Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boeing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boeing. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

Atlantycki prztyczek w nos Ryanair

Ryanair będzie latał przez Atlantyk, a bilety będą zaczynać się już od 10 euro! Pamiętam czasy gdy taki news przetoczył się przez lotniczy światek. Zwłaszcza że były to czasy szalone, kiedy to Ryanair jednostronnie ustalał nowe reguły nisko-kosztowego latania, czym podbijał niemal całą Europę. Były to czasy, gdy fundusze z wyprzedawanych akcji pozwalały na ogromne - jak na tamte lata - zakupy samolotów oraz dumping cenowy w postaci biletów lotniczych za jeden grosz. Kto w takiej sytuacji nie uwierzyłby, że w tej szalonej głowie kilku Irlandczyków być może rzeczywiście pojawił się plan latania przez kałużę?

Wątek lotów przez ocean podtrzymywany był zapodawanymi co kilka miesięcy pojedynczymi wrzutkami. A to że będzie to nowy brand, a to że czekają na zmiany technologiczne dzięki czemu da się kupić tanie i oszczędne maszyny szerokokadłubowe, a to że już rozmawiają z małymi lotniskami po drugiej stronie i próbują to jakoś skleić z bazami w Europie. Jednak od pewnego czasu większość światka przestała wierzyć w ten projekt. A że pojawiał się on w mediach - cóż, Ryanair już dawno nauczyła się wykorzystywać media do zrobienia sobie reklamy. Temat to chodliwy, elektryzujący można by rzec, więc czemu by nie skorzystać z darmowej reklamy? No dobra, tylko przy aktualnej polityce całuski, cukiereczki, ciasteczka trzeba jeszcze jakoś ukryć dawną propozycję klasy beds & blowjobs... 

Jednak to co Ryanair zamknął w niespełnionych obietnicach, powoli zaczęło być realizowane przez jednego z największych rywali na rynku LCC w Europie. Rywala tym cięższego, że - podobnie jak Vueling - o dobrej reputacji i produkcie po który chętnie sięga również zamożny klient. Norwegian, to linia która od pewnego momentu mocno wychodzi poza Skandynawię i zdecydowanie nie chce się ograniczać do naszego kontynentu. Przez ostatnich kilka lat zaskakiwała mnie otwieraniem rejsów do Dubaju, potem na Spitsbergen aby w końcu buchnąć wskoczeniem na początek listy nabywców Dreamlinerów i uruchomieniem rejsów do Nowego Jorku i Bangkoku. A potem już z górki - cztery bazy w Hiszpanii, na Gatwick i dodanie swoich trzech groszy do ruchu UK-USA.

Plany solidnej ekspansji linii zostały jakiś czas temu potwierdzone największym europejskim zamówieniem na nowe samoloty. Chodziło o 22 Boeingi 737-800, 100 Boeingów 737 MAX 8 (oraz opcje na kolejne 100), plus 100 Airbusów A320neo i opcje na kolejne 50 maszyn.

W tym roku serwis Routesonline zauważył ciekawą właściwość, że Boeingi 737 MAX 8 będą w stanie realizować rejsy z Europy do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nic w tym dziwnego, ponieważ takowe odbywają się z kilku miejsc na naszym kontynencie. Jednak są one realizowane na specjalnie przygotowanych maszynach z rozbudowaną pod względem jakościowym i mieszczącą mniejszą liczbę pasażerów kabiną. 737 MAX może realizować te trasy z pełnym obciążeniem i konfiguracją, jaka będzie zaplanowana na normalne trasy po naszym kontynencie. Artykuł ten ujawnił również dalsze plany Norwegian, który od 2017 roku rejsy atlantyckie z Londynu miałby realizować właśnie przy użyciu tego typu samolotów, dzięki czemu Dreamlinery byłyby przesunięte na dalsze trasy.

Całkiem niedawno jednak świat lotniczy obiegła kolejna wiadomość dotycząca Norwegian. Mianowicie serwis Anna.aero napisał, że już w następnym roku linia uruchomi transatlantyckie połączenia między Cork a Boston a od 2017 również Cork - Nowy Jork. Co ważne, rejsy te mają być realizowane na pokładzie Boeingów 737-800.

