piątek, 20 listopada 2015

Aktualizacja mapy wyjazdów

Jednym z powodów dla których długo nie wracałem do bloga był fakt, że zarósł on kurzem. Po prostu wpadłem w niechęć opisywania wszystkiego, co się wydarzało. No bo chyba przyznacie że ostatnią rzeczą na jaką macie ochotę po powrocie z wyjazdu/urlopu jest... no właśnie - selekcja zrobionych na nim fotek ;) OK, tydzień na odpoczynek i powrót do rzeczywistości, potem tydzień spędzony na innych obowiązkach i nagle trzeba się zacząć przygotowywać do kolejnego wypadu. W ten właśnie sposób im blog bardziej zarastał kurzem, tym bardziej nie chciało mi się na nim sprzątać.

Gdy jednak powiedziało się hop, trzeba też powiedzieć hip ;) Dlatego przez pewne dwa popołudnia zajmowałem się aktualizacją mapy wyjazdów. Taki osobisty ołtarzyk tambylstwa, albo też miejsce lansu ;) Znajdziecie go klikając na miniaturę mapy po prawej stronie bloga. Czemu o tym piszę? Ponieważ aktualizacja stała się okazją do wspominek, oraz podsumowania co się działo w ciągu ostatnich trzech lat.

Z jednej strony można stwierdzić, że działo się niewiele. Moje wypady wciąż bowiem dotyczyły Europy i jej niedalekich okolic. Nie ustanawiałem więc jakiś spektakularnych rekordów, chociaż kilkukrotnie zbliżałem się, lub nieznacznie przesuwałem własne granice. W zasadzie gdybym pokusił się o wycieczkę autobusową na zachodnią część Madery, to byłbym o te kilka kilometrów dalej na zachód. Trochę lepsze wyniki osiągałem w kwestii rubieży północnych. A to Helsinki - będące na tej samej wysokości co południowa końcówka Grenlandii, oraz wreszcie granica prawdopodobnie ostateczna - Spitsbergen. Jest to miejsce ciekawe dla mnie nie tyle pod względem turystycznym, co w kwestii wydarzenia. Za kilkadziesiąt lat technologia stanie się bowiem tak zaawansowana, że prawdopodobnie Australia będzie odległa o kilka godzin wygodnego lotu. Co więcej, poprawi się koszt takich wyjazdów, dlatego dla naszych dzieci świat będzie po prostu jeszcze mniejszy niż jest teraz dla nas. A kto wie, czy w normalną codzienność nie wkroczą już podróże w przestrzeni kosmicznej? Co jednak istotne, pomimo tych wszystkich możliwości, dzieci czy wnuki prawdopodobnie nie pobiją tego rekordu. Longyearbyen jest bowiem najbardziej wysuniętym na północ naszej planety stale zamieszkałym miastem. Zatem Islandia to tropiki a Alaska czy Kamczatka nie dorastają mu do pięt. Nieco ponad 1000 kilometrów dalej znajduje się biegun północny. Jest więc niewielkie prawdopodobieństwo aby w ciągu następnych kilkudziesięciu lat na północy powstało coś jeszcze. A nawet jeśli, to pewnie będzie jeszcze mniej interesujące niż Spitsbergen teraz. Będzie więc jednak o czym opowiadać wnukom, jak to dziadek przy temperaturze rzędu 32℃ w Polsce wyjechał tak daleko, że przez cały dzień (czyli w zasadzie 24h) było tam 6℃. Żeby było ciekawiej, spał oczywiście pod kocem w namiocie i mył się zimną wodą. Na Majorce i w Egipcie byli niemal wszyscy. Kto jednak może się pochwalić wakacjami nad Oceanem Arktycznym? ;) 

OK, ze spraw statystycznych, w chwili obecnej odwiedzonych mam 75 lotnisk. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, ostatni lot w tym roku zamknie drugą setkę w życiu. Główna w tym zasługa warszawskiego wariactwa - lotów za 9 złotych na trasie Wrocław - Modlin, oraz dziewczyny mieszkającej w stolicy. Jeśli więc wszystko pójdzie zgodnie z planem, w tym roku wskoczy mi 36 odcinków. Ciekawe i zarazem przerażające jest to, że tylko jeden spośród 12 wypadów jest w ogóle niezwiązany z Warszawą ;) A to jednodniowy trójkącik Wrocław - Modlin - Rygge - Wrocław, a to weekendowy wypad Wrocław - Modlin - Rzym - Berlin, a to niskie ceny na bazie silnej konkurencji, więc Wrocław - Warszawa - Paryż. Jednak oprócz tegorocznego szaleństwa, istotny wkład w rozwój przyniósł również rok poprzedni. Dzięki romansom z Lufthansą nabiłem 31 odcinków, oraz zaciekawiłem się zapewnionymi przesiadkami w wygodnych hubach pokroju Monachium. Do siatki dodałem też sporo nowych miejsc (w tym takie niecodzienności, jak Funchal, wspomniany wcześniej Longyearbyen, Jerez de la Frontera czy Mahon), linii i różnorakich odcinków. Jako ciekawostkę traktuję fakt, że siatka moich lotów składa się z czterech zbiorów. Najmniejsze z nich to odcinki Oslo - Spitsbergen i Paryż Orly - Biarritz. Trzeci to Praga - Bilbao, oraz Praga - Bari - Florencja / Genua. Czwarty to pozostała część, w której każdy port jest ze sobą w jakiś sposób powiązany. "Najdalszym" miejscem od Wrocławia jest stolica Andaluzji, połączona w sposób najkrótszy czterema odcinkami - przykładowo Wrocław - Monachium - Barcelona - Mahon - Sewilla.

Oprócz rozwoju w liście przewoźników i czasów poszczególnych wyjazdów (kiedyś latałem tylko na parę dni, tegoroczny główny urlop trwał natomiast ponad dwa tygodnie) zmienił się również tryb podróżowania i nocowania. Długotrwałe wypady pozwalają na dokładniejsze zwiedzenie okolic. Mam tutaj na myśli zarówno okolice w kontekście jednego kraju (krajówki Bari - Florencja/Genua, lub Barcelona - Jerez de la Frontera / Sewilla - Mahon - Barcelona), jak też regionu (tegoroczny Kraj Basków i La Rioja zwiedzone wzdłuż i wszerz za pomocą lokalnych autobusów). Oprócz zwiedzania zdobyczy cywilizacyjnych zaczynam również doceniać walory przyrodnicze. Chętnie więc inwestuję w wypożyczenie roweru i trasę 80-100 kilometrów, lub trekking pieszy. W taki sposób fajnie wspominam jeżdżenie po Minorce, niekiedy piekielne podjazdy w Kraju Basków, czy łazengownictwo po Kanionie Matka niedaleko Skopje lub po Norweskich lasach. To ostatnie spowodowało również rozszerzenie pakietu akceptowalnych sposobów nocowania. Owszem, wciąż raczej pokój prywatny i jeśli cena jest atrakcyjna to raczej o lepszym standardzie. Jeśli jednak po prostu się nie da a akurat nie jestem w okolicach wylotu (możliwość kimy na lotnisku), to czemu nie spróbować się z kempingowaniem? Niestety póki co fajne wrażenia przegrywają 2:1 z ciężkimi warunkami. Niestety pierwsza noc w Norwegii i plaża w Biarritz po prostu zawiodły pogodowo. Niemniej wątek ten na tyle mnie zainteresował, że mam ochotę przetestować go jeszcze kilkukrotnie. Zwłaszcza na północnych obszarach naszego kontynentu, gdzie plenerowaniu sprzyjają obowiązujące przepisy.

