wtorek, 26 stycznia 2010

spostrzeżenia własne - przewodnik po Santiago de Compostela

Santiago de Compostela wcale nie jest jakimś największym ani najpopularniejszym wśród turystów miastem w Hiszpanii. Chociaż na mapach obecne jest już od czasów średniowiecza, dotąd doczekał się raptem około 100tys. mieszkańców. Liczba ta wzrasta w czasie semestrów uczelnianych, gdyż zjeżdżająca się z całej Europy brać studencka stanowi blisko połowę populacji tego malowniczego miasta. Obserwując z lotu ptaka Galicię, której stolicą jest właśnie Santiago, można odnieść wrażenie, że wcale nie znajdujemy się w ciepłej Hiszpanii. Nasze wyobrażenia tego kraju to bowiem najczęściej piaszczyste plaże, palmy i generalnie klimat beztroskiego letniego urlopowania. Niemniej Galicia z powodu swoich geograficznych uwarunkowań bardziej przypomina Irlandię z jej niższymi temperaturami, deszczami pojawiającymi się do 160 dni w ciągu roku, oraz wszechobecną zielenią.
Santiago de Compostela jest dziwną destynacją lotniczą, do której czasami można się dostać bardzo łatwo i tanio, a kiedy indziej trzeba się bardzo namęczyć aby nie przepłacić. Oczywiście najtańszą opcją jest Ryanair na trasach wewnątrz Hiszpanii. Do trzech razy dziennie można tam dolecieć z Madrytu, a prawie codziennie z Malagi, Alicante, czy Reusu. Poza tym szereg krajowych (Madryt, Bilbao, Walencja, Barcelona) i turystycznych (Majorka, Wyspy Kanaryjskie) połączeń oferują tacy przewoźnicy, jak Iberia/Air Nostrum, Spanair, Air Berlin, Air Europa, czy Vueling.

Lotnisko.
Chociaż nie obsługuje najbogatszego, bądź gęsto zaludnionego rejonu Hiszpanii, co więcej, nie jest bazą lotniczą żadnej z wyżej wymienionych linii lotniczych (chociaż pojawiają się plotki o zainteresowaniu zbazowaniem tam swoich maszyn przez Ryanair), rocznie obsługuje około dwóch milionów pasażerów. Do tego w 2007 roku zaprezentowano plany budowy nowego terminala, który docelowo miałby obsłużyć do czterech milionów podróżnych rocznie. Z lotniska do Santiago można dojechać autobusem lokalnej firmy Freire. Obsługuje ona zarówno bezpośrednie połączenie, jak też dodatkowe przy okazji trasy Santiago de Compostela – Lugo. Co więcej, uruchomiona jest też specjalna linia skorelowana z lotami Ryanair. Niestety system ten wydaje się być dość zagmatwany, gdyż strona internetowa przewoźnika działa poprawnie wyłącznie pod przeglądarką Internet Explorer, a informacje turystyczna udzielona nam na lotnisku również do najbardziej jasnych nie należały. Z naszych doświadczeń więc, autobusy zatrzymują się przy prawym wyjściu z lotniska, paradoksalnie – w obszarze odlotów zamiast przylotów. Co więcej, na przystanku tym zatrzymują się również autobusy jadące do Lugo, należy więc zwracać baczną uwagę zarówno na informację świetlną na autobusie dokąd jedzie, oraz jeszcze na wszelki wypadek zapytać kierowcy. Kurs na stację autobusową zajmie nam około 20 minut, w okolice centrum i stacji kolejowej – kolejne 10. Cena to €2,50 od osoby, płatne u kierowcy. Autobusy z miasta trasę zaczynają już od godziny siódmej rano, a ostatni odjazd z lotniska zaplanowany jest na godzinę 2330. Jak wspomniałem wcześniej, poprzez zamieszanie nie dane było nam skorzystać z linii skorelowanej z lotami Ryanair. Jednak jak zorientowaliśmy się już na mieście, odjazdy z centrum miasta są troszkę za wcześnie dla backpackersa odprawionego już w internecie.
Kilka słów na temat nocowania na lotnisku w Santiago de Compostela można przeczytać we wpisie Sztuki taniego latania "Spanie na lotnisku - opis lotnisk".

Nocleg.
Santiago de Compostela jest miastem młodych. Znaczną część jego mieszkańców stanowią bowiem liczni studenci z całego kraju, jak też Europy. W połączeniu ze sporą liczbą pielgrzymów, którzy za cel swoich podróży obrali stolicę Galicii oczywistym jest, że miasto musi oferować solidną bazę noclegową. Nie jest więc żadnym problemem znaleźć zarówno bardziej wystawny hotel, jak też tani hostel pomiędzy ciasnymi uliczkami starówki.
Po krótkiej analizie cenowej, postanowiliśmy przetestować Pension Santa Rita. Jedna noc w dwuosobowym pokoju kosztowała nas €37. Hostel ten znajduje się w ścisłym centrum miasta, a znalezienie bramy wejściowej do niego kierującej zajmuje kilka do kilkunastu minut kręcenia się po okolicznym placu. Wbrew wcześniejszym przewidywaniom wejście nie było ukryte gdzieś w podwórku, lecz bezpośrednio na ulicy, a hostel zajmuje czwarte i piąte piętro zwykłego bloku mieszkalnego. Na miejscu dostaliśmy pokój z trzema łóżkami, przestronną szafą, bardzo ciepłą pościelą i telewizorem. Łazienki z prysznicem na korytarzu, jedna na mniej więcej 3 pokoje. Dwa szkopuły jakie zauważyliśmy w tym miejscu, to brak lodówki i kuchenki mikrofalowej/czajnika. Jednak biorąc pod uwagę fenomenalne warunki żywieniowe i liczność tanich kawiarenek rozstawionych po okolicy nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu.


Zwiedzanie.
Wieki średnie to bodaj najbardziej istotna epoka w historii Santiago de Compostela. W roku 813 odkryto tam bowiem grób uznany za miejsce pochówku Świętego Jakuba (Sant Iago). W tym samym miejscu powstało sanktuarium, wokół którego przez kolejne lata rozbudowywało się całe miasto. I nie ma co się dziwić, gdyż kult tego świętego okazuje się być tak silnym, że już w XI wieku Santiago de Compostela staje się obok Jerozolimy i Rzymu najważniejszym punktem pielgrzymek Chrześcijan. W ten sposób budowana przez przeszło sześć wieków Katedra i cały zabytkowy zespół staromiejski rozrosły się do takich rozmiarów, że bez żadnych zastrzeżeń wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO. I rzeczywiście, jak sama starówka może nie jest miejscem niepowtarzalnym i dla osoby nieobeznanej z architekturą/sztuką czymś unikatowym, tak stojąca naprzeciw kwadratowego pustego placu Katedra robi istotnie duże wrażenie. Na ogromnym kompleksie widać bowiem piętno wielu wieków poświęconych jego konstrukcji. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sanktuarium to jest jakby zapomniane i niedoceniane. Wynika to z faktu, że zespół budynków nie jest czymś dopieszczanym, remontowanym co chwila a w nocy pięknie oświetlonym aby pokazać przyjezdnym każdy najmniejszy szczegół. W wyniku sporej wilgoci (wspomniane wcześniej około 160 deszczowych dni w roku) szary budulec zewnętrzny kompleksu pokryty bowiem został zielono - żółtym nalotem. Może to i dobrze, gdyż w miejscu tym doświadczyliśmy czegoś zupełnie nowego. Bardzo ciekawy klimat wytworzony był np. późnym wieczorem, kiedy to spory plac przed Katedrą był prawie całkowicie opustoszały, a okolice oświetlone jedynie półcieniami. Tą sympatyczną atmosferę niepewności i mrocznej grozy wzmagał np. wybijający późną godzinę dzwon. Niczym ze starych filmów odnosiliśmy wrażenie, że każde uderzenie jest dłuższe i głośniejsze :-)
W środku, jak to miejsce wielowiekowego kultu – mnóstwo wystawnych malunków, rzeźb rozmaitych postaci i pamiątek zostawianych przez wielu pielgrzymów. Ogromne organy, złocony ołtarz i wielka kadzielnica zapalana tylko na specjalne okazje. Chociaż w kilku miejscach obowiązuje zakaz fotografowania, ochroniarze nie są zbyt natarczywi zarówno wobec wyróżniających się białą muszlą pielgrzymów, jak też zwykłych turystów.
I koniec. Santiago de Compostela ściąga ludzi do tylko jednego punktu. Owszem, w mieście znajdują się muzea, rozmaite ciekawe budynki i sympatyczny dla południowych spacerów park na górce. Ale oprócz umiejscowionych nieopodal Katedry budynków Uniwersytetu nie ma do zaoferowania prawie nic innego. Pozostałe miejsca stanowią tak niewielki smaczek, że cieszą miejscowych, lub ludzi przebywających w Santiago jakiś już czas. Dlatego też po 1,5 dnia i kolejnym gubieniu się w uliczkach starówki, które skończyło się piątą wizytą przed Katedrą stwierdziliśmy, że w tym momencie powinno się albo wracać do Madrytu, albo wyjeżdżać w teren na poznanie Galicii.

