sobota, 27 kwietnia 2013

Ryanair exclusive

Nisko-kosztowy rynek lotniczy to naprawdę bardzo wdzięczny temat do obserwacji. Jest bowiem piekielnie dynamiczny, nie pozwala się nudzić a po kilku latach co jakiś czas potrafi porządnie zaskoczyć. Jedną z ostatnich ciekawostek stał się fakt, że jedna z najbardziej znienawidzonych i posiadających jedną z największych grup tzw. haterów firma stała się tworem ekskluzywnym. Bo naprawdę trzeba się wykazać jakimiś nadzwyczajnymi zdolnościami aby w ogóle być w stanie kupić u nich bilet lotniczy. Oczywiście pominę fakt że przed dokonaniem płatności trzeba zaznaczyć/odznaczyć/wybrać szereg opcji innych niż mówi podpowiedź aby nie narazić się na dodatkowe koszty, a wszystko to na przestrzeni ilu, już chyba kilkunastu różnych podstron? W sumie policzyłem.
  1. Strona główna, wybieram trasę i datę
  2. Podaję sekretne hasło dostępowe
  3. Wybieram konkretny lot
  4. Mnóstwo dodatkowo płatnych opcji
  5. Jakiś banner gdzie jedynym widocznym przyciskiem jest opcja dodatkowo płatna
  6. Reklamy typu bagaże, telefony i inne bzdury
  7. Kolejna reklama, tym razem Hertz
  8. Yes, wreszcie płatność
  9. Tu już chyba jest potwierdzenie rezerwacji - dawno tego nie robiłem więc nie wiem czy nie czekają w tym miejscu kolejne niespodzianki.
Mea culpa. Nawiązując jednak do tego co przed wyliczanką, oczywiście poza wątkiem jest również fakt zdarzającej się niemożności zapłacenia za wykupione loty. Już od wielu lat przewija się bowiem jakiś problem techniczny kiedy to płatności są po prostu odrzucane. Ciekawy jestem czy nieprzypadkowo najczęściej słyszałem o płatnościach dotyczących zakupów bez opcji dodatkowych, zwłaszcza kartami które kiedyś zwalniały z płatności za płatność?
 
To jednak wątki znane. Co przykuło moją uwagę podczas ostatniego przeglądania cen to zmiana systemu do wpisywania sekretnego hasła. Wygląda więc na to że stary system Captcha był niewystarczający i postawiono na skrypt wymagający większej inteligencji. Solvemedia bawi się bowiem w różne gry. Czasami trzeba więc wpisać zwykły tekst, czasami rozwiązać zadanko, rebus, być może wykonać specjalne ćwiczenie typu splunąć trzy razy przez lewe ramię a następnie hasło wklikać kciukiem lewej dłoni przełożonej pod prawą nogą ;) Typowa anty-customerska polityka Ryanair. Jednak wygląda na to że linia postawiła na ekskluzywną grupę klientów o ponadprzeciętnej inteligencji graniczącej wręcz z wyczuwaniem pozapercepcyjnym. Bo chyba trzeba mieć nawiązane połączenie z pewnego typu mocą aby wiedzieć co jest napisane w poniższych przykładach?
 
 
Oczywiście przydatną w posługiwaniu się mocą może być znajomość języka angielskiego, jednak nawet najlepsi mistrzowie Jedi mogą mieć problemy z wyczytaniem poniższych przykładów.

 
Przeglądając przykłady i z nieukrywaną radością kolejny raz klikając w przycisk ctrl+f5 w przeglądarce, odniosłem wrażenie pewnej powtarzalności słów. Zacząłem się więc zastanawiać na ile w słowniku maczał palce sam CEO Ryanair - MOL. Znany jest on bowiem z dość, no może aby nie używać wulgaryzmów to nie napiszę dosadnie jakiego charakteru (sporo Irlandczyków pasuje do tej cechy), ale zobrazuję to przykładami.
co według megasłownika oznacza
 
 
 
W ten sposób Ryanair ustrzelił niezłego hat tricka.
 