Co na przyszłość? Cóż, lista tudusów jest niekończąca się i wciąż uzupełniana o nowe pomysły. Mocne postanowienia mają to do siebie, że są bardzo mocne do czasu aż padną. A padają głównie w obliczu cen i innych warunków sprawiających, że plany się jednak zmieniają ;) Niemniej chciałoby się w końcu zaliczyć jakieś dalsze rejony naszego globu. Póki co największa wkrętka na rok 2016 to Islandia na około tydzień i Iran. Z pewnością będzie trzeba pomyśleć o jakieś północy z nocowaniem na dziko. Do tego najpewniej Londyn, być może z krótkim powrotem do Brighton. Warto też doliczyć już zabookowane Ateny i Mołdawię na pięć dni. W dalszej perspektywie będzie trzeba pilnie pomyśleć o Kubie, zanim jeszcze zostanie zadeptana przez Amerykanów i następnie Europejczyków. Reszta zależeć będzie już wyłącznie od dostępnego czasu i okazji cenowych.

niedziela, 15 listopada 2015

Due north - Na północ

 Dla zainteresowanych, galerię z wyjazdu zamieściłem na Panoramio: 2015.07.08-12 - Trondheim, Telemark

Od kilku lat obserwuję sobie poczynania lotniska w Gdańsku. Pierwszy kontekst dotyczył pewnej konkurencji, ponieważ radziło sobie ono nieco lepiej niż moje domowe lotnisko we Wrocławiu. Razem mieliśmy Euro i mniej więcej w tym samym momencie otrzymaliśmy nowe terminale. Po chwilowym romansie z OLT Express okazało się że Gdańsk nie zaliczył jakiegoś dołka w liczbie odprawianych pasażerów. Później zacząłem zazdrościć dużej dywersyfikacji wśród przewoźników, w przeciwieństwie do naszego kwintetu Ryanair, Wizz Air, Lufthansa, LOT i SAS. Podziw natomiast wzbudzała bardzo rozbudowana siatka północna. Nie chodzi mi tylko o ilość kierunków, co też dochodzącą do dwóch rejsów dziennie częstotliwość. Aż by się chciało skorzystać choćby dla samego polecenia. Tylko czemu noclegi w Skandynawii są tak drogie?

Przygotowania do wypadu na Spitsbergen spowodowały odkrycie jednego ciekawego faktu. Otóż prawo w północnych krajach sprzyja miłośnikom spędzania czasu pośród natury. Chodzi bowiem o to, że - z grubsza - można spokojnie nocować w miejscach niewiele oddalonych od terenów zamieszkałych. Często podawana jest anegdota, że zgodnie z prawem, w zasadzie można rozbić namiot na trawniku nieopodal pałacu królewskiego w Oslo i nikt nie powinien robić z tym problemów. Inna sprawa to fakt, że sami Skandynawowie są dużymi fanami przebywania wśród natury, oraz uprawiają wszelkie trekkingi, campingi czy inne tzw. sporty outdoorowe.

Oczywiście takie wypady są kompletnym zaprzeczeniem mojego dotychczasowego podróżowania, zorientowanego jednak na plecak, nocleg na stworzonej przez człowieka powierzchni, pod zadaszeniem, wśród cywilizacji. No ale raz się żyje, a dwie noce w plenerze - jakkolwiek mogłyby być ciężkie do zniesienia - przyczynią się do wpięcia na mapie nowych pinesek, odcinków lotniczych i wpisów w liście odwiedzonych lotnisk. Decyzja więc zapadła, dzień szukania i jako-tako spójny plan został stworzony.

Bardzo jako-taki. Z przesiadką na Modlinie i nocką w Gdańsku postanowiłem polecieć do Trondheim. Szczerze nie tyle chodziło o konkretne miejsce, co możliwości techniczne. Do Norwegii wylatywałem bowiem względnie rano, jedną noc mogłem spędzić w pociągu z Trondheim do Oslo a wracałem ostatnim niedzielnym odcinkiem bezpośrednio do Wrocławia. Pozostałe dwie noce miałem spędzić w plenerze. Niby prosta sprawa, gdyby nie fakt że wyłącznie przy użyciu materaca i śpiwora. Tym gorzej, że błędnie założyłem powtórkę upałów z poprzedniego roku - vide gorąc w Oslo przy okazji wypadu na Spitsbergen. W okolicy Trondheim zapowiadano niewiele powyżej 10℃ i do tego miało padać. Oczywiście dla dodatkowej komplikacji podróżowałem wyłącznie z małym bagażem podręcznym, w którym planowałem zmieścić wszystko: materac, lekki i przystosowany do wyższych temperatur śpiwór oraz wyżywienie na cztery pełne dni. No i oczywiście ciuchy ;) Koniec końców udało się. Jak? Szczerze do dziś tego nie wiem...

Na miejscu dość szybko wyzbyłem się wszelkich skrupułów dotyczących mojego sposobu podróżowania. Bardzo znaczące były sceny, gdzie na stacji kolejowej pod lotniskiem na pociąg czekało sporo trekkerów. Do plecaków mieli poprzypinane śpiwory, karimaty, czasami małe namioty. Do pociągu wsiadaliśmy razem, jednak po drodze na każdej małej, lub jeszcze mniejszej stacji ubywało kolejnych kilka osób udających się następnie w sobie tylko znaną stronę. Dodatkowo dużo do myślenia dał też widok norwega kimającego na lotniskowej stacji. Ewidentnie chodziło o odpoczynek w cieplejszym pomieszczeniu. Nikogo nie dziwiło to, że obok suszył się jego śpiwór a buty i spodnie były brudne od błota.  Oni rzeczywiście tak tam żyją :-)







Oczywiście to byli zawodnicy już obyci w tym sporcie. Ja właśnie stawiałem swoje pierwsze kroki, dlatego popełniłem wiele błędów. Nie ukrywam jednak, że byłem z ich popełnienia zadowolony, ponieważ wyjazd ten traktowałem jako przetarcie szlaków przed ew. kolejnym wypadem w norweską dzicz, a już na pewno na Islandię, którą chcę zaliczyć w nadchodzącym roku. Dziś już na przykład wiem, że podłoże w miejscu spania to sprawa piekielnie ważna. Nawet bowiem lekkie nachylenie w połączeniu z mokrym materacem powoduje zsuwanie się na boki lub w dół. Co więcej, jeśli pada, koc termiczny lepiej jest jednak rozwiesić nad sobą - w formie spadzistego daszku - niż opatulić się nim w kokon. Pojawiająca się prędzej czy później potrzeba dostępu do świeżego powietrza powoduje odkrywanie się i moknięcie. Przy nisko rozłożonym zadaszeniu przewiew byłby cały czas, ale deszcz skraplałby się już obok mnie. Kolejny błąd to instynkt podróżnika miejskiego, który w nieznanym terenie nakazywał trzymać się ubitej drogi asfaltowej. Klimat Norwegii poczułem, ale nie była to tak dzika dzicz. Niemniej przez kolejne wyjazdy przetestowałem kilka pomysłów na elektroniczne zabezpieczenie przed zgubieniem, więc następnym razem powinno być już lepiej. Dodatkowo przekonałem się także, że zamiast zaczynać marsz z centrum miasta lepiej zaoszczędzić trochę sił i kilka kilometrów podjechać jakimkolwiek autobusem. Niby to sprawy oczywiste, ale najbardziej zauważa się je doświadczając na własnej skórze :)





Niestety w środkowej Norwegii pogoda nie rozpieszczała. Wprawdzie nie lało, jednak ciągły kapuśniaczek powodował, że było  po prostu mokro. Na szczęście plecak opatuliłem materiałem jako-tako przeciwdeszczowym. Sam założyłem raincuty, przez co nie mokłem, ale również nie miałem żadnych problemów z niską temperaturą otoczenia. Kolejne dwa dni w południowej Norwegii to natomiast fantastyczna pogoda z przyjemną temperaturą rzędu 21-24℃. Tutaj też trafiłem na piesze szlaki po wzgórzach, pośród lasów, łąk i generalnie rzecz biorąc zieleni. Oczywiście nie był to nawet ułamek spektakularności norweskiej przyrody, którą miałem okazję oglądać choćby za oknami nocnego pociągu do Oslo. Jednak to wszystko tak bardzo cieszyło, że postanowiłem dalej próbować się z tą ultra-nisko-kosztową wersją podróżowania po Norwegii. No bo wyobraźcie sobie wieczór na półce skalnej nad lokalnym skrzyżowaniem dróg z widokiem na kilkadziesiąt najbliższych kilometrów. Kolacja i czytanie książki przez dwie wieczorne godziny aż zacznie się ściemniać. Potem wycofanie do lasu na upatrzoną wcześniej pozycję. Rano pobudka i śniadanie w tym samym - opromienionym porannym słońcem - miejscu. A potem tuptanie po okolicznych wzgórzach z widokami na wcinające się wgłąb lądu zatoki. Yami :-)









