niedziela, 23 września 2012

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Fezie (Meknes i Volubilis)

W labiryncie uliczek i zaułków, pośród setek meczetów, medres, grobowców lokalnych świętych i mauzoleów przywódców religijnych, w starych rezydencjach różnych rodów, dawnych zajazdach kupieckich i w wiekowych, często zrujnowanych domach od tysiąca lat życie toczy się nieomal w niezmienionym rytmie. Rytm ów wyznacza śpiew muezina, który zwołuje wiernych pięć razy w ciągu dnia na modlitwę. Wezwania tego nie zagłuszają silniki samochodów, te bowiem do medyny właściwie wjazdu nie mają. Jeśli coś zakłóca wędrówkę starymi ulicami, to najwyżej donośne ostrzegawcze balek ("z drogi") poganiaczy mułów i osłów,. Zwierzęta noszą wory egzotycznych przypraw, kosze ze świeżą miętą, wielbłądzie skóry do garbarni, czasami worki z cementem, a nawet skrzynki z Coca-Colą... To w medynie zobaczyć można rzemieślników pracujących w miniaturowych warsztatach, dokładanie tak, jak ich pradziadowie przed setkami lat, kobiety w tradycyjnych stojach zdążające na targ, goniące po ulicy dzieciaki czy przesiadujących w herbaciarniach staraszków w galabijach, którzy sączą powoli berber whisky - zieloną herbatę z miętą. Mowi się, że medyna jest niemal zupełnie samowystarczalna; podobno są mieszkańcy, którzy w życiu nie wyściubili nosa poza jej mury.
Niestety jakkolwiek prawdziwy jest ten opis, jego orientalność niczym z magicznej baśni przechodzi na miejscu bardzo szybką weryfikację wskutek spotkania się z twardą rzeczywistością dnia codziennego. Wystarczą do tego nawet trzy dni, chociaż dla nieprzepadających za muzułmańskimi klimatami tambylców nawet ten okres może się okazać być zbyt długim.
Więcej fotek z opisywanych miejsc można znaleźć na moim profilu serwisu Panoramio: Fez, Meknes.

Lotnisko
Lotnisko w Fezie to kolejne potwierdzenie faktu, że Maroko ostatnimi czasy mocno inwestuje w infrastrukturę transportową – zarówno wewnętrzną jak też w kwestii możliwości dojazdowych do tego kraju. Terminal lotniska od pierwszej chwili sprawia pozytywne wrażenie dzięki swej estetyce i widocznej świeżości wykonania. W drugiej chwili zauważa się jego niewielkie rozmiary co powoduje myśl "to jest to lotnisko do którego Ryanair lata z większej liczby miejsc niż choćby z Gdańska?". Otóż te bodaj 12 kierunków jest tylko złudzeniem, ponieważ lotniskowe ekrany wskazują na około cztery do sześciu rejsów wykonywanych każdego dnia... Aczkolwiek poza kursami regularnymi lotnisko pełni istotną rolę w infrastrukturze Maroka. Chwilę po wylądowaniu parkowaliśmy bowiem obok czarterowego Jumbo Jet-a na numerach jednego z krajów ropobogatych.
Czytając polskie fora i blogi można odnieść istotne wrażenie że Fez jest kierunkiem dość łatwym do osiągnięcia z naszego kraju. Rzeczywiście przy chwili obserwacji i cierpliwości można się tam dostać na pokładzie Ryanair stosując przesiadki w np. Bergamo (autorski przewodnik po Bergamo), Charleroi, Bolonii, Beauvais czy na lotniskach Londyn-Stansted lub Weeze. Pozostałe obecne na lotnisku linie lotnicze łączą Fez głównie z francuskojęzycznymi miastami - np. Paryż (easyJet, Jet4You, Royal Air Maroc), Bruksela/Charleroi (Jetairfly), Montpellier, Lyon czy Marsylia.
Lotnisko w Fezie, podobnie jak każde inne w Maroku, wymaga nieco dłuższego niż w Europie czasu na pokonanie trasy z samolotu do wyjścia z terminala lub w drogę powrotną. Podczas przylotu do Maroka należy bowiem najpierw wypełnić formularz wjazdowy z którym trzeba się stawić do odpowiednich okienek. W formularzu trzeba wpisać własne dane osobowe (imię, nazwisko, miejsce i datę urodzenia, wykonywany zawód), dane dotyczące paszportu, czas i cel podróży, oraz miejsce planowanego pobytu. W przypadku braku dokonanej rezerwacji w polu z miejscem pobytu można wpisać zwykłe "Fes Hotel", lub po prostu "Fes" - nikt tego nie weryfikuje zdając sobie chyba sprawę że freaki ciągną do afryki i miejsce noclegowe niekoniecznie jest dla nich najważniejszym wątkiem w planowanej podróży ;) Same blankiety dokumentów dostępne są na lotnisku. W trakcie lotu z Bolonii otrzymaliśmy je także w samolocie, chociaż podczas styczniowego lotu z Charleroi do Oujdy pracownicy pokładowi takich nie posiadali. Dlatego obok zamieszczam skan blankietów które można sobie wydrukować i wypełnić już przed planowanym wylotem (sprawdzane na własnej skórze - działa).
Jeśli natomiast chodzi o wyjazd z Maroka, to tutaj również obowiązują nieco inne procedury niż w przypadku lotów po Europie. Widać to już na wejściu do terminala, gdzie pasażerowie celem przeskanowania muszą oddać wszystkie swoje bagaże. Oczywiście nie ma co się obawiać tej procedury - w naszym przypadku ekran maszyny skanującej obserwowany był przez puste krzesło a hałasująca bramka bezpieczeństwa nie wzbudzała żadnego poruszenia wśród pracowników lotniska. W późniejszym etapie każdy pasażer, nawet jeśli podróżuje wyłącznie z bagażem podręcznym, zobowiązany jest do stawienia się przy stanowisku check-in najpóźniej do 40 minut przed odlotem. Należy wtedy przedstawić swój paszport i kartę pokładową która przyozdobiona będzie stosowną pieczątką. Z doświadczeń własnych - akceptowalna jest forma "zwiadowcy" wysłanego z dokumentami reszty całej podróżującej grupy. Wielkość i waga bagażu podręcznego sprawdzana jest raczej mało skrupulatnie. Przejście ze strefy ogólnodostępnej do samolotu to znów wydłużona procedura - najpierw przedstawienie dokumentów wjazdowych i weryfikacja, po czym skanowanie bagażu, przejście przez niewielką strefę wolnocłową i przez jedną z trzech bramek do samolotu. W międzyczasie można najeść się stresu przez zapewnienia pracowników lotniska że już jest za późno... Nawet gdy w odbytej dwie minuty później rozmowie personel pokładowy samolotu zapewniał że jeszcze nawet nie myślą o zamknięciu wejść gdyż maszyna nie jest jeszcze do tego przygotowana...
W kwestii dojazdu z lotniska do miasta trzeba się również uzbroić w cierpliwość i nastawić na tzw. Marokańską rzeczywistość. Oczywiście opcją najwygodniejszą są zdezelowane mercedesy Grand Taxi. Aby wziąć taki kurs warto zgłosić się do jednej z oferujących je osób. Wtedy bez naruszenia wewnętrznych zasad i skomplikowanych układów między kierowcami przejdzie się całą procedurę przydzielenia samochodu, który czasami stoi na końcu parkingu za wjazdem na teren lotniska. Nie warto się spieszyć, ponieważ może to spowodować solidną kłótnię pomiędzy różnymi kierowcami. Osoba oferująca transport jakkolwiek zapewne też jest taksówkarzem, na 90% nie będzie odpowiedzialna bezpośrednio za dowiezienie nas w wybrane miejsce. Koszt takiego kursu to 120 Dirhamów za samochód do środka którego można upchać nawet szóstkę pasażerów :D
Do miasta dojeżdżają także autobusy miejskie. Ich przystanek znajduje się obok przyjemnego trawnika - około 100 metrów na prawo od wyjścia z terminala. Opcja droższa - bilet kosztuje 20 dh - dowozi do centrum nowego miasta przejeżdżając w międzyczasie obok najważniejszych hoteli. Linia tańsza - bilet kosztuje 3,5 dh za osobę i sztukę bagażu - również dowozi pod główną stację kolejową. Legenda oficjalna głosi że linia ta (numer 16) kursuje co pół godziny. Jednak weryfikacja z opowieściami realnymi wskazują na uzbrojenie się w sporą dawkę cierpliwości. My pod lotniskiem czekaliśmy około 50 minut. Do autobusu wchodzi się tylnymi drzwiami a bilety kupuje u tamtejszego sprzedawcy. Do miasta jedzie się jakieś 30 minut ze sporym prawdopodobieństwem że w międzyczasie w środku zrobi się ogromny ścisk wpychających się na siłę współpasażerów.
Aby dojechać do lotniska najlepiej jest pojawić się w okolicach stacji kolejowej. Nieopodal znajduje się tam ogromny plac będący jednocześnie pętlą kilku linii autobusowych. W środku dnia dochodzi tam do niemal dantejskich scen z pasażerami wchodzącymi do autobusów przez okna itp. Jeżeli na mieście są korki, na autobus jadący na lotnisko podobno można czekać nawet przez dwie godziny. My po 40 minutach zdecydowaliśmy się na Grand taxi. Tuż obok przystanka znajduje się bowiem postój, ale taksówkarze sami wyłapują turystów i średnio co 4 minuty można się spodziewać propozycji podwiezienia. I tutaj bonus, ponieważ można utargować cenę do 80 dh. Tzw. petit taxi (mniejsze czerwone samochody) nie dojadą na lotnisko. Raz że jest to transport na krótkie dystanse, dwa że do środka wejdą tylko trzy osoby, trzy że dowiezie nas najdalej do skrzyżowania z drogą na lotnisko. Podobno kierowcy nie podjeżdżają pod sam terminal z powodu obaw przed "grand taxi mafią", dlatego do takiej przyjemności trzeba by było dołożyć jeszcze około dwukilometrowy spacer.

