niedziela, 15 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - spanie na lotnisku w Hawanie

Jednym z powodów dla których kupiliśmy akurat te bilety, były godziny rejsów. W drodze powrotnej z Hawany mieliśmy bowiem startować minuty po godzinie 6. rano, a z Mexico City do Europy nieco przed północą tego samego dnia. Czyli nie tylko mieliśmy okazję do zwiedzenia dodatkowego miejsca, co jeszcze zaliczaliśmy potencjalną oszczędność w postaci darmowej nocki na kubańskim lotnisku. Potencjalną, ponieważ mała ilość rzetelnych informacji, jak też kontrowersyjność Kuby, sprzyja pojawianiu się wielu nieprawdziwych plotek (czyt. problemy z dojazdem, zamykany terminal i niesympatyczna ochrona lotniska). Oszczędność jednak istotna, ponieważ - o czym wspomnę w jednym z kolejnych wpisów - nocleg w centrum Hawany może kosztować nawet 100 złotych.

Nocna tablica odlotów na lotnisku w Hawanie

Ostatecznie okazało się, że na lotnisku w Hawanie można spać. Terminal międzynarodowy jest bowiem otwarty non-stop. Niestety przez całą dobę odbywają się także operacje lotnicze, przez co kilkugodzinna drzemka raczej nie należy do najspokojniejszych. Dołączone zdjęcia pokazują, że nie ma żadnej szansy na spanie na dolnym piętrze - w hali przylotów. Takie tłumy są tam cały czas. Zwłaszcza, że procedura celna dla zwożących na wyspę mnóstwo importowanego towaru lokalsów, trwa całe wieki. Jeśli więc samolot z Mexico City wylądował chwilę przed północą, nie zdziwiłbym się, gdyby część przebywających na przylotach spotkała się z wyczekiwanymi pasażerami tego lotu dopiero o czwartej rano.

Hala przylotów na lotnisku w Hawanie - takie tłumy obecne są tam przez całą dobę

Dużo spokojniej, zarówno z powodu mniejszej ilości ludzi, jak też ogólnikowo większej przestrzeni, jest na piętrze odlotów. Niestety potwierdzają się tutaj wpisy w internecie - całe piętro jest piekielnie zimne. Warto jednak poszukać. W trakcie wędrówki po terminalu okazało się bowiem, że jego lewa strona była nieco cieplejsza. Jeśli chodzi o miejsca do siedzenia, jest ich bardzo niewiele. Nam udało się znaleźć rząd czterech siedzeń bez podłokietników. Mimo tego postanowiłem skorzystać z dmuchanego materaca i, obowiązkowo, śpiwora na zakres temperatur powyżej 10℃ (oczywiście przy wcześniejszym ubraniu się w nieco cieplejsze ciuchy). Bagaże trzymaliśmy na stojącym obok wózku, który dodatkowo przypięliśmy (metodą plątaniny) do naszego rzędu siedzeń. Kradzieży nie doświadczyliśmy, być może dlatego, że z dwie godziny spaliśmy obok kolejki do odprawy na lot Air France.

Stanowiska check-in na lotnisku w Hawanie

Górnego piętra raczej nie polecam. Znajduje się tam mała i przygnębiająca knajpka, z przesiadującymi wyłącznie lokalsami.  Nieco dalej znajduje się większa przestrzeń, nieznacznie cieplejsza i z mniejszą ilością światła. Niemniej przechadzając się po tamtych okolicach zostałem w niewybredny sposób wygoniony przez pracownicę, akurat wychodzącą z jednego z pomieszczeń.

sobota, 14 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - dojazd z lotniska do centrum Hawany

Lotnisko w Hawanie znajduje się około 25 kilometrów od jej starówki. Turystom zawsze poleca się skorzystanie z taksówki, której kurs kosztuje 20 Peso wymienialne. Cwaniakujący taksówkarze początkowo proponują cenę wyższą, jednak niemal od razu schodzą do jakby odgórnie ustalonej wartości. Odgórnie, ponieważ na moją propozycję niższej usłyszałem nawet bezceremonialne are you crazy?

