czwartek, 22 lipca 2010

Obserwacje systemów rezerwacyjnych u Wizz Air i Ryanair

Jak napomknąłem na łamach bloga jakieś trzy dni temu, sytuacja finansowo – czasowo – dostępnościowa wreszcie umożliwiła mi planowanie kolejnych wypadów. Dzięki temu po prawie czterech miesiącach wróciłem na stare śmiecie systemów rezerwacyjnych, ofert i atrakcyjnych przesiadek na połączeniach. 
Dzisiaj kilka krótkich myśli dotyczących dwóch najważniejszych przewoźników nisko – kosztowych na naszym niebie – Wizz Air i Ryanair. Irlandczycy, co już wielokrotnie było krytykowane na lotniczych forach, skrupulatnie prą do przodu w swej polityce podnoszenia cen biletów lotniczych. Nie ma już szans na oferty za złotówki czy grosze, nawet najniższa stawka w postaci €5 z pobieżnych obserwacji stawała się pewnym „rarytasem”. Owszem, faktem jest że zaskakująco nisko kształtują się też ceny zwykłe. Jeszcze bowiem dwa lata temu „nowatorskie” kierunki pokroju Hiszpanii czy Włoch były zwyczajowo drogie. Teraz natomiast nawet niedawno uruchomione połączenia jak Wrocław – Malaga, Poznań – Mediolan Bergamo (zwłaszcza po wycofaniu się z tej trasy Wizz Air-a), Kraków – Trapani (jedyne regularne bezpośrednie połączenie z Polski na Sycylię) czy stricte wakacyjny Kraków – Reus można znaleźć w zaskakująco atrakcyjnych cenach. Niestety cena początkowa, jak to w przypadku prawie każdej linii lotniczej, czasami ma się nijak do ceny końcowej. Po raz kolejny w przypadku Ryanair mam tutaj na myśli opłatę za odprawę online – niby nieobowiązkową i według pierwszych informacji z zeszłego roku „łatwą do ominięcia”. Jednak szybkie przestudiowanie systemu rezerwacyjnego wykazało, że tak naprawdę lotów bez tej opłaty jest z miesiąca na miesiąc stosunkowo coraz mniej, a aktualnie wręcz „tyle co kot napłakał”. W zasadzie nie obowiązuje ona tylko na wybranych, permanentnie promowanych kierunkach. Pozostałe, nawet jeśli wpadają w aktualną ofertę, często mimo wszystko zmuszają do dopłacenia tych pięciu Euro od osoby. Cóż, niestety i ja musiałem się temu haraczowi podporządkować, na szczęście tylko na jednym odcinku.
A co z taktyką rezerwowania? Przedstawię może historię moich ostatnich trzech dni. Miałem upatrzone konkretne daty i loty. Wiem, nie jest to najlepsza metoda u przewoźników nisko - kosztowych, ale ogólna sytuacja sprawiła że tak się stało. Lot Bruksela Charleroi – Madryt figurował za nieco ponad €15 za osobę plus €5 opłaty za odprawę. Planowany na wieczór tego samego dnia Madryt – Jerez de la Frontera około €15 w sumie. Niestety kiedy przybita została pieczątka z zatwierdzeniem obserwowanej daty okazało się że iberyjska krajówka zyskała opłatę za odprawę online. Ale pomyślałem sobie nic to, lot wewnątrz Hiszpanii za €20 jest niemal rozpustą, chociaż fakt że system rezerwacyjny nie wskazywał jakiegoś jasnego trendu z tańszymi biletami. Podobnie było na odcinku Belgia – Hiszpania, generalnie loteria. Tylko że tutaj z nowym sezonem weszło trzecie połączenie dziennie, czyli było pewne prawdopodobieństwo że nie ma jeszcze odpowiedniego zainteresowania aby zapełnić wszystkie loty. Wniosek - nieśmiało można było liczyć na promocje. Postanowiłem więc poczekać z dwóch powodów – po pierwsze po północy miał wejść nowy pakiet ofertowy (zwiększenie z €8 na €10 za lot), po drugie na karcie płatniczej najzwyczajniej nie miałem w tamtym momencie odpowiednich finansów ;) Rano w kilka godzin po zmianie ofert spojrzałem na szybko w ceny interesujących mnie lotów i zauważyłem usystematyzowanie – €14,99 (+ opłata za odprawę) na Charleroi – Madryt i €14 (zamiast €12, ale przynajmniej bez opłaty odprawowej) na Madryt – Jerez. Czyli w systemie została nałożona nowa macierz cenowa i teraz można się spodziewać tylko podwyżek. W zasadzie nie pisałbym tego wątku gdyby nie fakt, że Ryanair informacje o swoich ofertach cenowych rozsyła mailami jakieś kilkanaście godzin po uaktywnieniu ich w systemie. Tak było i tym razem, gdyż mail na mojej skrzynce pojawił się późnym popołudniem, a wieczorne taktyczne sprawdzenie systemu rezerwacyjnego pokazało, że interesujące mnie loty nagle potaniały do €10, co więcej - wszystkie pozostały bez opłaty za odprawę online :D Dla mnie bomba, o połowę taniej niż kilka godzin wcześniej! W związku z tym śmiem twierdzić, że nie warto się poddawać po jednorazowym sprawdzeniu cen tuż po wejściu nowej oferty. Widać Ryanair stara się co jakiś czas uaktualniać swoją siatkę cenową – zwłaszcza po zakończeniu procesu informowania na maila o nowej promocji.
Inna sprawa to fakt, że wczoraj zupełnie bez zapowiedzi i jakiejkolwiek reklamy na stronie, Ryanair udostępnił niektóre kierunki w cenie €3! W tej sytuacji będące w permanentnej promocji loty „zamykające” mój wrześniowy urlop stały się jeszcze tańsze. Szczerze z racji niedalekiego okresu planowanego wylotu nawet nie liczyłem zbytnio na ofertę €5 a tu miła niespodzianka.
A co z Wizz Air? No cóż, przewoźnik ten coraz bardziej zaczyna uzupełniać siatkę połączeń na okres zimowy. Jednocześnie nie zrezygnował on ze swojego charakteru przewoźnika bardziej przewidywalnego cenowo. Jeśli więc jakiś kierunek jest promowany, to w systemie znajduje się dużo atrakcyjnych cenowo biletów i to nawet na bardzo odległe okresy pokroju luty 2011. Owszem, w międzyczasie ceny niektórych dat/kierunków mogą ulec zmianie, ale zazwyczaj odbywa się to bez jakieś wielkiej promocji czy rozgłosu. A stawki, takie jak od początku roku – „MEGA PROMO” to lot w jedną stronę już od 15 złotych przy opłacie przelewem bankowym. Oferta „PROMO!” to już 30, 50 lub 80 złotych w zależności od kierunków. Tylko że od pewnego czasu – i z racji mojej sympatii do tego przewoźnika jest mi ten fakt bardzo ciężko stwierdzić – Wizz Air staje się firmą coraz mniej pewną. Otóż w nieśmiałych pierwszych planach dotyczących września myśleliśmy nad skorzystaniem z wylotu Wrocław – Bergamo. Wtorek, na lotnisku lądujemy około godziny 2200 i czekamy do 0630 na środowy wylot do Sewilli. Oba loty w permanentnych promocjach i doskonałych opcjach przesiadkowych – nic tylko rezerwować. Ale niestety jakiś czas temu przewoźnik ten w wyniku bezpośredniej konkurencji z Ryanair dość gwałtownie (prawie z dnia na dzień) wycofał się z owej trasy. Po trzech tygodniach w głowach narodziła się myśl Portugalii. Tutaj doskonałą przesiadką mogło być lotnisko Paryż Beauvais. Pięć godzin czekania przy locie do Porto a w drodze powrotnej środowy późny lot z Porto do Francji, nocka na lotnisku i do 18 relaks w jakimś małym okolicznym miasteczku. Można by powiedzieć prawie doba na przesiadkę, ale tutaj była ukryta wartość. Jeśli bowiem z jakiś powodów nie doszedłby do skutku pierwszy lot, moglibyśmy jeszcze wskoczyć na planowany na tej samej trasie lot w czwartek z rana – na ostatni odcinek również wyrobilibyśmy się z kilkugodzinnym zapasem. Jakoś tak od czasu prawie stracenia przesiadki poprzez opóźnienie na trasie Majorka – Girona (za jakiś czas postaram się to dokładniej opisać) zwracam coraz większą uwagę na to, aby nie pozostać samemu sobie gdzieś w Europie. No ale niestety półtora tygodnia po ułożeniu tego planu okazało się, że czwartkowe połączenie Wrocław – Paryż Beauvais również zostało zawieszone, podobnie jak dwa tygodniowo do Londynu Luton. Owszem, można lecieć na tydzień, ale przy planach zwiedzania jeszcze przy okazji Faro byłby to za krótki okres. Na szczęście rezerwacji nie dokonywałem, ale takie zachowanie pokazuje, że wylatując z Polski nawet jeśli się chce, to nie da się uniknąć Ryanair. Co więcej – przesiadki z użyciem Wizz Air również stają się coraz trudniejsze jeśli wręcz czasami niemożliwe :( 
A co do naszej trasy na wrzesień. Pierwszy odcinek, to powtórka z zeszłorocznej Sardynii, czyli wylot i nocka w Charleroi. Chociaż z Belgii nie wylatujemy z pierwszą falą startów, to na szczęście czekamy tylko do godziny 10. rano. W Madrycie spędzimy około 8 godzin – idealny czas na zwiedzenie ogrodu botanicznego i Paellę w mojej ulubionej knajpie Alhambra. W Jerez de la Frontera będziemy około godziny 2200 – czyli prosto do hostelu i spać :-) W ciągu 7 dni w pierwszych planach jest posiedzenie w Jerez, Kadyksie i Sewilli. Urlop kończymy we wtorek lądując na lotnisku Frankfurt Hahn około północy. Tutaj znów udaje nam się zaliczyć wyłącznie krótki pobyt, gdyż po niemal siedmiu nocnych godzinach startujemy już do Wrocławia. Ukrytymi wartościami są oszczędzone dwie noce hostelowe (spanie na lotniskach w trakcie przesiadek) i fakt że jeszcze w poniedziałek mogę iść do pracy. Może to głupie tak na jeden dzień po weekendzie, ale w momencie gdy pracuje się na czas określony i raptem od trzech miesięcy, to każdy dzień urlopu jest jednak minusem w oczach szefostwa ;) 
OK, trasa wrześniowa już została zaplanowana. Na tym jednak nie koniec. Oczywiście nadal będę obserwował zachowania systemów rezerwacyjnych i informował o ciekawszych zmianach. Na październik, listopad i grudzień mam już swoje weekendowe typy – mam nadzieję że się uda :D 

