wtorek, 3 października 2017

Przygotowania do Kuby - sezon


Planując wyjazd na Kubę warto zwrócić uwagę na lokalne warunki pogodowe. Kuba znajduje się bowiem na tych samych wysokościach geograficznych, co południowe obrzeża Sahary Zachodniej, Arabia Saudyjska, środkowe Indie, czy Wietnam. W Hawanie często mówiono nam, że na wyspie rozpoznaje się dwie pory roku. Różnice w temperaturach między zimą a latem są niewielkie (22-25℃ vs. 24-26℃), dlatego właściwszy podział jest na porę suchą  i deszczową.

Zima (sucha) to zazwyczaj przedział od listopada do kwietnia. Na wyspie jest to sezon turystyczny (zwłaszcza grudzień-styczeń), gdyż okres ten pozwala na nieskrępowane podróżowanie po całej wyspie w dość przyjemnych warunkach atmosferycznych. Kubę odwiedzaliśmy mniej więcej w pierwszej połowie marca i przez dwa tygodnie na deszcz natrafiliśmy tylko jednego popołudnia. Pozostałe dni wyróżniały się raczej ładną, głównie bezchmurną pogodą. Swetry i długie spodnie potrzebne były jedynie późnymi wieczorami, lub podczas pobytu na lotnisku. Z wyjazdu wróciliśmy z lekką opalenizną, która niestety po powrocie na kontynent musiała być zasłonięta przez zestaw od polara po kurtkę letnią i opaskę na uszach.

Lato natomiast trwa od maja do października i wyróżnia się zwiększoną wilgotnością powietrza, oraz przetaczającymi się niemal codziennie burzami. Warto pamiętać, że Kuba, jak każda wyspa Karaibów, od września do listopada narażona jest na działanie Huraganów. Przykład ostatnich kilku tygodni i przetaczającego się huraganu Irma pokazuje, że przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę porę roku.

Od pewnego czasu zauważalną tendencją turystyczną staje się podróżowanie wzdłuż wyspy na rowerach. Osoby chcące spróbować się z tego typu przygodą (droga z Baracoa na wschodzie, przez Santiago de Cuba, Manzanillo, Camaguey, Trinidad, Cienfuegos i Hawanę do Pinar del Rio na zachodzie kraju to niecałe 1400 kilometrów) muszą brać pod uwagę wyłącznie podróż ze wschodu. Wynika to z wiatru, jednolicie i dość silnie wiejącego na przestrzeni całego roku. Taki też kierunek obierały wszystkie wycieczki, jakie mijaliśmy podczas podróży między miastami.

Przewodnik po Kubie - intro

OK, wróciliśmy* :-) Niby nic wielkiego - urlop, jak już kilka w naszej historii. Tylko że oprócz ponad dwóch tygodni na miejscu, tym razem wymagało nieco dłuższego pobytu w samolocie. Przynajmniej dla mnie, ponieważ ja daleko poza kontynent nosa nie wystawiałem, Dorota natomiast była już po dwóch dłuższych hopkach. Dlatego cały czas miałem z tyłu głowy świadomość kolejnego poszerzania granic, a smaczku całości dodawał fakt podstawowy - to Kuba.

Musiała być w tym roku. Ponieważ przez aktualną sytuację geopolityczną wkrótce zaczną ją zadeptywać turyści ze Stanów, a za rok także z Europy. No bo przecież Kuba w świadomości wielu, nawet nieobeznanych w turystyce osób, jest jednym z tych najatrakcyjniejszych miejsc, jak Paryż ze swoim romantyzmem, Egipt z piramidami i ogromnym bagażem historycznym, czy Chiny z Wielkim murem. Dlatego nie było przebacz, zwłaszcza że na jesieni nie wypalił podobny must - Iran.

Jednak smaczku całości nie dodawał fakt atrakcji turystycznych, będących wręcz niespełnionym marzeniem wielu naszych krajanów, co zatrważających informacji wyczytywanych w trakcie przygotowywania do wyjazdu. I niekończące się pytania: czy są one przesadzone, czy opisywał je surwiwalowy freak, który mógłby spać nawet w namiocie, czy są aktualne - ponieważ sytuacja na wyspie zmienia się strasznie dynamicznie. Dlatego też poinformowałem swoich bliskich o najbardziej prawdopodobnym całkowitym braku kontaktu ze mną przez 2,5 tygodnia. Choć musieli się uzbroić w cierpliwość, to zostali także przestrzeni, że jeśli kontaktu nie byłoby przez 3 tygodnie, może to oznaczać, że coś się jednak stało.