Wyżywienie.
Santiago de Compostela, jako miasto w Hiszpanii i dodatkowo miejsce atrakcyjne turystycznie, musi posiadać niezliczoną liczbę kawiarni i knajpek z doskonałym jedzeniem. I to prawda, centrum upstrzone jest miejscami specjalizującymi się w daniach morza, czy kuchniach różnych narodów. Za stosunkowo niewielką cenę można zjeść naprawdę sporo i dobrze. Pełne obiady zaczynają się już od €8 a wliczone w to są dwudaniowy obiad, chleb, napój, ciastko i kawa. Kanapki, tapasy i tortille da się znaleźć już od €3, a śniadaniowa kawa z ciastkiem za €2. Istotnym problemem większości hiszpańskich knajpek jest menu prawie wyłącznie w języku ichniejszym. Dlatego też dla mniej odważnych ciekawą propozycją może być znajdująca się w mieście TelePizza (Rosalia de Castro 126), czy Domino's Pizza (Romero Donallo 13). Niemniej bardzo polecam mały eksperyment w lokalnej knajpce. My wybraliśmy utrzymany w klimatach żeglarskich Galeon na oddalonej nieco od starówki ulicy Alfredo Branas 33. Dwie porcje po kilkanaście krążków Kalmarów a'la Romana (w tzw. cieście), 3 plastry szynki, kiełbaska, sałatka i bułka + jedna porcja frytek kosztowały nas w sumie niecałe €14. Niemniej danie świeże i cieplutkie podstawione było po niecałych czterech minutach, a porcje tak solidne, że do końca dnia nie martwiliśmy się o żaden głód. Do całości dodam, że naprawdę było to jedno z najsmaczniejszych posiłków, jakie jadłem w tym roku. Doskonałość hiszpańskiej gościny znów pozytywnie mnie zaskoczyła i jeśli jeszcze kiedykolwiek znajdę się w Santiago z pewnością będę musiał odwiedzić tą zacną knajpę.
Poza tym Santiago, podobnie jak cała Hiszpania, jest bardzo przyjazna dla portfela turysty, nawet z biedniejszych rejonów Europy jakim jest Polska. Lokalne markety oferują bowiem ceny porównywalne do naszych, dla przykładu: długa bagietka: €0.25, 600ml jogurt Danone: €1.19 lub lokalnej firmy: €0.88, 500g miejscowego kolorowego makaronu (specyficzna pamiątka kulinarna ;) ): €1,15, piwo w butelce 0.33: €0,60, kilkanaście plastrów żółtego sera: €1,04. Markety znaleźć można np. przy Rua F. Rosendo Salvado 10 (Gadis), Rua de Montero Rios 33 (Carrefour Express), czy Rua Alfredo Branas 23 (Dia%). W mieście jest też LIDL, ale jego miejsca nie udało nam się zlokalizować.

Ogólne wrażenia.
Santiago de Compostela jest zdecydowanie miejscem dla tambylców. Znikoma ilość polaków wie bowiem w którym miejscu na mapie znajduje się to miasto, a jeszcze mniejsza byłaby chętna tutaj przyjechać widząc brak atrakcji oferowanych przez popularne „plażowe kurorty” ciepłego południa. Miasto jest też atrakcją na jeden dzień, ot tak, aby zobaczyć pewne wystawne „wow” i wrócić do domu stawiając kolejną kropkę na mapie. Alternatywnie, więcej czasu można poświęcić samej Galicii. Spotkane gdzieś na starówce polskie studentki potwierdziły pewne przypuszczenia pojawiające się w trakcie lądowania w Santiago. Galicia, w odróżnieniu od nowoczesnej Hiszpanii nieco zacofana, w niektórych miejscach jest niezwykle urocza. Ale żeby ją odkryć, trzeba poświęcić więcej niż raptem kilka dni. Jeśli jest się więc znudzonym popularnymi miejscami wycieczkowymi, dlaczego nie wybrać się w pare osób na kilkudniowe samochodowe zwiedzanie północnozachodniego krańca Hiszpanii? Tour wzdłuż wybrzeża Oceanu i Zatoki Biskajskiej też musi przynieść odkrycie ciekawych miejsc. Ja takie jedno mam upatrzone już od jakiegoś czasu, ale o tym zapewne jak nadarzy się kolejna okazja aby wylądować w Santiago.
Dobrym powodem do odwiedzin Santiago de Compostela mogą być również trwające przez cały 2010 obchody roku świętego. W ramach projektu Xacobeo 2010 zapowiedziane jest bowiem mnóstwo atrakcji kulturalnych celujących w nowoczesny przekaz, ale uwzględniający istotne wartości wielowiekowej tradycji. Posiadając w pamięci futurystyczną prezentację Galicii jaką mieliśmy okazję oglądać w budynku Uniwersytetu podejrzewam, że może być ciekawie :-)

Adresy mailowe i kontaktowe:
http://www.empresafreire.com/ :: Transport autobusowy w Santiago (strona nie działa w przeglądarkach Mozilla Firefox i Chrome!)
http://blog.xacobeo.es/ :: Blog opisujący obchody roku świętego 2010

Galeon Cervezeria
Alfredo Branas, 33
Santiago de Compostela

Hostel Santa Rita
calle Fray Rosendo Salvado, 4
4. i 5. piętro
15701 Santiago de Compostela
tel. 981 59 55 54 (całkiem komunikatywny angielski)
www.pensionsantarite.com
psantarita@mundo-r.com

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Na (prawie) krańcu Europy

23-26 listopad 2009, Santiago de Compostela, Madryt i Alicante w Hiszpanii

Pod koniec listopada zeszłego roku odbyliśmy pierwszy z serii zaplanowanych wypadów do hiszpańskiego Alicante. Tym razem wyjazd przedłużyliśmy o Santiago de Compostela na północno-zachodnim krańcu Półwyspu Iberyjskiego oraz Madryt. Cała reszta to już opisowy debiut w internecie mojej małej bejbe :-)


Wszystko zaczęło się od kupna biletu na trasę Wrocław - Alicante - Wrocław w promocyjnej cenie po €5. Dalszy plan podróży czekał na rozwinięcie. Standardowe polowanie na promocje i oto jest pomysł - Santiago ;)

Poniedziałek:
Wieczorny lot, trasa Wrocław – Alicante. Na lotnisku w Hiszpanii szukamy sobie wygodnego miejsca by przymknąć na chwilę oko. Znajdujemy, miejscówka całkiem fajna, mamy dwie ławki naprzeciwko siebie, nawet nie trzeba dmuchać materacy, robimy obchód po rejonie, kilka fotek, kolacja i niestety zmiana upatrzonego miejsca bo tę część lotniska zamykają na noc. Kolejne wolne miejsce znaleźć było już nieco trudniej ale jakoś się udało.