Oficjalnie na lotnisko nie dojeżdża żadna komunikacja zbiorowa. Jednak wiele podróżnych zna trasę na najbliższy przystanek autobusu dojeżdżającego do centrum. Od terminala międzynarodowego dzieli go około trzykilometrowy odcinek wzdłuż niezbyt ruchliwej, nieoświetlonej drogi. Na Avenida Rancho Boyeros przed zjazdem z Calzada de Mazorra znajduje się przystanek autobusowy linii numer 1. Dojedziecie nim do Parku de la Fraternidad, czyli w okolice znajdującego się na styku Havana Vieja i Centrum Hawany Capitolu.

Przystanek autobusu miejskiego jadącego z lotniska do centrum Hawany

W sieci krąży wiele historii, że turyści nie mogą korzystać z komunikacji publicznej. Tą plotkę dementujemy przynajmniej w połowie. W połowie, ponieważ z jednej strony dwukrotnie skorzystaliśmy z autobusów i nikt przy wejściu nie wypytywał nas o znajomość hymnu, lub poezji Kubańskiej. Kierowca zazwyczaj jest bowiem spóźniony, pojazd zapchany a gdy ktoś wrzuca monetę przy wejściu, to nie należy się zastanawiać, tylko starać jak najszybciej dowieźć pasażerów na miejsce. Z drugiej jednak strony, nasze przejażdżki autobusowe odbywały się z akompaniamentem stosunkowo niewielkich plecaków podręcznych. Gdybyśmy próbowali wejść, będąc dodatkowo   obładowani naszymi  pięćdziesięciu-litrówkami, być może zakończyłoby się to porażką.

Bilet na komunikację zbiorową jest śmiesznie tani - nieco poniżej połowy Peso kubańskiego za osobę. Hm... tylko że trzeba płacić walutą lokalną a nie otrzymaną w kantorze wymienialną... Gdy idziecie więc prosto z lotniska, warto popytać miejscowych o zamianę Peso wymienialnego na miejscowe (większy wpis dotyczący zawiłości walutowych  już wkrótce). Warto przy tym wspomnieć, że jest to potrzebne na autobus (dla nie-ibero-języcznych para bus, lub para autobus wystarczy). Ostatecznie ktoś po prostu podaruje Wam jedno Peso. Wierzcie mi, nawet biorąc pod uwagę niski poziom zarobków statystycznego Kubańczyka, jedno Peso jest kwotą niewielką.

Tym samym dementujemy historie, że w komunikacji miejskiej turyści muszą posługiwać się Peso wymienialnym - czyli że jeśli kierowca Was wpuści, to zapłacicie ponad 25 razy więcej niż mieszkańcy wyspy. Wchodząc do autobusu za pierwszym razem, do ręki kontrolera (zawsze stoi w pierwszych drzwiach, przez które wchodzi się do pojazdu) włożyliśmy monetę 1 Peso kubańskie i zapytaliśmy się ogólnie rozpoznawalnym stwierdzeniem - OK? Kiwnięcie głową z jego strony było potwierdzeniem, że wszystko jest w porządku :-)

poniedziałek, 9 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - wymiana waluty

Kwestię pieniędzy dokładniej omówię nieco później. Tutaj tylko w skrócie powiem, że nie liczcie na możliwość płatności kartą, czy w walucie obcej. Po prostu trzeba dokonać wymiany. Na lotnisku w Hawanie znajdują się dwa kantory - w hali odlotów, oraz gdzieś na zewnątrz, na poziomie przylotów. Niestety, nawet 12 osobowa kolejka oznacza kilkadziesiąt minut wyczekiwania. Wiem, po trzech godzinach czekania na bagaż i załatwianiu formalności z jego opóźnieniem, każda minuta kłuje niczym chirurgiczna igła, wbijana pomiędzy żebra. Ale inaczej po prostu się nie da. Nie próbujcie też szalonego pomysłu z serii - wymienię €100, a resztę będę dobierał w miarę potrzeb na miejscu. Wymiana waluty w Hawanie też bowiem oznacza grubo ponad godzinę stania w kolejce. Kubańczycy nie pomogą Wam w tym, wychodzą z założenia, że pieniądze wymienia się w kantorze a nie u nich - nawet jeśli po lepszym kursie. Dlatego nabierzcie wiele cierpliwości, przygotujcie gruby plik banknotów wydawanych przez cały urlop i stójcie w tej #@$#^%@$ kolejce ;)

