niedziela, 1 listopada 2015

http://koszmarek.ryanair.com/ - subiektywna ocena nowej strony Ryanair

Zapewne część z Was zauważyła że Ryanair uruchomił ostatnio nową stronę internetową. Jest to kolejna zmiana wizerunkowa w ramach wprowadzonej ponad rok temu polityki całuski, cukiereczki, ciasteczka. Owszem, chwilę po jej ogłoszeniu ówczesna witryna zmieniła wygląd, ale nie ukrywajmy - próbowano nam wmówić piękną baletnicę, podczas gdy tak naprawdę to był ten sam potworek, tylko z nałożonymi wieloma warstwami pudru. Pastwiłem się nieco nad nim w jednym z ostatnich wpisów pokazujących dlaczego nie wierzę w zmianę przewoźnika. Tym razem wygląda jednak, że strona przeszła zmianę gruntowną, zarówno w wyglądzie, jak też funkcjonalności.

Mój pierwszy kontakt z witryną miał miejsce na telefonie - musieliśmy odprawić się na nadchodzący powrót z Macedonii. Pomyślałem sobie wtedy, że przewoźnik - zgodnie z zapowiedziami - wprowadza nową wersję strony mobilnej. Wprawdzie po ogłoszeniu zmiany wizerunkowej utworzono kilka wersji kompletnie niewspółgrających ze sobą aplikacji mobilnych, które były wyłącznie uproszczoną wyglądowo stroną internetową (dało się ją wczytać z poziomu przeglądarki na zwykłym komputerze i zrobić zakup biletów w aplikacji), ale jakiś czas temu zapowiadano normalizację tego kanału dystrybucji włącznie z wypuszczeniem wersji finalnej.

Że przewoźnik wprowadza zmiany, to dobrze. Tylko czemu robi to w sposób nieprzemyślany, to już całkowicie nie wiem. Wejście na stronę główną przewoźnika przekierowuje nas na witrynę, która prawdopodobnie jest w trakcie beta testów (https://beta.ryanair.com/pl/pl/). Zgodzę się z tym określeniem pod warunkiem że pominiemy jego drugi człon. Jest bowiem niemożliwym, aby ktokolwiek zgodził się na wypuszczenie aplikacji z takim mnóstwem niedociągnięć i kwintesencją zaprzeczenia user friendly :D 

No bo tak. Próbuję się odprawić. Oczywiście nigdy nie pamiętam numeru rezerwacji, więc wybieram opcję Dane lotu, gdzie podaję trasę, datę i mail na jaki została dokonana rezerwacja. Wpisałem dane, klikam dalej - błąd. Sprawdzam. Literówki w mailu nie ma, lotniska zaznaczone (sprawdzone kilkukrotnie, ponieważ autowypełniacze umożliwiające wpisanie kilku pierwszych liter miasta niekoniecznie działają tak jak tego chcemy), pewnie więc chodzi o datę. Zwłaszcza że podczas wyjazdu pamięta się dni tygodnia (sławne jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii) a nie numeryczną datę. No ale w końcu odkopałem potwierdzenie rezerwacji i okazało się że dzień jest poprawny. 24 października. Hm... dopiero po trzech minutach zorientowałem się że wskazany dzień to nie sobota lecz piątek. Que??? Mhm... bo kalendarz w sposób domyślny zaznaczył dzisiejszy dzień miesiąca, tylko że w 2014 roku. Brawo, próbowałem znaleźć rezerwację na 24 października zeszłej jesieni. Taki psikus. Albo psikuta's ;) 

OK, odprawiamy się. Podaję kraj urodzenia. Hm... tym razem bez autowypełniacza, trzeba samemu znaleźć na liście wszystkich krajów świata. Drapię więc tym palcem po ekranie aby zjechać pod P. Peru, Portoryko, Republika Dominikańska ... Polski, Pitcairn i Polinezji Francuskiej brak... Da fcuk man??!! Aaaa.... kraje podzielone są na grupy. Pierwszą z nich są kraje spoza UE, a drugą (dla zmylenia przeciwnika umiejscowioną na końcu listy) kraje Unii Europejskiej. Yapiiiii ;) 

No to pozostało wpisać datę urodzenia. I tu znów psikus. Domyślna zaznaczona data to 1895 rok :D Dobrze że unifikacja w Ryanair nie istnieje. Przy wyborze daty rejsu jedno przesunięcie na ekranie telefonu zmieniało ją o miesiąc do przodu lub do tyłu. Tutaj miałem mechanizm podobny do szyfru w kłódce, więc mogłem szybko przesunąć się o prawie sto lat. Jestem wytrwały, ale jeśli jednak miałbym wykonać ponad 1000 ruchów aby po miesiącu przesunąć się na rok 1982 to chyba wybrałbym opcję podróży pieszej ;) 

Yeah, wychlastany po twarzy tym dziełem sztuki w kategorii user friendly dotarłem w końcu do karty pokładowej. Hihi, polskie znaki diakrytyczne wysypały wydruk. Cóż, w dowodzie mam Łukasz, na karcie: kilka_krzaczków + ukasz ;) Oraz adnotacja, że ta karta jest jedynie plikiem do wydruku i jeśli chcę przejść przez bramkę przy użyciu telefonu, to muszę zrobić to w aplikacji mobilnej. Bzdura, kod kreskowy został normalnie sczytany i na lotnisku nikt nie robił problemów. Tylko Tęga Zocha przy security w Bergamo kręciła nosem widząc nowy wzór karty pokładowej, który musiała skonsultować z kilkoma kolegami. Na szczęście gremium dyskusyjne wykonkludowało że chyba powinniśmy być jednak przepuszczeni na lotniskowy airside.

Kolejny kontakt z beta-koszmarkiem miał miejsce wczoraj, gdy pokusiłem się na fajną cenę lotów do Aten. Tutaj okazało się, że cały ruch (także z komputerów stacjonarnych) został przekierowany na nową stronę. Bosz... bezkres braku optymalności mnie przeraził. Nie ukrywam że dysponuję dość słabym jak na dzisiejsze standardy komputerem (kupionym jakieś trzy lata temu), dlatego wczytanie witryny głównej zajmowało kilka sekund. Szybki podgląd w bebechy i mam powód - witryna pobiera ponad 100 różnych plików o łącznej wielkości ponad 3 MB, w tym ponad 38 plików ze skryptami (strona nie ruszy dopóki nie zostaną wczytane wszystkie z nich). Całkowity czas potrzebny do pobrania i wczytania wszystkich plików - 47 sekund - przy łączu 1GB/s. Czas wczytywania strony (od zera do samego końca grafik itp.) - 67 sekund. Demon prędkości :D 

Ale ok, w końcu odpaliłem witrynę główną, przystępuję do wyszukania rejsów. W polu lotniska odlotu wpisuję ATH (brawo - dalej działają pełne kody IATA lotnisk), w polu przylotów klikam na Grecję i widzę Chanię, Rodos, Saloniki i Santorini. Wybieram krajówkę na Chalkidiki, klikam Lećmy... i cisza... Po jakimś czasie strona zareagowała a moim oczom ukazało się 8 kursów wykonywanych wskazanego dnia. Ale dobra, zobaczmy godziny innych krajówek, więc klikam Modyfikuj podróż, w polu przylotów zaznaczam Grecję a tam widzę... tylko Chanię na Krecie. Jakoś przypomniało mi się w tym momencie sławetne nagranie Tomasza Lisa w trakcie przygotowywania do kolejnego wydania Faktów materiału o Zbuczynie. Zwłaszcza wypowiedź Skąd ci biedni ludzie mają qwa to zrozumieć, skoro ja nic z tego nie rozumiem.

