okiennice zamykają na żelazne kraty. Również z powodu specyficznej sytuacji lokalnej, w kraju bardzo łatwo można się wpakować w niemałe tarapaty. No bo tak, my nie korzystaliśmy z kart płatniczych, przez co w pierwsze dni musieliśmy mieć przy sobie, lub w pozostawionym w noclegu bagażu niemal €2000. Już pomijając liczbową wielkość, wyobraźcie sobie teraz utratę tego budżetu, albo paszportu, albo koniecznej do opuszczenia kraju wizy. Znając sytuację na miejscu, przeciągające się procedury i sposób życia, odnoszę wrażenie, że załatwienie jakiejkolwiek sprawy byłoby powodem co najmniej osiwienia.

Wydaje się, że na szczęście w noclegach nikt nam w bagaż nie zaglądał. Jednak zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku lotniska. O miejscach tych krążą legendy. Podobno giną tam przede wszystkim elektronika i markowe ciuchy. Gdzieś nawet przeczytaliśmy, że ktoś zorientował się, że przetrzepano mu plecak, ponieważ w środku walizki znalazło się nadprogramowe  jabłko. Zniknęła natomiast jedna para używanych majtów ;)

My poczyniliśmy amatorskie zabezpieczenie w postaci założenia plastikowych tyrtytek. Nie był to sejf, zwłaszcza że zabezpieczenie dotyczyło luźnych plecaków. Liczyliśmy jednak, że obsługa lotniskowa postanowi zająć się innymi, mniej zabezpieczonymi walizkami, niż naszymi dziwactwami. Koniec końców zniknęła nam jedynie mieszanka bakalii. Tyrtytki były nienaruszone, więc podejrzewamy, że ktoś dłonią zlustrował zawartość plecaka i wyjął coś, co na ślepo mogło mu się wydawać atrakcyjne. W drodze powrotnej też poczyniliśmy pewne proste zabezpieczenie. Bagaż przyjeżdżający nie powinien bowiem przebywać zbyt długo w rękach obsługi a ew. zaginięcie czegokolwiek można zgłosić na policji. Dlatego bardziej podejrzewałem większe prawdopodobieństwo kradzieży przy wylocie z Wyspy. Zabezpieczeniem było więc oddanie bagażu jako jedni z ostatnich pasażerów - około godziny przed planowanym odlotem samolotu.

Kubańska codzienność - sposób życia Kubańczyków

Największą wartość jaką wyniosłem z podróży na Kubę był challange dotychczasowego trybu życia. Już bowiem od pierwszej minuty, przy okazji pozostawionego w Mexico City bagażu, zetknęliśmy się z całkowicie inną - to jest właściwe słowo - codziennością. Europa, nawet nasza jej środkowa część, jest już bowiem bardzo strukturyzowana, działająca zgodnie z pewnymi normami, zasadami, planami. Wiele osób ceni Karaiby i środkową Amerykę za to, że tamtejsza rzeczywistość pozwala na dużo więcej wolności, mniej struktur i procedur. W tym klimacie narodził się kubański styl życia, o którym już na samym początku powiedział nam host noclegu w Hawanie. Tu są Karaiby. Wasz bagaż będzie, jak przyleci na Kubę i ktoś go przywiezie. Po prostu musicie czekać. U nas tak się załatwia sprawy.

I rzeczywiście, na nic stało się jechanie na lotnisko jeszcze tego samego dnia, żeby przekonać się, że wbrew obietnicom handlingu, bagaż nie przyleciał następnym rejsem. Nikt też się specjalnie tym nie przejął, bo co mogą zrobić, skoro plecaki wciąż są na kontynencie? I wtem okazało się, że przez trzy dni trzeba chodzić w tej samej koszuli, spodniach i parze majtów, które każdego wieczoru po wypraniu w szarym mydle, schły rozwieszone nieopodal wiatraka. To dość gwałtowne zetknięcie się z karaibską rzeczywistością pozwoliło nabrać nam ogromnej cierpliwości do wszystkiego, zrozumienia że rzeczywiście jak będzie, to będzie.

Kolejka przed kantorem CADECA w Hawanie

Na tej bazie okazuje się, że sprawne życie na Kubie wymaga nieprzebranych zasobów czasu. Co już być może wyłapaliście w poprzednich wpisach - aby załatwić cokolwiek, trzeba odstać w długich kolejkach. Wymiana walut? Ponad godzina w jednym z trzech kantorów w centrum miasta. Bagaż na lotnisku? W naszym przypadku 4 godziny. Wstęp do muzeum? Oj z 80 osób przed nami. Ba, nawet w bardzo cenionej Cafe Escorial w Hawanie staliśmy prawie 2 godziny, aby kupić trzy woreczki prażonej na miejscu kawy. Na szczęście opłacało się, w mojej opinii jest to jedna z najlepszych, jakie mam w swojej kolekcji.

Na szczęście kolejki da się nieco zredukować gotówką. W sposób bezpośredni - np. płacąc komuś, aby odstał w niej za nas ;) W sposób mniej bezpośredni - kupując po europejskich cenach. Jak bowiem wspomniałem, sieć sklepów Panamericana to miejsce, gdzie zarówno bez problemów dostanie się niezbędne towary, ale też nie będzie się stało w kolejkach. Powód jest oczywisty, tamtejsze towary są kosmicznie drogie dla zwykłego Kubańczyka - dostępne w zasadzie wyłącznie dla osób pracujących bezpośrednio przy turystyce. Tak samo sprawa się ma w przypadku transportu turystycznego. Korzystając z taxi collectivos nie trzeba odczekać swojego na stacji autobusowej, albo gdzieś na trasie. Samochód przyjeżdża pod wskazany adres i dowozi na zamieszczony na wizytówce. Chociaż, znów dochodzi tutaj nasza europejska mentalność. Jeśli bowiem transport jest umówiony na godzinę 9.rano, już od 5 minut przed tym czasem, my zazwyczaj siedzimy na spakowanych bagażach, czekając na samochód. Oczywiście w karaibskim mniemaniu godzina 9. oznacza od 8.30 do 11. I nawet jeśli wiemy o tym, oraz się na to godzimy, nawet bez nerwa wkładając plecaki do bagażnika chwilę przed godziną 10., to nasza mentalność wymaga, abyśmy za każdym razem byli gotowi na co najmniej 5 minut przed umówionym czasem ;)