Co mnie zaciekawiło w tej informacji to fakt, że taki samolot jest standardowym typem we flocie Ryanair. Rejsy te będą uruchomione z Cork, miasta w Irlandii, czyli Ryanairowskiej paszczy lwa do której bała się wejść jakakolwiek linia. Swego czasu pomiędzy Cork a Wielką Brytanią próbował latać easyjet. Jednak loty za euro plus zwiększenie częstotliwości rejsów w Ryanair skutecznie namówiło Brytyjczyków do wycofania się z Republiki. Podobna sytuacja miała miejsce gdy Irlandczycy postanowili przejąć trasy Wizz Air z Cork do Europy Środkowo-wschodniej (głównie do Polski). W tym przypadku po krótkiej walce również osiągnęli upragniony monopol. Odwaga Norwegian jest tym większa, że Cork jak dotąd nie widniał w ich siatce połączeń, a rejsy do USA mają być wykonywane na samolotach rejsowo oddelegowanych z Barcelony.

Oczywiście czasy lotów za złotówkę już się skończyły a i Norwegian nie należy do linii nad wyraz tanich. Jednak odważny ruch w Cork jest w mojej opinii swoistym prztyczkiem w nos Ryanair, który jak dotąd jedynie marketingowo gdybał. Zresztą gdybanie różnych nierealnych rzeczy wciąż bardzo dobrze wychodzi tej linii. Znów na łamach wspomnianego wcześniej Anna.aero pojawił się bowiem artykuł o niemieckiej ekspansji linii, która po gwałtownym wejściu do Kolonii i na lotnisko Schonefeld w Berlinie hipotetyzuje nad obecnością w Monachium. Jednak obok wyliczenia kilku błędów wypowiedzianych przez przedstawiciela przewoźnika (np. ogłaszanie uruchomienia już istniejących tras), najciekawsze zostawiono na sam koniec. Kenny Jacobs - Chief Marketing Officer linii - wspomniał bowiem o odbytych rozmowach z IAG/Aerlingus na temat możliwości feedowania połączeń transatlantyckich. Podobno analogiczne rozmowy odbywały się z Virgin Atlantic (Londyn Gatwick i Manchaster), TAP Portugal (Lizbona) oraz - tutaj niespodzianka - Norwegianem ;)

wtorek, 9 lutego 2010

Nowości na rynku lotniczych przewoźników nisko kosztowych – Ryanair

Ryanair to przewoźnik, o którym co jakiś czas po prostu jest głośno. Można to lubić, można mieć dosyć, ale trzeba zaakceptować. I nie inaczej było przez ostatnich kilka miesięcy, które celem nadrobienia zaległości pozwolę sobie teraz przybliżyć.

Baza na przyszłość
Jak wspominałem we wpisie „Komentarz po 'magicznej środzie'”, temat bazy operacyjnej tego przewoźnika w Krakowie stał się pewną wręcz mantrą. Ze strony Krakowa sprawa jest oczywista – bardzo spadła liczba turystów odwiedzających to miasto, a lotnisko po bankructwie Centralwings i SkyEurope zanotowało duże spadki w liczbie odprawianych pasażerów. W związku z tym województwo i miasto zaklepało pewną sumkę pieniędzy na promocję regionu, w postaci atrakcyjnie niskich opłat pobieranych od przewoźników lotniczych. Na efekt długo nie trzeba było czekać i oprócz powrotu Germanwings swoistą inwazję na Kraków przeprowadził również Ryanair. Ale bazy tego irlandzkiego przewoźnika Kraków tak do końca nie chce, bo uzyskało już od niego praktycznie to, co chciało. Ryanair natomiast powoli przepełnia się w Europie Zachodniej. Z powodu drożyzny panującej na lotniskach w Wielkiej Brytanii czy Irlandii, oraz zapewne niechęci do subsydiowania przez władze lokalne każdego widzimisię tego przewoźnika, zapowiada się stopniowe zmniejszanie znaczenia tamtejszych baz na rzecz ich południowoeuropejskich odpowiedników. Ale powiedzmy sobie szczerze, 10 baz we Włoszech i 7 na półwyspie Iberyjskim (+ bardzo duża obecność na Wyspach Kanaryjskich, Majorce, Sewilli czy Wenecji-Treviso) to już chyba wszystko co mogą tam osiągnąć. Łakomym więc kąskiem, aby utrzymać swój bardzo dynamiczny rozwój, jest ekspansja na wschód. Tym bardziej, że ten teren intensywnie zajęty jest przez jeszcze małego, ale za 3 lata już pokaźnego konkurenta jakim jest Wizzair. Przewoźnik ten ma bowiem 5 baz w Polsce, 3 w Rumunii i zaklepał stolice Węgier, Bułgarii, Ukrainy oraz Czech. Szczerze, bardzo ogranicza to możliwości Ryanair, który zaczyna zdawać sobie sprawę, że powoli traci ten rynek. Aby więc nie przegrać w przedbiegach, ostatnimi czasy bardzo otwarcie zapowiada uruchomienie pierwszej bazy w naszej części Europy na początek 2010 roku. Plotek jest wiele, a po tygodniu i tak głównym kandydatem zaczyna być wymieniane inne lotnisko. Jednak najczęściej w gronie faworytów pojawiają się Kraków i Bratysława. Ale z drugiej strony każde z nich ma swoje minusy, które zniechęcają nieco firmę.