wtorek, 20 lipca 2010

Powrót do tambylstwa :-)

Powrót z naszego ostatniego wypadu był z jednego powodu bardzo niemiłym dla mnie przeżyciem. Otóż tego dnia zakończona została trwająca ponad dziewięć miesięcy seria lotniczych planów. Jak bowiem spoglądam szybko w historię listów na mojej skrzynce mailowej, od 10. lipca 2009 do początku maja 2010 bez przerwy miałem zabookowany jakiś lot na bliższą lub dalszą przyszłość...
Ostatnich kilka tygodni było wyjątkowo zwariowanych i zabieganych że tak to określę. Zakończyłem wreszcie przygodę z uczelnią i tutaj muszę się pochwalić – zarówno praca jak i obrona wypadły na 5! Z drugiej strony mam zapewnioną pracę do końca roku, więc mogę uruchomić plan wychodzenia na prostą. Czyli jest to taki moment, gdzie grunt pod nogami zrobił się nieco bardziej stabilny i wstępnie można zacząć snuć plany wakacyjne. W związku z tym od półtora ostatniego tygodnia znów zaczynam spędzać coraz więcej czasu z systemami rezerwacyjnymi studiując oferty i trasy. Planów, jak zawsze, kilka jest, ale o nich zapewne w przyszłości. Teraz z racji zbliżającego się terminu trzeba było ogarnąć wrześniowy urlop. Były przymiarki do Istambułu (czarterem z Charleroi do Turcji za jakieś €30), zwariowanego tripu po wybrzeżu Morza Czarnego, Bułgarii, Włoszech i Rumunii, czy też dość realnie wyglądająca opcja Portugalii. Ostatecznie jednak cena zadecydowała że znów celujemy w Hiszpanię. Tym razem miejsce, które w głowie siedzi mi już od ponad roku – Andaluzja. Chcę poznać tamtejszy klimat, wino i przede wszystkim Flamenco. We wstępnych planach jest Cádiz (pol. Kadyks), Jerez de la Frontera i oczywiście Sewilla. Trasę mamy już upatrzoną, ale czekamy na lepsze oferty cenowe. Oby tylko ceny nieco spadły. Niemniej dziś jest dzień wielkiej radochy bowiem wreszcie mam kupione bilety na jakiś lot! Już ja się postaram aby stan taki trwał odpowiednio długo :-)

piątek, 9 lipca 2010

Sztuka taniego latania - jak przejść odprawę internetową w Ryanair?



Kupno biletu przez internet dla osób robiących to pierwszy raz w życiu jest zazwyczaj niemałym wyzwaniem. Na tym się niestety nie kończy i na tydzień przed planowanym odlotem znów należy zalogować się na stronie internetowej przewoźnika aby dokonać odprawy internetowej. Możliwość taka wprowadzona została już jakiś czas temu, ale dopiero w zeszłym roku stała się obowiązkiem. Jak poinformował przewoźnik, celem tego miała być redukcja ichniejszych kosztów, ominięcie kolejek przy stanowiskach check-in, żeby być jeszcze fajniejszym, tańszym blablabla... Szkoda tylko że razem z obowiązkiem odprawy internetowej wprowadzono za nią opłatę w wysokości €5 za osobę za lot. Owszem, można ją ominąć, ale jak pokazują przykłady tego roku, lotów zwolnionych z niej jest coraz mniej – przynajmniej z Polski.

Uwaga: Nie życzę sobie jakiegokolwiek przedrukowywania, czy cytowania tego opisu w całości, części  lub  innym kształcie, gdziekolwiek w sieci, prasie czy innej formie przekazu bez mojej wyraźnej zgody. Mogę jej udzielić wyłącznie po skontaktowaniu się ze mną poprzez e-mail (spiral [kropa] active [małpka] gmail [kropa] com). Brak odpowiedzi z mojej strony nie może być uznane za ciche przyznanie zgody na powyższe.

OK, ale do czego nam ta odprawa jest potrzebna? Ano przede wszystkim do tego, że od października 2009 nie ma innej opcji aby się odprawić i basta. Owszem, jeśli podróżujemy z dużym bagażem, to zazwyczaj nadal podchodzimy do stanowiska check-in i ten bagaż tam oddajemy. Tylko że wcześniej sami musimy w sieci podać nasze dane osobowe i wydrukować kartę pokładową. Z drugiej jednak strony, jeśli podróżujemy tylko z plecakami czy inną formą bagażu podręcznego, to znika obowiązek zjawienia się na lotnisku od 120 do 40 minut przed odlotem i czekanie na każdy lot jakby to była przynajmniej wyprawa na księżyc. W takiej sytuacji możemy bowiem na lotnisko przyjechać nawet 30 minut przed planowanym odlotem. Po wejściu do terminala kierujemy się więc prosto do security i po przejściu tej całej procedury już do gate-u z którego wejdziemy do samolotu. Czasami jest to dużo wygodniejsze i przede wszystkim praktyczniejsze przy bardzo ciasnych przesiadkach :D

Założenia tego procesu są następujące:
- poniższy proces jest prezentacją mojej prawdziwej odprawy na lot Wrocław – Rzym Ciampino
- cała procedura, jak też załączone zrzuty ekranów są aktualne na kwiecień 2010 roku.

Strona 1

Odprawę internetową w Ryanair można przejść od czterech godzin do 21 dni przed planowanym lotem. Fakt jest jednak taki, że udawało mi się przejść przez tą procedurę nawet na 25 dni przed odlotem :-) Aby tego dokonać należy wczytać stronę www.ryanair.com Jeśli nie zostanie uruchomiona jej polska wersja językowa, warto zwrócić uwagę na rozwijane pole na górze po prawej stronie. Po rozwinięciu należy znaleźć opcję „Polska (Polski)” dzięki czemu od tej pory większość danych i poleceń będzie wyświetlanych w naszym języku. Teraz należy w lewej części strony internetowej znaleźć zakładkę „Odprawa online” i kliknąć na nią myszką.