Jak się okazało na miejscu, niekoniecznie trzeba było ich aż tak straszyć. Niemniej zmienność sytuacji i niepewność tego, co z wyczytanych informacji jest nadal aktualne, nakłoniło nas do głębszego przyjrzenia się i podzielenia z Wami naszymi informacjami. Ponieważ czas gra tutaj istotną rolę, na samym początku postaramy się opisać bardziej technikalia i rzeczywistość związaną ze sprawami codziennymi. Dopiero później opiszemy wrażenia jakie wywarły na nas konkretne miejsca. Mamy nadzieję, że komuś to się przyda.

* przyznaję, przez ostatnie długie miesiące bardzo nie idzie mi prowadzenie tego bloga. Przewodnik ten zacząłem pisać od razu po powrocie z podróży, jednak jego obszerność, oraz nawał innych spraw na głowie, zajęły mi ponad pół roku. Dlatego też to wróciliśmy w kontekście zaliczonych już kilku nowych podróży, może brzmieć nieco humorystycznie. Niemniej ruszamy :-) 

piątek, 7 kwietnia 2017

Jak ustawić tytuł na liście wyszukania Azair - mały przydatny hack ;)

Azair, to aplikacja, którą już kilkukrotnie opisywałem na łamach tego bloga. Jej idea jest cudowna - skanuje systemy rezerwacyjne kilkudziesięciu przewoźników i pozwala na wyszukiwanie kombinowanych możliwości dolotu. W ten sposób w zeszłym roku dolecieliśmy do Bośni i Hercegowiny z niespodziewaną nocką na lotnisku Skavsta, a już niejednokrotnie okazało się, że pewne odcinki warto wykonywać na pokładach przewoźników sieciowych (np. airBaltic, Aegan), niż na siłę nisko-kosztowymi.

Tyle teorii. W praktyce projekty hobbystyczne pokazują, że przy odrobinie samozaparcia, można dokonać rzeczy prawie niemożliwych. Jednak dużo częściej objawia się też druga strona tego medalu - brak czasu, środków i ciśnienia, aby pomysł dowieźć do końca, dbając także o mniej istotne szczegóły. Takich problemów w Azair jest całe mnóstwo, niemniej pozwolę sobie o nich teraz nie wspominać. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że autor przyjrzy się im w stosownym czasie.

Jednym z dodatków na które długo czekałem, była możliwość zapisania ustawienia filtrów, aby do takiego samego wyszukiwania móc wrócić sobie kiedy indziej. Sprawa przydatna, gdy obserwuje się kilka bardziej skomplikowanych wyszukań - np. lotów w konkretny dzień (vide weekend), lub pomysłu wakacyjnej podróży w jedno z kilkunastu potencjalnych miejsc. Chociaż ułatwienie to pojawiło się jakiś czas temu, pozostawiało wiele do życzenia. Jednym z problemów były przykładowo nazwy, pod którymi wyszukiwania były zapisane.

Zazwyczaj była to bowiem nazwa dwóch miast. Zupełnie nieadekwatna dla przypadków skrajnych. Np. chciałem polecieć do Niemiec na noworoczne zakupy ciuchowe. Tak tak, kultowy Primark i C&A w Dortmundzie :D Jako jedną z opcji, upatrzyłem poranny rejs z Gdańska do Dortmundu, potem szybki pociąg i powrót z Düsseldorfu do Warszawy. W takim przypadku Azair nazwał wyszukanie, jako Gdańsk-Düsseldorf. Jeszcze ciekawiej było w innym przypadku - weekendowym wypadzie do Bergamo (lot piątek wieczór - niedziela wieczór). Taka opcja została zatytułowana Warszawa-Mediolan choć jak wiadomo, Mediolan-Bergamo jest jedynie marketingową nazwą w świecie przewoźników nisko-kosztowych. Gdy jednak zobaczyliśmy, że w czerwcu jest możliwość jednodniowego wypadu do Bergamo na niedzielę - świetna opcja na wykorzystanie weekendu, kiedy Dorota ma w sobotę szkołę - również postanowiliśmy ustawić sobie alarm na taką opcję. I też została ona zatytułowana... Warszawa-Mediolan.