Kolejka przed kantorem CADECA w Hawanie
Wiem, że z przewidzeniem wydatków jest problem, zwłaszcza w kraju o nieznanych i różnorodnych cenach. Niemniej polecam grubo ociosać swoje prognozy na mniej więcej cały pobyt. Chodzi o to, że gdy po tygodniu będziecie już mniej więcej znać swoje dzienne wydatki i potrzeby, najpewniej będziecie wtedy w jakimś mniejszym miasteczku. Przebywający tam turyści też zazwyczaj mają już wymienioną walutę, więc kantory nie są obładowane aż tak horrendalnymi kolejkami. W taki sposób dobranie pieniędzy w Trinidadzie zajęło nam około 10 minut.

Kolejka przed kantorem w Trinidadzie
A i jeszcze jedno, na lotnisku można kupić wyłącznie Peso wymienialne. Dopiero w mieście można myśleć o jego krajowym odpowiedniku. Nie polecam również kupowania lokalnej waluty za Dolary amerykańskie. Nieco więcej na ten temat w kolejnych wpisach.

Pierwsze chwile na Kubie - problemy z bagażem

Odbiór bagażu
Po pozytywnym wstępie na lotnisku nadszedł czas na etap, w którym większość zasłyszanych historii niestety okazało się prawdą. Zatłoczony terminal międzynarodowy posiada bowiem tylko dwa pasy obsługujące wszystkie loty. Tłum ludzi, niski sufit, dym papierosowy dolatujący z pobliskich toalet (tak tak, można tam palić papierosy) i brak jakichkolwiek siedzeń, powodują szybki wzrost zdenerwowania. Zwłaszcza, że na bagaże po prostu się czeka... i czeka.... i czeka... Czasami pas się uruchomi i wyleci z niego kilka hm... Nie wiem jak to nazwać, ponieważ Kubańczycy nie używają ani plecaków, ani walizek. Ich bagaż to najczęściej jakieś wnętrze grubo owinięte pościelo-podobnym materiałem i następnie mocno otoczonym folią ochronną. Co ciekawe, część z nich przyjmuje postać kilkunastu-kilogramowej kuli, która zlatując z pasa jest w stanie powalić część oczekujących - niczym kręgle. Oprócz tego, na pasie pojawiało się mnóstwo dóbr importowanych. Przylatujący z Mexico City Kubańczycy, w głównej mierze przywozili bowiem telewizory, urządzenia elektroniczne, czy przede wszystkim części do motorów i samochodów. Musicie mi uwierzyć, ale naprawdę widziałem wyjeżdżające klucze naprawcze, części silników, akumulatory (opisane jako bomba acenite de carro), czy nawet wręcz zestawy opon samochodowych!

Oczywiście nie ma co liczyć na jakiekolwiek zorganizowanie. Bagaż co jakiś czas się pojawia, po czym nagle bez jakiejkolwiek informacji okazuje się, że część bagażu wyjeżdża na tym drugim pasie. A po blisko dwóch godzinach oczekiwania okazuje się, że więcej walizek z Mexico City już nie będzie, o czym oczywiście nikt nie jest łaskaw poinformować oczekujących.