Dobra, a teraz na poważnie. Ryanair jakoś zawsze słabo wypadał w internetowym kanale sprzedaży. Strony były nieoptymalne, brzydkie, utrudniające proces zakupu a po wprowadzeniu polityki całuski, cukiereczki, ciasteczka szybkie zmiany wydawały się być zerżnięte od konkurencji. Ktoś nawet zauważył że ikony są łudząco podobne do tych na stronie Vueling. Kiedyś CEO przewoźnika chwalił się, że stronę za psie grosze napisało im kilku studentów. Może to i prawda, co by potwierdzała wieloletnia toporność systemu sprzedażowego z kilkoma od wieków znanymi błędami. A kolejne zmiany systemu przypominały wyłożenie dywanu na śmierdzącej psią kupą podłodze. I tak do momentu kiedy i na tym dywanie nie pojawi się sporo innych odchodów ;) 

Aktualny beta-koszmarek wydaje się być zupełnie nowym podejściem do internetowego kanału sprzedaży, gdzie nie tylko zmieniono jego wygląd, ale także całe podejście do rezerwacji. W kwestii wyglądu - całość jest schludna i po prostu wreszcie ładna.W kwestii użyteczności - rezerwację w całości dokonuje się na czterech stronach. Wszelkie dodatki (bagaże, transfery, samochody) zgromadzono w jednej karcie. Aby przejść do kolejnego kroku nie trzeba przewijać w dół niekończącą się stronę z ofertami samochodów, tylko wystarczy kliknąć przycisk na samej górze. Kroki opisane są przyjaznym tekstem typu Jeszcze tylko kilka informacji i to wszystko.

Bardzo dużym plusem jest modyfikacja karty pokładowej do formatu zbliżonego jak u Vueling. Wydruk można złożyć na cztery części (wielkość portfela), na głównej stronie znajduje się wszystko co potrzebują służby lotniskowe, na odwrocie natomiast legenda co po kolei należy wykonać, łącznie z godzinowym zaznaczeniem o której godzinie otwierane jest stanowisko check-in, zamykana bramka, czy planowany przylot. Za to wszystko linia zdobywa ode mnie zasłużone brawa. Szkoda tylko wielkiego wizerunkowego fak-upu z powodu przedwczesnego wpuszczenia klientów w zasieki wersji beta - vide brak optymalizacji. Gdyby nie to, pokusiłbym się nawet o owację na stojąco.

środa, 7 października 2015

Atlantycki prztyczek w nos Ryanair

Ryanair będzie latał przez Atlantyk, a bilety będą zaczynać się już od 10 euro! Pamiętam czasy gdy taki news przetoczył się przez lotniczy światek. Zwłaszcza że były to czasy szalone, kiedy to Ryanair jednostronnie ustalał nowe reguły nisko-kosztowego latania, czym podbijał niemal całą Europę. Były to czasy, gdy fundusze z wyprzedawanych akcji pozwalały na ogromne - jak na tamte lata - zakupy samolotów oraz dumping cenowy w postaci biletów lotniczych za jeden grosz. Kto w takiej sytuacji nie uwierzyłby, że w tej szalonej głowie kilku Irlandczyków być może rzeczywiście pojawił się plan latania przez kałużę?

Wątek lotów przez ocean podtrzymywany był zapodawanymi co kilka miesięcy pojedynczymi wrzutkami. A to że będzie to nowy brand, a to że czekają na zmiany technologiczne dzięki czemu da się kupić tanie i oszczędne maszyny szerokokadłubowe, a to że już rozmawiają z małymi lotniskami po drugiej stronie i próbują to jakoś skleić z bazami w Europie. Jednak od pewnego czasu większość światka przestała wierzyć w ten projekt. A że pojawiał się on w mediach - cóż, Ryanair już dawno nauczyła się wykorzystywać media do zrobienia sobie reklamy. Temat to chodliwy, elektryzujący można by rzec, więc czemu by nie skorzystać z darmowej reklamy? No dobra, tylko przy aktualnej polityce całuski, cukiereczki, ciasteczka trzeba jeszcze jakoś ukryć dawną propozycję klasy beds & blowjobs... 

Jednak to co Ryanair zamknął w niespełnionych obietnicach, powoli zaczęło być realizowane przez jednego z największych rywali na rynku LCC w Europie. Rywala tym cięższego, że - podobnie jak Vueling - o dobrej reputacji i produkcie po który chętnie sięga również zamożny klient. Norwegian, to linia która od pewnego momentu mocno wychodzi poza Skandynawię i zdecydowanie nie chce się ograniczać do naszego kontynentu. Przez ostatnich kilka lat zaskakiwała mnie otwieraniem rejsów do Dubaju, potem na Spitsbergen aby w końcu buchnąć wskoczeniem na początek listy nabywców Dreamlinerów i uruchomieniem rejsów do Nowego Jorku i Bangkoku. A potem już z górki - cztery bazy w Hiszpanii, na Gatwick i dodanie swoich trzech groszy do ruchu UK-USA.

Plany solidnej ekspansji linii zostały jakiś czas temu potwierdzone największym europejskim zamówieniem na nowe samoloty. Chodziło o 22 Boeingi 737-800, 100 Boeingów 737 MAX 8 (oraz opcje na kolejne 100), plus 100 Airbusów A320neo i opcje na kolejne 50 maszyn.

W tym roku serwis Routesonline zauważył ciekawą właściwość, że Boeingi 737 MAX 8 będą w stanie realizować rejsy z Europy do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nic w tym dziwnego, ponieważ takowe odbywają się z kilku miejsc na naszym kontynencie. Jednak są one realizowane na specjalnie przygotowanych maszynach z rozbudowaną pod względem jakościowym i mieszczącą mniejszą liczbę pasażerów kabiną. 737 MAX może realizować te trasy z pełnym obciążeniem i konfiguracją, jaka będzie zaplanowana na normalne trasy po naszym kontynencie. Artykuł ten ujawnił również dalsze plany Norwegian, który od 2017 roku rejsy atlantyckie z Londynu miałby realizować właśnie przy użyciu tego typu samolotów, dzięki czemu Dreamlinery byłyby przesunięte na dalsze trasy.