Jak się na szczęście okazuje, zhackowanie tego rozwiązania jest sprawą banalnie prostą. Co więcej, wykonać ją może każdy użytkownik dzisiejszej przeglądarki. Przykład opiszę Wam przy użyciu Chrome-a. Otóż wyszukajcie normalnie lot, który chcecie wstawić potem w powiadomienie. Jednak zamiast na liście wyszukiwań klikać w ikonę kotka, wciśnijcie na niej prawym przyciskiem myszy. W rozwiniętym menu znajdźcie opcję Inspect (lub Inspect Element w przypadku Firefox). Po kliknięciu tej opcji na dole, lub w prawej części przeglądarki wyświetli się Wam panel programisty. W tym panelu będziecie mieli zaznaczone pole z mnóstwem dziwnego kodu. Przesuńcie podgląd nieco wyżej, aż znajdziecie wpis określony jako < input type="hidden" name="watchText" ... /> Kliknijcie dwukrotnie na tekst wewnątrz pola value (w przykładzie na obrazku jest to value="Wroclaw@Lviv") i wpiszcie nazwę pod jaką będziecie chcieli widzieć swoje wyszukiwanie. Zamknijcie panel programisty i normalnie kliknijcie ikonę kotka. Koniec :-)

Menu po kliknięciu na kotka prawym przyciskiem myszy.

Pole którego wartość należy zmienić

Może jeszcze wspomnę o jednej zasadzie. Twórca aplikacji założył, że alert będzie się składał z dwóch nazw miast oddzielonej znakiem małpy. Nie jest to aż tak istotne w przypadku listy. Jednak warto zwrócić uwagę na konstrukcję widgetu dostępnego na stronie głównej po zalogowaniu. Wszystko to, co jest przed małpą, pojawia się za ikoną startującego samolotu. Natomiast wszystko to, co jest po małpie - znajduje się za ikoną lądującego samolotu. Dlatego ja sobie przyjąłem system - miasto lub trasa przed małpą, dni wylotu, lub jakaś inna dodatkowa informacja po małpie. W ten sposób mam np. określone 'WMI - TRF - WMI@piątek rano - niedziela', dzięki czemu wiem że jest to wyjazd wymagający, ale też w pełni zużywający jeden dzień urlopu. Życzę pomyślnego hackowania :-)

sobota, 18 lutego 2017

Przebazowanie

W trakcie ostatniej dłuższej ciszy na blogu, w mojej tambylczej rzeczywistości zaszła jedna duża zmiana, o której powinienem był się z Wami podzielić. Owszem, od października nie byłem zagranicą w celach turystycznych. Ale nie o to akurat mi chodzi.

Otóż w trakcie pierwszego wypadu w norweską dzicz (relacja: Due North - Na północ), podczas przesiadki na lotnisku w Gdańsku udało mi się zawrzeć pewien fajny deal. Odstąpiłem wtedy na noc kanapę, na której akurat siedziałem i czytałem gazetę. Efekty tego odstąpienia otaczają mnie do dziś, a jednym z tego skutków była moja listopadowa przeprowadzka do Warszawy :D

Pamiętam, gdy cztery lata temu szukałem pracy, stwierdziłem że raczej ograniczam się do mojego Wrocławia. Ba, niedługo później kupiłem tam mieszkanie. Jednak czasami rzeczy niemożliwe zadziewają się szybko i bez wielkiego żalu. Tak więc mieszkanie stoi sobie puste i czeka na weekendowe odwiedziny, przywiezione z Tunezji djembe i rower wyjechały do Warszawy, a ja właśnie kończę okres próbny w pierwszej tutaj pracy.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tej przeprowadzki nie rozważał w kontekście latania. Zatem mamy świetną miejscówkę, skąd na lotnisko Chopina dojeżdżamy autobusem w 20 minut. Pracę mam pod nosem - jedną stację kolejki od lotniska. Dzięki uruchomieniu przez Ryanair krajówek na główne lotnisko Warszawy, bezproblemowo mogę więc latać do Wrocławia na weekendy, z porannym powrotem bezpośrednio do biura. Wiele więc nie straciłem.

Zyskałem za to ponad dziesięciomilionowe lotnisko. Główny hub PLL Lot, który mimo wszystko wciąż bardziej przychylnie patrzy na pasażera z Warszawy, niż z innych portów, których powinien przyciągać na rejsy przesiadkowe. Fakt ten widać w naszych aktualnych planach - dzięki szalonym środom w weekend lecimy do rodziny Doroty w Rzeszowie, na majówkę kierujemy się w stronę Ljubljany a jeden z lipcowych weekendów spędzimy w Połądze na Litwie. Niestety tegoroczny urlop szybko nam się kończy, więc oprócz stricte weekendowych strzałów - obserwuję sobie Zieloną Górę, Kijów i Koszyce - na wiele więcej w tym roku bym nie liczył.

Oprócz PLL Lot pozostaje jeszcze duża baza Wizz Air. Ze sporą radością przywitaliśmy starą już informację o planowanym wrzuceniu do pudełka siódmego różowego cukierka, oraz uruchomieniem połączeń do m.in. Santander, Lyonu, Nicei, Bukaresztu, Bratysławy czy Wilna. Do tego dochodzą oferty Norwegian, czy szeregu innych liniowych przewoźników, którzy co jakiś czas potrafią zaskoczyć promocją, lub atrakcyjnymi czasowo przesiadkami.