Formalności związane z zagubionym/opóźnionym bagażem
I tutaj zaczynają się schody. Oczekiwanie do okienka lost luggage polega bowiem na staniu w tłumie, w którym pierwszeństwo przysługuje wciskającym się na siłę miejscowym. Gdy już przyjdzie czas na turystów, pani z piekielnie łamanym angielskim, pobiera niezbędne dane i - gdy jej się chce - udzieli oficjalnej informacji. My musieliśmy podać adres pobytu na Kubie (dlatego pierwszą noc warto mieć zarezerwowaną przez internet - o niuansach związanych z noclegami wspomnę później), adresy w Polsce, numery rezerwacji, wizy itd. Dowiedzieliśmy się, że nasz bagaż po prostu nie doleciał naszym samolotem, chociaż plecaki leżały na wózku stojącym pod samolotem w Mexico City. Co ciekawe, nie przyleciały bagaże kilkunastu osób, wśród których - oprócz pewnej dwójki - wszyscy byli polakami. Nie o narodowość jednak tutaj chodzi, co - jak podejrzewam - o to, że wszystkimi lostami były plecaki. Walizka jednej z polek doleciała :-) 

Warto pamiętać, że w takiej sytuacji chroni nas prawo międzynarodowe, jak też regulacje europejskie. Zgodnie z nimi, obowiązkiem linii lotniczej jest jak najszybsze dostarczenie bagażu pod wskazany adres. Czyli oficjalnie powiedziano nam, że plecaki przylecą wieczorną rotacją, co finalnie jednak nie miało miejsca. Koniec końców znalazły się one na wyspie z dobowym opóźnieniem a w hotelu otrzymaliśmy je następne 24 godziny później.

Co istotne, w takiej sytuacji obowiązkiem linii lotniczej jest zwrot wszelkich kosztów (do kwoty około €1200) związanych ze skutkami opóźnienia. W naszym konkretnym przypadku, są to wszelkie koszty zakupu ciuchów, kosmetyków itp. Tutaj nie ma co się szczypać, po prostu należy iść do jakiegokolwiek sklepu i każdy zakup potwierdzać stosownym paragonem. Jak podejrzewam, nie chodzi tutaj o sklep wytwornych marek, ponieważ odszkodowanie przysługuje do pewnej sumy. Zresztą, na Kubie dobrze będzie, jeśli uda się kupić cokolwiek, ale o tym w późniejszych odcinkach.

Od siebie tylko dodam, że w trakcie procedury reklamacji, Aeroméxico poprosiło o niemal wszystkie świstki z cyframi: numer rezerwacji, numer biletu (e-ticket), numer taga bagażowego (tej naklejki umieszczanej na walizce - dlatego nie warto jej wyrzucać), skan naklejki potwierdzającej nadanie bagażu i numer zgłoszenia zaginięcia bagażu. Takie rzeczy się gubią, dlatego proponuję profilaktycznie od razu robić ich zdjęcia. Zwłaszcza formularz zgłoszenia zaginięcia bagażu, który musieliśmy później oddać przywożącemu nasze plecaki taksówkarzowi, jako potwierdzenie odbioru. Stanowcze zwrócenie uwagi, że takie potwierdzenie zostało nam zabrane i nie zostaliśmy poinformowani o przysługujących nam prawach (w tym w ogóle o zwrocie kosztów za niezbędne zakupy) spowodowały, że linia nie robiła nam już żadnych problemów. Nieco później przyszło potwierdzenie, że zostało nam przyznane odszkodowanie w wysokości $100 (wnioskowaliśmy o około $80).

