niedziela, 27 września 2015

Wszystko zależy od podejścia

Jestem chwilę po podróży urlopowej. Zgodnie z ostatnią tendencją - dłużej, trochu zwariowania, ale z większą ilością odwiedzonych miejsc. Tym razem tematem przewodnim był Kraj Basków. Oczywiście z kilkoma wątkami bocznymi, jak choćby cały dzień w Paryżu. Miasto to stało się przyczynkiem do większych niż się spodziewałem przemyśleń.

Otóż wrażenie bazowe: dupska nie urywa. I tutaj w sposób zaskakujący przyznaje mi rację spora liczba znajomych. A bo tłok, emigranci, turyści, bufonada, specyficzne bycie francuzów często niemiło odbierane przez przyjezdnych itd. Niby racja. Do tego doszedł mój sposób zwiedzania Paryża. Tylko dzień, cały dzień z plecakiem na plecach (dwutygodniowy wyjazd), po nocce na lotnisku Charles de Gaulle i przed nocką na Orly, do tego z założeniem że robię jedynie spacer po must see ale bez wkrętki w to co tam jest. No bo to tylko briefing po mieście, kiedyś tu wrócę, do tego zapewne z przewodnikiem doświadczonym zarówno w języku, jak też francuskim sposobie życia. Czyli zdecydowanie Paryż nie jest gwoździem tego wyjazdu.

Przemyślenia te były próbą szukania usprawiedliwienia dlaczego ten Paryż jednak nie zachwycił. Że to może bardziej ja a nie miasto. Bo w końcu coś zachwycającego można znaleźć w każdym praktycznie miejscu. Zarówno w tych wielkich Rzymach, Paryżach, Barcelonach, Wiedniach, po małe i niebardzo znane szerszej grupie jak jezioro Como, Minorka, Cinque Terre, czy lesiste - za przeproszeniem - zadupia w Norwegii.

Barcelona... Tematem przewodnim zeszłorocznej podróży urlopowej było właśnie to miasto. Zachwyciło. Pochłonęło, przegryzło, wymieliło i połknęło co potwierdza prawie każdy - od podróżników doświadczonych, przez fanów sztuki, historii i architektury, po turystów lubujących się w all inclusive i tanich rozrywkach. Czyżby zatem Barcelona, miasto które nie miało wielkiego wpływu na kształt i historię naszego świata, które nie jest uznawane za ostoję sztuki wszelakiej, które w wielu miejscach jest zatłoczone i niebezpieczne, pełne niskolotnych rozrywek ale mimo wszystko z ogromnym klimatem, było po prostu lepsze od pełnego zabytków, miejsc ociekających splendorem i historią, najwybitniejszymi przykładami sztuki, klimatu lub architektury Paryża?

Formuła ostatniego wyjazdu dawała mi sporo wolnych chwil przez co ten dziwnie zakorzeniony w pamięci wątek miał czas na przemyślenia i ewoluujące konkluzje. No bo dobrze, Paryż od samego początku traktowałem jak wątek boczny. Do Barcelony natomiast zawsze chciałem pojechać. Nie ukrywam bowiem że w Hiszpanii - a zwłaszcza w Katalonii - czuję się świetnie. Nie bez powodu ten urlop był dziesiątą wizytą w kraju. No bo miasto ma idealne, ulubione przeze mnie położenie - na wybrzeżu (plus ta przefantastyczna plaża i ciągnąca się wzdłuż promenady ścieżka rowerowa, z krótkim odcinkiem wśród nisko rosnących palm) ale jednak nieopodal wzniesień wymagających nieco wspinaczki. No bo Paella mixta, tania jak barszcz kawa i churro/pączek/cokolwiek słodkiego każdego ranka. No bo może nie tyle zatłoczona i przereklamowana La Rambla i dzielnica gotycka, co Eixample. No bo... - dobrze, bo wymieniając tyle elementów bez najważniejszego, w oczach niektórych podpadam już pod zamordyzm - GAUDI!

Czyli zachwyt dlatego, że był oczekiwany? Chyba też nie. Bo mimo wszystko szacunkiem darzę miejsca wielkie i ważne historycznie. Barcelona musi się jeszcze z kilkaset lat starać aby być miastem tak wrytym w historię jak Rzym, Paryż, Lizbona, Genua czy Londyn. No właśnie, Londyn. Pamiętam jak trzy lata temu w końcu leciałem zwiedzać to miasto a nie tylko traktować go jako stop między busem i pociągiem, lub miejsce na zakupy płytowe. Ogromną radość sprawiało mi choćby to, że zobaczę rzeczy jakie znam od małego dziecka, bo choćby z telewizji znam ich nazwy i obrazy. Big Ben, London Bridge, London Eye, Canary Wharf (z czasów dziecka pamiętam koncert Destination Docklands J.M.Jarre), Greenwich, Piccadilly Circus (reklama Coca Coli, TDK i Sanyo), Muzeum historii naturalnej, czerwone budki telefoniczne, czarne taksówki, ryba z frytkami... Ale moment, przecież Paryż też ma to wszystko. Też (niektóre już od czasów dziecka) kojarzę takie rzeczy jak Wieżę Eiffla, Katedrę Notre Dame, Luwr, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Absynt, Mulin Rouge, naleśniki z Nutellą. W kwestiach negatywnych - Paryż tak samo jak Londyn jest miejscem opanowanym przez turystów, emigrantów, samochody itp.

Czemu więc Londyn się podobał a Paryż... no, jak wspomniałem na początku wpisu? Chyba rzeczywiście wszystko zależy od podejścia i od chwili. Na miejsce etapowe nie zwraca się wielkiej uwagi. Kontra - Londyn też był takim punktem a mimo to krótkie pobyty w niektórych jego miejscach pozytywnie zapadały w pamięci. Czyli najwyraźniej spory wpływ ma też kwestia chwili. Zauważyłem to w Lizbonie w zeszłym roku. Pierwsze cztery dni na Maderze były pełne zachwytów. Na Lizbonę zwyczajowo nie starczyło sił. Przez to miasto, które zachwyca w opinii niemal wszystkich moich znajomych, do mnie najnormalniej nie mogło przemówić. Może więc z Paryżem jest tak samo? Pewnie tak. Zresztą nie przejmuję się tym zbytnio, ponieważ - co zaznaczyłem nieco wcześniej - jeszcze tam wrócę, tym razem na poważnie. Wtedy coś musi zachwycić. I to jest właśnie konkluzją moich zaskakująco długich urlopowych przemyśleń. Jeśli jest się osobą lubiącą podróżować a nie tylko jednorazowo zaliczać miejsca - warto wracać. Czasami wystarczy inne wyspanie się, inna temperatura czy kąt padania światła, inne towarzystwo, a wrażenia z danego miejsca mogą być zupełnie odmienne.

piątek, 28 sierpnia 2015

Dlaczego nie wierzę w zmianę w Ryanair?