Koniec końców jest także - zapomniany nieco od czasu przeniesienia krajówek na lotnisko Chopina - Modlin. Może nie jest on pierwszym wyborem w moich planach, jednak mimo wszystko spora siatka połączeń Ryanair, pewnie niejednokrotnie wspomoże nasze krótkie wypady z wykorzystaniem minimalnej liczby dni urlopowych. Przykładowo latem można na całą niedzielę polecieć do Bergamo - fajna opcja na zaliczenie Bresci, Verony, lub szybkiego wypadu nad jezioro Como. Charleroi też kusi kilkoma połączeniami dziennie z wylotem rano Wizz Air i powrotem wieczorem Ryanair. Zresztą późne loty z Bergamo/Charleroi fajnie nam się układają na powroty z Tirany lub Podgoricy, nad czym będziemy się zastanawiać w tym roku :-) 

Zatem okres przejściowy powoli się kończy. Wstępnie się tu ułożyłem, nieśmiało zaczyna być słychać coś o wiośnie, trzeba więc się zaktywizować. W ilości lotów rok 2016 raczej nie zostanie przebity. Trochę zaburzone statystyki - ponieważ nie dotyczące wyłącznie całego roku - mówią, że w przeciągu 14 miesięcy (wrzesień 2015 - październik 2016) odbyłem 70 lotów, a poza domem spędziłem 147 nocy. Zeszłego lata Dorota miała taki okres, że 10 weekendów z rzędu spędziła poza Warszawą. Gdy teraz będzie łatwiej transportowo, myślę że jesień 2017 również przywitamy lekkim przemęczeniem ;)

piątek, 17 lutego 2017

Nowa mapa na blogu

Eh... post ten napisałem już chyba z pięć razy. A bo mapa była na ukończeniu, bo wrzucę ją przy okazji info o przebazowaniu, albo w ramach noworocznych pozdrowień. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Śmieję się, że dopiero kontuzja, jaką odniosłem na stoku narciarskim w zeszły weekend (w efekcie czego przebywam na zwolnieniu lekarskim), pozwoliła na znalezienie kilku wolnych chwil i dociągnięcie tematu do końca. Zatem tak, blog otrzymał zupełnie nowy mechanizm mapy. Choć zmienił się jej adres docelowy (niestety mechanizm Bloggera nie wspiera aktualnych technologii i musiałem ją wynieść poza oficjalną przestrzeń Tambylczego bloga), to niezmiennie znajdziecie ją pod obrazkiem na górze prawej części bloga.

Czemu jestem nią aż tak podekscytowany? Ano temu, że stara była co najmniej przestarzała, a w niektórych miejscach działała wręcz wadliwie. Nowa mapa została napisana od zera, dzięki czemu przysłużyła się praktycznej nauce nowszych technologii, które postanowiłem poznać przed podjęciem nowej pracy - o przebazowaniu napiszę niebawem w innym poście. W ten sposób jestem w stanie choćby tworzyć fajne filtry i automatycznie aktualizować statystyki.

Przykładowo bardzo bawi mnie przeglądanie miejsc odwiedzonych tylko w jednym roku. Zaznaczenie jednego tylko kraju pokaże miejsca, oraz odbyte w nim loty krajowe. Nie spodziewałem się nawet że mam już tyle krajówek po Polsce, a w Hiszpanii i Włoszech odwiedziłem ponad 40 miejsc :-) Ciekawie prezentuje się też połączenie dwóch krajów, które oprócz znajdujących się tam miejsc, pokazują odbyte pomiędzy nimi rejsy. Ciekawostką jest para Norwegia - Polska, gdzie z - w większości - dwóch lotnisk na północy, wychodzi sześć kresek, na pięć lotnisk w Polsce.

Oczkiem w głowie stała się natomiast nowa zakładka - statystyki. Przez większość czasu, oprócz mapy blogowej, gdzieś tam w domowym zaciszu tworzyłem bowiem inną siatkę wspomnień - w programie Google Earth. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że ręczne prowadzenie statystyk jest bardzo narażone na błędy, a powtarzanie prac na blogu i w programie - pozbawione sensu. Dlatego postanowiłem ograniczyć się do jedynego źródła prawdy, rozszerzając go o statystyki miejsc, krajów, linii lotniczych, typów samolotów, jak też plany na przyszłość.

