Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Souk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Souk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2011

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Oujdzie (Wadżdzie, Użdzie)

Oujda, Użda lub Wadżda – pod takimi nazwami kryje się jedno z ważniejszych miast w północno-wschodniej części Maroka. Początki jego historii sięgają X wieku kiedy to w  okolicy zaczęły osiadać plemiona Berberyjskie. Na przełomie lat 80. i 90. zeszłego stulecia miasto zanotowało bardzo intensywny rozwój. Niestety trwał on bardzo krótko i został zatrzymany w wyniku zamknięcia wszystkich lądowych przejść granicznych pomiędzy Marokiem a oddaloną o kilkanaście kilometrów Algierią. Dziś Oujda to cichnące miasto. Wszystko może się jednak zmienić na przestrzeni kilku następnych lat. Głównie za sprawą planów rozbudowy ośrodków turystycznych na wschodnim wybrzeżu Maroka, którego obsługą ruchu lotniczego miałby się zajmować pobliski port lotniczy Oujda.
Galeria własnych zdjęć z wizyty w Oujdzie znajduje się na serwisie Panoramio, pod linkiem Panoramio, Oujda.

Lotnisko

Port lotniczy Angads to w tej chwili jedna z najnowocześniejszych infrastruktur lotniczych w Maroku. W ostatnich latach wybudowano bowiem na nim nowy pas startowy w kierunku północny-zachód/południowy-wschód, terminal, płytę postojową oraz drogę dojazdową z pobliskiej trasy szybkiego ruchu. Gdy w styczniu 2011 roku miałem okazję odwiedzić to lotnisko – na prawie każdym kroku czuć było świeżość i nową jakość. Z infrastrukturą tą wiązane są bowiem spore nadzieje, ale o tym nieco później.

Lotnisko aktualnie znajduje się w siatce kilku przewoźników lotniczych. Loty krajowe i międzynarodowe zapewniają linie arabskie – Air Arabia Maroc (Paryż, Bruksela, Montpellier), Royal Air Maroc (Al-Hoceima, Casablanca oraz Amsterdam, Bruksela, Marsylia i Paryż). Oujda obecna jest również w siatce połączeń linii Transavia (połączenia z lotniskiem Paryż-Orly) i Ryanair (Charleroi i Madryt). Poza tym głównym klientem docelowym lotniska są przewoźnicy czarterowi wykonujący kursy dla biur podróży. Chociaż nie śledzę za bardzo tego rynku to wychwyciłem gdzieś informację, że w roku 2011 zaplanowano połączenia czarterowe do Oujdy z m.in. Katowic i Warszawy.
Formularz wjazdowy, strony 2 i 3
Lotnisko w Oujdzie, jak każde w Maroku, to przede wszystkim wydłużona procedura podczas lądowania i startu. Po wylądowaniu należy bowiem znaleźć specjalne formularze wjazdowe w których trzeba zamieścić takie informacje jak dane osobowe (imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, obywatelstwo, stanowisko pracy), dane dotyczące paszportu, czas, cel i miejsce planowanego pobytu. Zeskanowany przykład takiego formularza zamieszczam obok. Co ciekawe, jeśli nie zna się jeszcze planowanego miejsca pobytu wystarczy wpisać zwrot pokroju „Oujda hotel”. Z wypełnionym formularzem należy zgłosić się do jednego ze stanowisk odprawy paszportowej, gdzie w ciągu około dwóch minut powinniśmy odpowiedzieć na kilka standardowych pytań, po czym otrzymać w paszporcie stosowną pieczątkę i powitanie „welcome to Morocco” :-)
Formularz wjazdowy, strony 1 i 4
Na podobnie wydłużoną procedurę należy się przygotować również podczas odlotu. Nawet bowiem jeśli podróżuje się wyłącznie z bagażem podręcznym, zanim przejdzie się na strefę airside lotniska należy wcześniej zjawić się ze swoją kartą pokładową, paszportem i bagażem przy stanowisku checkin. Tam nasze karty zostaną sprawdzone i zaopatrzone w stosowną pieczątkę. Później należy przedstawić te dokumenty jeszcze raz oficerowi przepuszczającemu do strefy kontroli bezpieczeństwa, jeszcze potem znów procedura z formularzem wyjazdowym (ten sam blankiet i dane co przy wjeździe) i dopiero wtedy można przechodzić w okolice przypisanej do naszego lotu bramki.
Jeszcze tak od strony technicznej – wiza nie jest potrzebna jeśli do Maroka przyjeżdża się w celach turystycznych na łączny okres krótszy niż 90 dni. Warunkiem niezbędnym jest, aby w momencie przyjazdu do Maroka przedstawiany paszport był ważny jeszcze przez minimum pół roku. Niestety nie posiadam żadnych informacji odnośnie procedury wpuszczania do Maroka jeśli w paszporcie widnieje pieczątka Izraela. Do niektórych państw nie uda się bowiem wjechać jeśli podróżny przebywał wcześniej w tamtym kraju.
Tuż po wyjściu ze strefy airside lotniska znajduje się hala z dwiema knajpkami, informacją turystyczną oraz punktami różnych firm. Jest to między innymi poczta państwowa na której nie narażając się na łupieżczy przelicznik (bardzo podobny widzieliśmy w kilku ogólnodostępnych miejscach w Maroku) można wymienić lokalną walutę. Oprócz tego dostępnych jest kilka punktów firm wynajmujących samochody. Niestety procedury trwają tam nieco dłużej niż na dużych lotniskach europejskich a i władając jedynie angielszczyzną załatwienie kilku prostych formalności staje się niemal wyzwaniem. Lokalna informacja turystyczna niestety nie należy do zbyt kompetentnych. Na pytanie czy z lotniska da się dojechać w sposób inny niż taksówką zareagowano bowiem wykrzywioną miną i rozłożonymi rękoma. Ostatecznie nierozstrzygnięte zostało zagadnienie czy reakcja ta wynikała z braku wiedzy na temat opcji transportowych czy jednak z braku znajomości języka angielskiego?
Rzeczywiście, chociaż miasto oddalone jest od lotniska o około 15 kilometrów, to dostać się tam można wyłącznie przy użyciu tzw. grand taxi. Koszt przejazdu w jedną stronę – niezależnie od liczby wiezionych osób – to 150 Dirhamów. Jadąc na lotnisko można skorzystać z autobusów kursujących pomiędzy miastami, które akurat przejeżdżają mieszczącą się niedaleko terminala drogą N2. Z lotniska podobno też tak można, aczkolwiek przy pierwszej wizycie w Maroku woleliśmy skorzystać z droższej, choć niekoniecznie bardziej cywilizowanej formy transportu.