źródło: www.bloomberg.com
Ryanair to linia lotnicza, która miała wpływ na podróżnicze życie bodaj każdego z nas. Wiele osób zaczynało na pokładach tej linii. Nawet pasażerowie przewoźników tradycyjnych odczuli wpływ w sposób niebezpośredni: od być może obniżenia cen na niektórych trasach począwszy, po zmiany w ofertach - jak ostatnio popularne obcinanie bagażu rejestrowanego - kończywszy.




Do niedawna Ryanair nie tylko był, ale przede wszystkim chciał być kojarzony wyłącznie z niskimi kosztami. Celowano więc w bardzo słaby i kontrowersyjny marketing. Być może w sposób zaplanowany komplikowano różne sprawy aby wywołać skandal, aby ktoś napisał/powiedział coś o Ryanair, zazwyczaj dodając wcześniej określenie Tania linia lotnicza. Jednak ponad rok temu coś pękło. Oficjalnie w wyniku spadających zysków i ostrzeżenia akcjonariuszy, Ryanair postanowił przejść gruntowną przemianę. Nagle stał się linią całuski, cukiereczki, ciasteczka, dzięki czemu nie tylko sam się określał Ulubioną linią lotniczą na świecie, co zaczął chcieć być za taką uważany.

źródło: pluzcinema.com
W kwestii marketingowej był to strzał w dziesiątkę. Kilkoma prostymi ruchami uzyskano darmowy doskonały rozgłos. W telewizji pojawiły się przesłodkie reklamy w których pasażerowie mówili że lubią latać Ryanair, bo zabiera ich tam gdzie tylko zechcą. W miastach pojawiły się bannery reklamowe zachwalające tanie i częste rejsy. Koniec końców z pierwszej linii wycofano twarz przewoźnika, jego wygłupiającego się CEO, kojarzonego z wszelkiego rodzaju wariactwami i beznadziejnie niskiej jakości wypowiedziami. Rewolucja? Czas pokazał, że niekoniecznie, przynajmniej dla pasażera takiego jak ja.






Na pierwszy rzut zmian poszła strona internetowa. W końcu zrezygnowano z tej dizajnerskiej maszkarady, majstersztyku braku dobrego smaku, niedopasowania i nisko-kosztowej wirtuozerii. Zainwestowano kilka euro w pierwsze lepsze zdjęcia z serwisu pokroju Fotolia i wrzucono je w karuzelę na stronie głónej. Wszystko po to aby kojarzyło się z wakacjami, idyllizmem lotu i generalnie customer friendly. A to mały synek siedzi tacie na barana, a to jakaś grupka starszych osób podziwia widoki ciesząc się z zasłużonej emerytury, a to jakieś chmury i błękit nieba. Nie ważne że często grafiki te mają się nijak do przekazu prezentowanych obok bannerów (np. ciemnoskóra para ciesząca się z krajowych tras w Polsce) czy lokalnego rynku na który są kierowane. Ma być miło i przyjemnie. Co więcej, mamy tutaj do czynienia z klasycznym zagraniem - zmieńmy nieco wygląd, coś dodajmy, coś przesuńmy a klient odniesie wrażenie że całkowicie się zmieniliśmy. Działaniem marketingowym przekonamy go natomiast że zmieniamy się na dobre. Akurat pracuję w biznesie tworzenia aplikacji internetowych - takie zagrywki są mi znane :-) No ale rozłóżmy teraz stronę Ryanair na części pierwsze. Na początek duży plus. Trochę przez łzy, ale plus. W pewnym momencie Ryanair zapędził się bowiem w kozi róg zabezpieczając pokazywanie cen systemem captcha (w załączeniu przykład ze słowem ding a ling co w potocznym tłumaczeniu oznacza idiota, palant lub młotek). Był to jeden z najbardziej kretyńskich i żenujących pomysłów na jakie mogli wpaść, osiągając tym samym totalne dno i nieprzebrane metry mułu w kwestii user experience. Teraz system ten został usunięty przez co przewoźnik nawrócił się na normalność. I chyba na tym koniec plusów. Kanał internetowy nadal jest bowiem dziurawy: lubi gubić sesje, przeskakiwanie po tygodniach czasami nie działa, nie można dokonywać rezerwacji w dwóch oknach tej samej przeglądarki - wszystko to co znamy z poprzedniej wersji. Od strony technicznej również porażka - strona główna pobiera 1,7 MB danych (dużo na słabym łączu) wykonując niemal 50 połączeń związanych z obsługą Java Script. Drastycznie wydłuża to czas ładowania się strony a przeniesienie obsługi kupna lotu (lotniska, data, etc.) do java script powoduje, że problem z pobraniem jakiegokolwiek z tych skryptów całkowicie uniemożliwia zrobienie rezerwacji. Poza tym pasażer wciąż jest narażony na dodatkowe zbędne koszty. No bo tak:
  • cały czas sugerowane jest wykupienie polisy - można z tego zrezygnować tylko jeśli w rolecie z wyborem miejsca zamieszkania znajdzie się ukrytą opcję ubezpieczenie nie jest wymagane
  • cały czas osobnym krokiem jest możliwość wynajmu samochodu, który to krok przechodzi się przesuwając bardzo długą stronę na sam dół do przycisku dalej
  • cały czas stosowany jest absurdalny sposób dopisywania do listy marketingowej, gdzie aby wyrazić brak takiej zgody, należy - wbrew dzisiejszym standardom całego internetu - zaznaczyć pole wyboru
  • cały czas system lubi się wieszać - już kilka lat temu zgłaszane były prawdopodobnie blokady na adres IP, ponieważ ludzie nie byli w stanie dokonać rezerwacji pomimo podawania poprawnych danych i podejmowania prób na różnych komputerach/przeglądarkach. Wykonana minutę później próba na innym adresie IP zawsze kończyła się poprawną rezerwacją
  • wciąż stosowany jest piekielnie niekorzystny przelicznik walut. Przykładowo dla karty prowadzonej w PLN kupowałem bilet na rejs pomiędzy krajami strefy Euro. Cena była wyznaczona w tej właśnie walucie a strona poinformowała mnie o wybranym przeliczniku. W krótkim opisie zapewniano że kurs ten jest gwarantowany a jeśli zdecyduję się na rezygnację z niego, będę narażony na wahania walutowe których koszty sam będę musiał ponieść. W moim przypadku wyszło że przelicznik Ryanair był około 6-7% gorszy niż przelicznik mojego banku. A dodajmy że przeliczniki bankowe też do najkorzystniejszych nie należą...
 