Konieczność wybicia się ze swojego stylu życia jest zapewne dla Kubańczyków czymś ciężkim do przyjęcia. Generalnie odnoszę bowiem wrażenie, że oni po prostu nie rozumieją zjawiska turystyki. Dotyczy to zarówno czasów obecnej inwazji na kraj, jak też lat poprzednich. No bo powiedzmy sobie szczerze, lubimy chodzić wśród przyrody, leżeć na plaży, oglądać, wydawać pieniądze. Niestety wszystko z tutaj wymienionych jest na Kubie jak na lekarstwo. Dlatego władze starają się tworzyć atrakcje sztuczne, które w połączeniu z tamtejszymi kryzysami, wychodzą czasami dość humorystycznie. OK, w Varadero podobno jakość jest całkiem niezła. Dobre hotele, ładne plaże, fajna obsługa... Tylko przez jakiś czas na tamtejszy półwysep nie mieli wstępu mieszkańcy wyspy. A z wielu relacji wynika, że pięknie wyglądające, pieczołowicie wycięte i przystrojone jedzenie, po prostu nie ma smaku. Kolejną ciekawostką jest, określona jako jedna z największych atrakcji zachodniej części wyspy, Mural Prehistoria. Jest to po prostu goła, pozbawiona roślinności, w miarę pionowa część lokalnego wypiętrzenia, którą dość nieudolnie upaćkano blednącą farbą z rysunkami nawiązującymi podobno do prehistorii. Na teren tej atrakcji wchodzi się za opłatą 3 CUC, w cenie czego dostaje się wodę i... możliwość zobaczenia z bliska czegoś, co doskonale widać ze ścieżki idącej wzdłuż płotu. Marna to atrakcja a dodatkowo ten płot w pewnym momencie po prostu zanika, lub znajduje się w nim otwarta furtka. Podobnie prymitywna atrakcja turystyczna - Valle de la Prehistoria - znajduje się po drugiej stronie wyspy, niedaleko Santiago de Cuba. Zresztą co się będę rozpisywał, zobaczcie fotki z linka pod nazwą ;)

Mural Prehistoria
Pomijając rzeczywistość turystyczną, życie codzienne na Kubie nadal jest bardzo ciekawym wątkiem, na który warto zwrócić uwagę podczas swojego pobytu. Mieszkańcy żyją bowiem w dość bliskich relacjach sąsiedzkich. Dlatego dla nich ważniejsze od sytuacji na świecie jest to, co słychać u mieszkańca kamienicy kilka numerów obok. Gdy coś się dzieje, po prostu robi się obchód po znajomych i sprawa rozwiązuje się sama. Co ciekawe, mikrospołeczności te są bardzo otwarte na przybyszów. Dlatego przechodząc przez pewne okolice, nie byliśmy odprowadzani niechętnym wzrokiem ich mieszkańców. Ba, w pewnym momencie w centrum Hawany zagadał do nas jakiś późny student, który opowiadał, że jest naszym sąsiadem i widział nas dziś rano, jak wychodziliśmy z mieszkania naszego hosta. Już sam ten fakt spowodował, że facet podchodził do nas przyjaźnie i ot tak, opowiedział co jeszcze ciekawego możemy zwiedzić/zrobić dziś w mieście.

czwartek, 19 października 2017

Kubańska codzienność - samochody

Jedną z największych atrakcji turystycznych na wyspie są oczywiście jeżdżące po drogach samochody. Można je podzielić na kilka grup. Pierwszą, najciekawszą turystycznie, stanowią amerykańskie krążowniki dróg z powojennych lat. Wciąż są one aktywnymi uczestnikami ruchu, ponieważ ich konstrukcja zwyczajowo była wytrzymała i bardzo prosta. Naprawa jakiejkolwiek części jest więc czynnością bardziej czasochłonną, niż skomplikowaną. W ten sposób, przy odpowiedniej konserwacji pojazdu, oraz mistrzostwie w domorosłych reperacjach, do jakich dochodzi większość właścicieli samochodów na Kubie, wozy te wciąż są normalnym widokiem na wyspie. Co ciekawe, pomimo wizualnego splendoru, elegancji i gracji z jaką poruszają się one po drogach, najlepiej prezentują się w metalicznie połyskujących, kanarkowych barwach. Czyli wszelkie odcienie żółci, róże, pomarańcze, błękity, czerwienie czy żywe zielenie. Kierowcy tak odpicowanych bryk znają wartość swojej własności i bardzo chętnie nagabują na możliwość przejechania się po mieście w swoich kabrioletach. Nawet jeśli nie oczekują przy tym absurdalnie wysokich stawek (choć te też dość często się przytrafiają), to zarabiają na tyle godnie, aby po dwóch godzinach oczekiwania/wyłapywania jednego klienta, niecałej godziny pracy, wrócić do domu przed obiadem i całe popołudnie spędzić na myciu i polerowaniu karoserii.







Oczywiście Kuba nie tylko świecidełkami stoi a na drodze spotkać można wiele krążowników użytkowych, którym z biegiem lat w tapicerkach pojawiło się wiele dziur, na pulpicie przestały działać wskaźniki (prędkość każdy z kierowców przecież dopasowuje do stanu drogi i własnych możliwości), zaczęło brakować klamek, czy okien... Są to pojazdy użytku codziennego, które za zadanie mają przewieźć pasażerów z punktu A do punktu B. I to robią. Nawet pomiędzy miastami, gdzie bez żadnego przemęczenia osiągają prędkość do 110 km/h. Szybciej na kubańskich drogach się nie da, więc nie przerażajcie się, jeśli któregoś ranka zamówioną taxi collectivo okaże się właśnie taki staruszek.

Takim wozem wjeżdżaliśmy do parku Topes Collantes

Drugą znaczącą grupą samochodów na Kubie, są średniaki z przedziału lat 80-90. Tutaj mamy do czynienia z totalną mieszanką samochodów z tamtejszego, bądź już nieaktualnego wtedy tzw. bloku wschodniego - Łady, Dacie, również dużo Małych fiatów, nazywanych tam El polacito. Niemniej da się wypatrzyć również sporo europejskich rupci pokroju Citroenów, Volkswagenów i innych przykładów, które śmiało mogłyby brać udział w Złombolu :-)

Jeden z wielu El polacito napotkanych na wyspie
Ostatnią grupę stanowią pojazdy najnowsze. Jak wspominałem wcześniej, z Viñales do Hawany jechaliśmy nowym Peugeocikiem, czystym, wygodnym, z klimą. Kupno takiego pojazdu jest dla właściciela dziwacznym zabiegiem, ponieważ jest to pojazd bardzo zaawansowany technicznie, w którym nawet błaha usterka może spowodować unieruchomienie samochodu. Tak samo jazda po pozostawiających wiele do życzenia kubańskich drogach, jest z pewnością przeżyciem dla delikatnych konstrukcji dzisiejszych samochodów. Niemniej na wyspie spotyka się co jakiś czas w zasadzie nowy samochód, produkcji zarówno europejskiej, jak też częściej azjatyckiej. Z Chin pochodzi też praktycznie każdy nowszy autokar, który wozi turystów wycieczek zorganizowanych, lub przewoźników pokroju wspomnianego wcześniej Viazul.