 

Oujda
Oujda to najważniejsze miasto we wschodniej części Maroka. W okresie dynamicznego rozkwitu liczba jego mieszkańców sięgała 700 tysięcy. Obecnie szacuje się że Wadżda liczy około 400 tysięcy mieszkańców. Na pogłębiający się kryzys w tej części Maroka próbuje się zaradzić prowadząc inwestycje mające na celu wzmożenie ruchu turystycznego w rejonie. Duże nadzieje wiąże się z budowanym przy granicy z Algierią ośrodkiem turystycznym Saïdia. Sama Oujda także przechodzi intensywną rewitalizację zabudowy miejskiej. W styczniu 2011 roku widzieliśmy ogrom prac skoncentrowanych przy niemal każdym budynku północnej części Mediny. Prace te są niezbędne ponieważ gdyby nie one, Oujda byłaby smutnym i zaniedbanym miastem o niemal zerowych walorach turystycznych.
Tak też traktowane jest to miasto w większości przewodników turystycznych. Polecane jest bowiem głównie jako jednodniowy punkt postojowy w drodze na wybrzeże lub we wschodnie części marokańskiego Atlasu. W naszym przypadku prawie wszystko co interesujące w Wadżdzie udało się zwiedzić w nieco ponad dzień. Oczywiście punktem głównym jest otoczona pozostałościami murów Medina. Na szczęście nie została ona opanowana przez punkty z kiczowatymi i nikomu niepotrzebnymi pamiątkami jakie znajdują się w miastach o bardziej rozwiniętym ruchu turystycznym. Można więc tam nabyć towary autentycznie wykorzystywane w życiu codziennym. Oczywiście zgodnie z tradycją Souków w północnej afryce, również tutaj znajduje się miejsce przerażające ludzi o słabych nerwach. Mam tutaj na myśli część rzeźniczą w której z pominięciem choćby standardów Europejskich dotyczących higieny produkcji, na ulicy sprzedaje się wszelkie mięsa i wyroby pochodzenia zwierzęcego. Miejsce trąci lekko dreszczowcem, ponieważ normalnym widokiem są tam leżące za ladą móżdżki, ozory czy też prowadzona na widoku publicznym procedura łupania czaszki kozy celem dostania się do jej wewnętrznych „dóbr”. Potrafi się to śnić po nocach, ale faktem jest że widoków takich w miejscu publicznym w Europie raczej się nie zobaczy.
Poza Mediną w Oujdzie warto znaleźć się we wszelkich miejscach publicznych, które niedawno przeszły proces rewitalizacji. Przykładowo mogą to być place Place du 16 Aout, Place 9 Juillet, plac przy Bramie Bab al Gharbi czy Place de Jeddah. Ten pierwszy stanowi północno-zachodnią bramę do Mediny z widokiem na znajdujące się obok wieże zegarową i minaret. Tuż obok jest dużo kawiarni jak też na rogu z Bulwarem Mohammeda V lokalna informacja turystyczna. Place 9 Juillet to dużych rozmiarów skwer przy którym znajduje się nowy meczet, oraz zbudowana za czasów protektoratu francuskiego katedra św. Ludwika. Chociaż budynek nie pełni już funkcji sakralnych (jest aktualnie salą widowiskową), jest to jeden z nielicznych w Maroku przykładów obecności Chrześcijańskiej. Ciekawostką są gniazda bocianów znajdujące się zarówno na wieży kościoła jak też minaretu. Przyjemny widok w połowie stycznia :-) Okolice bramy Bab al Gharbi to kolejny przyjemny skwer z porozsiewanymi tu i tam palmami oraz fontanną. Podobno miejsce to jest godne polecenia późnymi popołudniami, kiedy to znajdujące się w okolicach bramy mury otaczające Medinę mienią się wszelkimi odcieniami pomarańczy. Place de Jeddah to wystawna prostokątna konstrukcja z dwoma fontannami. Znajduje się tuż obok budynków wymiaru sprawiedliwości, jednak po zmroku sprawiało wrażenie miejsca niekoniecznie bezpiecznego.

Medina
  
 

Plac przy bramie Bab al Gharbi
   


Plac 16 sierpnia / Place Du 16 Aout
   
 

Plac 9 lipca / Place Du 9 Juillet
 
Place Jeddah


Oujda - varia
 


Nocleg
Centrum Oujdy pod tym względem jest dla mnie sporą zagadką. Jak bowiem miasto rzeczywiście nie prezentuje istotnych walorów turystycznych, co więcej – w wyniku zamknięcia granicy z Algierią nie jest miejscem postojowym na dłuższej trasie, tak znajduje się tutaj zaskakująco dużo hoteli i wszelkiej maści noclegów. Można je znaleźć kręcąc się po głównych traktach wokół Mediny i wszelkich odchodzących od nich bocznych uliczek.
Pokoje w hotelach o niewygórowanych standardach są opcją bardzo przyjazną statystycznemu polskiemu portfelowi. Niestety niewygórowany standard oznacza zazwyczaj spore wyrzeczenia. Po pierwsze hotele w Maroku raczej nie są ogrzewane. Latem ok, ale zimą wychodzenie spod prysznica do pokoju w którym panuje temperatura około 14℃ nie należy do najprzyjemniejszych. Oczywiście noc w takich warunkach spędza się pod grubymi kocami które powinny być dostępne w każdym pokoju. Punkty „taktyczne” na które zawsze należy zwracać uwagę podczas sprawdzania pokoju to przede wszystkim okna, łazienka, woda, łóżka. Okna w hotelach o niższych standardach lubią być nieszczelne co przeszkadza zarówno zimową nocą jak i letnim dniem. W łazience przede wszystkim należy zwracać uwagę na czystość wanny, zlewu jak też sprawdzić czy z kranu leci ciepła woda (nie zawsze taki „luksus” jest dostępny w każdym pokoju!). Ostatecznie łóżka wymagają również poświęcenia im kilku chwil przed decyzją o zajęciu danego pokoju, ponieważ w praktycznie każdym z naszych hoteli takowe posiadały pewne bardziej lub mniej ukryte wady.
Przebywając w Oujdzie zdecydowaliśmy się na Hotel Lillas, który znajduje się przy rue Jamal Eddine el-Afghani. Zostałem przekonany do niego po krótkiej rozmowie ze stojącym przy recepcji starszym Francuzie, który podawał się za byłego ambasadora Francji w ponad trzydziestu krajach (więcej o jego wątku w relacji z wyjazdu „Drugi kontakt z czarnym lądem”). Przekonany z jednego powodu – w ciągu 3 dób w tej części świata koniec końców okazał się on jedną z nielicznych napotkanych osób które dobrze rozumiały język angielski. Mimo wszystko w ciągu pierwszych kilku godzin spędzonych w sprawiającym wrażenie dzikiego kraju człowiek nie wyrabia w sobie jeszcze umiejętności dogadywania się „poza językami” i wybiera pierwsze lepsze wygodne dla niego rozwiązanie. Tak też było z nami chociaż zdawaliśmy sobie sprawę z co najmniej kiepskich warunków jakie ten hotel oferował. Podsumowując – jeśli szukasz czegoś taniego – mimo wszystko polecam poszukanie najpierw innych propozycji ;)
  
 