Bazy nowe
Od lata zeszłego roku nowe bazy też były tematem wielu rozmów na różnorakich forach internetowych. Zaskoczeniem było Porto (opis Porto postaram się zamieścić na blogu z początkiem lutego), tym bardziej że długo opierało się kuszeniu Ryanair. Jednak decyzja została podjęta i złamano monopol Lisbony i narodowego przewoźnika Portugalii – TAP. Jednak niedługo później do grona baz doszło Faro na południu Portugalii. Jest to kierunek typowo turystyczny, który obsługuje całe południowe wybrzeże Portugalii, tak przecież chętnie odwiedzane przez Anglików i Niemców. Łatwo więc wywnioskować, że generował on spory ruch, który nie wymagał żadnych dopłat. Niemniej w jakiś sposób musiano przekonać lokalne władze na przekazanie pewnej sumki Euro i solidne zniżki lotniskowe pozwalające bazować tam 6 samolotów. I tak szczerze, tylko o fakt bazowania chodzi, ponieważ maszyny te będą wykonywać kursy, jakie zwyczajowo były dotychczas robione (czyt. przede wszystkim do pozostałych baz w Irlandii, Wielkiej Brytanii i Niemiec). W tym samym dniu co Faro, nową bazę zapowiedziano w Maladze. Jest to kolejny ciepły kurort turystyczny na południowym wybrzeżu Hiszpanii. I znów wielkie zaskoczenie, gdyż pewien solidny ruch turystyczny był już obecny. Tutaj umowa wydaje się być ciekawsza, gdyż stacjonujące tam samoloty będą wykonywały częściowo ruch krajowy (Santiago de Compostela, Santander, Saragossa, Barcelona - Girona), a częściowo dowożący turystów z tak oczywistych krajów jak Niemcy czy Wielka Brytania, ale również z Danii, Norwegii, Szwecji, Polski, czy nawet Finlandii! Po sukcesie jakim z domysłów i rozkładu okazały się być połączenia z Polski do Alicante, Andaluzyjczycy również postawili na nasz kraj. Trzy połączenia tygodniowo i umowę o współpracy przy wzajemnej promocji własnych miast zdobył Kraków, a dwa tygodniowo Wrocław. Osobiście mnie ten kierunek nie grzeje jakoś nadzwyczajnie. Owszem, turystycznie i wypoczynkowo strzał w dziesiątkę i oby się okazał być sukcesem. Jednak dwa loty tygodniowo raczej nie wskazują na obecność tanich biletów, poza tym Malaga nie oferuje ciekawych przesiadek na Hiszpańskich krajówkach typu Madryt, Wyspy Kanaryjskie, czy Majorka. Oslo-Rygge to jedno z trzech lotnisk obsługujących ruch lotniczy Oslo. Otworzone zostało w grudniu 2007 roku, a na rok 2010 przewiduje odprawić około 1,7 miliona pasażerów zbliżając się do planowanego maksimum przepustowości na odległość niecałych 300 tysięcy pasażerów rocznie. W siatce Ryanair lotnisko to wdarło się niemal przebojem. Jak dotąd bowiem najpopularniejszym kierunkiem do Norwegii było położone na drugim brzegu Oslo-Fiordu, posiadające gorsze połączenie drogowe ze stolicą lotnisko Torp. Niemniej w lipcu 2009 roku Ryanair włączył Rygge do swojej siatki połączeń z ośmioma kierunkami, aby 4 miesiące później zapowiedzieć bazowanie tam trzech swoich samolotów obsługujących w sumie 26 kierunków. Przynajmniej kilka z nich, to według niektórych jawne wypowiedzenie wojny Wizzairowi. Dotyczy to oczywiście tras do Polski, które to skierowane zostały do Gdańska, Wrocławia i Krakowa. W przypadku tego pierwszego, na trasach do Oslo obecni są już Norwegian, SAS i Wizzair. Wejście Ryanair będzie skutkowało w sumie 17(!!!) połączeniami z Oslo tygodniowo, co przekracza wszelkie zapotrzebowanie na ten kierunek. Natomiast jeśli o Wrocław chodzi, to Wizzair otwierając we wrześniu swoją tamtejszą bazę zarysował między innymi chęć latania na lotnisko Torp. Nie jest więc dziwne, że po wycofaniu się narzekającego na słabe obłożenie dwóch tygodniowo lotów Norwegiana na podobnej trasie nagle pojawiło się tych lotów trzy razy więcej? Ale wojnę cenową zaczął Wizzair bardzo szybko uruchamiając ofertę SUPER PROMO, która skutkuje dużą ilością biletów po €1, a większością nie przekraczającą ceny €10 za osobę w jedną stronę. Ryanair póki co nie podejmuje walki przystając przy swojej ofercie nie spadającej poniżej raz osiągniętej 20 złotych za lot. Niemniej solidna walka o pasażera wisi w powietrzu. I dobrze, ponieważ prawie darmowe bilety są przynajmniej jakimś źródłem oszczędności na tak drogim kierunku, jakim jest Norwegia. Ja już jeden wyjazd mam zabookowany i nie ukrywam że rozważam jeszcze dwa kolejne do września tego roku.