Dodatkową ciekawostką jest kolejna próba zastosowania bardziej inteligentnego marketingu. Niekoniecznie tego negatywnego (nie ważne co mówią, ważne żeby zapamiętali), gdzie strona internetowa jest po prostu wstrętna, nieczytelna, niepełna treściowo (czy tylko ja od długiego czasu widzę pustą prawą część strony głównej?) a kolorystyka jak z niskich lotów festynu. Ryanair jakiś czas temu zaczął prawdopodobnie wprowadzać bardziej inteligentne rozwiązania optymalizacyjne. Jednym z tego skutków jest pewnie poszatkowanie rozkładu lotów. Podejrzewam że jakiś mądry program wyliczył że układ lotów w taki dzień i o takich godzinach przyniesie największe zyski, przez co siatka została wymemłana bez możliwości łatwego zapamiętania że o tej porze takiego dnia tygodnia można się spodziewać rejsów w takie miejsce (piekielne utrudnienie przy planowaniu krótkich przesiadek na niecodzienne kierunki). Ciekawostką jest jednak zastosowanie captchy do gierek socjologicznych pozwalających zapamiętać kilka haseł kluczowych.
Chociaż w tym ostatnim przykładzie wydaje mi się że widzę napis "ultra blow fares" - w wolnym tłumaczeniu nadmiernie nadmuchane ceny ;) 
 
A teraz na poważnie. Ryanair po raz kolejny przekracza pewne granice totalnego olewania klientów. Oczywiście, podjęcie pewnej decyzji przez nieuwagę jest ewidentną winą klienta, ale liczba nastawionych na niego pułapek po prostu przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Dlatego od pewnego czasu wszystkim na których mi zależy odradzam korzystanie z jej usług, a jeśli już nie mają wyboru to staram się sam zrobić rezerwację. Internet jest bowiem miejscem piekielnie niebezpiecznym, zwłaszcza jeśli ktoś jest najzwyczajniej naiwny lub nierozumiejący zagrożeń czy nieczytający dokładnie na co się pisze. Dobrze że przy opisywanej Captchy jest polecenie w języku polskim wpisz. Ale szczerze takie hasło przypomina mi szereg namawiających do kliknięcia bannerów z napisami Odtwórz / Pobierz, że moja wtyczka flash jest nieaktualna i należy ją zaktualizować klikając, że znają sposób jak schudnąć 4 kilogramy w 10 dni lub że mają zdjęcia nagiego biustu jakieś telewizyjnej taniej gwiazdeczki. Najgorsze jest to, że po kliknięciu można się spodziewać wszystkiego - łącznie z wykradnięciem danych i przejęciem kontroli nad komputerem. Dlatego staram się jak mogę chronić bliskich od tego typu pokus, a Ryanair polecałbym zwrócenie nieco większej uwagi na przejrzystość własnych usług. Pominę wieloletnie historie typu bagaż podręczny i kosmiczne kary za każde przeoczenie. Przykładowa zmiana Captchy zmieniła bowiem nieco układ strony. Oczywiście mistrzowie od optymalizacji olali fakt że nieco w dół został przesunięty pewien tekst który na stronie prezentowany jest teraz w postaci dziwnych kropek. Na szczęście są tam jakieś stare śmieci - w tym przypadku napis Nie masz dostępu do tej strony jeśli używasz programu automatycznego. Jest to pewne wytłumaczenie dlaczego ta Captcha i mówi dużo więcej niż wspomniane wcześniej wpisz. Tylko że teraz ukryte. Gdybym jednak nie znał kilku technik webmasterskich pozwalających na sprawdzenie tej treści, po charakterze Ryanair spodziewałbym się najgorszego - np. tekstu "Klikając powyższy przycisk zgadzasz się na comiesięczne pobieranie z Twojej karty kredytowej abonamentu za korzystanie ze strony Ryanair, oraz dodatkowo na instalację oprogramowania pozwalającego na szpiegowanie Twojego ruchu w internecie i przechwytywanie wszelkich wpisywanych haseł dostępowych". Oczywiście wszystko to w ramach opakowanego w ładne słowa (ukrytego) disclaimera. Kontakt ze światkiem finansowym pokazał mi sporo przykładów jak łatwo można klienta czy nawet współpracownika ściemnić, wyprowadzić w pole czy zastosować jakąkolwiek inną zagrywkę do osiągnięcia własnego wątpliwej jakości zysku.

Szczerze nie wiem jak sytuacja z captchą wygląda teraz. Moje przykłady są sprzed kilku dni. Odświeżanie strony i sprawdzanie kolejnych przykładów bardzo uprzyjemniło moją przerwę z kawą. Być może Wy też znajdziecie kilka perełek? W sposób Ryanairowy życzę Wam niezłej przy tym zabawy :-)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Zwiedzanie hotelu