Wtorek:
Wczesna pobudka, na lotnisku coraz więcej ludzi. Dalej lecimy do Madrytu. Po raz pierwszy jestem na tak ogromnym lotnisku, trochę przytłaczająco ale idzie się jakoś odnaleźć. Robimy rundkę po terminalu tam i z powrotem szukając jednocześnie dobrego miejsca noclegowego na powrót. Pijemy kawę i jemy nasze domowe tosty. Teraz możemy startować dalej. W kolejce widzimy znajome twarze, paru Hiszpanów wracających z Wrocławia.
W Santiago lotnisko raczej małe, informacja kiepska, porównując do naszych wcześniejszych wypraw. Czekamy na nasz środek transportu, po nieco dłużącym się nam czasie przyjeżdża w końcu autobus, który ma nas zawieść do celu. Wysiadamy w okolicach dworca, na drodze roboty, z mapką w ręku próbujemy odnaleźć właściwą drogę do Hostelu. Mijamy kilka ciasnych, klimatycznych uliczek, kręcimy się wokół małego placu w końcu znajdujemy nasze lokum - Pensión Santa Rita, położony w samym sercu miasta. Hostel malutki, w zasadzie to dwa mieszkania w których nocują goście. Na piętrze około 7-8 pokoi. Wszystko zamykane na klucz. Pokoje czyste z TV, jest pościel i ręczniki. Łazienka na korytarzu, jedna na około 3-4 pokoje. Właściciel sympatyczny, bez problemu można się porozumieć po angielsku.
Zostawiamy nasze rzeczy i idziemy rozejrzeć się po okolicy, wokół pełno sklepów i knajpek, robimy małe zakupy, jemy co nieco i idziemy zwiedzać. Poruszamy się po małych dość ciasnych uliczkach. Zaskakuje nas fakt, że nigdzie na chodnikach nie ma zaparkowanych aut, wszelakie parkingi znajdują się pod nami. Podziwiamy zespół zabytkowych budynków starego miasta, obiekty jednego z największych w Hiszpanii Uniwersytetów, oraz średniowieczną katedrę - ośrodek kultu i najważniejszy po Jerozolimie i Rzymie dla Chrześcijan cel pielgrzymek. Katedra ogromna, kilku kondygnacyjna, wydaje się dość zaniedbana, ale to raczej efekt tutejszego klimatu. Uwagę przykuwa romańskie wejście do katedry z wizerunkiem około 200 figur, w tym Chrystusa, świętego Jakuba, proroków i apostołów. W samym środku naszą uwagę zwraca ołtarz główny ze słynną dwumetrową kadzielnicą, uroczyście zapalaną przy szczególnych okazjach. W dole katedry znajduje się muzeum, gdzie obowiązuje płatny wstęp. Podobnie wejście na górne piętra jest limitowane, obowiązują zapisy i także płatny wstęp, niestety dowiedzieliśmy się o tym dopiero kolejnego dnia, kiedy było już za późno na rezerwację. Sama katedra ma dość mroczny klimat czego doświadczyliśmy późnowieczorną porą. Dźwięk bijącego dzwonu, z każdym kolejnym uderzeniem wydawał się głośniejszy, klimatycznie oświetlona katedra oraz opustoszały wokół niej plac wzbudzał pewnego rodzaju respekt.
Między popołudniową a wieczorną rundką po mieście udaliśmy się na poszukiwanie dość taniego lokalu gdzie można by było zjeść coś dobrego. Restauracja Galeon była dobrym wyborem, zamówione jedzenie pojawiło się na naszym stole świeżutkie, gorące w oszałamiająco szybkim czasie. Z początku banalny zestaw (kalmary, szynka, kiełbaska, pomidor, cebula i kawałek pieczywa, dodatkowo frytki) okazał się strzałem w dziesiątkę, mmm niebo w gębie.

Środa:
Dość wczesna pobudka jak przystało na podróżników. Na dworze od rana pochmurno, opady deszczu, ale co tam, jemy małe co nieco i z parasolem w ręku ruszamy dalej oglądać miasteczko. Niestety do południa pogoda zbytnio nam nie dopisuje jak się potem dowiedzieliśmy to dość typowe dla Galicji, aż dziw, że dzień wcześniej trafiliśmy na przepiękną słoneczną pogodę. Ruszyliśmy w nieco nowsze rejony miasta, gdzie w zasadzie znajduje się kompleks uczelnianych budynków. Naszą uwagę przykuwa tutejsza moda studentów z chodzeniem z wszelkimi notatkami i książkami pod pachą a nie jak u nas z plecakiem czy torbą. Deszcz pada coraz mocniej więc postanawiamy wrócić w rejony bliżej naszego hostelu, bo pokój mamy wynajęty do godziny 12. Totalnie przemoczeni postanawiamy zatrzymać się w knajpce na filiżankę kawy, po czym wracamy do hotelu nieco się osuszyć i przespać. Pakujemy nasze rzeczy, dalsze zwiedzanie już niestety z bagażem. Na wypadek dalej padającego deszczu postanawiamy jeszcze raz zajrzeć do katedry i ewentualnie zobaczyć jakieś muzea. Na szczęście po południu przestało padać. O dziwo w okolicach katedry usłyszeliśmy znajomo brzmiący język. Ot spotkaliśmy dwie polskie studentki, które jak się po chwili okazało przyjechały tam w ramach Erasmusa. Dziewczyny w kilku zdaniach opowiedziały co warto zwiedzić oraz kilka anegdot związanych z miasteczkiem. Już mieliśmy zahaczyć o multimedialny pokaz Galicji, ale nie bardzo wiedzieliśmy czy zdążymy czasowo. Postanowiliśmy jednak przejść się jeszcze po parku ze słynnymi postaciami wdów, z którymi związana jest pewna legenda. Po ostatecznym wyliczeniu pozostałego nam na zwiedzanie czasu postanawiamy wrócić i zaliczyć multimedialną podróż po Galicji. Na szczęście bez problemów udaje się nam dołączyć do właśnie wchodzącej grupy turystów. Chociaż cała prezentacja prowadzona była w języku hiszpańskim, zapewniała sporo frajdy również zagranicznym turystom, np. nam omyłkowo opisanym na bilecie jak „Holland” zamiast „Poland” ;) Jest już dość późna pora więc myślimy o jakimś ciepłym posiłku, koniec końców wracamy do znanego nam już miejsca i zamawiamy podobny zestaw obiadowy. Najedzeni i zadowoleni zahaczamy jeszcze o sklep robiąc ostateczne zakupy. Ruszamy nieco na skróty w stronę dworca autobusowego. W międzyczasie udało nam się uzyskać rzetelną informację w punkcie inf. gdzie i o której godzinie odjeżdżają autobusy na lotnisko.
Wieczorny przelot do Madrytu spokojny, bez większych atrakcji. Znajdujemy sobie miejsce noclegowe i próbujemy w miarę szybko zasnąć. Niestety zimno, hałas, światło i inni podróżni spokojnego snu nam nie zapewnili.