Dopisywanie się do listy marketingowej
Szwankujące tłumaczenie strony
Ukryta opcja nie-wykupienia ubezpieczenia podróżnego

No dobrze, to może przejdźmy do analizy twardego produktu. Cóż, te same samoloty, ta sama ciasnota, ten sam poziom czystości, nieco zmian w obsłudze klienta. I znów - zmian przez łzy. Wrócono bowiem do normalności w kwestii bagażu podręcznego. Ba, wbrew nowym trendom wyznaczanym przez Wizzair, nawet nieco je zluzowano wspaniałomyślnie zezwalając na wniesienie na pokład drugiej małej sztuki bagażu - czyt. torebka, laptop czy zakupy w sklepie wolnocłowym. Rzeczywiście, odniosłem wrażenie że trzepanie na lotniskach jest od roku dużo, dużo łagodniejsze. Niemniej to co widziałem kilka lat temu na lotniskach w Hiszpanii jest tak głęboko zakorzenione w mojej pamięci, że jestem skłonny nawet zmienić miejsce mojego urlopowego wyjazdu tylko po to, aby nie musieć lecieć Ryanair.

Kolejnym lekkim plusem jest wyciszenie w sprzedaży pokładowej w późnych godzinach rejsowych, jak też lekkie przyciemnienie światła. Jednak cała reszta znów jest w mojej opinii kwestią dyskusyjną. Przykładowo priorytet wejścia na pokład - opłata kilku euro, która nie daje dosłownie nic. Jeśli bowiem skończy się odprawa kolejki priorytetowej, musisz czekać w zwykłej ze wszystkimi innymi pasażerami - tak miałem we Wrocławiu. Czyli formalnie aby wejść do samolotu wcześniej - przed bramką musisz się stawić jeszcze wcześniej niż dotychczas. Co zresztą i tak nie gwarantuje bycia w samolocie jako jedna z pierwszych osób. Przykładowo w Modlinie pasażerowie wypuszczani są pod daszek, gdzie kolejnych kilkanaście minut muszą czekać aż samolot będzie gotowy na przyjęcie nowych podróżnych. Dodam, że przebywanie na otwartej przestrzeni w Modlinie jest naruszeniem habitatu komarów, które z dużą zawziętością atakują swoich agresorów. We Wrocławiu przynajmniej nie jest się na otwartym powietrzu, jednak kilka minut czekania w szklanym tunelu podczas letniego upalnego dnia też kwalifikuje się do kategorii wyzwania. Dodatkowy smaczek - Ryanair niby zmienia się dla pasażerów, jednak korzystanie z rękawów nadal jest tematem tabu, a boarding odbywa się najczęściej w najstarszych, najtańszych i najbardziej odległych bramkach. Przykładem dyskomfortu z pewnością jest lot z Gdańska do Warszawy. W PLL LOT boarding odbywa się w nowej części terminala. W Ryanair trzeba przejść do tej przestrasznej i masakrycznie ciasnej starej części a sam lot odbywa się na Modlin, z którego jeszcze potem trzeba dojechać do miasta.

Mit o customer friendly obalę jeszcze dwoma przykładami z doświadczeń własnych. Pierwszym z nich jest listopadowy odcinek Gdańsk - Modlin. Poranny rejs opóźniony był o bodaj 4 godziny. Jak podejrzewam, raczkująca wtedy baza w Gdańsku nie ogarnęła czegoś, bo nawet jeśli maszyna/obsługa nie była gotowa do lotu - zawsze do roboty można było zagonić rezerwową z Wrocławia. My jednak lecieliśmy rejsówką z bodaj Bristolu. Oczywiście chwilę po wylądowaniu otrzymałem sms i maila że opóźnienie jest nie z winy przewoźnika i odszkodowanie się nie należy. Oczywiście jestem zupełnie innego zdania co mam nadzieję nakazem wypłaty odszkodowania niedługo potwierdzą odpowiednie służby.

Drugim przykładem jest incydent z zakupem na pokładzie. Rejs był lotniczym debiutem dwóch osób, co naturalnie chciałem upamiętnić zakupem plastikowego modelu samolotu. Po powrocie do domu okazało się, że jedno z opakowań jest niekompletne - brakowało pionowego statecznika. Akurat przypomniało mi się, że Ryanair uruchomił możliwość mailowych reklamacji, co po chwili znalazłem i zgłosiłem. Po kilku dniach otrzymałem mailową odpowiedź, że wszelkie sprawy należy kierować listownie do kwatery Ryanair w Dublinie. Czyli tak, przesłanie do Irlandii paczki z modelem pewnie kosztowałoby więcej niż sam model a w odpowiedzi dowiedziałbym się, że przewoźnik nie odpowiada za kompletność sprzedawanych zestawów i że muszę kontaktować się z producentem.

Cóż, marketing to potężna broń. Umiejętne jej używanie potrafi niemal czynić cuda. Niestety w większości przypadków ogranicza się do wmawiania ściemy, czego świadkami na każdym kroku są klienci niemal wszystkich branż. W przypadku Ryanair jakoś tak od początku nie wierzyłem w ich nową politykę całuski, cukiereczki, ciasteczka. Marketingiem i nowymi wymogami korporacyjnymi można bowiem wmawiać wszystko. Jednak, co w pewnej wymianie argumentów rację przyznała mi stewardessa Ryanair, w zarządzie przewoźnika cały czas znajdują się ci sami ludzie o tej samej mentalności biznesowej. Co więcej, pracownicy i współpracownicy firmy otrzymali nowe procedury, za czym niestety nie szło polepszenie ich warunków pracy. A czy ktokolwiek z Was pracując u jednego z najgorszych na rynku pracodawców zgodziłby się za darmo zwiększyć swoją wydajność o 10%? Owszem, w Ryanair pojawiło się kilka zmian in plus. Jednak rozumiecie już teraz dlaczego nie do końca wierzę w tą ich całkowitą przemianę?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Gdzie by tu nie pojechać?