Kto by pomyślał że największą atrakcją w trakcie krótkiego wyjazdu będzie hotel? No dobrze, wiele ludzi tak "podróżuje". Żeby wypoczywając niemal dostać odleżyn i w międzyczasie mieć wszystko w poważaniu. Ale  żeby u mnie?
Wyjazd do Eindhoven był dość spontaniczny. Ot, miesiąc przed datą upolowało się tanie bilety lotnicze i koniec historii. W mieście tym nigdy nie byłem a dodatkowo na przyszłość chciałem zapoznać się z infrastrukturą lotniska. Latem była bowiem okazja szybkiej przesiadki na Belgrad ponieważ maszyna Wizz Air zamiast z Eindhoven wracać do Wrocławia, leciała właśnie do stolicy Serbii. W rozpoczętym dziś kolejnym sezonie letnim ma miejsce analogiczna sytuacja, tylko że samolot jest kierowany do Skopje. Obserwowałem te loty ale bałem się 25 minutowej przesiadki na nieznanym lotnisku, oraz ostatecznie nie zdecydowałem się z powodu dość wysokich cen biletów na Bałkany. W kwestii tego wypadu, przygotowania zostały ograniczone wyłącznie do spakowania się. Wcześniej byłem bowiem skupiony na nadchodzącej wizycie w Rydze. Koniec końców okazało się że gdzieś tam w czeluściach pokojowych półek przechowuję stary przewodnik po Holandii z serii Podróże Marzeń. Chociaż później okazało się że skupiono się w nim na małych miasteczkach w okolicy, samemu Eindhoven poświęcając raptem stronę czy dwie.
Nie ma czemu się dziwić, miasto charakterem przypominało mi bowiem Dortmund który opisywałem na blogu we wpisie "Przewodnik po Dortmundzie". Z tego co wyczytałem zostało ono bardzo zniszczone w trakcie II wojny światowej, w chwili obecnej stanowiąc nowoczesne miasto z raptem pojedynczymi zabytkami. Tradycyjne atrakcje ograniczają się więc do pojedynczych posągów/rzeźb, kościołów, obiektów związanych z zaczynającą tutaj swoją działalność firmą Philips a cała reszta to życie bieżące. No dobrze, może to jest opis traktujący miasto po macoszemu. Fakt jest taki że nowoczesność choćby budynków mieszkalnych także przykuwa wzrok i myśli. Oczywiście nie zastaliśmy jakiś futurystycznych szklanych domów ale o choćby zaskakujące połączenie ceglanych, odkrojonych niemal od linijki kostek z wielkimi oknami na salon. Z drugiej strony podobała się spora ilość zieleni obecnej poza ścisłym centrum - zarówno w postaci parków jak też wszelkich łąk, skwerów, przydomowych frontowych ogródków itp. Zwłaszcza że pomimo przełomu listopada i grudnia zieleń ta nadal była bardzo żywa a podchodząc do lądowania w Eindhoven podziwialiśmy pięknie mieniące się w słonecznych promieniach kolory jesieni. Kolejnym - niekoniecznie ściśle związanym z klasyczną turystyką - plusem miejsca to infrastruktura rowerowa. W końcu wizyta w Holandii jest dla cyklistów niczym pielgrzymka do Mekki o czym dopiero teraz mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.
Dwa dni naszego wyjazdu w sposób niespodziewany zostały bowiem poświęcone rowerom. Niespodziewany, ponieważ kompletnie tego nie planowaliśmy - w końcu wyjechaliśmy w porze zimowej. Wszystko zmieniło się jednak za sprawą noclegu oddalonego od centrum miasta jakieś 8 kilometrów i ceny komunikacji miejskiej. Kurs autobusem w jedną stronę kosztuje tam €3. Gdy okazało się że wypożyczenie roweru na cały dzień uszczupli nasze portfele o €8,5 a na pół  dnia nieco ponad €6 - plan działań zaplanował się tak jakoś samoczynnie. I to nawet pomimo niskiej temperatury - oscylującej pomiędzy 0℃ a 5℃. Wystarczyło jednak porządnie się zaszalikować i zakapturzyć, przywdziać kupione naprędce w H&M rękawiczki i jechać. No może jedynym minusem były niewłaściwe do jazdy buty, które powodowały że "marzły nam stopy u nóg". Jeszcze jak tak wyliczam to dodam może głupie samopoczucie że jeździłem bez kamizelki odblaskowej i kasku. Tylko że to akurat w Holandii standard.