Czwartek:
Pobudka o zabójczej porze, około czwartej nad ranem. Plan - nocnym autobusem dostać się do Madrytu i skorzystać z każdej danej nam podczas przesiadki minuty. W labiryncie lotniskowo- parkingowym można naprawdę się pogubić, na szczęście po drodze spotkaliśmy kilka osób zmierzających do pracy, które w mniejszym bądź większym stopniu próbowały nam pomóc trafić na przystanek. Ba, nawet nam się udało na niego trafić, kilka minut czekania i wsiadamy do autobusu. Co ciekawe autobus do centrum jest o połowę tańszy od metra, a jedzie o wiele szybciej. Jest 5:30 nad ranem, wysiadamy w okolicach placu Cibeles, jeszcze nieco zaspani idziemy w kierunku Gran Via. Jest zimno i nieco mży, na ulicach widać grupki młodych ludzi dogorywających jeszcze po nocnych imprezach, to nie jest jednak najlepsza pora na zwiedzanie. W nocnym sklepie kupujemy zimną herbatę o zgrozo za €2,5. Siadamy na przystanku, wyciągamy nasze koce i zasypiamy na chwilę niczym bezdomni ;) Jesteśmy przemarznięci, marzymy o jakimś ciepłym miejscu gdzie można byłoby się napić czegoś ciepłego. Niestety większość kawiarni otwiera się około godziny 9-10. Jeszcze w panującym mroku zwiedzamy okolice Pałacu Królewskiego, Katedry oraz Plaza Mayor. Po drodze przechodzimy obok bezdomnych, o zgrozo teraz już wiem co to znaczy mieszkać w kartonie. Wreszcie trafiamy do miejsca gdzie można chwilę odsapnąć, grzejemy się, pijemy gorącą kawę, przegryzamy crossanta – tak przez około godzinę. Jest już nieco późno, po drodze robimy małe zakupy i ruszamy w kierunku Parque del Retiro. Niestety pogoda znów nie dopisuje, pada coraz mocniej więc ruszamy w kierunku metra. Na lotnisku długo nie czekamy. Znowu tłumy i rozgardiasz. Chwila nieuwagi i poprzez dziwaczne rozwiązanie wpuszczania do samolotów, zamiast do Alicante można było polecieć do Tangieru w Maroku ;)
Wysiadamy w Alicante, pogoda dopisuje, jest ponad 20℃, świeci słońce hehehe kto by pomyślał i to pod koniec listopada. Na początku trzymamy się naszego planu – dojść na plażę. Jakoś udaje nam się wyjść z labiryntu parkingowego, zmierzamy główną drogą przed siebie. Liczymy ile mamy do przejścia i czas jaki nam pozostał, analizujemy sytuację drogowo-pogodową i niestety postanawiamy wrócić w okolice lotniska. Zwiedzanie Alicante zostawiamy na kiedy indziej. Teraz robimy sobie piknik korzystając z prawdopodobnie ostatniego rentgena w tym roku. Rozkładamy się w cieniu palm, wpatrujemy w bezchmurne niebo i promienie słońca. Na twarzy widnieje uśmiech od ucha do ucha.
Czeka nas ostatni lot, jak się potem okazuje najbardziej męczący. Za nami siedzi kobieta, która już od wejścia do samolotu narobiła wokół siebie sporo hałasu, nawet Stewardowie już jej mieli dość. Ehhhh skąd się tacy ludzie biorą? Dochodzące do naszych uszu rozmowy tejże pasażerki z „sąsiadką” wołały o pomstę do nieba - ewidentna indolencja intelektualna, bez komentarza...
Wreszcie jesteśmy we Wrocławiu, czekamy na autobus. Po chwili jesteśmy w domu, już nie możemy się doczekać naszego obiadu :)