Hotel
Oczywiście w każdym przewodniku napisane jest że nie można powiedzieć że było się w Fezie jeśli nie nocowało się w środku medyny. My także początkowo planowaliśmy taki nocleg, jednak rzeczywistość mocno zweryfikowała te zamiary. Po pierwsze okazało się że nowe miasto, w którym nocowaliśmy, wcale nie jest aż tak daleko od medyny. Po drugie stosunek cen do jakości w tańszych noclegowniach medyny jest raczej mało zadowalający. Po trzecie ostatecznie znaleźliśmy fantastyczną opcję w nowym mieście o której za chwilę.
Załatwianie noclegu przed przyjazdem to operacja raczej karkołomna. Jeśli już znajdzie się w internecie jakieś informacje na temat wybranego hotelu/hostelu, to nie ma co liczyć na szybką odpowiedź drogą mailową. Pozostaje więc telefon, co przy braku znajomości języka francuskiego może stanowić istotny problem. Na szczęście poza sezonem nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca noclegowego. Koniec końców okazało się że w trakcie październikowego wyjazdu pierwszy wybrany z przewodnika hostel był w stanie przyjąć niezapowiedzianą wcześniej siedmioosobową grupę.
Na pierwsze dwa dni trafiliśmy do hostelu zrzeszonego w sieci Hosteling International. Znajduje się on w bocznej ulicy nowej części miasta. Otoczony jest wysokimi murami a w sąsiedztwie znajdują się zakłady rzemieślnicze oraz jakieś państwowe budynki z wywieszonymi flagami Maroka. Składa się on z dwóch dormów - 7osobowego kobiecego i 4osobowego męskiego. Poza tym oferuje szereg dwójek znajdujących się w parterowym budyneczku przyklejonym do otaczającego teren muru. Na pierwszy rzut oka sporą uwagę zwracają dwa problemy. Po pierwsze główna brama do hostelu otwarta jest kilka razy w ciągu dnia w wyznaczonych godzinach. Poza nimi - jeśli akurat w drzwiach pozostał klucz - można liczyć wyłącznie na przychylność słuchu współlokatorów. Po drugie ciepła woda jest dostępna wyłącznie w godzinach 8-10 rano. W zimie prysznic w tamtym dość chłodnym miejscu (łazienka na zewnątrz z nieszczelnymi drzwiami) może przyprawiać o dreszcze. Jednak przy temperaturach rzędu 30℃ za dnia zimna woda sama się nagrzewa do takiej temperatury, gdzie szybki prysznic w jej objęciach jest przyjemnym orzeźwieniem. Pomijając te dwa incydenty, miejsce posiada same plusy dla osób celujących w budżetowe podróżowanie. Po pierwsze znajduje się w pobliżu lokalnego sklepu i tanich jadłodajni nie stosujących łupieżczej polityki wobec turystów zagranicznych. Po drugie znajdujące się na jego terenie wydzielone place są doskonałym miejscem na nocne rozmowy przy winie i lokalnych owocach. Po trzecie nocleg w dormie kosztuje zaledwie 55 dh od osoby. W końcu po czwarte w jego cenę wliczone jest hojne śniadanie w postaci soku wyciskanego z pomarańczy, kawy i dwóch dużych rogalików z czekoladą. Z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce osobom odwiedzającym Fez w ciepłych miesiącach.
Na ostatni dzień w Maroku trafiliśmy do znajdującego się na ulicy Avenue Mohammed Slaoui Hotelu Maghreb. Za dwuosobowy duży pokój ze starym łóżkiem i dodatkowym materacem, balkonem z widokiem na ulicę, ciepłą wodą 24/7 i przerażającej jakości łazienką/toaletą płaciliśmy 160 dh. Polecamy wyłącznie w ostateczności. W trakcie kręcenia się po Medinie trafiliśmy również do znajdującego się obok Bab Bou Jeloud Hotelu Boujloud. Jest to odremontowany budynek oferujący łazienkę w nieźle wyglądającym dwuosobowym pokoju, klimatyzację i wi-fi na dolnym piętrze. Jednak jego koszt to 350 dh za pokój a poza sezonem 300 dh. Generalnie po kilku dniach spędzonych w Fezie odnieśliśmy wrażenie że znalezienie miejsca noclegowego w tym mieście nie powinno sprawiać żadnego problemu. Mam tutaj na myśli zarówno produkt o wyższym standardzie - szereg hoteli w Ville Nouvelle (np. znajdujący się na kończącym główny bulwar Ville Nouvelle Place de la Resistance - nowy Hotel Barceló Fez), odnowione Riady w medynie czy znajdujący się na północnym wzgórzu Hotel Les Merinides - jak też dla podróżnych freaków - mnóstwo noclegowni w okolicach bramy Bab Bou Jeloud, w środku medyny czy nawet w nowej części miasta.