Z ciekawostek transportowych warto również wspomnieć o samochodach dużo bardziej wiekowych, niż popularne krążowniki szos. Kilkukrotnie widzieliśmy bowiem pojazdy - na oko - w klimacie lat 30. poprzedniego wieku. Co ważne - pojazdy na chodzie i codziennie wykorzystywane jako np. jeżdżąca po mieście taksówka. Z pewnością więc pobyt na Kubie jest wycieczką do świata zgoła odmiennego od naszej codzienności.


środa, 18 października 2017

Kubańska codzienność - transport

Kuba pod względem dróg jest ewenementem na skalę światową. Jest to bowiem jedyny kraj, gdzie wszystkie przejazdy kolejowe - także te przecinające tzw. autostradę - są niestrzeżone. I tak, każdy samochód na autostradzie zwalnia do zera, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie jedzie pociąg. Jest to jedyny kraj na świecie, gdzie ta tzw. autopista posiada osobny pas dla ruchu rowerowego, traktorowego, konnego, czy zaprzęgów wołowych. I tak, widzieliśmy takie w trakcie naszej podróży! Chociaż jest ona tak nazwana, to parametrów autostrady oczywiście nie spełnia. Owszem, czasami jest szeroka na 4 pasy - oczywiście niewymalowane, ale jej jakość pozostawia wiele do życzenia. Kierowcy wiedzą, że w danym miejscu muszą jechać przez 300 metrów po lewej stronie, ponieważ wszędzie indziej, może nie zgubią zawieszenia, ale jazda tam będzie niekomfortowa. Nie zdziwcie się też, jeśli w którymś miejscu przez autostradę będą przechodzić piesi. Zwłaszcza pod wiaduktami przecinających dróg, które są naturalnymi przystankami transportu dla Kubańczyków. Warunki więc nie sprzyjają do szybkiej jazdy, chociaż szczerze, przy tamtejszych samochodach, więcej niż 110 kilometrów na godzinę się raczej nie ujedzie. A droga nazywa się autopistą, ponieważ według planów ma przecinać wyspę wzdłuż - od Pinar del Rio, przez Hawanę, Camaguey, po Santiago de Cuba i Guantanamo. Na niektórych odcinkach ta droga jeszcze nie istnieje, ale chociaż powolnie, to plan jednak jest realizowany.

Autostrada na Kubie (pomiędzy Hawaną a Pinar del Rio)
Rowerzyści na autostradzie na Kubie
Oczywiście autostrada wyznacznikiem jakości wszystkich dróg nie jest. A w regionach bywa różnie. Po drodze z Ogrodu Botanicznego w Cienfuegos do plaży Playa Rancho Luna przejeżdżaliśmy po nowiutkim odcinku. Na wysokości gór Escambray (droga z Cienfuegos do Trinidad) znajduje się kilka odcinków, które nieustannie pokonywane są przez kraby. Niestety, zwierzaczki przegrywają z kołami samochodów (chociaż w trakcie jazdy szczypce niby są w stanie uszkodzić oponę), a podobno czasami jest ich tam tak dużo, że jezdnia zmienia się w czerwony dywan. Nie potwierdzamy tego osobiście, chociaż faktem jest, że w drodze powrotnej było mnóstwo szczątków, ku radości padlinożernego ptactwa. Kolejnym ciekawym przypadkiem była droga z Viñales do Playa de Cayo Jutias. Za miastem Santa Lucia droga była szeroka, niemniej tak dziurawa, że wszystkie samochody z kolumny wolały jazdę po kamienistym poboczu. Zarówno po lewej, jak też po prawej skrajni. Z opowieści Product Owner w mojej byłej pracy wynika, że podobnie złej jakości są też drogi na wschodnim wybrzeżu wyspy. Według jej relacji 40 km/h było dla nich maksymalną prędkością, jaką mogli osiągnąć na ponad stukilometrowym odcinku.

Ostatni odcinek na Playa de Cayo Jutias
Dodam jeszcze ciekawostkę, że do wspomnianej wcześniej plaży Cayo Jutias jechaliśmy trzyrzędowym samochodem - z kierowcą była nas w sumie dziewiątka. Za Santa Lucią zatrzymaliśmy się przy oczekujących dwóch miejscowych, po czym jeden z nich wsiadł do bagażnika i w taki sposób (również przez te kamieniste pobocza) jechaliśmy jakieś 15 kilometrów. Zatem kwestię transportu na Kubie podsumuję jednym stwierdzeniem - tylko dla doświadczonych kierowców.

Transport miejski w Cienfuegos

Transport - ten oficjalny
Ponieważ Kuba leży daleko i loty na nią są stosunkowo drogie, taki wypad nie jest wyskokiem na kilka dni. Tym samym ciężko jest oczekiwać, żeby ktokolwiek przez ponad tydzień został w jednym i tym samym mieście, nieważnie czy jest to Hawana, czy Varadero. Zresztą. głupotą byłoby nie zobaczyć tych fajniejszych, czy wzbudzających tylko wzrok politowania atrakcji kraju. Trzeba więc pomyśleć o transporcie pomiędzy miastami.

Najszybszym jest oczywiście transport lotniczy. Tak, na Kubie taki jest ;) Lokalna linia, Cubana de Aviacion oferuje rejsy na trasach krajowych pomiędzy Hawaną a m.in. Baracoa, Camagüey, Cienfuegos, Guantánamo, Holguíni Santiago de Cuba. Planując lot tą linią, warto zwrócić uwagę na to, jaką maszyną będzie wykonywany dany rejs. Lot o tej samej godzinie może być bowiem operowany na małym ATR (na około 40 pasażerów) jednego i standardowym w Europie Airbusem A320 (do 180 miejsc na pokładzie) dnia następnego. Ciekawostką są niektóre rejsy realizowane na pokładzie Antonov-158.