Strona 2

W tej chwili powinna nam się pojawić strona umożliwiająca systemowi identyfikację na jaki lot chcemy przeprowadzić tą odprawę. Dla mnie zawsze najwygodniejszą jest opcja 3, gdyż nie muszę szukać numeru mojej rezerwacji, bądź nie muszę przez sieć wysyłać danych dotyczących mojej karty kredytowej, co oczywiście zawsze należy ograniczać do niezbędnego minimum. Opcja trzecia pokazuje też jak łatwo można komuś zrobić niemiły „kawał” w postaci błędnego odprawienia go poza jego wiedzą. Dlatego też jak kupuję bilety lotnicze to do kontaktu podaję adres mailowy znany bardzo niewielkiej liczbie ludzi i zdecydowanie nie ten, z którego korzystam zazwyczaj. Owszem, bzdurka, ale nawet jeśli odbyłem już sporą liczbę tanich lotów, strata jakiegokolwiek z nich mimo wszystko byłaby pewnym smutkiem i nerwem. Dlaczego tak mogłoby się stać – o tym dalej.
Wracając do naszego głównego wątku – z aktualnej strony zazwyczaj wybieram opcję 3, po czym wpisuję datę i trasę pierwszego lotu na danej rezerwacji (rezerwacja może być dokonana na lot tam i z powrotem), podany linii adres mail, a następnie klikam przycisk „ODPRAWA ONLINE”.

Strona 2,5

Jeśli pojawi Ci się taka strona, to oznacza że tak samo jak mnie owładnęła Tobą zachłanność. Oczywiście próbowałem dokonać odprawy kilka dni za wcześnie i taki był tego efekt. Łatwo zauważyć że całość treściowa nie trzyma się jakieś sensownej kupy, ale wynika to z przyjętego przez Ryanair systemu. Dla nas w takiej sytuacji najbardziej interesująca jest tylko informacja ze środka
* Przepraszamy, obecnie loty na tej trasie nie spełniają warunków odprawy.

Strona 2,75

Wyjątkowa nadgorliwość nie przyniesie żadnego skutku, naciśnięcie udostępnionego przycisku „KONTYNUUJ” powoduje tylko wyświetlenie powyższego ostrzeżenia. Rozwiązanie jest jedyne – poczekać do 3 tygodni przed odlotem. Gdy ten termin nadejdzie, należy powtórzyć powyższe kroki.

Strona 2,9

Takie okno zostanie wyświetlone w przypadku, gdy w opcji 3 (czy jakiejkolwiek innej) wpiszemy błędne dane. W moim przypadku celowo popełniłem literówkę w adresie mail.

Strona 3

A tak będzie wyglądać strona jeśli w końcu w odpowiednim terminie wpiszemy wszystkie poprawne dane. Treść mówi sama za siebie, należy wcisnąć każde z czterech pól wyboru aby mieć możliwość odprawienia się przez internet. Oczywiście nie robimy tego bezmyślnie lecz czytamy co one potwierdzają. Jednocześnie przynajmniej raz w życiu zapoznajemy się z lekturą ukrytą pod linkami „ograniczenia dotyczące bagażu podręcznego” i „Warunki odprawy online” czy też inne nowe udostępnione przez przewoźnika. Wyświetlony na czerwono tekst również znajduje się tam nie bez powodu. Jednak moje obserwacje z podróży wskazują wyraźnie, że informacje te nie są zbyt często czytane a obsługa na lotnisku czasami bardzo skrupulatna.

Strona 4

Po przebrnięciu przez drugi krok czas na podanie naszych danych osobowych. To tutaj najpierw przejdziemy przez odprawę, a potem przez proces wydruku kart pokładowych. W głównej części strony wyświetlane są podstawowe informacje dotyczące naszej rezerwacji. Chodzi o trasę, datę, godzinę, numer rezerwacji i oczywiście przypisanych do niej pasażerów. Pasażerów których chcemy odprawić odznaczamy klikając na pole wyboru. Warto zaznaczyć, że jeśli rezerwacja obejmuje pasażerów, którzy nie będą chcieli się odprawić, lub z jakiegoś powodu nie będą mogli lecieć - nie ma to żadnego wpływu na naszą odprawę czy też lot.


Po kliknięciu na pola wyboru na stronie pojawią się ukryte wcześniej miejsca do wypełnienia. Każdy z pasażerów ma przypisany swój zestaw pól. W naszym przypadku dokonaliśmy zakupu biletu tylko w jedną stronę. Jeśli natomiast kupowalibyśmy bilet powrotni, poniżej pola „Odprawa na lot wychodzący” powinien pojawić się również napis pokroju „Odprawa na lot powrotni”. Do pola „Data urodzenia” wprowadzamy oczywiste dane, natomiast w drugim wybieramy „Poland” jeśli posiadamy Polskie obywatelstwo. Z pola "Typ dokumentu" wybieramy ten, którym będziemy się identyfikować w trakcie kontroli bezpieczeństwa i wpuszczania do samolotu. Chociaż w chwili obecnej na karcie pokładowej nie drukowany jest ani typ dokumentu ani jego numer, to warto wiedzieć że takie dane są prezentowane pracownikom prowadzącym odprawę i w każdej chwili mogą je zweryfikować. Faktem jest też, że w historii moich wyjazdów za często tego nie robili... W polu tym „EEA National Id Card” oznacza dowód osobisty, a „UE Passport” oczywiście paszport. Są to jedyne dokumenty tożsamości jakimi można się wylegitymować podczas lotów z Ryanair. Poprawność danych wpisanych w poniższe trzy pola warto sprawdzać kilkukrotnie i jeszcze dodatkowy raz tuż przed zakończeniem odprawy. Jak bowiem pisałem wcześniej tylko z takimi danymi wpisanymi w nasz dowód tożsamości będziemy wpuszczeni do samolotu. I tutaj leży też powód potencjalnego niemiłego żartu o którym wspominałem wcześniej. Na szczęście nie mi ktoś taki kawał „wyciął” i cała sytuacja zakończyła się pomyślnie, jednak w ciągu mojego podróżowania przytrafiły się pojedyncze przypadki kiedy pracownicy służb lotniskowych bardzo skrupulatnie sprawdzali poprawność wprowadzonych danych z tymi w dokumentach identyfikacyjnych. Jeszcze jak wykrycie nieprawidłowości miałoby miejsce w Polsce, to małe piwo – gorzej jak by się to przytrafiło na końcu kontynentu tuż przed kolejnymi przesiadkami. Lepiej więc poświęcić kilka minut więcej i nie utknąć gdzieś w świecie bez możliwości natychmiastowego i taniego powrotu! Tak więc w polu Numer dokumentu wpisuję kod w postaci ABC123456 w przypadku dowodu osobistego i AB1234567 w przypadku paszportu. Kraj wydania w domyśle zaznaczam na Poland, a datę wpisuję adekwatną do tej jaka jest w dokumencie. Chociaż zawsze staram się odprawiać na dowód osobisty, to jednocześnie przy sobie mam również paszport – tak na wszelki wypadek który mam nadzieję nigdy nie nastąpi...
Gdy wprowadziłem i sprawdziłem poprawność wszystkich danych, klikam na przycisk „ODPRAWA”.


Jeszcze raz pojawi mi się takie okno, w którym oczywiście klikam „OK” jeśli jestem pewien że moje dane są poprawne w 100%.

Strona 5

Po kliknięciu na przycisku „ODPRAWA” na tej stronie już nie ma odwrotu - wprowadzone dane zostaną przesłane i zapisane w systemie Ryanair.