Tak więc drugiego dnia przyjechaliśmy do centrum Eindhoven odwiedzając przy okazji jego północno-wschodnie rubieże. Trzeciego natomiast pozwoliliśmy sobie zgubić się gdzieś na południe od miasta, cyrklując po malutkich i przeuroczych mieścinach oraz terenach zielonych. Najfajniejszy był przejazd przez las/teren rekreacyjno-wypoczynkowy w okolicach Valkenswaard gdzie do dyspozycji była ziemnisto-piaskowa droga dla koni i pojazdów terenowych a obok około 1,5 metrowy wyasfaltowany ciąg będący naturalną w Holandii ścieżką rowerową. Koniec końców nabiliśmy jakieś 50 kilometrów. W takiej sytuacji nawet cieszyłem się że przez zbieg okoliczności nie udało się nam zrealizować planu jednodniowej wizyty w Rotterdamie. Holandia to bowiem dziwny kraj gdzie w wielu miejscach nie można płacić kartą kredytową a automat biletowy na stacji niedaleko hotelu dodatkowo nie przyjmował gotówki. W trakcie szukania rozwiązania okazało się że uciekł nam pociąg a w niedziele na tej stacji kolejny kurs miał być za godzinę.W związku z tym na sam Rotterdam mielibyśmy bardzo mało czasu, dlatego po powrocie do hotelu znów zdecydowaliśmy się na rowery.
No właśnie, tytułowy hotel. Okazało się bowiem że nocleg w dormie w centrum miasta będzie droższy niż w pokoju dwuosobowym w znajdującym się przy zjeździe z autostrady konferencyjnym hotelu o standardzie czterech gwiazdek! Tak więc za cenę czasu poświęcanego na dojazd mieliśmy do dyspozycji pełne i bardzo smaczne śniadanie, pokój o wymiarach niewiele mniejszych niż moje budujące się mieszkanie i wszelkie udogodnienia związane z błogosławieństwem czterech gwiazdek - brak konieczności wożenia ręczników, herbat/kaw, szamponów do kąpieli i in. Niesamowitym plusem była też infrastruktura relaksacyjno-ruchowa - niewielki basen, sauna, jacuzzi, siłownia. Na basenie nie byłem chyba ze trzy lata, nie dziwota więc że każdego dnia w hotelowym spędzałem minimum dwie godziny. Dzięki temu do Wrocławia wróciłem z tak rozruszanymi i obolałymi mięśniami, jak chyba z żadnego wcześniejszego wyjazdu ;)
Z jednej strony można było czuć niedosyt małej ilości zwiedzania klasycznego, czyt. kręcenia się po ulicach miasta. Z drugiej Eindhoven ma niewiele do zaoferowania dla zwolenników takiego tambylstwa. Dlatego rzeczywiście dużo lepszym rozwiązaniem było kamuflowanie się od popołudnia do późnego rana w hotelu i korzystania z wszelkich jego udogodnień. Przynajmniej niewiele atrakcji straciliśmy więc nie jest to klasycznie wyśmiewane przeze mnie podróżowanie na inny kontynent tylko po to aby nie wystawiać nosa poza hotelowy basen (czyt. oferty all inclusive do Egiptu czy Tunezji). Z trzeciej jeszcze strony zaaplikowaliśmy sobie nieco ruchu rowerowego chłonąc nieodparty urok małych miasteczek i świetnej infrastruktury rowerowej. Wrażenia były na tyle pozytywne że nieśmiało zaczęliśmy zastanawiać się nad tygodniowym letnim wypadem. Ten niedrogi hotel byłby miejscem wypadowym na wszystkie okolice w promieniu do 70 kilometrów, oraz dalsze miasta z użyciem kolei w jedną i powrotem rowerowym w drugą stronę. Stosunek jakości do ceny noclegu mieliśmy fantastyczny. Póki co Holandia również nie jest kierunkiem o drogich cenach biletów lotniczych. Dodatkowo rowerowy raj zobowiązuje do taniego użyczania dwóch kółek. Może więc powtórka z tegorocznego Bornholmu? Czas pokaże.
We wpisie tym zamieściłem tylko kilka fotek z wyjazdów. Całą galerię można obejrzeć na serwisie Panoramio pod linkiem 2012.11.30 - 12.03 - Eindhoven