Ze spraw organizacyjnych - wyjazd był raczej w kategoriach spontanu. Niemniej pewne przypuszczenia okazały się trafnym wyborem. Po pierwsze, wreszcie zainwestowałem w trekkerską odzież. Klasycznie na cebulkę z konfiguracją zależną od pogodowej prognozy. Bielizna ocieplana, cienkie koszulki sportowe, polar, bezrękawnik, raincut, cienkie wełniane rękawiczki, opaska na uszy i komin (mogący służyć jako czapka, opaska, szalik itp.). Do tego spodnie ze ściąganym dołem nogawek, sportowe skarpetki do chodzenia i nieprzemakalne buty na grubszej oraz przyczepnej podeszwie. Wyżywienie to duża ilość tostów, batony i ze dwie paki kabanosów. Dzięki temu na miejscu jedynie kupowałem płyny, z osiem bananów i jakieś paluszki. Sprawy noclegowe to oczywiście nieśmiertelny dmuchany materac, koc termiczny i kupiony w Lidlu śpiwór mumia. Jego zakres temperaturowy (+5,5℃ przedział zmiany i +9,7℃ przedział komfortu) był w sam raz. Oczywiście wiadomo że pod śpiworem śpi się w bieliźnie termicznej i czasami z nałożonym polarem, ale szczerze byłem zadowolony z tego zakupu. Zwłaszcza, że waży to niewiele a po mocnym ściśnięciu szelek kompresyjnych zajmuje stosunkowo mało miejsca. Kosmetyczka to natomiast m.in. plastry, chusteczki nawilżane, psikadło na komary, paczka zapałek i trzy pogrzewacze. Zero płynów do kąpieli, szamponów, chociaż zapasowo jakieś małe mydełko miałem ;) W telefonie za to sporo muzyki, jakieś dwa filmy, ściągnięte mapy okolic i oczywiście powerbank pozwalający na spokojne funkcjonowanie bez prądu przez około cztery dni. Wszystko to zmieściłem w mały bagaż podręczny zgodny ze standardami Wizz Air. Da się :D



Ogółem, chociaż wyjazd zaliczam do raczej ciężkich przeżyć, to wspominam go bardzo pozytywnie. Dość duży wpływ na to mają czynniki niezwiązane bezpośrednio z wypadem. Chodzi o całkowicie nowe wyzwania i zakres doświadczeń. Dodatkowo podczas przesiadki w Gdańsku poznałem pewnego tambylczego wariatosa, dzięki której mój licznik lotów niemal eksplodował, a na trasie Wrocław - Modlin zaczynam walczyć o frequent flyera ;) Niemniej wygląda na to, że chyba zmieniają mi się priorytety w kwestii celów podróży. Zauważyłem to podczas ostatniej wizyty w Maroku, kiedy to gwiazdą wyjazdu był nie Marrakesz, nie Casablanka a droga wzdłuż wybrzeża atlantyckiego. Trochę miast już zwiedziłem i na naszym kontynencie zaczynają się już kończyć miejsca zachwycające praktycznie każdego odwiedzającego. Z naturą jest natomiast tak, że nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Pamiętam zaskoczenia na Minorce, która sama w sobie jest bardzo fajna do zwiedzania rowerem. Po kilku kilometrach można jednak wyjechać na ukrytą gdzieś w lesie plażę, na której przebywa kilkadziesiąt osób. Tak samo w każdym innym miejscu - możesz przedzierać się przez mało interesujące okolice a nagle Twoim oczom pojawi się coś niezwykłego, o czym nikt nigdzie nie wspominał. Czy koniecznie do Norwegii? Nie na siłę. W naszym kraju również jest wiele miejsc zielonych wartych tuptania przez dwa dni. Owszem, u nich na wolności chodzą łosie (w okolicy Trondheim widziałem trzy), u nas natomiast sarny i jelenie. Norwegia ma jednak taki trekkerski klimat, gdzie cały naród jest bardzo sportowo nastawiony do życia. Tą przyrodę też chłonie się tam jakby bardziej. Może to przez jej dzicz, kontrasty wody i wzgórz, skałek i zieleni, zimowego mrozu i letniego słońca. Poza tym żyjemy w tych pięknych czasach, gdy naprawdę bez problemów można znaleźć bilety za 80 złotych we dwie strony. Mam zamiar z tego skorzystać i za rok zrobić niejedną weekendową powtórkę.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Pastwiska ciąg dalszy. Kolejne kwiatki na witrynie Ryanair

Gdy kilka dni temu wrzucałem subiektywną i wybiórczą recenzję nowej strony internetowej Ryanair, powiedziałem sobie że na jakiś czas muszę przystopować w negatywnym opisywaniu tej linii. Jednak moje czwartkowe doświadczenie z witryną przebiło wszystkie aktualne rekordy, przez co nie mogłem się powstrzymać przed opisaniem na gorąco  kilku uwag.

Powód jest prosty, informacja że linia nagradza za stworzenie konta, wypełnienie go wszystkimi niezbędnymi danymi oraz zrobienie małej ankiety. Klasyczny zabieg służący do zbudowania tzw. big data. Brrr..... przez chwilę pomyślałem sobie co linia może z takimi informacjami zrobić. Jeśli w ankiecie wypełniłem preferowany cel podróży narty, to wszelkie rejony alpejskie wyskakują mi €10 drożej. Jeśli kupię bilet na lot wyłącznie z plecakiem, to na skrzynce mailowej wyląduje propozycja zakupu walizki Samsonite. Jeśli będę szukał lotów w okolicach urodzin, to gdzieś w oknie pośrednim wyskoczy mi ekskluzywna oferta booking.com noclegów w domu dla dżentlemenów. Ciarki mnie przeszły na samą myśl, straszne to :D Gwoli ścisłości dodam tylko, że nagrodą za sprzedanie się był kupon zniżkowy o wartości €10 do wykorzystania przy następnym bookingu.

Generalnie wyszło na to, że chociaż nowa strona straciła już status beta (jest np. dostępna pod normalnym adresem www), to nadal jest tworem kompletnie nieprzygotowanym do ujrzenia światła dziennego. Ot, choćby uzupełniam profil. Datę urodzenia znów ustawiam za pośrednictwem trzech rolet (jednak dużo fajniejszy był system kalendarzowy, gdzie kolejno wstawiało się rok, miesiąc i na końcu dzień urodzenia), a tam czeka mnie programistyczna niespodzianka. Oto zamiast nazw miesięcy wyświetlają się etykiety typu MYRYANAIR.COMMON.COMPONENTS.DATE_SELECT.MONTH.GRUDZIEŃ :D Hola hola, na tej stronie w ogóle tłumaczenie zawodzi, bo znajdują się tam elementy typu myProfile, myDetails, narodowość Polish a kierunkowy numer telefonu to Poland.
Co w pewnym sensie zachwalałem recenzując nową stronę przewoźnika, to zupełnie inne podejście do informacji tekstowych. W trakcie rezerwacji prezentowane są nienachalne, szokująco wręcz - jak na dotychczasowe standardy linii - dopasowane teksty typu W drodze na lotnisko nie zapomnij dokumentu ze zdjęciem, czy Jeszcze tylko kilka informacji i to wszystko. Fajnie się to czyta, jest przyjemne, wzbudza wrażenie dbania o klienta - jakkolwiek przy ryanair stwierdzenie to podchodzi pod oksymoron. Jednak niestety w niektórych miejscach tłumaczenie na nasz język nie nadąża za klimatem budowanym prawdopodobnie w anglojęzycznej wersji. Oczywiście mogę się spodziewać o co chodziło w oryginale, ale czasami za bardzo mi tu zalatuje może nie tyle google translatorem, co bezmyślnym wstawieniem pół-zdania bez sprawdzenia jego kontekstu. Widać to zwłaszcza przy ustawianiu moich preferencji. Gdy przechodziłem przez kolejne pytania, co chwila przesyłałem je swojej dziewczynie, aby z dużą dawką absurdalnego humoru zacząć kolejny dzień w pracy. Kilka z tych przykładów poniżej.
Jazda i parkowanie na lotnisku ;)
W zasadzie to nie wiem czy jestem w łączności
Wy też nie płacicie za zakupy na pokładzie?
Dajesz sobie więcej miejsca na nogi? Nie przeszkadza mi ;)
Ja też nie mam nic przeciwko siedzeniu. Nad skrzydłem zdecydowanie e-e :D

źródło: kwejk
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tłumaczenia i utrzymanie stron dla wielu wersji językowych to zagadnienie bardzo rozbudowane i skomplikowane. Mamy ten sam problem w pracy i dobrze że jeden z bardziej wrażliwych na tym punkcie klientów już chyba został ugłaskany. Dlatego zazwyczaj przymykam na to oko, o ile zwrócony tekst nie jest czymś pokroju Crap, że wideo nie mogą być konwertowane. Czasami życie po prostu kopie cię w jaja :D Dla wyjaśnienia, jest to zwrotka jednego z serwisów wyciągających z filmów youtube ścieżkę dźwiękową - pojawiał się jeśli coś się - kolokwialnie rzecz ujmując - wykrzaczyło.