Auberge de Jeunesse
Fes Hostelling International
18 rue Abdessalam Serghini
http://www.fesyouth-hostel.com/




Hotel Maghreb
25 av. Mohammed Slaoui



Medyna - Fes el-Bali
Głównym punktem docelowym podczas wizyty w Fezie jest oczywiście tamtejsza medyna. Kompleks ten został wpisany w 1981 roku na listę UNESCO. Nie spowodowało to jednak uruchomienia procesów skrupulatnych renowacji czy też konserwacji tamtejszych miejsc i budynków. Powodem wpisu jest historyczna wartość tamtejszego życia codziennego - modulo dzisiejsza rzeczywistość i industrializm - prowadzonego niezmiennie w taki sam sposób już od wielu wieków.
Pierwsze wrażenie jakie odnosi się po przekroczeniu murów medyny to rzeczywiście ciasno, tłoczno, ale zarazem bardziej naturalnie niż było dane to widzieć w miejscach żyjących prawie wyłącznie z ruchu turystycznego. Zaczynając swoje zwiedzanie przykładowo od wielkiego Placu Bou Jeloud, wzdłuż Rue Sallalin trafia się bowiem na targ rolny oferujący nieprzebrane ilości owoców, warzyw, jak też mięs. Chociaż proces "przygotowywania" produktu trwa tam nieprzerwanie, to jednak najbardziej zapadające w pamięć widoki spotyka się tam rano. Po kilku wizytach w takich miejscach można się przyzwyczaić do wiszących na hakach kozich czy nawet wielbłądzich głów. Jednak cały czas wrażenie na mnie robi możliwość kupna jednej z umieszczonych w klatkach kur, która na miejscu jest zarzynana i wstępnie pozbawiana pierza...
Poza tym medyna w Fezie to prawie niekończąca się ciasnota i tzw. "wszystko wszędzie". Wprawdzie niektóre jej rejony uległy pewnej formie centralizacji dzięki czemu można wyróżnić okolice owocowo-warzywne, rybne, odzieżowe, skórzane czy metalurgiczne. Jednak prawie na każdym kroku, w czasami niespodziewanych okolicach można znaleźć czy to kolejny stragan z pamiątkami w "specjalnych cenach", herbaciarnię, obnośnego sprzedawcę chodzącego ze swoimi owocami po całej okolicy itp. Ten ścisk powoduje sytuacje, że nawet jeśli któryś z książkowych przewodników poweźmie się ciężkiego zadania przedstawienia jako tako dokładnej mapy z naniesionymi ważniejszymi punktami, to na miejscu i tak jest ona raczej nieprzydatna. Nie ma bowiem co liczyć w medinie na widokowe punkty orientacyjne, czy ważne dla okolicznych mieszkańców budynki, które można podziwiać z pewnej odległości. Tam stragany ze wszystkim rozstawione są nawet przy ścianie Mauzoleum Idrissa II przesłaniając swoimi towarami wejście do środka. Częstokroć przytrafia się więc sytuacja kiedy to nieświadomie przechodzi się tuż obok dość istotnego miejsca najzwyczajniej go nie zauważając. Nie można się więc dziwić że w środku specjalnym zawodem stało się świadczenie usług przewodnika, propozycje których - czasami w nachalny sposób - słyszy się niemal co kilka minut.
Oczywiście najlepszym sposobem na poznanie danego miejsca jest zgubienie się w środku na kilka godzin. Może brzmieć przerażająco, jednak jakkolwiek by się nie uważało, pierwszego dnia większa czy mniejsza dezorientacja jest tak pewna jak letnie upały w Afryce. Dopiero po takiej procedurze studiując jeszcze raz przewodnik można z szyderą w głosie zareagować "przecież ja tam byłem" w szybki sposób łapiąc obeznanie co gdzie tak naprawdę się znajduje a jakie okolice raczej omijać.
Wyznacznikiem dzisiejszych lat w Fezie jest próba stworzenia kilku podstawowych tras turystycznych. Dopiero po jakimś czasie będąc na "głównych" szlakach starego miasta zacznie się zauważać znajdujące się w różnych miejscach znaki i tablice informacyjne. Znaki te w mniej lub bardziej dokładny sposób kierują wzdłuż opisanej na kilku tablicach tras. Jest to w pewnym sensie pomocne, chociaż i tak nie przeszkadza wielu mieszkańcom w oferowaniu zaprowadzenia nas w - według nich - interesujące nas miejsce.
Z miejsc które warto odwiedzić w Fezie i do których Chrześcijanie mają prawo wstępu, na pierwszym miejscu zazwyczaj wymieniane są tamtejsze garbarnie. Jest to atrakcja dość - jak to normalność w tamtym miejscu - ekstremalna. Obróbka skóry polega tam bowiem na moczeniu ich w płynach na które składają się m.in. gołębie odchody i krowi mocz. Wszystko to odbywa się na wydzielonym otwartym terenie na środku którego znajduje się wyglądający jak plaster miodu zestaw kilkudziesięciu głębokich na ponad metr mis. Wydzielany i wzmagany przez promienie słoneczne smród może być "doznaniem" ekstremalnym z poziomu tarasów widokowych umieszczonych na wysokości trzeciego piętra. Największą dawkę "wrażeń" otrzymują jednak pracownicy którzy dostarczane skóry muszą w misach ugniatać gołymi nogami. I tak od wielu wieków, tylko że w ostatnich latach z coraz bardziej dostosowywanymi pod turystów "trybunami" w postaci balkonów w okolicznych budynkach. Aby tam trafić wystarczy znaleźć się tylko w tamtejszych okolicach. Niemal pewnym jest że prędzej czy później zostanie się zaczepionym przez miejscowego naganiacza stosującego wszelkie chwyty i sztuczki aby doprowadzić nas do upatrzonego przez siebie celu. Chociaż miejsce jest zapewne czymś niesamowitym dla fanów historii cywilizacji bądź świata arabskiego, tak na mnie nie wywarło jakiegoś ogromnego wrażenia. Tym bardziej po kilkunastu kolejnych próbach namówienia mnie do odwiedzenia tamtego miejsca, nawet po zdecydowanym zakomunikowaniu że już je widziałem i nie mam potrzeby oglądania tego samego po raz kolejny. Wątek ten pozwolę sobie kontynuować w części dotyczącej bezpieczeństwa.


Kolejnym ważnym punktem na mapie turystycznej Fezu jest Medresa Abu Inana. Jest to wybudowana w połowie czternastego wieku szkoła koraniczna. Wejście na jej niewielki teren jest płatny a bilet kosztuje 10 dirhamów. Chociaż wewnętrzne patio ułożone jest na planie kwadratu o boku do 20 metrów, jest to podobno niespotykanie dużo konstrukcja tego typu. Największy podziw wywołują jednak misterne zdobienia znajdujące się na niemal każdej wolnej przestrzeni tamtejszych ścian. Początkowo wydaje się to nic nadzwyczajnego - ot niewyraźne wzory w drewnie, kiczowate kafelki i mało atrakcyjny wizualnie meczet. Jednak po chwili spędzonej na dokładniejszej obserwacji okazuje się że te uznane za niewyraźne drewniane wzory z odpowiedniej odległości okazują się być misternym, kilkuwarstwowym zdobieniem. Co zaskakujące, dokładność nie ulega pogorszeniu wraz z wzrostem wysokości zawieszenia danego elementu, co chyba jest standardem w całym mieście. Wrażenie takie odnieśliśmy przy okazji przypadkowej fotki pewnego elementu na wysokości czwartego piętra, który - z racji swojego osłonięcia z jednej strony przez mur, z dołu natomiast przez rozłożony nad straganami drewniany dach - w normalnych warunkach nie miał szansy bycia w ogóle zauważonym przez kogokolwiek. Wracając do tematu Medresy, najciekawszym jej miejscem jest sam dziedziniec. Co ważne, znajdujący się przy jej południowej ścianie meczet jest jednym z nielicznych w Maroku obiektów sakralnych dostępnych dla zwiedzających. Oczywiście wszystko do pewnego miejsca poza które stopa niewiernego nie powinna się znajdować. Chociaż dziedziniec Medresy wystawiony jest na działanie silnych promieni słonecznych warto znaleźć na nim kawałek cienia i poczekać do momentu opuszczenia go przez sporadycznie natrafiające się zorganizowane grupki turystów. Nic bowiem nie działa na utrwalenie wspomnień jak dowolność w doborze czasu na podziwianie dekoracji i ewentualna sesja zdjęciowa.



Z pewnością kolejnym miejscem wartym odwiedzenia jest znajdująca się w pobliżu placu Nejjarine XVIII wieczny funduk o tej samej nazwie. Jest to coś w rodzaju muzeum w trzypiętrowym budynku którego zgromadzono różnorakie przedmioty z drewna. Największe wrażenie robi jednak zadaszony materiałowym okryciem dziedziniec. W ciągu dnia podwyższona temperatura powoduje wydzielanie się intensywnej woni z odrestaurowanych zdobień. Ciekawi również wolna przestrzeń i tajemnicza kolorystyka tamtejszego miejsca. Wejście na teren kosztuje 20 Dirhamów od osoby, jednak warto na nie poświęcić do kilkudziesięciu minut swojego czasu. Można wtedy najzwyczajniej odpocząć od panującego na zewnątrz zgiełku bądź skorzystać z całkiem nieźle zadbanej (jak na warunki w medynie) toalety. Na dachu funduku znajduje się klimatyzowana kawiarnia. Niestety pomijając niewielkie podwyższenie na całości tamtejszego poziomu raczej trudno o zapierające dech w piersiach widoki na medynę.