Pozostałe zmiany na ciekawych kierunkach
Jak już wspomniałem na początku opisu, gwiazdą nowych kierunków stał się między innymi Kraków. Dzięki atrakcyjnym stawkom oferowanym liniom lotniczym Ryanair otworzył tam loty z Düsseldorfu - Weeze, Brukseli - Charleroi, Rzymu, Pizy, Trapani na Sycylii, Alicante i Malagi. Wiele plotek mówi jeszcze o Frankfurcie - Hahn, Barcelonie - Gironie i Madrycie. Strzałem w dziesiątkę według mnie będzie Rzym i Piza. Mediolan - Bergamo już został zwiększony do siedmiu połączeń tygodniowo, co przy świetnej siatce przesiadkowej tego lotniska może spowodować dużo zazdrości. Nieco drgnęło w Szczecinie, które otrzymało dwa tygodniowe połączenia na lotnisko Düsseldorf - Weeze. Wprawdzie godziny lotów są dość późne, ale przy spędzonej nocce oferuje to świetne warunki przesiadkowe na szereg innych lotnisk. Na sezon letni znów do Poznania wraca połączenie z Reusem w Hiszpanii. Dziwnym jest brak zainteresowania tej bazy innymi lotniskami w Polsce a szkoda, bo jest miejscem bardzo ciekawym i niestety trudnym do bardzo taniego osiągnięcia. Sporo też zmieniło się we Wrocławiu. Po ogłoszeniu tam bazy Wizzaira, Ryanair dostał małego prztyczka w nos i przekonał się, że zwodzenie i kuszenie wielkimi obietnicami niekoniecznie musi się kończyć sukcesem. Szczerze obawiałem się likwidacji kilku kierunków z Wrocławia, z powodu nagłego zwiększenia liczby nowych nowych. Jednak jak się okazuje, byłem w błędzie. Przynajmniej do września obecne są wszystkie dotychczasowe kierunki do Niemiec, skasowany w październiku Sztokholm - Skavsta zamieniono na Oslo - Rygge, Barcelona - Girona i Alicante chociaż w marnej postaci dwóch lotów tygodniowo, ale zostały zachowane. Podobnie sprawa ma się z Rzymem (utrzymano zapowiadające sporo tanich biletów 3 loty tygodniowo), którego sukces prawdopodobnie przyczynił się do otwarcia tego kierunku również na Kraków. Wbrew wcześniejszym planom zwiększono nieco częstotliwości nawet na lotach do Liverpoolu i Dublina, a pomimo zapowiedzi wycofania się z Irlandzkiego Shannon (rezygnacja między innymi z dochodowej poprzez przenosiny firmy HP z okolicznego Limerick do Polski trasy Shannon-Łódź), dwa loty tygodniowo zostały zachowane w systemie rezerwacyjnym! Natomiast kolejnym obok Malagi nowym kierunkiem z Wrocławia jest Bolonia. I jest to prawdopodobnie następny etap przyszłej wojny o Wrocław, gdyż Wizzair w momencie otwarcia tam swojej bazy, uruchamia loty do odległego od Bolonii o około 60 kilometrów Forlí. I tutaj Ryanair, przynajmniej u mnie, sromotnie przegra. Owszem, Bolonia oferuje samą siebie i przesiadki na południe Włoch, oraz Hiszpanię. Jeśli zgra się to z lotami po Euro, to przesiadki uskuteczniane będą. Jeśli jednak nie, to wolę wybrać Forlí, które oferuje mi bliższą odległość, jak też mniejszą cenę dostania się do takich miejsc, jak San Marino, czy okolice Rimini na malowniczym wschodnim wybrzeżu italskiego buta.
Z kierunków nie uwzględniających Polski, warto wymienić powrót na jedną z Kanaryjskich wysp Fuernaventurę. Loty z dziesięciu baz są efektem zdjęcia wszelkich opłat pobieranych od linii za lądowanie na tym lotnisku, co w tym momencie stało się dla niej bardzo łakomym kąskiem. Z tego też powodu w zeszłym roku nastąpiła podobna inwazja na Teneryfę, Las Palmas i Lanzarote, o której pisałem m.in. tutaj. Warto wspomnieć nowy punkt na mapie kierunków jakim jest katalońska Lleida. Nowo otwierane tam lotnisko posiadło dwa połączenia do Mediolanu - Bergamo i Frankfurtu - Hahn. Jednak znając wcześniejsze dokonania lokalnych władz hiszpańskich można się spodziewać rychłego uruchomienia kolejnych, co powinno skutecznie ułatwić możliwość dostania się w okolice wschodnich Pirenejów. W siłę rośnie również Wenecja - Treviso, która zyskuje połączenia z bazami we Włoszech, Hiszpanii, Anglii i Norwegii. Niestety dla Polaków i tak dostanie się tam tanio oznacza nadkładanie drogi i korzystanie z przesiadek czy to w brytyjskich Leeds, Londynie i Liverpoolu, niemieckich Hahn, Weeze i Bremen, Oslo-Rygge, lub opcjonalnie (dzięki krajowym połączeniom) w Rzymie.