Starówka Santiago de Compostela














Katedra w Santiago de Compostela













Hostel Santa Rita







Madryt






Gdzieś w chmurach






wtorek, 19 stycznia 2010

Zmiany na rynku kolejowym w Polsce

Pomysł otwartego nieba, czyli projektu bardzo ułatwiającego działalność liniom lotniczym w większości państw naszego kontynentu był wielką niewiadomą. Z jednej strony była to część ujednolicania wszelkich możliwych przepisów i standardów doprowadzających do takich absurdów, jak standaryzowanie wielkości jaj dopuszczanych do sprzedaży. Z drugiej wielka niewiadoma, gdyż umożliwiała proste wejście na rynek przewoźnikom z innych krajów. Tutaj mogła się pojawiać podobna do naszej narodowa duma, jak przecież można pozwolić aby obcy zarabiał na lotach do Polski oraz po co to w ogóle skoro latanie jest tak drogie że stać na nie tylko nielicznych? I bach, mamy co mamy – okazuje się że podróże lotnicze po Europie stały się czymś bardzo prostym i dostępnym dla nawet niezamożnych rodzin. Zwiększyła konkurencję sprawiając, że na rynku pozostali tylko najsilniejsi gracze. A firmy narodowe typu LOT? No cóż, ktoś kiedyś szyderczo napisał że Przewoźnik Narodowy to taki, za którego nienaturalnie rozbudowane struktury związków zawodowych i niewydajnych pracowników na ciepłych posadkach płaci każdy podatnik z danego kraju. Na szczęście ich era powoli się kończy. Mam nadzieję, że LOT też przetrwa ultra trudny dla siebie okres kilkunastu ostatnich miesięcy, zwłaszcza, że wreszcie zauważalne są pozytywne zmiany. Ale o tym kiedy indziej.
Dlaczego więc na początku wspomniałem o tzw. „otwartym niebie”? Ano dlatego, że wreszcie podobny projekt wszedł w życie na rynku kolejowym w Polsce. Śmiech na sali? No bo kto by chciał jeździć po tym zacofanym kraju, gdzie dworce kolejowe śmierdzą kupą pozostawioną tam w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku a tory sprawiają, że średnia prędkość pociągu to zawrotne 70 km/h ale tylko na tych ważniejszych trasach? Hehe, a kto by pomyślał że np. lotnisko we Wrocławiu w ciągu dziesięciu lat z nieco poniżej dwustu tysięcy obsługiwanych rocznie pasażerów przejdzie do wartości zahaczającej o 1,5 miliona? A warto wspomnieć, że port ten ma ograniczenia spowodowane korzystaniem z pewnych przestrzeni na równi z wojskiem, no i Wrocław najatrakcyjniejszym punktem na mapie Europy, powiedzmy sobie szczerze, nie jest. Może więc jednak jest coś na rzeczy?
Problemem PKP jest długotrwały brak inwestycji we własną przyszłość, która stała się niemożliwa przez pojawianie się gigantycznych strat i zamieszania prywatyzacyjnego. Koleje, jako moloch państwowy istniały, bo istnieć musiały. A jak to istnienie wyglądało, już niewiele osób zwracało na to szczególną uwagę – ważne aby pociągi jeździły, a pieniążki na to się zawsze znajdą. Jednak po wprowadzeniu gospodarki rynkowej trzeba było się w końcu zająć kolejami i zarazem uświadomić sobie, jak zacofanym zagadnieniem w Polsce się one stały. Według niektórych, największe zamieszanie zaczęło się w 2000 roku, dzięki wejściu w życie ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP. To wtedy nastąpił, czasami dziwaczny i niejasny, podział na kilka spółek zajmujących się na pierwszy rzut oka tym samym. Efektem tego było ujawnienie dotychczasowej nieudolności w prowadzeniu przedsiębiorstwa, która uwidaczniała się poprzez wieloletnie zacofanie i bardzo duże długi. Co bardziej krzykliwi przewidywali rychły upadek kolei i wzrost bezrobocia o ponad 100 tysięcy zwolnionych pracowników...
Ale to już historia. Postanowienia te należało wprowadzić w życie, aby przyzwyczaić grupę do sytuacji, jaką dziś zastaliśmy. A co zastaliśmy? Paradoksalnie niewiele mniejsze zamieszanie. Od kilku lat bez przerwy przetaczają się tematy o zadłużeniu i zacofaniu kolei, likwidowaniu następnych połączeń i generalnie utrudnianiu życia pasażerów. Zwłaszcza poprzez ostatnie przetasowania między spółkami córkami i nowymi markami połączeń. Tanie Linie Kolejowe, osobowe interREGIO jeżdżące szybciej i taniej niż pospieszny, droższe bilety na kurs pospieszny, który nie obowiązuje jak dotąd w pociągach zwykłych... osobę nieobeznaną w zagadnieniu kolei bardzo łatwo może przy tym rozboleć głowa! Dlatego może na spokojnie postaram się przedstawić jak to aktualnie wygląda?
Wszystkie firmy zajmujące się do niedawna transportem kolejowym w Polsce należą do grupy PKP. Właścicielem jej jest Skarb Państwa, a utworzył ją celem łatwiejszej dalszej prywatyzacji mniejszych spółek, nazwijmy je „tematycznych” (czyt. zajmujących się konkretnym zagadnieniem transportu kolejowego). Tak więc, pomimo że wszystkie one jeżdżą po tych samych torach i do niedawna miały tego samego właściciela, są zupełnie odmiennymi i niezależnymi firmami.
PKP Intecity. Spółka ta do niedawna zajmowała się przewozami droższymi, na które w skrócie należało wykupować miejscówki. Od grudnia 2008 do jej obowiązków doszła również obsługa tzw. składów pospiesznych. Celem ujednolicenia i uproszczenia produktu kilka tygodni temu wprowadzono kolejne zmiany. W skrócie, z połączeń oznaczonych mianem EuroCity, InterCity, Ekspres, Tanie Linie Kolejowe i Pospieszny stworzono dwa – InterCity (Pociąg o ograniczonej ilości postojów na trasie, większej prędkości maksymalnej, pokonywanych odległościach i standardzie), oraz Pociąg pospieszny TLK (standardowy skład przeznaczony do podróży na dalszych odległościach).
Przewozy Regionalne, do niedawna PKP Przewozy Regionalne. Spółka ta od nieco ponad roku nie jest już częścią grupy PKP, a jej właścicielem zostały samorządy województw. Do jej obowiązków należy zapewnienie transportu regionalnego. W skrócie oznacza to tzw. pociągi osobowe, czyli najczęściej wykorzystywaną formę transportu i zarazem najmniej opłacalną. Spółka ta po pozbawieniu jej dochodów płynących z operowania pociągami pospiesznymi okazała się być tworem posiadającym bardzo stary tabor i mnóstwo nierentownych tras. Ale tak w zasadzie nie powinna ona przynosić dochodów, a jej utrzymanie leży w gestii województw, których jednym z obowiązków jest zapewnienie transportu regionalnego. Niemniej jak widać zmiany w strukturze spółki tej nie obeszły się bez reakcji właścicieli, o czym świadczy choćby interREGIO. Jak już wcześniej wspominałem na blogu, jest to tania alternatywa dla Pospiesznych TLK prowadzonych przez PKP InterCity. Paradoksem jest, że połączenia te realizowane są taborem osobowym (charakterystyczne błękitno-żółte wagony piętrowe, lub odnowione składy Elektrycznych Zespołów Trakcyjnych), kojarzonym zazwyczaj z wielkimi opóźnieniami i powolną jazdą na lokalnych trasach. Niemniej teraz taki sam odcinek pokonują one najczęściej nawet nieco szybciej, niż składy TLK. Jednocześnie dużo tańsze bilety niż w przypadku produktu oferowanego przez PKP InterCity zostały osiągnięte poprzez niższy komfort podróży jaki może zaoferować odnowiony skład, znany dawniej z tras lokalnych. InterRegio wystartował około ośmiu miesięcy temu i początkowo wprowadził małą konsternację. Jednak poprzez połączenie szybszego pokonywania trasy, lepszego doboru godzin kursowania i przede wszystkim niższym cenom okazał się małym hitem sezonu. Dzięki temu konkurent Przewozów Regionalnych – PKP InterCity poczuł na plecach pierwszy oddech rywalizacji. Może trochę dziwacznej, ale skutecznie odbierającej klientów na kilku intratnych trasach. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – ceny na niektórych kursach zostały znacznie obniżone. Nie jest to zaskakującą zapowiedzią zmian na kolei sprawiającą, że pasażer nie będzie już czymś zbędnym do prowadzenia działalności?