Co jednak bardzo mnie boli w serwisach internetowych, to błędy w logice. W tym przykładzie dosłownie nic nie trzyma się jakieś przemyślanej całości. Przykładowo, na pulpicie pasek postępu mówi, że konto jest uzupełnione w 40% i wzrośnie o kolejnych 20% jeśli dodam dokument tożsamości. Tak też czynię a postęp wzrasta mi o 5%. Dodaję więc kolejny - nic. Oczywiście walidacji nie ma żadnej - wybieram Krajowy dowód tożsamości obywatela EOG, po czym kraj wydania ustawiam na Bangladesz. Zabanglało :D Denerwujące jest też samo uzupełnianie preferencji. Po wypełnieniu wszystkiego zaznaczyła mi się ikona, że uzyskałem dostęp do nagród. Śmigam więc na zakładkę z takimi - i nic. A dokładniej informacja przetłumaczona na - uwaga, uwaga: Jeszcze nie! ;) OK, uzupełniam więc dane karty, dokumentów tożsamości, mój postęp wzrasta do 60% a na dole pojawia się informacja o małym prezencie. Klikam więc Poznaj szczegóły - i nic - kompletnie nieoprogramowany link. Zakładka nagrody oczywiście też milczy. Zainteresowałem się więc jeszcze jedną sekcją Pomóż nam, abyśmy mogli pomóc Tobie. Odpowiedz na pytania i wygraj nagrody! Tutaj miałem do czynienia z ciekawostką totalną, ponieważ co chwila pojawiały mi się losowe przyciski - czasami z odpowiedzią Tak / Nie, jednak najczęściej bez jakiegokolwiek tekstu. Co więcej, odpowiedzi (których treści nie znałem) dotyczyły pytań, których treść również się nie pojawiała :D Jazda bez trzymanki. Niemniej zamknąłem wszystkie pytania z rozszerzonych preferencji, mój postęp osiągnął 65% z dopiskiem Już prawie jesteś EKSPERT po prawej, oraz Uzyskałeś status Superpodróżnika po lewej stronie. Co z tego? Kuponu jak nie było, tak nie ma...
Status: Już prawie jesteś ekspert, oraz Superpodróżnik
Szczerze, tych kilka rzeczy powyżej to kolejne wtopy przewoźnika. Trochę przestało mnie to dziwić. W końcu fakt że nie otrzymałem kuponu może jest czymś normalnym. Nie wiem, ponieważ nie mam jak tego sprawdzić w regulaminie - programiści nawet nie potrafili dobrze podlinkować do takowego, kierując na tzw. pustą stronę. Nie buduje to zaufania do przewoźnika. Jeśli nie ogarniają bowiem logiki na swojej stronie, to skąd mam wiedzieć czy zadbali o bezpieczeństwo transakcji finansowych? Bo w takiej sytuacji fakt, czy voucher w ogóle zadziała, jest już sprawą całkowicie drugorzędną. Czy tylko ja mam takie obawy? Niekoniecznie. Wystarczy wejść na artykuł dotyczący akcji voucherowej i poczytać znajdujące się pod nimi komentarze. Generalnie większość wypowiedzi potwierdza, że to nie działało. Więc to nie tylko ja celowo jestem użytkownikiem-idiotą oczekującym poprowadzenia za rączkę.

Jeszcze jedna dodatkowa uwaga. Wczoraj postanowiłem zabrać się za czekający od kilku miesięcy wątek odszkodowania za opóźnienie. Na locie z Gdańska do Modlina wylądowaliśmy ponad 4 godziny po planowanym czasie. Linia nie przyjęła nas na pokład, ponieważ maszyna się wykrzaczyła, albo nie ogarnęli ekipy na ten samolot. Przy samolocie nie było nikogo - ani obsługi pokładowej, ani handlingu. Lotnisko pracowało normalnie a nas zabrał samolot, który przyleciał z Bristolu, co naturalnie spowodowało dalsze opóźnienia. Dziwne to, ponieważ w okresie zimowym we Wrocławiu stała zapasowa maszyna. Gdyby więc linia była bardziej kompetentna, w niecałą godzinę tamtejszy samolot byłby w Gdańsku latając dla tego właśnie lotniska. No ale cóż, nie załatwili i pieniądze się należą.

W sprawie odszkodowania strona internetowa oczywiście milczy. Owszem, w centrum pomocy jest kilka artykułów na ten temat, ale nic pasującego do mojego problemu. Co ciekawe, linia mocno informuje o zwrocie kosztów za bilet jeśli lot jest opóźniony o więcej niż 3 godziny i gdy rezygnuję z ich oferty. O odszkodowaniu cisza. Kliknięcie na link aby zapoznać się z instrukcją składania wniosku o zwrot pieniędzy kieruje mnie na tą samą stronę. Formularz internetowy z wnioskiem o zwrot pieniędzy nie ma opcji odszkodowania. Link do wytycznych dotyczących otrzymania odszkodowania zgodnie z unijnym rozporządzeniem 261/2004 kieruje mnie na pustą stronę z kodem 404 (w świecie programistycznym oznacza to wielki, wielki błąd). Sekcja dotycząca samych praw pasażerów wynikających z tego rozporządzenia również koncentruje się na przebookowaniu, zapewnieniu opieki, braku zwrotu kosztów jeśli pasażer śmie dostać się wcześniej innym środkiem transportu, natomiast zero informacji o przysługującym odszkodowaniu.

Dlatego postanowiłem skorzystać z zamieszczonego kontaktu mailowego. Dopiero w tamtejszym formularzu ostatnią opcją jest wątek związany z EU261. Mail poszedł, dostałem potwierdzenie, czekam na odpowiedź. Oczywiście wiem jaka odpowiedź będzie, ponieważ kilka miesięcy temu korzystałem z tego formularza, gdy okazało się że model samolotu kupiony na pokładzie Ryanair był wybrakowany (nie było pionowego statecznika). Po kilku dniach przyszła do mnie zwrotka, że we wszelkich sprawach należy kontaktować się w sposób listowny z Dublinem.

Co tu dużo pisać, Ryanair zaliczył kolejną wizerunkową wtopę. Jak wiadomo, piekło dobrymi chęciami wybrukowano. Dlatego choć - podkreślę to jeszcze raz - sam pomysł zupełnie nowego podejścia do procedury bookingu czy internetowego kanału sprzedaży/komunikacji/promocji jest sprawą godną pochwał, tak też wypuszczenie tego tworu na światło dzienne zbyt wcześnie powoduje nie tylko wizerunkową kompromitację, co w tym przypadku wręcz spadek zaufania do firmy.

PS: Kolejna ciekawostka. W piątek kumpel z pracy leciał na Modlin. We Wrocławiu upgrade-owany jest ILS, więc poranna mgła wysypała połowę rotacji. Dotyczyło to zarówno startu na Stansted, jak też porannego powrotu z Modlina (we Wrocławiu stacjonują tylko dwie maszyny Ryanair). Wiadomo więc że do końca dnia rozkład będzie szatkowany, pytanie tylko jak bardzo? Odświeżanie strony lotniska i przewoźnika najpierw wskazywało na ponaddwugodzinne opóźnienie - rejs miał być wykonany według normalnej kolejności. Po godzinie sam Ryanair poinformował, że jednak rejs odbędzie się z czterdziesto-minutowym opóźnieniem - pasażerów zabierze maszyna wracająca z Bergamo, a jej odcinki przejmie opóźniony samolot z East Midlands. Dobre rozwiązanie, ponieważ opóźnienia rozłożą się równomiernie na większą ilość rejsów i do końca dnia być może wszystko się zniweluje. Próba wejścia na stronę przewoźnika 15 minut później (aby sprawdzić czy jeszcze czegoś nie zmieniono) zakończyła się niepowodzeniem - strona po prostu padła. Ale najciekawsze jest to, że gdy witryna znów wstała na nogi, planowane godziny rejsu były wyświetlane jakby losowo. Za pierwszym razem pokazywano start o 16:20 (bodaj zgodnie z letnim rozkładem), następnie o 16:10 z przesunięciem na 16:50. Odświeżanie statusu zwracało albo jeden, albo drugi wynik. Ciekawy jestem ile osób z tego powodu spóźni się na loty, jeśli będzie jakiś grubszy problem z opóźnieniami rzędu kilkunastu godzin, czy nawet całego dnia?