Oczywiście mapa, podobnie jak jej poprzednia wersja, również połączona jest z treścią tego bloga. Zatem wszędzie gdzie można, zawiera ona linki do relacji, przewodników, czy innych artykułów. Cyklicznie uzupełniam ją również o nowe zdjęcia, które wrzucam do Google Photos. Dodatkowo w dymkach lotniskowych dodałem listę odbytych lotów z danego portu, razem z ilością rejsów na wskazanym odcinku. Dla mnie stało się to źródłem kilku ciekawostek, przykładowo nie wiedziałem, że z Wrocławia na Modlin leciałem aż 24 razy :D

Zatem oto ja, życzę miłej lektury.

czwartek, 3 listopada 2016

Globalna wioska, czyli zdjęcia w Google Maps

W poprzednim wpisie opisywałem usługę Zdjęć, nieco wymuszoną alternatywę dla zamykanego przez Google serwisu Panoramio.com. Postanowiłem dać jej szansę z powodu przeświadczenia, że zgromadzone tam zdjęcia automatycznie - jak kiedyś w Panoramio - znajdą się w Google Maps. Nic bardziej mylnego. Co więcej, fotki można publikować w Mapach bez uruchomionej usługi Zdjęcia. Mapy prawdopodobnie korzystają z własnej bazy danych. Jeśli chcesz tam umieścić zdjęcia z prywatnej galerii, Mapy tworzą swoją niezależną kopię.

Przejdźmy do sedna. Cały czas jestem zafascynowany zjawiskiem globalnej społeczności, gdzie każdy może ułatwić życie innym osobom. Dlatego doceniłem ostatnie zmiany w Mapach Google, gdzie klikając na dowolne miejsce, można znaleźć ogromne ilości rzetelnych informacji - od godzin otwarcia, lub największej popularności, przez adres witryny, krótki artykuł Wikipediowy, info jak dojechać (czasami również transportem publicznym), po zdjęcia oczywiście. Sprawdźcie sami. Odnajdźcie na mapie interesujące Was miejsce (może to być kościół, miasto, lub nawet mała firma), kliknijcie na nie, a po lewej stronie pojawi się okienko informacyjne. Wszystko to może być uzupełniane danymi podawanymi przez każdego użytkownika. Tak samo każdy internauta może dane miejsce ocenić gwiazdkami i opisać. Z tym jednak mam spory problem, ponieważ możliwość taka bardzo wzmacnia klasyczną chęć wylewania z siebie internetowego hejtu. Czasami usprawiedliwionego, ponieważ przykładowo restauracja może być droga, serwować surowe/zimne danie, lub po prostu kibel w niej będzie brudny. Jednak wśród opisów widziałem już kilka lokalnych komentowych wojenek toczonych wśród tanich hoteli w Bari, lub konkurujących ze sobą firm zajmujących się serwisem aparatów fotograficznych we Wrocławiu

Jeśli chodzi o zdjęcia prezentujące wskazany obiekt, możecie je dołączyć we wspomnianym przed chwilą oknie informacyjnym. W ten sposób totalnie zmieniony został podmiot, gdzie w Panoramio ważny był widok z miejsca reprezentowanego koordynatami GPS, a w Mapach zwrócony jest focus na konkretny obiekt. Czyli zdjęcia na przykład Sagrada Familia mogą zawierać obrazy ze środka kościoła, ujęcie Barcelony ustrzelone z jednej z wież, jak też delikatny zarys budynku widziany z podejścia samolotu na lotnisko El-Prat. Jedno zdjęcie może być również przypięte do większej ilości obiektów.. Fotka wspomnianej Sagrady można bowiem dodać do karty informacyjnej samego kościoła, Barcelony, Katalonii, czy Hiszpanii.

Co wzbudza mój niepokój, to fakt że zdjęcie można przypisać tylko do wskazanego w Mapach miejsca. Jest to zazwyczaj miejsce turystyczne, lub siedziba firmy. Odpada więc możliwość pokazania murale, lub po prostu oddania uroku jakieś specyficznej ulicy, widoku. Gdy danego miejsca, np. jakieś fontanny/rzeźby, nie ma w Mapach, zawsze można ją dodać. Jest to z jednej strony zaleta globalnej wioski, gdzie każdy może mieć wymierny wpływ na przydatność wielkiej funkcjonalności. Ale jest również wada - nieuważne dodawanie nowych miejsc i brak należytej moderacji skutkuje pojawianiem się dubli (jak na obrazku po lewej), niedokładnych opisów (np. tylko zdawkowe Fontanna - także na obrazku), lub też możliwością rozdrabniania ich na mniejsze części - np. wspomniana Sagrada Familia, następnie Fasada Narodzenia Pańskiego, Fasada Męki Pańskiej, wnętrze, ołtarz i wieże.