Chociaż blog zarósł kurzem w sposób niewiarygodny, to oczywiście nie oznacza że zaprzestałem podróżowania. Po prostu na pisanie nie było tak jakoś czasu a przyznam że nawet i ochoty. W ostatnich miesiącach pojawił się jednak pewien wątek, który leży na sercu.

Scenka sytuacyjna – nagle w pracy pojawia się news o ataku terrorystycznym na muzeum w Tunisie. Informacja, jak informacja – przykra sprawa. Jednak jeden ze znajomych pierwsze co zrobił, to od razu zalogował się na strony biur turystycznych i sprawdził ceny wycieczek do Tunezji. Późniejsza rozmowa, lektura kilku artykułów i przede wszystkim wypowiedzi wakacjowiczów pokazały dość ponury obraz turystów z naszego kraju.

W rozmowie z kumplem jego głównym argumentem było to, że teraz w kraju pojawi się mnóstwo policji i będzie bezpiecznie. Zwłaszcza w hotelu. Bo to oczywiście wyjazdowicz z serii "nie po to lecę przez pół kontynentu żeby potem wychodzić poza mury hotelu" :D Wtedy wydawało się, że ma rację, ale nie trzeba było długo czekać aby okazało się, że hotele wcale nie są tak bezpieczną oazą. Jakoś mnie to nie zdziwiło, bo osobiście Sousse zapamiętałem jako wylęgarnia drobnej przestępczości, gdzie turysta jest chodzącym workiem z pieniędzmi. Czy jest sens się nim przejmować? A po co, skoro niedługo wyjeżdża a na jego miejsce przyjadą kolejni?

Jakiś czas po rozmowie przypomniałem sobie, że przecież ja też taki byłem. Maroko zwiedzaliśmy kilkanaście tygodni przed wybuchem muzułmańskiej wiosny. Czasami mniej lub bardziej przypadkowo trafialiśmy w niezbyt bezpieczne rejony miejskie. W końcu kilkukrotnie prawie spóźniliśmy się na samolot, co w Wenecji jeszcze wielkim problemem nie jest, ale znów w Maroku już tak :D Jednak w ciągu ostatnich miesięcy jakoś tak zacząłem zwracać uwagę na bezpieczeństwo własne. Zauważyłem też krótkowzroczność w myśleniu "raz się żyje". Zwłaszcza, że przykładowa śmierć od postrzału to – paradoksalnie – jedno z najlepszych możliwych rozwiązań. A przynajmniej komfortowych – po prostu koniec filmu, live fast, die young. Tylko w tej postawie niestety nikt nie myśli, że rezultat ataku nie jest zero-jedynkowy – śmierć vs. ucieczka i szczęśliwe przeżycie. Jest jeszcze postrzał, wypadek, cokolwiek co może spowodować utratę sprawności lub problemy zdrowotne do końca życia. Kiedyś nie zawracałem sobie tym głowy, ale dziś świadomość że z powodu oszczędności 400 złotych miałbym w wieku 70 lat mieć problemy z jakimiś podstawowymi czynnościami życiowymi jest raczej przytłaczająca.

Niestety większość z naszych krajanów podróżuje w taki właśnie sposób. Jakość może być kiepska, bezpieczeństwo lipne, ważne żeby było tanio. A potem oburzenie na biuro podróży że te nic nie robi aby sprowadzić ich do kraju, lub że nie informowało o możliwych niebezpieczeństwach. Niestety, głupota była w nas od dawna i wyplewianie jej idzie bardzo ciężko. Zwłaszcza jak czytałem przerażone wypowiedzi po ostatnim ataku na plaży w Sousse. Najbardziej rozbawiały mnie twierdzenia że generalnie jak dotąd miejsce to było bezpieczne. Hm... mi wystarczył jeden wyjazd aby stwierdzić coś zupełnie odmiennego. Ot, informacje o niezliczonych kradzieżach kieszonkowych (temu co nam zwinął aparat nadal życzę aby Allah dał mu szczęście w życiu i sprawił aby musiał wykarmić co najmniej kilkunastu potomków), czy choćby widok kontrolnej budki policyjnej przy ulicach kilku punktów miasta. Powiedzmy sobie szczerze, takie budki z jakiegoś powodu zostały tam postawione. Chyba nie muszę więc tłumaczyć czemu nie zdziwiły mnie informacje o problemach terrorystycznych w Tunezji i Sousse zwłaszcza?

Nasłuchując newsów z całego świata odnoszę wrażenie, że tegoroczny sezon wakacyjny był jednym z najgorszych dla klientów biur podróży. No bo tak - Egipt już od dawna emanuje niebezpieczeństwem. I choćby nie wiem jak Egipcjanie czarowali że zagrożenie do kurortów nie zawita, to działania tzw. państwa islamskiego  na Synaju w mojej opinii skreśla na jakiś czas Hurghadę i Sharmę. Tunezja - wiadomo. Niestety Turcja również staje się punktem zapalnym nie tylko w kontekście dżihadystów (czyt. Kobane), ale też Kurdów i politycznych niepokojów wewnątrz kraju. Wiele osób nie zauważa też problemów Grecji. OK, tutaj jest kwestia finansowo-ekonomiczna, ale od niej wiedzie bardzo krótka droga do niepokojów społecznych. Co więcej, warto pamiętać o coraz częstszych problemach na tle rasowym, które - sądząc po zmieniających się preferencjach politycznych - mają w Grecji pewien poklask. Na tle wyżej wymienionych istną oazą spokoju może się wydawać Chorwacja. Niestety tak nie jest. Z coraz większym niepokojem obserwuję bowiem skomplikowaną sytuację na całych Bałkanach i osobiście twierdzę, że może ona być większym zagrożeniem dla Europy niż problem Wschodniej Ukrainy.