Ceny
Jeśli jest się w posiadaniu instynktu tambylcy-poszukiwacza Maroko jest opcją raczej przyjazną dla portfela nawet niezbyt zamożnej osoby. Zwłaszcza w Wadżdzie która, jak już staram się to któryś raz podkreślić, nie jest jeszcze opanowana przez zmasowany ruch turystyczny. Dlatego też u miejscowych nie wytworzył się jeszcze specyficzny trend wyciągnięcia od przybysza każdego możliwego Dirhama. Owszem, porównując pod koniec pobytu ceny jakie przyszło nam płacić za różne produkty w różnych miejscach, zauważyliśmy że kilkukrotnie byliśmy nieco naciągani. Oczywiście w 95% miejsc nie ma co liczyć na wystawione plakietki z cenami czy kasowe paragony. Niemniej miłym zaskoczeniem był fakt że nie w każdym miejscu na widok Europejczyka z plecakiem ceny były zawyżane do przynajmniej dwukrotnej normalnej wartości.
Przez pierwsze dni pobytu zarówno w Oujdzie jak i Maroku ogółem – nie ma co kombinować. Ten kraj jest bowiem pełen sprzeczności, aklimatyzacja do których wymaga około dwóch dni. Dotyczy to również kontekstu cen. Przykładowo – chcieliśmy z rana zamówić herbatę i kawę w jednej knajpie. Jeszcze nie byli oni gotowi, dlatego usadzili nas na miejscach sąsiedniej, bardziej wytwornej kawiarni. Na koniec okazało się, że rachunek został wypisany na taką samą wartość jaką byśmy zapłacili w tym tańszym miejscu. Analogicznie niższa cena za pokój hotelowy nie musi oznaczać jego gorszego standardu o czym przekonaliśmy się szukając na szybko jakiegoś hotelu w Nadorze.
Ale do konkretów. Za nocleg we wspomnianym wcześniej hotelu zapłaciliśmy 200 Dirhamów. Warto poszukać czegoś o lepszym stosunku jakości do ceny. Kolejnych 70 kosztował nas obiad (dwa niewielkie dania mięsne – Tajine i coś niezidentyfikowanego) w zwykłej jadłodajni przy Bulwarze Mohammeda V. Będąc w Medinie warto pokręcić się po straganach oferujących świeże i tanie owoce, warzywa, bakalie, makarony czy lokalne przyprawy. Przykładowo spora ilość (grubo ponad 500 gram) kasztanów jadalnych kosztowała nas 62 Dirhamy. Warto wspomnieć że w wyniku pewnego zacofania gospodarki Maroka tamtejsze uprawy prowadzone są najczęściej z pominięciem zachodnich chemicznych standardów produkcji. Daje się to wyczuć w smaku. Zachwycić potrafią zwłaszcza soki w wyciskanych owoców. Przygotowywane są one zazwyczaj na miejscu z bardzo wysoką zawartością naturalnego składnika owocowego. Piszę z bardzo wysoką, ponieważ np. sok bananowy wymaga czegoś innego aby ze zmielonej papki stał się produktem zdatnym do picia :-) Koszt dwóch szklanek takiego soku to około 20 Dirhamów. W naturalny sposób będąc w Maroku nie można odmówić sobie zielonej herbaty. Fenomen tego trunku wyróżnia się tym, że niemal połowę szklanki stanowią świeże pędy mięty. Drugim zaskoczeniem jest ilość cukru wykorzystywana do słodzenia przez arabów. Na naszych oczach szklanka siedzącego obok miejscowego była „doprawiona” siedmioma kostkami cukru! Koszt dwóch szklanek herbaty to około 20 – 30 Dirhamów. Będąc przy temacie ogólnodostępnych łakoci warto też wspomnieć o przenośnych stoiskach oferujących m.in. przygotowywane na miejscu prażony słonecznik czy zapiekane w karmelu orzechy. Dwie porcje różnych orzechów kosztuje około 10 Dirhamów, chociaż w tym przypadku podaję stawkę z Nadoru.
Jeśli chodzi o przelicznik walutowy, to 1 Dirham kosztuje około 35 groszy. Niestety na miejscu nie można wymienić praktycznie nieznanych tutaj polskich złotych. Kurs wymiany jaki był na lotniskowej poczcie państwowej to o ile dobrze pamiętam około 11,6 Dirhama za 1 Euro. Z tego co wiem był to kurs zbliżony do tego, jaki osiągnąłbym w mieście. Co istotne, prawo zabrania wwożenia i wywożenia z Maroka tamtejszej waluty. Jednak przyznam się że zarówno podczas przekraczania granicy w stronę Melilli nad Morzem Śródziemnym jak też podczas ostatecznego wylotu z Afryki nikt nie pytał się nas o posiadaną walutę.