Całkiem niedawno jednak świat lotniczy obiegła kolejna wiadomość dotycząca Norwegian. Mianowicie serwis Anna.aero napisał, że już w następnym roku linia uruchomi transatlantyckie połączenia między Cork a Boston a od 2017 również Cork - Nowy Jork. Co ważne, rejsy te mają być realizowane na pokładzie Boeingów 737-800.

Co mnie zaciekawiło w tej informacji to fakt, że taki samolot jest standardowym typem we flocie Ryanair. Rejsy te będą uruchomione z Cork, miasta w Irlandii, czyli Ryanairowskiej paszczy lwa do której bała się wejść jakakolwiek linia. Swego czasu pomiędzy Cork a Wielką Brytanią próbował latać easyjet. Jednak loty za euro plus zwiększenie częstotliwości rejsów w Ryanair skutecznie namówiło Brytyjczyków do wycofania się z Republiki. Podobna sytuacja miała miejsce gdy Irlandczycy postanowili przejąć trasy Wizz Air z Cork do Europy Środkowo-wschodniej (głównie do Polski). W tym przypadku po krótkiej walce również osiągnęli upragniony monopol. Odwaga Norwegian jest tym większa, że Cork jak dotąd nie widniał w ich siatce połączeń, a rejsy do USA mają być wykonywane na samolotach rejsowo oddelegowanych z Barcelony.

Oczywiście czasy lotów za złotówkę już się skończyły a i Norwegian nie należy do linii nad wyraz tanich. Jednak odważny ruch w Cork jest w mojej opinii swoistym prztyczkiem w nos Ryanair, który jak dotąd jedynie marketingowo gdybał. Zresztą gdybanie różnych nierealnych rzeczy wciąż bardzo dobrze wychodzi tej linii. Znów na łamach wspomnianego wcześniej Anna.aero pojawił się bowiem artykuł o niemieckiej ekspansji linii, która po gwałtownym wejściu do Kolonii i na lotnisko Schonefeld w Berlinie hipotetyzuje nad obecnością w Monachium. Jednak obok wyliczenia kilku błędów wypowiedzianych przez przedstawiciela przewoźnika (np. ogłaszanie uruchomienia już istniejących tras), najciekawsze zostawiono na sam koniec. Kenny Jacobs - Chief Marketing Officer linii - wspomniał bowiem o odbytych rozmowach z IAG/Aerlingus na temat możliwości feedowania połączeń transatlantyckich. Podobno analogiczne rozmowy odbywały się z Virgin Atlantic (Londyn Gatwick i Manchaster), TAP Portugal (Lizbona) oraz - tutaj niespodzianka - Norwegianem ;)

poniedziałek, 5 października 2015

Teraz albo nigdy

Podróże to wymysł cywilizacji. Kiedyś, były efektem przymusu - z powodu warunków pogodowych, głodu czy represji politycznych. W ewentualności potrzeby wynikającej z przekonań - czyt. pielgrzymi, lub rozkazu - wyprawy wojenne. Podróże takie jakie dziś znamy, są możliwe dzięki zdobyczom cywilizacyjnym. Dzięki przyspieszeniu tempa umożliwiającemu nawet trzydniowy wypad do Maroka, dzięki dobrobytowi finansowemu pozwalającemu za to wszystko zapłacić, dzięki przepływowi informacji pokroju przewodniki turystyczne, opinie internetowych znajomych, serwisy pozwalające na rezerwację miejsc noclegowych, oraz gps z pomocą którego na miejsce dostaniemy się bez żadnego błądzenia. Dziś podróże są formą stosunkowo prostego hobby, spędzania wolnego czasu. Służą rozrywce, karmieniu własnych zainteresowań i pasji, potrzebie spotkania się z bliskimi lub dalszymi sercu osobami. Jeśli obracasz się we względnie dobrze stojącym finansowo i rozwiniętym kulturowo towarzystwie, podróże nie są tam niczym nadzwyczajnym.

Jak we wstępniaku do komiksów o Asteriksie, tak samo tutaj można zadać pytanie czy podróżować można wszędzie? Otóż nie, istnieje bowiem taka mała osada galijska... OK, na poważnie. Nie można wszędzie, ponieważ nie wszystkie miejsca są na takim etapie rozwoju cywilizacyjnego, lub nie sprzyjają znanemu u nas dobrobytowi i cywilizacji. No bo... właśnie, polityka. Wiele osób za przepiękny kraj uznaje Rosję, a Moskwę czy Sankt Petersburg za miejsca tak samo godne odwiedzenia jak Rzym, Wenecja czy Paryż. Jednak szczerze wolałbym się teraz tam nie pojawiać z Polskim paszportem. OK, wiem, nagonka medialna zarówno z jednej jak i drugiej strony ma za zadanie szokować a nie opisywać aktualną rzeczywistość, jednak szczerze wielu z nas tej nagonce w jakiś sposób ulega i nie bez powodu nasze wzajemne postrzeganie jest aktualnie najgorsze od wielu dziesięcioleci.

Właściwy moment... Jakiś czas temu zostałem zarażony tematem Iranu. Miejsca, którego się bałem, nie znałem, nie rozumiałem i generalnie stanowiło spore wyzwanie dla mojego jestejstwa. Jest więc wstępny plan, aby bardzo niedługo wylądować na ziemiach tego rozległego kraju i stąpać po nich w trakcie nieco wydłużonego urlopu. Na szczęście z pomocą przychodzi tutaj postępujące odprężenie stosunków politycznych między Iranem a naszą częścią cywilizacji. Dzięki temu kilka spraw może będzie łatwiejszych, może na miejscu będzie nieco bezpieczniej. Może to tylko moje złudzenia, ale pozwalają one patrzyć na plan z większą ufnością niż jeszcze dwa lata temu. Może więc poczekać jeszcze dwa lata?

W tej kwestii mam spory problem. Sytuacja w Świecie arabskim i na całym Bliskim wschodzie jest bowiem piekielnie skomplikowana i dynamiczna. I nie chodzi tutaj tylko o kwestię tzw. państwa islamskiego, napięć między Izraelem a krajami muzułmańskimi, czy wybuchające co jakiś czas wiosny ludów (vide Egipt, czy nawet niepokoje wewnętrzne w Turcji i samym Iranie). Do tej już zagmatwanej sytuacji dochodzą spory sąsiedzkie - choćby rysująca się ale już bardzo zacięta rywalizacja pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem. Widać to w podejściu do Syrii i Jemenie, gdzie pomoc tych krajów jest skierowana bardziej przeciwko sobie niż dla wsparcia sojuszników. Widać to po ostatnich bardzo mocnych politycznych wypowiedziach strony Irańskiej w kontekście tragedii jaka miała miejsce podczas tegorocznego hadżdżu.