Dementi: Moje przypuszczenia co do wysłania mnie na drzewo w kwestii odszkodowania były mylne. Dzień po wysłaniu zgłoszenia przyszła odpowiedź, że sprawa została przekazana do odpowiedniego działu. Niniejszym zwracam honor, przynajmniej za sam początek ;)

czwartek, 5 listopada 2015

U innych przewoźników też ciekawie, czyli antyprzejrzystość internetowej sprzedaży

Przeglądając ostatnie wpisy na blogu można odnieść wrażenie że jestem strasznym Ryanairowym hejterem. To też :D Jednak żeby zachować jakieś pozory równowagi dziś opiszę kilka ciekawszych przykładów według których u konkurencji tego przewoźnika usability też nie jest najważniejszym celem.

Wątek dotyczący easyjet powstaje na bazie wspomnianego w poprzednim wpisie wyjazdu do Aten. Okazało się bowiem że zamiast na Modlin i jechanie do Warszawy tylko na nocleg, lepiej będzie nam lecieć do Berlina, aby po dwóch godzinach busem spod lotniska ruszać w stronę Wrocławia. A że w styczniu generalnie ceny są fajne, to jedziemy.  Do niedawna bilety w easyjet kupowało się na tzw. patent krakowski. Czyli dla mojego przykładu należało wyszukać lotu z Krakowa do miasta w strefie euro, zaznaczyć a następnie dodać docelowy lot z Aten do Berlina. Po dodaniu tego rejsu należało skasować odcinek z Krakowa, przez co cena nadal była wyrażona w złotych. Patent ten miał na celu zaoszczędzenie kilku procent. Jeśli bowiem już na samym początku zaznaczyłem lot z Aten, cena podana była w Euro a przewalutowanie jej na stronie na złotówki dawało wynik o te właśnie kilka procent gorszy.

Generalnie decyzja dotycząca dat wylotu i trasy przeciągała się i po jakimś czasie musiałem sprawdzić aktualność cen. Damn, wszystkie ceny wzrosły o jakieś €10. No ale dobrze, podjęliśmy decyzję i mimo wszystko bookujemy. Znów ten sam termin, trasa i... ceny spadły... Po kilku próbach doszedłem do zdania, że cena dla jednej osoby jest wyższa niż cena za bilet przy zakupie dla trzech osób. Reguła ta dotyczyła wszystkich terminów na różnych trasach. Hm... dofinansowanie dla wycieczek wieloosobowych, jakaś rodzina plus czy co? ;) Nic bardziej mylnego. Okazało się bowiem, że easyjet bardzo sprytnie poukrywał transakcyjny haracz. Coś na wzór znanej w Ryanair płatności za płatność dokonaną niekoszerną kartą kredytową. Tylko że tam było to €5 za osobę za odcinek a w easyjet 65pln za kupno, niezależnie od tego ile osób i na ilu odcinkach. W mojej opinii zasadność takiej opłaty jest dyskusyjna, ponieważ jest nierównomiernie rozłożona na klientów (taka sama niezależnie od zakupów na sumę €20 czy €2000), oraz zdecydowanie nie odzwierciedla ponoszonych kosztów związanych z transakcjami finansowymi. Dlatego w mojej opinii haracz. Do niedawna opłata ta widniała jako coś osobnego. W Ryanair dodawana była - a jakże - na samym koniuszku procesu rezerwacji, w easyjet widniała po prostu jako nieunikniony dodatek. Jednak prawo unijne w pewnym momencie nakazało wyświetlanie ceny finalnej z wliczonymi wszelkimi niemożliwymi do uniknięcia opłatami już na samym początku rezerwacji. W Ryanair poszli nieco po rozum do głowy po prostu podwyższając stawki, w easyjet postanowiono zagrać z klientami w głupka.

Teraz wyjaśnienie o co chodzi. W chwili obecnej bilet na trasie Ateny - Berlin na 25.02 dla jednej osoby kosztuje €35,99. Przy rezerwacji dla trzech osób bilet kosztuje już €24,66 a dla pięciu €22,39. Skąd taki skok? Otóż sam goły bilet to koszt €19, kolejne €17 jest ukrytą w cenie opłatą transakcyjną. Jeśli zakup będzie dotyczył jednego biletu, jeden pasażer musi pokryć cały koszt, czyli €36. Jeśli zakup będzie dotyczył trzech pasażerów, dzielą oni koszt, przez co mamy €19 + (€17 / 3) = €19 + €5,66 = €24,66.
Różne ceny biletów w zależności od liczby pasażerów

Jeszcze większe zamieszanie wychodzi gdy na jednej rezerwacji chcemy kupić kilka lotów. easyjet zezwala na coś takiego poprzez przycisk Dodaj więcej lotów. Niestety jest spore ograniczenie - wszystkie rezerwacje muszą być na te same nazwiska. Ergo: do Aten lecimy we trójkę, okazyjnie z Krakowa do Hamburga na weekend chciałem lecieć sam. Plan więc upadł. Ale zwróćcie proszę uwagę na wredną ściemę ze strony easyjet, jakiej notabene dałem się uwieźć. Wybieram ten nieszczęsny odcinek Ateny - Berlin na 25.02 i klikam na sławetne Dodaj więcej lotów. Wyszukuję Kraków - Hamburg na 29-31.01. No kurczę, ceny piękne - 8PLN tam i 62PLN na powrocie. Czyżby tania ropa sprawiła że wracają czasy lotów za euro? Niestety, gdy zorientowałem się że nie jestem w stanie zmienić rezerwacji w taki sposób, aby do Hamburga lecieć samemu, propozycja z 70 sfinalizowała się dla mnie na poziomie 141 złotych - dwukrotnie więcej.

Okazało się bowiem, że dzielenie opłaty transakcyjnej dotyczy tylko pierwszego wyszukanego odcinka, ceny pozostałych w tym nie partycypują. Gdy z listy odcinków skasowałem Ateny - Berlin, wyskoczyło mi info o przeniesieniu opłaty, w cenach zrobiły się jakieś czary-mary i z lotów tak tanich że można by było polecieć choćby na piwo, otrzymałem stawkę nad którą już zacząłem się zastanawiać. Cóż, Unia nakazując wyświetlanie ceny końcowej chciała uratować mniej zorientowanych klientów przed różnymi gierkami głównie nisko-kosztowych przewoźników. Niestety w tym przypadku sprawy wzięły zupełnie inny obrót co zdecydowanie nie sprzyja budowaniu zaufania wobec marki. 

 Z pozostałych kwestii dotyczących rezerwowania u easyjet - mocno zaczyna mnie denerwować archaiczność ich strony internetowej (choćby data wybierana z rolety a nie przy użyciu kalendarza). Odnoszę wrażenie jak by brakowało im architekta systemu, który dbał by o najdrobniejsze szczegóły. W zamian tego nowe elementy są dodane aby były. Tu nagle wyskakuje mi jakieś okno z ofertami noclegowymi (nie najlepiej obrendowany silnik booking.com), tam trzecie zwrócenie uwagi że może jednak chciałbym kupić bagaż nadawany, ubezpieczenie albo wybór miejsca, następnie znów oferta booking.com, potem samochody aby w końcu przejść... na stronę zmuszającą mnie do zalogowania się lub stworzenia nowego konta klienta. OK, zatem przechodzimy przez cały proces przypominania hasła (w easyjet bilety kupuję raz na kilkanaście miesięcy) i wtedy owszem, moje dane kontaktowe są potwierdzone, niemniej muszę je jeszcze raz wpisać w sekcji pasażerskiej. A gdyby mi było mało klikania, to jeszcze obowiązkowo muszę wypełnić ankietę dającą znać linii z jakim typem pasażera mają do czynienia. Szkoda że nie ma opcji przyczyny podróży: aby zacząć was unikać następnym razem ;)

Tyle żali na temat easyjet. A jak sprawa wygląda u konkurencji? Cóż, Volotea na swojej wiecznie zwieszonej witrynie też reklamowała się biletami za €10. Warunkiem było jednak posiadanie konta supervolotea, które kosztuje - bagatela - €50 rocznie. W Vueling widzę bilet powrotny po €80, ale do tego dochodzi €10 opłat transakcyjnych (€5 na każdy odcinek) + €2,70 opłaty za płatność (ponad 3% intercharge!?). Wizzair ze swoimi  (w zasadzie zależnymi chyba od wielkości plam na słońcu lub widzimisię serwerowych chochlików) zmiennymi opłatami za priorytet, miejsce, kontami i kilkoma typami bagaży podręcznych oraz nadawanych to już kompletnie odleciał na inną planetę. Norwegian natomiast potrafi zdenerwować zmiennością rozkładów, gdzie niektóre regularne trasy, godziny i dni rejsów zmieniają niemal co dwa tygodnie. Co opiszę niedługo, w Airfrance nie opłaca się kupować biletów, ponieważ za te same rejsy kilkadziesiąt złotych taniej zapłaci się u pośredników. Natomiast bilet na rejs wykonywany samolotem CSA jest nieco droższy w samym CSA niż w powiązaną z nią umową Code share Air Europa.

niedziela, 1 listopada 2015

http://koszmarek.ryanair.com/ - subiektywna ocena nowej strony Ryanair

Zapewne część z Was zauważyła że Ryanair uruchomił ostatnio nową stronę internetową. Jest to kolejna zmiana wizerunkowa w ramach wprowadzonej ponad rok temu polityki całuski, cukiereczki, ciasteczka. Owszem, chwilę po jej ogłoszeniu ówczesna witryna zmieniła wygląd, ale nie ukrywajmy - próbowano nam wmówić piękną baletnicę, podczas gdy tak naprawdę to był ten sam potworek, tylko z nałożonymi wieloma warstwami pudru. Pastwiłem się nieco nad nim w jednym z ostatnich wpisów pokazujących dlaczego nie wierzę w zmianę przewoźnika. Tym razem wygląda jednak, że strona przeszła zmianę gruntowną, zarówno w wyglądzie, jak też funkcjonalności.

