piątek, 23 marca 2012

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Gruzji (Tbilisi, Batumi, Mccheta, David Gareja)

Gruzja to w kontekście tambylstwa miejsce bardzo interesujące. Z jednej strony odległe, nieznane, wydawać by się mogło że niebezpieczne. Z drugiej jednak bardzo swojskie, głęboko zapadające w pamięć, miejsce gdzie można się poczuć jak u siebie w domu. Spowodowane jest to nie tylko unikatową gruzińską gościnnością co też sporą liczbą polaków spotykanych tam na każdym niemal kroku. Co ciekawe ich obecność nie jest tak nastręczająca i niemile widziana jak to ma miejsce w kombinatach turystycznych basenu Morza Śródziemnego.

Dojazd
Gruzja niestety nie należy do grupy miejsc w które można się dostać w łatwy i szybki sposób. Jedną z największych przeszkód w kontekście podróży lądowej jest położenie geograficzne i zatargi z sąsiadami. Z tego powodu niemożliwa jest trasa przez Kaukaz – od północy Gruzja graniczy bowiem z Rosją co oznacza zamknięte przejścia graniczne (plus konieczność wykupienia wizy na wstęp do Rosji). Zresztą nawet gdyby były otwarte, przejeżdżanie przez rejony separatystycznych Abchazji, Osetii Południowej czy Czeczenii do najbardziej polecanych nie należą. Dlatego większość podróżników wybiera albo okrężną drogę lądową przez północną Turcję, Bułgarię i Rumunię, lub przez Morze Czarne do Ukrainy. Połączenia lotnicze z Gruzją są w chwili obecnej ciekawostką uprawianą przez kilku przewoźników. Na szczęście wśród nich jest LOT który szukając swojej szansy na tamtejszym rynku próbuje przyciągnąć pasażerów niższymi cenami biletów. Zresztą aktualnie bardzo wyraźnie widać rozwój całego przemysłu turystycznego Gruzji do czego wlicza się także transport lotniczy. Tbilisi staje się bowiem punktem w siatce połączeń coraz większej liczby przewoźników – również tzw. nisko kosztowych. Można do nich zaliczyć np. airBaltic (Ryga), Aerosvit (loty do czterech miast na Ukrainie z czego można znaleźć ciekawe ceny na połączenia przesiadkowe w Kijowie) czy Pegasus konkurujący z Turkish Airlines na trasie do Istambułu. Zainteresowanie Gruzją wykazują również przewoźnicy z krajów arabskich jak otwierające wkrótce swoje połączenie Qatar Airways (Doha i Baku) oraz Flydubai. Latem 2011 roku pojawiły się również informacje o prowadzonych rozmowach z Wizz Air który jakoby miał otworzyć połączenie z Katowic do Batumi.
Istotną informacją jest fakt że do wjazdu na teren Gruzji od obywateli Polski nie wymaga się żadnej wizy ani innych pozwoleń. Wystarczy tylko wylegitymować się ważnym paszportem przyozdabianym w momencie wjazdu stosowną pieczątką.

Tbilisi
Jako stolica Gruzji Tbilisi jest miastem najlepiej skomunikowanym pod względem regionalnym jak też międzynarodowym. Lotnisko znajduje się około 17 kilometrów od miasta a paradoksalnie największy ruch odbywa się na nim w godzinach nocnych. Chociaż część miejsc noclegowych oferuje dowóz z lotniska, sporo osób decyduje się na przeczekanie do rana. Miejscem bardzo chętnie wykorzystywanym do kilku godzin snu jest zielone podłoże pod ruchomymi schodami na parterze. My jednak wybraliśmy nieco ukryte miejsce pomiędzy windą a ścianą wodną. W kwestiach proceduralnych, lotnisko wymaga nieco więcej czasu niż ma to miejsce w przypadku podróżowania po Europie. Wynika to przede wszystkim z wymogów paszportowych. Przy wjeździe do Gruzji nie napotkaliśmy na  żadne problemy, jednak podczas powrotu trochę uciążliwa była przedłużająca się procedura przy checkin (podobno były jakieś problemy techniczne) oraz niezbyt sprawne przepuszczanie pasażerów przez formalną granicę. W drugim przypadku w pamięć zapadła nam sytuacja gdy przez kilka minut osobiście wzywano jednego z pasażerów aby pilnie stawił się przed bramką prowadzącą do samolotu linii Pegasus. Nawet to nie przyspieszało ślamazarnej procedury sprawdzania każdej strony w paszporcie. Z ciekawostek jakie spotkaliśmy na lotnisku to również kilkustopniowy system sprawdzania zawartości bagażu. Pierwszą bramkę bezpieczeństwa przekracza się bowiem tuż przy wejściu do terminala lotniska, drugą (już bez płynów w niedozwolonych wielkościach) po przejściu odprawy paszportowej – tuż przy samym gejcie. Do kolejnych ciekawostek technicznych można dodać fakt, że z Gruzji można wywieźć do dwóch litrów płynów alkoholowych na osobę. W sumie w bagażach rejestrowanych dwóch osób umieściliśmy prawie sześć litrów win i koniaków – nikt z tego powodu nie robił nam żadnych problemów.
Z lotniska do centrum Tbilisi można się dostać na trzy sposoby. Jednym z nich jest kolejka, która w trakcie naszego pobytu z jakiegoś powodu nie kursowała. Opcją najmniej wygodną jest jadący do 40 minut autobus miejski. Niewielki żółty pojazd o numerze 37 zatrzymuje się tuż przy wyjściu z terminala. Bilety można kupić w wiekowych automatach przyjmujących tylko odliczoną kwotę 0,5 lari od osoby. Plusem jest trasa autobusu który jedzie między innymi do głównego placu Tbilisi – Freedom Square, ale również wzdłuż reprezentacyjnej alei Rustawelego pod dworzec kolejowy. Niestety jest to linia ekstremalnie popularna dlatego w godzinach porannych należy się liczyć z gigantycznym ściskiem w środku i niemal dantejskich scen przy przystankach. Trzecim sposobem jest natomiast taksówka. Kurs około północy z alei Szoty Rustawelego pod terminal kosztował nas 25 lari z nieśmiałym zastrzeżeniem przez taksówkarza że na kwotę 30 lari też by się nie obraził :-)
Ciekawostką transportową w Tbilisi jest tamtejsze metro. Zgodnie bowiem ze słuszną polityką Radziecką każde miasto powyżej 500 tysięcy mieszkańców powinno posiadać taki środek transportu. W chwili obecnej miasto obsługiwane jest przez dwie linie z węzłem przesiadkowym znajdującym się pod Dworcem kolejowym. Planowana i częściowo budowana jest trzecia linia przecinająca się z pozostałymi dwoma na stacjach Rustaweli oraz przy Politechnice. Metro tak naprawdę jest szybkim, bezpiecznym i stosunkowo tanim sposobem na poruszanie się po bądź co bądź rozległym mieście. Pociągi odjeżdżają co około 5 minut a jednorazowy wstęp kosztuje 40 tetri. Dostęp do infrastruktury możliwy jest poprzez zbliżeniową kartę top-up. Kupuje się ją w kasach na każdej stacji a minimalną kwotą doładowania jest 2 lari. Kartę można w każdej chwili doładować dowolną kwotą. Pod koniec pobytu można ją również zwrócić odzyskując tym samym zgromadzone na niej środki. Ważne jest aby w tym czasie mieć ze sobą paragon który otrzymuje się w momencie wyrobienia karty. Niestety zarówno wyrobienie jak i zwrot karty to nieco wydłużona procedura papierkologiczna wymagająca wylegitymowania się paszportem i złożenia kilku podpisów.
Stacje Metra można stosunkowo łatwo rozpoznać po charakterystycznych znakach "M" przy zejściach podziemnych. Spore wrażenie robi bardzo głębokie usytuowanie niektórych stacji. Pomimo szybko poruszających się schodów zjazd nimi może zająć nawet do trzech minut. Głębokość linii wynika z potrzeby przeprowadzenia tunelu pod rzeką Mtkvari która znajduje się dużo poniżej rozłożonych na otaczających ją wzgórzach stacji. Pewną dezorientację oprócz panującej tam niemiłej woni może wprowadzić prawie całkowity brak oznaczeń kierujących na właściwy peron. Jednak za którymś razem na ścianach przy peronach zauważa się niewielkie znaki z rozkładem stacji na linii, zaznaczeniem na której się znajduje i w którą stronę dany tor wiedzie. Zresztą pomocą służą znajdujący się często na dole policjanci/ochroniarze. Chociaż przewodniki informują że metro w Tbilisi jest względnie bezpiecznym środkiem transportu to pomagająca nam w pierwszym rozeznaniu w terenie przypadkowa osoba poleciła aby raczej korzystać z pierwszego wagonu pociągu.
W kwestii noclegu w Tbilisi, to nie ma z tym najmniejszych problemów. Mam na myśli tutaj zarówno miejsca wytworne – hotele kilku znanych sieci znajdują się przy wspomnianym wcześniej Placu Wolności lub w okolicach Aleii Rustawelego – jak też bardziej budżetowe. W kwestii tych drugich miejscem niemal kultowym jest hostel u Iriny Japaridze. Z opowieści słyszeliśmy że jest to kobieta która pomimo nieznajomości języka angielskiego jest w stanie załatwić wszystko każdemu. Mowa tutaj zarówno o noclegu jak też informacjach praktycznych, pomocy w dostaniu się w jakiś zakamarek kraju i wszystkich innych które wpadną tambylcom do głowy. Podobno niczym dziwnym są również sytuacje gdy na miejscu zjawiają się podróżnicy chcący tylko... skorzystać z prysznica. Nie ma czemu się dziwić że miejsce to obrosło legendą na całym niemal świecie. Hostel ten znajduje się przy ulicy Ninoshvilis 19, około kilometra od stacji kolejowej.
Na kilka dni naszego pobytu w Tbilisi postanowiliśmy jednak skorzystać z oferty Holiday Hostel. Miejsce to zostało nam polecone w informacji turystycznej (jej punkt główny normalnie znajduje się na Placu Wolności, jednak na czas remontu została przeniesiona do hallu Muzeum Narodowego) a jego główną zaletą była odległość od tejże. Do Tbilisi pojechaliśmy bowiem bez jakiejkolwiek rezerwacji noclegowej a chodzenie po mieście z dużą walizką nie bardzo nam leżało w kontekście zmęczenia po podróży. Koniec końców bardzo miło wspominamy trzy noce spędzone w tamtejszym pokoju z dużym podwójnym łóżkiem i niewielkimi szafkami. Na miejscu można było skorzystać z gorącej wody, mikrofali i podstawowych urządzeń kuchennych. Użycie pralki kosztowało 3 lari. Pewne zastrzeżenia można było mieć co do czystości wspólnej łazienki i prysznica (problemy z zaczepieniem zasłony), jednak poza tym incydentem nie mieliśmy żadnych powodów do narzekania. Recepcja otwarta była przez całą dobę a prowadziło ją dwóch sympatycznych Gruzinów – zawsze chętnych do rozmowy, pooglądania telewizji czy po prostu zagrania w karty. Wewnątrz dostępny był komputer z podłączeniem do internetu jak też takowe można było uzyskać po otrzymaniu hasła do lokalnej sieci wi-fi. Dużym plusem tego hostelu jest jego miejsce – w podwórku wychodzącym na Aleję Rustawelego, jak też możliwość pozostawienia na recepcji bagaży. Tak też poczyniliśmy z naszą dużą walizką zostawiając ją na przechowanie przez pierwsze trzy dni buszując w tym czasie po wybrzeżu Morza Czarnego, jak też ostatniego dnia kiedy to w drogę na lotnisko udaliśmy się dopiero około północy.
Chociaż dojazd do miasta budzi obawy że trafiło się do miejsca zapóźnionego cywilizacyjnie, tak też centrum wywiera zupełnie inne wrażenie. Koniec końców w latach zimnej wojny Tbilisi było czwartym najważniejszym miastem Związku radzieckiego co istotnie pomagało mu w budowaniu pewnego splendoru. Jednak jest to mało istotne w porównaniu z tym czym Tbilisi będzie za kilka do kilkunastu lat. Miasto bowiem jest w trakcie procesu ogromnej przebudowy i nadganiania zaległości do państw rozwiniętych. Dlatego też wiele budynków jest kompletnie odnawianych lub w ich miejsce stawiane są nowe wymysły architektoniczne. Miejsca dotknięte zmianami to natomiast pewien typ specyficznego splendoru jednak ze specyficznym wyczuciem smaku widocznym podczas wtapiania danego miejsca w jego otoczenie.
Głównym punktem Tbilisi uznawany jest duży, owalny Plac Wolności. To z niego wychodzi reprezentatywna aleja imienia Szoty Rustawelego - gruzińskiego odpowiednika naszego Adama Mickiewicza. To tam znajduje się szereg knajpek, sklepów i miejsc noclegowych. W trakcie naszego pobytu zauważyliśmy jednak ogromne prace toczące się przy ulicy Marjanishvili. Ich zakres dotyczył zarówno części wewnętrznych jak też otoczenia – w tym kompletnego remontu okolicznych budynków. Na podstawie rozmachu prac i wyników częściowo ukończonych miejsc można podejrzewać że po zakończeniu procesu renowacji ulica ta będzie mogła śmiało konkurować z najbardziej wystawnymi miejscami w każdym Europejskim mieście!
Bardzo ciekawego charakteru miastu nadaje położenie na wysokich wzgórzach tworzących brzegi rzeki Mtkvari. Znalezienie się w jednym z widokowych punktów pokazuje bardzo charakterystyczny obraz historycznej architektury Gruzji. Mowa tu o wszechobecnych kościołach prawosławnych i klasztorach których nawet jeśli nie ma w najbliższej okolicy, to chwila obserwacji pozwala na dostrzeżenie innego obecnego na jednym z okolicznych wzgórz. Jednym z najbardziej zwracających na siebie uwagę jest ogromny kompleks Cmida Sameba. Jak informuje internet jest to aktualnie największy obiekt sakralny w regionie Kaukazu i trzeci najwyższy kościół prawosławny na świecie. Uwagę już z daleka przykuwa złocony dach na szczycie którego znajduje się wysoki na 7,5 metra krzyż. Zwiedzanie z bliska tego obiektu zapiera dech w piersiach. Wszystko to za sprawą zarówno monumentalności miejsca jak też fantastycznej, piętrowej struktury obłożonej świątyni. Ze szczytu rozpościera się fantastyczny widok zarówno na cały teren kompleksu, jak też zachodnie wybrzeże z charakterystycznym masztem antenowym ustawionym na jednym z wierzchołków. Wnętrze kościoła, jakkolwiek skromne i nie wywierające tak monumentalnego wrażenia jakiego należałoby oczekiwać z zewnątrz, ciekawi poprawnością i wyczuciem smaku w kwestii dekoracyjnej. Tutaj też poprzez obecne w kilku miejscach flagi gruzińskie widać bardzo mocną więź łączącą kościół, naród i państwowość.
Sąsiedztwo wzgórz przyczynia się do bardzo łatwego tworzenia sentymentalnych obrazów wspominanych jeszcze długo po zakończeniu podróży. Jednym z najlepszych do tego miejsc są okolice zamku Narikała. Jest to miejsce bardzo ważne historycznie ponieważ pierwsze elementy fortecy były tam stawiane już w IV wieku. Dzisiejsze pozostałości datowane są na XVI – XVII wiek a w tzw. międzyczasie zamek obrósł legendą jako miejsce niezdobyte przez pustoszące okolice armie wroga. Pod bramę zamku najlepiej dostać się przez okolice łaźni tureckich, drogą przy minarecie, aż do schodów po prawej stronie które pokierują pod parking przy samym zamku. W środku warto iść najwyżej jak się da – wzdłuż murów, czasami wspinając się po mało wygodnych wzniesieniach i kamieniach. Tamtejszy widok zapiera dech w piersiach i wart jest wysiłku poświęconego w trakcie drogi. Chociaż teren jest zamknięty na noc, warto w okolice muru przespacerować się również w godzinach nocnych. Po zmroku całe Tbilisi zyskuje bowiem niesamowitego klimatu. Istotną nutę sentymentalizmu gra wstępna znajomość oglądanych okolic dlatego też wycieczkę taką proponuję podczas jednego z ostatnich dni pobytu.
Głównymi punktami widokowym są wtedy wspomniany wcześniej kompleks Trójcy Świętej, prezydencki pałac oraz Most pokoju - futurystyczna kładka piesza kierująca na wybudowany niedawno Park Rike. Jak wspominałem w relacji z naszego wyjazdu, miejsce to jest bardzo chętnie odwiedzane przez przebywających w centrum Tbilisi mieszkańców. Nie ma się czemu dziwić, skoro oferuje ono mnóstwo atrakcji. Dla dzieciaków jest tam bowiem spory plac zabaw, dla starszych natomiast stoły z szachownicami. Jedna z nich rozłożona jest na polu kwadratu o boku około czterech metrów gdzie taktykę obmyśla się wędrując pomiędzy wysokimi do kolan figurami. Ciekawostkę stanowi również miniaturowy zamknięty amfiteatr gdzie grupki młodziaków doskonale bawi się improwizując przedstawienia dla kilkunastoosobowej własnej widowni. Największą atrakcją – chociaż niekoniecznie w kontekście rozmiarów jest jednak multimedialna fontanna. Niby nic nadzwyczajnego, koniec końców widok wody wypuszczanej i podświetlanej w rytm muzyki widziałem już w kilkunastu miejscach naszego kontynentu. Ba, od dwóch lat Wrocław szczyci się jedną z największych tego typu konstrukcji – porównywaną do podobnej fontanny w Barcelonie. Jednak to program pokazów w Tbilisi tak naprawdę urzekł mnie najbardziej. Nigdzie bowiem nie widziałem tak świetnie dobranej muzyki – z nawiązaniem do klasyki, historii, nowoczesności czy popu, tak gęsto nagromadzonych różnorakich dysz potrafiących idealnie oddać klimat dźwięku, w końcu tak dobrze dobranej gry kolorów i rzucanych na wodnej kurtynie obrazów. Wyobraźnia choreografów tworzących programy wzbudziła mój niemały zachwyt. Kilkukrotnie wydawało mi się bowiem że każda dysza pracuje na 100% swoich możliwości a co chwila pojawiał się nowy element. Czy to kwieciste formy wyrzucające strumienie na dobre 7 metrów w górę, czy cztery działa lejące równym strumieniem wody w czerwonawej kolorystyce wydające się jakby pociskami wystrzeliwanymi przez armaty. Nie dziwię się czemu mieszkańcy tak chętnie przychodzili na pokazy – jakkolwiek zapętlone one są w cztery utwory, tak mimo kilku sesji nigdy mi się one nie znudziły :-)