Smaczku całej sytuacji dodaje ostatnie zaangażowanie się na Bliskim wschodzie Rosji. Zwłaszcza że Państwo to pomimo agresywnej polityki wobec w zasadzie całego świata, próbuje swoje zaangażowanie reklamować jako element spajający. Początkowo twierdzili że są tylko aby doradzać, niby żeby tylko walczyć z tzw. państwem islamskim, ale jednak ich celem jest wspieranie politycznego, mimo wszystko, reżimu. Ciekawa jest w tej sytuacji reakcja Iranu, tradycyjnie sojusznika Rosji i Syrii, który niby z automatu popiera obecność Rosji (czyli wzmocnienie potępianej przez większość świata strony konfliktu a tym samym wydłużenie go w czasie) ale wypuszczając co jakiś czas informacje, że tego poparcia mimo wszystko nie ma.

Sam Iran to również ogromnie sam w sobie skomplikowany wątek. No bo tak, mamy ocieplenie stosunków politycznych z zachodem i przygotowania do polepszenia stosunków gospodarczych. Tylko że zmiana relacji od razu spotkała się z gwałtowną kontrreakcją zarówno piekielnie zaniepokojonego całą sytuacją Izraela jak też wspomnianej wcześniej Arabii Saudyjskiej, która nawet zapowiedziała rychły zakup technologii nuklearnej. Do tego poprawa stosunków poprawą stosunków, należy pamiętać też że Iran kilkukrotnie zobowiązywał się do przestrzegania podpisywanych umów, nierozwijania potencjału atomowego (lub tylko dla celów energetycznych) a potem i tak robił co chciał. Czy jest więc podstawa aby wierzyć że aktualne ocieplenie przyniesie jakieś realne zmiany? Czy nie będzie tak że w tym aktualnym wielkim dynamizmie za kilkanaście miesięcy władze w Iranie nie staną się nagle wrogiem numer jeden?

Cóż, Świat arabski jest dla nas czymś niezrozumiałym i strasznie skomplikowanym - pewnie dlatego tak wiele krajów boi się ostatniej fali emigrantów/uchodźców. Moja amatorska analiza geopolityczna zapewne kwalifikuje się gdzieś pomiędzy bajki a radosne widzimisię. Jednak nie ukrywam że w tej plątaninie niezrozumienia, niepewności i niejasności zauważam pewną lukę sprawiającą, że w mojej opinii najbliższe kilkanaście miesięcy daje najdogodniejszą od wielu lat możliwość odwiedzenia Iranu. Jeśli po tym czasie sytuacja będzie się poprawiać to tym lepiej. Jeśli jednak zacznie się pogarszać, to mam nadzieję że będzie to miało miejsce po ew. naszym tam wyjazdem. Podróże mają bowiem być pożywką dla myśli. Służą oglądaniu nieznanemu, poznawaniu rzeczywistości niewidzianej na co dzień. Miejsca kompletnie nieznane, co więcej, których obraz jest zakłamany przez medialny przekaz, to bodaj najlepszy cel na taką podróż, prawda?

Zatem teraz albo nigdy. Okres przyswajania się z tą myślą minął, czas zacząć przygotowania. Tylko tak sobie pomyślałem, że tych teraz albo nigdy jest wiele. Podróżując po kontynencie taka zasada obowiązuje podczas szukania biletów atrakcyjnych cenowo. Było OLT - latało się na krajówkach. Wizz Air otworzył Budapeszt, Islandię czy Skavstę - kombinowałem z tymi kierunkami, zanim usłyszy o nich za dużo osób i ceny będą wyższe. W Warszawie zaczęła się wojna cenowa o Paryż (LOT, Airfrance, Transavia, że o Beauvais Wizz Air nie wspomnę), to wiele osób woli za 200 złotych polecieć linią tradycyjną niż Ryanair z Modlina. Wizz Air permanentnie oferuje tanie loty do Norwegii - zacząłem wkręcać się w trekking i camping na łonie natury.

Jednak wszystko to co wymieniłem powyżej jest wewnątrz naszej cywilizacji zachodniej. Podczas łączenia kultur do zdania dochodzi też sytuacja geopolityczna. Iran in plus. Trzeba się też pospieszyć z Kubą. Nie ze względu na to że relacje mogą się pogorszyć. Wprost przeciwnie, ze względu na napływ nowych technologii i turystów którzy w ciągu kilku lat zadepczą ten mimo wszystko jeszcze skansen. Z podobnych względów trzeba się spieszyć z Tybetem. Oraz całą wschodnią Azją, która niestety po prostej zmierza w stronę jakiegoś tam konfliktu zbrojnego. Na jakiś czas na bok trzeba natomiast odłożyć Rosję, Egipt czy Turcję. Na szczęście w planach mam jeszcze jakieś 50 lat życia, więc jest nadzieja że każde miejsce nieosiągalne otrzyma swój status teraz albo nigdy :-)

niedziela, 27 września 2015

Wszystko zależy od podejścia

Jestem chwilę po podróży urlopowej. Zgodnie z ostatnią tendencją - dłużej, trochu zwariowania, ale z większą ilością odwiedzonych miejsc. Tym razem tematem przewodnim był Kraj Basków. Oczywiście z kilkoma wątkami bocznymi, jak choćby cały dzień w Paryżu. Miasto to stało się przyczynkiem do większych niż się spodziewałem przemyśleń.

Otóż wrażenie bazowe: dupska nie urywa. I tutaj w sposób zaskakujący przyznaje mi rację spora liczba znajomych. A bo tłok, emigranci, turyści, bufonada, specyficzne bycie francuzów często niemiło odbierane przez przyjezdnych itd. Niby racja. Do tego doszedł mój sposób zwiedzania Paryża. Tylko dzień, cały dzień z plecakiem na plecach (dwutygodniowy wyjazd), po nocce na lotnisku Charles de Gaulle i przed nocką na Orly, do tego z założeniem że robię jedynie spacer po must see ale bez wkrętki w to co tam jest. No bo to tylko briefing po mieście, kiedyś tu wrócę, do tego zapewne z przewodnikiem doświadczonym zarówno w języku, jak też francuskim sposobie życia. Czyli zdecydowanie Paryż nie jest gwoździem tego wyjazdu.

Przemyślenia te były próbą szukania usprawiedliwienia dlaczego ten Paryż jednak nie zachwycił. Że to może bardziej ja a nie miasto. Bo w końcu coś zachwycającego można znaleźć w każdym praktycznie miejscu. Zarówno w tych wielkich Rzymach, Paryżach, Barcelonach, Wiedniach, po małe i niebardzo znane szerszej grupie jak jezioro Como, Minorka, Cinque Terre, czy lesiste - za przeproszeniem - zadupia w Norwegii.