Była to nasza pierwsza przygoda z niedostarczonym bagażem, dlatego po drodze popełniliśmy wiele błędów. Niektórych sytuacji nie dało się jednak rozwiązać inaczej, czego przykładem jest, kolokwialnie rzecz ujmując, wywalenie się nam planu już na samym początku podróży. Nie wiedzieliśmy bowiem kiedy bagaż zostanie nam dostarczony do hotelu, dlatego też na wszelki wypadek o jeden dzień przedłużyliśmy nasz pobyt w Hawanie. W wersji pesymistycznej stwierdziliśmy, że bagaż odbierzemy w połowie urlopu, po drodze z Viñales do Cienfuegos. Dlatego w przypadku objazdówki polecam rezerwację noclegu w tym samym miejscu na początek i na koniec podróży. Miejsce to staje się bowiem naturalną bazą na wyspie. A przytoczę tylko opowieść naszego hosta z Hawany, który wspominał, że opóźniony bagaż jest czymś wielce naturalnym - przede wszystkim w kościelnym okresie świątecznym. Jeden Rosjanin po dwóch dniach bezowocnego czekania, w końcu udał się w dalszą podróż na Jamajkę. Gdy po ponad dwóch tygodniach powrócił do Hawany okazało się, że swój bagaż zobaczy dopiero na lotnisku w Moskwie. Tak więc, przygotujcie się, już lotnisko może się bowiem stać pierwszym kontaktem z surowymi zasadami tego dziwnego dla nas świata ;)

Kradzieże na lotnisku w Hawanie
Jeśli jesteście po lekturze kilku blogowych reportaży z Kuby, być może natknęliście się na informacje o kradzieżach. My odnieśliśmy wrażenie, jakoby nie tyle kradzieże, co przeszukiwanie bagażów było niemal plagą. Znikają podobno głównie markowe ciuchy. Być może dlatego wszystkie funkcjonariuszki służb lotniskowych chodziły w wytwornych pończochach/rajstopach, dostępności których raczej nie spodziewałbym się na wyspie. Ktoś nawet wspomniał kiedyś, że po powrocie z wyspy w swoim bagażu znalazł jabłko. Wtedy postanowił zrobić rachunek sumienia i wyszło na to, że z walizki zniknęła... para używanych majtów ;)

Niestety ciężko jest mówić o zabezpieczeniu plecaków przed kradzieżą, jeśli nie bierze się pod uwagę szczelnego owinięcia folią zabezpieczającą. My jednak poczyniliśmy pewne środki ostrożności w postaci popularnych tyrtytek - plastikowych zaczepów. Kilka z nich założyliśmy w taki sposób, że niemożliwym było otwarcie plecaka bez ich rozerwania. Oczywiście zapięcie można podważać nożem itd., jednak mieliśmy nadzieję, że to głupie i bardzo wizualne zabezpieczenie spowoduje, że komuś po prostu nie będzie się chciało dobierać do akurat naszego plecaka.

Koniec końców, Dorota padła ofiarą drobnej kradzieży. Gdy otwierała dostarczone przez taksówkarza plecaki, zauważyła że układ rzeczy w środku jest nieco inny, niż oryginalnie. Tak, jakby ktoś włożył do środka rękę i próbował znaleźć coś na ślepo. Ostatecznie znalazł opakowanie z mieszanką orzechów. Dobrze, że tylko tyle :-)

Bardziej obawiałem się jednak drogi powrotnej, ponieważ procedura zgłaszania kradzieży z zagranicy jest utrudniona, zatem zachęcająca potencjalnych złodziejaszków. Na szczęście w sposób oględny w Mexico City - a w sposób całkowity w Amsterdamie - stwierdziliśmy, że nic nam nie zginęło :-)

piątek, 6 października 2017

Pierwsze chwile na Kubie - Formalności wizowe w Hawanie

Pamiętam, że pierwsze chwile na Kubie były dla mnie weryfikacją mnóstwa domysłów. No bo przecież jesteśmy turystami z drugiego końca świata, z tego gorszego - kapitalistycznego - końca świata. No bo tam będzie bieda, negatywne nastawienie do naszych wartości, zacofanie itp. No bo nas nie lubią, więc niczym z filmów z lat 70. pewnie będą trzepać bagaże do najdrobniejszych klamocików, co będzie zajmowało nieskończenie dużo czasu... Muszę jednak przyznać, że największą rolę zagrała tutaj moja wyobraźnia, wsparta niewiedzą dotyczącą tamtejszej sytuacji i brakiem doświadczenia z podróży dalekodystansowych. W rzeczywistości bowiem do czasu odbioru bagażu wszystkie procedury sprawiały najmniej problemów i zajmowały najmniej czasu, z wszystkich krajów wizowych, do jakich miałem okazję przybywać.