Holiday hostel



Cmida Sameba




Tbilisi - różne









Batumi
Batumi to drugie najważniejsze miasto w Gruzji i zarazem krajowy kombinat urlopowo-wypoczynkowy. Chociaż posiada swój własny port lotniczy to póki co ruch na nim jest raczej niewielki. Z Tbilisi najlepiej jest się tam dostać pociągiem – według przewodników książkowych i z własnego doświadczenia – zalecane są kursy nocne. Jakkolwiek gruzińska kolej podobno nie ma się za bardzo czym pochwalić tak nocne rejsy prowadzone są przy użyciu najlepszych składów. Rzeczywiście oferują one całkiem niezły komfort a wartością dodatkową podróżowania po zmroku jest wykorzystanie do granic możliwości czasu spędzonego na miejscu. Bardzo istotną informacją jest fakt, że bilet na pociąg należy kupować z wyprzedzeniem. Wprawdzie nam udało się takowy nabyć na kilka godzin przed podróżą, jednak miało to miejsce tylko dlatego że we wrześniu zwiększona jest liczba kursów pomiędzy Tbilisi a Batumi. Z będącej na wyczerpaniu puli udało nam się zdobyć bilety na kurs tam w wagonie bezprzedziałowym oraz w sypialnej pierwszej klasie w drodze powrotnej. W drodze do Batumi nie byłoby tak źle gdyby nie coraz bardziej dokuczający chłód pod koniec trasy oraz pech w postaci niesfornego kilkuletniego krzykacza skutecznie przeszkadzającego przez pierwszą godzinę jazdy. W drodze powrotnej mieliśmy do dyspozycji cały przedział z pościelą i telewizorem. Koszt kursu do Batumi to 23 lari od osoby, za bilet na pierwszą klasę zapłaciliśmy natomiast 40 lari od osoby. Bilety kupuje się na stacji – w Tbilisi z niezrozumiałych powodów takowe mogliśmy nabyć tylko w jednej kasie. Niestety język angielski niekoniecznie musi być wspólną płaszczyzną do porozumienia dlatego nieodzowna może się okazać pomoc osoby młodej lub języka „silnie migowego” ;) Proces zakupu jest piekielnie długi, gdyż wymaga przedstawienia paszportu, wpisania i sprawdzenia w komputerze mnóstwa danych i następnie wydrukowania trójkolorowej kartki formatu A4. Część żółta pozostaje w kasie, część różowa będzie zabrana przez konduktora, natomiast ostatnia część szara zostaje jako pamiątka dla podróżnego :-) Z obserwacji własnych na dworcu w Tbilisi były rozstawione jakieś automaty. Niestety umożliwiały obsługę tylko osobom rozpoznającym barwne pismo gruzińskie.
Jednym z niemiłych faktów związanych z podróżą pociągiem jest umiejscowienie dworca kolejowego który znajduje się około 7 kilometrów od centrum Batumi. Niemniej miejsce to jest przystankiem dla kilku linii marszrutek wiozących zarówno do miasta jak też w tamtejsze okolice. Do centrum można również dojechać stojącymi zazwyczaj naprzeciw stacji zielonymi autobusami komunikacji miejskiej. Przykładowa linia numer 101 wiedzie przez centrum pod terminal lotniska. Bilet można kupić u kierowcy a jego cena to 80 tetri. Koszt przejazdu marszutką zamknie się w kwocie 1,5 lari za dwie osoby.
Wiele przewodników zauważa że okolice Batumi posiadają kolonialny charakter. Rzeczywiście, część budynków na obrzeżach miasta, nadmorskie wybrzeże, spora wilgotność i raczej egzotyczna roślinność mogą spowodować takie wrażenie. Zwłaszcza budowle, miejscami wydające się pamiętać zamierzchłe wieki – coś o charakterze np. w Portugalii. Jednak centrum miasta zostało miejscami dotknięte klimatami radzieckimi poprzez niezbyt przemyślane i aktualnie zapadające się blokowiska. Jednak wszystko to do pewnego momentu, ponieważ Batumi - podobnie jak Tbilisi - przechodzi okres wielkiej przebudowy. Powoduje to sporo kontrastów – niedaleko rozpadających się domów jednorodzinnych można znaleźć będącą na ukończeniu budowę dużego hotelu znanej sieci. W ścisłym centrum większość chodników może natomiast stanowić pobojowisko ułożone z różnego typu gruzu jaki tam pozostał po remoncie i czeka na wyłożenie kostki które ma nastąpić po wyremontowaniu pobliskiej jezdni. Niemniej te wszelkie niedogodności wpływają tylko na unikalny klimat miasta, gdzie w sąsiedztwie wspomnianych wcześniej ruin może znajdować się modna kawiarnia w ogródku której wieczorami przygrywane są na fortepianie jazzowe standardy. Zresztą podobnie jak w Tbilisi tak też w Batumi najciekawszy duch miasta ujawnia się po zmroku. Łatwo się jest nim napawać podczas wieczornych spacerów czy to po promenadzie czy też w ścisłym centrum miasta.
Jednym z punktów docelowych spacerów jest znajdujący się na wschodnim krańcu promenady posąg kochanków. Jest to nowoczesna konstrukcja podświetlana nocą bardzo wyrazistymi barwami tworzącymi futurystyczny i nieco psychodeliczny nastrój. Kilka spędzonych tam minut pozwala zauważyć że statuy te są w ciągłym ruchu a specyficzna konstrukcja służy do bezkolizyjnego przejścia postaci przez siebie w trakcie wykonywanej pętli. Przyjemnym jest też spacer w okolicy ulicy M. Abashidze. Znajdujący się nieopodal Plac Europejski jest głównym miejscem wszelkich wydarzeń masowych. W lipcu 2011 roku odbywała się tam np. impreza MTV Live na której wystąpił Enrique Iglesias. Na co dzień jest to jednak przyjemne miejsce z posągiem Medei - mitologicznej postaci znanej z historii o Złotym runie. Nie jest to posąg przypadkowy, ponieważ Aja - cel mitologicznej wyprawy Argonautów - przez Greków łączona była z Kolchidią - historyczną krainą położoną w dzisiejszej Adżarii której stolicą jest Batumi właśnie. Kolejnym interesującym punktem jest znajdująca się u zbiegu ulic M. Abashidze i K. Gamsakhurdia odnowiona fasada oraz bajkowa wieża jednego z budynków. Niewiele dalej - na początku Alei Rustawelego znajduje się kolejny plac. Na jednym z jego boków – w ucharakteryzowanym na styl grecki siedzibę posiada Teatr imienia Ilii Chavchavadze. Ciekawostką jest natomiast znajdująca się na samym środku fontanna Neptuna. Będąc niecały miesiąc później w Bolonii zorientowałem się, że posąg w Batumi – modulo sama postać Neptuna – jest bardzo wierną kopią tej jaką widziałem we Włoszech!
Zresztą fascynację włoskimi klimatami widać bardzo wyraźnie w jeszcze innym miejscu. Piazza to – jak sama nazwa powinna wskazywać – zbudowany na włoski styl plac. Latem 2011 roku było to miejsce bardzo świeże – w serwisie Google Maps nieobjęte jeszcze nawet aktualnym obrazem z satelity. Rzeczywiście, w środku można przez chwilę pomyśleć że się jest w bardzo stylowo wyglądającym mieście półwyspu apenińskiego. No może pomijając widoczny na końcu jednego z wejść kościół prawosławny. Niemniej miejsce to po zmroku otacza się fantastycznym klimatem stylowych kawiarni. Fenomenalny jest natomiast prowadzony na dachu jednego z budynków klub, gdzie wieczorami międzynarodowe hity grała kilkuosobowa rockowa kapela. Zdecydowanie miejsca tego nie można odwiedzać jeśli w drogę powrotną do Tbilisi udaje się w nocy z soboty na niedzielę. W tym momencie bowiem zarówno Piazza jak i całe Batumi żyje na zupełnie innych obrotach. Wtedy też niestety dochodzi się do zdania że na Batumi przeznaczyło się zdecydowanie za mało czasu.
Jeśli chodzi o sprawy plażowe – do niedawna bodaj największa wartość turystyczna tego miasta – to w trakcie naszego przyjazdu nie udało nam się sprawdzić tej opcji na własnej skórze. Głównym powodem była pogoda – niezbyt ciepła temperatura oraz skłonności do opadów deszczu w ciągu dnia. Niestety nadmorskie wybrzeże w okolicach Batumi wyłożone jest mniejszymi i większymi kamieniami co skutecznie eliminuje polskie przyzwyczajenia do koca/ręcznika na piasku. Z opowieści usłyszanych od jednego z naszych znajomych podobno celem plażowania warto wybrać się nieco na południe – do znajdującego się pod turecką granicą Sarpi. Tamtejsza plaża podobno jest jeszcze ładniejsza od tej Batumi ale niewiele mniej kamienista. Na uwagę zasługuje natomiast istotnie czystsza niż w Batumi woda. Jak informują przewodniki z Batumi można się tam dostać przy użyciu marszrutek.
Posiadając kilka dni czasu zaplanowane na okolice Batumi warto kilka ich godzin poświęcić na znajdujący się kilkanaście kilometrów na północ od miasta ogród botaniczny. Jest to rozległy teren położony na schodzących do Morza czarnego wzgórzach. Podzielony został na kilkanaście rejonów tematycznych w których znajdują się roślinności z całego świata. Nawet pod koniec lata, kiedy teren ten nie emanuje kolorami pełnej okazałości kwiatów, sama roślinność budzi niemały podziw. Oczywiście pewną niedogodnością jest konieczność pokonywania kolejnych wzgórz, jednak nagrodą za to są świetne widoki z jej szczytów. W niektórych miejscach da się bowiem zobaczyć panoramę Batumi, lub na północ – miejscowości Chakvi. Trochę szkoda że ogród ten przez ostatnie lata raczej podupadał w kontekście infrastruktury. Chociaż w trakcie samej przechadzki nie jest źle, to w oczy kuje niewykorzystanie bardzo istotnego elementu jakim jest bliskość czarnomorskiego wybrzeża. Zresztą w pewnym miejscu znajduje się bardzo zaniedbana brama kierująca do ogrodu ze znajdującej się obok zapomnianej stacji kolejowej. Sądzę że gdyby oczyścić znajdującą się obok niej plażę i zainwestować w infrastrukturę typu kawiarnia i kilkadziesiąt leżaków – latem to miejsce byłoby przysłowiowym strzałem w dziesiątkę!
Jeszcze od strony spraw technicznych, do ogrodu botanicznego najlepiej dojechać marszrutą. Samochody oznaczone numerem 91 jadą z ulicy Z. Gorgiladze i skręcają w prawo w Baratashvili. Można je też złapać w okolicach placu Tbilisi lub na placu na ulicy Gogebashvili tuż za wyjazdem z Chavchavadze. Kurs do ogrodu kosztuje około dwóch lari a dzięki temu jesteśmy dowożeni pod samą bramę ogrodu.