Mój pierwszy kontakt z witryną miał miejsce na telefonie - musieliśmy odprawić się na nadchodzący powrót z Macedonii. Pomyślałem sobie wtedy, że przewoźnik - zgodnie z zapowiedziami - wprowadza nową wersję strony mobilnej. Wprawdzie po ogłoszeniu zmiany wizerunkowej utworzono kilka wersji kompletnie niewspółgrających ze sobą aplikacji mobilnych, które były wyłącznie uproszczoną wyglądowo stroną internetową (dało się ją wczytać z poziomu przeglądarki na zwykłym komputerze i zrobić zakup biletów w aplikacji), ale jakiś czas temu zapowiadano normalizację tego kanału dystrybucji włącznie z wypuszczeniem wersji finalnej.

Że przewoźnik wprowadza zmiany, to dobrze. Tylko czemu robi to w sposób nieprzemyślany, to już całkowicie nie wiem. Wejście na stronę główną przewoźnika przekierowuje nas na witrynę, która prawdopodobnie jest w trakcie beta testów (https://beta.ryanair.com/pl/pl/). Zgodzę się z tym określeniem pod warunkiem że pominiemy jego drugi człon. Jest bowiem niemożliwym, aby ktokolwiek zgodził się na wypuszczenie aplikacji z takim mnóstwem niedociągnięć i kwintesencją zaprzeczenia user friendly :D 

No bo tak. Próbuję się odprawić. Oczywiście nigdy nie pamiętam numeru rezerwacji, więc wybieram opcję Dane lotu, gdzie podaję trasę, datę i mail na jaki została dokonana rezerwacja. Wpisałem dane, klikam dalej - błąd. Sprawdzam. Literówki w mailu nie ma, lotniska zaznaczone (sprawdzone kilkukrotnie, ponieważ autowypełniacze umożliwiające wpisanie kilku pierwszych liter miasta niekoniecznie działają tak jak tego chcemy), pewnie więc chodzi o datę. Zwłaszcza że podczas wyjazdu pamięta się dni tygodnia (sławne jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii) a nie numeryczną datę. No ale w końcu odkopałem potwierdzenie rezerwacji i okazało się że dzień jest poprawny. 24 października. Hm... dopiero po trzech minutach zorientowałem się że wskazany dzień to nie sobota lecz piątek. Que??? Mhm... bo kalendarz w sposób domyślny zaznaczył dzisiejszy dzień miesiąca, tylko że w 2014 roku. Brawo, próbowałem znaleźć rezerwację na 24 października zeszłej jesieni. Taki psikus. Albo psikuta's ;) 

OK, odprawiamy się. Podaję kraj urodzenia. Hm... tym razem bez autowypełniacza, trzeba samemu znaleźć na liście wszystkich krajów świata. Drapię więc tym palcem po ekranie aby zjechać pod P. Peru, Portoryko, Republika Dominikańska ... Polski, Pitcairn i Polinezji Francuskiej brak... Da fcuk man??!! Aaaa.... kraje podzielone są na grupy. Pierwszą z nich są kraje spoza UE, a drugą (dla zmylenia przeciwnika umiejscowioną na końcu listy) kraje Unii Europejskiej. Yapiiiii ;) 

No to pozostało wpisać datę urodzenia. I tu znów psikus. Domyślna zaznaczona data to 1895 rok :D Dobrze że unifikacja w Ryanair nie istnieje. Przy wyborze daty rejsu jedno przesunięcie na ekranie telefonu zmieniało ją o miesiąc do przodu lub do tyłu. Tutaj miałem mechanizm podobny do szyfru w kłódce, więc mogłem szybko przesunąć się o prawie sto lat. Jestem wytrwały, ale jeśli jednak miałbym wykonać ponad 1000 ruchów aby po miesiącu przesunąć się na rok 1982 to chyba wybrałbym opcję podróży pieszej ;) 

Yeah, wychlastany po twarzy tym dziełem sztuki w kategorii user friendly dotarłem w końcu do karty pokładowej. Hihi, polskie znaki diakrytyczne wysypały wydruk. Cóż, w dowodzie mam Łukasz, na karcie: kilka_krzaczków + ukasz ;) Oraz adnotacja, że ta karta jest jedynie plikiem do wydruku i jeśli chcę przejść przez bramkę przy użyciu telefonu, to muszę zrobić to w aplikacji mobilnej. Bzdura, kod kreskowy został normalnie sczytany i na lotnisku nikt nie robił problemów. Tylko Tęga Zocha przy security w Bergamo kręciła nosem widząc nowy wzór karty pokładowej, który musiała skonsultować z kilkoma kolegami. Na szczęście gremium dyskusyjne wykonkludowało że chyba powinniśmy być jednak przepuszczeni na lotniskowy airside.

Kolejny kontakt z beta-koszmarkiem miał miejsce wczoraj, gdy pokusiłem się na fajną cenę lotów do Aten. Tutaj okazało się, że cały ruch (także z komputerów stacjonarnych) został przekierowany na nową stronę. Bosz... bezkres braku optymalności mnie przeraził. Nie ukrywam że dysponuję dość słabym jak na dzisiejsze standardy komputerem (kupionym jakieś trzy lata temu), dlatego wczytanie witryny głównej zajmowało kilka sekund. Szybki podgląd w bebechy i mam powód - witryna pobiera ponad 100 różnych plików o łącznej wielkości ponad 3 MB, w tym ponad 38 plików ze skryptami (strona nie ruszy dopóki nie zostaną wczytane wszystkie z nich). Całkowity czas potrzebny do pobrania i wczytania wszystkich plików - 47 sekund - przy łączu 1GB/s. Czas wczytywania strony (od zera do samego końca grafik itp.) - 67 sekund. Demon prędkości :D 

Ale ok, w końcu odpaliłem witrynę główną, przystępuję do wyszukania rejsów. W polu lotniska odlotu wpisuję ATH (brawo - dalej działają pełne kody IATA lotnisk), w polu przylotów klikam na Grecję i widzę Chanię, Rodos, Saloniki i Santorini. Wybieram krajówkę na Chalkidiki, klikam Lećmy... i cisza... Po jakimś czasie strona zareagowała a moim oczom ukazało się 8 kursów wykonywanych wskazanego dnia. Ale dobra, zobaczmy godziny innych krajówek, więc klikam Modyfikuj podróż, w polu przylotów zaznaczam Grecję a tam widzę... tylko Chanię na Krecie. Jakoś przypomniało mi się w tym momencie sławetne nagranie Tomasza Lisa w trakcie przygotowywania do kolejnego wydania Faktów materiału o Zbuczynie. Zwłaszcza wypowiedź Skąd ci biedni ludzie mają qwa to zrozumieć, skoro ja nic z tego nie rozumiem.