Barcelona... Tematem przewodnim zeszłorocznej podróży urlopowej było właśnie to miasto. Zachwyciło. Pochłonęło, przegryzło, wymieliło i połknęło co potwierdza prawie każdy - od podróżników doświadczonych, przez fanów sztuki, historii i architektury, po turystów lubujących się w all inclusive i tanich rozrywkach. Czyżby zatem Barcelona, miasto które nie miało wielkiego wpływu na kształt i historię naszego świata, które nie jest uznawane za ostoję sztuki wszelakiej, które w wielu miejscach jest zatłoczone i niebezpieczne, pełne niskolotnych rozrywek ale mimo wszystko z ogromnym klimatem, było po prostu lepsze od pełnego zabytków, miejsc ociekających splendorem i historią, najwybitniejszymi przykładami sztuki, klimatu lub architektury Paryża?

Formuła ostatniego wyjazdu dawała mi sporo wolnych chwil przez co ten dziwnie zakorzeniony w pamięci wątek miał czas na przemyślenia i ewoluujące konkluzje. No bo dobrze, Paryż od samego początku traktowałem jak wątek boczny. Do Barcelony natomiast zawsze chciałem pojechać. Nie ukrywam bowiem że w Hiszpanii - a zwłaszcza w Katalonii - czuję się świetnie. Nie bez powodu ten urlop był dziesiątą wizytą w kraju. No bo miasto ma idealne, ulubione przeze mnie położenie - na wybrzeżu (plus ta przefantastyczna plaża i ciągnąca się wzdłuż promenady ścieżka rowerowa, z krótkim odcinkiem wśród nisko rosnących palm) ale jednak nieopodal wzniesień wymagających nieco wspinaczki. No bo Paella mixta, tania jak barszcz kawa i churro/pączek/cokolwiek słodkiego każdego ranka. No bo może nie tyle zatłoczona i przereklamowana La Rambla i dzielnica gotycka, co Eixample. No bo... - dobrze, bo wymieniając tyle elementów bez najważniejszego, w oczach niektórych podpadam już pod zamordyzm - GAUDI!

Czyli zachwyt dlatego, że był oczekiwany? Chyba też nie. Bo mimo wszystko szacunkiem darzę miejsca wielkie i ważne historycznie. Barcelona musi się jeszcze z kilkaset lat starać aby być miastem tak wrytym w historię jak Rzym, Paryż, Lizbona, Genua czy Londyn. No właśnie, Londyn. Pamiętam jak trzy lata temu w końcu leciałem zwiedzać to miasto a nie tylko traktować go jako stop między busem i pociągiem, lub miejsce na zakupy płytowe. Ogromną radość sprawiało mi choćby to, że zobaczę rzeczy jakie znam od małego dziecka, bo choćby z telewizji znam ich nazwy i obrazy. Big Ben, London Bridge, London Eye, Canary Wharf (z czasów dziecka pamiętam koncert Destination Docklands J.M.Jarre), Greenwich, Piccadilly Circus (reklama Coca Coli, TDK i Sanyo), Muzeum historii naturalnej, czerwone budki telefoniczne, czarne taksówki, ryba z frytkami... Ale moment, przecież Paryż też ma to wszystko. Też (niektóre już od czasów dziecka) kojarzę takie rzeczy jak Wieżę Eiffla, Katedrę Notre Dame, Luwr, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Absynt, Mulin Rouge, naleśniki z Nutellą. W kwestiach negatywnych - Paryż tak samo jak Londyn jest miejscem opanowanym przez turystów, emigrantów, samochody itp.

Czemu więc Londyn się podobał a Paryż... no, jak wspomniałem na początku wpisu? Chyba rzeczywiście wszystko zależy od podejścia i od chwili. Na miejsce etapowe nie zwraca się wielkiej uwagi. Kontra - Londyn też był takim punktem a mimo to krótkie pobyty w niektórych jego miejscach pozytywnie zapadały w pamięci. Czyli najwyraźniej spory wpływ ma też kwestia chwili. Zauważyłem to w Lizbonie w zeszłym roku. Pierwsze cztery dni na Maderze były pełne zachwytów. Na Lizbonę zwyczajowo nie starczyło sił. Przez to miasto, które zachwyca w opinii niemal wszystkich moich znajomych, do mnie najnormalniej nie mogło przemówić. Może więc z Paryżem jest tak samo? Pewnie tak. Zresztą nie przejmuję się tym zbytnio, ponieważ - co zaznaczyłem nieco wcześniej - jeszcze tam wrócę, tym razem na poważnie. Wtedy coś musi zachwycić. I to jest właśnie konkluzją moich zaskakująco długich urlopowych przemyśleń. Jeśli jest się osobą lubiącą podróżować a nie tylko jednorazowo zaliczać miejsca - warto wracać. Czasami wystarczy inne wyspanie się, inna temperatura czy kąt padania światła, inne towarzystwo, a wrażenia z danego miejsca mogą być zupełnie odmienne.

piątek, 28 sierpnia 2015

Dlaczego nie wierzę w zmianę w Ryanair?

źródło: www.bloomberg.com
Ryanair to linia lotnicza, która miała wpływ na podróżnicze życie bodaj każdego z nas. Wiele osób zaczynało na pokładach tej linii. Nawet pasażerowie przewoźników tradycyjnych odczuli wpływ w sposób niebezpośredni: od być może obniżenia cen na niektórych trasach począwszy, po zmiany w ofertach - jak ostatnio popularne obcinanie bagażu rejestrowanego - kończywszy.




Do niedawna Ryanair nie tylko był, ale przede wszystkim chciał być kojarzony wyłącznie z niskimi kosztami. Celowano więc w bardzo słaby i kontrowersyjny marketing. Być może w sposób zaplanowany komplikowano różne sprawy aby wywołać skandal, aby ktoś napisał/powiedział coś o Ryanair, zazwyczaj dodając wcześniej określenie Tania linia lotnicza. Jednak ponad rok temu coś pękło. Oficjalnie w wyniku spadających zysków i ostrzeżenia akcjonariuszy, Ryanair postanowił przejść gruntowną przemianę. Nagle stał się linią całuski, cukiereczki, ciasteczka, dzięki czemu nie tylko sam się określał Ulubioną linią lotniczą na świecie, co zaczął chcieć być za taką uważany.

źródło: pluzcinema.com
W kwestii marketingowej był to strzał w dziesiątkę. Kilkoma prostymi ruchami uzyskano darmowy doskonały rozgłos. W telewizji pojawiły się przesłodkie reklamy w których pasażerowie mówili że lubią latać Ryanair, bo zabiera ich tam gdzie tylko zechcą. W miastach pojawiły się bannery reklamowe zachwalające tanie i częste rejsy. Koniec końców z pierwszej linii wycofano twarz przewoźnika, jego wygłupiającego się CEO, kojarzonego z wszelkiego rodzaju wariactwami i beznadziejnie niskiej jakości wypowiedziami. Rewolucja? Czas pokazał, że niekoniecznie, przynajmniej dla pasażera takiego jak ja.