Co zatem wybrać? Odpowiem wymijająco - to nie mój problem, ponieważ nie korzystam z biur podróży ;) Warto jednak nie popadać z jednej skrajności w drugą, ponieważ wtedy każde miejsce na świecie można odebrać jako niebezpieczne. Przyznam się, że i ja mimo wszystko podejmuję ryzyko. Zbliżający się urlop mam bowiem zamiar spędzić w Paryżu i w Kraju Basków. Paryż - wiadomo, pomimo ogromnego aparatu bezpieczeństwa jakiś incydent zawsze może się wydarzyć. W kwestii Kraju Basków być może niektórym z Was będzie mówiła coś nazwa ETA. Do tego w ciągu ostatnich kilku miesięcy zastanawiałem się nad opcjami Belgradu, Izraela czy nawet Iranu. Owszem, opcje nie ociekające stuprocentowym bezpieczeństwem. Jednak na szczęście do podróżowania nie podchodzę już w sposób ambicjonalny i wytworzyłem w sobie pewien hamulec bezpieczeństwa: jeśli jakieś informacje wzbudzają we mnie pewne wątpliwości co do bezpieczeństwa, wolę nie ryzykować dla wydanych już kilkuset złotych.

niedziela, 2 czerwca 2013

Po co ta kolejna dotacja dla LOTu?

Ostatnio nie miałem za dużo czasu na śledzenie informacji prasowych, niemniej nawet w takiej sytuacji udało mi się zauważyć jakby przypadkowo skorelowane w czasie dwa wątki dotyczące PLL LOT. Pierwszy z nich to pozytyw w postaci restartu regularnych rejsów Dreamlinera, drugi to pojawiająca się potrzeba kolejnego dofinansowania linii z budżetu Państwa. Ciekawy jestem na ile czas ich pojawienia się w prasie jest sprawą przypadkową, na ile natomiast sprawnie zorganizowanym politpijarem? Tak czy siak zaciekawiło mnie proste wyliczenie jednej ze stacji telewizyjnych, które wspominało że każdy z Polaków musiałby znów dołożyć nieco ponad 10 złotych na ratowanie naszego tzw. narodowego przewoźnika. Na przekonaniu mnie w wątpliwościach po co miałbym łożyć na tą linię swoje pieniądze nie trzeba było czekać długo.
Otóż wczoraj sieć obiegła informacja dotycząca zaskakująco ciekawych cen w nowej taryfie first minute. Kurczę, loty za 160 złotych w obie strony! Niestety promocja ta znów potwierdziła że LOT powinien mieć zakaz podpisywania się nazwą Polskie Linie Lotnicze, ponieważ bardziej trafną byłaby Warszawskie Linie Lotnicze. Za dowód niech świadczą zrzuty ekranu z systemu rezerwacyjnego zamieszczone poniżej. Bilety na te same terminy, lot Warszawa-Helsinki - około 160 złotych, lot Wrocław-Helsinki - ponad 1000 złotych! No OK, jestem w stanie zrozumieć że przewoźnik nie jest od tego aby dotować połączenia z każdego portu regionalnego i obniżanie cen na tak lukratywnych dla niego i pozbawionych bezpośredniej konkurencji trasach jak Warszawa-Wrocław nie miałoby sensu ekonomicznego. Dlatego nie oczekuję cen rzędu 2x160 złotych. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego przewoźnik życzy sobie zapłacić drożej za lot z przesiadką Wrocław-Warszawa-Helsinki niż gdybym tą samą trasę miał odbyć na osobnych biletach? Jak widać w załącznikach, za przesiadkę na jednym bilecie przewoźnik życzy sobie dodatkowe ponad 200 złotych. Gwoli ścisłości dodaję, że wybranego dnia wszystkie rejsy na danej trasie - niezależnie od godzin - są w takiej samej cenie. Nie ma więc wyjątku że najtańszy rejs powrotni WAW-WRO jest przed wylądowaniem lotu z Helsinek więc kolokwialnie ceny się nie zesmaczują.


Cóż, jest to niepierwsza taka zagrywka naszego tzw. narodowego przewoźnika, który chce pieniędzy od wszystkich Polaków, niemniej większość z nich ma w głębokim poważaniu. W takiej sytuacji nie ma co się dziwić że coraz większy rynek zdobywa konkurencja, choćby Lufthansa która na tej samej trasie w tym samym dniu oferuje bilety w porównywalnych cenach. Gdybym musiał lecieć do Helsinek i bym nie był uzależniony od godzin, to wybrałbym ofertę Niemców. Ot tak, choćby za karę.

sobota, 11 maja 2013

Jest taki stereotyp, że każdy kto fascynuje się lotnictwem od małego chciałby być pilotem samolotu. Cóż się dziwić, skoro według większości podróże lotnicze opierają się głównie na pilotach, no może jeszcze stewardessach. A cała reszta? Dopiero po chwili zastanowienia się wychodzi że jest ogromny sztab ludzi wspierających, zarówno na lotniskach, jak też samych liniach lotniczych czy firmach w jakiś sposób współdziałających z tym przemysłem. Jak duży jest ten sztab? Nie wiem. Kiedyś czytałem tylko że lotnisko w Madrycie jest największym pracodawcą w tym ogromnym mieście.
U mnie fascynacja lotnictwem zaczęła się dość późno. Zresztą dość późno zaczęło się podróżowanie którego zainteresowanie lotnictwem jest pochodną. Oczywiście wśród rozmów rodzinnych było standardowe pytanie a może chciałbyś być pilotem - oczywiście zupełnie bez uwzględnienia faktu że szkolenie w tym celu trzeba zacząć dużo, dużo wcześniej. Zawsze jednak odpowiadałem że przecież mnie interesują bardziej techniczne rzeczy, procedury, mapy, zestawy danych a - nawet jeśli jeszcze byłbym w wieku kiedy mógłbym rozpocząć ścieżkę szkoleń mogącą się finalizować pilotowaniem maszyny liniowej - odpowiedzialność za ludzi na pokładzie raczej by mnie przerażała.
Skorotechnikalia, procedury i mapy to może jednak coś na wzór kontroli lotów? Tak. Oczywiście prawdziwa kontrola zupełnie odpada. Również z powodu wieku, ale także charakteru. Ale w ramach hobby... W końcu internet w dzisiejszych czasach zapewnia mnóstwo rozrywki na rozmaite sposoby. No właśnie, te cholerne zjadacze czasu. Niedawno odkryłem grę ATC Simulator. Jest to gra o banalnie prostych zasadach - kontrola ruchu wokół jednego z wybranych lotnisk. I to nie na zasadzie rysowania palcem ścieżki lotu. Bez żadnych wodotrysków graficznych, świecidełek i zabawnych dźwięków. Po prostu kropka z kreską która musi zostać doprowadzona do innej kreski - pasu startowego. Ktoś by się spytał co w tym ciekawego? Dla normalnej osoby pewnie nic, ale tego typu gry są tworzone dla niszowych odbiorców. Jedni więc wolą ptaszorami rozwalać świnie a ja skupiać się na trzech wymiarach, prędkości, czasie oraz planowaniu co gdzie i kiedy powinno się znaleźć w wyznaczonym miejscu.
Oczywiście grę można doprowadzić do bardzo prostego działania. Podchodzące samoloty można wysyłać na holding zapewniając odpowiednią separację wysokości pomiędzy nimi. Potem wybrane wysyłać w stronę pasa startowego i gotowe. Ale można sobie też utrudnić sprawę umawiając się że zamiast dwóch równoległych pasów korzystać się będzie tylko z jednego licząc na to że za chwilę nie zmieni się wiatr i nie będzie trzeba zmienić kierunku podejść. Trudne? Pewnie brzmi prosto, ale okazuje się że zakolejkowanie jedenastu różnych maszyn, ścieżkę podejścia zmieniając w sporej długości slalom, jest wyzwaniem mocno stresującym i mimo wszystko wymagającym sporo myślenia.  Efekt? Głupia, prosta gierka w której niewiele się dzieje a jakoś wczoraj kolejny raz poszedłem spać gdy za oknem mogłem już dojrzeć promienie słoneczne. Cholerne pożeracze czasu :D