Koniec końców my nie korzystaliśmy z usług lotniczych. Niemniej jeśli myślicie o takiej opcji, polecam dokładnie zbadać temat przed ostateczną decyzją. Obiło mi się bowiem kilka opinii o ciężkości z rezerwacją biletu, opłatami itp. Ponieważ lotnisko jest dość daleko od centrum Hawany (godzina jazdy + duży koszt w przypadku podróży taksówką), najlepszą opcją by było, gdyby lot krajowy odbywał się chwilę po wylądowaniu, lub chwilę przed powrotem do Polski. Niemniej widząc to, co działo się podczas naszego przylotu do Hawany, zdecydowanie nie polecam aby, jeśli loty nie są na jednym bilecie, pomiędzy poszczególnymi odcinkami była przerwa mniejsza, niż 6-8 godzin. A to już powoduje, że lotnicza hopka raczej niekoniecznie jest opcją najszybszą.

Kuba jest jedynym karaibskim krajem, który oferuje podróż koleją naziemną. Państwowa firma Ferrocarriles de Cuba w ramach połączeń krajowych i regionalnych oferuje trasy do takich miast, jak Pinar del Río, Hawana, Cienfuegos, Santa Clara, Sancti  Spiritus, Camagüey, Manzanillo, Holguín, Guantánamo, czy Santiago de Cuba. Niestety nie jestem w stanie przekazać więcej informacji na ten temat, ponieważ problemy ze znalezieniem rozkładów i rzeczowych informacji o biletach sprawiły, że dość szybko przekierowaliśmy większą uwagę na transport drogowy.

Ostatnią formą oficjalną są autobusy. Przeglądając internet dość ciekawie wygląda tutaj oferta firmy Viazul. Kursy odbywają się codziennie. Wprawdzie głównie w godzinach porannych (co wytłumaczę w następnym rozdziale), przez co niemożliwe są kilkugodzinne postoje w jakimś mniej ciekawym mieście, aby do celu dotrzeć wieczorem, następnym kursem. Niestety przy autokarach do czynienia mamy z dwoma szkopułami. Pierwszy z nich, to proces kupna. Dorota wspominała, że rezerwacja internetowa jest tylko rezerwacją. Wcale  nie oznacza to, że zarezerwowany bilet ostatecznie dostaniemy, a proces upominania się o niego, oznacza wystanie się w długiej kolejce na stacji autobusowej, kilka godzin przed planowanym odjazdem. Nie wiem ile w tym prawdy a ile turystycznej legendy. Niemniej z pewnością zgodzę się z drugim szkopułem - oferta miejsc jest zdecydowanie mniejsza niż liczba chętnych. Choćby we wspomnianym wcześniej Viñales, stosunkowo duże zapełnienie oferuje każdy z niemal 4000 Casa Particulares. Mimo to, z Hawany do Viñales (najczęstsza trasa) kursuje bodaj raptem 3-5 autobusów dziennie.

Żeby była jasność, osoby zagraniczne mogą korzystać wyłącznie z transportu turystycznego. Jest to rozwiązanie najwygodniejsze, jak również najszybsze. Poznana któregoś dnia Niemka opowiadała nam o swoich przygodach z transportem dla zwykłych Kubańczyków. Najpierw trzeba około całego dnia szukać informacji gdzie znajduje się punkt zbiórki pasażerów. Zazwyczaj jest on gdzieś na peryferiach miasta, gdzie należy się udać i cierpliwie czekać na jadący bez żadnego rozkładu pojazd. Nie bez powodu użyłem tego słowa, ponieważ zdjęcia poniżej mówią same za siebie :-) Sam fakt czekania niewiele zmienia, ponieważ kierowcy są bardzo niechętni do zabierania turystów. Tylko znajomość języka hiszpańskiego umożliwia wyproszenie dostania się na pokład. Po wszystkim okazuje się, że do odległego o kilkadziesiąt kilometrów miasta w taki sposób dostajemy się późnym popołudniem. Przygoda więc fajna, ale tylko dla ludzi spędzających na wyspie co najmniej miesiąc.


Transport międzymiastowy na Kubie - gdzieś na trasie z Hawany do Pinar del Rio
Przystanek na środku autostrady na Kubie

Transport - ten nieoficjalny
Największą rolę w dojazdach turystycznych odgrywa bowiem transport nieoficjalny - Taxi colectivo. Idea jest banalnie prosta. Potrzebny jest kierowca ze swoim samochodem i maksymalna do upchnięcia liczba pasażerów - zazwyczaj czterech. Samochód przyjeżdża pod wskazany adres o umówionej porze (dobra, jesteśmy na Kubie, czyli +/- jakiś interwał czasowy) i dowozi nas pod wskazany adres. Kursy odbywają się zazwyczaj rano, aby kierowca był w stanie wrócić w normalnych godzinach pracy - wczesnym popołudniem. Dlatego najpóźniejszy kurs z Viñales do Havany, pomimo niewielkiej odległości, może znajdziesz do godziny 14. Może, ale to musisz sam szukać na mieście. Poranne wyjazdy są bowiem najczęściej zorganizowane. Można się spytać hosta Waszego noclegu - z pewnością to ogarnie. A jeśli nie, w miejscowościach turystycznych z pewnością będziecie zaczepiani z informacją dokąd możecie dojechać. Nie ważne gdzie chcecie jechać, ta osoba jest tylko naganiaczem zbierającym zamówienia - adres odbioru, miasto docelowe, godzina i umówiona stawka. Pod koniec dnia pewnie przekazuje zlecenia znajdującej się w jakimś barze centrali, która rozdysponowuje klientów pośród umówionych kierowców i tyle. Opcjonalnie w poranek wyjazdu można się też przejść w okolice stacji autobusowej. Tam znajdziecie naganiających już samych kierowców.

Jeśli chodzi o ceny, to w tej kwestii są one bardzo zróżnicowane. Wszystko zależy od popularności trasy, oraz odległości. 20 CUC od osoby zapłaciliśmy za 180 kilometrowy odcinek z Hawany do Viñales. Natomiast 316 kilometrów z Trinidadu do Hawany kosztowało nas raptem 5 CUC więcej - niemal 35% taniej w przeliczeniu na kilometr.