Kolejna nurtująca mnie niejasność, to mechanizm za pomocą którego dane zdjęcia pojawiają się w Mapach. Gdy jest to miejsce o niewielkiej popularności, jakiś zaczynający działalność hostel, posiada on kilkanaście przypiętych zdjęć i moje po prostu za jakiś czas pojawiają się na liście. Jednak gdy mówimy o czymś ogromnym, np. Forum Romanum, Rzym czy całe Włochy, nie mam zielonego pojęcia jaki mechanizm reguluje pojawienie się, bądź nie pojawienie się moich fotek wśród wybranych już dwustu.

Najbardziej jednak martwi mnie traktowanie użytkowników dodających własną treść, jako zwyczajne dojne krowy. No bo tak, ogromna rozbudowa mechanizmu Map służy oczywiście zarabianiu przez  Google. My uzupełniamy ich bazę danych o czynnik ludzki - wskazujemy popularność, jakie dane miejsce wywołuje emocje itp. Jednak jedyne co dostajemy w zamian, to podziękowanie i motywujący tekst, jak bardzo fajni jesteśmy ;) Ani nie wiemy czy i kiedy nasze zdjęcia zostaną przypięte do wskazanych miejsc, ani nawet nie wiemy jakie realne wyniki dają nasze godziny spędzone przed komputerem za darmo. Google nie zapewnia bowiem żadnej strony ze statystykami odwiedzin. Jedyne co dostałem, to - po jakiś dwóch tygodniach od wrzucenia pierwszego zdjęcia - mail z informacją o liczbie wyświetleń i życiowym rekordzie. A jeszcze żeby było ciekawiej, gdy Google w skrzynce mailowej wykryje potwierdzenie rezerwacji w jakimś noclegu i przy włączonej nawigacji zorientuje się, że znajdujesz się we wspomnianym miejscu, oczywiście wyświetli Ci na telefonie powiadomienie, abyś nie zapomniał zrobić tam zdjęć i wrzucić do usługi Map :D

Jest jeszcze jedna ogromna niejasność. Jeśli z jakiegoś powodu przestanie nam być po drodze z Google i będziemy chcieli wyprowadzić nasze manatki, usunięcie konta i treści z usługi Zdjęć wcale nie spowoduje usunięcia ich z Map. Coś takiego da się zrobić w czymś w rodzaju centrum przesłanych plików, do którego dotarłem po kilku godzinach testów. Sądzę że niewielu osobom starczy cierpliwości aby dojść do tego miejsca, co tylko potwierdza tendencję Google do - w mojej opinii - traktowania swoich użytkowników w sposób nie-do-końca-fair.

Oczywiście wśród tych gorzkich żalów nie można zapominać o sednie. Usługa Google Maps dla przeglądającego i podróżującego, cały czas jest nieopisanym kompendium wiedzy, która częstokroć bardzo potrafi ułatwić życie. Integracja z rozkładami jazdy lokalnej komunikacji, zdjęcia Street View pozwalające zobaczyć jak dojść we wskazane miejsce, linki do witryny danego obiektu, zdjęcia satelitarne i - robione samolotem - pozwalające na podgląd w trzech wymiarach, możliwość pobrania map na telefon i wyszukania trasy z punktu A do punktu B będąc offline - to są udogodnienia z których realnie korzystam. Byłoby idealnie, gdyby do tego twardego produktu zwrócono również nieco więcej uwagi na jego miękkie elementy. Super-dokładny schemat ulic można bowiem pobrać w ramach umów podpisanych z lokalnymi zarządcami, zdjęcia Street View zrobić samo-kierującymi się samochodami. Jednak to dopiero użytkownicy nadają tym danym znaczenia emocjonalnego. Oceniają, opisują, wrzucają własne zdjęcia, wskazują co jest ciekawsze, lub wywołuje większe wrażenie. Warto o tym pamiętać.

środa, 2 listopada 2016

Gdzie wrzucać podróżne fotki po zamknięciu Panoramio? Recenzja usługi Zdjęcia w Google

Informacyjnie, moje konto na Panoramio z wyjazdowymi fotkami znajdziecie pod adresem: http://www.panoramio.com/user/1373046

Serwis Panoramio.com, to na pierwszy rzut oka internetowa galeria zdjęć. Jednak geneza powstania tej usługi była zupełnie inna. Cała zabawa polega bowiem nie tyle na zamieszczaniu fotek, co na ogromnej palecie możliwości, jakie daje geolokalizacja. Dlatego też startup został bardzo szybko zauważony i wykupiony przez Google. Ogromnym wsparciem była integracja treści serwisu z Mapami i Google Earth. Właśnie to spowodowało, że kilka lat temu założyłem na Panoramio swoje konto i jak dotąd tylko tam zamieszczałem swoje zdjęcia wyjazdowe. Być może w trakcie któregoś wyjazdowego opisu/przewodnika natrafiliście na link do galerii pokazującej dokładnie wskazane miejsce. Odnośniki te są również integralną częścią wirtualnego pamiętnika moich podróży, który znajdziecie pod mapką w prawej części bloga.