Dobra, a teraz na poważnie. Ryanair jakoś zawsze słabo wypadał w internetowym kanale sprzedaży. Strony były nieoptymalne, brzydkie, utrudniające proces zakupu a po wprowadzeniu polityki całuski, cukiereczki, ciasteczka szybkie zmiany wydawały się być zerżnięte od konkurencji. Ktoś nawet zauważył że ikony są łudząco podobne do tych na stronie Vueling. Kiedyś CEO przewoźnika chwalił się, że stronę za psie grosze napisało im kilku studentów. Może to i prawda, co by potwierdzała wieloletnia toporność systemu sprzedażowego z kilkoma od wieków znanymi błędami. A kolejne zmiany systemu przypominały wyłożenie dywanu na śmierdzącej psią kupą podłodze. I tak do momentu kiedy i na tym dywanie nie pojawi się sporo innych odchodów ;) 

Aktualny beta-koszmarek wydaje się być zupełnie nowym podejściem do internetowego kanału sprzedaży, gdzie nie tylko zmieniono jego wygląd, ale także całe podejście do rezerwacji. W kwestii wyglądu - całość jest schludna i po prostu wreszcie ładna.W kwestii użyteczności - rezerwację w całości dokonuje się na czterech stronach. Wszelkie dodatki (bagaże, transfery, samochody) zgromadzono w jednej karcie. Aby przejść do kolejnego kroku nie trzeba przewijać w dół niekończącą się stronę z ofertami samochodów, tylko wystarczy kliknąć przycisk na samej górze. Kroki opisane są przyjaznym tekstem typu Jeszcze tylko kilka informacji i to wszystko.

Bardzo dużym plusem jest modyfikacja karty pokładowej do formatu zbliżonego jak u Vueling. Wydruk można złożyć na cztery części (wielkość portfela), na głównej stronie znajduje się wszystko co potrzebują służby lotniskowe, na odwrocie natomiast legenda co po kolei należy wykonać, łącznie z godzinowym zaznaczeniem o której godzinie otwierane jest stanowisko check-in, zamykana bramka, czy planowany przylot. Za to wszystko linia zdobywa ode mnie zasłużone brawa. Szkoda tylko wielkiego wizerunkowego fak-upu z powodu przedwczesnego wpuszczenia klientów w zasieki wersji beta - vide brak optymalizacji. Gdyby nie to, pokusiłbym się nawet o owację na stojąco.

środa, 7 października 2015

Atlantycki prztyczek w nos Ryanair

Ryanair będzie latał przez Atlantyk, a bilety będą zaczynać się już od 10 euro! Pamiętam czasy gdy taki news przetoczył się przez lotniczy światek. Zwłaszcza że były to czasy szalone, kiedy to Ryanair jednostronnie ustalał nowe reguły nisko-kosztowego latania, czym podbijał niemal całą Europę. Były to czasy, gdy fundusze z wyprzedawanych akcji pozwalały na ogromne - jak na tamte lata - zakupy samolotów oraz dumping cenowy w postaci biletów lotniczych za jeden grosz. Kto w takiej sytuacji nie uwierzyłby, że w tej szalonej głowie kilku Irlandczyków być może rzeczywiście pojawił się plan latania przez kałużę?

Wątek lotów przez ocean podtrzymywany był zapodawanymi co kilka miesięcy pojedynczymi wrzutkami. A to że będzie to nowy brand, a to że czekają na zmiany technologiczne dzięki czemu da się kupić tanie i oszczędne maszyny szerokokadłubowe, a to że już rozmawiają z małymi lotniskami po drugiej stronie i próbują to jakoś skleić z bazami w Europie. Jednak od pewnego czasu większość światka przestała wierzyć w ten projekt. A że pojawiał się on w mediach - cóż, Ryanair już dawno nauczyła się wykorzystywać media do zrobienia sobie reklamy. Temat to chodliwy, elektryzujący można by rzec, więc czemu by nie skorzystać z darmowej reklamy? No dobra, tylko przy aktualnej polityce całuski, cukiereczki, ciasteczka trzeba jeszcze jakoś ukryć dawną propozycję klasy beds & blowjobs... 

Jednak to co Ryanair zamknął w niespełnionych obietnicach, powoli zaczęło być realizowane przez jednego z największych rywali na rynku LCC w Europie. Rywala tym cięższego, że - podobnie jak Vueling - o dobrej reputacji i produkcie po który chętnie sięga również zamożny klient. Norwegian, to linia która od pewnego momentu mocno wychodzi poza Skandynawię i zdecydowanie nie chce się ograniczać do naszego kontynentu. Przez ostatnich kilka lat zaskakiwała mnie otwieraniem rejsów do Dubaju, potem na Spitsbergen aby w końcu buchnąć wskoczeniem na początek listy nabywców Dreamlinerów i uruchomieniem rejsów do Nowego Jorku i Bangkoku. A potem już z górki - cztery bazy w Hiszpanii, na Gatwick i dodanie swoich trzech groszy do ruchu UK-USA.

Plany solidnej ekspansji linii zostały jakiś czas temu potwierdzone największym europejskim zamówieniem na nowe samoloty. Chodziło o 22 Boeingi 737-800, 100 Boeingów 737 MAX 8 (oraz opcje na kolejne 100), plus 100 Airbusów A320neo i opcje na kolejne 50 maszyn.

W tym roku serwis Routesonline zauważył ciekawą właściwość, że Boeingi 737 MAX 8 będą w stanie realizować rejsy z Europy do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nic w tym dziwnego, ponieważ takowe odbywają się z kilku miejsc na naszym kontynencie. Jednak są one realizowane na specjalnie przygotowanych maszynach z rozbudowaną pod względem jakościowym i mieszczącą mniejszą liczbę pasażerów kabiną. 737 MAX może realizować te trasy z pełnym obciążeniem i konfiguracją, jaka będzie zaplanowana na normalne trasy po naszym kontynencie. Artykuł ten ujawnił również dalsze plany Norwegian, który od 2017 roku rejsy atlantyckie z Londynu miałby realizować właśnie przy użyciu tego typu samolotów, dzięki czemu Dreamlinery byłyby przesunięte na dalsze trasy.

Całkiem niedawno jednak świat lotniczy obiegła kolejna wiadomość dotycząca Norwegian. Mianowicie serwis Anna.aero napisał, że już w następnym roku linia uruchomi transatlantyckie połączenia między Cork a Boston a od 2017 również Cork - Nowy Jork. Co ważne, rejsy te mają być realizowane na pokładzie Boeingów 737-800.

Co mnie zaciekawiło w tej informacji to fakt, że taki samolot jest standardowym typem we flocie Ryanair. Rejsy te będą uruchomione z Cork, miasta w Irlandii, czyli Ryanairowskiej paszczy lwa do której bała się wejść jakakolwiek linia. Swego czasu pomiędzy Cork a Wielką Brytanią próbował latać easyjet. Jednak loty za euro plus zwiększenie częstotliwości rejsów w Ryanair skutecznie namówiło Brytyjczyków do wycofania się z Republiki. Podobna sytuacja miała miejsce gdy Irlandczycy postanowili przejąć trasy Wizz Air z Cork do Europy Środkowo-wschodniej (głównie do Polski). W tym przypadku po krótkiej walce również osiągnęli upragniony monopol. Odwaga Norwegian jest tym większa, że Cork jak dotąd nie widniał w ich siatce połączeń, a rejsy do USA mają być wykonywane na samolotach rejsowo oddelegowanych z Barcelony.

Oczywiście czasy lotów za złotówkę już się skończyły a i Norwegian nie należy do linii nad wyraz tanich. Jednak odważny ruch w Cork jest w mojej opinii swoistym prztyczkiem w nos Ryanair, który jak dotąd jedynie marketingowo gdybał. Zresztą gdybanie różnych nierealnych rzeczy wciąż bardzo dobrze wychodzi tej linii. Znów na łamach wspomnianego wcześniej Anna.aero pojawił się bowiem artykuł o niemieckiej ekspansji linii, która po gwałtownym wejściu do Kolonii i na lotnisko Schonefeld w Berlinie hipotetyzuje nad obecnością w Monachium. Jednak obok wyliczenia kilku błędów wypowiedzianych przez przedstawiciela przewoźnika (np. ogłaszanie uruchomienia już istniejących tras), najciekawsze zostawiono na sam koniec. Kenny Jacobs - Chief Marketing Officer linii - wspomniał bowiem o odbytych rozmowach z IAG/Aerlingus na temat możliwości feedowania połączeń transatlantyckich. Podobno analogiczne rozmowy odbywały się z Virgin Atlantic (Londyn Gatwick i Manchaster), TAP Portugal (Lizbona) oraz - tutaj niespodzianka - Norwegianem ;)

poniedziałek, 5 października 2015

Teraz albo nigdy

Podróże to wymysł cywilizacji. Kiedyś, były efektem przymusu - z powodu warunków pogodowych, głodu czy represji politycznych. W ewentualności potrzeby wynikającej z przekonań - czyt. pielgrzymi, lub rozkazu - wyprawy wojenne. Podróże takie jakie dziś znamy, są możliwe dzięki zdobyczom cywilizacyjnym. Dzięki przyspieszeniu tempa umożliwiającemu nawet trzydniowy wypad do Maroka, dzięki dobrobytowi finansowemu pozwalającemu za to wszystko zapłacić, dzięki przepływowi informacji pokroju przewodniki turystyczne, opinie internetowych znajomych, serwisy pozwalające na rezerwację miejsc noclegowych, oraz gps z pomocą którego na miejsce dostaniemy się bez żadnego błądzenia. Dziś podróże są formą stosunkowo prostego hobby, spędzania wolnego czasu. Służą rozrywce, karmieniu własnych zainteresowań i pasji, potrzebie spotkania się z bliskimi lub dalszymi sercu osobami. Jeśli obracasz się we względnie dobrze stojącym finansowo i rozwiniętym kulturowo towarzystwie, podróże nie są tam niczym nadzwyczajnym.