Warto mieć w pamięci, że - pomijając kilka tras o własnych zasadach - przejazd nie powinien kosztować więcej,  niż cena biletu autobusowego wspomnianej wcześniej firmy Viazul. Dlatego warto przed wyjazdem spisać je sobie ze strony internetowej. Ważne to, ponieważ Kubańczycy cały czas testują górną granicę cen, jaką są w stanie osiągnąć. Przykładowo, pod dworcem w Cienfuegos, kierowca początkowo chciał nas przewieźć do Trinidadu za 10 CUC, niemal od razu schodząc do 8. Wiedzieliśmy, że jazda drożej niż za 6 CUC jest przepłaceniem i wartość tą dobiliśmy po 15 sekundach rozmowy. Tylko musieliśmy poczekać, aż znajdzie się jeszcze jakaś dwójka. Akurat nam to pasowało, byliśmy bowiem bez śniadania i musieliśmy jeszcze zorganizować sobie jakieś bułki. Po 20 minutach czekania kierowca ruszył tylko z nami. Mimo wszystko mu się opłacało :D

Oczywiście wybierając taką formę transportu, nie oczekujcie żadnych wygód. Są to normalne tamtejsze samochody, czyli zazwyczaj stare, bez pasów, czasami bez zamykanych okien bocznych, z wytartymi lub dziurawymi kanapami, głośne itd. itp. Chociaż raz jechaliśmy nowym Peugeotem, z klimą, czystym, wygodnym, mieszczącym 8 pasażerów. Ale to był raczej wyjątek. Jakkolwiek by to nie wyglądało, taxi colectivo, mimo że jest najbardziej sensowną formą podróżowania po kraju, jest też dobrym sposobem na sprawdzenie prawdziwych warunków życia na Kubie.

Kubańska codzienność - noclegi

Wiele osób myśląc o Kubie, przed oczami ma kraj z mnóstwem hoteli, oferujących luksusowy wypoczynek nad basenem czy plażą. Takie obrazki są pewnie codziennością w Varadero, jednak stanowią one domenę klientów biur turystycznych, a nie osób chcących dokładniej poznać ten kraj, prawda? Tutaj, podobnie jak w poprzednich zagadnieniach, sprawa wygląda dość charakterystycznie. Próżno bowiem szukać młodzieżowych hosteli, których pełno w Europie, czy nawet bardziej turystycznej części Afryki. Brak Couchsurfingu, air bnb i im podobnych. Ale jeśli spojrzeć na to przez pewien pryzmat, da się znaleźć dużo podobnych zastępników.

Pokój w Hawanie

Część z Was być może pamięta stare czasy, gdy podczas pobytu nad morzem nocowało się w wynajmowanym u jakieś rodziny pokoju. Tutaj mamy podobnie, ponieważ bodaj największa liczba turystów na Kubie noce spędza w tzw. Casa Particulares. Są to noclegi w domach prywatnych o różnorakich standardach. Niektóre oferują bowiem tylko pokoje, inne niemal całe mieszkania z osobną kuchnią. Ich pojedyncze oferty znajdziecie w internecie. My swój pierwszy nocleg - w Hawanie - zabookowaliśmy na serwisie Hostels Club. A pozostałe - w sposób tradycyjny na Kubie. Tzn. do Viñales pojechaliśmy w ciemno, gdzie właściciel Casa Particulares, do którego zmierzali nasi współpasażerowie, po 10 minutach znalazł nam nocleg u jednego ze swoich dalszych sąsiadów. Później już podróżowaliśmy po łańcuszku poleceń - host z Viñales miał adres w Cienfuegos, dodzwonił się tam i ustalił, że pokój będzie czekać. W Cienfuegos otrzymaliśmy kontakt w Trinidadzie itd.


Gdyby jednak się okazało, że Wasz łańcuszek gdzieś się po drodze rozczepił, nie ma się czym przejmować. Jeśli bowiem mówimy o miejscu popularnym turystycznie, miejsca noclegowe znajdują się na niemal każdej ulicy. Rozpoznacie je po charakterystycznym logotypie, który zawsze widnieje przed wejściem. A jeśli host nie będzie miał akurat wolnego miejsca, jest niemal pewne, że w bardzo szybkim czasie załatwi Wam jakieś inne, włącznie z zaprowadzeniem Was pod same drzwi.

Tego typu szyldy oznaczają możliwość wynajmu pokojów
Jeśli chodzi o ceny, są one dość różnorodne. Generalnie w każdym miejscu płaciliśmy 25 CUC za nocleg dla dwóch osób. Jest to chyba średnia właściwa. Chociaż w jednym miejscu chciano od nas 30 CUC (zrezygnowaliśmy) a od różnych spotkanych na lotnisku polaków słyszeliśmy, że dało się znaleźć coś jeszcze tańszego. Niestety odzwierciedlało się to też w dużo niższym standardzie.

Ponieważ Kuba jest na początku turystycznego boomu, poziom noclegowy i obsługa turystyczna należy bardziej do frywolnej improwizacji niż ustrukturyzowanego bytu. I tak w Hawanie mieszkaliśmy w pokoju znajdującym się na parterze kamienicy, z oknem na - będący w zasadzie środkiem mieszkania - korytarz. Zero prywatności. Pokój może i wyglądał nawet fajnie, ale to były wyłącznie pozory. Jedyna, kolonialna szafa, zajeżdżała stęchlizną lat 50. poprzedniego stulecia. Odpływ pod prysznicem był niemal zapchany, woda w toalecie napełniała zbiornik przez 5 minut, mała lodóweczka była zamknięta na kłódkę (kluczyk pewnie dostępny za dodatkową opłatą) a warstwa kurzu na podłodze zapewne pamiętała poprzednie święta. W Viñales natomiast do dyspozycji mieliśmy zamykany pokój z osobnym wejściem na tyłach domku jednorodzinnego. Znośna łazienka, sprawnie działająca klima, zadaszony tarasik/ogródek z bujanymi fotelami a na przywitanie bardzo dobre Piña Colady. W Cienfuegos natomiast oddano nam całe mieszkanie na piętrze, z osobną kuchnią, sypialnią i łazienką. Niemniej, chociaż na zrobienie powitalnych drinków bardzo tam nalegano, na sam koniec kazano nam za nie zapłacić ;)

Pokoje na wynajem na tyłach domku w Viñales
Ogród/jadalnia do dyspozycji gości w Viñales
Kwintesencja kiczu w Cienfuegos
Całe mieszkanie do użytku własnego w Cienfuegos
Łazienka w Trinidadzie