Hawana posiada stosunkowo niewielkie lotnisko, dlatego nawet trzy okienka graniczne obsadzone powolnie pracującymi urzędnikami, powodowały mniejszą kolejkę, niż np. w Maroku. Procedura wizowa przypomina przekraczanie strefy Schengen na terytorium Europy. Czyli bezstresowe przejrzenie wypełnionej karty in-blanco (pisałem o niej we wpisie dot. wyrabiania wizy), wbicie pieczątki do paszportu i powitanie na wyspie. Jeszcze przed odbiorem bagażu mijaliśmy coś w rodzaju stanowisk medycznych (stoliki z trzema krzesełkami obsadzonymi paniami w medycznych strojach), które z tłumu wyłapywały osoby o kubańskich rysach twarzy. Nami w ogóle nie były zainteresowane. Dobrze, bo nie tylko zapasy żywności z bagażu nadawanego, ale także schowane w podręcznym kabanosy, batony czy mieszanka orzechów, będą nam służyć za backup do czasu pierwszego ciepłego posiłku :-)

czwartek, 5 października 2017

Przygotowania do Kuby - elektronika i komunikacja

Prąd
Uniwersalny adapter podróżny - źródło: www.tim.pl
Wątek prądu na Kubie dostarcza nieco problemów początkującym globtroterom. Oprócz tego że obowiązuje tam inny system wtyczek, to w wersji podstawowej prąd jest tam serwowany o napięciu 110V. Czyli w skrócie - system taki sam, jak w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o wtyczki - mały problem. Podstawową przejściówkę można kupić za 5zł. Jeśli chodzi o napięcie, to sposób ten rozbija się na kilka wątków. Po pierwsze - trzeba sprawdzić informację na wszystkich zabieranych ze sobą urządzeniach elektrycznych. Na specjalnej etykiecie powinna widnieć wartość akceptowanego napięcia. W większości przypadków (nasze ładowarki do telefonów, aparatu, powerbank czy suszarka do włosów) działają one w zakresie 110-230 wolt. Jeśli nie, w większości miejsc turystycznych, a w naszym przypadku w każdym z noclegów, dostępne są sieci o napięciu podstawowym, oraz preferowanym przez nasze urządzenia - 220V. Zazwyczaj informacja o napięciu znajduje się tuż obok gniazdka. Jeśli jednak czujemy taką potrzebę, przed wyjazdem można się zaopatrzyć w podróżny adapter zasilania. W wersji podstawowej - ze 110V na 230V, kosztuje około 20 złotych. W wersji ultra-rozwiniętej, która pozwala na wpięcie się w jeden z kilku systemów i wyjście zgodne z kilkunastoma innymi systemami (łącznie do zastosowania w około 150 krajach) takie urządzenie kosztuje 80 złotych.

Internet, telefon i kontakt ze światem
Wokół tego wątku narodziło się dotychczas wiele legend. Generalnie w dużej mierze już nieaktualnych, ponieważ sytuacja w kraju zmienia się bardzo dynamicznie. W kwestii dostępu do telefonii bezprzewodowej - nie ma z tym żadnego problemu. Kubańczycy może nie korzystają z komórek tak często, może w większości dysponują starymi modelami aparatów, jednak sieci mobilne są dla nich tak samo powszednie, jak u nas. Dotyczy to zarówno miast, jak też terenów pozamiejskich.