Hotel Ira


Batumi - różne





Piazza
 


Ogród botaniczny


Rowery
Jako rowerowe wariaty w trakcie każdego co najmniej kilkudniowego wyjazdu staramy się skorzystać z okazji jeżdżenia po najbliższej okolicy. Niestety Gruzja a przynajmniej okolice Tbilisi są miejscem wyzwań nawet dla tak zagorzałych zwolenników dwóch kółek jak my. Nie powinno więc dziwić spore zaskoczenie malujące się na twarzy osób pracujących w informacji turystycznej gdy zapytamy się o możliwość wypożyczenia rowerów. Dopiero po kilku dniach zauważamy bowiem że tak naprawdę w Tbilisi rowerzystów nie ma. Natomiast gdy samemu przejeżdża się po mieście – paradoksalnie wzbudza to niemałe zdziwienie wśród mijanych osób. Niemniej już pierwsze dwa kilometry jazdy doskonale tłumaczą dlaczego tak się dzieje. Po pierwsze jak wspominałem wcześniej – Tbilisi rozłożone jest na górzystych brzegach rzeki Mtkvari. Powoduje to konieczność pokonywania sporej ilości wzniesień co może stanowić istotne wyzwanie dla osób o słabszej kondycji fizycznej. Po drugie w mieście nie istnieją a przynajmniej przez kilka dni nie zanotowaliśmy żadnej ścieżki rowerowej. Tak naprawdę to się nie dziwię – po co skoro w ciągu całego pobytu w mieście zauważonych rowerzystów mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki? Po trzecie kultura podróży drogowych w Gruzji jest zgoła odmienna od tej w Polsce czy nawet na kontynencie. Dopiero bowiem po kilkudziesięciu minutach zorientowałem się że każdy wymijający nas samochód nie trąbi z tego powodu że mu w jakiś sposób zawadzamy swoją obecnością, tylko ponieważ informuje nas o swoich planach wyprzedzania. Zresztą klakson w mieście jest narzędziem używanym dużo częściej niż kierunkowskaz. Tutaj też się nie dziwię, ponieważ zatrzymujące się gdzie popadnie – czasami na drugim od zewnętrznej skrajni pasie – kierowcy marszrutek w momencie włączenia się do ruchu wydaje się że w ogóle nie patrzą w lusterka. Przynajmniej nie sygnalizują tego wspomnianym wcześniej kierunkowskazem. Ciekawostką też jest podróż wieczorem. Kierowcy włączają bowiem światła dopiero gdy na drodze robi się prawie całkowicie ciemno. W nocy natomiast jeżdżą zazwyczaj przy użyciu długich świateł które - jeśli już wyłączają - to dopiero tuż przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Koniec końców spory ruch samochodów w mieście i nie najlepsza jakość zarówno paliwa jak też systemów napędowych czasami wiekowych pojazdów powoduje że jazda po mieście obarczona jest wszechobecnym swądem spalin.
Zupełnie czym innym są prawdopodobnie podróże rowerowe poza miastem. Chociaż nadal stanowi to podobno pewnego rodzaju fenomen wzbudzając zainteresowanie w mijanych mniejszych miejscowościach, to taka forma spędzenia wolnego czasu jest polecana zarówno w przewodnikach książkowych jak też po drodze spotkaliśmy niewielką grupkę Rosjan jeżdżących na wyposażonych w kilka sakw rowerach. Swoją drogą nie bez powodu zapewne miejsce w którym wypożyczaliśmy rowery wyglądało na dość specjalistycznie zorientowane w zagadnieniu wyczynowej turystyki z niemałą liczbą dostępnych różnorakich sprzętów. Chociaż nawet pomimo posiadania około 20 rowerów na stanie procedura wypożyczenia dwóch wydłużyła się do około godziny. Wszystko to za sprawą pewnych niedociągnięć jakie zauważyliśmy w trakcie próbowania oddanego sprzętu. Warto więc przed ostateczną decyzją zrobić kilka kółek w trakcie których sprawdzi się hamulce, przerzutki, nasmarowanie wszelkich łożysk etc. Pomijając to za 120 lari udało nam się wypożyczyć na dwie doby dwa terenowo-wyczynowe rowery z kaskami, podręcznym zestawem naprawczym, jednak niestety bez zapięcia i światełek. Co ciekawe, należną kwotę wpłaciliśmy dopiero przy zwrocie sprzętu.
Adventure club Jomardi niestety znajduje się dość daleko od centrum miasta. Najlepiej dojechać tam metrem do stacji Vazha-Pshavela a po wyjściu na powierzchnię kierować się w górę. Wejście znajduje się od strony ulicy, więc nie trzeba szukać nigdzie po podwórkach ;) Niestety informacja turystyczna nie jest w stanie przekazać dokładnego miejsca tego punktu zaznaczając na mapie jedynie ulicę. Biorąc pod uwagę fakt że cała Vazha-Pshavela ma długość ponad czterech kilometrów odruchowe rozpoczęcie szukania na końcu bliższym centrum może powodować zagospodarowanie grubo ponad godziny czasu przeznaczonego na pobyt w Tbilisi.
Kręcąc się po Batumi w kilku miejscach zauważyliśmy rozstawione stacje systemu rowerów miejskich. W rozwiniętych ośrodkach turystycznych jest to naturalne zjawisko sprzyjające aktywnemu zwiedzaniu czy też sprawnemu poruszaniu się po centrum w większych metropoliach. Niestety w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się że wielkim wstydem systemu jest brak możliwości wypożyczenia rowerów przez turystów zagranicznych. Podobno miało się to zmienić, ale we wrześniu 2011 roku wszystko operowało jeszcze na starych zasadach. Tak czy siak odnieśliśmy wrażenie że na placu naprzeciw budynku Uniwersytetu przy ulicy Ninoshvili znajduje się coś w rodzaju plenerowej wypożyczalni rowerów. Wyglądało to jak spora inicjatywa prywatna, jednak jako że nie planowaliśmy rowerowych eskapad po Batumi, nie zagłębialiśmy się w ten wątek.