Jeszcze niższą cenę i - co oczywiste - podobnie nierówne warunki można uzyskać, nocując u ludzi na dziko. Jak się bowiem okazuje, jest w kraju pewna szara strefa, która niewiele robi sobie z krajowych nakazów. Niemniej o ile nie nocujecie w domach jeszcze do bycia Casa Particulares nieprzystosowanych (np. remontowanych lub na ukończeniu budowy), to znaczy że macie do czynienia z osobami - w mojej opinii - dość ryzykownymi. Koncept takich noclegów jest bowiem nieco bardziej skomplikowany, niż nam się to początkowo wydaje. Gdy bowiem stawicie się na miejscu, host dość skrupulatnie notuje Wasze dane w specjalnym zeszycie. Jest to czynność dla nich piekielnie ważna. Przykładowo, w Cienfuegos chcieliśmy pozostać dzień dłużej, niż początkowo komunikowaliśmy. Ostatniego dnia zrobiliśmy mnóstwo kilometrów na rozlatujących się rowerach. Gdy wieczorem wróciliśmy do noclegu, zestresowany właściciel niemal wyciągnął mnie spod prysznica, żebym podpisał się pod jego zeszytowymi notatkami. Okazuje się bowiem, że po tej krótkiej procedurze, obowiązkowym krokiem jest wykonanie telefonu do lokalnego przedstawiciela partii i poinformowanie o naszym nocowaniu. Przyjmowanie turystów na dziko, po znajomości, czy w jakikolwiek nieformalny sposób jest bowiem surowo zakazane, a sam fakt posiadania w domu choćby turystycznych walizek - bez zeszycikowego wpisu o wynajętym noclegu - powoduje ogromny stres. W ten oto sposób każdy turysta jest doskonale śledzony przez cały swój pobyt na Kubie a brak odnotowanego noclegu któreś nocy może powodować pewne podejrzenia. Jednocześnie, czego się głośno nie mówi, 40% naszej opłaty noclegowej jest odprowadzana do państwa w formie podatku. Teraz już chyba rozumiecie, jak ryzykanckie byłoby zostawienie na dwa dni bagażu u osób, które w taki sposób ryzykują narażenie się wszechobecnej partii?

Wyjście na ulicę bezpośrednio przy naszym noclegu w Hawanie
Pomimo, że kraj jest dość niejasny proceduralnie i toporny komunikacyjnie (sprawa istotna w przypadku jakiś problemów), przyjazne nastawienie hostów powoduje brak jakichkolwiek problemów. Nikt bowiem nie chodził nam po pokojach/mieszkaniach, rzeczy pozostawały w nienaruszonym stanie, bagaże nie były przetrzepywane, czy też po prostu nic nam nie ginęło. Chociaż nocujesz u kogoś w domu, właściciele raczej nie wymagają spędzania z nimi wieczorów czy prowadzenia jakichkolwiek rozmów. Nawet, jeśli w Trinidadzie, zmierzając do naszego pokoju przechodziliśmy przez rodzinny living room (w domyśle - pokój z jedynym telewizorem), nasz kontakt kończył się na prostym hello i good night. W pewnej mierze też dlatego, że właściciele rozumieli język angielski, jednak na poziomie pozwalającym załatwienie podstawowych spraw a nie prowadzenia zaawansowanej rozmowy na dowolny temat.

Mimo to, właściciele mocno dbają o komfort swoich gości. Pomijając udogodnienia twarde (lodówka, łóżka, wystrój miejsca etc.), których jakość czasami ciężko podnieść w jakikolwiek sposób (czyt. niekończący się kryzys w kraju), nie ma żadnych szans na brak jakichkolwiek rzeczy potrzeby codziennej. Tzn. pomijając kosmetyki, które turyści zawsze przywożą ze sobą, lodówka zawsze jest wypełniona wodą, colą czy napojami alkoholowymi. Jeśli wyrazimy taką potrzebę, hości przygotują nam - w ich opinii - dużą strawę. Skorzystaliśmy z tego dwa razy. Śniadanie rzeczywiście składało się z jakiegoś warzywa, jajecznicy, sera, wędliny itp. Obiad, to natomiast zupa, kawał mięsa z ryżem, sałatka warzywna, pieczywo, soki itp. Bardzo fair, jak na tamtejsze warunki, oczywiście za cenę nieco niższą, niż w normalnej restauracji. Dzięki temu opcja ta jest korzystna przy późnym powrocie z np. jakieś wycieczki, lub wczesnym wyjeździe do innego miasta.

Obiad dla dwóch w Viñales
Jeszcze z kwestii technicznej, ale zarazem pokazującej jak mieszkańcy starają się zadbać o komfort gości. W zasadzie każdy pokój/mieszkanie na wynajem posiada bowiem dwa źródła prądu - o napięciu kubańskim (110V), oraz naszym (220-230V). Najczęściej wszystkie gniazdka są bowiem oznaczone w jakim systemie operują, aby była pewność, że urządzenia elektrycznie nie uszkodziły się w trakcie podłączania do źródła prądu.

Chociaż na początku wpisu wspominałem Wam o bezproblemowym znajdowaniu noclegów w Casa Particulares, pozwalającym na podróżowanie po wyspie niemal w ciemno, to każdego podróżującego samodzielnie uczulam, aby pierwsze noclegi miał załatwione jeszcze przed przylotem na wyspę. O konieczności tego przekonaliśmy się przy okazji wątku, który omówiłem we wpisie Problemy z bagażem na lotnisku w Hawanie. Otóż, w skrócie, gdy plecak/walizka nie dolecą Waszym samolotem, przewoźnik jest zobowiązany dostarczyć go pod wskazany adres na własny koszt - najczęściej taksówką. Trochę przypadkiem, ale na szczęście myśmy mieli już rezerwację noclegu. Jednocześnie, będąc już na miejscu, umówiliśmy się z hostem w Hawanie, że ostatnią noc pobytu na wyspie (po zakończonym kółku po jej zachodniej części) również spędzimy u niego. Jest to swoiste zabezpieczenie na wypadek, gdyby dostarczenie bagażu zajęło nieco więcej niż dwa dni. Takie rzeczy po prostu się zdarzają, a dzięki temu nocleg w Hawanie stał się naturalnie naszą bazą kontaktową na całe dwa tygodnie.

Kubańska codzienność - wyżywienie i kwestie zdrowotne


Wyżywienie
Jeśli kojarzycie Kubę z pięknymi widokami, godnie opłaconymi wygodami i pysznymi lokalnymi smakami, to na miejscu przejdziecie bardzo brutalną weryfikację. Wiele raportów podróżnych wskazywało bowiem, że nawet w noclegach o wysokim standardzie, pożywienie atrakcyjnie wygląda i na tym w zasadzie kończą się jego zalety. Kuchnia kubańska jest bowiem wyjątkowo nijaka w smaku. Zresztą nie ma co się dziwić, jeśli - pomijając turystyczną bańkę - większym problemem od kompozycji smakowych, staje się zdobycie choćby bazy do planowanego dania.

Na Kubie w większości dominują ryż i makarony. Brakuje ziemniaków, praktycznie nie ma szans na jakikolwiek nabiał. W knajpach najczęściej dostać można mięso kurze, trochę wieprzowiny. Co istotne, danie kurze nie oznacza np. tylko wybrane części z piersi. Jedząc jakieś danie mięsne, polane sosem / gulaszem, częstokroć można natrafić na chrząstki i inne, bardziej tłuszczowe elementy.