Niestety, w trakcie urlopu we Włoszech na moją skrzynkę wpłynął mail z informacją, że Google postanawia jednak zamknąć serwis. Nie pomogły jęki, prośby, groźby i duża społeczność dumna z tego, że dzięki swoim ujęciom może pokazywać świat. Google przechodzi proces głębokich zmian, integracji, reorganizacji. Trzeba unowocześniać, zarabiać, a z Panoramio jakoś w tym wszystkim nie było po drodze. Dlatego wszyscy użytkownicy dostali szybką piłkę - rejestrujesz się, integrujesz, przenosimy Twoje zdjęcia i jesteś przewodnikiem w Mapach. Jeśli nie, to na serwis fotki możesz wrzucać przez kolejny miesiąc, przeglądać przez następny rok, a potem cze jak czapka.

Po powrocie z urlopu postanowiłem ogarnąć temat i spróbować nieco rozpoznać rynek. Po jakimś czasie pomyślałem, że dam jednak szansę usłudze Zdjęcia w Google. W głowie miałem bowiem przekonanie, że gdy wrzucę tam geotagowane zdjęcia, to - jak kiedyś w Panoramio - pojawią się one w mapach Google. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, choć fotki są oznaczone koordynatami GPS (w domyśle - w tym punkcie zostały zrobione), to są to tylko elementy dodawane do albumów. Wśród ustawień usługi nie znajdziesz ptaszka w stylu  przypisuj zdjęcia do wskazanych/pobliskich miejsc. Aby coś takiego się zadziało, musisz samemu odnaleźć poszukiwany obiekt i w jego karcie informacyjnej kliknąć opcję dodawania nowego zdjęcia.

Dobrze, zatem do usługi wrzuciłem nieco zdjęć i chcę je teraz dodać do Map. Niestety, nawigowanie po tym sposobie to jakiś koszmar. Musimy bowiem wybierać z mieszanki nieposortowanych i chaotycznie ustawionych grup, jak Zdjęcia z wpisów (chyba te, które wcześniej zostały dodane do np. Map), zdjęcia wrzucone na bloga, hangout-sów (czat w Gmail), albumy, tagi, czy jakiś katalog oznaczony jedynie datą. Bardzo szybko zacząłem więc do Map przesyłać fotki bezpośrednio z dysku twardego mojego komputera. I uwaga - procedura taka, w mojej opinii, nie działa jakoś znacznie inaczej od tego, gdy użyjemy fotki z prywatnej galerii. Obraz taki jest prawdopodobnie duplikowany do serwisu Map.


OK, czyli już wiemy, że zdjęcie nie musi znajdować się w prywatnej galerii aby móc je wstawić do usługi Map. Dajmy jednak Google szansę i spróbujmy wrzucić wspomnienia z któregoś wyjazdu. Procedura ta jest bardzo prosta. Wystarczy bowiem przeciągnąć zaznaczone zdjęcia z systemu operacyjnego do okna przeglądarki internetowej. Niestety, regularnie, po jakimś czasie z moją przeglądarką zaczyna się dziać coś złego i w pewnym momencie po prostu się ona wyłącza. O tyle dobrze, że przy próbie przesłania do usługi takiej samej fotki, system ją rozpozna i nie pozwoli na zdublowanie. Czyli jeśli na raz chcę przesłać około 100 zdjęć, wystarczy że za każdym razem przeciągnę je nad okno przeglądarki. Po jakimś 10. wywaleniu się całego programu wszystkie fotki będą już wgrane. Trochę to przez łzy, ale działa ;) 

No to czas utworzyć album. Wpisuję tytuł - konkretny wyjazd - dodaję zdjęcia, działa. Nawet fajnie działa, ponieważ zdjęcia są automatycznie posortowane po dacie ich wykonania. Wprawdzie może to powodować problemy, gdy galerię stanowią fotki z dwóch niezsynchronizowanych ze sobą aparatów, ale to wątek na kiedy indziej.

No dobrze, a co z tagami, o które tak bardzo dbałem na Panoramio? Bo zamiast przelatywać po wszystkich fotkach, wolałbym mieć łatwy dostęp do tych zrobionych tylko w Barcelonie, Włoszech, przedstawiających zachód słońca, meczet czy po prostu te, na których widać mnie. Zatem nie da się... Znaczy się można tworzyć nowe albumy, które następnie usunie się z ich listy. Będą one widoczne tylko w zakładce Udostępnione. Niestety ich kolejność w tym miejscu jest totalnie chaotyczna, co zdecydowanie nie ułatwia sprawy.