   

niedziela, 24 marca 2013

Koniec Google-owego czytnika RSS

Dziś temat bardziej blogowo-treściowy niż podróżny. Otóż parę dni temu jak grom z jasnego nieba trzasnęła zła informacja od wujka Google, który postanowił w ciągu kwartału zamknąć jedną z najbardziej według mnie przydatnych usług - Czytnik RSS. Czemu to taka ważna informacja? Ponieważ dobrze skonfigurowany program może być kluczowym centrum zarządczym - obok wyszukiwarki i poczty, elementem podstawowej trójcy dostępowej do internetu. Zamiast z uporem maniaka codziennie zaglądać na te same strony wystarczyło bowiem zapisać odpowiednie kanały RSS, posortować, ponazywać i czekać aż informacje same będą spływały z kilkuset źródeł w jedno miejsce. Odpowiedni design miał dwie piekielnie przydatne funkcjonalności. Pierwsza z nich to radzenie sobie z bardzo dużymi ilościami treści. Po tytułach lub wstępniakach szybko można było pominąć tematy nieinteresujące, skupiając się na ciekawych - to np. w kwestii dużych serwisów informacyjnych. Poza tym nic nie ginęło. Skoro wszystko było przechowywane w chmurze i posortowane w formie listy, można było wrócić z tygodniowej podróży i łatwo zobaczyć co nowego pojawiło się w międzyczasie. Kolejną ważną funkcjonalnością było też informowanie czy pojawiło się coś nowego z rzadko aktualizowanych źródeł. Po co bowiem odwiedzać codziennie strony takie jak ten blog, który niejednokrotnie zaliczył kilkumiesięczną przerwę w aktualizacjach, czy profil ze zdjęciami podróżników, którzy z powodów oczywistych wrzucają nowe fotki co najwyżej kilka razy w ciągu roku? Czytniki RSS same sprawdzają czy pojawiło się coś nowego dzięki czemu w zasadzie nic nie było w stanie umknąć.
No dobrze, jeśli ktoś codziennie korzysta z tej technologii to zna jej wartość. Jeśli nie, bardzo polecam zainteresowanie się. Niestety, wracając do merituum, Google ze znanych tylko sobie powodów - w jakiś tam sposób tłumaczonych użytkownikom - rezygnuje z tej usługi. Szkoda dla nas i bardzo duża ujma na ux (user experience) związanym z firmą usług. Oczywiście na rynku jest sporo zastępników, jednak w wyniku ogromnej popularności czytnika były one raczej mało znane i rozwijane. Do lata jest czas żeby sprawdzić alternatywy. Nie ma bowiem szans żebym stracił możliwość czytania hm... już chyba ponad setki różnych małych, ciekawych ale rzadko kiedy aktualizowanych blogów.
Dla zainteresowanych, kanał RSS tego bloga znajduje się pod adresem http://tambylstwo.blogspot.com/feeds/posts/default

wtorek, 19 marca 2013

Początek roku

Oj zarósł blog kurzem. Niestety ostatnio kilka rzeczy trzeba było przeorganizować co wymagało ciutek pracy i koncentracji. No dobrze, poza tym ostatnio miałem też nieodpartą pokusę częstego leniuchowania i cieszenia się większą ilością wolnego czasu. Na szczęście większość spraw już została nakierowana na właściwe tory. Kupione mieszkanie przyjmuje coraz ładniejsze kształty i paradoksalnie nie mogę doczekać się początku jesieni kiedy to będę mógł się tam wprowadzić. Zacząłem interesować się finansami na bazie czego powstał nowy blog. Koniec końców rozstanie ze zbyt często łamiącym prawo i oszukującym byłym pracodawcą oraz procedury (także sądowe) z tym związane również najwyraźniej podążają we właściwym kierunku i już niewiele jestem w stanie na nie wpłynąć. Czas więc wrócić do świata podróży.
No właśnie, zarosło to kurzem. Przez ponad miesiąc nie byłem w stanie choćby wrzucić na panoramio wszystkich fotek z podróży po Maroku. Ale cyklicznie nadrabiam :-) Mam nadzieję że niedługo nadrobię też zaległości w promocjach lotniczych i uda się znaleźć coś w sensownych cenach. W kwestii blogowania, w trakcie przerwy przygotowywałem nieco tekstu pisanego ale jeszcze nienadającego się na publikację. Zresztą takich wątków jest więcej - choćby wymagające doszlifowania przewodniki po Stambule czy Teneryfie - miejscach odwiedzonych już ponad rok temu! Zatem klawiatura w ruch a co jakiś czas efekty tego powinny być widoczne na stronie głównej :-)