Sprawy pozostałe
Ryanair jakiś czas temu zapowiedział uruchomienie lotów łączących Amerykę Północną z Europą. Niestety póki co w kwestii tej nastała głucha cisza. Z pewnością jednak pomysł nie zostanie zarzucony tym bardziej, że rynki te mają spory potencjał.
Ostatnie zamówienia Ryanair na nowe samoloty zaczynają zmierzać do punktu realizacji. W związku z tym przewoźnik zaczął się rozglądać za kolejnymi. Zapowiadał nawet chęć jednorazowego zakupienia ponad 200 jednakowych maszyn, co mogłoby być jedną z największych transakcji na przestrzeni kilkunastu miesięcy. Wykorzystując ten fakt Ryanair nie omieszka wynegocjować dla siebie maksymalnie korzystnych warunków włączając w to wypływające ostatnio nowatorskie pomysły usunięcia dwóch (z trzech) kabin toalet, czy udostępnienia dla podróżnych miejsc stojących. Jednak jak od kilku miesięcy okazuje się, zarówno Boeing, jak i Europejski konkurent Airbus nie chcą przystać na wygórowane warunki Ryanair.
“We regret that our prolonged negotiations with Boeing have failed to reach a mutually acceptable conclusion. While we reached agreement with Boeing on pricing for 200 aircraft deliveries during the 2013-16 period, Boeing were unwilling to incorporate some other terms and conditions from our existing agreement into this new aircraft order . Ryanair has made clear to Boeing that we will not order aircraft if we believe that either the pricing or the other contractual terms and conditions will be inferior to those which we currently enjoy, as this would not be a wise or sensible use of shareholders funds.
Firma publicznie zapowiedziała więc zatrzymanie swojej ekspansji na naszym kontynencie i na czas stabilizacji wypłacanie osiągniętych zysków w postaci dywidend. Ale tak szczerze prawie nikt nie wierzy w takie rozwiązanie aktualnej sytuacji tym bardziej, że przewoźnik ten wciąż łapczywie zwiększa swoją obecność na całym kontynencie. Jedną z moich propozycji są więc długie loty wzdłuż całej Europy. Co one dadzą? No cóż, załóżmy że taki samolot startuje z Portugalii około północy i kieruje się na wschód. Na około 45 minut ląduje w Polsce aby z powrotem w swojej bazie znaleźć się około godziny szóstej rano, czyli na chwilę przed rozpoczęciem normalnych dziennych operacji. Owszem, dla niektórych godziny podróży mogą być bardzo uciążliwe, ale patrząc na rynek tanich czarterów są one czasami bardzo podobne. Poza tym takie operacje pozwolą przewoźnikowi zagospodarować kilkanaście lotów tygodniowo i wyciągnąć od lokalnych władz kolejne dofinansowanie za nowe połączenia przywożące turystów zarówno w jedną, jak i drugą stronę. A sądzę że cena startująca od, załóżmy, €10 w jedną stronę przekona sporą liczbę pasażerów, którzy w ogóle nie będą narzekać na fakt podróżowania w nocy. Czemu więc nie?
Odwieczny, czasami sztucznie tworzony przeciwnik Ryanair – AerLingus - popadł ostatnio w spore kłopoty. Jego akcje bardzo zmniejszyły bowiem swoją wartość na giełdzie w Dublinie, a w zeszłym roku w wyniku spowolnienia na rynku lotniczym zanotował spore straty finansowe. Warto wspomnieć, że Ryanair już trzykrotnie składał propozycję przejęcia AerLingus, co było bardzo nie w smak zarówno rządowi Irlandii, jak też pracownikom tego narodowego przewoźnika. Nie ma czemu się dziwić, skoro np. aktualnie dość silne związki zawodowe zostałyby całkowicie zmarginalizowane, jeśli nie kompletnie skasowane. Jednak w wyniku wspomnianych wcześniej przeze mnie strat AerLingusa rozważane jest sprzedanie części akcji tej linii właśnie do Ryanair, który już w tej chwili posiada ich sporą ilość. Co da przejęcie właścicielskie dla tych obu przewoźników? Cóż, dla Ryanair przede wszystkim monopol na bardzo rozkręconym rynku Irlandzkim. Ceny na popularnych trasach pomiędzy wyspami (a przede wszystkim trasa Dublin – Londyn) z pewnością w momencie braku konkurencji bardzo podskoczyłyby do góry. Część obserwatorów zastanawia się także czy obecność we flocie AerLingusa dużych międzykontynentalnych samolotów Airbus oraz latanie na popularnych w Irlandii trasach do USA nie byłoby wykorzystane do uruchomienia wspomnianych wcześniej lotów pomiędzy Europą i Ameryką, ale pod wspólną nazwą Ryanair? Jest to pewne rozwiązanie, ale przyszłość w tej kwestii jest bardzo ciężka do przewidzenia. Z ostatniej chwili: niedawno przeczytałem cytat szefa Ryanair Michaela O'Leary, że uruchomienie przez Ryanair połączeń między kontynentami jest niemożliwe przynajmniej do 2015 roku.