Strona 6
Po zaakceptowaniu danych na poprzedniej stronie powinno pojawić się coś wyglądające mniej więcej tak. Oznacza to, że już zostaliśmy odprawieni. Bardzo fajną opcją jest przycisk „ZAPISZ JAK PDF”. Pozwala ona zapisać plik z naszymi kartami pokładowymi na dysku twardym – w pliku o rozszerzeniu .pdf (czytany np. w programie Adobe Reader). Zawsze korzystam z tej opcji i wyjeżdżając staram się pliki z kartami pokładowymi mieć zapisane na pen drive lub komórce. Tak na wszelki wypadek, ponieważ jeśli np. wydrukowane karty zostaną zniszczone z powodu zalania bagażu, wystarczy z pen drive-em zjawić się u kogokolwiek kto umożliwiłby mi dostęp do drukarki. Na lotnisku w okienku Ryanair również można dokonać tej czynności, ale kosztuje ona €40 od osoby za lot!
Załóżmy że już teraz chcemy wydrukować nasze karty pokładowe. Klikamy więc przycisk „DRUKUJ” i czekamy na odpowiedź naszej drukarki. Oczywiście zupełnie nieważne jest czy karty zostaną wydrukowane w kolorze, czy tylko czarnym tuszem. Część z nich może być również zamazana (czasami drukarki tak robią), najważniejsze aby kod kreskowy był wyraźny i w kontrastujących kolorach. Raz na przykład odprawiałem się na kartę wydrukowaną wyłącznie błękitnym odcieniem – przeszło bez najmniejszych problemów. Jak informowałem we wpisie „System rozpracowany” swego czasu na lotniskach w południowej Hiszpanii bardzo intensywnie zwracano uwagę na wielkość wydruków i ilość stron na których jedna karta jest wydrukowana. Owszem, jedna z zasad (którą notabene musieliśmy potwierdzić w trakcie procesu odprawy czy też zakupu biletu) mówi, że karta ma być wydrukowana na dokładnie całej stronie formatu A4. Jednak fakt jest również taki, że w wyniku błędu Ryanair bądź mylnych ustawień naszej drukarki karty te mogą być wydrukowane niepoprawnie. W takiej sytuacji proponuję wydrukować zapisany wcześniej na dysku twardym plik pdf. Większość programów wyświetlających takie dokumenty ma bowiem opcję „maksymalizuj do obszaru wydruku” w trakcie drukowania dokumentów, która automatycznie powinna rozszerzyć kartę pokładową na całą stronę. Fakt, obsługa Ryanair została poinformowana przez firmę że na tego typu błędy nie powinna już reagować, ale oszołomów na świecie jest dużo i chwila nieuwagi może później powodować mnóstwo niepotrzebnych nerwów...






Strona 7

Jeżeli z jakiś powodów będziemy chcieli nasze karty wydrukować później, lub dokonać tego z powodu np. zniszczenia/zgubienia/czegokolwiek, to również sam Ryanair bezpłatnie udostępnia nam taką opcję z poziomu swojej strony internetowej. Należy więc zalogować się na stronę główną i wykonać wszystkie opisane wcześniej czynności aż do kroku 3, gdzie zamiast wprowadzania danych automatycznie wciskamy przycisk „DRUKUJ PONOWNIE”. Zostaniemy wtedy przekierowani do tej samej podstrony co teraz.
W przypadku kiedy planowaliśmy odprawić się na lot „wychodzący” i „powrotni” a ten drugi nie podlegał dacie kiedy odprawa jest możliwa (np. jest planowany dopiero za miesiąc), to nie zostaniemy na niego odprawieni. Jeśli już lot będzie się miał odbyć najpóźniej za 21 dni, to musimy znów powtórzyć wszystkie opisane wcześniej czynności aż do kroku 3. Wtedy wpisane wcześniej dane powinny być zapisane i jedyne co musimy wcisnąć, to przycisk „ODPRAWA” który przekieruje nas znów do tej właśnie strony.



Po wydrukowaniu kart pokładowych warto zrobić jeszcze jedną małą rzecz. Otóż z przyzwyczajenia wszystkie karty składam na równe trzy części i nożyczkami nadcinam do miejsca zaznaczonego na wydruku. Wielokrotnie widziałem bowiem jak pracownicy obsługi lotniskowej męczyli się i darli bez ładu i składu na pół wszystkie karty pokładowe. Natomiast jeśli taka karta jest już naddarta, dokończenie tego wymaga jednego lekkiego ruchu – oszczędność czasu (jak wiadomo zawsze największe zamieszanie i stres jest w trakcie wpuszczania do samolotu), oraz nie kosztująca mnie nic pomoc dla pracowników lotniska. A plus taki, że każda karta pokładowa w bardzo dobrym stanie jest po powrocie odkładana na odpowiedniej półce tworzącej ciągle powiększający się pamiętnik wyjazdowy :-)
Tak czy siak, wydrukowane karty zawsze staram się zwijać w plastikową koszulkę i odkładam na półkę pod dokumentami które planuję zabrać w podróż. Teraz już tylko kilka dni i kolejny raz będzie można podziwiać ziemię z wysokości dziesięciu kilometrów :-)

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Alicante

Alicante to bardzo popularne miasto wypoczynkowe leżące na Costa Blanca, w hiszpańskiej Walencji. Chociaż w samym Alicante zamieszkuje około 334 tysięcy mieszkańców, to cała prowincja o tej samej nazwie rocznie przyciąga niemal 9 milionów turystów zarówno zagranicznych, jak też z Półwyspu Iberyjskiego. Nie należy się temu dziwić, gdyż bardzo łagodny zimowy klimat i bliskość Afryki sprawiają, że nawet pod koniec listopada można napotkać tam temperatury przekraczające 20℃. Jeśli dodać do tego znajdującą się w mieście plażę San Juan de Alicante to do błogiego lenistwa nie potrzeba już dużo więcej.
Lotnisko w Alicante obsługuje rocznie ponad osiem milionów pasażerów. Regularnie lądują na nim samoloty takich linii, jak Iberia, Vueling, Spanair, Air Berlin, Aer Lingus, Air Europe, Flybe, Norwegian czy SAS. Jednak od 2007 roku swoją bazę otworzył i dynamicznie zaczął rozbudowywać Ryanair. Niedługo później, na wiosnę 2009 roku, zapowiedział również uruchomienie bezpośrednich połączeń do Wrocławia i Gdańska. Lista ta została ostatnio zwiększona o Poznań i Kraków, a z Warszawy doleci się tam na pokładzie samolotów Norwegian. Tanio można również dostać się z portów brytyjskich i norweskich. Również tanie, ale niestety o rzadkiej częstotliwości przesiadki można spotkać na trasach do Maroka, oraz krajowych (Santiago de Compostela [przewodnik po Santiago na blogu], Santander, czy Majorka). Wyjątkiem w częstotliwości są trzy dziennie kursy Ryanair do Madrytu.

Lotnisko
Kierunki operacji na tym lotnisku prowadzone są bardzo nieregularnie. Z mniej więcej równym prawdopodobieństwem można lądować od lądu, jak też zaliczając ciekawe podejście od strony morza. Już na miejscu zaskakuje spora ilość prac rozbudowujących i konstruujących bryłę nowego terminala.
Chociaż Terminal 2 jest odcinany i zamykany na noc, to stojący obok niego Terminal 1 jest otwarty dla podróżnych przez całą dobę. Nikt nie robi tam najmniejszych problemów ze spaniem, jednakże istotną wadą jest deficyt w rozstawionych ławkach. Z doświadczenia własnego proponuję miejsce za stanowiskami check-in. Jest tam stosunkowo ciemniej i ciszej oraz kręci się mniej pracowników z nocnej zmiany. Oczywiście wcześniej należy sprawdzić obok stanowisk jakiej firmy będzie się leżało, gdyż te używane przez Ryanair swoją pracę rozpoczynają już przed godziną piątą rano! Więcej na temat nocowania na lotnisku w Alicante znajduje się w odcinku Sztuki taniego latania pod tytułem "Spanie na lotnisku - opis lotnisk". Piszę o możliwościach noclegu, gdyż niestety większość operacji z Polski prowadzonych jest w takich porach, że do Alicante czy gdziekolwiek poza lotnisko nie można się już dostać inaczej, jak tylko taksówką lub wynajętym samochodem. Jak się bowiem okazuje pierwszy autobus linii C-6 (rozkład jazdy) na lotnisku pojawia się o godzinie 0620, a ostatni odjeżdża o 2310. Pomiędzy tymi godzinami autobusy kursują co 20 minut. Bilet w jedną stronę kosztuje €2,60 niezależnie z jakiego i do jakiego miejsca w mieście się jedzie (bilety kupuje się u kierowcy i niekoniecznie trzeba mieć wyliczoną kwotę), a podróż do centrum zajmuje około 30 minut. Autobusy są bardzo wyraźnie oznaczone okleiną na całej powierzchni z napisami "Airport / Aeropuerto".
Nawet jeśli na przesiadkę na tym lotnisku poświęca się choćby 2 godziny, to warto wyjść przed terminal i poszukać w okolicy skrawka zieleni. Z doświadczenia własnego wiem, że cieplutkie promienie popołudniowego słońca, widok posadzonych dookoła palm, oraz czasami specyficzny zapach morza śródziemnego potrafią zrelaksować i złagodzić trudy podróży.
Chociaż Alicante jest przyjemnym wakacyjnym miejscem, to pozytywne wrażenia z pobytu mogą bardzo szybko zostać zaczernione jeszcze zanim opuści się teren Hiszpanii. Otóż jak informowałem we wpisie "System rozpracowany", oraz relacji z lutowego wypadu firma handlingowa obsługująca pasażerów linii Ryanair może tam sprawiać problemy z dosłownie wszystkim. Okazuje się że problemem mogą być jak zawsze bagaże, ale także karty pokładowe, zakupy wolnocłowe i aż strach pomyśleć co jeszcze... Tym bardziej, że z krótkiej rozmowy z pracownikiem lotniska dowiedziałem się, że intensywność w upierdliwości doczepiania się do wszystkiego zostanie zwiększona wraz z sezonem wakacyjnym. Tak więc aby uniknąć niepotrzebnych nerwów i nie dać się wmanewrować w niesłuszne opłaty rzędu kilkudziesięciu Euro należy pamiętać aby karta pokładowa była wydrukowana bezwzględnie na jednej pełnej stronie A4, a bagaż podręczny nie przekraczał wyznaczonej przez linię wagi ani wymiarów. Zwłaszcza wymiarów, gdyż obsługa zupełnie nie przyjmuje do wiadomości że bagaż jeśli go tylko ścisnąć - jest odpowiedniej wielkości. W ichniejszym rozumowaniu, bagaż ma być położony na samej górze koszyka-próbki, po czym puszczony ma samoczynnie opaść na samo dno. Jeśli to się nie uda, bo na przykład zahaczać będą klamry od pasków, albo bagaż będzie źle uformowany, to automatycznie jest on uznany za przekraczający wymiary. Cóż, takie odstępstwo od zwyczajowaego Hiszpańskiego luzu i dbania o komfort turysty...