A zapatrywania na przyszłość są jeszcze ciekawsze! Jak wspomniałem nieco wcześniej, kolejowe rynki Europejskie zostały otwarte i teraz firma z każdego kraju Unii może wejść ze swoją działalnością do dowolnego innego. Oczywiście nie ma co się spodziewać nagłego najazdu na Polskę. Po pierwsze na początku są dużo bardziej atrakcyjne kraje na naszym kontynencie. Po drugie, chociaż wiemy co zrobiło otwarcie nieba, efekt podobnej unifikacji w zakresie kolejnictwa nie jest tak oczywisty do przewidzenia, a wszelkie kroki mogące spowodować ekspansję na inne kraje, nie takie łatwe do wykonania. Niemniej chęć rozwoju własnej siatki połączeń, dotarcia do nowych klientów i potencjalnych nowych zysków powinna być atrakcyjnym kąskiem dla niektórych przewoźników. Koleje nie są bowiem gałęzią transportu chylącą się ku upadkowi po swoim świetlanym rozwoju w połowie dziewiętnastego wieku. Globalny, a zwłaszcza Europejski trend pokazuje, że ta gałąź transportu jest nadal interesująca zarówno na polu transportu dojazdowego/lokalnego/regionalnego, jak też łączącego ośrodki oddzielone większą odległością. Przykładem mogą być tutaj francuskie TGV czy hiszpańskie szybkie koleje Renfe, które dążą do połączenia swych sieci za pomocą budowanego ostatniego odcinka Girona – Figueras na wschodnim krańcu Pirenejów. Jeśli nie będzie przeciwwskazań, w 2012 roku zostanie uruchomione pierwsze połączenie Kolei Szybkich Prędkości na trasach Paryż - Barcelona i Paryż - Madryt. Co ciekawe, w Polsce również planowany jest taki typ kolei. Rozpoczęcie budowy pierwszego odcinka Warszawa Centralna - Łódź Fabryczna datowane jest wstępnie na przełom 2013/2014 roku. Cała tzw. „Linia Y”, która według pierwotnych planów połączyłaby stolicę z Łodzią, Kaliszem, Wrocławiem i Poznaniem miałaby powstać w około 10 lat. Dzięki temu podróż na najdalszych odcinkach zajęłaby około 1 godzinę i 45 minut zamiast pięciu w porywach do sześciu godzin (Wrocław – Warszawa), lub trzech godzin na trasie Poznań – Warszawa.
Ale skupmy się na najbliższych kilku miesiącach. Nie da się ukryć, że w chwili obecnej na Polskim rynku kolejowym panuje spory nieład i zamieszanie. Ale tak jest zawsze przy wszelkich większych zmianach. Dlatego debiutując w listopadzie na gościńcu interREGIO nie dziwił mnie fakt, że pomimo istnienia tego produktu już ponad pół roku, większość pasażerów nie zdawała sobie sprawy że jedzie na wykupiony zły bilet! Ostatnio doszły do mnie plotki, że na sporej ilości stacji w kasach zadawane są pytania na pociąg jadący o której dokładnie godzinie bilet chcemy kupić? Co więcej, InterCity wreszcie zaczyna nadganiać cywilizowane standardy informując, że planuje wprowadzenie automatów biletowych, oraz możliwość nabycia biletów za pomocą internetu i karty płatniczej. Swoją drogą nie dziwię się takiemu zachowaniu, gdyż podobne procedury już od pewnego czasu istnieją na rynku przewozów lotniczych. W ten sposób za niedogodność wydrukowania sobie samemu karty pokładowej (czyt. biletu lotniczego) za bilet płacę mniej, a przy wejściu do samolotu mogę zjawić się dużo później niż w przypadku standardowej odprawy na lotnisku. W przypadku kolei mogłoby to wprowadzić oszczędności na niewydajnym systemie okienkowej dystrybucji biletowej, nie mówiąc już na oszczędności czasu i nerwów pojawiających się w trakcie odstawania swoich minut, zwłaszcza w piątkowe popołudnie. Przewozy Regionalne zauważyły, że ich interREGIO odnosi spore sukcesy. Owszem, przytrafiają się spektakularne porażki jak ostatnio często opisywane kursy na trasie Warszawa – Szczecin, ale wynika to z wchodzenia na nowy rynek. Co więcej, właściciele Przewozów Regionalnych zdali sobie sprawę, że ta firma zysków przynosić nie będzie, ale transport regionalny zapewniony musi być. Niemniej o prestiżu danego regionu świadczy również jakość jego transportu, dlatego zwracana jest duża uwaga na odnawianie i dbanie o co najmniej jako taką czystość taboru. Co więcej, niektóre Województwa przejęły lub utworzyły własne spółki przewozowe, takie jak Koleje Mazowieckie (Warszawa), SKM (Trójmiasto), czy Koleje Dolnośląskie. Arriva PCC złamała monopol PKP na przewóz pasażerski wygrywając w 2007 roku przetarg na obsługę niezelektryfikowanych tras województwa kujawsko - pomorskiego. Wprawdzie wciąż słyszy się mnóstwo negatywnych opinii o kolejnych zamykanych trasach, bądź zmianach godzin/częstotliwości kursowania w taki sposób, że dalsza czy nawet docelowa podróż niema sensu. Niemniej jak wcześniej wspomniałem, spółki kolejowe przechodzą aktualnie zmiany we własnych strukturach. To powoduje zamieszanie jakiego aktualnie doświadczamy, ale w przyszłości sfinalizuje się silniejszą firmą umożliwiającą przynoszenie zysków i usprawnianie podróży kolejowej. Zresztą dobrym przykładem uzupełnienia jest działająca od niespełna roku założona przez władze wojewódzkie spółka akcyjna Koleje Dolnośląskie, która oferuje przewozy na trasach lokalnych, z których wycofał się wcześniej PKP, czy PKP Przewozy Regionalne.
Ze świeższych informacji wynika, że najbardziej pierwsze objawy konkurencji poczuje PKP Intercity. Jak wcześniej wspomniałem, nie dalej jak w zeszłym roku małą część ichniejszego tortu zaczął podjadać interREGIO. W ciągu tego tygodnia we wszelkich mediach pojawiało się mnóstwo materiału kompromitującego jakość połączeń kolejowych w zestawieniu z zimowymi warunkami pogodowymi. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, gdyż LOT zaczął się reklamować w prasie i na dworcach kolejowych dość sensownie uświadamiając podróżnym, że czasami zamiast przez kilka(naście) godzin męczyć się koleją, za podobną cenę można dużo szybciej i punktualnie polecieć na trasach z Warszawy do Wrocławia, Krakowa, Poznania, Gdańska, Rzeszowa czy Szczecina. Efektu natychmiastowego nie uświadczyliśmy, ale świadomość pasażerów została zwiększona :-) Rejsami w Polsce również zainteresował się niemiecki przewoźnik DB. Oczywiście pomijając nagłe przebudzenie się ze snu pana Romana G. który w swym patriotyźmie chce nagle skarżyć tego przewoźnika o pomoc w zbrodniach hitlerowskich jakby informacja o tym pojawiła się nagle w masowej świadomości. Niemniej DB oczywiście nie ma zamiaru się pchać na całość naszego rynku, tylko zainteresował się trasami o najlepszej jakości torów i umożliwiającymi generowanie największych zysków, czyli z Warszawy do Krakowa, Katowic, Poznania i Gdyni. Myślę, że zapowiada to dużą konkurencję i walkę o klienta, a dla nas to przecież najlepsze rozwiązanie jest :-)
Każdy z nas chyba wie, że transport kolejowy w Polsce jest jednym z tych elementów, za które można się bardzo wstydzić. Ale od kilkunastu miesięcy można obserwować pierwsze wyraźne zmiany przepowiadające lepszą przyszłość. Większa konkurencja powinna obniżyć ceny i zwiększyć komfort podróży, jak też zmusić firmy do przystosowania się do jeszcze dokładniejszego spełnienia wymogów stawianych przez podróżnego. Niestety naszej ogólnej niechęci do podróżowania po torach nie zmienią informacje o likwidowaniu kolejnych połączeń, absurdzie wykreślenia z rozkładu określonej stacji z powodu zbyt krótkiego peronu, czy szeregu biletów ważnych na jeden, ale nie inny typ pociągu. Dlatego aktualnie proponuję przyglądać się wszelkim informacjom dotyczącym rynku kolejowego i czasami kilkukrotne pytanie się u różnych źródeł czy aby na pewno wykonuje się poprawną procedurę? Świetnym ku temu przewodnikiem może się okazać ten artykuł (http://wyborcza.pl/1,76842,7374721,Stanieja_niektore_bilety__czyli_nowe_promocje_w_PKP.html) Bo przecież zwiedzanie świata nie polega na lataniu w najdalsze jego zakątki a czasami niepowtarzalne miejsca można odkryć 50, 100 czy 300 kilometrów od naszego domu. Ciekawa to perspektywa zwłaszcza, że taka wycieczka nie wymaga wielkich budżetów i długotrwałych planów!