Ryanair jest linią lotniczą, która dumnie lubi się chwalić niemal rozdawaniem biletów lotniczych. Niemniej fakt jest taki, że ludzie nie zorientowani we wszelkich kruczkach i gwiazdkach, po drodze mogą się nadziać na dodatkowe, czasami bardzo drogie opłaty. Między innymi aby nauczyć się ich unikać powstał ten blog. Ale warto zwrócić też uwagę na kilka ostatnich informacji jakie wypłynęły z kwatery Ryanair. Zapowiedziano bowiem, że 2010 rok przyniesie zwiększenie średniej ceny ichniejszych biletów „co powinno w obliczu kryzysu pozwolić utrzymać zyski na zaplanowanych wcześniej poziomach”. I rzeczywiście, ceny ostatnio wzrosły. Bilety na loty planowane dalej niż trzy miesiące na niektórych trasach przekraczają cenę €100. Do tego najtańsza promocja na przestrzeni ostatniego półtora miesiąca opiewała na czasami wyśmiewanie drogą kwotę €5. Przy lotach bezpośrednich wielkim wydatkiem to nie jest. Ale sprawa ma się zupełnie inaczej przy planowaniu podróży z kilkoma przesiadkami, a tylko takie można wykonać z Polski do bardziej egzotycznych miejsc jak Malta, Chorwacja, Wyspy Kanaryjskie czy Maroko. Jedną z form „ukrywania” dodatkowych zysków jest tzw. opłata za odprawę internetową. Ryanair zapowiedział ją niecały rok temu przy okazji wprowadzania obowiązkowej odprawy za internet. Miała ona pozwolić sfinansować nowy system w który między innymi wliczane były stanowiska na każdym lotnisku, pozwalające na wydrukowanie karty naklejanej na duży bagaż i inne podobne czynności. Jednocześnie pierwotny zamysł prowadził do zlikwidowania stanowisk check-in, dzięki czemu linia miała nie płacić lotniskom za dodatkowych pracowników. Koniec końców pomysł okazał się być niewypałem, gdyż kioski po początkowym nieśmiałym pojawianiu się na większych lotniskach zniknęły z nich całkowicie, stanowiska odprawy nadal pracują jak pracowały, a opłata, choć początkowo miała być łatwa do uniknięcia (czyt. około 1/3 biletów miała być z niej w zwolniona) permanentnie pojawia się na coraz większej liczbie tras. Co więcej, Ryanair zaczął stosować fajny chwyt z obniżaniem ceny, która ostatecznie robiła się droższa. Przykładowo jednego dnia oferowała bilety za €5, a następnie ogłosiła obniżki nawet do 40% wartości z poprzedniego dnia. Tylko że poprzedniego dnia wiele biletów było pozbawionych opłaty za odprawę przez internet, a tego prawie wszystkie ją zawierały. Koniec końców pasażer zamiast pięciu Euro musiał zapłacić 3 (promocja) i kolejnych 5 (check-in fee) co w sumie dawało kwotę €8. Fajnie nie? Moja najnowsza wycieczka do Alicante zaowocowała kilkoma innymi ciekawymi informacjami. Otóż sieć w ciągu ostatnich kilku dni informowała o nader intensywnych kontrolach na lotniskach finalizujących się w zmuszaniu pasażerów do płacenia dodatkowych opłat nawet, jeśli tego nie musieli robić. Sytuacje wynikające z oczywistego błędu w systemie odprawy internetowej Ryanair zostały wyeliminowane, ale szczegółowe kontrole dotyczące bagażu podręcznego są dużo intensywniejsze niż choćby w listopadzie. Co więcej, podobno od marca upierdliwość pracowników obsługujących loty Ryanair ma wzrosnąć przy okazji zwiększenia lotów w ciepłe rejony Europy. Z jednej strony rozumiem, gdyż wnoszenie trzech sztuk bagażu podręcznego (a widziałem takie przypadki np. w Hiszpanii czy Irlandii) jest przesadą, ale strony się teraz zupełnie odwróciły i wiele nerwów może się niepotrzebnie pojawić z powodu różnej interpretacji słów „komfortowo pasuje” przy procedurze umieszczania bagażu podręcznego w koszyku. No cóż, jak to często powtarzam, linia prowadzi politykę skrajną, więc na skrajne sytuacje pasażerów naraża.
Podsumowując, Ryanair rzeczywiście staje się linią coraz droższą i coraz ciężej jest znaleźć bilety w śmiesznie niskiej cenie. Dlatego chętniej zapatruję się na Wizzair, który w ostatnich miesiącach bardzo szaleje ze swoimi promocjami, więc loty startujące i kończące się we Wrocławiu przez najbliższe pół roku będę wykonywał raczej na jej pokładach właśnie :-)