Jeśli chodzi o kwestie roamingu, to również nie ma z tym najmniejszego problemu. Zarówno Dorota, jak też ja, otrzymywaliśmy i wysyłaliśmy smsy do Polski. Nie jestem tylko w stanie ustalić czasu podróży takiej wiadomości po sieciach całego świata, jednak komunikacja jakaś była :-)

Natomiast kwestia internetu, to już historia sama w sobie. Jeśli przechodząc przez miasto spotkasz na jakimś placu tłoczących się localsów i turystów, wpatrzonych w swoje smartphone-y, oznacza to, że przechodzisz przez miejsce działania sieci :-) Dostęp do niej uzyskuje się za pomocą kodów i rozliczany jest minutowo. Kartę z kodem można kupić w punktach ETECSA, które również łatwo rozpoznać, poprzez ciągnące się do nich kolejki. Oczywiście jakość oferowanego połączenia pozostawia wiele do życzenia. Host goszczący nas w Hawanie opowiadał, że o godzinie 4. rano (akurat przechodził koło jednego z punktów, ponieważ odbierał przyjeżdżającą w odwiedziny matkę), w pięć minut był w stanie ogarnąć całą niezbędną korespondencję. Zrobienie tego samego w czasie największego oblężenia tego punktu zajęłoby mu nawet pół godziny ;)

Poza ETECSA można szukać szczęścia w niezabezpieczonych sieciach prywatnych. Natrafiliśmy na kilka takich w Trinidadzie. Do większości nawet nie udało nam się wbić. Jednak w dwóch przypadkach byliśmy w stanie się podłączyć, a kilka minut po kliknięciu wyślij, napisane maile znalazły się w katalogu wysłane. W Hawanie udało nam się też trafić do restauracji, która oferowała połączenie z internetem. Jednak Kubańczycy zdecydowanie nie są przyzwyczajeni do korzystania z takiej oferty, gdyż skombinowanie dla nas hasła zajęło kelnerom dobre 20 minut. Prędkość samej sieci była porównywalna do tej w Trinidadzie ;)

Dlatego wyjazd na Kubę polecam traktować jako challengowanie swojego stylu życia. Przed podróżą ostrzegłem swoich bliskich, że, w najgorszym wypadku, przez dwa i pół tygodnia nie będzie ze mną żadnego kontaktu. Powiedziałem sobie również, że postaram się żyć bez dostępu do sieci, najnowszych informacji, kontaktu z bliskimi. Szczerze, udało się to bez najmniejszego problemu. I jakoś niespecjalnie czułem potrzebę gapienia się w telefon.

Co ciekawe, na wyspie nie ma problemu z dostępnością usług największych amerykańskich firm. Dorota komunikowała się przez chwilę za pośrednictwem messengera na facebooku, ja natomiast wysyłałem maile przy użyciu Gmail.

Przygotowania do Kuby - wizy


Wjazd na Kubę obarczony jest niezbędnymi formalnościami wizowymi. Republika Kuby posiada w Warszawie swoją ambasadę przy ulicy Domaniewskiej, w tzw. Mordorze (obszar opanowany przez biurowce). Jednak ogarniając sprawy przedwyjazdowe kilkukrotnie spotkaliśmy się z informacjami, że formalności wizowe można załatwić jedynie przez dwa dni w tygodniu, w jakimś beznadziejnym okienku czasowym. A to tylko w sytuacji, gdy akurat znudzonej pani okienkowej chce się pracować.

Dlatego bez większego zastanowienia postanowiliśmy spróbować obejścia. Było nim biuro turystyczne Sigma Travel, które za cenę 100 złotych od osoby, w zasadzie od ręki było w stanie załatwić wizę in blanco. No dobrze, może nie tak dosłownie od ręki, ponieważ podczas pierwszej wizyty biuro dysponowało tylko jednym dokumentem. Jednak dwa dni później już każdy z nas posiadał swój dokument.

Przyznam szczerze, że trochę dziwnym było dla mnie, aby tak restrykcyjny kraj wydawał/akceptował wizy wypełnione odręcznie przez wjeżdżającą osobę. Jednak jak się kilkukrotnie później przekonałem, różnica między domysłami a tamtejszym życiem potrafiła czasami mocno zaskakiwać. Ostatecznie okazało się, że żadnych problemów przy przekraczaniu granicy nie mieliśmy. Nie trzeba było składać żadnych deklaracji przewozowych, nikt nie trzepał nam bagażu ani nie prześwietlał naszego paszportu. Ale dokładniej o tym w jednym z kolejnych wpisów.