Po takie najlepiej wybrać się na wzgórza znajdujące się przy północnym forcie. Chociaż wzniesienie to jest polecane na obserwowanie zachodzącego słońca, nie ma co liczyć na magiczne widoki "jak z obrazka". Główny powód jest stricte techniczny - słońce zachodzi po drugiej stronie. Niemniej bardzo głęboko w pamięć zapadają widoki domów mieniących się w ostatnich promieniach słonecznych, oraz dwuminutowe wołanie na jedną z modlitw które następuje tuż po zmroku. Dodam tylko że z tamtego punktu widzenia medyna znajduje się w niecce z której bardzo dobrze słychać dźwięki wydawane z głośników umieszczonych na tamtejszych minaretach. Jeśli do tego jeszcze dodać fakt że w samej medynie jest co najmniej kilkadziesiąt meczetów - nawoływanie to nadaje bardzo psychodelicznego zabarwienia całej scenerii.


Osoby o odpowiednio silnej woli aby doprowadzić się do stanu używalności o wczesnych godzinach porannych powinny rozważyć wizytę w tym miejscu tuż przed świtem. Tutaj znów na uwagę zasługują mieniące się domy medyny jak też zabarwione na setki odcieni okoliczne wzgórza. Samo słońce wschodzi bardzo szybko - oderwanie się od ziemi zajmuje mu może ze dwie minuty. Niemniej warto poświęcić część swojego snu na zobaczenie zarówno takiej scenerii, jak też proces budzenia się do życia całej starej części Fezu. Niestety łyżką dziegciu w tej całej sytuacji jest fakt niezbyt bezpiecznych okolic w jakich znajduje się wspomniane wzgórze. Chodzi o osiedle w którym podobno większość mieszkańców to osoby bezrobotne i niezainteresowane uczciwym trybem życia. Oczywiście samo wzgórze posiada pierwiastek normalności - choćby pomiędzy nim a rzeczonym osiedlem znajduje się jeden z lepszych w mieście hoteli a samo miejsce znajduje się w bliskiej okolicy grobowców muzułmańskich władców z rodu Merynidów. Jednak najwyraźniej miejsce zyskało sobie międzynarodową sławę wśród turystów co w naszym przypadku finalizowało się podziwianiem zachodu słońca wśród kilkunastu innych turystów, oraz kilku miejscowych młodych. Koniec końców przechodząc przez tamtejsze okolice grubo po zmroku natrafiliśmy tylko na krótką zaczepkę trzech nastoletnich chłoptasiów, jednak nigdy nic nie wiadomo...



Poza tym medyna w Fezie to niekończący się targ. Dla jednych on sam w sobie jest sporą atrakcją turystyczną, jednak nie mogę zaprzeczyć że po pewnym momencie czułem się jakbym był na zwiedzaniu np. Jarmarku Europa w Warszawie. Do pewnego momentu stragany mogą bowiem przyciągać jakąś uwagę i nie przeszkadza fakt że zasłaniają one sobą wszystko co dookoła. Chętnie też wypatruje się pewnych smaczków, jak na przykład zakłady wytwórcze w formie tzw. "dziury w ścianie". To tam bowiem na niewielkiej przestrzeni można znaleźć właściciela zazwyczaj ręcznie wykonującego swój zawód. Czasami jego wyroby kierowane są wyłącznie do miejscowych, w większości przypadków jednak można liczyć że po kilku chwilach zjawi się w naszych okolicach oferując swoje produkty za - oczywiście - odpowiednią cenę.
W trakcie pobytu w Fezie próbowaliśmy również zwiedzić tzw. dzielnicę andaluzyjską. Chociaż większość przewodników nie poświęca jej dużo swojej uwagi - przekonaliśmy się wtedy dlaczego. Może dużą rolę odegrało tutaj nasze zmęczenie kolejnymi godzinami spędzonymi w tym dziwnym środowisku, ale odnieśliśmy wtedy wrażenie że trafiliśmy w dużo biedniejsze okolice gdzie po prostu nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie. Dlatego mając na uwadze fakt że zmierzamy głównie do kolejnego meczetu do którego nie będziemy mieli wstępu - postanowiliśmy wycofać się jak najprędzej w znane nam już części miasta.
 
Ville Nouvelle (Nowe miasto) i Fes el-Jdid (Nowy Fez)
Ville Nouvelle to zwyczajowe nowe osiedle dobudowane do miasta za czasów protektoratu francuskiego. W przypadku Fezu znajduje się ono na południowy-zachód od miasta a od dzielnicy El-Jdid dzieli je odległość poniżej kilometra. W części tej nie ma co liczyć na zabytki czy pozostałości dawnych wieków. Jednocześnie jest to też dzielnica odizolowana od ciasnoty i skrajności oferowanych przez medynę. Tamtejsza rzeczywistość jest bowiem bardziej nowoczesna, zdecydowanie na wzór europejski. Wszystko to za sprawą choćby szerokich bulwarów, większych herbaciarni, wolnych miejsc pod budowę nowoczesnego szpitala, hotelu czy marketu. To tam znajduje się również stacja kolejowa oraz pętle większości linii autobusowych. Tam można też liczyć na noclegi o wyższym standardzie - w nowszych budynkach lub po prostu z dostarczaną przez całą dobę ciepłą wodą.
Tak naprawdę Ville Nouvelle nie jest żadnym punktem w kontekście zwiedzania. Znaleźć się tam można tylko w przypadku korzystania z kolei, miejskiego autobusu jadącego z lotniska, lub tańszego noclegu. Wbrew radom w przewodnikach książkowych nie należy się też obawiać odległości pomiędzy tą częścią miasta a medyną. Z opowieści towarzyszących nam podróżników wynika że zbyteczne jest posługiwanie się taksówką czy miejskim autobusem. Trasę tą w kilkanaście minut dłużej można bowiem przebyć pieszo. Wprawdzie wymaga to przedarcia się przez suk w dzielnicy el-Jdid, jednak po drodze jest okazja na zakup bardzo smacznych słodkości, orzechów, daktylów i in.
Aby przedostać się z Ville Nouvelle do Mediny najlepiej na sam początek obrać drogę na orientacyjny Place de la Resistance. Bardzo łatwo go rozpoznać - na środku ronda znajduje się bowiem sporych rozmiarów fontanna - w nocy podświetlona, której program wodny zsynchronizowany jest z muzyką. Tuż obok znajduje się też postój Petit Taxi oraz Mc Donald's. Dalej należy kierować się wzdłuż Avenue Moulay Youssef aby po kilkuset metrach znaleźć się u wejścia na ogromny Place des Alaouites. Na jego drugim końcu znajduje się najwspanialsza brama do feskiego pałacu królewskiego - Bab Al-Qsar. Jest to zwyczajowe pierwsze miejsce postojowe zorganizowanych wycieczek. Warto je jednak przeczekać i zadbać o sesję fotograficzną przy pozłacanych wrotach któregoś z siedmiu tamtejszych portali.
Niestety na teren pałacu nie można wchodzić, dlatego w dalszą część należy się udać wracając na położony po prawej stronie Bulwar Bou Ksissat. W tym miejscu wchodzimy w Mellah - tzw. miasto żydowskie. Była to rzeczywiście dzielnica do 1948 zamieszkała prawie wyłącznie przez Żydów, którzy po wojnie wrócili do tworzącego się właśnie państwa Izraelskiego. Dopiero po znalezieniu się w feskiej medynie zauważy się bardzo wyraźne różnice między architekturą muzułmańską a żydowską. W medynie tradycja bowiem nakazywała otwieranie się domów na wewnętrzny dziedziniec, a zewnętrzną część stanowił zazwyczaj gruby mur z niewielkimi oknami. Bulwar Bou Ksissat tworzą natomiast malownicze balkony i duże okna. Szkoda tylko że ulica ta zwyczajowo załadowana jest samochodami, ponieważ widoki na niej mogłyby być tematem kilku fantastycznych fotek.
Na ulicy Derb Fes el-Jdid w którą będzie trzeba skręcić znajduje się kolejny suk. Można tam nabyć przysłowiowy groch, mydło i powidło - często kiczowaty i na pierwszy rzut oka sprowadzany z Chin. Niektóre stragany oferują jednak efektowne ubrania dekoracyjne oraz - standardowo - co jakiś czas można napotkać stoisko z różnorakimi słodkościami. Przechodząc przez bliźniacze bramy Bab Makhzen i Bab Dkaken nie sposób nie zauważyć do kilkunastu bocianów które upodobały sobie tamtejsze mury. Nieopodal warto zboczyć w prawo zaglądając do ciekawego parku Jnane Sbil. Jest to fajne miejsce na chwilę odpoczynku na ławce pośród wysokich drzew różnych gatunków. Niestety nie zawsze parkowe fontanny wypełnione są wodą, jednak o poranku i tak nie powoduje to żadnych problemów. Kilkaset metrów dalej znajduje się już Plac Bou Jeloud z którego rzut kamieniem do popularnej Bab Bouj Loud lub wspomnianej wcześniej Rue Sallalin.
 