Mccheta
W kwestii rowerowego podróżowania po okolicach Tbilisi wybraliśmy dwie trasy – bliższą do Mcchety i dłuższą do David Gareja. Do Mcchcety można się dostać najkrótszą trasą – wtedy dojazd stanowi raptem nieco ponad dwadzieści kilometrów. Niestety przestraszyć może konieczność jechania po drodze oznaczonej na niektórych mapach jako międzystanowa autostrada. Koniec końców okazuje się, że przy wjeździe do miasta jest to droga szeroka na nawet cztery pasy często z pewnej szerokości poboczem. Dopiero za miastem zwęża się ona do dwóch pasów, jednak tłumacząc to na warunki znane w Polsce stanowi ona bardziej drogę szybkiego ruchu niż autostradę. Jeśli jednak ktoś nie przepada za mknącymi samochodami może wybrać trasę alternatywną. Wymaga to jednak przebicia się na wschodni brzeg miasta oraz pokonywanie kolejnych jego wzgórz. Wyczyn może to być tym większy że w trakcie naszego pobytu popołudniami zazwyczaj napotykaliśmy na silny wiatr wiejący z północy. W wersji skrajnej powodowało to spory wysiłek przy pokonywaniu dwukilometrowego odcinka na prostej, szerokiej drodze okraszonej nieustannie i równomiernie wiejącym przeciwnym wiatrem. Niemniej wszystko uspokaja się tuż przed zakolem rzeki. Wtedy też po wyjechaniu z przedmieść Tbilisi – miejscowości Zahesi – należy będzie pokonać kilkusetmetrowy odcinek wspomnianej wcześniej trasy szybkiego ruchu. Niestety nie jest to najłatwiejsze zadanie – wszystko to znów za sprawą bocznego bardzo silnego wiatru jaki się nam przytrafił na moście. Finalizowało się to tym, że na przestrzeni 200 metrów nie byliśmy w stanie trzymać się prawej strony jezdni a w skrajnym przypadku wiatr spychał nas na środek jeśli nie na lewy pas. Na szczęście ruch na drodze był wtedy żaden więc nie stwarzaliśmy zagrożenia dla siebie czy też dla innych. Koniec końców na skrajni drogi jest wydzielony wąski pas niby chodnika przez który chyba dałoby się przejść z rowerem. Na szczęście dalsza część trasy to już pełen relaks z niesamowitymi widokami na wysokie wzgórze oddzielające rzekę Kurę od miejscowości Karsani. Natomiast na drugim brzegu pojawiają się pojedyncze restauracje malowniczo położone tuż przy rzece.
Mccheta to "must see" w liście każdego odwiedzającego Gruzję. Po pierwsze jest to miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym dla Gruzji. Miasto to bowiem istniało już w zamierzchłej starożytności a przez osiem stuleci - do V wieku n.e. - było stolicą gruzińskiego królestwa Iberii. Jej pozycję zastąpiło Tbilisi za sprawą króla Wachtanga Gorgasała. Jak rzeczą historie, stało się to podczas jednego z polowań, kiedy to Wachtang oczarowany urokiem doliny postanowił założyć osadę a następnie stolicę. Również w tym mieście król Miriam III przyjął chrześcijaństwo dzięki czemu Gruzja stała się jednym z pierwszych chrześcijańskich krajów na świecie (Mccheta do dziś jest siedzibą najwyższych władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego). Tutaj znajdują się również bardzo ważne zabytki sakralne jak Katedra Sweti Cchoweli i Monastyr Dżwari dzięki czemu miasto w całości zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Dziś Mccheta to bajecznie odrestaurowane niewielkie miasteczko. Ścisłe centrum - okolice Sweti Cchoweli - emanują ogólną świeżością. Co ciekawe, renowacja nie tyczyła się wyłącznie widocznych zewnętrznych elementów, lecz remontom poddane zostały całe domy i otaczające tereny ogrodowe! Dzięki temu centrum posiada bajkowy charakter miasteczka niemal idealnego. Wszystko to nabiera jeszcze bardziej kolorowego posmaku późnym popołudniem, kiedy to okolice (zarówno kamienne budynki, brukowane ulice jak też okoliczne wzgórza) zaczynają się mienić przepięknymi barwami osiąganymi w promieniach zachodzącego słońca. Dlatego pomimo nieukrywanej wygody jaką jest rozbudowana baza hostelowa w nieodległym Tbilisi proponuję jako eksperyment spędzenie choć jednej nocy w Mcchecie. Choćby wyłącznie dla nieskrępowanych widoków zachodzącego i wschodzącego słońca właśnie.
Punktem docelowym każdej wizyty w Mcchecie jest katedra Sweti Cchoweli (Drzewo życia). Jak miasto stanowi historię Gruzji, tak sam kościół jest jego esencją. To tam bowiem odbywały się uroczystości konsekracyjne królów i przywódców kościołów, śluby i chrzty koronowanych głów, jak też chowani byli przywódcy narodu i kościoła. Chociaż na temat jej i wątków z nią związanych można by napisać rozległą książkę, samo miejsce nie wywarło na mnie tak ogromnego wrażenia jak jego okolice. Wszystko to prawdopodobnie za sprawą samotności w jakiej było mi zwiedzać to miejsce (rowery nie miały zapięcia więc "ktoś musiał pilnować dobytku aby zwiedzać mógł ktoś") oraz niewielkiej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania dla katedry.

Droga do Mcchety



Mccheta



David Gareja
Opcja rowerowych szaleństw na drugi dzień to już prawie sprawa ekstremalna i zdecydowanie odradzamy ją osobom nieprzyzwyczajonym i nieprzygotowanym do długodystansowych wyjazdów. Chociaż z drugiej strony to właśnie fakt pokonania tej trasy na rowerze był dla nas największą przygodą. Raz że była to pewna forma sprawdzenia się w ekstremalnych sytuacjach, dwa że wolniejsze tempo podróży pozwalało na dłuższy czas w trakcie którego można było podziwiać widoki półstepów, wzgórz i wszelkich innych czynników tworzących unikatowość Gruzji.
Z tego co widzę w chwili obecnej system GoogleMaps został wzbogacony o rozkład ważniejszych dróg Gruzji. Jednak jeszcze we wrześniu 2011 roku takiej opcji nie było, dlatego też jedyną mapę stanowiły dla nas notatki wykonane ręcznie na podstawie podejrzeń że na widzianych zdjęciach satelitarnych w tym miejscu musi być jakiś szlak ;) Koniec końców nasza trasa zaczynała się drogą szybkiego ruchu ს-4. Tuż za rozjazdem z drogą ს-8 jezdnia zrobiła się jakby szersza i z mniejszym natężeniem ruchu. Samochody przestały nam towarzyszyć natomiast już za Tbilisi bypass kierującym nas w stronę miejscowości Gachiani. Warto zrobić kilkugodzinne zapasy płynów i pożywienia w jednym z tamtejszych malutkich sklepów. Może się bowiem okazać że od tego miejsca aż do samego końca podróży nie napotka się na żaden sklep! Chociaż przez ponad 10 kilometrów trasa nie należy do najrówniejszych wrażenia te mogą łagodzić widoki. Osobiście zaskoczył mnie niemal monumentalny cmentarz na przedmieściach Rustavi oraz znajdujące się nieopodal zagłębie przemysłowe. Jak informują przewodniki, miasto to powstało po drugiej wojnie światowej gdy radzieckie władze postanowiły tutaj właśnie skoncentrować przemysł ciężki. Oczywiście po upadku Związku okazało się że większość inicjatyw centralnego planowania nie miało szansy przetrwania w gospodarce opartej na konkurencji, dlatego dziś większa część Rustavi stanowi mekkę dla fanów ciężkiego, obumarłego industrialu. Na szczęście niewiele później wkracza się w spokojną drogę pośród zieleni. W międzyczasie można napotkać na orientacyjny punkt – stojącą w niemal w pustym polu ceglaną wieżę oraz naprzeciwko jej ustawiony ogromny posąg mężczyzny walczącego z bykiem. To znak że niedługo na horyzoncie zacznie pojawiać się stojące na granicy gruzińsko-azerskiej jezioro Jandara. W jego okolicach znajdują się miejscowości Mzianeti i Lemshveniera które są dosłownie ostatnią szansą na zakup jakichkolwiek płynów. Jest to też brama w tzw. dzicz – tym gorszą że wymagającą częstokroć jazdy pod górę. Pierwszy sprawdzian możliwości znajduje się przy piekielnie stromym podjeździe. Na szczycie góry znajduje się teren wojskowy do którego jest ścisły zakaz wstępu. Zjazd z niej również jest kwestią skrajną – wszystko to za sprawą dużego nachylenia wzgórza i piekielnej ilości rozrzuconych po drodze kamieni. Dlatego następnym razem wybrałbym trasę alternatywną – w czasie naszego wyjazdu nie była ona w ogóle zaznaczona. W miejscu tym zaczyna się też wyzwanie. Jest to droga po kamieniach, nierównościach, trawach i wymagająca pokonywania wyrastających co chwila wzgórz. Czyli typowy półstep zaznaczony jedynie dwoma pasami wygniecionymi przez wojskowe samochody transportowe i sporadycznie przez osobowe wiozące turystów z David Gareja. Trwająca kilkanaście kilometrów męka kończy się na szczęście wraz z dojazdem do trasy wiodącej bezpośrednio z Monastyru do miejscowości Sagarejo. Od tego miejsca mamy bowiem do czynienia z ubitą drogą po której regularnie poruszają się samochody osobowe a nawet okazyjnie autokary.
Sam kompleks świątynny David Gareja to tak naprawdę nic nadzwyczajnego dla statystycznego turysty. Ot, kilka budynków, sarkastycznie można nawet powiedzieć że dziur w skale z czego blisko połowa jest niedostępna dla postronnych. Brak tam jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej zaczynając od sklepów z pamiątkami, punktów gastronomicznych na dostępie do prądu kończąc. Oczywiście nie jest to także miejsce poza cywilizacją – w końcu ogółem rzecz biorąc dostarczany jest tutaj prąd, szansą na uzupełnienie płynów jest darmowa woda a część kompleksu została odrestaurowana prezentując tutaj w nie rzucający się w oczy sposób. Miejsce samo w sobie może być dość nudne dla osób otaczających się zdobyczami dzisiejszej cywilizacji – przyjeżdżających na miejsce w sposób zorganizowany i obytych pośród konstrukcji niezwykłych. Jest to bardziej mekka dla osób interesujących się cywilizacją lub historią tutejszych terenów. Pierwsze pustelnie dające początek temu kompleksowi rozrzuconych po okolicach drobnych monastyrów zaczęły się pojawiać już w VI w. naszej ery. Do dziś, niezależnie od zawirowań historycznych i ciosów jakie były zadawane przez kolejnych najeźdźców tych ziem, David Gareja zawsze powstawał niczym z popiołów co może w jakiś sposób tłumaczyć jego szczególne miejsce w świadomości Gruzinów. Z drugiej strony okolice są miejscem dla osób poszukujących, nielękających się zejść z utartych szlaków w celu być może odkrycia czegoś niesamowitego. Dlatego nasza wyprawa rowerowa jest pozytywnie wspominana nie tyle z powodu jej celu, co samej drogi. Nigdy bowiem wcześniej nie byłem tak głęboko poza cywilizacją, bez pewności że gdy coś się stanie to otrzymam jakąkolwiek pomoc. Chociaż przygotowani byliśmy oczywiście na wszelkie niedogodności, to jednak skrajność tamtejszych warunków była wyjątkowo intensywna. Przykładowo fakt że po półstepach jechaliśmy w pełnym słońcu a temperatura w cieniu oscylowała z pewnością w okolicach 32℃! Z drugiej strony droga powrotna to pomocna dłoń dzięki dołączeniu się do taksówki wynajętej przez poznaną wtedy parę Litwinów. Dzięki tej wycieczce, we wspaniałej scenerii poznaliśmy dokładniej swoje możliwości oraz sposób radzenia sobie w sytuacjach je przekraczających.

W drodze do David Gareja





David Gareja


Wyżywienie
Gruzja zdecydowanie nie należy do miejsc w których można się nudzić w kulinarnym kontekście. Oczywiście głównym produktem firmowym są wina. W sklepach jest ich mnóstwo a każda dolina czy też region słynie z własnej receptury i specyficznego smaku. Z drugiej jednak strony osoby podróżujące w sposób "odwiedzany" zamiast klasycznego hotelowego bardzo cenią sobie winne trunki roboty własnej. Każda gruzińska chata powinna bowiem posiadać wielki baniak zakopany w ziemi w którym każdego roku przygotowywany jest nowy winny trunek. Równie pozytywne opinie zbierają inne domowe trunki, które czasami można nabyć na lokalnych bazarach. Może ich widok nie jest najbardziej zachęcający - sprzedawane są bowiem najczęściej w plastikowych butelkach - jednak podobno każdy produkt kupiony u innej osoby wyróżnia się własnym specyficznym smakiem. Problemem jest tylko trwałość - zawartość butelki powinna być skonsumowana w ciągu kilku dni od otwarcia. Ot urok domowej roboty i nie stosowania konserwantów.
W kwestii wyżywienia drugim klasycznym produktem z którym kojarzona jest Gruzja, to Chaczapuri. Jego odmian jest całe mnóstwo. Generalnie jest to typ bułkowego pieczywa robionego czasami na cieście francuskim, w środku którego dodana jest mieszanka składników wśród których najczęściej można spotkać kozi ser. Może to jednak być zarówno jajko, jak też pasta orzechowa. Najważniejsze że w większości Chaczapuri robione jest w niewielkich piecach - często na miejscu. Warto więc każdego dnia z rana spróbować się z innym punktem - najczęściej witryną w ścianie budynku. Satysfakcja gwarantowana za prawie każdym razem :-)
Fakt, że gruziński przemysł restauracyjny i żywieniowy nie został jeszcze wchłonięty przez masowość, unifikację i automatyzację jest bardzo dużym plusem. Dlatego może się okazać że celując "na oślep" można trafić do miejsca gdzie za niewielkie pieniądze da się zjeść najlepszy obiad w trakcie całego pobytu. Tak też było w naszym przypadku, kiedy to uciekając przed oberwaniem chmury w Batumi weszliśmy do pierwszych lepszych drzwi. Miejsce urokiem nie zachęcało do spędzenia w nim choćby pięciu minut. Jednak zaserwowane nam szaszłyk, Cchinkali i najprostsza, ale niesamowicie smaczna sałatka z pomidora, ogórka i cebuli po prostu podbiły nasze serca! Zresztą w miejscach wydawać by się mogło masowych wciąż widać dbałość o smak wynikający z tradycji. Bardzo pozytywnie tutaj wspominamy sieć restauracji Machakhela. Ich głównym produktem jest nieco podłużne pieczywo z wydrążonym wgłębieniem po środku. Dodaje się tam różne specyfiki jak np. znów jajko z kozim serem, warzywa pasujące np. do kuchni włoskiej czy inne. Te specyficzne "łódki", chociaż dokładnie takie same w każdym miejscu, przygotowywane i pieczone są na miejscu w specjalnym piecu - w momencie gdy zażyczy sobie tego przybyły klient. Co ciekawe danie takie jest bardzo sycące i bez problemu może posłużyć jako sowita porcja późnego obiadu.