Na pierwszy rzut zmian poszła strona internetowa. W końcu zrezygnowano z tej dizajnerskiej maszkarady, majstersztyku braku dobrego smaku, niedopasowania i nisko-kosztowej wirtuozerii. Zainwestowano kilka euro w pierwsze lepsze zdjęcia z serwisu pokroju Fotolia i wrzucono je w karuzelę na stronie głónej. Wszystko po to aby kojarzyło się z wakacjami, idyllizmem lotu i generalnie customer friendly. A to mały synek siedzi tacie na barana, a to jakaś grupka starszych osób podziwia widoki ciesząc się z zasłużonej emerytury, a to jakieś chmury i błękit nieba. Nie ważne że często grafiki te mają się nijak do przekazu prezentowanych obok bannerów (np. ciemnoskóra para ciesząca się z krajowych tras w Polsce) czy lokalnego rynku na który są kierowane. Ma być miło i przyjemnie. Co więcej, mamy tutaj do czynienia z klasycznym zagraniem - zmieńmy nieco wygląd, coś dodajmy, coś przesuńmy a klient odniesie wrażenie że całkowicie się zmieniliśmy. Działaniem marketingowym przekonamy go natomiast że zmieniamy się na dobre. Akurat pracuję w biznesie tworzenia aplikacji internetowych - takie zagrywki są mi znane :-) No ale rozłóżmy teraz stronę Ryanair na części pierwsze. Na początek duży plus. Trochę przez łzy, ale plus. W pewnym momencie Ryanair zapędził się bowiem w kozi róg zabezpieczając pokazywanie cen systemem captcha (w załączeniu przykład ze słowem ding a ling co w potocznym tłumaczeniu oznacza idiota, palant lub młotek). Był to jeden z najbardziej kretyńskich i żenujących pomysłów na jakie mogli wpaść, osiągając tym samym totalne dno i nieprzebrane metry mułu w kwestii user experience. Teraz system ten został usunięty przez co przewoźnik nawrócił się na normalność. I chyba na tym koniec plusów. Kanał internetowy nadal jest bowiem dziurawy: lubi gubić sesje, przeskakiwanie po tygodniach czasami nie działa, nie można dokonywać rezerwacji w dwóch oknach tej samej przeglądarki - wszystko to co znamy z poprzedniej wersji. Od strony technicznej również porażka - strona główna pobiera 1,7 MB danych (dużo na słabym łączu) wykonując niemal 50 połączeń związanych z obsługą Java Script. Drastycznie wydłuża to czas ładowania się strony a przeniesienie obsługi kupna lotu (lotniska, data, etc.) do java script powoduje, że problem z pobraniem jakiegokolwiek z tych skryptów całkowicie uniemożliwia zrobienie rezerwacji. Poza tym pasażer wciąż jest narażony na dodatkowe zbędne koszty. No bo tak:
  • cały czas sugerowane jest wykupienie polisy - można z tego zrezygnować tylko jeśli w rolecie z wyborem miejsca zamieszkania znajdzie się ukrytą opcję ubezpieczenie nie jest wymagane
  • cały czas osobnym krokiem jest możliwość wynajmu samochodu, który to krok przechodzi się przesuwając bardzo długą stronę na sam dół do przycisku dalej
  • cały czas stosowany jest absurdalny sposób dopisywania do listy marketingowej, gdzie aby wyrazić brak takiej zgody, należy - wbrew dzisiejszym standardom całego internetu - zaznaczyć pole wyboru
  • cały czas system lubi się wieszać - już kilka lat temu zgłaszane były prawdopodobnie blokady na adres IP, ponieważ ludzie nie byli w stanie dokonać rezerwacji pomimo podawania poprawnych danych i podejmowania prób na różnych komputerach/przeglądarkach. Wykonana minutę później próba na innym adresie IP zawsze kończyła się poprawną rezerwacją
  • wciąż stosowany jest piekielnie niekorzystny przelicznik walut. Przykładowo dla karty prowadzonej w PLN kupowałem bilet na rejs pomiędzy krajami strefy Euro. Cena była wyznaczona w tej właśnie walucie a strona poinformowała mnie o wybranym przeliczniku. W krótkim opisie zapewniano że kurs ten jest gwarantowany a jeśli zdecyduję się na rezygnację z niego, będę narażony na wahania walutowe których koszty sam będę musiał ponieść. W moim przypadku wyszło że przelicznik Ryanair był około 6-7% gorszy niż przelicznik mojego banku. A dodajmy że przeliczniki bankowe też do najkorzystniejszych nie należą...
 
Dopisywanie się do listy marketingowej
Szwankujące tłumaczenie strony
Ukryta opcja nie-wykupienia ubezpieczenia podróżnego

No dobrze, to może przejdźmy do analizy twardego produktu. Cóż, te same samoloty, ta sama ciasnota, ten sam poziom czystości, nieco zmian w obsłudze klienta. I znów - zmian przez łzy. Wrócono bowiem do normalności w kwestii bagażu podręcznego. Ba, wbrew nowym trendom wyznaczanym przez Wizzair, nawet nieco je zluzowano wspaniałomyślnie zezwalając na wniesienie na pokład drugiej małej sztuki bagażu - czyt. torebka, laptop czy zakupy w sklepie wolnocłowym. Rzeczywiście, odniosłem wrażenie że trzepanie na lotniskach jest od roku dużo, dużo łagodniejsze. Niemniej to co widziałem kilka lat temu na lotniskach w Hiszpanii jest tak głęboko zakorzenione w mojej pamięci, że jestem skłonny nawet zmienić miejsce mojego urlopowego wyjazdu tylko po to, aby nie musieć lecieć Ryanair.

Kolejnym lekkim plusem jest wyciszenie w sprzedaży pokładowej w późnych godzinach rejsowych, jak też lekkie przyciemnienie światła. Jednak cała reszta znów jest w mojej opinii kwestią dyskusyjną. Przykładowo priorytet wejścia na pokład - opłata kilku euro, która nie daje dosłownie nic. Jeśli bowiem skończy się odprawa kolejki priorytetowej, musisz czekać w zwykłej ze wszystkimi innymi pasażerami - tak miałem we Wrocławiu. Czyli formalnie aby wejść do samolotu wcześniej - przed bramką musisz się stawić jeszcze wcześniej niż dotychczas. Co zresztą i tak nie gwarantuje bycia w samolocie jako jedna z pierwszych osób. Przykładowo w Modlinie pasażerowie wypuszczani są pod daszek, gdzie kolejnych kilkanaście minut muszą czekać aż samolot będzie gotowy na przyjęcie nowych podróżnych. Dodam, że przebywanie na otwartej przestrzeni w Modlinie jest naruszeniem habitatu komarów, które z dużą zawziętością atakują swoich agresorów. We Wrocławiu przynajmniej nie jest się na otwartym powietrzu, jednak kilka minut czekania w szklanym tunelu podczas letniego upalnego dnia też kwalifikuje się do kategorii wyzwania. Dodatkowy smaczek - Ryanair niby zmienia się dla pasażerów, jednak korzystanie z rękawów nadal jest tematem tabu, a boarding odbywa się najczęściej w najstarszych, najtańszych i najbardziej odległych bramkach. Przykładem dyskomfortu z pewnością jest lot z Gdańska do Warszawy. W PLL LOT boarding odbywa się w nowej części terminala. W Ryanair trzeba przejść do tej przestrasznej i masakrycznie ciasnej starej części a sam lot odbywa się na Modlin, z którego jeszcze potem trzeba dojechać do miasta.