niedziela, 23 grudnia 2012

Problemy PLL LOT

Gdy opadły emocje po hurraoptymizmie związanym z przylotem dreamlinera ogólnopolskie media obiegła informacja o bardzo dużych kłopotach finansowych PLL LOT. A czy to coś nowego w ciągu ostatnich kilku lat - można szyderczo zapytać. W zasadzie nic nowego. Zastanowiła mnie jednak informacja dotycząca pomocy publicznej o jaką poprosiła linia - 400 milionów złotych w trybie natychmiastowym, półtora miliarda docelowo.
Oczywiście ot taka sobie przekazana pomoc publiczna w świecie unijnych regulacji jest niedozwolona. W skrócie - na ruch taki przyznawana jest zgoda jeśli zaprezentowany zostanie właściwy plan naprawczy sprawiający że podmiot stanie się dochodowy. Szczerze wątpię w taki plan. Jak informują media LOT otrzymał bowiem pomoc 11 lat temu. Ostatnie lata również nacechowane były różnorakimi zabiegami aby w firmę wpompować pieniądze w taki sposób, żeby Unia nie dopatrzyła się cech pomocy publicznej. Mowa tutaj o wydzielaniu różnych bytów które to następnie były sprzedawane spółkom zakładanym przez państwo. Do tego dochodziło sprzedawanie na potęgę wszelkich aktywów - udziałów w innych krajowych spółkach, nieruchomości i in. Jak widać działania te nie wyprowadziły PLL z dołka finansowego, dlaczego więc powinienem wierzyć że teraz się uda? Czy LOT czeka zatem przyszłość podobna do Malev?
Powiem szczerze, kwota 1,5 miliarda złotych przekazana na cele niby wyprowadzenia PLL na prostą jest dla mnie wręcz niewyobrażalna. Wikipedia twierdzi że firma zatrudnia jakieś 3000 pracowników. Daje to około 500 tysięcy złotych na utrzymanie jednego stanowiska! Równowartość pensji rzędu ponad 10 tysięcy złotych przekazywanej przez cztery lata i to bez gwarancji że kwota ta cokolwiek zmieni. Nie za dużo trochę? Z punktu widzenia mieszkańca na zachód od Warszawy - trochę tak. Powiem wręcz więcej, w mojej opinii jest to pompowanie wielkich funduszy w zabawkę którą pobawi się wyłącznie stolica. Obserwując bowiem ostatnie poczynania LOT można odnieść wrażenie że jest to bardziej Warszawska niż Polska Linia Lotnicza.
Weźmy bowiem możliwość lotów krajowych. LOT oferuje tylko połączenia bezpośrednie do Warszawy. Na trasach z Gdańska czy Wrocławia od wielu lat wykorzystuje pozycję monopolisty zaniżając podaż do takiego poziomu, aby niewielka firma nie mogła w akceptowalnych cenach wysłać swojego pracownika na delegację. W przypadku wyjazdów zagranicznych, często pojawia się problem nieprzemyślanych godzin lotu przez co nie ma szans aby złapać w Warszawie przesiadkę na rejsy w różnych kierunkach. W ten sposób PLL LOT pcha rynek natywny w obce ręce - zazwyczaj Lufthansy. Osobistą sympatię linia zdobywa promocjami pokroju Szalonej Środy czy taryfy First Minute. Co z tego jeśli dość łatwo jest znaleźć oferty z Warszawy a - w efekcie drożyzny na trasach krajowych - bardzo ciężko jeśli chce się do tego dodać dolot z portu regionalnego?
Czy zatem brak pomocy publicznej dla LOT i w końcowym efekcie prawdopodobnie jego upadek będzie dla pasażera portu regionalnego jakimś uszczerbkiem? Chyba nie. W końcu trasy po kontynencie są oferowane poprzez tandem linii niskokosztowych i niekiedy sieciowych przewoźników zagranicznych głównie spod znaku Star Alliance. Być może zwiększoną podaż ruchu wysokopłatnego wykorzystają nowi przewoźnicy wchodzący do regionów - może British Airways, KLM, Swiss, Norwegian? Trasy do Warszawy zostaną przejęte przez Eurolot i być może w niektórych przypadkach Wizz Air lub Ryanair. Sama Warszawa też pewnie oprócz dumy niewiele straci. W końcu lotnisko w Budapeszcie dość szybko nadrobiło zaległości po upadku Malev notując spadek ruchu na poziomie zaledwie 10%.
Oczywiście upadek PLL LOT byłby dramatem dla współpracowników, pracowników i ich rodzin. Jednak nie potrafię zrozumieć oburzenia związanego z niewielkimi dotacjami regionów* do połączeń niskokosztowych a następnie żądanie od wszystkich mieszkańców tego kraju aby złożyła się na horrendalną sumę dla linii, która jest w zasadzie potrzebna tylko Warszawie.

