środa, 18 października 2017

Kubańska codzienność - transport

Kuba pod względem dróg jest ewenementem na skalę światową. Jest to bowiem jedyny kraj, gdzie wszystkie przejazdy kolejowe - także te przecinające tzw. autostradę - są niestrzeżone. I tak, każdy samochód na autostradzie zwalnia do zera, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie jedzie pociąg. Jest to jedyny kraj na świecie, gdzie ta tzw. autopista posiada osobny pas dla ruchu rowerowego, traktorowego, konnego, czy zaprzęgów wołowych. I tak, widzieliśmy takie w trakcie naszej podróży! Chociaż jest ona tak nazwana, to parametrów autostrady oczywiście nie spełnia. Owszem, czasami jest szeroka na 4 pasy - oczywiście niewymalowane, ale jej jakość pozostawia wiele do życzenia. Kierowcy wiedzą, że w danym miejscu muszą jechać przez 300 metrów po lewej stronie, ponieważ wszędzie indziej, może nie zgubią zawieszenia, ale jazda tam będzie niekomfortowa. Nie zdziwcie się też, jeśli w którymś miejscu przez autostradę będą przechodzić piesi. Zwłaszcza pod wiaduktami przecinających dróg, które są naturalnymi przystankami transportu dla Kubańczyków. Warunki więc nie sprzyjają do szybkiej jazdy, chociaż szczerze, przy tamtejszych samochodach, więcej niż 110 kilometrów na godzinę się raczej nie ujedzie. A droga nazywa się autopistą, ponieważ według planów ma przecinać wyspę wzdłuż - od Pinar del Rio, przez Hawanę, Camaguey, po Santiago de Cuba i Guantanamo. Na niektórych odcinkach ta droga jeszcze nie istnieje, ale chociaż powolnie, to plan jednak jest realizowany.

Autostrada na Kubie (pomiędzy Hawaną a Pinar del Rio)
Rowerzyści na autostradzie na Kubie
Oczywiście autostrada wyznacznikiem jakości wszystkich dróg nie jest. A w regionach bywa różnie. Po drodze z Ogrodu Botanicznego w Cienfuegos do plaży Playa Rancho Luna przejeżdżaliśmy po nowiutkim odcinku. Na wysokości gór Escambray (droga z Cienfuegos do Trinidad) znajduje się kilka odcinków, które nieustannie pokonywane są przez kraby. Niestety, zwierzaczki przegrywają z kołami samochodów (chociaż w trakcie jazdy szczypce niby są w stanie uszkodzić oponę), a podobno czasami jest ich tam tak dużo, że jezdnia zmienia się w czerwony dywan. Nie potwierdzamy tego osobiście, chociaż faktem jest, że w drodze powrotnej było mnóstwo szczątków, ku radości padlinożernego ptactwa. Kolejnym ciekawym przypadkiem była droga z Viñales do Playa de Cayo Jutias. Za miastem Santa Lucia droga była szeroka, niemniej tak dziurawa, że wszystkie samochody z kolumny wolały jazdę po kamienistym poboczu. Zarówno po lewej, jak też po prawej skrajni. Z opowieści Product Owner w mojej byłej pracy wynika, że podobnie złej jakości są też drogi na wschodnim wybrzeżu wyspy. Według jej relacji 40 km/h było dla nich maksymalną prędkością, jaką mogli osiągnąć na ponad stukilometrowym odcinku.

Ostatni odcinek na Playa de Cayo Jutias
Dodam jeszcze ciekawostkę, że do wspomnianej wcześniej plaży Cayo Jutias jechaliśmy trzyrzędowym samochodem - z kierowcą była nas w sumie dziewiątka. Za Santa Lucią zatrzymaliśmy się przy oczekujących dwóch miejscowych, po czym jeden z nich wsiadł do bagażnika i w taki sposób (również przez te kamieniste pobocza) jechaliśmy jakieś 15 kilometrów. Zatem kwestię transportu na Kubie podsumuję jednym stwierdzeniem - tylko dla doświadczonych kierowców.

Transport miejski w Cienfuegos

Transport - ten oficjalny
Ponieważ Kuba leży daleko i loty na nią są stosunkowo drogie, taki wypad nie jest wyskokiem na kilka dni. Tym samym ciężko jest oczekiwać, żeby ktokolwiek przez ponad tydzień został w jednym i tym samym mieście, nieważnie czy jest to Hawana, czy Varadero. Zresztą. głupotą byłoby nie zobaczyć tych fajniejszych, czy wzbudzających tylko wzrok politowania atrakcji kraju. Trzeba więc pomyśleć o transporcie pomiędzy miastami.