A, jeszcze żeby było ciekawiej, linki do albumów to zakodowane przez Google hashe. Jeśli więc przesyłasz coś takiego swojej znajomej, ona nie wie czy dostanie album z całego wyjazdu, jego wycinku - np. tylko jedno miasto, czy być może robione telefonem zdjęcia spod prysznica ;) Dodatkowo nie ma czegoś takiego jak strona główna użytkownika, gdzie każdy może podglądać wszystkie udostępnione albumy. Nie ma możliwości obserwowania danej osoby, przypadkowego powrotu żeby sprawdzić czy zostało dodane coś nowego. Za każdym razem autor musi wygenerować i wysłać link do swojego albumu. Dorota wspomniała, że tagowanie i możliwość pokazywania wszystkiego była w Picassie. No tak, tylko że Google też ją zamknął...

Co w zamian tych ograniczeń usługa daje nowego? Cóż, nie wiedzieć czemu tworzące się automatycznie prezentacje. Do tego punkt lokalizacyjny, który w zasadzie jest tylko etykietą, w którą można wpisać dosłownie wszystko. Jest też mapa, która może służyć jako zobrazowanie odbytych w trakcie wyjazdu lotów. Tylko co ja się namęczyłem, aby wśród proponowanych miejsc docelowych znaleźć lotnisko we Wrocławiu. Trzeba bowiem wpisać coś, co Google będzie w stanie połączyć z jakimiś współrzędnymi geograficznymi. Niestety po wpisaniu np. Lotnisko Wrocław wyświetlane podpowiedzi skupiały się na parkingach, zamiast na porcie lotniczym ;)

Co do mapy - wszystko jasne. Punkt lokalizacyjny niech zatem służy do tematycznego podzielenia podróży. Takie rozdziały - zazwyczaj oznaczające jakieś miasto. Tylko że w Wenecji spędziliśmy dwa dni, w trakcie których sporo czasu poświęciliśmy na osobne wyspy Murano i Burano. Jak tam popłyniecie, to zrozumiecie dlaczego warto je wydzielić od Wenecji. Teraz pod linkami macie albumy (tagi) dotyczące tylko wymienionych miast. Ten podział byłby prosty, gdyby jednak nie automatyczne posortowanie zdjęć po dacie wykonania. Teraz muszę bowiem każde pojedyncze zdjęcie przesunąć w górę, lub w dół o niemal 1/4 galerii. Aż nie mogłem w to uwierzyć, że Google tak dobrze sobie radzi z milionami ton informacji, a nie daje możliwości równoczesnej i łatwej edycji kilku zdjęć ;) 

Usługa Zdjęcia posiada jednak jedną bardzo dobrą właściwość. Zainstalujcie sobie na tablecie/telefonie jej aplikację. Aha, uważajcie z synchronizacją kont, ponieważ po chwili obok zdjęć z Waszych urlopów znajdą się te robione urządzeniem - czy to pokazujące drina z palemką, wysyłane koleżance fotki butów znalezionych w jakimś sklepie, czy też te spod prysznica ;) Ale wracając do sedna, gdy w aplikacji wejdziecie w wybrany album i przewertujecie każde zdjęcie, program je zapamięta. Modulo - jedziesz do rodziny z dala od swojego wi-fi, odpalasz urządzenie i snujesz długą opowieść pośród ponad 300 zdjęć robionych przez tydzień wyjazdu :-)

Podsumowując, po tygodniu korzystania mam bardzo mieszane uczucia co do usługi Zdjęć. Co najważniejsze, nie jest ona niezbędna aby obrazy pojawiły się w Google-owych Mapach. Samo jej działanie jest natomiast skupione na innych priorytetach. Za mało w niej możliwości konfiguracyjnych a za dużo nastawienia na prosty do osiągnięcia wow-effect. Nie wiem czy to ja się starzeję i moje przyzwyczajenie do encyklopedycznej zawartości internetu nie współgra z dzisiejszym nowoczesnym, multimedialnym i w gruncie rzeczy dającym niewiele wartości podejściem do prezentacji treści. Ale chyba coś w tym jest, bo Dorota także czasami ma problemy w połapaniu się o co chodzi w tej usłudze. Dlatego jeśli szukacie miejsca do wrzucania galerii ze swoich podróży, lepiej poświęćcie jedno popołudnie więcej, żeby sprawdzić także alternatywy. Być może znajdziecie coś, co będzie bardziej celować w Wasze gusta i potrzeby.