Przykładowe danie kurze w Cafe Paris w Hawanie

Przykładowe danie wołowe w Cafe Paris w Hawanie

Na miejscu zaskakująco dużą rolę odgrywa kuchnia włoska. Wszystko to za sprawą wszechobecnych pizz oraz spaghetti. Nie oczekujcie jednak niczego szczególnego - jest to makaron z mięsem mielonym i sosem pomidorowym z puszki. Nie ma co liczyć na posmak bazylii, oregano, nawet parmezan - jeśli w ogóle jest, to reprezentuje raczej brak smaku.
Cennik w knajpie całkiem niezłej sieci The Kings Pizza

W kwestii głównego dania, w ofercie pozostają restauracje. Niestety ceny w nich nie odbiegają od tych, znanych z Europy zachodniej. Dlatego proponuję przed wyjazdem przestudiować np. Trip Advisor, w którym często można znaleźć informację o jakieś knajpie poza centrum, chętnie odwiedzanej przez miejscowych. W ten sposób w Hawanie trafiliśmy do La Flor de Loto - restauracji kuchni chińskiej. Niestety ostatniego dnia zastaliśmy przed nią horrendalną kolejkę (ponad godzina czekania aby w ogóle wejść), przez co dość przypadkowo znaleźliśmy podobnej jakością restaurację Bavaria. W Viñales sami wytropiliśmy natomiast Jompiendo Rutina - niby to kawiarnię, niby miejsce sprzedające bułki, jednak posiadające w menu niewielkie, jednak sycące zestawy obiadowe. Nam wystarczyło, a ceny w środku były ponad dwukrotnie tańsze, niż w restauracjach.

Ceny w restauracji Le Flor de Loto w Hawanie

Kawiarnia/bar Jompiendo Rutina w Viñales

Kurczak z serem w restauracji Bavaria w Hawanie

Jeśli czytaliście już jakieś relacje, z pewnością spotkaliście się z wątkiem tzw. okien. Chodzi o to, że od pewnego czasu państwo pozwala, a część mieszkańców chętnie otwiera prywatne interesy, gdzie z wychodzącego z pokoju dziennego na ulicę okna, sprzedają proste posiłki. Są to zazwyczaj kawa, napoje, bułki, po czasami proste obiady. Dość szybko stały się one źródłem naszych śniadań. Praktycznie każdego poranka podchodziliśmy tam, aby kupić bułkę z serem, jakąś wędliną/krokietem/kotletem, jajkiem sadzonym itp. Bułki takie przygotowywane są na miejscu, od włożenia składników, po podgrzanie. Wszystkie okna posiadają wywieszone menu z cenami. W ten sposób za dość niewielki koszt - zwyczajowo od 13 do 20 CUP kupowaliśmy dwie sycące bułki śniadaniowe.

Śniadanie w Jompiendo Rutina w Viñales - koszt 4 CUC

Dodatkowo okna dość szybko zaczęły nam służyć za kawiarnie. Kosztem 1 CUP można tam bowiem otrzymać shota wielkości espresso z naparem silnej, lekko słodzonej kawy. Fajnie pobudzało i trzeba przyznać, że smakowo tamtejsze propozycje były w czołówce najlepszych kaw, jakie miałem okazję pić w życiu. Polecam także próbowanie się w tamtych miejscach z sokami. Przekonanie się do nich to ciężki proces - o tym za chwilę, niemniej są bardzo smaczne, bardzo orzeźwiające i śmiesznie tanie. 200 ml kubeczek kosztuje bowiem zwyczajowo 3 CUP. 8 takich kubków daje 1,5 litra zimnego soku i kosztuje około 1 CUC. Taką samą ilość wody cytrynowej / coli kupowaliśmy w sklepach za cenę 1,5 CUC.

Dla freaków lubiących samemu przygotowywać dania, jak np. my, częstokroć jedzący śniadanie na ławce w parku, po uczynionych uprzednio w lokalnym markecie zakupach, mam sporą dawkę zawodu. Owszem, bułki da się kupić w sklepie. Ale sera raczej nie widziałem, o pozostałym nabiale zapomnijcie, wędlina jest niepakowana i sprzedawana w niechłodzonych warunkach. Stosunkowo łatwo można tylko zdobyć warzywa i owoce.

W kwestii pełnych dań, alternatywą do restauracji mogą natomiast być obiady w noclegach. Oferowano je nam w praktycznie każdym punkcie. Określane są one jako syte. Skorzystaliśmy raz, w Viñales, i trzeba przyznać że się nie zawiedliśmy. Zupa fasolowa, niewielka sałatka warzywna, ryż, pieczone mięsiwo, chipsy bananowe i coś do picia. Jednego dnia spróbowaliśmy się też ze śniadaniem, na które składało się jajo sadzone, pieczywo, ser, jakaś wędlina i oczywiście coś do picia.
Obiad dla dwóch osób w noclegu w Viñales

... i kwestie zdrowotne
Niestety, ta kwestia również jest sporym tematem, który zawsze należy mieć gdzieś z tyłu głowy. Kuba jest bowiem krajem słabo rozwiniętym, biednym i z dominantą innych niż znane naszym organizmom kultur bakterii. Dlatego pierwszą informacją przekazaną przez właściciela naszego pierwszego noclegu było - zawsze, ale to zawsze, pijcie wodę kupowaną w fabrycznie zakręconych butelkach. Tak też robiliśmy - była to woda mineralna, smakowa (cytrynowa) albo cola - wszystkie kupowane w sieci Panamericana, lub pochodnych. Ponieważ - co wspominałem wcześniej - od momentu wylądowania w Hawanie, do wejścia do pierwszego sklepu na mieście zwyczajowo mija kilka godzin, proponuję aby w bagażu nadawanym przemycić jakieś 3 litry płynów. Pozwoli to na delikatne wdrożenie się w tamtejsze warunki.

Drugą złotą zasadą, której praktycznie zawsze się trzymaliśmy, była obróbka cieplna naszego pożywienia. Obiady - kwestia oczywista. Natomiast prawie każdego poranka nasze śniadania stanowiły bułki z lokalnych okien. Dlatego zawsze zwracaliśmy uwagę na to, aby buła była podgrzewana. Czyli albo była z serem i lądowała w tosterze, albo była z jajem sadzonym, w środku którego znajdowały się kawałki wędliny. Wybór okna również wiązał się z prostą wyjazdową zasadą. Korzystaliśmy bowiem tylko z tych, przy których aktualnie znajdowało się kilku lokalnych mieszkańców. Gdyby bowiem z ofertą danego miejsca coś było nie tak, z pewnością liczba klientów po czasie spadłaby w sposób drastyczny. Dzięki takim zabezpieczeniom, przez cały pobyt nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych.