* oczywiście mam na myśli dotacje do rejsów które realnie mogą rozwinąć region lub lotnisko a nie bezmyślnego dofinansowania wakacyjnych lotów do Grecji, Włoch czy Hiszpanii.

sobota, 22 grudnia 2012

Powrót Wizz Air na Okęcie

Jakiś czas temu sieć obiegła informacja że Wizz Air bardzo mocno psioczy na zabezpieczenie techniczne w Modlinie. W okresie najbardziej niesprzyjających warunków pogodowych rzeczywiście lotnisko to było praktycznie sparaliżowane zmuszając samoloty do lądowania na Okęciu, w Łodzi czy w bardziej odległych portach. Za główny powód takiej sytuacji wymieniano brak zainstalowanego systemu ILS który pozwala na sprzętowe wsparcie lądowania w warunkach gorszej widoczności. System ten podobno jest montowany, kalibrowany i odbierany ale na pełne i oficjalne działanie trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy. Wizz Air twierdzi że w czasie najczęstszych przekierowań Modlin był dla nich najdroższym lotniskiem w całej siatce. Wszystko to za sprawą dodatkowych kosztów lądowania na nieplanowym lotnisku, przetransportowania pasażerów do punktu docelowego oraz kolokwialnego posypania się rotacji na dany dzień.
W związku z powyższym Wizz Air twierdzi że poważnie zaczyna się zastanawiać nad powrotem na lotnisko Chopina. Nawet poczynił już pierwszy ku temu krok przenosząc swoje rejsy z Budapesztu, a na okres świąteczny wszystkich operacji do głównego portu Warszawy. Moim zdaniem jest to całkiem niezły ruch, chociaż w niedalekiej przyszłości może być nieco kosztowny.
Obserwując sytuację w Modlinie, na rynku w Polsce czy naszej części kontynentu nie da się nie zauważyć wzmożonej aktywności Ryanair, który coraz mocniej "kokosi się" na lotniskach będących jak dotąd głównymi punktami wypadowymi Wizz Air. Że przypomnę tylko niemal natychmiastowe utworzenie bazy w Budapeszcie po upadku Malev, dublowanie tras z Polski do Cork, Beauvais, Eindhoven, zaskakujące zwiększanie liczby rotacji do Londynu czy już otwartą wojnę w Modlinie. Ryanair walczy oczywiście ceną, jako potentat z ogromnymi możliwościami może sobie na taki ruch pozwolić.Wizz Air jak dotąd był w miarę bezpieczny na rynkach Europy Środkowo-wschodniej, jednak od kilkunastu miesięcy widać że jest mu u nas coraz ciężej osiągać zadowalające zyski.
Powrót z Modlina na Okęcie wydaje mi się że byłby dobrym krokiem, nawet jeśli wbrew polityce obcinania kosztów wszędzie gdzie się da. Wprawdzie Okęcie oznacza większe opłaty co będzie pociągało za sobą podwyżki cen biletów. Ale podejrzewam że część pasażerów będzie jednak skłonna na zapłatę nieco większej sumy aby móc odlecieć z lotniska bliższego ich miejscu zamieszkania i na które w miarę szybko można podjechać autobusem miejskim. Pytanie zasadnicze czy niewiele wyższa cena i wygoda spowoduje że Wizz Air utrzyma podobną liczbę klientów? Oczywiście "offer hunterzy" nadal będą jeździć na tańszy Modlin co paradoksalnie może być z korzyścią dla Wizz Air. Podrzuci on bowiem kukułcze jajo konkurencji sprawiając że ichniejsze tanie bilety będą znikały jeszcze szybciej. Mniej aktywnym pasażerom ciężej będzie znaleźć najtańsze oferty przez co po jakimś czasie wyliczą że produkt Ryanair wcale nie należy do atrakcyjnych, zwłaszcza wliczając w to czas potrzebny na dojazd do Modlina i wygoda tamtejszego terminala. Dzięki temu Wizz Air będzie mógł się skupić na klientach nieco bardziej dochodowych. Owszem, może i będzie trzeba zamknąć kilka rejsów ale dzięki temu zwolni się maszyna do przesunięcia na potencjalnie bardziej dochodową bazę na Bałkanach (pozbawiony konkurencji Belgrad, Skopje, Ljubljana). W takim wypadku Ryanair na kierunkach dublujących siatkę Wizz Air będzie musiał utrzymywać ceny niższe od swojego konkurenta - zapewne poniżej kosztów opłacalności. Ewentualnie pełną wolność będzie miał na trasach nieinteresujących Wizz Air - Bari, Sardynii, Malcie, Cyprze, dalekiej Hiszpanii itp.
Obecność Wizz Air na Okęciu - pomimo wyższych kosztów - może pozwoli na złapanie chwili oddechu od chorej konkurencji. Ryanair na Okęcie latać na pewno nie będzie. Pytanie tylko czy moja propozycja w ogóle trzymałaby się kupy pod względem finansowym? Być może nie, ale nie bez znaczenia może też być zagnieżdżenie się w Warszawie i czekanie na rozwój sytuacji w sprawie PLL LOT?