Nocleg
Alicante, jak zresztą cała Walencja, przyciąga rocznie miliony turystów. Dlatego nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem tam noclegu wyliczając od bardziej wystawnych hoteli w okolicach mariny, po schowane w wąskich uliczkach starówki hostele i schroniska turystyczne. Zgodnie z przeczytanym gdzieś ostrzeżeniem warto wcześniej zapoznać się z opiniami na temat zwłaszcza tanich miejsc noclegowych. Jak się bowiem okazuje zwłaszcza te prowadzone przez emigrantów z Ameryki Łacińskiej lubią generować wokół siebie niezbyt bezpieczną otoczkę mogącą finalizować się w drobnych oszustwach lub kradzieżach. Moim złotym środkiem było wcześniejsze rozejrzenie się po portalach hostelowych i sprawdzenie z jakich krajów podróżni najczęściej wystawiają opinie. Na nasze dwie lutowe noce wybraliśmy, jak się później okazało, bardzo popularny wśród polaków Pensión La Milagrosa. Znajduje się on u podnóża widzianej z każdej części miasta skalistej góry Benacantil w bezpośrednim sąsiedztwie Basílica of Santa María . Niestety nie był to najlepszy wybór. Chociaż hostel jest w chwili obecnej remontowany, czyli spora jego część stosunkowo świeża i nowoczesna, to na ścianie naszego pokoju widoczna była warstwa grzyba, a w znajdującej się za ścianą łazience nie działał prysznic. To na szczęście nie stanowiło żadnego problemu, gdyż kolejna oddalona była raptem 6 metrów. Sam pokój zawierał urządzenie klimatyzujące, które zimą zmieniało się w grzałkę. Niestety pomimo ustawienia wysokiej temperatury i działania przez niemal całe popołudnie doszliśmy do wniosku że i tak lepszy efekt dadzą dwa grube koce dostarczone do zestawu pościeli. Kuchnia choć wyposażona była w kuchenkę mikrofalową i lodówkę, to zdecydowanie brakowało jej jakiegokolwiek czajnika. Choć hostel udostępnia połączenie internetowe za pomocą wi-fi, to nie ma szans na złapanie jej na trzecim piętrze. Jak się okazuje hasło sieciowe zmieniane jest codziennie, ale recepcjonista niezbyt chętnie o tym informuje. A szkoda, bo przez dobre 25 minut widział mnie siedzącego jakieś 3 metry od niego i męczącego się z laptopem próbując na wszelkie sposoby restartować obciążony system, sprawdzać połączenia sieciowe, działanie karty etc. Dopiero na jasne pytanie szybko odpowiedział „tak, jest nowe hasło”... Dobrze że ostatniego dnia dużo bardziej pomocna była recepcjonistka, ale sądzę, że przy tak dużym ruchu turystycznym w Alicante bez problemu za podobną cenę można znaleźć młodzieżowy hostel o lepszym standardzie i obsłudze.

Wyżywienie
Jak w prawie każdym mieście w Hiszpanii, a do tego atrakcji turystycznej znanej w sporej części Europy, również w centrum Alicante umiejscowione zostało całe mnóstwo większych i mniejszych knajpek. Można je znaleźć na przykład wzdłuż głównej promenady miasta - Explanada de España, lub na uliczce Calle Mayor. Co zastanawiające, nawet w centrum miasta można spotkać mnóstwo fast-foodów oferujących wszelkie odmiany kebabów!
Ceny, jak to na prawie całym Półwyspie Iberyjskim, nie należą do wygórowanych. Bez większych problemów pełen obiad można zjeść już za €10. Pizze i Kebaby startują od €6, Kalmary w panierce (a'la Romana) od €4, Tapasy od €4 a kanapki od €2,80. Niektóre kawiarnie otwarte są już od rana i wtedy oferują poranną kawę, ciastko i często sok owocowy w cenie około €2. Niestety przed skorzystaniem z oferty danej knajpki warto zrobić w jej środku mały zwiad celem ustalenia jej jakości. I oczywiście nie mówię tutaj o czystości, gdyż znana zasada mówi:
najlepsze knajpy to te z odpadkami na podłodze i najbardziej zatłoczone – oblegane są bo mają dobre jedzenie, a brud po klientach wynika z tego, że obsługa ma tyle pracy, że brakuje jej czasu na dokładne sprzątanie
My z powodu głodu trafiliśmy do pierwszej lepszej knajpy otwartej o danej porze i dopiero na miejscu okazało się, że większość zaserwowanego jedzenia pochodziła z mrożonek, lub gotowych mieszanek. Szkoda, ale głód nie wybiera, a większość miejsc o dziwo było jeszcze zamkniętych o tej popołudniowej porze...
Zakupów tzw. produktów codziennego użytku można dokonać w rozsianych po bocznych ulicach marketach. Jedną z popularniejszych sieci jest posiadająca kilka swoich placówek w Alicante Mercadona. Tamtejsze ceny oczywiście są bardzo przyjazne dla portfela turysty z Polski. Przykładowo litrowy napój pomarańczowy kosztuje €1,10, półtoralitrowy napój herbaciany €0,78, podwójna bagietka €0,89, około 250gram białego sera do smarowania €1 czy kilkanaście plastrów salami z czosnkiem €1,25. Na miejscu polecam także bardzo dobry litrowy napój sojowy o smaku czekoladowym €1,20 czy małe bułeczki posmarowane sosem pomidorowym z przyprawami i zapieczone w piekarniku – „Tomate” firmy Pan Tostado za €0,90. Oczywiście warto również spróbować się z jogurtem Danup o smaku Ananasowo-kokosowym – Piña-Coco. Na swoistą pamiątkę można również kupić mieszankę przypraw do Hiszpańskiego specjału – Paelli. 30 porcji „El Unico Paellero” firmy Carmencita kosztuje €1,70 i można znaleźć ją zawsze na samym dole koszyka z przyprawami.