Najszybszym jest oczywiście transport lotniczy. Tak, na Kubie taki jest ;) Lokalna linia, Cubana de Aviacion oferuje rejsy na trasach krajowych pomiędzy Hawaną a m.in. Baracoa, Camagüey, Cienfuegos, Guantánamo, Holguíni Santiago de Cuba. Planując lot tą linią, warto zwrócić uwagę na to, jaką maszyną będzie wykonywany dany rejs. Lot o tej samej godzinie może być bowiem operowany na małym ATR (na około 40 pasażerów) jednego i standardowym w Europie Airbusem A320 (do 180 miejsc na pokładzie) dnia następnego. Ciekawostką są niektóre rejsy realizowane na pokładzie Antonov-158.

Koniec końców my nie korzystaliśmy z usług lotniczych. Niemniej jeśli myślicie o takiej opcji, polecam dokładnie zbadać temat przed ostateczną decyzją. Obiło mi się bowiem kilka opinii o ciężkości z rezerwacją biletu, opłatami itp. Ponieważ lotnisko jest dość daleko od centrum Hawany (godzina jazdy + duży koszt w przypadku podróży taksówką), najlepszą opcją by było, gdyby lot krajowy odbywał się chwilę po wylądowaniu, lub chwilę przed powrotem do Polski. Niemniej widząc to, co działo się podczas naszego przylotu do Hawany, zdecydowanie nie polecam aby, jeśli loty nie są na jednym bilecie, pomiędzy poszczególnymi odcinkami była przerwa mniejsza, niż 6-8 godzin. A to już powoduje, że lotnicza hopka raczej niekoniecznie jest opcją najszybszą.

Kuba jest jedynym karaibskim krajem, który oferuje podróż koleją naziemną. Państwowa firma Ferrocarriles de Cuba w ramach połączeń krajowych i regionalnych oferuje trasy do takich miast, jak Pinar del Río, Hawana, Cienfuegos, Santa Clara, Sancti  Spiritus, Camagüey, Manzanillo, Holguín, Guantánamo, czy Santiago de Cuba. Niestety nie jestem w stanie przekazać więcej informacji na ten temat, ponieważ problemy ze znalezieniem rozkładów i rzeczowych informacji o biletach sprawiły, że dość szybko przekierowaliśmy większą uwagę na transport drogowy.

Ostatnią formą oficjalną są autobusy. Przeglądając internet dość ciekawie wygląda tutaj oferta firmy Viazul. Kursy odbywają się codziennie. Wprawdzie głównie w godzinach porannych (co wytłumaczę w następnym rozdziale), przez co niemożliwe są kilkugodzinne postoje w jakimś mniej ciekawym mieście, aby do celu dotrzeć wieczorem, następnym kursem. Niestety przy autokarach do czynienia mamy z dwoma szkopułami. Pierwszy z nich, to proces kupna. Dorota wspominała, że rezerwacja internetowa jest tylko rezerwacją. Wcale  nie oznacza to, że zarezerwowany bilet ostatecznie dostaniemy, a proces upominania się o niego, oznacza wystanie się w długiej kolejce na stacji autobusowej, kilka godzin przed planowanym odjazdem. Nie wiem ile w tym prawdy a ile turystycznej legendy. Niemniej z pewnością zgodzę się z drugim szkopułem - oferta miejsc jest zdecydowanie mniejsza niż liczba chętnych. Choćby we wspomnianym wcześniej Viñales, stosunkowo duże zapełnienie oferuje każdy z niemal 4000 Casa Particulares. Mimo to, z Hawany do Viñales (najczęstsza trasa) kursuje bodaj raptem 3-5 autobusów dziennie.

Żeby była jasność, osoby zagraniczne mogą korzystać wyłącznie z transportu turystycznego. Jest to rozwiązanie najwygodniejsze, jak również najszybsze. Poznana któregoś dnia Niemka opowiadała nam o swoich przygodach z transportem dla zwykłych Kubańczyków. Najpierw trzeba około całego dnia szukać informacji gdzie znajduje się punkt zbiórki pasażerów. Zazwyczaj jest on gdzieś na peryferiach miasta, gdzie należy się udać i cierpliwie czekać na jadący bez żadnego rozkładu pojazd. Nie bez powodu użyłem tego słowa, ponieważ zdjęcia poniżej mówią same za siebie :-) Sam fakt czekania niewiele zmienia, ponieważ kierowcy są bardzo niechętni do zabierania turystów. Tylko znajomość języka hiszpańskiego umożliwia wyproszenie dostania się na pokład. Po wszystkim okazuje się, że do odległego o kilkadziesiąt kilometrów miasta w taki sposób dostajemy się późnym popołudniem. Przygoda więc fajna, ale tylko dla ludzi spędzających na wyspie co najmniej miesiąc.