* Już po napisaniu tej treści okazało się że Wizz Air podjął decyzję o przenosinach wszystkich swoich operacji zaplanowanych na okolice świąt z Modlina na lotnisko Chopina. Według mnie to bardzo dobre posunięcie. Niepewność transportu i wielkie opóźnienia w tak gorącym okresie mogłyby bowiem mieć fatalny skutek wizerunkowy i w niedługim czasie także finansowy. Ryanair może pozostać w Modlinie, gdzie dolatując ewentualne "posypanie" się rotacji może się rozłożyć i zniwelować w bazach w całej Europie. Trzy godziny przestoju Wizz Air w swojej bazie grozi natomiast paraliżem siatki na niemal cały dzień.

niedziela, 16 grudnia 2012

Salam alejkum pilotom

Długo czekaliśmy ale w końcu się doczekaliśmy. Od kilku miesięcy Polska widnieje w siatce połączeń MEB3 (Middle East Big 3) jak potocznie nazywa się grupę trzech linii lotniczych z bliskiego wschodu - Qatar, Emirates i Etihad. Całkiem niedawno miał też miejsce pierwszy lot inauguracyjny jednej z nich. Ważna to informacja, ponieważ połączeń takich doczekały się już m.in. Kazachstan, Białoruś, Gruzja, Albania, Wybrzeże Kości Słoniowej, Azerbejdżan, Angola, Libia, Uganda czy Serbia a po tematycznych forach pojawiały się plotki że Warszawa pomijana jest z powodu... zbyt wysokich cen paliwa! Pierwsze lody zostały jednak przełamane przez rozpoznawalną w Europie linię Emirates która na początku przyszłego roku zacznie wysyłać do Polski swoje szerokokadłubowe Airbusy. Niedługo po niej otwarcie połączeń do Warszawy ogłosił też Qatar. Zresztą jak niosą wieści nie bez wpływu na tą decyzję miał wcześniejszy ruch konkurentów z Emiratów Arabskich.
Teraz pytanie, czemu te połączenia są tak ważne? Ano temu że od niemal dekady pojawiają się informacje o wielkich planach owiniętych w kefije przywódców krajów roponośnych, którzy chcą u siebie stworzyć światowe huby przesiadkowe między wschodem a zachodem. Decydujący wpływ ma tutaj geografia. Przykładowo linie Europejskie muszą posiadać całkiem sporą flotę samolotów długodystansowych aby ze swojego portu macierzystego latać do choćby kilku najważniejszych miast w Azji. Linie arabskie tą samą flotą są w stanie obsłużyć znacznie większą liczbę kierunków w obie strony, przez co ich oferta jest pełniejsza i kierowana do znacznie większej grupy odbiorców. Wprawdzie - co udowadniał niedawno serwis anna.aero - do takiej obsługi lepsze predyspozycje geograficzne posiada np. azerskie lotnisko w Baku, jednak póki co to MEB3 są o co najmniej kilka kroków dalej w realizowaniu pozycji globalnych przewoźników pomiędzy Europą a Azją.
W przypadku Polski obecność linii MEB3 ma jeszcze większe znaczenie. Chodzi o jak dotąd słabą ofertę lotów na wschód. Większość pasażerów musiała bowiem cofać się do hubów przesiadkowych na zachodzie aby potem móc polecieć w wybrane miejsce na dalekim wschodzie. Wprawdzie na naszym rynku obecne są linie przekierowujące przesiadki do swoich baz w Rosji, Turcji czy na Ukrainie, jednak mimo to do niedawna pojawiały się przecieki o sporej dziurze w oferowaniu lotów z Polski na wschód od Europy.
Kolejnym istotnym punktem są atrakcyjne promocje linii MEB3. Na rozmaitych serwisach co jakiś czas pojawiały się bowiem wpisy o ciekawych cenach połączeń typu Wiedeń-kraj arabski-coś na wschodzie-kraj arabski-Budapeszt. W taki sposób można było podobno polecieć do Australii za niewiele powyżej 2000 złotych a na Malediwy, do Nepalu czy Indii za jeszcze mniejszą stawkę. Zresztą, same kraje roponośne z ich bajkową nowoczesnością i niewyobrażalnym przepychem są już dostateczną atrakcją. Warto więc obserwować poczynania tych przewoźników na polskim niebie. Jest szansa że wpłynie to na nieco atrakcyjniejsze postrzeganie naszego rynku również przez inne linie.