P.S. Wiedza na temat internetu daje sporo możliwości. Akurat nieco się znam na programowaniu stron internetowych i wiem w jaki sposób nieco podrasować kod odpowiedzialny za grę. Można więc obok dwóch pasów lotniska Heathrow dodać cztery z Madrytu, pozmieniać umiejscowienie punktów nawigacyjnych czy zasady poruszania się samolotów. Oj gmatwa to całą sprawę :D 

sobota, 27 kwietnia 2013

Ryanair exclusive

Nisko-kosztowy rynek lotniczy to naprawdę bardzo wdzięczny temat do obserwacji. Jest bowiem piekielnie dynamiczny, nie pozwala się nudzić a po kilku latach co jakiś czas potrafi porządnie zaskoczyć. Jedną z ostatnich ciekawostek stał się fakt, że jedna z najbardziej znienawidzonych i posiadających jedną z największych grup tzw. haterów firma stała się tworem ekskluzywnym. Bo naprawdę trzeba się wykazać jakimiś nadzwyczajnymi zdolnościami aby w ogóle być w stanie kupić u nich bilet lotniczy. Oczywiście pominę fakt że przed dokonaniem płatności trzeba zaznaczyć/odznaczyć/wybrać szereg opcji innych niż mówi podpowiedź aby nie narazić się na dodatkowe koszty, a wszystko to na przestrzeni ilu, już chyba kilkunastu różnych podstron? W sumie policzyłem.
  1. Strona główna, wybieram trasę i datę
  2. Podaję sekretne hasło dostępowe
  3. Wybieram konkretny lot
  4. Mnóstwo dodatkowo płatnych opcji
  5. Jakiś banner gdzie jedynym widocznym przyciskiem jest opcja dodatkowo płatna
  6. Reklamy typu bagaże, telefony i inne bzdury
  7. Kolejna reklama, tym razem Hertz
  8. Yes, wreszcie płatność
  9. Tu już chyba jest potwierdzenie rezerwacji - dawno tego nie robiłem więc nie wiem czy nie czekają w tym miejscu kolejne niespodzianki.
Mea culpa. Nawiązując jednak do tego co przed wyliczanką, oczywiście poza wątkiem jest również fakt zdarzającej się niemożności zapłacenia za wykupione loty. Już od wielu lat przewija się bowiem jakiś problem techniczny kiedy to płatności są po prostu odrzucane. Ciekawy jestem czy nieprzypadkowo najczęściej słyszałem o płatnościach dotyczących zakupów bez opcji dodatkowych, zwłaszcza kartami które kiedyś zwalniały z płatności za płatność?
 
To jednak wątki znane. Co przykuło moją uwagę podczas ostatniego przeglądania cen to zmiana systemu do wpisywania sekretnego hasła. Wygląda więc na to że stary system Captcha był niewystarczający i postawiono na skrypt wymagający większej inteligencji. Solvemedia bawi się bowiem w różne gry. Czasami trzeba więc wpisać zwykły tekst, czasami rozwiązać zadanko, rebus, być może wykonać specjalne ćwiczenie typu splunąć trzy razy przez lewe ramię a następnie hasło wklikać kciukiem lewej dłoni przełożonej pod prawą nogą ;) Typowa anty-customerska polityka Ryanair. Jednak wygląda na to że linia postawiła na ekskluzywną grupę klientów o ponadprzeciętnej inteligencji graniczącej wręcz z wyczuwaniem pozapercepcyjnym. Bo chyba trzeba mieć nawiązane połączenie z pewnego typu mocą aby wiedzieć co jest napisane w poniższych przykładach?
 
 
Oczywiście przydatną w posługiwaniu się mocą może być znajomość języka angielskiego, jednak nawet najlepsi mistrzowie Jedi mogą mieć problemy z wyczytaniem poniższych przykładów.

 
Przeglądając przykłady i z nieukrywaną radością kolejny raz klikając w przycisk ctrl+f5 w przeglądarce, odniosłem wrażenie pewnej powtarzalności słów. Zacząłem się więc zastanawiać na ile w słowniku maczał palce sam CEO Ryanair - MOL. Znany jest on bowiem z dość, no może aby nie używać wulgaryzmów to nie napiszę dosadnie jakiego charakteru (sporo Irlandczyków pasuje do tej cechy), ale zobrazuję to przykładami.
co według megasłownika oznacza
 
 
 
W ten sposób Ryanair ustrzelił niezłego hat tricka.
 