Mit o customer friendly obalę jeszcze dwoma przykładami z doświadczeń własnych. Pierwszym z nich jest listopadowy odcinek Gdańsk - Modlin. Poranny rejs opóźniony był o bodaj 4 godziny. Jak podejrzewam, raczkująca wtedy baza w Gdańsku nie ogarnęła czegoś, bo nawet jeśli maszyna/obsługa nie była gotowa do lotu - zawsze do roboty można było zagonić rezerwową z Wrocławia. My jednak lecieliśmy rejsówką z bodaj Bristolu. Oczywiście chwilę po wylądowaniu otrzymałem sms i maila że opóźnienie jest nie z winy przewoźnika i odszkodowanie się nie należy. Oczywiście jestem zupełnie innego zdania co mam nadzieję nakazem wypłaty odszkodowania niedługo potwierdzą odpowiednie służby.

Drugim przykładem jest incydent z zakupem na pokładzie. Rejs był lotniczym debiutem dwóch osób, co naturalnie chciałem upamiętnić zakupem plastikowego modelu samolotu. Po powrocie do domu okazało się, że jedno z opakowań jest niekompletne - brakowało pionowego statecznika. Akurat przypomniało mi się, że Ryanair uruchomił możliwość mailowych reklamacji, co po chwili znalazłem i zgłosiłem. Po kilku dniach otrzymałem mailową odpowiedź, że wszelkie sprawy należy kierować listownie do kwatery Ryanair w Dublinie. Czyli tak, przesłanie do Irlandii paczki z modelem pewnie kosztowałoby więcej niż sam model a w odpowiedzi dowiedziałbym się, że przewoźnik nie odpowiada za kompletność sprzedawanych zestawów i że muszę kontaktować się z producentem.

Cóż, marketing to potężna broń. Umiejętne jej używanie potrafi niemal czynić cuda. Niestety w większości przypadków ogranicza się do wmawiania ściemy, czego świadkami na każdym kroku są klienci niemal wszystkich branż. W przypadku Ryanair jakoś tak od początku nie wierzyłem w ich nową politykę całuski, cukiereczki, ciasteczka. Marketingiem i nowymi wymogami korporacyjnymi można bowiem wmawiać wszystko. Jednak, co w pewnej wymianie argumentów rację przyznała mi stewardessa Ryanair, w zarządzie przewoźnika cały czas znajdują się ci sami ludzie o tej samej mentalności biznesowej. Co więcej, pracownicy i współpracownicy firmy otrzymali nowe procedury, za czym niestety nie szło polepszenie ich warunków pracy. A czy ktokolwiek z Was pracując u jednego z najgorszych na rynku pracodawców zgodziłby się za darmo zwiększyć swoją wydajność o 10%? Owszem, w Ryanair pojawiło się kilka zmian in plus. Jednak rozumiecie już teraz dlaczego nie do końca wierzę w tą ich całkowitą przemianę?

niedziela, 23 sierpnia 2015

Gdzie by tu nie pojechać?

Chociaż blog zarósł kurzem w sposób niewiarygodny, to oczywiście nie oznacza że zaprzestałem podróżowania. Po prostu na pisanie nie było tak jakoś czasu a przyznam że nawet i ochoty. W ostatnich miesiącach pojawił się jednak pewien wątek, który leży na sercu.

Scenka sytuacyjna – nagle w pracy pojawia się news o ataku terrorystycznym na muzeum w Tunisie. Informacja, jak informacja – przykra sprawa. Jednak jeden ze znajomych pierwsze co zrobił, to od razu zalogował się na strony biur turystycznych i sprawdził ceny wycieczek do Tunezji. Późniejsza rozmowa, lektura kilku artykułów i przede wszystkim wypowiedzi wakacjowiczów pokazały dość ponury obraz turystów z naszego kraju.

W rozmowie z kumplem jego głównym argumentem było to, że teraz w kraju pojawi się mnóstwo policji i będzie bezpiecznie. Zwłaszcza w hotelu. Bo to oczywiście wyjazdowicz z serii "nie po to lecę przez pół kontynentu żeby potem wychodzić poza mury hotelu" :D Wtedy wydawało się, że ma rację, ale nie trzeba było długo czekać aby okazało się, że hotele wcale nie są tak bezpieczną oazą. Jakoś mnie to nie zdziwiło, bo osobiście Sousse zapamiętałem jako wylęgarnia drobnej przestępczości, gdzie turysta jest chodzącym workiem z pieniędzmi. Czy jest sens się nim przejmować? A po co, skoro niedługo wyjeżdża a na jego miejsce przyjadą kolejni?

Jakiś czas po rozmowie przypomniałem sobie, że przecież ja też taki byłem. Maroko zwiedzaliśmy kilkanaście tygodni przed wybuchem muzułmańskiej wiosny. Czasami mniej lub bardziej przypadkowo trafialiśmy w niezbyt bezpieczne rejony miejskie. W końcu kilkukrotnie prawie spóźniliśmy się na samolot, co w Wenecji jeszcze wielkim problemem nie jest, ale znów w Maroku już tak :D Jednak w ciągu ostatnich miesięcy jakoś tak zacząłem zwracać uwagę na bezpieczeństwo własne. Zauważyłem też krótkowzroczność w myśleniu "raz się żyje". Zwłaszcza, że przykładowa śmierć od postrzału to – paradoksalnie – jedno z najlepszych możliwych rozwiązań. A przynajmniej komfortowych – po prostu koniec filmu, live fast, die young. Tylko w tej postawie niestety nikt nie myśli, że rezultat ataku nie jest zero-jedynkowy – śmierć vs. ucieczka i szczęśliwe przeżycie. Jest jeszcze postrzał, wypadek, cokolwiek co może spowodować utratę sprawności lub problemy zdrowotne do końca życia. Kiedyś nie zawracałem sobie tym głowy, ale dziś świadomość że z powodu oszczędności 400 złotych miałbym w wieku 70 lat mieć problemy z jakimiś podstawowymi czynnościami życiowymi jest raczej przytłaczająca.