Koszty
Jeśli chodzi o sferę finansową to Gruzja nie jest krajem drogim, chociaż z drugiej strony nie jest też tak przyjazna dla portfela jak niektóre miejsca turystyczne naszego kontynentu. Oczywiście standardowe podejście do zwiedzania jak tanie hotele w mieście i lokalny transport pozwalają na pomniejszenie wydatków, jednak dodatkowe kombinowanie zdaje się przynosić niewielkie oszczędności. Gruzini są bowiem narodem otwartym i szczerym, który rodzący się u nich ruch turystyczny traktuje z ciekawością a nie jako jedną z nielicznych okazji na nieuczciwym wyciągnięciu każdego grosza. Dlatego też będąc na miejscu – pomijając naturalne rozpoznanie terenu co jest gdzie i za ile – nigdy nie czułem potrzeby sprawdzania ceny w miejscu po drugiej stronie ulicy czy w innej części dzielnicy. W tamtejszych restauracjach ceny są bowiem takie same dla turystów jak też miejscowych. Podobnie sprawa się ma z taksówkami, kupowaniem owoców na bazarze itd. Pomijam oczywiście sprawę legendarnej gościnności gruzińskiej dzięki której można spędzić u kogoś w domu kilka dni nie płacąc za to ani grosza. Chociaż z drugiej strony trochę szkoda że przebywając wyłącznie w miastach nie udało nam się przeżyć tego zjawiska.
Niestety nie jestem w stanie przytoczyć konkretnych przykładów cen w Tbilisi czy Batumi. Jakkolwiek posiadam bowiem stertę wydrukowanych paragonów, tak też wszystkie one napisane zostały w języku gruzińskim. Tak więc choć jestem w stanie rozpoznać cyfry, tak też niemożliwe jest ich przypisanie do konkretnych towarów.

Wrażenia ogólne
Gruzja to jednak jest zjawisko. Koniec końców praktycznie każda spotkana na miejscu osoba twierdziła że kiedyś tam jeszcze wróci. Nie dziwię się, ponieważ wychodzę z takiego samego założenia. Choć do dziś nie jestem w stanie stwierdzić na jakich dokładnie podstawach, jednak faktem jest że kraj ten skradł połowę mojego tambylczego serca. Już dawno nie czułem bowiem tak wyraźnego uczucia z serii „żal wyjeżdżać” jak podczas ostatniego spojrzenia na oddalające się światła Tbilisi.
Ale od początku. Lecąc na miejsce zupełnie nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. Wprawdzie zdawaliśmy sobie sprawę z zachodnich ciągotek kraju który nawet przez sąsiednich Ormian nazywany jest Europą, jednak cały czas w głowie siedziało jakieś wrażenie topornej przynależności do Związku radzieckiego i bliskości Azji. Podejrzewaliśmy również że plotki o nowoczesności kraju oparte są na prowizorce nielicznych miejsc reprezentacyjnych mających się nijak do codzienności opartej na spuściźnie radzieckiej biedy i niedawnych konfliktów zbrojno-rewolucyjnych. Wystarczyły jednak dwa dni i dwie noce. Dni aby zobaczyć istotne zacofanie pozostawione przez lata zniewolenia. Jednak aby zobaczyć również to niesamowite parcie do nowoczesności, do zachodu stanowiącego źródło bezpieczeństwa oraz finansowania przeprowadzanej modernizacji kraju. Warto wspomnieć że przebudowa ta prowadzona jest na ogromną skalę. Przykładem może być Mccheta której ścisłe okolice katedry Sweti Cchoweli zostały odremontowane w całości. Mam tutaj na myśli zarówno ulice jak też okoliczne domy które uzyskały nie tylko nowe fasady czy płoty przy ogródkach, co zostały przebudowane w całości – także wewnątrz! Podobnie można opisać Batumi gdzie wyrastają powoli finansowane przez bogaczy z całego świata hotele, lub Tbilisi – choćby wzniesioną ogromnym kosztem Cmindę Samebę. Noce natomiast pozwoliły na zatoczenie się w tamtejszej specyficznej magii. To prawda, Tbilisi i Batumi emanują czasami bardzo kiczowatymi światełkami i kolorkami. Jednak w każdym miejscu ten specyficzny klimat potrafi w jakiś sposób złapać za serducho i pozostać na długo w pamięci. Co z tego że Piazza w Batumi jest miejscem pustym i na pokaz, które mogło być w dowolny sposób wybudowane od podstaw bez potrzeby zachowywania historii i jakiejkolwiek tradycji. Co z tego że park Rike to w większości popisowy pokaz nowoczesnych technologii i wielkich nakładów finansowych. Miejsca te w pozytywny sposób zapadają bowiem na długo w pamięć a to się przecież liczy!
Kolejnym istotnym elementem wrażeń ogólnych jest również podejście Gruzinów do odwiedzających ich kraj turystów. OK, Polacy mają szczególne miejsce w ich sercu co ewidentnie widać na każdym niemal kroku. Jednak to co mnie urzekło to naturalne, nieudawane podejście do każdej napotkanej osoby. Nigdzie nie spotkałem się więc z potrzebą targowania się czy sztucznego zainteresowania z podtekstem „a nuż uda mi się dzięki temu zarobić”. Może to pewna nieśmiałość wobec rodzącego się tam dopiero ruchu turystycznego, ale mam powody aby w to wątpić. Wtedy bowiem codzienność na ulicach wyglądałaby zupełnie inaczej. Jednym z głównych przytaczanych przeze mnie przykładów jest scena zanotowana w późnych godzinach wieczornych na jednej z głównych ulic Tbilisi. Nigdy bowiem wcześniej nie widziałem trzech nastoletnich dziewczyn idących bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo i przeglądających zrobione właśnie fotki na aparacie, którego wartość zapewne przekracza miesięczną sumkę jaką otrzymuję w swojej nienajgorszej pracy.
W pewnym sensie może to też efekt wszechobecnej policji której radiowozy w centrum miasta widuje się co kilka minut. Może więc to kwestia stworzenia państwa policyjnego gdzie władza tylko pozornie daje wolność - o czym nieśmiałe opinie można czasami przeczytać w sieci. Jednak powiem szczerze – w trakcie pobytu w Gruzji w ogóle mnie to nie obchodziło. Cieszyłem się tam bowiem poczuciem bezpieczeństwa jakiego nie zaznałem w żadnym innym zwiedzonym miejscu. Cieszyłem się też bardzo pozytywnym podejściem i zainteresowaniem moją osobą. Cieszyłem się poznaniem świata jakiego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy a jaki jest mimo wszystko bardzo podobny do naszej cywilizacji Europejskiej. Pozostaje mi tylko mieć ukrytą nadzieję że Gruzja w pędzie na zachód nie utraci swojego unikalnego charakteru. Niemniej cokolwiek się stanie nie mogę zaprzeczyć że tam przeżyłem coś niesamowitego, co utrwaliło mi w pamięci ten kraj jako wyjątkowy, za którym tęsknię i już nie mogę się doczekać kolejnych jego odwiedzin które zaplanowałem na za kilka następnych lat.

Kontakty i informacje

Ogółem
Strona internetowa Tbilisi: www.tbilisi.gov.ge
Strona internetowa Batumi: www.batumi.ge
Turystyka w rejonie Adżarii: www.tourismadjara.ge
Kilka miejsc w Batumi w panoramicznej perspektywie: www.virtualtour.ge/BatumiCityTour/
Obraz w panoramicznej perspektywie kilkudziesięciu miejsc w Gruzji: www.virtualtour.ge
Turystyka w Gruzji: georgia.travel

Transport
Lotnisko w Tbilisi: www.tbilisiairport.com
Lotnisko w Batumi: www.batumiairport.com
Kolej w Gruzji: www.railway.ge

Metro w Tbilisi: www.tbilisi.gov.ge/index.php?lang_id=ENG&sec_id=2719

Holiday Hostel
Rustaveli ave. 14
0108 Tbilisi, Gruzja
tel. (+995) 32 93 25 27
www.holidayhosteltbilisi.com
holidayhosteltbilisi@yahoo.com

Hotel Ira
Zaubelashvilis 4
(tuż obok Siesta Hostel z wieloosobowymi pokojami)
Batumi, Gruzja

Miejsca noclegowe ogółem
Z doświadczeń własnych wiemy że w miejscach popularnych w ruchu turystycznym można znaleźć sporo opcji noclegowych. Niekoniecznie warto kierować się propozycjami przewodników książkowych gdyż - to z opowieści znajomego - właściciele niewymienionych w nich noclegowni starają się zdobywać klientów niższymi cenami i czasami lepszymi warunkami pobytu. Raj dla poszukiwaczy :-)

Rowery w Tbilisi
Adventure club Jomardi
93, Vaja-Pshavela Av.
tel. +995 322 31 91 01
www.jomardi.ge

Sieć restauracji Machakhela
http://www.machakhelagroup.ge
Przykładowe punkty:
- Tbilisi, Marjanishvili Street 16
- Tbilisi, Leselidze Street 26
- Batumi, Gogebashvili Street (określone jako koło Obelisku)

Inne
Pokaz fontanny multimedialnej w Rike park w Tbilisi: http://www.youtube.com/watch?v=2CddmWUOG30

niedziela, 18 marca 2012

Na noże?