środa, 16 grudnia 2009

Dreamliner wreszcie w powietrzu

Boeing 787, lub inaczej „Dreamliner” („Liniowiec marzeń”) wreszcie odbył swój pierwszy lot w historii. Co to oznacza dla nas, zwykłych tambylców? Ano w zasadzie niewiele, chociaż fascynaci lotnictwa zgodnie podkreślają, że wczorajszy dzień jest jednym z istotniejszych w historii lotnictwa pasażerskiego.

A czemu tak? Pierwsze prace projektowe nad tym modelem rozpoczęły się ponad pięć lat temu. Według początkowego zamysłu, miał to być średniej wielkości samolot pasażerski przeznaczony na loty długodystansowe. Główną zaletą i wyróżnikiem „Dreamlinera” są materiały z jakich został zbudowany. Do tej pory stosowano bowiem duraluminium, który jest lekkim stopem galu z dodatkiem miedzi, manganu i magnezu. 787 w około połowie składa się natomiast z bardzo lekkich materiałów kompozytowych, w blisko 20 procentach ze wspomnianego wcześniej duraluminium, a w pozostałych z tytanu, stali i pozostałych materiałów. Kolejnym unowocześnieniem są silniki, które zaprojektowano spełniając surowe wymogi dotyczące spalania paliwa, ciężaru, technologii i wytwarzanego hałasu. I tak Dreamliner ma zużywać do 20 proc. mniej paliwa niż konkurenci i emitować do atmosfery mniej dwutlenku węgla, być lżejszym od porównywalnych maszyn, a zatem latać szybciej, dalej i taniej. Oprócz warunków ekonomicznych zwrócono też dużą uwagę na komfort podróży. Dzięki mocniejszemu kadłubowi okna mogą zostać powiększone o 65% a fotele będą najszerszymi zastosowanymi w przemyśle lotniczym. Tradycyjne rolety zastąpiono też elektrochromowanymi przesłonami, dzięki czemu będzie można przysłonić okna i jednocześnie podziwiać widoki. Boeing obiecuje też koniec z turbulencjami i redukcję hałasu o 60 proc.