Poza Oujdą
Oujda, jak zresztą spora część przewodników to poleca, jest przede wszystkim dobrym punktem wypadowym do zwiedzania wschodniej części Maroka. Niestety dotyczy się to wyłącznie Maroka, ponieważ nawet jeśli Oujda znajduje się raptem 13 kilometrów od Algierii, to wszystkie granice lądowe pomiędzy tymi państwami są od lat zamknięte. Szkoda, ponieważ istotną atrakcją byłaby działająca niegdyś linia kolejowa prowadząca aż do Algieru, lub stosunkowo krótka droga do Oranu.
W chwili obecnej Oujda jest końcową stacją linii kolejowej wiodącej do Tazy, Fezu, Meknes, Sidi Kacem i Rabatu.W ten sposób z Wadżdy oprócz wymienionych miast można również dojechać do Casablanki i Tangieru. Osoby podróżujące koleją w Maroku bardzo sobie chwalą nocne połączenia – zwłaszcza w sezonie letnim.
Oprócz kolei w okolicach ronda krzyżującego drogi N6 i N17 znajduje się również główny dworzec autobusowy. Autobusy prywatnych firm zaczynają tam swoje trasy do Fezu, Tazy, Berkane, Nadoru, Al Hoceimy, Tangieru czy Er Rachidii. Przykładowa trasa do Nadoru (przez Berkane) zajmuje około trzech godzin jazdy i – w zależności od firmy – kosztuje od 25 do 35 Dirhamów. Kursy odbywają się niemal co godzinę. Należy jednak uważać, ponieważ jak wspomniałem w relacji, w styczniową sobotę po godzinie 16 w Nadorze nie udało nam się złapać żadnego autobusu powrotnego. Tak samo w zamian pierwszego kursu zapowiedzianego na godzinę 4:30 rano do Oujdy wyruszyliśmy jednym z kolejnych – po niemal dwu i pół godzinnym opóźnieniu. Wchodząc na dworzec widać szereg okienek różnych firm transportowych. Niestety 99% napisów jest w języku arabskim, co uniemożliwia nawet identyfikację tras na których są one obecne. Pozostaje więc niestety szukanie swojego szczęścia wśród obecnych w okolicach autobusów „naganiaczy”. Są to zazwyczaj „ogarniający” wszystko w danym autobusie piloci. Poznać ich można po trzymanym w ręku pliku kartek i długopisie. Wystarczy podejść i głośno powiedzieć nazwę miasta do którego chce się dostać. Jeśli dany pilot nie jedzie w tamtą stronę – za uprzejmością mieszkańców wschodniego Maroka – zostaniemy prawdopodobnie przekazani do właściwej osoby. W ten sposób możemy uniknąć dodatkowych napiwków które z pewnością trzeba by było zapłacić gdybyśmy poprosili o pomoc osobę zupełnie przypadkową. Zdaję sobie sprawę, że przytoczony opis może się wydawać chaotyczny. Rzeczywistość wygląda tam jednak dokładnie w taki właśnie sposób. Początkowo może to powodować niemałe przerażenie, jednak zaprawieni tambylcy zdołają się oswoić w ciągu dwóch dni :-)
Poza Oujdą przewodniki polecają przede wszystkim znajdujące się na północy wapienne pasmo Beni-Snassen – niewysokich gór należących do pasma Atlasu Tellskiego, które oddzielają kotlinę Angad od Morza Śródziemnego. Potrzebny czas do zarezerwowania to jeden dzień krążenia przy użyciu wypożyczonego samochodu osobowego. Polecana jest trasa przez Sidi Bouhrię, Taforalt i Berkane z powrotem do Oujdy. Tutejszą atrakcję stanowią jaskinie skalne (Grottes), zwłaszcza Grota Gołębi w której odnaleziono pochodzące sprzed 80 tys. lat – jedne z najstarszych znanych fragmentów biżuterii. Fenomenalnych wrażeń dostarcza podobno Wąwóz Zegzel z potokiem tworzącym niewielkie kaskady i głębokie naturalne baseny. Nad bujną roślinnością wznoszą się niemal pionowe skalne ściany a zniszczona droga asfaltowa wije się pomiędzy skałami zmuszając prowadzącego do kilkukrotnego przekraczania potoku w bród. Trasa przez góry kończy się zjazdem w okolicach miasta Berkane. Znajduje się ono mniej więcej w połowie drogi z Oujdy do Nadoru. Jeśli kogoś mimo wszystko będzie ciągnęło w tamtą stronę, warto przynajmniej jeden dzień poświęcić w całości na przejście graniczne do hiszpańskiej eksklawy - Melilli. Jest to bardzo urocze, w zasadzie nieistniejące w świadomości polskiego turysty miasto. Bardzo wyraźna granica pomiędzy życiem w Afryce i Unii Europejskiej wzmacniana jest jeszcze faktem, że Melilla stała się w zeszłym wieku polem artystycznych popisów niejakiego Enrique Nieto. Dzięki temu uznawana jest za drugie na świecie po Barcelonie skupisko sztuki secesyjnej, której niekwestionowanym mistrzem był nauczyciel Nieto – Gaudí.
Ciekawostką na rynku turystycznym (nie mylić z podróżniczym czy też tambylczym) może być Saïdia. Już w czasach francuskiego protektoratu okolice te zaczęły być traktowane jako miejsce wypoczynkowe turystów z zagranicy. Jednak ostatnio poczynione zostały spore inwestycje z nadzieją stworzenia w okolicy popularnego zagłębia turystycznego. Miałoby ono skorzystać z doświadczeń i bliskości, jak też pełnić podobną rolę jak turystyczne obszary śródziemnomorskie Hiszpanii i Portugalii, Baleary, czy atlantyckie okolice Agadiru i Casablanki. Saïdia w tej chwili prowadzi szeroko zakrojoną kampanię promocyjną i rabatową mającą na celu wybicie się na rynku i przyciągnięcie pierwszych turystycznych tłumów. Dlatego też w tym roku na lotnisko w Oujdzie będzie można polecieć bezpośrednio na pokładach rejsów czarterowych startujących z Katowic i Warszawy. Dla chętnych wypoczynku na miejscu przygotowywana jest odnowiona infrastruktura hotelowa z basenami, polami golfowymi, centrami handlowymi i sportowymi. Poza tym Saïdia oferuje również szerokie i długie na blisko 14 kilometrów piaszczyste wybrzeże.

Wrażenia ogólne
W kontekście czasu, ułożenia wrażeń i wspomnień z wizyty w Oujdzie dochodzę do zdania że było to dla nas dobre miejsce na pierwszy kontakt z Marokiem. Za każdym razem zaznaczam, że nie trawię wyjazdów zorganizowanych w zagłębia turystyczne gdzie ani nie wypoczywam ani nie jestem w stanie zobaczyć/przeżyć czegoś tamtejszego, naturalnego. Maroko niestety staje się mocnym punktem w turystycznym świecie, przypominając - przynajmniej z opowieści - to, co swego czasu doświadczyłem w Tunezji. Oujdę póki co mimo wszystko omija turystyczne zepsucie. Owszem, podsumowując wyjazd zauważyliśmy że w kilku miejscach byliśmy finansowo potraktowani jak źródło dodatkowego zarobku. Jednak nie było to aż tak nagminne i nachalne jak w przypadku codzienności miejscowości turystycznych. Tutaj odniosłem wrażenie że ludzie jednak starają się być pomocni, chcą się pokazać z jak najlepszej strony aby być w zapamiętanym w pozytywny sposób.
Owszem z jednej strony fakt naturalności Oujdy jako miasta marokańskiego a nie turystycznego tworu może cieszyć. Nie da się jednak ukryć że osoby nieobyte z tamtejszym sposobem życia mogą być w pierwszych chwilach wręcz przerażeni otaczającą rzeczywistością. Przeraża panujący w centrum miasta gwar i ruch. Idąc zwłaszcza z wyładowanymi plecakami czuje się towarzyszący każdemu krokowi wzrok miejscowych. Miejsca bardziej zatłoczone, wąskie, ciemne lub w których jest sporo tamtejszej młodzieży powodują, że jakoś instynktownie włącza się lęk, człowiek zaczyna co chwilę sprawdzać czy wszystko ma przy sobie oraz oglądać się za siebie i na boki. Zwłaszcza po niemiłych doświadczeniach jakie mieliśmy w Tunezji, bądź byliśmy świadkami w Alicante. W pewnym momencie jednak dochodzi się do zdania, że tamte miejsca już po prostu takie są. Tłok wynika z trzystu tysięcy ludzi zamieszkujących miasto i mających swoje sprawy do załatwienia. Chaos na drogach i jakość uczestniczących w ruchu samochodów jest efektem braku wygórowanych standardów i kontroli ich utrzymania jak np. w Unii Europejskiej. Taka rzeczywistość...
Życie codzienne w tej części Maroka pokazuje sporo skrajności. Opisuję tutaj bowiem sytuacje z nierealnych dla nas standardów co nie oznacza że tak jest wszędzie. Zdziwić się można że na ulicy co chwila widać pucybutów albo osoby sprzedające papierosy na sztuki. Z drugiej jednak strony ich głównymi klientami zazwyczaj są przesiadujący w kawiarniach mężczyźni. Miejsca te od południa są zatłoczone a ceny herbat i innych tamtejszych dóbr są porównywalne do tego co mamy w Polsce. Czy więc rzeczywiście Maroko jest krajem biednych ludzi? Drugi kontrast jaki mnie poważnie zdziwił to sytuacja w drodze do Nadoru. Siedząca naprzeciw dziewczyna – wygląd jak to młoda kobieta z tradycyjnej rodziny w kraju muzułmańskim. Jednak w ciągu kilkudziesięciu minut obserwacji zauważyłem że z tego rozklekotanego środka transportu pomiędzy chaotycznymi i biednymi miastami jedzie osoba będąca właścicielem takiego zestawu podręcznej elektroniki, na którą nawet ja – początkujący ale pracujący na pełen etat informatyk z bogatszego kraju Europejskiego, przy moich potrzebach, zaplanowanych inwestycjach i możliwościach – nie jestem w stanie sobie pozwolić! Kilka godzin później zadałem sobie pytanie czy to ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Porównanie przyszło mi do głowy przechadzając się po niedawno odnowionej części miasta. Po raz kolejny bowiem zauważyłem, że istotną wadą tamtejszych ludzi jest brak konsekwencji. Przykładowo miejsca świeżo odremontowane na początku robią piorunujące wrażenie. Jednak przy kolejnym spojrzeniu uderza brak dbałości nawet o coś, co wydawać by się mogło wyróżnia się pozytywnie na tle innych rzeczy. Odremontowane place potrafią bowiem być brudne. Krawężniki przy nowych chodnikach nierówne. Budynki w kilku miejscach niewykończone. Porównując choćby remonty prowadzone w Polsce – jeśli w chodniku pojawia się jakiś otwór prowadzący do podziemnej instalacji – przed oddaniem pracownicy lepiej lub gorzej starają się aby ten otwór jak najmniej ingerował w całość chodnika. Tam uderza kompletna „olewka”, gdyż zawory potrafią wystawać kilka centymetrów ponad ziemię a otwory w płytach chodnikowych wycinane są bez ładu i składu z zazwyczaj dużym zapasem. Oczywiście przy wykończeniu nie ma co liczyć aby wycięte płyty były wyrównane – dobrze jeśli w ogóle są podsypane podkładem. Wiem, dziwaczne to porównanie, ale dokładnie wtedy uzmysłowiłem sobie jak wygląda tamtejsze życie codzienne. Wystarczyłoby bowiem nieco więcej zadbać o to co dobre bądź odnowione i my – cywilizacja Europejska – mielibyśmy od kogo się uczyć i co podziwiać. A tak... no cóż, przede wszystkim zupełnie inny świat. Ale może to i dobrze? Jak bowiem wspomniałem w relacji z wyjazdu – pobyt w Maroku był dla nas czasem stresującym, ale tak mocno skupiającym myśli na „tu i teraz”, że w ogóle nie mieliśmy wtedy okazji pomyśleć o tym, że te kilka tysięcy kilometrów dalej jest zima, mamy pracę, dom i codzienną, poukładaną w porównaniu do tego co widzieliśmy na miejscu rzeczywistość.