Zwiedzanie


Pamiętam że przyjeżdżając pierwszy raz na kilka godzin do Alicante spodziewałem się przede wszystkim kurortu wypoczynkowego. Dlatego też zdziwiły mnie, owszem, wąskie uliczki ścisłego centrum, ale otoczone w przeważającej części wysokimi blokami mieszkalnymi. Jednak okazuje się, że nawet taki wielkomiejski charakter ma swój specyficzny, hiszpański jak to nazywam, klimat. Przechadzając się bowiem po centrum odniosłem wrażenie, jakby było ono budowane bez ładu i składu. Każdy budynek miał swój charakter kontrastujący z indywidualizmem innych. Ta różnorodność kolorów, kształtów, czy choćby całoroczna gotowość do chronienia się przed słońcem (na prawie każdym oknie podwieszona była roleta i nad balkonami znajdowały się baldachimy, a wtedy był początek lutego!) sprawiała, że przez chwilę poczułem taki specyficzny klimat słonecznego wyluzowania. Stan ten został utrwalony w trakcie spaceru po promenadzie Explanada de España wyłożonej przeszło 6,5 miliona marmurowych kamieni i otoczonej bujnymi palmami. Niewiele zmienia się po wkroczeniu do starej dzielnicy Barrio de Cruz. Inwestycje tam prowadzone poszły tak głęboko, że żywymi kolorami i odnowioną fasadą zaskakują nawet budynki w prawie nieuczęszczanych bocznych do bocznych do mniej uczęszczanych szlaków uliczkach. Owszem, ma się to prawie nijak do oryginalnego wyglądu miasta, ale złudzenie bycia wewnątrz kolorowej bańki mydlanej pozwala poczuć się prawie jak Alicja w jej krainie czarów. Jest to bardzo duża i pozytywna odskocznia od szarości, brudu i toporności większości polskich cities.
Oczywiście będąc w Alicante nie można ominąć jego głównej atrakcji – widocznej z każdej części miasta góry Benacantil. To na niej znajduje się starożytna twierdza Castillo de Santa Bárbara. Powstała ona w miejscu dawnego fortu kartagińskiego, którego początki datuje się na III w. p.n.e. Była wielokrotnym świadkiem bitew i stanowiła punkt o istotnej wartości militarnej jeszcze w XVIII wieku. W drugiej połowie XX wieku została udostępniona publicznie. Wtedy też znacznie ułatwiono dostęp do niej poprzez instalację wysokiego na ponad 100 metrów szybu windy. Z jej najwyższych punktów widać panoramę całego miasta. Propozycja do najbardziej ambitnych nie należy, ale zachód słońca warto zobaczyć z tego miejsca :-) W drodze powrotnej za dnia proponuję zejście po murach twierdzy i dalej przez mieszczący się na zboczu góry park El Ereta. Nowoczesnym zejściem pośród zielonych zaułków i konstrukcji wodnych dostaniemy się do starej dzielnicy między innymi w okolicy niewielkiej Basilica of Santa María.

Przedpołudniową wycieczkę proponuję skierować w stronę Avenida de Alfonso X El Sabio a dokładniej hali Mercado Central. Można tam znaleźć sporo stoisk z typowymi produktami spożywczymi Alicante – od świeżych owoców i cytrusów, poprzez niewielkie ilości przypraw i potraw z Afryki, po przede wszystkim znane w całej Hiszpanii wyroby mięsne oraz, jak to na wybrzeżu zawsze bywa, świeże owoce morza.

Plaża
Jedną z głównych atrakcji Alicante jest umiejscowiona w centrum miasta piaszczysta plaża Postiguet. Jest to miejsce bardzo chętnie odwiedzane przez Hiszpanów z centrum kraju. To także tutaj po głównych obchodach odbywającego się rokrocznie w okolicach przesilenia letniego festiwalu „Fogueres de Sant Joan” ma miejsce siedmiodniowy pokaz pirotechniczny. Poza tym w ciepłych miesiącach jest to najpopularniejsze miejsce tzw. życia nocnego praktykowanego zarówno przez miejscowych, przybyłych studentów, jak też turystów.

Kradzieże
Niestety prawdziwe są przestrogi pisane na większości portali turystycznych. Alicante do najbezpieczniejszych miejsc nie należy. Dlatego podczas spacerów czy plażowania należy ze sobą zabrać jak najmniej cennych rzeczy i jak najwięcej zdrowego rozsądku. Z aparatem/kamerą najlepiej nie obchodzić się bez potrzeby, a sprzęt na wszelki wypadek należy przymocować do np. paska u spodni. Telefon schować głęboko w kieszeni, podobnie jak portfel z niewielką ilością gotówki. I przede wszystkim „mieć głowę na właściwym miejscu” a oczy na wszystkich swoich rzeczach. Zwłaszcza w okolicach plaży gdzie mimo patroli policji wciąż zdarzają się drobne kradzieże, których tradycje praktykowane są głównie przez tamtejszych emigrantów. Pamiętam jak w ostatniej chwili udało się nam powstrzymać jednego z tamtejszych młodziaków próbującego zainteresować się torebką starszej turystki siedzącej na ławce przy plaży. Najprostsza metoda zrobienia jak największej ilości hałasu wokół niego sprawdziła się w stu procentach :-)

Okolice
Wiele przewodników z okolic Alicante poleca odwiedzenie miejscowości turystycznej Benidorm. Jeszcze na początku lat sześćdziesiątych była to niewielka miejscowość rybacka, jednak w wyniku sporych inwestycji dziś jest to znany kurort wypoczynkowy. Głównymi atrakcjami tego miejsca są dwie piaszczyste plaże o długości 5 kilometrów każda, parki rozrywki, jak też ścisłe centrum z około 350 wysokościowcami liczącymi ponad 12 pięter, stanowiącymi najgęściej zabudowaną strukturę miejską na świecie. Przyznam się szczerze, że nie wiem jak to wygląda na miejscu, ale z góry (Benidorm mogliśmy podziwiać wracając na trasie Madryt – Alicante) było to imponujące.
Większość przewodników jako ciekawą uznaje jednodniową wycieczkę do odległego o 25 kilometrów Elche. Znajduje się tam bowiem założony przez Kartagińczyków gaj palmowy. Na miejscu rośnie około 11 000 drzew, z czego najstarsze wiekiem liczą sobie przeszło 300 lat! Palmelar de Elche jest największym tego typu skupiskiem w Europie, a jego wielkość przewyższają jedynie gaje znajdujące się w krajach Arabskich. Warto zaznaczyć, że w 2000 roku miejsce to zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Drugą propozycją jednodniowego wypadu jest wizyta na odległej o 15 kilometrów od Alicante wyspie Tabarka. Dostać się na nią można statkami odpływającymi zarówno z Alicante, jak też pobliskiego portu Santa Pola. Wyspa stanowi morski rezerwat Reserva marina de la Isla de Tabarca. W sezonie letnim chętnie zaglądają tutaj turyści na których czeka malownicza wioska rybacka, stary fort (wyspa była m.in. przyczółkiem pirackim), oraz kamienista plaża z czystą wodą o turkusowym zabarwieniu.

Wyprzedaże
Posezonowe wyprzedaże to jak wiadomo okres polowania na atrakcyjne ceny. Chociaż Alicante odwiedziliśmy na początku lutego, to wiele sklepów było jeszcze obwieszonych „rebajasami” rzędu 50-75 procent. W ten sposób moją specyficzną pamiątką stał się np. garnitur. I tak w ciągu najbliższych dwóch miesięcy czekał mnie zakup całego takiego zestawu, jednak nie zastanawiałem się długo widząc spodnie i marynarkę niezłej jakości w cenie €45!

Ogólne wrażenia
Alicante odwiedziliśmy na przełomie stycznia i lutego. Tak więc temperatura rzędu 10-18℃ z jaką zapamiętaliśmy to miasto nie jest najbardziej reprezentacyjna jak na letni kurort turystyczny. Ale warto wspomnieć, że w tym momencie w Polsce panowała temperatura o nawet 25 stopni mniejsza! Chyba więc nikt mi nie zaprzeczy, że spacerek po plaży w rozpiętym sweterku jest doskonałą alternatywą do szarugi panującej w tym czasie w Polsce? I właśnie za ten powiew niesionego znad Atlantyku i Afryki ciepłego powietrza, połączonego z kolorowym optymizmem doprawionym małą dawką chaotycznego przymrużenia oka tak polubiłem Alicante. Zdecydowanie nie jest to miejsce niezliczonej ilości zabytków koniecznych do odwiedzenia. Jak już wspomniałem, nawet wynurzenie się poza ścisłe centrum nie jest z powodów bezpieczeństwa i estetycznych najbardziej wskazanym ruchem. Ale dla nas stało się terenem totalnego relaksu, ogrzania przemarzniętych w trakcie zimy tyłków i odizolowania się od codzienności. Śmiem twierdzić, że latem Alicante może być bardzo fajną alternatywą dla wszelkich Tunezji, Turcji czy innych Egiptów. Przy pierwszym zagranicznym urlopie w życiu może to być ciekawe zetknięcie się z kurortowym relaksem połączonym z zatłoczoną wielkomiejskością zachodu. A tym bardziej, że nawet niewielka dawka samorozgarnienia wystarczy aby bez żadnych problemów poradzić sobie na miejscu. Dodatkowym atutem może też być, że jak to na Półwyspie Iberyjskim zazwyczaj bywa, taki urlop może być bardzo niewielkim obciążeniem dla portfela – nawet turysty z Polski.