Poza miastem (Meknes, Volubillis, Atlas)
Jakkolwiek Fes przez większość przewodników opisywane jest jako miasto wielkie - w świadomości Marokańczyków niemal kultowe, tak też prawie każda książka poleca zapoznanie się również z najbliższymi okolicami tego miasta. Podchodząc do lądowania nie można nie zwrócić uwagi na wielki zbiornik wodny oddalony o około 20 kilometrów od lotniska. Chociaż jest to bodaj najmniej spodziewany obiekt jaki można ujrzeć w Afryce, to jego ewentualny potencjał turystyczno-rekreacyjny jest zerowy. Niestety, zbiornik na Tamie wodnej im. Idrissa I nie nadaje się do kąpieli. Wszystko to za sprawą zanieczyszczeń rzeki Sebou wywołanej przez pestycydy jak i nieoczyszczone ścieki dostarczane przez otaczające rzekę miasta. Dlatego zamiast sztucznego "morza feskiego" atrakcję w okolicach miasta stanowią przede wszystkim górskie okolice Atlasu Średniego, oraz historycznie istotne punkty świadczące o cywilizacyjnej obecności człowieka na tamtych terenach.
Niestety pierwszą grupę nie jestem w stanie opisać na podstawie doświadczeń własnych. Kieruję się tutaj opisami z przewodników oraz opowieściami poznanych w trakcie wizyty w Fezie podróżników. Otóż skusili się oni na objazdową wycieczkę zaoferowaną przez przypadkowego "naganiacza". Jak wspominali, w ciągu jednego dnia zwiedzili oni m.in. okoliczne miasta Sefrou, Azrou oraz Park Narodowy Ifrane. Podróżowali w siedmioosobowym samochodzie a ich przewodnik bez problemów cały czas opowiadał zarówno w języku angielskim jak też francuskim i hiszpańskim. Jego znajomość terenu skutkowała wizytami w miejscach pozbawionych nadmiernego turystycznego naciągarstwa, dzięki czemu można było zakupić sporo tamtejszych towarów po cenach dla tamtejszych mieszkańców. Ostatnim przystankiem na trasie była też wizyta w znajdującym się na obrzeżach miasta markecie Carrefour gdzie można było poczynić kolejne zapasy bez narażania się na kilkukrotnie wyższy przelicznik. Jak wynika z opowieści, koszt takiej wycieczki zamknął się w kwocie €15 od osoby przy pięcioosobowej grupie. Po wieczornej opowieści trochę żałowaliśmy że nie skusiliśmy się na ten wyjazd. Niemniej za otrzymaną wizytówką namiary na tego przewodnika są następujące:

16 Hay Nour Appt 3, Fes Maroc
tel: 06-65-73-74-43
GSM 06-52-55-25-02

Warto go zapamiętać, ponieważ w ofercie podobno jest transport w każde miejsce - nawet zwykłe przewiezienie z miasta do miasta ;)
Natomiast co do samych wymienionych wcześniej miejsc, to sporo ciekawych informacji przekazują przewodniki książkowe.W skrócie Sefrou to liczące sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców miasteczko. Stanowi ono ciekawostkę, ponieważ żyjąca tutaj do połowy XX wieku wspólnota żydowska była jedną z największych w Maroku. Dziś przepływająca przez środek okresowa rzeka Aggaï dzieli miasto na dwie bardzo wyraziste części - muzułmańską medynę, oraz Mellah z bogatą, wystawioną bardziej "na zewnątrz" architekturą żydowską. Wprawdzie Azrou samo w sobie nie ma nic do zaoferowania przybywającemu turyście, jednak dzięki świetnej lokalizacji na przecięciu tras prowadzących do Fezu, Marakeszu i Meknes staje się doskonałą bazą wypadową w okoliczny teren. Wapienne płaskowyże środkowej części Atlasu Średniego pozwalają przede wszystkim podziwiać rozległe lasy z imponującej wielkości drzewami cedrowymi. Wysoce polecane są w tym przypadku wycieczki offroadowe po rzadko uczęszczanych szlakach pośród szczytów, lasów zamieszkałych przez przyzwyczajone do widoku człowieka magoty, czasami nawet małych jezior i kaskad na niewielkich rzekach. Miasto Ifrane to natomiast unikatowe miejsce w skali całej Północnej Afryki. Założone zostało w trakcie francuskiego protektoratu a jednym z głównych powodów był okoliczny, zbliżony do alpejskiego klimat. Miasto to charakteryzuje się dużymi przestrzeniami pomiędzy kolejnymi budynkami oraz architekturą niemal żywcem zapożyczoną z europejskich standardów. Jego klimat jest dużo chłodniejszy niż w niedalekim Fezie, w końcu położone jest ponad 1600 metrów nad poziomem morza. Jest to też jedno z nielicznych miejsc w Maroku gdzie zimą można spotkać śnieg (np. tutaj w 1935 roku zanotowano najniższą temperaturę w Afryce -24℃).
Jeśli chodzi o miejsca bardziej cywilizacyjne niż przyrodnicze to w okolicy Fezu zazwyczaj polecane są Meknes i Volubilis. Meknes to tzw. miasto imperialne, czyli jedna ze stolic Państwa marokańskiego (pozostałe to Marakesz, Fez i Rabat). Jego główną atrakcją jest wpisana na listę UNESCO medyna wraz z pozostałościami wielkiego pałacu Sułtana Mulaja Ismaila. Na miejsce można dojechać koleją - podróż zajmie około godziny. Niestety z tego co zauważyliśmy główna stacja kolejowa w Meknes jest oddalona od medyny o około 4 kilometry. Nieco bliżej znajduje się stacja Gare al Amir Abdelkader jednak o ile dobrze zrozumieliśmy nie każdy pociąg ma na niej swój przystanek. Jeśli chodzi o infrastrukturę to raczej nie ma powodów do narzekania. Wprawdzie ogromnym minusem był brak możliwości otworzenia okna podczas kursu południowego (w środku panowały warunki raczej szklarniowe) jednak poza tym incydentem jakość była porównywalna do naszej kolei. Poza warunkami technicznymi Meknes to raczej miejsce dla pasjonatów świata muzułmańskiego. Podczas kilkugodzinnej wizyty udało nam się pokręcić nieco po medynie, souku, okolicach pałacu i Ville Nouvelle. Szczerze nic nadzwyczajnego a mniejsza ilość turystów powodowała że byliśmy łatwiej wyłapywani przez miejscowych jako potencjalne źródło sowitego zarobku.