Linkownia:
PKP Polskie Koleje Państwowe S.A.: http://www.pkp.pl/
PKP InterCity: http://www.intercity.pl/
Tanie Linie Kolejowe: http://www.tlk.pl/
Przewozy Regionalne Sp. z o.o.: http://www.przewozy-regionalne.pl/
Koleje Dolnośląskie: http://kolejedolnoslaskie.eu/
Szybka Kolej Miejska: http://www.skm.pkp.pl/
Koleje Mazowieckie: http://koleje.mazowieckie.com.pl/
Arriva PCC: http://www.arrivapcc.pl/
Pociągi dużej prędkości w Polsce: http://www.plk-sa.pl/fileadmin/pdf/inestycja/szybkie_predkosci/pociagi_duzej__predkosci_pol.pdf

sobota, 16 stycznia 2010

Sztuka taniego latania - umiejętność odpuszczania sobie

Oj kiepsko mi się zaczął sezon lotniczy 2010. W grudniu z powodu wycofania trasy Wrocław – Sztokholm Skavsta odpadł mi wyjazd do Rygi, styczniowy projekt Hiszpanii może być skasowany z powodu egzaminu na uczelni, a debiut u Wizzair na trasie do Oslo z powodu obrony pracy magisterskiej. Do tego nasza dzisiejsza wyprawa do Dublina finalizuje się wieczorem z lampką wina i filmami na dvd... Cóż, plan zrobienia w tym roku 55 lotów chyba się nie uda, ale na szczęście mam na to jeszcze 354 dni :-)
Ale do rzeczy. Na blogu tym staram się wychwalać zalety łatwego i taniego uprawiania tambylstwa przy użyciu wszelkiego typu środków. W jednym z ostatnich odcinków Sztuki taniego latania zwróciłem nawet uwagę, że w pewnym momencie stanie się to czymś w rodzaju uzależnienia, bądź nawet obsesji. A przecież chyba nie o to chodzi?
Tanie latanie, oprócz braku wielu udogodnień ma jedną ogromną zaletę – jak dobrze to rozegrać, jest naprawdę tanie. Dzięki temu z jednej strony zmusza do szaleńczej mobilności i krótkiego czasu podejmowania decyzji, z drugiej jednak, daje możliwość odpuszczenia sobie bez ponoszenia dużych kosztów. Jak wiadomo, zima do najpewniejszych okresów w lotnictwie nie należy. Zwłaszcza u przewoźników nisko kosztowych, którzy bardzo chętnie wożą nas w mało znane miejsca. Obsługujące je lotniska do Europejskich potęg nie należą, dlatego nie należy się spodziewać szeregu fantastycznych udogodnień, czy rozwiązań technicznych. I tutaj pojawia się często problem. Wystarczy bowiem niedogodność klimatyczna i w planowanym miejscu się nie znajdziemy. Co wtedy? Cóż, maszyna może przez kilkanaście do kilkudziesięciu minut krążyć nad lotniskiem czekając na poprawę sytuacji. Jeśli ta nie nastąpi, podejmowana jest decyzja o lądowaniu w innym – pewnym miejscu. W takiej sytuacji są dwie kolejne możliwości. Przewoźnik oferuje wtedy dowóz na własny koszt z miejsca lądowania do miejsca docelowego, co oznacza jakiś czas oczekiwania na podstawiony transport. W innej pasażerowie informowani są że do miejsca docelowego muszą się dostać na własną rękę, a o zwrot kosztów powyższego (potwierdzany oczywiście niezbędnymi rachunkami/paragonami) muszą zwrócić się bezpośrednio do linii. Na szczęście nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją i nie wiem jak wygląda ta cała procedura. Doszło do mnie tylko kilka pojedynczych informacji, że do najkrótszej i najłatwiejszej ona nie należy...
Co może spowodować takie sytuacje? Przede wszystkim pogoda. Pierwszym czynnikiem może być mgła. Na szczęście da się go obejść na największych lotniskach. Wynika to z faktu, że często znajduje się na nich specjalistyczne oprzyrządowanie pozwalające maszynom lądować przy prawie zerowej widoczności. Niestety lotniska regionalne w najwyższej kategorii tego typu sprzęty wyposażone nie są, m.in. dlatego tak często w okresie jesienno – wiosennym zdarzają się przypadki przekierowań na lokalnych Polskich lotniskach... Drugim czynnikiem może być śnieg. Z jego powodu zima jest ciężkim czasem dla podróży. Mróz problemem wielkim nie jest – w końcu trasy przelotowe znajdują się około 10 kilometrów nad poziomem morza, a tam panuje temperatura oscylująca solidnie poniżej 0℃. Chodzi o śnieg, który padając na pas startowy i drogi kołowania może uniemożliwić wyhamowanie, oraz prawidłowe wykonanie manewrów. W skrajnych przypadkach pojawiają się tzw. „ześliźnięcia” z pasa, czyli wycieczki na najczęściej trawiastą przestrzeń okalającą i zakopanie się w niej. Może to nastąpić poprzez częściowe oblodzenie powierzchni pasa startowego, lub drogi kołowania. Chociaż są to przypadki nieliczne, to w ostatnich tygodniach pojawiało się sporo informacji tego typu (np. w Kijowie, Dortmundzie, czy Glasgow-Prestwick). Na szczęście są to tylko incydenty w których zazwyczaj każdy przypięty pasami pasażer nie odnosi żadnych obrażeń. Ale nawet jeśli są prowadzone operacje lotnicze, to opadu śniegu i tak wydłużają procedurę obsługi samolotu, gdyż przed każdym startem maszyna musi zostać odśnieżona, lub nawet od lodzona. Polega to na polewaniu jej specjalną mieszanką płynów, co zajmuje zazwyczaj kilka do kilkunastu minut. Chociaż śnieg zazwyczaj w solidnych ilościach pada w krajach północnych, przykłady Norwegii, Szwecji czy Estonii pokazują, że z problemem tym można sobie bardzo skutecznie radzić. Przeciwieństwem są Wyspy Brytyjskie i Irlandia, które mimo coraz częstszych przypadków zimowych opadów, przy nawet trzy centymetrowej warstwie zdają się być bezradne a niekiedy wręcz sparaliżowane. Dlatego też świąteczna podróż na trasach Polska-Wyspy zdaje się co roku być swoistą ruletką z głównym pytaniem „uda się czy się nie uda?”. Ostatnim czynnikiem zupełnie nie do ominięcia są wiatry. Otóż najbardziej dogodne warunki dla samolotu są, gdy ląduje i startuje on pod wiatr. Właśnie z tego powodu lotniska posiadają swoje pasy startowe w te a nie inne kierunki. Problemu wielkiego nie ma, gdy pasy ustawione są w przysłowiowy X. Ale czasami nawet to nie pomaga i wtedy wszystkie operacje są zawieszone na czas poprawy pogody. Gdy pracowałem na lotnisku w Dublinie zdarzyło się raz całodniowe zamknięcie pasów startowych. Już nigdy potem nie widziałem sceny, gdzie blisko 2000 nieprzygotowanych osób śpi w nocy na podłodze i innych dziwnych miejscach...
Ale dość straszenia, przecież coś takiego nie musi nas dotyczyć prawda? Dziś właśnie takiej sytuacji uniknęliśmy. Mieliśmy bowiem zabookowane bilety do Dublina z przesiadkami w Düsseldorf-Weeze i Londynie. Od kilku dni każde wejście do internetu zaczynaliśmy więc od prognoz pogody. Na wylot „tam” nie mieliśmy dużych obaw – warunki zdawały się być łaskawe w tych częściach kontynentu. Niemniej w dzień powrotu pojawiły się obawy solidnych opadów śniegu w południowej Anglii. Bookując bilety bardziej obawiałem się co prawda wylotu z Irlandii. Doświadczenia z pracy podpowiadały bowiem, że w styczniu pogoda tam może płatać sporo figli. Istniało więc dużo większe niż zazwyczaj ryzyko solidnego opóźnienia bądź odwołania lotu do Londynu. A co jeśli byśmy się spóźnili na przesiadce do Wrocławia? Cóż, tak jak pisałem kilkukrotnie wcześniej – płacimy zazwyczaj sporo pieniążków na najbliższy lot, lub na własną rękę wracamy innymi środkami lokomocji. Chcąc tego uniknąć kupiłem więc bilet na lot z Londynu do Wrocławia na następny dzień. Zakładałem że do tego czasu pogoda w Dublinie powinna się poprawić, a jeśli problemem będą warunki meteo w Londynie gdzie nie będziemy w stanie wylądować, to tym bardziej nie będziemy w stanie stamtąd wystartować, więc przebookowanie biletu na trasie Londyn-Wrocław będzie bezpłatne.
Jednak pomimo solidnego planu uwzględniającego wiele przypadków i opcji „ratunkowych” na trzy godziny przed odlotem powiedzieliśmy sobie „nie”. Powód okazał się błahy - ułożenie godzin pracy i szkoły uniemożliwiały nam zbyt duże spóźnienia. Do tego sytuacja zdrowotna nie była przychylna długiemu przebywaniu na otwartym powietrzu, zwłaszcza w Dublinie, w którym na czas naszej wizyty temperatura odczuwalna miała być w okolicach -5℃! Opisując moją pasję tambylstwa wielokrotnie pokazuję, że w moim przypadku każdy wyjazd nie jest wielkim świętem a wręcz czymś wciśniętym w codzienną rzeczywistość ;) Co więc straciliśmy? No cóż, troszku szkoda, gdyż chciałem zobaczyć czy Dublin zmienił się bardzo po tych dwóch latach od mojej ostatniej tam wizyty? Dziewczynie chciałem pokazać miejsca gdzie pracowałem i żyłem przez przeszło rok. Do tego planowałem zakupy kilku produktów, których nie ma jak zdobyć w naszym kraju. Chyba tego najbardziej szkoda, bo od strony finansowej to bilety kosztowały nas całościowo €7. Oczywiście ponieważ loty nie zostały odwołane, zgodnie z zasadami u Ryanair nie przysługuje nam żaden zwrot pieniędzy. Ale chyba każdy stwierdzi że wartość ta duża nie jest, prawda? Gdyby zaistniała lepsza sytuacja zdrowotna i ułożenie pracy, oraz nasz wypad robilibyśmy lotem bezpośrednim, to stresu żadnego byśmy nie mieli. Odwołanie lotu? No dobrze, musielibyśmy przebookować bilety na najbliższy dostępny, czyli zostalibyśmy tam prawdopodobnie przez kolejne cztery dni. Jedyny problem jaki to powoduje, to zwiększenie budżetu wyjazdu. Ale po co ryzykować?
Wniosek jaki chciałem wysunąć po tym odcinku, to odpowiednie wypośrodkowanie pomiędzy chęcią tambylstawa, a możliwościami jakie dają nam nasze budżety i techniczne możliwości. Ważne jest aby dobrze przestudiować miejsca, które się będzie odwiedzać. Informacje o możliwościach technicznych lotnisk przesiadkowych/docelowych mogą się bowiem okazać nieocenione przy krótkich przerwach między kolejnymi odcinkami lotów. Tak samo prognozy pogody, adresy tanich hosteli itd. Na naszym przykładzie – pomimo że suma sumarum nie polecieliśmy, cały czas studiowałem godziny startów i lądowań naszych lotów. Chociaż obawiałem się Londynu i Dublina, to opóźnienie nastąpiło w Niemczech. Wszystko więc wskazuje na to, że nie zdążylibyśmy wykonać przesiadki na lotnisku Stansted, czyli zamiast w Irlandii, jeden dzień spędzilibyśmy w stolicy Albionu. OK, czytanie o tamtejszych atrakcjach turystycznych można pominąć i po prostu przejść się wzdłuż Tamizy w centrum. Jednak zamiast do godziny dziesiątej rano męczyć się na lotnisku można by w takim wypadku wziąć pokój w tanim hostelu. A już o wiele lepiej poświęcić godzinę na znalezienie w internecie najtańszych opcji i naniesienie ich na wydrukowaną mapę centrum miasta, niż potem liczyć na szczęście pytając się miejscowych o jakąkolwiek informację... Jeśli natomiast pojawia się sytuacja sprawiająca, że wyjazd staje się opcją ryzykowną – warto wiedzieć czy to ryzyko jest warte i umieć sobie odpuścić w odpowiedniej chwili. Bo wpływa to na komfort podróży a co za tym idzie doznań z niej otrzymanych i chęci na odbycie kolejnej.
Czy żałuję że tym razem odpuściliśmy? A czego? Za dwa tygodnie będę w drodze powrotnej z Półwyspu Iberyjskiego, więc dużo tym razem nie straciłem ;)