Jak wspominałem całkiem niedawno, lotniczy sezon letni w tym roku będzie niezwykle ciekawy - zwłaszcza na lokalnym rynku. Wszystko to za sprawą OLT Express który zadziwił impetem z jakim chce pojawić się na naszym niebie i który w chwili obecnej w lotniczym światku jest sporą ciekawostką. Liczbą tras i regularnością proponowanych lotów zaskoczył bowiem nawet największych optymistów. Tym bardziej, że tak naprawdę ostatnia konferencja prasowa nie była w tej kwestii ich ostatnim słowem. Przykładem jest choćby zeszłotygodniowa nowość. Przewoźnik zauważył bowiem że zaproponowaną siatką połączeń dzięki przesiadkom w Warszawie będzie w stanie obsłużyć połączenia z Rzeszowa do Poznania i Wrocławia. Wszystko to w świetnych godzinach dla delegatów z Podkarpacia - wylot z samego rana turbośmigłowym ATR i krótka przesiadka na odrzutowego Airbusa. Powrót wymaga już nieco dłuższego czekania, ale czas można wykorzystać choćby na szybką obiadokolację - w sam raz przed późnym powrotem do Rzeszowa. Fizycznie cztery loty a koszt znów jak za dwa. Druga sprawa to ciągła niewiadoma w kwestii dziur w rozkładzie dla większości maszyn. Siatka ułożona została bowiem tak, że rozstawione po portach regionalnych samoloty w soboty wykonują tylko swoje poranne rotacje a w niedzielę tylko wieczorne. Akurat w taki sposób aby obsłużyć weekendowy ruch turystyczny. Dużo więcej wolnego czasu mają natomiast Airbusy. Przykładowo "Wrocławski" A319 w dni robocze wykonuje jedynie poranny i późnopopołudniowy rejs do Warszawy. W sobotę natomiast leci tylko do stolicy, z której wraca w niedzielę wczesnym wieczorem. Co w międzyczasie? Mówi się o lotach międzynarodowych i czarterach. Pomysł świetny, tylko póki co nie wyciekła prawie żadna konkretna wiadomość w tej kwestii.
Oczywiście na samym OLT Express latanie po kraju się nie kończy. Wydawać by się mogło że na poważnie rewolucję w tej kwestii już rok temu zaczął inny przewoźnik - Eurolot. Jednak ta sprowadzona nieco do parteru przez nową konkurencję linia po chwili ciszy znów zaczęła pojawiać się w kolejnych doniesieniach. Zapowiedziała bowiem że na cały rok przedłuża turystyczną ofertę z Gdańska i Warszawy do Popradu, dodatkowo z Gdańska zacznie latać do Aarhus w Danii a z Warszawy czarterowo do Zadaru w Chorwacji. Dodatkowo cały czas zapowiadane jest uruchomienie połączeń z Wrocławia i Krakowa do Lwowa, jak też inne - póki co owiane biznesową tajemnicą. Duże nadzieje pokłada się w połączeniach zagranicznych z portów regionalnych - zwłaszcza że linia ostatecznie potwierdziła zamówienie na kilka nowych samolotów Q400 Bombardiera. Na szybko tylko dodam że model ten dużo bardziej nadaje się na dłuższe rejsy niż używany dotychczas ATR.
Dobrze, oferta staje się coraz bogatsza a konkurencja o pasażera posiadającego ograniczony zasób środków przeznaczonych na krótkie podróże - bardziej zażarta. Czemu więc tytułowe na noże? Ponieważ na konkurowaniu produktem się nie kończy - niestety.
Wielkim dla mnie zaskoczeniem była mocna reakcja PLL LOT. Niedługo po opublikowaniu siatki połączeń i cen przez OLT Express "narodowy" powziął się na dumę i ogłosił tydzień promocyjnych cen na połączenia krajowe. Pytanie - po co? Owszem, na samych rejsach do Warszawy wyrósł mu poważny konkurent - w końcu te pięć dziennie kursów z Wrocławia, sześć z Gdańska, trzy ze Szczecina - wszystko na dużych Airbusach - jest niemal zdublowaniem podaży. Tylko tak naprawdę ruch do Warszawy jest dla OLT Express docelowy a dla PLL LOT w co najmniej połowie powinien być kierowany na przesiadki w Warszawie na loty zagraniczne. Klient więc jest przywiązany do linii. Reszta to tak naprawdę deficytowy, lub zerujący się kosztowo ruch. Chyba że chodzi o klienta biznesowego, ale ten nie będzie korzystał z biletu za 99 złotych bez możliwości zbierania mil, zapewnionej przesiadki na ewentualny kolejny odcinek czy wejścia do saloniku na lotnisku. Tak więc po co?
Kolejny raz zaskoczony zostałem przez PLL LOT gdy ten oskarżył OLT Express o piracenie ichniejszej kampanii reklamowej. Chodziło o identyfikację produktu poprzez nazwę - dzięki poprzestawianiu liter aż kusiło aby do "OLT" dodać nawiązujące do LOT "Polskie Linie Lotnicze" - jak też wizualną - podobne reklamy z osobami wsiadającymi i wysiadającymi do samolotu, podczas gdy w tle znajdują się rozpoznawalne widoki celów podróży. Co do zasady reakcję PLL LOT rozumiem - zwłaszcza że spójna i jasna kampania wizerunkowa nie jest tworzona w pięć minut na biurku podrzędnego pracownika w centrali. Jednak tak naprawdę próba podpięcia się OLT pod LOT na każdym szczeblu byłaby nietrafiona. W skrócie - zupełnie inny produkt. Jeśli ktoś skojarzy że tak samo wyglądała reklama "narodowego", to najpierw będzie szukał nowej oferty na jego stronie. Gdy nie znajdzie tam tak niszowego połączenia bezpośredniego jak Rzeszów - Gdańsk, to albo sobie odpuści, albo znajdzie jednak na innej stronie. Wtedy może pomyśleć że to pewnie zagrywka typu Eurolot wykonujący rejsy dla PLL LOT - normalka na wybranych krótkich trasach "narodowego". Niemniej sam przewoźnik klienta stricte bezpośrednio nie traci. Podejrzewam więc że jeśli taka kampania OLT była wybierana świadomie, to wyłącznie po to aby wywołać medialny skandal. I tak się stało. Po wypuszczonych oświadczeniu LOT linia bowiem znów zaistniała w mediach podpisana jako ta, która bez przesiadek w Warszawie oferuje loty po kraju zaczynające się już od 99 złotych w jedną stronę. Tak więc zamiast załatwić sprawę po cichu w sądowych murach, konkurencja odwaliła kawał niezłej roboty. Fakt, reklama to niskiego poziomu, ale przy impecie OLT Express każde dodatkowe źródło wejścia w pamięć ludziom że taki przewoźnik istnieje jest w tej chwili na wagę złota.
Z drugiej strony zaskoczyła mnie też nieco reakcja Eurolotu, który całkiem niedawno zszedł z najniższymi cenami do poziomu OLT Express. Pierwsze wrażenie było bowiem czy nie lepiej się poddać na trasach krajowych pozostając na tych najbardziej lukratywnych i licząc że jakoś da się wyżyć w obliczu sporej konkurencji? Zwłaszcza że Eurolot tak naprawdę oferuje raptem kilka pojedynczych połączeń a OLT Express pokrył niemal całą Polskę. Z drugiej strony jednak dla Eurolotu to walka o być albo nie być. Jak przeglądałem bowiem rozkład - część rejsów na tych samych trasach u obu konkurentów zaplanowana jest w odstępach mniejszych niż godzina. Biorąc pod uwagę impet w kampanii promocyjnej prowadzonej przez obie linie - Eurolot może zginąć w szumie medialnym. Zwłaszcza przy determinacji OLT Express, który kilka dni później odpowiedział kolejną obniżką - 50% taniej dla studentów i emerytów. Czyli po kraju już od stu złotych.
No dobrze, konkurencja ma to do siebie że czasami walczy się na noże. Zwłaszcza przy tak rozchwianym rynku lotniczym jaki mamy po ekspansji kontrowersyjnego Ryanair na naszym kontynencie i niedojrzałym jaki mamy w naszym kraju - nawet niewielki płomień może wzniecić spory pożar. Tylko pytanie czy jest sens go wzniecać? To jest pytanie do każdego z przewoźników. Rozumiem, dobrze skrojony biznesplan powinien zakładać pewną pulę kosztów związanych z początkiem konkurencji których poniesienie może w późniejszym czasie spowodować zyski. Tylko chodzi mi o pewne zepsucie rynku które możemy powoli obserwować. Wiadomo bowiem że tak duże oferowanie tak niskich cen nie będzie trwało w nieskończoność. Owszem, teraz przez sporą część Polaków może przemawiać ciekawość spróbowania się z lotem po kraju. Baaa, studenci mogą taniej niż pociągiem wrócić teraz do domu w innym mieście, czy nawet lecieć na weekendowy zjazd. Niestety jak podejrzewam dużo ciężej im będzie zapłacić te 300+ złotych za powrotni lot gdy minie okres promocji, zwłaszcza jeśli teraz te same loty ma za 100 złotych a nie - jeszcze niedawne - 200. A wiadomo że to nie chodzi o kilka jednorazowych prezentów dla iluśset tysięcy Polaków, którzy po podwyżce cen znów wrócą do kolejowych kawalkad, tylko o przyzwyczajenie ich do podróży samolotowych. O pewne zmanieryzowanie i wzbudzenie potrzeby oszczędności czasu u takiej rzeszy podróżnych, aby te aktualnie dwa rejsy dziennie z Gdańska czy Wrocławia do Łodzi potrafiły się same utrzymać po zakończeniu okresu promocji. Walka na cenę jest nośna, medialna, przyzwyczaja do produktu największe rzesze klientów. Jednak obawiam się że po powrocie do chłodnego kalkulowania i podwyższania cen biletów spora rzesza tych klientów po prostu zrezygnuje. Czy nie lepiej więc - przy już atrakcyjnych cenach - walczyć na jakość produktu i przywiązywać klienta w jakiś inny sposób? Jakieś odpowiedzi w tej kwestii pewnie będzie można zobaczyć za około rok :-)

niedziela, 19 lutego 2012

Sztuka taniego latania - jak kupić bilety na tripsta.pl?

Serwis Tripsta.pl ostatnimi dniami dość często jest kojarzony z możliwością zakupu tanich biletów lotniczych. Chodzi o rezerwację biletów na rejsy Polskich Linii Lotniczych LOT, za wystawienie których pośrednik ten nie pobiera opłat. W tym przypadku dochodzimy do dość absurdalnej sytuacji, kiedy to bilety zarezerwowane na ich stronie mogą być nawet kilkadziesiąt złotych tańsze niż jeśli chcielibyśmy je kupić bezpośrednio na stronie internetowej przewoźnika. Co istotne, rezerwacje na Tripsta można opłacać przy użyciu płatności internetowej, co oznacza że nie potrzebna jest nam żadna karta kredytowa/płatnicza. We wpisie tym prezentuję poparty zrzutami ekranu autentyczny proces rezerwacji biletów.
 

Uwaga: Nie życzę sobie jakiegokolwiek przedrukowywania, czy cytowania tego opisu w całości, części  lub  innym kształcie, gdziekolwiek w sieci, prasie czy innej formie przekazu bez mojej wyraźnej zgody. Mogę jej udzielić wyłącznie po skontaktowaniu się ze mną poprzez e-mail (spiral [kropa] active [małpka] gmail [kropa] com). Brak odpowiedzi z mojej strony nie może być uznane za ciche przyznanie zgody na powyższe.


Założenia procesu poniższej rezerwacji są następujące:
  • proces bookowania wraz z całym mechanizmem oraz promocjami jest aktualny na koniec października i w każdej chwili może ulec zmianie
  • pomijam proces wyszukiwania interesujących mnie cen biletów - znam konkretną trasę jaką chcę odbyć, oraz jej datę i numer planowanego lotu
  • chcę zapłacić jak najmniej, dlatego pomijam wszelkie usługi dodatkowe jak np. ubezpieczenia, powiadomienia o locie drogą sms i inne
  • do zakupu biletu będę korzystał z przelewu internetowego do czego potrzebne mi jest konto w jednym z kilku dostępnych banków

Strona 01 - Strona główna
Na początku należy zalogować się na stronie głównej, którą znajdziemy pod adresem www.tripsta.pl. Rezerwacji dokonywałem przy użyciu przeglądarki internetowej Mozilla Firefox. Warto zwrócić uwagę, że jeśli korzysta się z innej przeglądarki, wygląd strony może być nieco inny niż na zamieszczonych grafikach. Jest to problem znany od lat programistom stron internetowych i pozwolę sobie pominąć tłumaczenie jego istoty. Dodam tylko że zarówno z powodu użyteczności jak też bezpieczeństwa danych polecam korzystać z przeglądarek Firefox albo Chrome, oraz zdecydowanie odradzam korzystanie z produktu Microsoft - Internet Explorer.


Po zalogowaniu się na stronę główną, nasza uwaga powinna być skierowana na panel w lewej części strony. To tam wpisujemy dane dotyczące naszych zaplanowanych lotów. W polach "Wylot z"/"Przylot do" wpisujemy nazwy interesujących nas portów lotniczych. Warto zauważyć, że w trakcie wpisywania nieco poniżej pola pojawia się warstwa z podpowiedzią. Dobrze jest wybrać z niej odpowiadającą nam opcję, dzięki czemu mamy pewność że system otrzyma identyfikator naszego portu początkowego/docelowego. Nieco poniżej musimy jeszcze zaznaczyć jaki typ rejsu nas interesuje (w jedną stronę, czy lot powrotny), oraz określić liczbę i rodzaj pasażerów. Opcje zaawansowane sobie odpuszczam, ponieważ wiem dokładnie na jakie rejsy bilety będę chciał kupić.
Oczywiście przed wyszukaniem lotów należy jeszcze wpisać datę planowanego rejsu. Warto w tym przypadku kliknąć na ikonę kalendarza co spowoduje pojawienie się dodatkowej warstwy. W tym miejscu datę możemy wybrać za pomocą kliknięcia myszką dzięki czemu pominiemy ewentualne błędy pojawiające się czasami podczas ręcznego wpisywania daty.
 Jeśli wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, pozostaje już tylko kliknąć na przycisk "Szukaj lotów".