Adresy kontaktowe i informacje dodatkowe

Stacja kolejowa
pl. de l'Unité Africaine
www.oncf.ma (niestety strona internetowa tylko w języku  francuskim)
Pociągi kursują na trasie Oujda, Fez, Meknes, Rabat, Casablanca
Główny dworzec autobusowy
(Gare Routiére)
Rondo przy zbiegu dróg N6 i N17

Przewoźnicy obecni na trasie Oujda-Nador
- Rif Lines (GSM: 06 61 36 10 83)
- Voyages Almeria

CTM
(państwowe przedsiębiorstwo autobusowe)
Autobusy odjeżdżają spod garażu firmy przy Boulevard Omar Errifi lub sprzed biura firmy na Rue Sidi Brahim.
+212 536 682047
Strona internetowa jest niedostępna.

Hotel Lillas
Rue Jamal Eddine el-Afghani
+212 536 680840
Tuż obok znajduje się Hotel Al-Fajr. Bulevard Mohammed Derfouti.tel. +212 536 702293.

Hotel Angad
(wspomniany w przewodniku jako miejsce o doskonałym stosunku ceny do jakości)
Rue Ramdane el-Gadhi
+212 536 691451

Przewodniki
Podczas szybkiego przeszukania oferty EMPiKowej większość dostępnych przewodników wspominała jedynie że okolice Oujdy są miejscem mało interesującym pod względem turystycznym, lub w ogóle milczała na temat wschodniego Maroka. Jedynym jakie pokusiło się na opis tej części kraju było wydawnictwo Bezdroża. Jego książka z 2010 roku "Maroko - W labiryncie orientalnych medyn" pod autorstwem Krzysztofa Bzowskiego zamiast na kolorowe zdjęcia i obrazki postawiła na aktualne informacje praktyczne, zbierane przez - wydawać by się mogło - nisko-kosztowego freaka w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Rzeczywiście, w przypadku Oujdy, Nadoru czy Melilli pozycja ta przedstawiła kilka nieocenionych wręcz podpowiedzi bardzo ułatwiających radzenie sobie na miejscu. Wydawnictwo to polecam bez najmniejszego zastanowienia. Nabyć je można za 50 złotych w sieciach EMPiK, lub bezpośrednio u wydawcy.
ksiegarnia@bezdroza.com.pl
www.bezdroza.pl

Serwisy podróżnicze/turystyczne

Visit Morocco
Strona w bardzo przekoloryzowany sposób zachwalająca Maroko jako miejsce do odwiedzin z serii "luxurious 5* hotel". Może stanowić źródło pewnych bardzo ogólnych i podstawowych informacji. Wprawdzie pomija zagadnienie Oujdy, jednak posiada specjalną podstronę o kurorcie Saidia.
www.visitmorocco.com

Na Końcu Świata
Karta Maroka w serwisie Koniec Świata. Kolejne źródło podstawowych informacji od zapalonych podróżników i osób przebywających na miejscu co najmniej kilka miesięcy.
www.koniecswiata.net

wtorek, 28 lipca 2009

Pierwszy kontakt z czarnym lądem

W ostatnim poście wspominałem o niezbyt sympatycznie zapamiętanej wizycie w Tunezji. No ale o co chodzi? A to może odkurzę wspomnienia i przytoczę zeszłoroczną przygodę.

04-11 wrzesień 2008, Tunezja (تونس)

Planowanie wakacji z niezdecydowanymi kobietami. Eh...... słoneczka nasze, kochamy Was, ale niezdecydowania co do wyboru kiecek nie przenoście na pole letnich wypadów, bo naprawdę potraficie nam tym wodę z mózgu zrobić... Grudzień, dwie przyjaciółki stwierdziły, że wspólnie spędzamy wakacje. Powiedziały swoim chłopakom, my oczywiście nie zgłaszamy żadnych zastrzeżeń i metodą najmniejszego narażania się stwierdziliśmy, żeby same wybierały gdzie chcą lecieć. Miesiąc zastanawiania się, wybór pada na Grecję. Marzec, pojawiają się wątpliwości. A bo tutaj jest objazdówka po Turcji, a może Cypr, a może Bułgaria? Czerwiec, Grecja będzie za droga jak na nasze studenckie portfele, jedziemy budżetowo – najtaniej wypada Tunezja. Fajnie, nie wypalił mój plan Portugalskiego Boom Festiwalu i wypadu do Maroka, więc swoje pierwsze spotkanie z czarnym lądem przeżyję w Tunezji :-) Idziemy do biur podróży, tam się dowiadujemy że lepiej poczekać na oferty last minute – jeśli myślimy o wyjeździe we wrześniu, to w sierpniu można zacząć szukać. Spoooko :-) Sierpień, trzeba pomyśleć o wyjeździe. I teraz okazało się, że mimo iż wszystko jest omówione przez dziewczęta do ostatniego wręcz szczegółu (łącznie z ilością branej ze sobą w bagażu wody!), to jest spora różnica w samej idei wyjazdu! No bo my, wariaty, chcemy zobaczyć jak najwięcej. Bierzemy więc najtańszy hotel jako przechowalnię bagażu i sypialnię, a przez 16+ godzin doby jesteśmy gdziekolwiek indziej. A znajomi wolą poleżeć na plaży ciesząc się swoimi opaskami all inclusive :-) No cóż, mała rysa w planach, tylko że na ich fundamentach. Przyjaciółki powinny się rozumieć bez słów, ale mimo wszystko czasami powinny ich używać aby dogadać wszystkie szczegóły ;) Skończyło się na tym, że każdy z nas leciał z innego lotniska i mieszkał w innym hotelu. Bogu, a w tym przypadku Allahowi dzięki, że chociaż w tym samym mieście ;)