Dodatkową ciekawostką jest kolejna próba zastosowania bardziej inteligentnego marketingu. Niekoniecznie tego negatywnego (nie ważne co mówią, ważne żeby zapamiętali), gdzie strona internetowa jest po prostu wstrętna, nieczytelna, niepełna treściowo (czy tylko ja od długiego czasu widzę pustą prawą część strony głównej?) a kolorystyka jak z niskich lotów festynu. Ryanair jakiś czas temu zaczął prawdopodobnie wprowadzać bardziej inteligentne rozwiązania optymalizacyjne. Jednym z tego skutków jest pewnie poszatkowanie rozkładu lotów. Podejrzewam że jakiś mądry program wyliczył że układ lotów w taki dzień i o takich godzinach przyniesie największe zyski, przez co siatka została wymemłana bez możliwości łatwego zapamiętania że o tej porze takiego dnia tygodnia można się spodziewać rejsów w takie miejsce (piekielne utrudnienie przy planowaniu krótkich przesiadek na niecodzienne kierunki). Ciekawostką jest jednak zastosowanie captchy do gierek socjologicznych pozwalających zapamiętać kilka haseł kluczowych.
Chociaż w tym ostatnim przykładzie wydaje mi się że widzę napis "ultra blow fares" - w wolnym tłumaczeniu nadmiernie nadmuchane ceny ;) 
 
A teraz na poważnie. Ryanair po raz kolejny przekracza pewne granice totalnego olewania klientów. Oczywiście, podjęcie pewnej decyzji przez nieuwagę jest ewidentną winą klienta, ale liczba nastawionych na niego pułapek po prostu przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Dlatego od pewnego czasu wszystkim na których mi zależy odradzam korzystanie z jej usług, a jeśli już nie mają wyboru to staram się sam zrobić rezerwację. Internet jest bowiem miejscem piekielnie niebezpiecznym, zwłaszcza jeśli ktoś jest najzwyczajniej naiwny lub nierozumiejący zagrożeń czy nieczytający dokładnie na co się pisze. Dobrze że przy opisywanej Captchy jest polecenie w języku polskim wpisz. Ale szczerze takie hasło przypomina mi szereg namawiających do kliknięcia bannerów z napisami Odtwórz / Pobierz, że moja wtyczka flash jest nieaktualna i należy ją zaktualizować klikając, że znają sposób jak schudnąć 4 kilogramy w 10 dni lub że mają zdjęcia nagiego biustu jakieś telewizyjnej taniej gwiazdeczki. Najgorsze jest to, że po kliknięciu można się spodziewać wszystkiego - łącznie z wykradnięciem danych i przejęciem kontroli nad komputerem. Dlatego staram się jak mogę chronić bliskich od tego typu pokus, a Ryanair polecałbym zwrócenie nieco większej uwagi na przejrzystość własnych usług. Pominę wieloletnie historie typu bagaż podręczny i kosmiczne kary za każde przeoczenie. Przykładowa zmiana Captchy zmieniła bowiem nieco układ strony. Oczywiście mistrzowie od optymalizacji olali fakt że nieco w dół został przesunięty pewien tekst który na stronie prezentowany jest teraz w postaci dziwnych kropek. Na szczęście są tam jakieś stare śmieci - w tym przypadku napis Nie masz dostępu do tej strony jeśli używasz programu automatycznego. Jest to pewne wytłumaczenie dlaczego ta Captcha i mówi dużo więcej niż wspomniane wcześniej wpisz. Tylko że teraz ukryte. Gdybym jednak nie znał kilku technik webmasterskich pozwalających na sprawdzenie tej treści, po charakterze Ryanair spodziewałbym się najgorszego - np. tekstu "Klikając powyższy przycisk zgadzasz się na comiesięczne pobieranie z Twojej karty kredytowej abonamentu za korzystanie ze strony Ryanair, oraz dodatkowo na instalację oprogramowania pozwalającego na szpiegowanie Twojego ruchu w internecie i przechwytywanie wszelkich wpisywanych haseł dostępowych". Oczywiście wszystko to w ramach opakowanego w ładne słowa (ukrytego) disclaimera. Kontakt ze światkiem finansowym pokazał mi sporo przykładów jak łatwo można klienta czy nawet współpracownika ściemnić, wyprowadzić w pole czy zastosować jakąkolwiek inną zagrywkę do osiągnięcia własnego wątpliwej jakości zysku.

Szczerze nie wiem jak sytuacja z captchą wygląda teraz. Moje przykłady są sprzed kilku dni. Odświeżanie strony i sprawdzanie kolejnych przykładów bardzo uprzyjemniło moją przerwę z kawą. Być może Wy też znajdziecie kilka perełek? W sposób Ryanairowy życzę Wam niezłej przy tym zabawy :-)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Zwiedzanie hotelu