Dobrze widzicie, obiad w Cienfuegos w postaci bułki z kurczaczym filetem i przypalone frytki ;)

A te mogą być ciężkie. Pamiętam historię jadącego z nami z Hawany do Cienfuegos Niemca. Opowiadał, że w Viñales spróbował się z owocami morza i w ten sposób z wyjazdu totalnie wyciął sobie bodaj 3 dni. Jak tłumaczył, był to błąd szkolny, ponieważ Kubańczycy nie przepadają za owocami morza. Dlatego produkt ten jest przeznaczony dla turystów, podlega nieustannemu mrożeniu w marnej jakości sprzęcie i natychmiastowemu rozmrażaniu chwilę po wyjęciu (około 30 stopniowe temperatury na zewnątrz). Dalszej historii już każdy może się domyślić ;)

Nieco z duszą na ramieniu, w drugiej połowie wyjazdu, zaczęliśmy próbować się z lokalnymi sokami. Z lekkim strachem, ponieważ są to soki o raczej nieciekawym kolorze/wyglądzie, trzymane w zdezelowanych, plastikowych butelkach, schowane w rozklekotanych lodówkach. Jednak widząc kolejki lokalsów i turystów postanowiliśmy podjąć ryzyko i był to strzał w dziesiątkę. Zdecydowanie polecam zatem próbowanie się z nimi - najbardziej soki z owoców tamaryndowca i fruta bomba. Mimo dezelacji lodówki napoje są zimne, cudownie orzeźwiają i fantastycznie smakują. Ubocznych efektów zdrowotnych nie napotkaliśmy.

wtorek, 17 października 2017

Kubańska codzienność - ceny

Ceny niestety są tematem z powodu którego Kuba nie przypadła mi za bardzo do gustu. Po kraju o jakości turystycznej i poziomie życia poniżej Mołdawii spodziewałbym się cen zbliżonych do tamtejszych szerokości geograficznych. Niestety nie. Kuba cenami dla turystów śmiało oscyluje na poziomie Europy zachodniej. Oczywiście wszystko jest kwestią przyzwyczajenia, sposobu życia, umiejętnością kombinowania itp. Nie wnikając w te szczegóły podaję wartości, jakie odnotowaliśmy w naszych tabelkach.

Sumaryczny przelicznik
  • 1 CUC = 4,23 PLN (po wymianie PLN → EUR → CUC)
  • 1 CUP = 0,18 PLN (po wymianie PLN → EUR → CUC → CUP)

Noclegi
Są to ceny za noc. Więcej o noclegach w  jednym z kolejnych wpisów.

Koszty spożywcze
  • 2 małe pizze w centrum Hawany: 2 - 6 CUC (w zależności od miejsca)
  • 2 małe pizze w sieci The Kings Pizza na obrzeżach Cienfuegos: 47 CUP
  • 1,5 litrowa woda mineralna: 1,5 CUC (Panamericana)
  • 1,5 litrowa cola: 1,5 CUC (Panamericana i sklepy prywatne)
  • 2x kawa w kawiarni w centrum Hawany: 4 CUC
  • 2x kawa w kawiarni w Viñales: 2 CUC 
  • 2x kawa (wielkość około espresso) w oknie dla lokalsów w Trinidad i Hawanie: 2 CUP
  • 2x kawa w kawiarni dla miejscowych (Cienfuegos): 2,4 CUP
  • Kawa w kawiarni pod El Nicho: 2 CUC
  • 2x zimne soki (tamaryndowiec, fruta bomba) w oknie dla lokalsów: 6 CUP
  • 2x lody w rożku w oknie dla lokalsów w Trinidad i Hawanie: 2 CUP
  • 2x obiad w Cafe Paris w centrum Hawany: 18 CUC
  • 2x solidny obiad w azjatyckiej restauracji La Flor de Loto poza centrum Hawany: 13,5 CUC 
  • 2x solidny obiad w restauracji Bavaria poza centrum Hawany: 15 CUC
  • 2x talerz spagetti w Viñales: 5 CUC
  • 2x obiad w Viñales: 9 CUC
  • 2x obiad we włoskiej knajpie w Cienfuegos: 15 CUC 
  • 2x mały obiad w meksykańskiej knajpie w Trinidad: 6,25 CUC
  • 2x hamburgery, napoje i woda w oknie w Trinidad: 4,4 CUC
  • Bułki śniadaniowe w oknach - 13 - 20 CUP (w zależności od składu)
  • 2x bułki w Cafeteria Prado w Cienfuegos: 7,5 CUC 
  • 2x przeochydna bułka z jajem/serem i wędliną w jadłodajni dla miejscowych (Cienfuegos): 5 CUP
  • 2x grillowane na miejscu bułki z warzywami, serem i dużą ilością mięsa w Viñales: 4 CUC
  • 12 małych bananów kupionych z wózka: 20 CUP
  • 2x lody w podobno kultowej (nie najlepszej) lodziarni Coppelia w Hawanie: 6,8 CUC
  • Drinki (Piña Colada, Cuba Libre) w Viñales: 3 CUC
  • Piña Colada w noclegu w Cienfuegos: 3 CUC
  • 2x lokalne drinki w oknie w Trinidad: 3 CUC
  • 2x duże Churros z miodem i mlekiem: 40 CUP (Trinidad) - 1,25 CUC (Hawana)
  • 2x puszka piwa: 2-3 CUC
Transport
Podane ceny są za osobę w jedną stronę, chyba że w szczególe jest inaczej. Więcej o transporcie w jednym z kolejnych wpisów.
  • Hawana → Viñales: 20 CUC
  • Viñales ↔ Playa de Cayo Jutías: 15 CUC / kurs powrotni
  • Viñales → Cienfuegos: 35 CUC 
  • Cienfuegos ↔ park u podnóża wodospadu El Nicho: 25 CUC / kurs powrotni
  • Cienfuegos → Trinidad: 6 CUC
  • Trinidad ↔ Playa Ancon: 5 CUC / kurs powrotni
  • Trinidad → Hawana: 25 CUC
  • Centrum Hawany → lotnisko: 20 CUC / taksówka
  • Transport publiczny z okolic lotniska do centrum Hawany: 1 CUP / w osoby
Pamiątki
  • 3x 250g kawy z Cafe Escorial w Hawanie: 9,75 CUC
Pozostałe
Ceny (CUP) w najlepszej hamburgerowni na wyspie
Ceny w oknie w Trinidadzie

Ceny w oknie z najlepszą kawą w Trinidadzie