Wylot: godzina 2250. Fajnie, doba hotelowa kończy się jakoś w południe... Na lotnisku okazuje się, że samolot będzie miał nieznaczne opóźnienie. Godzinne. Odprawa biletowo-bagażowa i zorientowałem się, że będę lądował na stacji MIR (kod IATA lotniska w Monastirze) ;) Dotarliśmy, a w trakcie kołowania do terminala stewardessa zrobiła nam krótkie wprowadzenie. W tej chwili mamy godzinę 2. w nocy, a na zewnątrz są 32℃. Ojeja, toż to ja w raju jestem! Od zawsze twierdziłem, że powinienem urodzić się w jakieś rodzinie nad brzegiem Morza Śródziemnego, bo po prostu uwielbiam ciepełko wpadające w gorącełko! Z uśmiechem wychodzę więc z samolotu, biorę pierwszy łyk afrykańskiego powietrza.... i co tu tak śmierdzi?? Aha, to te solanki rozmieszczone wokół lotniska. W terminalu szybki rzut oka na tzw. timetable. Hm... w ciągu ostatnich kilku godzin było 14 przylotów z Polski, z pozostałych krajów 3. Nie bez znaczenia to będzie, jak się później okaże. Do hotelu, jak to z biurem podróży, podjechaliśmy klimatyzowanym autobusem. W hotelu już od recepcjonisty słyszymy „You wanna good room? Nice room, clean room...” a gdzieś pomiędzy słowami i mrugnięciami okiem słychać/widać „fajw juro maj frend”. No dobra, piątak poszedł, a my i tak dostaliśmy pokój, jaki dostać mieliśmy. Standard... jak to napisano w przewodniku – dla bardzo niewymagających. Ale klima jest, a walizki nie wymagają masażu w trakcie leżenia w szafie – przynajmniej jest tanio.

Piątek: wychodzimy na miasto. Do hotelu znajomych mamy 3 kilometry. Kozaki jesteśmy, dla nas ten odcinek to mały pikuś. Już po 10 minutach odkryliśmy nowy sposób liczenia czasu w Tunezji. Otóż średnio co około 20 sekund zatrzymywała się koło nas, albo trąbiła jadąca po drugiej stronie ulicy taksówka z propozycją podwiezienia. Czemu? No taka kultura, poza tym który z Europejczyków o 11 rano będzie szedł na obrzeżu miasta w momencie, gdy w cieniu jest 38℃?? Wtedy zmieniłem swoje zdanie, lubię ciepełko wpadające w gorącełko, ale skwarątko to jednak mi lekko przeszkadza. Dzień spędzony rekreacyjnie, plaża, zwiedzenie „all inclusive” hotelu znajomych. Do tego aklimatyzacja w postaci wymiany „juro” na dinary i zakupie lokalnego SIMa. Swoją drogą kto by pomyślał, że aby wymienić kilka banknotów trzeba przy tym wypełnić duży druczek z masą arabskich robaczków? I jak to się w ramach podziękowania uśmiechnąć do kasjerki, która jest kłębkiem czarnego materiału z wystającymi gdzieś tam oczkami?

Sobota: Dni targowe to w każdym mieście jest widowisko warte przeżycia. W sobotę targ jest akurat w Monastirze. Jedziemy! Oczywiście lokalnym pociągiem bo chcemy poznać ten kraj od środka. Monastir to miasto w którym urodził się ich wspaniały i wszechuwielbiany Habib Burgiba. Przywódca, który został prezydentem po odzyskaniu niepodległości od Francji. Dla niego zmieniono konstytucję, aby mógł pozostać na tym stanowisku przez wiele kolejnych lat. Po miesiącu od zaprzysiężenia nowego rządu stracił stanowisko w wyniku przeprowadzonego zamachu stanu. Przejął je premier Ben Ali, który wprawdzie zakazał sprawowania prezydentury dożywotnio, ale dla niego również zmieniono konstytucję, aby mógł rządzić aktualnie piątą już kadencję... Ale wróćmy do souku (arabskie określenie targu). Wchodzimy do Mediny, przepraszam, uściślając to ruin starego miasta. Już na dzień dobry zatrzymuję się przy rasowym Hindusie sprzedającym swoje dziwactwa. Nie omieszkam kupić importowane kadzidła. Śmierdzą niesamowicie, ale jednak oryginalne z Azji ;) Kilka metrów dalej, sklep z butami. I tu zaskoczenie, bo nie że „polaki” i „ja lubić polaka”, tylko całkiem składne słownictwo! Są sandałki z „Camel Leather” za 25 dinarów. Hm... naklejka z ceną obecna, więc chyba nie jest to żadna ściema. W sumie nie były za wygodne, ale za dyszkę poszły. „Bandita, ale dla polaka ok”. Fajnie, ubiliśmy interes z Arabem :D A 30 minut później w innym sklepie te same sandały z naklejką za piątaka. Ręce i nogi opadają... no to zobaczymy co mają w środku. Obsługa, jak zawsze pierwsza klasa, właściciel od razu zobaczył że przypatruję się bębnom. Prosta wymówka że jest ceramiczny a ja szukam drewnianego nie zadziałała. „momento ser” i facet zniknął gdzieś na 8 minut. Przynosi z wypiekami na twarzy. No to teraz nie wypada odmówić. Oglądam więc udawanym fachowym okiem, sprawdzam naciąg linek, w końcu pytam za ile? 400 dinarów bo to ręczna świetna robota. Ta jasne, za bęben zapłacę jak za połowę wycieczki, targujemy się! Dopiero po pięciu minutach zorientowałem się, że jestem już w pułapce i teraz nie mogę go nie kupić! Zeszliśmy do 160, bo wtedy pozostawało nam raptem 50 na powrót do Sousse i zakup czegokolwiek do picia/jedzenia. Magik mnie zaczarował, a przy przybijaniu nie omieszkał poklepać mnie po kieszeni twierdząc, że z pewnością tutaj znajdzie się jeszcze kilka dinarów! Ale nie znalazł, wychodzę ze sklepu i dopiero teraz sobie pomyślałem – od zawsze twierdziłem, że jeśli kupię djembe, to tylko wyprodukowane w Afryce. Ale nigdy nie myślałem że będzie on wysoki na ponad 50 cm i ciężki na ponad 6 kg!!!! I jak ja go do Polski przewiozę? Eh... pomartwię się za 5 dni, między innymi poprzez ból ramienia na którym nosiłem go przez cały dzień... Nieco wcześniej wpadliśmy do hali targowej specjalizującej się w sprzedaży mięs. Pamiętam, jak w jednym z programów Pan Cejrowski opowiadał o intensywnych przeżyciach w krajach wolnych od sanepidu i przepisów zdrowotnych. Miał rację! Ośmiornice sprzedawane na podłodze, odrąbane łby cielaków i krów, ozory leżące na brudnej blasze, ryby obok bananów, kuskus przy małżach, a do tego niesamowity tłum. To było straszne, śniło się przez najbliższą noc, ale naprawdę warto było to zobaczyć na własne oczy! A pod koniec shopping session przyprawy. My jesteśmy wariaty w kuchni, więc na stoisku byliśmy jak w raju. Sezam, orzechy, słodka papryka, curry, tradycyjna mieszanka czterech przypraw, imbir, z rozpędu prawie wzięliśmy nawet proszek do henny. Na szczęście sprzedający powstrzymał nas od próbowania i mimo kompletnej nieznajomości angielskiego jakoś wytłumaczył że tym się robi tatuaże. Swoją drogą coś w tym musi być, bo w Hiszpanii kupując w ciemno jakąś przyprawę też zaopatrzyłem się w barwnik ;) Ale o tym może innym razem. Do hotelu wróciliśmy skonani, ale zadowoleni. Po kolacji czas na wypróbowanie bębna na balkonie. Sąsiedzi, jak też okoliczni mieszkańcy nie mieli spokojnego wieczoru ;)