Fez - kolejowo


Meknes - varia
 



Około 30 kilometrów od Meknes znajduje się jedno z najświętszych miejsc marokańskich muzułmanów. Moulay Idriss to niewielkie miasteczko powstałe wokół miejsca pochówku założyciela marokańskiej dynastii Idrisydów - Idrissa I. Niestety największa atrakcja tego miejsca - mauzoleum - nie jest dostępna niewiernym turystom. W takiej sytuacji miasto to jest warte odwiedzin ze względu na swoje malownicze położenie pomiędzy dwoma wysokimi wzgórzami oraz bliskość do Volubilis. Cztery kilometry obok miasta znajduje się bowiem nie lada gratka dla fanów klimatów starożytnych. Volubilis to bowiem rozległe stanowisko archeologiczne z pozostałościami po stolicy rzymskiej prowincji Mauretania Tingitana. Jego świetnie zachowane mozaiki i pozostałości willi oraz ruiny monumentalnych budowli stały się powodem wpisania Volubilis na listę UNESCO. Na miejsce z Meknes można się dostać oczywiście Grand Taxi, lub metodą kombinowaną. Autobusy spod stacji w Meknes wyruszają podobno co godzinę a koszt kursu to około 10 dh. Po przyjeździe do Moulay Idriss gdy pozwoli na to pogoda proponowana jest wycieczka piesza - zwłaszcza że to tylko odcinek około 4 kilometrów wiodący w głównej mierze w dół. Niestety dojazd Grand taxi nie gwarantuje powrotu - w takiej sytuacji trzeba się dogadać z kierowcą oferując oczywiście stosowną opłatę za postój.

Wyżywienie
Pod względem wyżywienia Fes i Maroko w ogóle jest miejscem gdzie nie można się nudzić. Oczywiście nie jest to miejsce bezpieczne gdzie beztrosko można próbować się ze wszystkim w każdym momencie. Przede wszystkim należy mieć uwagę na różnice w warunkach sanitarnych jak też florze bakteryjnej mogących powodować problemy z "wewnętrznymi rurami kanalizacyjnymi" przybywających osób. Oczywiście przy okazji można się obawiać wszelkich chorób ciężkich, ale najbardziej miarodajnym testem jest rozpoznanie wśród mieszkańców. Jeśli ci bowiem korzystają z danego punktu gastronomicznego, grozić nam może już tylko nieprzyzwyczajenie do tamtejszej kuchni.
Maroko to przede wszystkim soczyste owoce w rozmaitych odmianach. Tanio można tam dostać wszelkie melony, winogrona czy pomarańcze. Warto popróbować się z granatami - nawet jeśli nie przyciągają czerwoną skórką - są pyszne. Równie warto zainteresować się sprzedawanymi na wózkach owocami opuncji. Ich mięsisty środek zawiera mnóstwo twardych pestek, ale nawet jeden niewielki owoc potrafi bardzo przyjemnie orzeźwić. Można je zjeść na miejscu po obraniu przez sprzedawce. Warto zwrócić uwagę że obierane są one przy użyciu rękawiczek. Owoce te zawierają bowiem mnóstwo bardzo cieniutkich igiełek, które przy nieumyślnym złapaniu wyciągać się później będzie przez połowę dnia - niestety sprawdzane w sposób organoleptyczny ;) Będąc przy kwestii orzeźwienia, Maroko to przede wszystkim kraina świeżych soków. Warto więc co chwilę zatrzymać się w kolejnym punkcie oferującym soki z wyciskanych pomarańczy, lub koktajle ze zmieszanych lodów, mleka i innych owoców. Smak doskonały.
W kwestii pragnienia oczywiście nie można pominąć kultowej już berber whisky jak się zwyczajowo nazywa tutejszą herbatę. Za jej magią stoi mięta której świeże pędy mogą stanowić do połowy objętości szklanki, oraz zawrotne wręcz ilości cukru. Chociaż co kraj to obyczaj, co rejon to też zwyczaj. W Oujdzie herbatę podawano nam z kilkoma kostkami cukru ułożonymi obok szklanki, w Nadorze natomiast sama w sobie była już słodkim ulepkiem. W Fezie również była słodzona przed podaniem, jednak nie tak intensywnie jak w poprzednich miejscach. Tutaj również nigdy nie dodano nam do trunku drugiej szklaneczki z czystą wodą.
Od strony smakołyków - uwagę zwraca fakt, że większość przekąsek przyrządzana jest na głębokim oleju. W ten sposób na ulicy można kupić np. coś co przypomina kokosanki, pączki, lub zwykłe zapieczone ciasto przyprawione lukrową polewą. Wszystko to nieprzyzwoicie słodkie i pyszne :-)
Jeśli chodzi o coś bardziej pożywnego, to w Fezie są to dwie szkoły. W okolicach Rue Talaa Seghrira znajduje się tzw. ulica restauracji. Można tam zjeść na otwartym powietrzu przy obłożonych kolorowym obrusem stolikach i plastikowych krzesłach solidny i odpowiednio kosztowny obiad. Można też jednak zgubić się gdzieś w środku mediny licząc na to że trafi się na tzw. "dziury w ścianie" z których wydobywa się zapach jadła przyrządzanego w dokładnie taki sam sposób jak w kolorowych restauracjach. Jeśli chodzi o pełen obiad, to takowe od samego początku jadaliśmy w Ville Nouvelle. W okolicach skrzyżowania Bulwaru Abdullaha Chafchaouniego i Ulicy Abessalema Serghiniego znajduje się kilka tanich jadłodajni z których chętnie korzystają tamtejsi miejscowi. Za dwuosobowy obiad w postaci połowy kurczaka pieczonego na rożnie, dwóch typów ryżu, frytek, dwóch okrągłych pieczywek, tajine, dwóch herbat i wody zapłaciliśmy 60 dirhamów. Wprawdzie stoły nie były nakryte a za serwetki robił ten sam typ szarego papieru jaki był kładziony pod talerzami, jednak wielkość i przede wszystkim smak tego dania broniły się same. Warto tylko zwrócić uwagę, że - podobnie jak w innych miejscach - chłodzone półtoralitrowe butelki wypełniane są wodą z kranu.


Osobny temat żywieniowej historii tworzą tzw. fast foody. Są to kolejne miejsca z serii "dziura w ścianie" z której wystaje lada mniej bądź dokładniej naśladująca chłodziarkę. Warto skusić się na przygotowywaną na miejscu bułkę "z siuwaksem". Jest to zazwyczaj półokrągłe pieczywo lub bagietka do środka której wkłada się mieszankę oliwek, sałatki, frytek i wybranego typu mięsa, które pieczone jest na miejscu. Tego marokańskiego "kebaba" można zjeść na zewnątrz, lub w środku usadawiając się ciasno przy stoliku odgradzającego nas od powierzchni do pieczenia, zlewu i wszystkiego innego co jest niezbędne w tzw. kuchni. Widok i pierwsze wrażenia okropne, ale tam się jada w taki właśnie sposób. Wszelkie niepewności znikają również w momencie, gdy podniebienie zauważa jak pozornie fatalne warunki sanitarne mają się nijak do smaku którego nie spotka się nigdzie w Europie. Takie małe punkty gastronomiczne rozrzucone są po całej medynie. My od początku korzystaliśmy z jednego znajdującego się tuż za skrzyżowaniem Avenue de la Liberte i Rue Talaa Seghira. Podobne danie oferowane jest również przez wspomnianą wcześniej jadłodajnię w Ville Nouvelle. Cena takiej bułki powinna oscylować wokół 10 Dirhamów, jednak niektóre miejsca wołały sobie 15, lub nawet 20 dh. Nie wiem czy dlatego że byliśmy turystami czy jednak serwowały większe porcje - w momencie gdy pytałem się o cenę nie było innych klientów.