Linki i adresy
Transport autobusowy w Alicante: www.subus.es

Hostal La Milagrosa
Calle Villavieja 8
Alicante
tel.: +34 965 21 69 18
strona internetowa: www.hostallamilagrosa.com
email: pension@hostallamilagrosa.com

piątek, 18 czerwca 2010

Coraz bliżej do nowych krajowych połączeń lotniczych

Ależ wczoraj zawrzało w sieci. Wszystko to przez jeden artykuł zamieszczony w Dzienniku Gazecie Prawnej, który w ciągu kilku godzin został podlinkowany przez większość serwisów lotniczych i inne gazety zarówno ogólnopolskie, jak też te o lokalnym zasięgu. Temat wałkowany od dłuższego już czasu, mianowicie uruchomienie przez LOT połączeń pomiędzy lokalnymi lotniskami w Polsce z pominięciem obowiązkowej przesiadki w Warszawie.
Pomysł jak najbardziej ciekawy i warty rozpatrzenia, gdyż jak wiadomo transport samochodowy i kolejowy w naszym kraju wygodnym i szybkim rozwiązaniem nie jest. Zimowe promocje LOTu pokazały, że nie jest również propozycją najtańszą, gdyż na niektórych trasach do stolicy dało się znaleźć bilety lotnicze w granicach 100 złotych w jedną stronę. Dlaczego więc nie dołączyć do krajów pokroju Hiszpanii, Francji, Włoch czy Wielkiej Brytanii gdzie istnieje dobrze rozbudowana siatka transportowa realizowana dużą liczbą autostrad, szybką koleją i częstymi lotami krajowymi?
O sensowności lokalnych połączeń lotniczych pisać raczej nie należy. Takie zapotrzebowanie jest i wzrastać będzie razem ze świadomością lotniczą naszego narodu. A tą można stymulować w jedyny sposób – rzetelną kampanią informacyjną. Owszem, początkowo będzie ciężko z rentownością takich połączeń, ale na to również znajdzie się odpowiednie rozwiązanie. Otóż jak przecieki donoszą, ich istnienie ma być uzależnione od wpłacanych przez lokalne władze dofinansowań. Oczywiście nie ma tutaj mowy o dofinansowaniach bezpośrednich, gdyż te są zabronione przez Unię Europejską. Niemniej przykład Ryanair, Wizz Air czy innych tanich przewoźników lotniczych dowodzi, że jest wiele sposobów na obejście tej zasady – choćby przetarg na połączenie czy też pieniądze przekazane linii w formie opłaty promocyjnej. Dzięki temu połączenie nie tylko nie będzie przynosiło strat przewoźnikom, co pozwoli wręcz zaoferować atrakcyjne ceny. Bardzo atrakcyjne, co podkreśla gazeta

Chcielibyśmy połączyć ze sobą najbardziej odległe miasta, oferując pasażerom więcej biletów w średnich przedziałach cenowych – mówi Jacek Balcer. A to oznacza, że średnia cena przelotu będzie kształtować się w okolicach 200 zł. – Cena musi być konkurencyjna wobec przewoźników kolejowych i drogowych, a taki przedział cenowy to gwarantuje – mówi Zbigniew Sałek, wiceszef Międzynarodowego Stowarzyszenia Menedżerów Lotnisk

Brzmi to interesująco, nieprawdaż? Pytanie tylko na ile ta informacja jest potwierdzona, a na ile w niej przeinaczonej przez kolejne źródła plotki? Niemniej o ile wartość ta nie byłaby dużo większa daje to możliwość odbycia podróży również przez średnio zamożną Polską rodzinę.
Ale aby to się udało, LOT musiałby zyskać bardzo duże zaufanie wśród pasażerów którzy mogliby liczyć na stale niskie ceny i pewność odbycia rejsu. Jak bowiem analiza wypowiedzi internetowych pokazuje, jeszcze nie tak dawno temu LOT wyróżniał się sporą ilością odwołań lokalnych rejsów. A zeszłoroczna „gwiazdka” naszego nieba – JetAir – która jakiś już czas próbuje rozruszać ruch krajowy, również momentami słynie z częstszego odwoływania swoich rejsów niż latania. Oczywiście rozwiązaniem najlepszym – zwłaszcza dla biznesu – byłoby gdyby na danej trasie odbywały się przynajmniej dwa rejsy każdego dnia. Dzięki temu otrzymuje się możliwość wyjazdu służbowego bez potrzeby noclegu na miejscu. Ale to już jest plan na dalsze lata przy ewentualnym sukcesie – teraz najważniejsza jest regularność i pewność. Nawet jeden lot dziennie może skrócić bowiem czas podróży, gdyż przynajmniej w jedną stronę zaoszczędzi się niekiedy męczarnię w pociągach, lub samochodach.
A jakie trasy miałyby być uruchomione? No cóż, to aktualnie jest efektem wielu domysłów. Fakt jest jednak taki, że przede wszystkim te, na które władze lokalne będą skore wyłożyć jakieś pieniążki. No i oczywiście te, które połączą najbardziej odległe miasta o największym potencjale pasażerów, chociaż pojawiają się plotki o tak dziwnych połączeniach, jak Rzeszów – Szczecin, czy Gdańsk – Bydgoszcz.
Oczywiście połączenia takie mogą się okazać całkiem niezłym pomysłem pod jednym warunkiem – nie będą one wyłącznie bezpośrednie. Taką formę latania po kraju praktykuje już wspomniany wcześniej JetAir i pomysł ten się sprawdza! Po co bowiem ryzykować połączenie między stosunkowo małymi miastami i lotniskami jak Rzeszów i Szczecin, skoro można je zrobić z międzylądowaniem w np. Poznaniu albo Wrocławiu? Nawet przy wyborze tego drugiego chociaż lot wydłuży się prawie dwukrotnie to i tak zaoszczędzi się z pewnością ponad 10 godzin jakie trzeba by było poświęcić na podróż pociągiem. A w ten sposób jednym kursem robione są trzy trasy: Rzeszów – Wrocław, Wrocław – Szczecin i Rzeszów – Szczecin. Każda z nich osobno byłaby przedsięwzięciem ryzykownym, ale jeśli byłaby lotem łączonym, to jest prawdopodobieństwa że na locie do Szczecina przewiezie się jeszcze kilku pasażerów lecących do Wrocławia. W taki sposób można z Gdańska do Krakowa lecieć przez Łódź, a z Gdańska do Wrocławia przez Bydgoszcz. No dobrze, ale co z kosztami międzylądowania? Cóż, inicjatywę lotów po kraju wykazał Związek Regionalnych Portów Lotniczych, czemu więc nie miałby zaproponować jakieś preferencyjne stawki przewoźnikom, albo pobierać opłatę tylko za pasażerów startujących z danego lotniska? Wszystko jest kwestią dogadania a dzięki temu można by było naprawdę rozruszać ruch lotniczy wewnątrz kraju.
Plotki internetowe i informacje prasowe o planach mają to do siebie, że nie zawsze muszą się spełniać. Chociaż sam nie do końca wierzę w powodzenie idei latania po Polsce z pominięciem Warszawy, jakkolwiek w jej konieczność nie wątpię a sukcesowi dopinguję, to nie mogę zaprzeczyć że z miesiąca na miesiąc dochodzą do nas coraz bardziej konkretne plotki. Może jednak z tej chmury spadnie jakiś deszcz? Dlatego warto odprawić swoje zaklinanie, szamańskie tańce na wywołanie opadów i czekać na pozytywne wyniki :-)