Niedziela, powtórka z rozrywki, tym razem souk w Sousse. Tylko że już o zupełnie innym charakterze. Większość to sklepy z pamiątkami, albo typowymi wyrobami pod turystów (ciuchy, biżuteria, szisze). Zwiedzamy ribat, który okazuje się być pustymi murami. Jedyną atrakcją jest wieża z bardzo wąskimi kręconymi schodami, na których wyminięcie kogokolwiek graniczy wręcz z cudem. 4 dinary o ile pamiętam... Idziemy dalej, pierwsza uliczka, druga, ups, zgubiliśmy się. Zawracamy, w lewo, jest jakaś dłuższa alejka – oczywiście połowa sklepikarzy nie pozwoli abyśmy nie przejrzeli jego towarów, nieważne że albo nam takie coś niepotrzebne, albo już mamy. Zaglądam w jakąś dziurę, a tam przejście na dziedziniec. Wchodzę i szok. Kraina czarów! Świetna aranżacja zmieniająca sklep w psychodeliczny domek pełen zarówno fajnych, jak też kiczowatych rzeczy. Z góry zwisają dywany i lampiony, w pokojach mnóstwo szisz, obić na pufy, torebek, zegarków, bębnów, koców, kadzideł i wszelkiej maści pierdół. Spędziliśmy tam z 40 minut, zrobiliśmy całą sesję fotograficzną i... wyszliśmy z pustymi rękoma. Bo choć się starałem, to nie znalazłem nic wartego kupienia :( Czas na obiad. Wstępujemy do jakieś knajpy tuż za Mediną i zamawiamy brik (jajko z różnymi dodatkami). Zmęczeni jedzeniem i dniem zwiedzania wchodzimy w ciasną i stromą uliczkę. I bach, z tyłu na motorze podjeżdża młodzian i korzysta z okazji zabierając nasz aparat. Ruszam w pościg ... widzę że jestem szybszy ... ale po chwili motor dostaje wysokich obrotów. Pomimo prędkości biegu jakiej normalnie nigdy bym nie osiągnął, czuję bezsilność, do drugiej alejki jeszcze go widziałem, ale dalej tylko słyszałem echo... Pal te pieniądze, ale to był jedyny aparat jakim robiliśmy zdjęcia przez ostatnie 4 dni!! Do dziś mnie skręca jak wspomnę tą sytuację. A niech Allah mu w dzieciach za to wynagrodzi i niech będzie je musiał wszystkie wykarmić!! Już nic nie uratuje tego dnia :(

Poniedziałek. Pobudka bardzo rano, wyjeżdżamy na objazdówkę. Hm... ale po co jak nie będzie fotek z najlepszego aparatu? Eh.... wsiadamy do autobusu, zasypiam na chwilkę, bo o szóstej rano informatykowi wstawać nie wypada. Trasa wiedzie przez największe atrakcje Tunezji. Jak każda proponowana przez biura podróży. W sumie fajnie, klimatyzowany autobus, lokalny przewodnik władający na tyle dobrze polskim językiem, że bez zająknięcia mówił „stół z powyłamywanymi nogami”. Ale arabskiej wersji „She sells sea shells down the sea shore” już nikt z nas nie powtórzył ;) Trasa standardowa, dywany i meczet w Kairuanie, jakoś mało malownicza palmiarnia z przejażdżką dorożką, wodospad i sceneria z „Angielskiego Pacjenta” plus rajd przez pustynię. W międzyczasie oczywiście postój przy wydmie (nie wiem od której strony) przypominającej wielbłąda i kolejny przy sceneriach z Gwiezdnych Wojen. Pomyślałem sobie, niezłe wow. Ale tylko do momentu jak się tam znaleźliśmy. No cóż, film nakręcono, wyjechano, a okolice popadają w ruinę. Ale i tak turystów jest mnóstwo, więc po co się martwić jakimiś remontami/renowacjami? Wieczorem dobiliśmy do hotelu. Na obiad spróbowałem wszystkiego po kolei. Dopiero po pogryzieniu to coś przypominające kurczaka pokazało mi swoje macki i sypnęło atramentowatym smakiem. Hm... stwierdźmy że było za gorzkie i po pierwszej przygodzie z ośmiorniczką prawdopodobnie nie będę podchodził do kolejnych ;)

Pobudka o piątej rano. Ej, ale ja jestem informatykiem. Miej serce stary, ja zazwyczaj o tej porze chodzę spać... Sorry Vinetou, śniadanie i w dalszą drogę. Z rana przejażdżka na Camelach. Tych naturalnych, jak też mechanicznych (quady). Przepisy bezpieczeństwa? Wielbłąd wstaje w momencie wsiadania na niego - „normal, normal, nie przejmować”. Na quadzie dwie osoby? Też w porządku. Chociaż niekoniecznie, bo w trakcie jednego zakrętu prawie zgubiłem jadącą ze mną dziewczynę. Nie mówiąc że przy innym prawie sam wypadłem, chociaż to ja prowadziłem ;) Potem Matmata, dziury w ziemi przerobione na domy. Fajna ciekawostka tamtejszych troglodytów, ale najmilej wspominam ichnią herbatę. Pewnie parzona była z jakiegoś parszywego krzaczka mięty, rosnącego na dziko na wzgórzach. Ale jakiż ona miała smak! … A potem podczas przystanku w jakieś knajpce kolejna ciekawostka – herbata miętowa parzona razem z migdałami. Oceńcie sami, ja od tamtego czasu nie pijam już inaczej. Na sam koniec jeszcze Starożytny amfiteatr Rzymski w El-jem. Na szczęście teraz mieliśmy nieco czasu na posiedzenie wśród tych ruin a nie na szybko, szybko, bo czas goni. Ale i tak 36℃ działało i trzeba było szybko wracać do klimy. Wieczorem jedyne co byliśmy w stanie zrobić, to paść na hotelowe łóżka – plan wykonany!