Jak we wstępniaku do komiksów o Asteriksie, tak samo tutaj można zadać pytanie czy podróżować można wszędzie? Otóż nie, istnieje bowiem taka mała osada galijska... OK, na poważnie. Nie można wszędzie, ponieważ nie wszystkie miejsca są na takim etapie rozwoju cywilizacyjnego, lub nie sprzyjają znanemu u nas dobrobytowi i cywilizacji. No bo... właśnie, polityka. Wiele osób za przepiękny kraj uznaje Rosję, a Moskwę czy Sankt Petersburg za miejsca tak samo godne odwiedzenia jak Rzym, Wenecja czy Paryż. Jednak szczerze wolałbym się teraz tam nie pojawiać z Polskim paszportem. OK, wiem, nagonka medialna zarówno z jednej jak i drugiej strony ma za zadanie szokować a nie opisywać aktualną rzeczywistość, jednak szczerze wielu z nas tej nagonce w jakiś sposób ulega i nie bez powodu nasze wzajemne postrzeganie jest aktualnie najgorsze od wielu dziesięcioleci.

Właściwy moment... Jakiś czas temu zostałem zarażony tematem Iranu. Miejsca, którego się bałem, nie znałem, nie rozumiałem i generalnie stanowiło spore wyzwanie dla mojego jestejstwa. Jest więc wstępny plan, aby bardzo niedługo wylądować na ziemiach tego rozległego kraju i stąpać po nich w trakcie nieco wydłużonego urlopu. Na szczęście z pomocą przychodzi tutaj postępujące odprężenie stosunków politycznych między Iranem a naszą częścią cywilizacji. Dzięki temu kilka spraw może będzie łatwiejszych, może na miejscu będzie nieco bezpieczniej. Może to tylko moje złudzenia, ale pozwalają one patrzyć na plan z większą ufnością niż jeszcze dwa lata temu. Może więc poczekać jeszcze dwa lata?

W tej kwestii mam spory problem. Sytuacja w Świecie arabskim i na całym Bliskim wschodzie jest bowiem piekielnie skomplikowana i dynamiczna. I nie chodzi tutaj tylko o kwestię tzw. państwa islamskiego, napięć między Izraelem a krajami muzułmańskimi, czy wybuchające co jakiś czas wiosny ludów (vide Egipt, czy nawet niepokoje wewnętrzne w Turcji i samym Iranie). Do tej już zagmatwanej sytuacji dochodzą spory sąsiedzkie - choćby rysująca się ale już bardzo zacięta rywalizacja pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem. Widać to w podejściu do Syrii i Jemenie, gdzie pomoc tych krajów jest skierowana bardziej przeciwko sobie niż dla wsparcia sojuszników. Widać to po ostatnich bardzo mocnych politycznych wypowiedziach strony Irańskiej w kontekście tragedii jaka miała miejsce podczas tegorocznego hadżdżu.

Smaczku całej sytuacji dodaje ostatnie zaangażowanie się na Bliskim wschodzie Rosji. Zwłaszcza że Państwo to pomimo agresywnej polityki wobec w zasadzie całego świata, próbuje swoje zaangażowanie reklamować jako element spajający. Początkowo twierdzili że są tylko aby doradzać, niby żeby tylko walczyć z tzw. państwem islamskim, ale jednak ich celem jest wspieranie politycznego, mimo wszystko, reżimu. Ciekawa jest w tej sytuacji reakcja Iranu, tradycyjnie sojusznika Rosji i Syrii, który niby z automatu popiera obecność Rosji (czyli wzmocnienie potępianej przez większość świata strony konfliktu a tym samym wydłużenie go w czasie) ale wypuszczając co jakiś czas informacje, że tego poparcia mimo wszystko nie ma.

Sam Iran to również ogromnie sam w sobie skomplikowany wątek. No bo tak, mamy ocieplenie stosunków politycznych z zachodem i przygotowania do polepszenia stosunków gospodarczych. Tylko że zmiana relacji od razu spotkała się z gwałtowną kontrreakcją zarówno piekielnie zaniepokojonego całą sytuacją Izraela jak też wspomnianej wcześniej Arabii Saudyjskiej, która nawet zapowiedziała rychły zakup technologii nuklearnej. Do tego poprawa stosunków poprawą stosunków, należy pamiętać też że Iran kilkukrotnie zobowiązywał się do przestrzegania podpisywanych umów, nierozwijania potencjału atomowego (lub tylko dla celów energetycznych) a potem i tak robił co chciał. Czy jest więc podstawa aby wierzyć że aktualne ocieplenie przyniesie jakieś realne zmiany? Czy nie będzie tak że w tym aktualnym wielkim dynamizmie za kilkanaście miesięcy władze w Iranie nie staną się nagle wrogiem numer jeden?

Cóż, Świat arabski jest dla nas czymś niezrozumiałym i strasznie skomplikowanym - pewnie dlatego tak wiele krajów boi się ostatniej fali emigrantów/uchodźców. Moja amatorska analiza geopolityczna zapewne kwalifikuje się gdzieś pomiędzy bajki a radosne widzimisię. Jednak nie ukrywam że w tej plątaninie niezrozumienia, niepewności i niejasności zauważam pewną lukę sprawiającą, że w mojej opinii najbliższe kilkanaście miesięcy daje najdogodniejszą od wielu lat możliwość odwiedzenia Iranu. Jeśli po tym czasie sytuacja będzie się poprawiać to tym lepiej. Jeśli jednak zacznie się pogarszać, to mam nadzieję że będzie to miało miejsce po ew. naszym tam wyjazdem. Podróże mają bowiem być pożywką dla myśli. Służą oglądaniu nieznanemu, poznawaniu rzeczywistości niewidzianej na co dzień. Miejsca kompletnie nieznane, co więcej, których obraz jest zakłamany przez medialny przekaz, to bodaj najlepszy cel na taką podróż, prawda?

Zatem teraz albo nigdy. Okres przyswajania się z tą myślą minął, czas zacząć przygotowania. Tylko tak sobie pomyślałem, że tych teraz albo nigdy jest wiele. Podróżując po kontynencie taka zasada obowiązuje podczas szukania biletów atrakcyjnych cenowo. Było OLT - latało się na krajówkach. Wizz Air otworzył Budapeszt, Islandię czy Skavstę - kombinowałem z tymi kierunkami, zanim usłyszy o nich za dużo osób i ceny będą wyższe. W Warszawie zaczęła się wojna cenowa o Paryż (LOT, Airfrance, Transavia, że o Beauvais Wizz Air nie wspomnę), to wiele osób woli za 200 złotych polecieć linią tradycyjną niż Ryanair z Modlina. Wizz Air permanentnie oferuje tanie loty do Norwegii - zacząłem wkręcać się w trekking i camping na łonie natury.

Jednak wszystko to co wymieniłem powyżej jest wewnątrz naszej cywilizacji zachodniej. Podczas łączenia kultur do zdania dochodzi też sytuacja geopolityczna. Iran in plus. Trzeba się też pospieszyć z Kubą. Nie ze względu na to że relacje mogą się pogorszyć. Wprost przeciwnie, ze względu na napływ nowych technologii i turystów którzy w ciągu kilku lat zadepczą ten mimo wszystko jeszcze skansen. Z podobnych względów trzeba się spieszyć z Tybetem. Oraz całą wschodnią Azją, która niestety po prostej zmierza w stronę jakiegoś tam konfliktu zbrojnego. Na jakiś czas na bok trzeba natomiast odłożyć Rosję, Egipt czy Turcję. Na szczęście w planach mam jeszcze jakieś 50 lat życia, więc jest nadzieja że każde miejsce nieosiągalne otrzyma swój status teraz albo nigdy :-)