Ceny
Maroko jak i cała Afryka północna to miejsce bardzo zróżnicowane cenowo. Wszystko to za sprawą braku jakichkolwiek regulacji, nieumieszczania cen pod wystawionymi towarami i nieustającym próbom wyciągnięcia od turystów nienależnych dodatkowych pieniążków. Oczywiście będąc w danym miejscu pierwszy raz zawsze należy mieć świadomość że w którymś momencie mocno się przepłaci. Jednak już po pierwszych godzinach zaczyna się tworzyć listę miejsc jako-tako godnych zaufania, dla których najlepszą nagrodą za postawę jest powrót i ponowne dokonanie w nim zakupów :-) Tak czy siak, przez pełne 3,5 dnia spędzone w Maroku we dwie osoby wydaliśmy w sumie poniżej €120.
Poranne i wieczorne zakupy robiliśmy w sklepie niedaleko naszego hostelu. Jeśli chodzi o kwestię wyżywienia podstawowego, to stołowaliśmy się w okolicznym plenerowym fast foodzie. Dwa obiady składające się z połówki grillowanego kurczaka, dwóch typów ryżu, sałatki, pieczywa, tajine, herbaty i schłodzonej kranowej wody płaciliśmy 60 dirhamów. Większe przekąski - coś na wzór pity - w medynie powinno się znaleźć za około 10 dh. Herbata miętowa w medynie to zazwyczaj wydatek rzędu 5-6 dirhamów. Z przedmiotów codziennego użytku - skórzane torebki w domu z tarasem widokowym na garbarnie chciano nam opchnąć za €90 szybko schodząc do €40 a ręcznie robiony dywan u spotkanego na wzgórzach za medyną tambylcy kosztował nas €25. Dywan ten ma powierzchnię około 3m² a paradoksalnie służy nam teraz jako koc podczas popołudniowych drzemek ;)  Koszt noclegu w hostelu to około 55 dirhamów od osoby w dormie w Ville Nouvelle oraz do 350 dh za dwuosobowy pokój bez śniadania w odremontowanym hotelu przy wejściu do medyny. Nieco droższe są pokoje w Riadach w medynie. Autobus miejski z lotniska pod stację kolejową kosztował 3,5 dh, taka sama trasa Grand taxi kosztuje 120 dh za samochód. Niezbyt obfity obiad na placu przed bramą Mansour w Meknes (w przewodniku opisane jako tanie jadłodajnie) za dwie osoby kosztował nas 100 dirhamów.
Zarówno Fes jak i Meknes oferują również namiastkę zachodniej zakupowej cywilizacji. W obu miastach znalazły się bowiem zarówno jadłodajnie zachodnich marek jak też hipermarkety. W Meknes tuż obok siebie można znaleźć zarówno McDonald's jak też Pizzę Hut. McDonald's w Fezie znajduje się natomiast tuż obok Place de la Resistance kończącego główny bulwar Ville Nouvelle. W Fezie z pewnością znajduje się co najmniej jeden hipermarket Carrefour. Niestety nie jestem w stanie powiedzieć o nim nic więcej jak tylko to że widziałem go w drodze z lotniska. Z obserwacji własnych zauważyliśmy jednak że w drodze pomiędzy Ville Nouvelle a medyną znajduje się spory plac budowy w którym prawdopodobnie znajdować się będzie właśnie kolejny Carrefour. Sądzę że najpóźniej za rok miejsce to będzie już w pełni operatywne.

Bezpieczeństwo i naciąganie
W momencie planowania wyjazdu do Fezu powinno się mieć w pamięci fakt, że pobyt zarówno w mieście jak też w Maroku ogółem pod względem bezpieczeństwa nie będzie sielanką. Wynika to z innego sposobu prowadzenia życia codziennego - tam czymś zwyczajnym, u nas niespotykanym. Dla osoby która pierwszy raz w życiu znalazła się w Maroku kilkanaście pierwszych minut spędzonych w medynie to zazwyczaj chwile pełne stresu. Przerażenie może bowiem wywoływać spory ścisk, całkowicie odmienna kultura i nieustanie śledzące spojrzenia czasami tylko odprowadzające do kolejnego zakrętu a czasami finalizujące się zaoferowaniem własnych usług. W momencie tym zderzają się również dwa światy - bezpieczeństwa w hotelu czy samolocie i na pozór chaosu w którym w każdej chwili czujemy zagrożenie ze strony sprytnych kieszonkowców. To ostatnie to w moim przypadku pewnego rodzaju trauma, której nabawiłem się podczas wizyty w Tunezji (odsyłam do blogowej relacji "Pierwszy kontakt z czarnym lądem" sprzed ponad dwóch lat) i której chyba już nigdy nie wyleczę. Niemniej i na to wypracowałem swoje sposoby. O ile bowiem wszystkie bagaże zostawiliśmy w hotelu znajdującym się w nowej części miasta o tyle po samej medynie poruszaliśmy się z niezbędnym minimum bagażu. Bardzo pomógł w tym przypadku pas który kupiłem na cele wyjazdów rowerowych. W wersji podstawowej jest on niewielki, jednak magia jego pojemności ujawnia się gdy do środka bez problemów jestem w stanie spakować przewodnik książkowy, podręczny prowiant, portfel, aparat, chusteczki a z boku dwie nawet litrowej pojemności butelki. Pas taki można mieć przypięty z przodu (jak widziałem na miejscu wiele osób z zagranicy nosiło też z przodu swoje plecaki), ale również z tyłu. W drugim dniu już niemal instynktownie kręcąc się po medynie trzymałem ręce z tyłu lub na pas naciągałem koszulę w taki sposób abym poczuł każdą, nawet najmniejszą próbę gmerania przy moim bagażu.
Drugim najważniejszym zagrożeniem jakie niesie wyjazd do Fezu to fakt, że miasto to rzeczywiście nie jest zbyt bezpieczne po zmroku. Generalnie większych problemów nie mieliśmy, jednak po zmroku staraliśmy poruszać się po większych, przede wszystkim ruchliwych szlakach. Wprawdzie drugiego wieczora w poszukiwaniu skrótu zgubiliśmy się gdzieś w dzielnicy el-Jdid, ale bardzo szybko zmniejszająca się ilość osób zmierzających w tą samą co my stronę i odprowadzające nas wzroki przesiadujących w okolicach mieszkańców bardzo szybko przekazały nam informację - zmierzamy w złą stronę i trzeba jak najszybciej zawrócić. Sądzę że w sposób ogólny jest to bardzo dobry wyznacznik zabrnięcia w niewłaściwe okolice miasta.
Jak wspomniałem nieco wyżej - warto również uważać w okolicach grobowców Merynidów przy północnym bastionie. Wprawdzie miejsce to oferuje interesujące widoki podczas wschodu i zachodu słońca, jednak znajduje się w pobliżu osiedla zamieszkałego w większości przez bezrobotnych. Z rozmowy z okolicznym mieszkańcem wynikałoby, że po zmroku (co ciekawe o tej porze Fez na kilka chwil bardzo ożywa) turyści mogą natrafić na niemiło wspominane sytuacje.
Zresztą bezrobocie, różnica kulturowa i czasami błędne przekonanie o wielkich bogactwach przyjeżdżających do Maroka turystów powoduje największą uciążliwość jaką naznaczony jest zazwyczaj wyjazd. Chodzi mi oczywiście o wszelkie kanty finansowe. Wizytówką całego północnoafrykańskiego świata arabskiego jest bowiem konieczność targowania się o prawie każdą rzecz. W ciągu trzech dni dosłownie na palcach jednej ręki można było policzyć miejsca w których pod towarami przedstawiona była cena za nie. Owszem, równie sporo miejsc chciało od nas zapłaty takiej samej jak dla każdego innego klienta - nagrodą dla nich były nasze kolejne wizyty w następnych dniach - jednak niejednokrotnie spotkaliśmy się też z pierwszą wypowiedzianą wartością na poziomie kilkukrotnie droższym niż to być powinno. Jedni powiedzą: "taki urok tamtych krajów". Owszem, ale nawet osoby o sporej cierpliwości mają dosyć po kilku dniach bezustannych targów o wszystko.  Zwłaszcza w sytuacjach gdy nawet za pieczywo żądano trzykrotnie wyższej ceny niż od osoby która za to samo płaciła wcześniej na moich oczach. Albo wspomniana przez znajomego podróżnika sytuacja kiedy to usiłowano wyłudzić drugą opłatę za przewóz autobusem w którym już jechali...
Największy niesmak po całym Fezie pozostawiały jednak nie tyle próby wyłudzenia, co wręcz chamstwa. Nawet jeśli zgodnie z radami przewodnika zdecydowanie ale kulturalnie pokazuje że nie jest się zainteresowanym danym produktem, na odchodne można usłyszeć zarzuty pokroju "why?" lub kilka niemiłych słów. W wersji skrajnej jeśli sprzedający zorientują się z jakiego kraju pochodzi dany turysta można usłyszeć niemiłe "that's why" lub nawet wiązankę przekleństw w swoim ojczystym języku. Chociaż pytanie skąd się pochodzi można szybko przerodzić w zabawną sytuację odpowiadając w sposób skomplikowany. Spróbujcie się kiedyś z nazwami mało znanych państw typu Czechy, Bośnia, Macedonia, Gruzja, Mołdawia, Silesia czy nazwa fikcyjnego państwa Tomania z legendarnej komedii "Dyktator" Chaplina :-)
Najgorszą sytuację jaka się nam przytrafiła miała jednak miejsce w trakcie zwiedzania garbarni. Wyłapani zostaliśmy już na około 400 metrów od niezamierzonego w tym momencie celu. Naszym naganiaczem stał się młody chłopak który usilnie chciał nas zaprowadzić do garbarni. Oczywiście upierał się że nie chce za to ani grosza, tylko chce poduczyć się języka. Koniec końców przeprowadził nas przez nie najmilej wyglądające okolice wśród dziesiątek jego znajomych i "zaskakującym" nagłym braku osób postronnych których pełno było w tym czasie w centrum medyny. Trafiliśmy oczywiście na tarasy widokowe jego ojca, który przy okazji prowadził sklep z wszelkimi wyrobami skórzanymi. Gdy się okazało że nie mamy zamiaru kupić torebki o początkowej cenie €90 którą potem obniżył do €45, na wyjściu w drzwiach stanęło dwóch rosłych "ochroniarzy" twierdzących że za zwiedzanie oczekują od nas €10. Biorąc pod uwagę fakt, że według przewodnika za oglądanie garbarni z tarasów zazwyczaj daje się około 10 Dirhamów od osoby (jakieś 11 razy mniej) oraz że tak naprawdę widoki te nie oferują nic nadzwyczajnego - troszkę skandalicznie. Tym bardziej że za niewiele ponad €100 można bez problemów przeżyć w Maroku w dwie osoby przez trzy dni. Wspomniany wcześniej mieszkaniec okolic północnego wzgórza na opowieść o tej sytuacji zareagował tylko słowami, że ostatnio w medynie tworzy się coraz silniejsza mafia i że zaczyna się tam robić coraz mniej bezpiecznie.
 