Kto by pomyślał że największą atrakcją w trakcie krótkiego wyjazdu będzie hotel? No dobrze, wiele ludzi tak "podróżuje". Żeby wypoczywając niemal dostać odleżyn i w międzyczasie mieć wszystko w poważaniu. Ale  żeby u mnie?
Wyjazd do Eindhoven był dość spontaniczny. Ot, miesiąc przed datą upolowało się tanie bilety lotnicze i koniec historii. W mieście tym nigdy nie byłem a dodatkowo na przyszłość chciałem zapoznać się z infrastrukturą lotniska. Latem była bowiem okazja szybkiej przesiadki na Belgrad ponieważ maszyna Wizz Air zamiast z Eindhoven wracać do Wrocławia, leciała właśnie do stolicy Serbii. W rozpoczętym dziś kolejnym sezonie letnim ma miejsce analogiczna sytuacja, tylko że samolot jest kierowany do Skopje. Obserwowałem te loty ale bałem się 25 minutowej przesiadki na nieznanym lotnisku, oraz ostatecznie nie zdecydowałem się z powodu dość wysokich cen biletów na Bałkany. W kwestii tego wypadu, przygotowania zostały ograniczone wyłącznie do spakowania się. Wcześniej byłem bowiem skupiony na nadchodzącej wizycie w Rydze. Koniec końców okazało się że gdzieś tam w czeluściach pokojowych półek przechowuję stary przewodnik po Holandii z serii Podróże Marzeń. Chociaż później okazało się że skupiono się w nim na małych miasteczkach w okolicy, samemu Eindhoven poświęcając raptem stronę czy dwie.
Nie ma czemu się dziwić, miasto charakterem przypominało mi bowiem Dortmund który opisywałem na blogu we wpisie "Przewodnik po Dortmundzie". Z tego co wyczytałem zostało ono bardzo zniszczone w trakcie II wojny światowej, w chwili obecnej stanowiąc nowoczesne miasto z raptem pojedynczymi zabytkami. Tradycyjne atrakcje ograniczają się więc do pojedynczych posągów/rzeźb, kościołów, obiektów związanych z zaczynającą tutaj swoją działalność firmą Philips a cała reszta to życie bieżące. No dobrze, może to jest opis traktujący miasto po macoszemu. Fakt jest taki że nowoczesność choćby budynków mieszkalnych także przykuwa wzrok i myśli. Oczywiście nie zastaliśmy jakiś futurystycznych szklanych domów ale o choćby zaskakujące połączenie ceglanych, odkrojonych niemal od linijki kostek z wielkimi oknami na salon. Z drugiej strony podobała się spora ilość zieleni obecnej poza ścisłym centrum - zarówno w postaci parków jak też wszelkich łąk, skwerów, przydomowych frontowych ogródków itp. Zwłaszcza że pomimo przełomu listopada i grudnia zieleń ta nadal była bardzo żywa a podchodząc do lądowania w Eindhoven podziwialiśmy pięknie mieniące się w słonecznych promieniach kolory jesieni. Kolejnym - niekoniecznie ściśle związanym z klasyczną turystyką - plusem miejsca to infrastruktura rowerowa. W końcu wizyta w Holandii jest dla cyklistów niczym pielgrzymka do Mekki o czym dopiero teraz mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.
Dwa dni naszego wyjazdu w sposób niespodziewany zostały bowiem poświęcone rowerom. Niespodziewany, ponieważ kompletnie tego nie planowaliśmy - w końcu wyjechaliśmy w porze zimowej. Wszystko zmieniło się jednak za sprawą noclegu oddalonego od centrum miasta jakieś 8 kilometrów i ceny komunikacji miejskiej. Kurs autobusem w jedną stronę kosztuje tam €3. Gdy okazało się że wypożyczenie roweru na cały dzień uszczupli nasze portfele o €8,5 a na pół  dnia nieco ponad €6 - plan działań zaplanował się tak jakoś samoczynnie. I to nawet pomimo niskiej temperatury - oscylującej pomiędzy 0℃ a 5℃. Wystarczyło jednak porządnie się zaszalikować i zakapturzyć, przywdziać kupione naprędce w H&M rękawiczki i jechać. No może jedynym minusem były niewłaściwe do jazdy buty, które powodowały że "marzły nam stopy u nóg". Jeszcze jak tak wyliczam to dodam może głupie samopoczucie że jeździłem bez kamizelki odblaskowej i kasku. Tylko że to akurat w Holandii standard.
Tak więc drugiego dnia przyjechaliśmy do centrum Eindhoven odwiedzając przy okazji jego północno-wschodnie rubieże. Trzeciego natomiast pozwoliliśmy sobie zgubić się gdzieś na południe od miasta, cyrklując po malutkich i przeuroczych mieścinach oraz terenach zielonych. Najfajniejszy był przejazd przez las/teren rekreacyjno-wypoczynkowy w okolicach Valkenswaard gdzie do dyspozycji była ziemnisto-piaskowa droga dla koni i pojazdów terenowych a obok około 1,5 metrowy wyasfaltowany ciąg będący naturalną w Holandii ścieżką rowerową. Koniec końców nabiliśmy jakieś 50 kilometrów. W takiej sytuacji nawet cieszyłem się że przez zbieg okoliczności nie udało się nam zrealizować planu jednodniowej wizyty w Rotterdamie. Holandia to bowiem dziwny kraj gdzie w wielu miejscach nie można płacić kartą kredytową a automat biletowy na stacji niedaleko hotelu dodatkowo nie przyjmował gotówki. W trakcie szukania rozwiązania okazało się że uciekł nam pociąg a w niedziele na tej stacji kolejny kurs miał być za godzinę.W związku z tym na sam Rotterdam mielibyśmy bardzo mało czasu, dlatego po powrocie do hotelu znów zdecydowaliśmy się na rowery.
No właśnie, tytułowy hotel. Okazało się bowiem że nocleg w dormie w centrum miasta będzie droższy niż w pokoju dwuosobowym w znajdującym się przy zjeździe z autostrady konferencyjnym hotelu o standardzie czterech gwiazdek! Tak więc za cenę czasu poświęcanego na dojazd mieliśmy do dyspozycji pełne i bardzo smaczne śniadanie, pokój o wymiarach niewiele mniejszych niż moje budujące się mieszkanie i wszelkie udogodnienia związane z błogosławieństwem czterech gwiazdek - brak konieczności wożenia ręczników, herbat/kaw, szamponów do kąpieli i in. Niesamowitym plusem była też infrastruktura relaksacyjno-ruchowa - niewielki basen, sauna, jacuzzi, siłownia. Na basenie nie byłem chyba ze trzy lata, nie dziwota więc że każdego dnia w hotelowym spędzałem minimum dwie godziny. Dzięki temu do Wrocławia wróciłem z tak rozruszanymi i obolałymi mięśniami, jak chyba z żadnego wcześniejszego wyjazdu ;)
Z jednej strony można było czuć niedosyt małej ilości zwiedzania klasycznego, czyt. kręcenia się po ulicach miasta. Z drugiej Eindhoven ma niewiele do zaoferowania dla zwolenników takiego tambylstwa. Dlatego rzeczywiście dużo lepszym rozwiązaniem było kamuflowanie się od popołudnia do późnego rana w hotelu i korzystania z wszelkich jego udogodnień. Przynajmniej niewiele atrakcji straciliśmy więc nie jest to klasycznie wyśmiewane przeze mnie podróżowanie na inny kontynent tylko po to aby nie wystawiać nosa poza hotelowy basen (czyt. oferty all inclusive do Egiptu czy Tunezji). Z trzeciej jeszcze strony zaaplikowaliśmy sobie nieco ruchu rowerowego chłonąc nieodparty urok małych miasteczek i świetnej infrastruktury rowerowej. Wrażenia były na tyle pozytywne że nieśmiało zaczęliśmy zastanawiać się nad tygodniowym letnim wypadem. Ten niedrogi hotel byłby miejscem wypadowym na wszystkie okolice w promieniu do 70 kilometrów, oraz dalsze miasta z użyciem kolei w jedną i powrotem rowerowym w drugą stronę. Stosunek jakości do ceny noclegu mieliśmy fantastyczny. Póki co Holandia również nie jest kierunkiem o drogich cenach biletów lotniczych. Dodatkowo rowerowy raj zobowiązuje do taniego użyczania dwóch kółek. Może więc powtórka z tegorocznego Bornholmu? Czas pokaże.
We wpisie tym zamieściłem tylko kilka fotek z wyjazdów. Całą galerię można obejrzeć na serwisie Panoramio pod linkiem 2012.11.30 - 12.03 - Eindhoven