Środa. Ekhum, dotychczas najmniejszą temperaturą jaką mieliśmy było 32℃. I nawet wtedy można się zaziębić! Dostało mi się po zatokach, które doprawiłem w trakcie wcześniejszego pływania i nurkowania. Dzień spędzony ze znajomymi. Wymiana wspomnień, wrażeń, zdjęcia, piwka, relaks. Potem odprowadzenie ich do hotelu, niestety popołudniu już wylatują. My ten czas spędzamy na zakupach. Przedział cenowy za tą samą torebkę skórzaną Miu-Miu: od 35 do 120 dinarów. Nikt nie chciał zejść na 25/28. Na Allegro podobną można było kupić za 700PLN, czyli jakieś 10 razy drożej! Jeszcze wieczorem na szybko wyskoczyliśmy do Port El-Kantaoui. Bogato tam. W porównaniu do Sousse również mniej prostacko ze strony miejscowych. Ale za to bardziej chamsko. Na głównym placu specjalny pokaz multimedialny wokół malutkiej fontanny. W jego trakcie zacięła się płyta cd i wszystko szlag trafił ;)

Czwartek: Bogu dzięki ostatnie śniadanie! Już nam się one przejadły, wszystko rosło w gardle i choćbym nie wiem jak długo przeżuwał, coraz ciężej mi się to gryzło. Szybki wypad na plażę i równie szybki powrót. Doba hotelowa kończy się o 1100, potem bagaże do recepcji i w ewentualności możemy doczekać do wyjazdu na basenie. Odpadłem, zatoki dawały się we znaki, ledwo żyłem. A tu jeszcze będzie eskapada lotniskowa. Przecież swojego bam-bama nie oddam do luku w samolocie bo mi go zniszczą. Doświadczony dotychczas tylko w tanich liniach lotniczych przeszedłem szok, gdy nikt nie robił problemów jak wchodziłem z nim do samolotu. Szef Cabin Crew powiedział, że osobiście się nim zajmie i tak też było. Piknie :-) Start po zmroku, tuż przed nadchodzącą burzą... Szkoda że tak krótko, fajnie że wreszcie...

Podsumowanie. Sezon letni już w pełni i pewnie zanim ktokolwiek zajrzy na tego bloga, będzie już środek zimy. Ale może ten ktoś ma w najbliższych planach Tunezję w ramach jej taniości i tzw. egzotyki? Potraktujcie ten opis jako swojego rodzaju ostrzeżenie. Nie zawsze jest tak, jak to opisują biura podróży. Zwłaszcza w krajach Arabskich. Owszem, jest się panem i władcą. Podstawione autokary, klima, paseczek all inclusive oznacza wszystko co tylko się chce. Ale jak się wyjdzie krok poza sferę opieki, spotyka się z zupełnie innym światem. Sousse opisywane jest perłą Sahelu. Ale dlaczego tak? To miasto jest niczym, jak brudną dziurą składającą się z trzech elementów – hoteli dla turystów, mediną i slumsami miejscowych! Cenowo są dwie stawki – normalna i dla turystów – uzależniona od widzimisię sprzedającego. I u każdego musisz kupić, bo on z uśmiechem powie Ci że „ma dobra cena dla polaka”. A jak nie, to „no buy? Good bye!” i przy wyjściu kobieta usłyszy „fajna dupa”. Co więcej, z opowieści wynikało, że w niektórych hotelach kelnerzy w ogóle nie podchodzili jeśli nie widzieli na stole leżącego dolara. A przypadek z naszym aparatem, jak się okazało po późniejszych rozmowach, nie był odosobniony. Zacząłem się więc zastanawiać, lubię dzicz, ale jeszcze bardziej lubię bezpieczeństwo. Skoro ja za ten trzeci świat mam płacić tyle samo, jak za pobyt Hiszpanii, to chyba coś jest źle. Nie wspominając już o tym, że jak jadę zagranicę, to chcę poznać tamtejszą kulturę. A tutaj czułem się jak w Dublinie, bo na głównej ulicy można było czasami usłyszeć inny oprócz Polskiego język. Wspomniane na początku 14 samolotów w ciągu jednego wieczora robi swoje... Jeśli więc na każdym kroku mam się spotkać z próbami wyciągnięcia Dinara, brudem i czasami chamstwem, to ja naprawdę wolę za tą samą cenę sam zorganizować sobie wyjazd do jakieś cywilizacji. Do tego z biurami podróży też wiadomo jak jest. Wycieczka za 990 zł, ale na miejscu się okazuje, że dochodzą dopłaty paliwowe, opłaty lotniskowe, wizy, ubezpieczenia – 1500 zł. A na tydzień przed odlotem dochodzi kolejna opłata różnicowa bo paliwo lotnicze jeszcze podrożało. A na lotnisku masz 6 godzin opóźnienia, przez co cały dzień z wykupionych siedmiu jest w plecy. A po co?

Nie powiem, wyjazdu nie żałuję. W planie mieliśmy zwiedzenie jak najwięcej. Poznaliśmy więc zarówno propozycję dla turystów jak też życie lokalne, wizytę na posterunku policji włączając. Wspomniany wcześniej makabryczny widok w hali targowej w Monastirze też będzie długo w pamięci. A w smaku mnóstwo Szafranu, Curry i piekielnie pikantnej papryki. Wieczorne bębniarskie sesje także zawdzięczam Tunezji. Hm... ale powiem szczerze, kraj ten zniechęcił mnie do świata arabskiego na jakiś czas. Za tą cenę wolę zorganizować sobie sam jakiś wyjazd w inne dzikie miejsce, którym nie interesuje się żadne biuro podróży. A co z Tunezją? Jest lekka trauma i niechęć. Jednak wiem że za kilka lat tam wrócę. Jak kraj się nieco bardziej ucywilizuje, przestanie sępić każdego grosza i wprowadzi do siebie tanie linie lotnicze. Wtedy z pewnością zawitam gdzieś, byle z dala od miejscowości turystycznych. Ot tak, żeby zobaczyć czy moje aktualne zdanie na temat tego kraju jest prawdziwe czy błędne? W rozmowie z przewodnikiem objazdówki zapamiętałem jedno zdanie: „Tunezja jest różna, wszystko zależy od regionu”. Może po prostu źle trafiłem? Nastawialiśmy się na dużo wrażeń. Owszem, plan wykonaliśmy. I mimo że doświadczenie jest bezcenne, to suma pieniążków jakie na nie wydaliśmy była chyba trochę za duża...


PS. W Tunezji nie da się wymienić Złotówek na Dinary. Na szczęście po powrocie z Irlandii nie wyzbyłem się wszystkich Euro, więc nie traciliśmy na podwójnej wymianie. Z dokładnością Π/drzwi wyszedł nam kurs 1 dinar = 2 złote.



Pokaż 04-11 wrzesień 2008, Tunezja na większej mapie