Strona 02 - Wyniki wyszukania
Strona ta prezentuje loty które spełniają kryteria naszego wyszukiwania. Skoro już wcześniej wiedziałem jakimi rejsami chcę odbyć moją podróż, spodziewam się że będą one na samej górze tabeli. Wynika to z prostego faktu - im dana propozycja jest tańsza, tym wyżej została zamieszczona na prezentowanym porównaniu. Na stronie tej jedyne na co musimy zwrócić uwagę to proponowana cena za całość podróży, wybranie rejsów które będą mieścić się w danej cenie, oraz kliknięcie na przycisk potwierdzający. W moim przypadku najtańszą opcją jest cena w okolicach 278 złotych. Do wartości tej w moim przypadku będzie trzeba doliczyć około 6 złotych - o tym później. Dobrą wiadomością jest, że jak to bywa w przypadku lotów na pokładach sieciowych przewoźników - jest to cena bardzo zbliżona do końcowej i nie należy spodziewać się zestawu gwiazdek istotnie windujących w górę ostateczną wartość do zapłacenia. Dodam tylko że w kwocie tej znajduje się oczywiście możliwość odprawy online lub tradycyjnie przy stanowisku check-in na lotnisku, możliwość zabrania ze sobą tzw. bagażu rejestrowalnego (dużej walizki), oraz zwyczajowy darmowy poczęstunek na pokładzie samolotu.
Wracając do procesu rezerwacji, jak widać pod najniższą cenę podpadają dwa rejsy wylotowe oraz jeden powrotni. Dlatego z dwóch opcji wybieram interesujące mnie godziny wylotu i klikam poniższy przycisk "Rezerwuj". Ważne jest, aby kliknąć przycisk wskazywany przez ramkę obejmującą interesujące nas loty. Jeśli klikniemy inny, w dalszym kroku będziemy dokonywali rezerwacji na zupełnie inne rejsy!
Krótka notka odnośnie dziwnych terminów lotów w przykładowej rezerwacji - tzn. wylot w grudniu, powrót w maju. Rezerwowane bilety miały być dolotem na kupiony już dawno odcinek z Warszawy do Istambułu. Niestety opcja z odcinkiem Warszawa-Wrocław w interesujących nas godzinach była ponad nasze budżety, a koszt lotu Wrocław-Warszawa w jedną stronę był w sumie 30 złotych tańszy niż lot powrotni. Dlatego celem podstawowym zakupu było zapewnienie sobie dolotu do Warszawy na konkretny termin i w przystępnej cenie. Powrót natomiast stworzył plan letniego weekendowego wypadu do stolicy do którego pozwolimy sobie wrócić w okolicach lutego/marca. Koniec końców w sytuacji skrajnej nie będziemy nawet wykorzystywać tego biletu ;) 


Strona 03 - Pasażerowie
W tym kroku podajemy podstawowe informacje dotyczące pasażerów. W górnej części strony jeszcze raz wyświetlane są dane wybranych rejsów. Warto sprawdzić czy są to dokładnie te które zaplanowaliśmy odbyć, oraz czy po prawej stronie znajduje się spodziewana przez nas cena prawie końcowa. W sekcji "Informacje o pasażerach" podajemy bardzo podstawowe dane identyfikacyjne. Każde z pól jest obowiązkowe do wypełnienia. Z selektorów wybieramy płeć pasażera, oraz datę urodzenia. W pola tekstowe wpisujemy imię i nazwisko. Co istotne, w polach tych stosujemy łaciński alfabet bez polskich znaków diakrytycznych - tzw. "ogonków", czyli np. ą, ę, ź! Jeśli takowe znajdują się w naszych imionach/nazwiskach to w ich miejsce wpisujemy łacińskie zamienniki - np. "z" zamiast "ż". Jeżeli nie jest się w posiadaniu karty lojalnościowej przewoźnika na rejsy którego bookowane są bilety (w tym przypadku LOT lub innej linii ze Start Alliance), w ogóle nie zawracamy sobie głowy polami poniżej danych osobowych. Ja też jak dotąd nie pokusiłem się o wyrobienie takowej karty - chociaż biorąc pod uwagę coraz częstsze korzystanie z usług LOT muszę o takiej pomyśleć. Jeśli wszystkie dane zostały wpisane poprawnie klikamy na przycisk "Dalej" z dolnej części strony.


Strona 03.1 - Błędy w danych pasażerów
Należę do tych nielicznych osób, które od zawsze korzystając z komputera starają się korzystać z właściwych znaków diakrytycznych. Jednym z tego następstw jest błąd pojawiający się przy praktycznie każdym rezerwowaniu biletów. Wbrew ostrzeżeniom powyżej zastosowałem bowiem polski znak diakrytyczny ("ą" w nazwisku "Towarzysząca") przez co zostałem cofnięty na tą stronę. Szybka poprawka powinna mnie przekierować do kolejnego kroku. Dobrze że system wizualnie wskazuje mi miejsce pojawienia się błędu przez co mogę go szybko zlokalizować. Gdy wszystkie błędy zostaną poprawione (w tym przypadku zamiana "ą" na "a") należy znów wcisnąć przycisk "Dalej".




Strona 04 - Płatność
W kroku tym zadecydujemy w jaki sposób chcemy dokonać płatności za bilet oraz podamy dane kontaktowe do osoby kupującej. W górnej części strony zamieszczone są informacje podane w poprzednich krokach - wybrane rejsy oraz dane pasażerów. Wprawdzie linie sieciowe nie są tak restrykcyjne jak nisko-kosztowe i zamiana drobnej pomyłki w imieniu lub nazwisku pasażera nie jest tak czaso- i koszto-chłonna, jednak jeśli wykryje się jakąś literówkę zawczasu - warto cofnąć się do poprzedniego kroku i poprawić ją ratując się przed niepotrzebnymi procedurami do wykonania w przyszłości.
W sekcji "Dane osobowe" wstawiamy informacje dotyczące osoby płacącej za nasze bilety. Z pierwszej opcji wybieram "Rachunek" - w końcu podróżuję dla przyjemności a nie w ramach czynności związanych z pracą. Poniżej obowiązkowo wypełniam wszystkie pola oprócz numeru telefonu niekomórkowego, oraz "uwagi". Numer telefonu komórkowego podaję oczywiście w postaci "123456789", a kod pocztowy w postaci "12345". Poprawność wpisanego adresu mailowego jest bardzo istotna do dalszych części związanych z rezerwacją. To na ten adres będzie bowiem rozesłana wszelka korespondencja elektroniczna jak potwierdzenie rezerwacji od Tripsta i linii lotniczej, przypomnienia o zbliżającym się locie lub informacje o ewentualnych zmianach godzin zaplanowanego rejsu. Wprawdzie nie posiadam żadnego kuponu rabatowego, to sekcja ta może być interesującą opcją w przyszłości. Serwis Tripsta w pewnym momencie oferował bowiem kod rabatowy uprawniający do około 20 złotych zniżki na bilety dla każdej osoby która zarejestrowała się w jego systemie newsletterowym. Niestety - jak dotąd - nie skorzystałem jeszcze z tej opcji dlatego też pole to pozostawiam puste :-) 
W sekcji "Formularz płatności" dokonujemy wyboru w jaki sposób chcemy opłacić naszą rezerwację. Jest to jedyne miejsce w którym do naszej proponowanej stawki zostanie doliczona drobna suma - od dwóch do ośmiu złotych przy dokonywaniu płatności za pośrednictwem karty płatniczej, lub nieco powyżej sześciu gdy płatności dokonamy za pośrednictwem przelewu internetowego. W chwili obecnej jedynym dla mnie rozwiązaniem jest ta druga opcja, dlatego też na samej górze klikam napis "Przelew elektroniczny". Treść całej sekcji jest wtedy przeładowana a w tabeli pojawia się lista usług banków z których mogę dokonać opłaty za rezerwację. Poniżej listy znajduje się informacja, że wybrana metoda płatności kosztować mnie będzie dodatkowe 6,39 PLN. Jest to suma niezależna od liczby pasażerów i rezerwowanych odcinków lotów. Dlatego też ostateczna wartość do zapłacenia przeze mnie będzie równa nie 278,04 złote jak to było wyświetlane na początku opisu, tylko 284,43 co można w tej chwili sprawdzić w prawej części strony.
Po kliknięciu na produkt banku w którym posiadam swoje konto na samym dole muszę jeszcze potwierdzić akceptację warunków serwisu i linii lotniczej. Jak zawsze proponuję przynajmniej raz w życiu zapoznać się z tymi treściami aby uniknąć ewentualnych niedopowiedzeń jakie zawsze mogą się pojawić przy niespodziewanych sytuacjach (np. odwołany lot). Jeżeli wszystkie dane zostały poprawnie wprowadzone pozostaje nam tylko kliknąć na przycisk "Rezerwacja".


Strona 05 - Przekierowanie do płatności
Strona ta jest elementem zewnętrznego serwisu dotpay, która przekieruje nas do płatności za pośrednictwem wybranej przez nas opcji. Jeśli wszystkie poprzednie dane wpisaliśmy w sposób poprawny, nie musimy tutaj zwracać na nic uwagi. Wprawdzie jest płatna opcja "Gwarancja dotpay", ale - cokolwiek ona oznacza - w formularzu w sposób domyślny jest ona odznaczona i tym samym nie zwiększy ona ostatecznej ceny naszej rezerwacji. Kwotę do zapłacenia mamy potwierdzoną w górnej części tej strony. Jeśli wszystko się zgadza pozostaje nam tylko kliknąć przycisk "Dokonaj płatności".


Strona 06 - Płatność właściwa
W tym miejscu opis zostanie przerwany, ponieważ dalsze kroki zależne są od wybranej formy dokonania przelewu - plus oczywiście fakt że strony takie zawierają mnóstwo danych osobowych i finansowych których nie śmiem prezentować na tym blogu. Fakt jest jednak taki, że nasze symulacje zakupu nie obarczone są żadnymi konsekwencjami finansowymi aż do tego właśnie kroku. Dopiero tutaj wydajemy bowiem fizyczną dyspozycję jakiegokolwiek transferu pieniężnego. Niezależnie od systemu za pomocą którego dokonamy przelewu, każda procedura będzie zmierzała do kolejnego kroku.


Strona 07 - Informacja o dokonanej płatności
Strona ta potwierdza nam dokonanie płatności za rezerwację biletu. W tym miejscu kończy się nasza procedura rezerwacji. Jedyne co nam teraz pozostaje to oczekiwanie na korespondencję elektroniczną z potwierdzeniami od serwisu Tripsta i samej linii lotniczej.




Strona 08 - Potwierdzenia mailowe
Na podany w trakcie rezerwacji adres mailowy w ciągu około godziny powinno przyjść kilka listów elektronicznych. Są to informacje o przyjęciu płatności w systemie Dotpay, potwierdzenie dokonania rezerwacji w serwisie Tripsta, oraz kopia potwierdzenia rezerwacji na sam lot, która znalazła się w serwisie Checkmytrip. Najważniejsze są informacje z tej ostatniej korespondencji, ponieważ są one kopią danych będących w systemie linii lotniczej. Chociaż jest ona w bardzo nieczytelnej formie, warto z niej wysupłać termin, godziny lotu i numery lotów, lotniska z jakich rejs będzie wykonywany, oraz - co naturalne - dane dotyczące pasażerów i numer rezerwacji. Numer ten warto sobie gdzieś zanotować, ponieważ będzie to najważniejsza informacja niezbędna przy jakiejkolwiek korespondencji z linią lotniczą. Jeśli pozostałe dane się zgadzają, nasz proces został zakończony sukcesem. Jedyne co teraz musimy zrobić to zgromadzenie wiedzy na temat co chcemy zobaczyć w trakcie zaplanowanej podróży. Pomyślnych wiatrów!

piątek, 17 lutego 2012

Przełom na krajowym niebie

Rok 2012 jeszcze nam się nie zaczął na dobre a już teraz wszelkie znaki na niebie wskazują że pod względem podróży lotniczych będzie to bardzo ekscytujący okres. Dla „wyznawcówRyanair wydarzeniem ogromnej wagi jest niedługi start pierwszej bazy tego przewoźnika w Polsce oraz ostateczne pojawienie się na lotnisku w Modlinie. Na ustach obserwatorów PLL LOT po listopadowym fenomenalnym lądowaniu Boeinga 767 w Warszawie aktualnie pojawia się wątek planowanej w tym roku prywatyzacji firmy i być może sprzedaży jej Turkish Airlines, otworzenia połączenia do Pekinu i ostatecznie wcielenia do floty nowych Dreamlinerów. W kwestii wydarzeń zagranicznych ostatnio sporo miejsca zajmowały doniesienia o plajtach Spanair i Malev – w tym ostatnim zwłaszcza w kontekście aktualnej wojny (również cenowej) o pozycję w Budapeszcie. Ostatecznie wiadomość sprzed kilku dni dotycząca – co tu szukać bardziej odpowiednich słów – rewolucji na rynku lotów po kraju.