Wrażenia ogólne
Nie jestem fanem krajów arabskich czy też północnej afryki. Po - mimo wszystko - pozytywnych wrażeniach jakie wywarł na mnie styczniowy wypad do Oujdy (blogowa relacja "Drugi kontakt z czarnym lądem"), Fez stał się kolejną okazją do sprawdzianu umiejętności podczas freak show rozgrywanego pośród ciężkiej scenerii. Chociaż faktem jest że po bardzo pozytywnym wstępie jaki został zamieszczony w naszym książkowym przewodniku - i jaki znalazł się na początku tego wpisu - w pewnym momencie oczekiwałem jakieś dawki orientu życia codziennego. Ono rzeczywiście tam jest, ale aby go zobaczyć należy spoglądać przez palce odsiewające naleciałości zdobyczy cywilizacyjnych naszych czasów. Szkoda tylko, że naleciałości te tworzą bardzo gruby płaszcz na codzienności która przemienia się tym samym w mało pociągający chaos. Owszem, tam po prostu żyje się w taki sposób co też ma jakiś klimat sam w sobie. Ale ogrom tłumu i ciasnota medyny przysłania dosłownie każdą wolną przestrzeń - tym większa to strata że miejscami przestrzeń bardzo atrakcyjną wizualnie. Do tego wszechobecne handlowanie - na krótką chwilę w jakiś sposób atrakcyjne, po jakimś czasie osiągające ciężar gatunkowy klimatu porównywalny do Jarmarku Europa czy niedzielnego targowiska we Wrocławiu.
Ogółem największy wpływ na wrażenia miały chyba ciężkie warunki z jakimi trzeba było się nam zmierzyć. Mam tutaj na myśli zarówno infrastrukturę, jak też specyficzne podejście do turysty. Czasami uderzało bowiem nienaturalne zachowanie napotkanych osób, które w miły do granic absurdu sposób chciały nas zaprosić do sklepu obok albo tylko wskazać drogę (już nawet nie zaprowadzić) do okolicznej atrakcji turystycznej. Szczerze jakkolwiek lubię obserwować życie jakie toczy się w odwiedzanych miejscach, tak wspomniane sytuacje wzbudzały we mnie odrazę i przerażenie zarazem. Zresztą spędzone na miejscu 3,5 doby tak mnie wyczerpały, że już w Bolonii następnego dnia z pokoju hotelowego wywleczony zostałem dopiero w okolicach południa ;)
Jako więc freak show - Fez jest całkiem niezłą propozycją istotnie zwiększającą bagaż doświadczeń i historii do opowiedzenia. Jednak co do unikalności tego miejsca... Cóż, medyna zapewne jest czymś nadzwyczajnym sama w sobie - w końcu nie bez powodu znalazła się na liście UNESCO. Niemniej różnice między nią a kilkoma innymi jakie miałem okazje zwiedzić w swoim życiu polegają głównie na niuansach. Wspólnym mianownikiem jest tam ścisk, pozorny chaos, handel i próby wyciągnięcia każdego Dirhama. To już przeżyłem i biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej zagrożenia - niekoniecznie będzie mnie bawił powrót do tej tematyki. W tym momencie zrozumiałem dlaczego wiele osób traktuje Maroko jako miejsce wypadów w teren - zwłaszcza w góry. Po pozytywnych opiniach towarzyszy naszej podróży - podczas następnego wypadu do Maroka z pewnością większą uwagę skupię właśnie na wybyciu poza cywilizacyjny chaos miasta.

Fez - varia




Przewodnik książkowy
Podczas naszej drugiej wizyty w Maroku znów bardzo pomocny okazał się zakupiony przewodnik wydawnictwa Bezdroża. Książka "Maroko - W labiryncie orientalnych medyn" to przede wszystkim tekst w który oprócz historii państwa czy opisywanych miejsc wdarło się sporo czasami nieocenionych rad praktycznych. Pomimo sporadycznie nieaktualnych informacji (wydawnictwo z 2010 roku) w wielu przypadkach na gotowe otrzymywaliśmy rady bardzo pomagające na miejscu w trakcie krótkiego i nagromadzonego atrakcjami wyjazdu. Tym bardziej że wydaje się iż zostały zgromadzone również przez nisko-kosztowego frika celującego bardziej w przeżycie niż wygodę.Wydawnictwo to mogę polecić bez żadnego zawahania każdemu organizującemu wypad do Maroka na własną rękę. Nabyć je można w za około 50 złotych np. w sieciach EMPiK.
ksiegarnia@bezdroza.pl
www.bezdroza.pl

2 komentarze:

  1. Bardzo pouczająca lektura przed wyjazdem do Maroka. Planujemy z małżonkiem Fez i Marrakesz, też nastawiamy się raczej na przetrwanie niż wygodę, choć mam nadzieję, że wcześniejszy pobyt w Indiach nieco mnie uodpornił na odmienność cywilizacyjną.
    Tak czy inaczej bardzo dziękuję za praktyczne rady.
    Pozdrawiam,
    Ania.

    OdpowiedzUsuń