czwartek, 27 maja 2010

Ryanair w Barcelonie El Prat

To się nazywa wejście! Już od jakiegoś czasu w sieci pojawiały się informacje, że stroniący od dużych lotnisk Ryanair chce nie tylko zacząć latać z lotniska El Prat pod Barceloną, co wręcz otworzyć tam swoją bazę. I w końcu plotki okazały się prawdą. Od września tego roku Ryanair otwiera 20 nowych tras i umiejscawia na tym lotnisku pięć swoich maszyn.
Lotnisko El Prat leży praktycznie w samej Barcelonie, jednej z największych atrakcji turystycznych naszego kontynentu, która od czasu zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku rokrocznie notowała zwiększaną liczbę odwiedzających ją turystów. Dlatego też w pewnym momencie postanowiono rozbudować powoli zapychający się terminal umożliwiając odprawienie do 55 milionów pasażerów rocznie w 2009 roku i 70 milionów w 2012. Niestety tuż przed uruchomieniem nowej infrastruktury (czerwiec zeszłego roku) lotnisko El Prat zaczęło tracić impet notując w ciągu dwóch następujących po sobie lat siedemnaście procent mniej obsłużonych podróżnych! Bardziej dosłowne opisy przedstawiały sytuację w starym terminalu T2 po przeniesieniu się przez większość obecnych na lotnisku linii do T1 jako "opustoszały". Zmusiło to lokalne władze w Katalonii do podjęcia działań zmierzających do zwiększenia ruchu na El Prat, co sfinalizowało się między innymi w większej otwartości na przewoźników nisko – kosztowych. Jednym z tego działania efektów było np. przeniesienie tam swoich operacji przez linię Wizz Air.
Sytuacja z Ryanair miała się natomiast zupełnie inaczej. Po pierwsze przewoźnik ten posiada już dwie bazy w Katalonii. Jedną z ważniejszych w całej sieci w ogóle jest określona jako „Barcelona – Girona”. Znajduje się ona nieopodal miasta Girona i od centrum Barcelony oddalona jest o blisko 80 kilometrów. Druga, „Barcelona – Reus” otwarta została jakieś dwa lata temu i umiejscowiona jest w oddalonym o nieco ponad 100 kilometrów od Barcelony mieście Reus na Costa Daurada. I przyznam się szczerze, że właśnie z tego powodu niechętnie się przyglądałem bazie Ryanair na El Prat. Oczywiście, lotnisko prawie w samym centrum jest doskonałą lokalizacją w planach wypadu do tego pięknego miasta. Ale coraz dokładniej przyglądając się lotniczemu rynkowi na Półwyspie Iberyjskim zauważam, że inne operujące tam linie również do drogich nie należą. W końcu gdybym się pospieszył to za lot Ibiza – Barcelona na pokładzie Vueling zapłaciłbym niecałe €25 od osoby (koniec końców wyszło około €35). Drugą niepokojącą sprawą był fakt, że Ryanair z El Prat miał operować głównie na trasach krajowych. Jak śledzenie systemu rezerwacji tego przewoźnika wykazuje, to właśnie one zawierają najwięcej tanich biletów z takich lotnisk jak Girona czy Reus. To one też dają największą możliwość zwiedzenia najważniejszych punktów Półwyspu Iberyjskiego i, co ważniejsze, są dostępne bezpośrednio z Polski. Girona posiada połączenia z Gdańskiem, Wrocławiem, Poznaniem a dalej z Majorką, Ibizą, Madrytem, Porto, Sewillą, Malagą i trzema wyspami Kanaryjskimi. Reus daje natomiast możliwość dolotu z Poznania i Krakowa, oraz na Majorkę, do Sewilli, Santiago de Compostela i Santanderu. Jeśli  część Iberyjska tej wyliczanki miałaby być przeniesiona na lotnisko El Prat, aby je wykonać musiałbym więc do kosztów podróży doliczyć kilkadziesiąt euro za transport oraz, co najważniejsze przy krótkich wypadach, dodatkowy czas spędzony w pociągach czy autobusach. A przeniesienie takie byłoby naturalnym rozwiązaniem, ponieważ podróżujący z obrzeży Hiszpanii dużo chętniej skorzystaliby z  wymagających mniejszych nakładów czasu połączeń pomiędzy centrami swoich miast, niż tych wymuszających jeszcze dojazdy.
Inna sprawa to fakt, że lotniska w Gironie i Reusie położone są w atrakcyjnych miejscach, do których zapewne nigdy byśmy nie dotarli gdyby nie umiejscowione tam bazy. Girona jest bowiem bliżej Pirenejów, Andory czy turystycznego kurortu Costa Brava. Reus to malownicza Costa Daurada oraz miasto Tarragona. Daje to możliwość odwiedzenia tych nieznanych przeciętnemu turyście miejsc przy okazji dłuższej przesiadki, jak też jako cel ostateczny. A co jeśli chcę zwiedzić samą Barcelonę? Jak już pisałem wcześniej – przy dogodnych przesiadkach można skorzystać z usług Spanair, Vueling, Wizz Air czy easyJet, które też potrafią zaskoczyć biletami w bardzo znośnych cenach.
No ale stało się, Ryanair zapowiedział wczoraj wejście na El Prat i otwarcie tam swojej 42. bazy. Podobno standardowo przy takim ruchu wynegocjował spore zniżki i dotowanie przez lokalne organizacje niemal każdego elementu swojej działalności. Na początek ma operować pięcioma Boeingami na dwudziestu trasach. Większość z nich to rzeczywiście krajówki, lub okolice basenu Morza Śródziemnego. Mamy więc trzy wyspy Kanaryjskie, Santander (codziennie), Santiago de Compostela (11 operacji tygodniowo), Sewillę (2x dziennie), Malagę (2x dziennie), Walencję (codziennie), Ibizę (codziennie) i Majorkę (2x dziennie). Konkurencja zapewne bardzo się zdenerwowała tym faktem. Zwłaszcza od lat inwestujący w swoją bazę na El Prat Vueling, który będzie teraz konkurował bezpośrednio na ośmiu trasach a pośrednio (loty na lotniska obsługujące te same miasta, ale oddalone od siebie o kilkadziesiąt kilometrów) na pięciu. Już w dużo lepszej sytuacji jest kreowany na odwiecznego rywala Ryanair – easyJet, który pośrednio będzie się pokrywał tylko na dwóch trasach. Bardzo zaskakującym jest natomiast fakt, że Ryanair nie zdecydował się tworzyć „Pont Aeri”, czyli tzw. „Mostu Powietrznego”. Chodzi o połączenie Barcelona El Prat – Madryt, która do 2008 roku była najbardziej uczęszczaną trasą lotniczą świata z 971 wykonywanymi tygodniowo lotami w 2007 roku! Zapotrzebowanie na to połączenie zdecydowanie jest, w końcu dziennie Iberia wykonuje na tej trasie do 20 lotów, Spanair 7 a Vueling 13!
Dobrze, ale co nam daje ta dzisiejsza informacja? Bezpośrednio niewiele, ponieważ Ryanair nie zdecydował się na otwarcie żadnego połączenia do Polski. W zależności jak będą kształtowały się ceny i godziny operacji zyskaliśmy jedynie możliwość przesiadek na takich lotniskach, jak Oslo – Rygge, Bruksela – Charleroi, Paryż – Beauvais, Mediolan – Bergamo czy Rzym – Ciampino. Ciekawiej może się natomiast zacząć robić na trasach wewnątrz Półwyspu Iberyjskiego. Jak przez ostatnich kilka miesięcy na tym blogu staram się udowodnić – zapotrzebowanie tam jest bardzo duże, ale ruch również spory. Z zainteresowaniem będę się więc przyglądał tamtejszemu rynkowi, gdyż zapewne przez kilka najbliższych miesięcy będzie można zaobserwować dużo promocji na lokalnych trasach różnych przewoźników. A biorąc pod uwagę fakt, że Hiszpania mnie ostatnio niezwykle fascynuje, daje mi to możliwości kolejnych wypadów w niezwiedzone jeszcze rejony Półwyspu. Mam tylko nadzieję, i bardzo się o to boję, że na lotnisku El Prat nie rozpocznie się wyniszczająca wojna kilku przewoźników, finalizująca się w doprowadzeniu do sytuacji gdy większość połączeń będzie nierentowna. Wtedy ktoś będzie musiał odpuścić, a znając możliwości finansowe Ryanair – oni pozostaną. A wtedy bezwzględnie mogą wykorzystywać pozycję lidera lub monopolisty czego przykłady widać na wielu operowanych przez nich trasach. Oby więc te biletowe łowy nie przerodziły się ostatecznie w drożyznę. Takiego scenariusza za kilka lata obawiam się właśnie w momencie wejścia Ryanair na El Prat...