Niestety większość z naszych krajanów podróżuje w taki właśnie sposób. Jakość może być kiepska, bezpieczeństwo lipne, ważne żeby było tanio. A potem oburzenie na biuro podróży że te nic nie robi aby sprowadzić ich do kraju, lub że nie informowało o możliwych niebezpieczeństwach. Niestety, głupota była w nas od dawna i wyplewianie jej idzie bardzo ciężko. Zwłaszcza jak czytałem przerażone wypowiedzi po ostatnim ataku na plaży w Sousse. Najbardziej rozbawiały mnie twierdzenia że generalnie jak dotąd miejsce to było bezpieczne. Hm... mi wystarczył jeden wyjazd aby stwierdzić coś zupełnie odmiennego. Ot, informacje o niezliczonych kradzieżach kieszonkowych (temu co nam zwinął aparat nadal życzę aby Allah dał mu szczęście w życiu i sprawił aby musiał wykarmić co najmniej kilkunastu potomków), czy choćby widok kontrolnej budki policyjnej przy ulicach kilku punktów miasta. Powiedzmy sobie szczerze, takie budki z jakiegoś powodu zostały tam postawione. Chyba nie muszę więc tłumaczyć czemu nie zdziwiły mnie informacje o problemach terrorystycznych w Tunezji i Sousse zwłaszcza?

Nasłuchując newsów z całego świata odnoszę wrażenie, że tegoroczny sezon wakacyjny był jednym z najgorszych dla klientów biur podróży. No bo tak - Egipt już od dawna emanuje niebezpieczeństwem. I choćby nie wiem jak Egipcjanie czarowali że zagrożenie do kurortów nie zawita, to działania tzw. państwa islamskiego  na Synaju w mojej opinii skreśla na jakiś czas Hurghadę i Sharmę. Tunezja - wiadomo. Niestety Turcja również staje się punktem zapalnym nie tylko w kontekście dżihadystów (czyt. Kobane), ale też Kurdów i politycznych niepokojów wewnątrz kraju. Wiele osób nie zauważa też problemów Grecji. OK, tutaj jest kwestia finansowo-ekonomiczna, ale od niej wiedzie bardzo krótka droga do niepokojów społecznych. Co więcej, warto pamiętać o coraz częstszych problemach na tle rasowym, które - sądząc po zmieniających się preferencjach politycznych - mają w Grecji pewien poklask. Na tle wyżej wymienionych istną oazą spokoju może się wydawać Chorwacja. Niestety tak nie jest. Z coraz większym niepokojem obserwuję bowiem skomplikowaną sytuację na całych Bałkanach i osobiście twierdzę, że może ona być większym zagrożeniem dla Europy niż problem Wschodniej Ukrainy.

Co zatem wybrać? Odpowiem wymijająco - to nie mój problem, ponieważ nie korzystam z biur podróży ;) Warto jednak nie popadać z jednej skrajności w drugą, ponieważ wtedy każde miejsce na świecie można odebrać jako niebezpieczne. Przyznam się, że i ja mimo wszystko podejmuję ryzyko. Zbliżający się urlop mam bowiem zamiar spędzić w Paryżu i w Kraju Basków. Paryż - wiadomo, pomimo ogromnego aparatu bezpieczeństwa jakiś incydent zawsze może się wydarzyć. W kwestii Kraju Basków być może niektórym z Was będzie mówiła coś nazwa ETA. Do tego w ciągu ostatnich kilku miesięcy zastanawiałem się nad opcjami Belgradu, Izraela czy nawet Iranu. Owszem, opcje nie ociekające stuprocentowym bezpieczeństwem. Jednak na szczęście do podróżowania nie podchodzę już w sposób ambicjonalny i wytworzyłem w sobie pewien hamulec bezpieczeństwa: jeśli jakieś informacje wzbudzają we mnie pewne wątpliwości co do bezpieczeństwa, wolę nie ryzykować dla wydanych już kilkuset złotych.

niedziela, 2 czerwca 2013

Po co ta kolejna dotacja dla LOTu?

Ostatnio nie miałem za dużo czasu na śledzenie informacji prasowych, niemniej nawet w takiej sytuacji udało mi się zauważyć jakby przypadkowo skorelowane w czasie dwa wątki dotyczące PLL LOT. Pierwszy z nich to pozytyw w postaci restartu regularnych rejsów Dreamlinera, drugi to pojawiająca się potrzeba kolejnego dofinansowania linii z budżetu Państwa. Ciekawy jestem na ile czas ich pojawienia się w prasie jest sprawą przypadkową, na ile natomiast sprawnie zorganizowanym politpijarem? Tak czy siak zaciekawiło mnie proste wyliczenie jednej ze stacji telewizyjnych, które wspominało że każdy z Polaków musiałby znów dołożyć nieco ponad 10 złotych na ratowanie naszego tzw. narodowego przewoźnika. Na przekonaniu mnie w wątpliwościach po co miałbym łożyć na tą linię swoje pieniądze nie trzeba było czekać długo.
Otóż wczoraj sieć obiegła informacja dotycząca zaskakująco ciekawych cen w nowej taryfie first minute. Kurczę, loty za 160 złotych w obie strony! Niestety promocja ta znów potwierdziła że LOT powinien mieć zakaz podpisywania się nazwą Polskie Linie Lotnicze, ponieważ bardziej trafną byłaby Warszawskie Linie Lotnicze. Za dowód niech świadczą zrzuty ekranu z systemu rezerwacyjnego zamieszczone poniżej. Bilety na te same terminy, lot Warszawa-Helsinki - około 160 złotych, lot Wrocław-Helsinki - ponad 1000 złotych! No OK, jestem w stanie zrozumieć że przewoźnik nie jest od tego aby dotować połączenia z każdego portu regionalnego i obniżanie cen na tak lukratywnych dla niego i pozbawionych bezpośredniej konkurencji trasach jak Warszawa-Wrocław nie miałoby sensu ekonomicznego. Dlatego nie oczekuję cen rzędu 2x160 złotych. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego przewoźnik życzy sobie zapłacić drożej za lot z przesiadką Wrocław-Warszawa-Helsinki niż gdybym tą samą trasę miał odbyć na osobnych biletach? Jak widać w załącznikach, za przesiadkę na jednym bilecie przewoźnik życzy sobie dodatkowe ponad 200 złotych. Gwoli ścisłości dodaję, że wybranego dnia wszystkie rejsy na danej trasie - niezależnie od godzin - są w takiej samej cenie. Nie ma więc wyjątku że najtańszy rejs powrotni WAW-WRO jest przed wylądowaniem lotu z Helsinek więc kolokwialnie ceny się nie zesmaczują.


Cóż, jest to niepierwsza taka zagrywka naszego tzw. narodowego przewoźnika, który chce pieniędzy od wszystkich Polaków, niemniej większość z nich ma w głębokim poważaniu. W takiej sytuacji nie ma co się dziwić że coraz większy rynek zdobywa konkurencja, choćby Lufthansa która na tej samej trasie w tym samym dniu oferuje bilety w porównywalnych cenach. Gdybym musiał lecieć do Helsinek i bym nie był uzależniony od godzin, to wybrałbym ofertę Niemców. Ot tak, choćby za karę.