Poniżej historia naszej wirtualnej wizyty na Zielonej Wyspie w obrazkach:

Poniedziałek, 11 styczeń 2010. Sytuacja na trasach nieciekawa. Sporo lotów opóźnionych, głównie z Madrytu, który w tym czasie miał problemy ze... śniegiem! W Niemczech też coś się dzieje.


Problem zaczął się już na pierwszym odcinku. Bez wcześniejszych przesłanek samolot z Düsseldorfu Weeze przyleciał opóźniony do Wrocławia. W takiej sytuacji nie uda nam się chyba złapać połączenia do Londynu ale spoko, na wszelki wypadek mamy zabookowany bilet na tą samą trasę na jutro rano.


Na miejscu w Niemczech okazuje się, że ta sama maszyna robi rotację do Londynu. Mimo że więc wylądowaliśmy półtorej godziny po planowanym pierwotnie czasie, nasz odlot opóźniono o kolejnych 40 minut. Wyrobimy się ze wszystkim w 30 minut? Jasne :-) Szybko biegniemy więc do bramki. Stansted jest ostatnim dziś odlotem, więc dużo ludzi nie czeka w kolejce.


Niestety tutaj już tak wesoło nie jest. Wylądowaliśmy 6 minut po maszynie lecącej z Dublina. Biegniemy co sił w nogach, ale lotnisko Stansted obsługuje za dużo pasażerów, a kontrola paszportowa powoduje niemałą kolejkę. Niestety, na pełnię pecha Dublin odleciał jeszcze na kilka minut przed planowanym czasem.


Wykonujemy więc plan zapasowy - śpimy na Stansted i z rana jedziemy zwiedzać Londyn. Na mieście siedząc gdzieś na kawie szybko sprawdzam informację na lotnisku w Weeze. Poranny kurs powrotni ze Stansted wrócił o czasie, czyli że nasz zapasowy lot do Londynu też musiał lądować o zaplanowanej porze.


We środę z rana popatrzyliśmy w internecie jak wygląda sytuacja w Dublinie? Bardzo fajnie, jeśli dolecielibyśmy do Irlandii, to powrót do Londynu mielibyśmy o czasie. Trzy minuty opóźnienia na starcie na tak dużym lotniskiem nic nie znaczy.


I pomimo wcześniejszych obaw Londyn we środę nie powoduje żadnych kłopotów. Samoloty lądują i startują mniej więcej o czasie. Rezerwowy kurs Stansted-Wrocław na następny dzień również o swojej porze. Tak więc mimo początkowych obaw o pogodę, linia lotnicza wyrobiła się na 80% swoich obowiązków. Ale to była nasza opcja wirtualna. W rzeczywistości wycieczka, jak już wspomniałem, zmieniła się w wieczorne winko i filmy na dvd, a następny dzień w spacer po Wrocławskim Rynku i wizycie w galerii handlowej :-)