Niestety nie obyło się bez problemów. Projektanci Boeinga postawili sobie zbyt wyśrubowane ramy czasowe jak na tak przełomowy model. Według pierwotnych planów, 787 powinien już od kilkunastu miesięcy latać regularnie dla kilku linii lotniczych. Jednym z najpoważniejszych problemów było oblanie testów konstrukcyjnych okolic łączenia skrzydeł z kadłubem pierwszego przewidzianego do lotu modelu. Wydłużyło to dziewiczy rejs o około pół roku, gdyż należało przeprojektować nieco model wzmacniając niektóre punkty konstrukcji. Mimo braku pewności, czy po drodze nie pojawią się kolejne „kwiatki” Boeingowi zapowiedział Dreamlinera w powietrzu jeszcze przed świętami.

I tak wczoraj, już przed godziną 1900 naszego czasu w internecie pojawiła się relacja z pierwszego rejsu. Chociaż sam start opóźnił się o około 30 minut, to fascynaci lotnictwa z zapartym tchem oglądali kołowanie na lotnisku Plain Field w stanie Waszyngton a następnie szybki start i wznoszenie. W międzyczasie, jak poinformował prowadzący relację, pobierane było mnóstwo danych telemetrycznych pozwalających na potwierdzenie założeń projektowych i sprawdzenie zachowania maszyny w normalnym locie. W taki sposób kolejna karta historii lotnictwa pasażerskiego została zapisana.


Ale dlaczego ta konstrukcja jest tak ważna również dla nas? Przede wszystkim z powodu spojrzenia w przyszłość od pierwszej fazy projektów. Latanie staje się bowiem coraz bardziej popularne, a przemysł lotniczy niestety coraz trudniejszy do realizacji. Dlatego wielu ekspertów twierdzi, że tylko najbardziej efektywne i nowoczesne maszyny będą decydować o największej opłacalności danej linii lotniczej. Najważniejszy jest koszt paliwa, gdyż, jak wiadomo, era taniej „ropy” dawno odeszła do czasów zamierzchłych. Według wyliczeń innego producenta samolotów, Airbusa, w 2008 roku na niebie latało 14 tysięcy samolotów pasażerskich mogących przewieźć ponad 100 osób. Prognozy mówią, że 20 lat później liczba ta ma się podwoić. Dlatego oprócz kosztów paliwa bardzo istotna jest uciążliwość dla okolic lotnisk oraz komfort zwiększającej się liczby podróżnych. Projektanci Dreamlinera wzięli to wszystko pod uwagę, dlatego mówi się, że kolejne modele aby nie przegrać walki o rynek w przyszłości, powinny przynajmniej utrzymać ten narzucony, dużo wyższy poziom proponowanego produktu. Miejmy nadzieję, że dzięki temu lotnictwo szybciej stanie się dużo tańsze i bardziej opłacalne. Owszem, nie dotyczy to w chwili obecnej latania nisko-kosztowego, gdyż zarówno gwiazda ostatnich kilkunastu miesięcy Airbus A380, Boeing 787, jak też projektowany Airbus A350 raczej nie są kierowane do linii lotniczych operujących na krótkich dystansach. Jednak doświadczenie wynikające z tych projektów powinno zaowocować gdy przyjdzie czas na wprowadzenie nowych modeli samolotów mieszczących do 180 pasażerów.

Z ciekawostek, w chwili obecnej Boeing ma zamówione modele u 55 różnych linii lotniczych. Pomimo kilku rezygnacji zgłaszanych zwłaszcza w ciągu ostatnich miesięcy (efekt kryzysu w branży lotniczej, oraz opóźnianych dat dostaw) na dzień dzisiejszy zamówionych jest 393 samolotów tego typu, do czego należy doliczyć 320 opcji i praw do kupna. Jako ciekawostkę dodam, że pierwszą linią Europejską goszczącą Dreamlinera w swojej flocie będzie Polski LOT, który zamówił 15 takich maszyn a kolejnych 11 ma w opcji. Optymistyczne założenia przewidują wprowadzenie tych maszyn do siatki LOTu na przełomie 2011-2012 roku, co daje przeszło 4 lata opóźnień w stosunku do pierwotnych planów. Brak 787 tłumaczy według linii skasowanie szumnie zapowiadanego w zeszłym roku połączenia do Pekinu, oraz problemy na trasach do Ameryki Północnej. Wprawdzie dziś nie wiadomo jeszcze czy LOT przy obecnej sytuacji finansowej przetrwa do 2012 roku, jednak otrzymanie Dreamlinerów oczekiwane jest jako lekarstwo na całe zło, a przede wszystkim przyczynek do solidnego rozwoju siatki intratnych połączeń dalekodystansowych a co za tym idzie, również prestiżu firmy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Ja w każdym bądź razie nie mogę się doczekać pierwszego lądowania tej maszyny na lotnisku w Warszawie. Chętnie się przejadę ją zobaczyć i mam nadzieję kiedyś również przetestować w locie :-)