Historia bohatera tego wpisu – JetAir – to niemrawa opowieść pełna fascynujących uniesień które najczęściej kończyły sporym niesmakiem. Firma ta na przestrzeni ostatnich lat próbowała się w niszy lotniczych połączeń po Polsce z pominięciem Warszawy. Pomysły miała rewelacyjne – okazjonalne bilety za mniej niż 99 złotych w jedną stronę, koncentracja na niecodziennych trasach z bazami w Bydgoszczy czy Zielonej Górze. Niemniej cały włożony wysiłek marnował się poprzez bardzo słaby marketing a to wszystko zazwyczaj kończyło się nagłym zawieszaniem połączeń, lub cyklicznym niemal odwoływaniem wybranych rejsów. Jednak po chwilowym marazmie skazującym linię na towarzystwo innych niebytów z dnia na dzień jakbyśmy obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości.

Ostatnie kilka miesięcy mogło wskazywać na takie rozwiązanie. Po serii konsolidacji, przejęć i rebrandigów zaczął się bowiem pojawiać nowy twór. Wprawdzie bez wyraźnie obranego celu, jednak próbujący się tym razem na pewniejszych trasach oraz – co ważne – zdobywający pozytywne opinie. Gdy wszyscy zastanawialiśmy się jaki cel jest w przejmowaniu czarterowej Yes Airways i loty z Gdańska/Wrocławia do Berlina, w tym samym czasie w biurach osób decyzyjnych zarówno linii, jak też wykładającego spore fundusze nowego inwestora zaczął realizować się plan tak ogromny, że niemal szaleńczy.

Wczorajsza konferencja prasowa linii OLT Express jest jednym z ważniejszych w ostatnich latach punktów zwrotnych lotnictwa pasażerskiego w Polsce. Oto bowiem na trasach do Warszawy pojawił się LOTowi bardzo poważny konkurent a na rejsach z pominięciem Warszawy, ostrożnie sondujący i wydawać by się mogło że opanowujący ten rynek Eurolot, stał się nagle niemal maluczkim graczem. Wszystko to za sprawą rozmachu. OLT Express ogłosiła bowiem swoją siatkę kilkunastu bezpośrednich rejsów regularnie łączących 9 portów lotniczych. Co najbardziej rzuca się w oczy to ilość lotów. W przeciwieństwie do ostrożnego badania terenu przez Eurolot, OLT Express stanowczo postawił na częstotliwość dzięki czemu każde połączenie będzie realizowane z co najmniej jednym dziennie kursem w dni pracujące. To dużo, jednak spektakularność tej regularności wzrasta gdy się okazuje że na trasach pokroju Szczecin-Poznań czy Wrocław-Kraków prowadzone będą po trzy rotacje dziennie! Wszystko to z użyciem niemałych samolotów ATR72 oraz okazjonalnie pozostałych po starym JetAir mniejszych odpowiednikach – ATR42. Jednak zjawisko masowości wzrasta gdy weźmie się potencjalnie najbardziej popularne trasy – głównie łączące Warszawę z innymi miastami. Na nich bowiem operować będą odrzutowe Airbusy oferujące do 180 miejsc na pokładzie. Przykładowo przy pięciu lotach dziennie z Wrocławia do stolicy daje to istotny procent aktualnego oferowania tej samej trasy przez PLL LOT.

Gdy w dniu konferencji na spokojnie starałem się przeanalizować zapowiedzi przewoźnika ciągle nie mogłem wyjść z podziwu nad wielkością planowanej ekspansji. Jakim bowiem cudem te wszystkie rejsy mogą być zapełnione w takim stopniu aby przynosić godziwe zyski? Otóż właśnie poprzez regularność i częstotliwość. Przewoźnik nie chce bowiem przede wszystkim podbierać pasażerów swojej powietrznej konkurencji. Chcą stworzyć rynek odbiorców na nowo – wbijając ludziom do głowy świadomość, że po kraju nie trzeba podróżować tylko pociągiem czy samochodem. Z jednej strony można dodać że przy zapowiadanych cenach biletów taka przygoda nie będzie tania. Przy czteroosobowej rodzinie lot ze Szczecina do Poznania we dwie strony to koszt rzędu 800 złotych. Jednak sądzę że oferta ta nie jest kierowana przede wszystkim do pasażerów okazjonalnych. Widać to po rozkładzie lotów, gdzie największy ruch generowany jest w środku tygodnia. Tak aby w delegację można się było udać samolotem i swoje sprawy załatwić w ciągu jednego dnia. Wtedy cena 200 złotych we dwie strony jest opcją konkurencyjną nawet dla podróży koleją. Poprzez sporą liczbę rejsów sztucznie stworzy się nadpodaż co będzie wymuszało obniżanie cen aby zachęcić jeszcze większą liczbę pasażerów. Jednak wielkość zaplanowanych na rotacje samolotów pozwala na zmniejszenie kosztów przypadających na jednego pasażera a tym samym zarabiać przy stosunkowo niższych cenach biletów. Sądzę więc, że nawet po długim okresie promocyjnych cen większość biletów będzie się kształtować w rozsądnych wartościach będących do przyjęcia przez oddelegowanego pracownika nawet niewielkiej firmy.

Pytanie tylko co ze statystycznym Kowalskim-turystą? Cóż, przewoźnik z pewnością liczy tutaj na pojawienie się potrzeby wygody. A coś takiego z pewnością istnieje, co zaczynam zauważać po sobie. W ostatnim czasie kilkukrotnie bowiem romansowałem sobie z sąsiednimi do mojego macierzystego portami lotniczymi. Początkowa myśl że nie będzie tak źle z dojazdem sfinalizowała się poczuciem bezsensu wspominając te kilka godzin spędzonych w trasie do Warszawy czy Berlina. Zwłaszcza jeśli ktoś jest niemobilny i musi polegać na transporcie autobusowym czy kolejowym. Od tego czasu dostaję nerwowych tików na myśl że musiałbym jechać np. na Pomorze czy inne bardziej odległe miasta naszego kraju, wiedząc że w tym czasie mógłbym przelecieć cały kontynent i trochę poza. Dlatego np. analizując oferty First Minute z Warszawy zawszę do ceny ostatecznej doliczam koszt przelotu z Wrocławia – przynajmniej na kursie powrotnym aby oszczędzić sobie dodatkowego – zwyczajowo i tak już dużego po kończącej się podróży – zmęczenia. Oczywiście dodatkowe minimum 200 złotych na odcinek krajowy na pokładzie OLT Express wypacza ideę taniego latania po Europie z wyłapywaniem promocji z innych miast. Odpada więc dolot do Krakowa aby tanio dolecieć na Sardynię czy do Gdańska aby Wizz Airem zabrać się do Skandynawii. Jednak przy podróży bezpośredniej i częstotliwości rejsów nawet te 300 złotych jest przy moich zarobkach ceną akceptowalną.

Jeszcze tak melodią przyszłości – OLT Express oprócz połączeń krajowych wyznaczył Gdańsk na swój hub przesiadkowy na planowane loty międzynarodowe. Jeszcze nie wiadomo gdzie ani za ile, jednak opcja czasów przesiadek i cen ma być bardzo atrakcyjna dla większości miast dolotowych. Z drugiej strony bardzo ciekawi mnie dziura pozostawiona w rozplanowaniu rotacji. W przypadku Wrocławia nocujący tam Airbus A319 ma bowiem w planie tylko dwa kursy do Warszawy. Co więcej, w sobotni poranek leci do stolicy z której wraca dopiero w niedzielne późne popołudnie. Co w tak zwanym międzyczasie? O tym według przewoźnika dowiemy się bardzo niedługo. Plotki chodzą o pojedynczych połączeniach zagranicznych z portów regionalnych, lub przeznaczeniu samolotów pod czartery (m.in. kontakty na bazie wykupionej Yes Airways). W sumie sobota jest tradycyjną zmianą turnusów, więc weekendowe ograniczenie aktywności Airbusów na trasach krajowych i przekazanie ich na czartery byłoby całkiem niezłym i według mnie rozważnym pomysłem. Podobnie wygląda sprawa z turbośmigłowymi ATR-ami, które w weekendy mają zaplanowane tylko poranne sobotnie i wieczorne niedzielne rotacje. Według mnie rewelacja w kwestii wypadów weekendowych.

OK, co teraz skoro odkryte karty pokazały że gracz postawił na bardzo ryzykowną taktykę rozgrywki? Ano marketing, marketing i jeszcze raz marketing. Tak, aby nie popełnić poprzednich błędów kiedy to prawie nikt nie wiedział o lotach JetAir. Zwłaszcza że przewoźnik oferuje taryfę pozwalającą na zmianę lotów bez konieczności dopłaty. Dla większych firm często wysyłających pracowników w delegację o niepewnym całkowitym czasie zaplanowanych spotkań opcja to rewelacyjna. Tak jak w grupie do której należy mój pracodawca. Dlatego przez ostatnie dwa dni rozpuszczam plotki każdemu kto mógłby być zainteresowany i decyzyjny. Póki połowa dostępnych biletów ma być w cenie 99 złotych za rejs sam mam zamiar skorzystać kilkukrotnie – czy to wybrać się do znajomych w Łodzi, czy to wyskoczyć na weekend do Krakowa lub Gdańska. Jak ta ogłoszona niedawno siatka połączeń będzie wyglądać za kilka miesięcy? Tego nie wiem. Jednak z ogromną satysfakcją będę się przyglądał rozwojowi wydarzeń w tym niewątpliwie ciekawym roku na Polskim i kontynentalnym niebie.

sobota, 28 stycznia 2012

Po Teneryfie

Czy można mieć dość wyjazdu już przed jego rozpoczęciem? Otóż tak, można. Tak było w przypadku zakończonej nieco ponad dwie doby temu Teneryfy. Kolejny raz okazało się że tambylstwo jest dziedziną wymagającą sporej wiedzy w wielu zakresach i po prostu nie można sobie pozwolić na niedopatrzenia, opieranie się na plotkach czy brak konsekwencji. W tym przypadku zaczęło się od Berlina jako punktu wyjazdowego - tak podobno łatwego dla mieszkańców zachodniej Polski. I owszem, z lotniska do Wrocławia gnając w nocy po A4 da się wygodnie dojechać w nieco ponad trzy godziny. Tylko jeśli ktoś nie ma możliwości skorzystania z samochodu te 320 kilometrów może się przerodzić w niemal 24-godzinny trip, przy którym "sępienie" JetAir-owi 150 złotych za (nie-promocyjną) cenę startową lotu w jedną stronę może się przemienić w 200 złotych za podróż koleją - niemal tyle samo ile się zapłaciło za powrotny rejs z Berlina na Teneryfę!
Brak konsekwencji i jasno określonego planu działań na miejscu również szybko może przerodzić się w kreślenie notatek nawet na cztery godziny przed wyjściem na stację kolejową. Fakt, sytuacja taka ma spore "anegdototwórcze" właściwości kiedy to klucz do pokoju w hostelu czeka na nas w skrzynce na listy a inny pokój w upatrzonym hotelu dostaje się tylko dzięki wcześniejszemu odwołaniu rezerwacji, niemniej wszystko to kosztem pewnego stresu. Dobrze że chociaż drogowców z A2 zima nie zaskoczyła w noc naszej podróży dzięki czemu Polski Bus "śmiał" na miejsce przyjechać niemal godzinę przed czasem. Wtedy wszystko było już z górki a doskonała pogoda i mnóstwo atrakcji na miejscu pozwoliły zapomnieć o wszystkich wcześniejszych troskach.
OK, zatem wróciliśmy, przyszedł wolny od pracy weekend, więc czas na zasłużony odpoczynek po tym intensywnym wypoczynku. Dobrze że te jakieś 30 stopni różnicy w cieple tam i tu zniechęca do wychodzenia poza dom. Przynajmniej leżąc w łóżku nie mam wrażenia straconego czasu ;)