Transport międzymiastowy na Kubie - gdzieś na trasie z Hawany do Pinar del Rio
Przystanek na środku autostrady na Kubie

Transport - ten nieoficjalny
Największą rolę w dojazdach turystycznych odgrywa bowiem transport nieoficjalny - Taxi colectivo. Idea jest banalnie prosta. Potrzebny jest kierowca ze swoim samochodem i maksymalna do upchnięcia liczba pasażerów - zazwyczaj czterech. Samochód przyjeżdża pod wskazany adres o umówionej porze (dobra, jesteśmy na Kubie, czyli +/- jakiś interwał czasowy) i dowozi nas pod wskazany adres. Kursy odbywają się zazwyczaj rano, aby kierowca był w stanie wrócić w normalnych godzinach pracy - wczesnym popołudniem. Dlatego najpóźniejszy kurs z Viñales do Havany, pomimo niewielkiej odległości, może znajdziesz do godziny 14. Może, ale to musisz sam szukać na mieście. Poranne wyjazdy są bowiem najczęściej zorganizowane. Można się spytać hosta Waszego noclegu - z pewnością to ogarnie. A jeśli nie, w miejscowościach turystycznych z pewnością będziecie zaczepiani z informacją dokąd możecie dojechać. Nie ważne gdzie chcecie jechać, ta osoba jest tylko naganiaczem zbierającym zamówienia - adres odbioru, miasto docelowe, godzina i umówiona stawka. Pod koniec dnia pewnie przekazuje zlecenia znajdującej się w jakimś barze centrali, która rozdysponowuje klientów pośród umówionych kierowców i tyle. Opcjonalnie w poranek wyjazdu można się też przejść w okolice stacji autobusowej. Tam znajdziecie naganiających już samych kierowców.

Jeśli chodzi o ceny, to w tej kwestii są one bardzo zróżnicowane. Wszystko zależy od popularności trasy, oraz odległości. 20 CUC od osoby zapłaciliśmy za 180 kilometrowy odcinek z Hawany do Viñales. Natomiast 316 kilometrów z Trinidadu do Hawany kosztowało nas raptem 5 CUC więcej - niemal 35% taniej w przeliczeniu na kilometr.

Warto mieć w pamięci, że - pomijając kilka tras o własnych zasadach - przejazd nie powinien kosztować więcej,  niż cena biletu autobusowego wspomnianej wcześniej firmy Viazul. Dlatego warto przed wyjazdem spisać je sobie ze strony internetowej. Ważne to, ponieważ Kubańczycy cały czas testują górną granicę cen, jaką są w stanie osiągnąć. Przykładowo, pod dworcem w Cienfuegos, kierowca początkowo chciał nas przewieźć do Trinidadu za 10 CUC, niemal od razu schodząc do 8. Wiedzieliśmy, że jazda drożej niż za 6 CUC jest przepłaceniem i wartość tą dobiliśmy po 15 sekundach rozmowy. Tylko musieliśmy poczekać, aż znajdzie się jeszcze jakaś dwójka. Akurat nam to pasowało, byliśmy bowiem bez śniadania i musieliśmy jeszcze zorganizować sobie jakieś bułki. Po 20 minutach czekania kierowca ruszył tylko z nami. Mimo wszystko mu się opłacało :D

Oczywiście wybierając taką formę transportu, nie oczekujcie żadnych wygód. Są to normalne tamtejsze samochody, czyli zazwyczaj stare, bez pasów, czasami bez zamykanych okien bocznych, z wytartymi lub dziurawymi kanapami, głośne itd. itp. Chociaż raz jechaliśmy nowym Peugeotem, z klimą, czystym, wygodnym, mieszczącym 8 pasażerów. Ale to był raczej wyjątek. Jakkolwiek by to nie wyglądało, taxi colectivo, mimo że jest najbardziej sensowną formą podróżowania po kraju, jest też dobrym sposobem na sprawdzenie prawdziwych warunków życia na Kubie.

Kubańska codzienność - mapy i orientacja w terenie

W dzisiejszych czasach telefon służy nie tylko jako urządzenie do kontaktu, co także źródło nawigacji. Przy odrobinie przygotowań można wcześniej pobrać do trybu offline dane dotyczące całego zwiedzanego miasta i nawet bez konieczności podłączenia do internetu, móc wyszukiwać adres z dokładnością do numeru budynku.

Niestety nie na Kubie. Przynajmniej w kontekście przepopularnej aplikacji map Google. Jak się bowiem okazuje, nie da się pobrać offline obszarów Kuby, co prawdopodobnie wynika z jakiś regulacji prawnych. Dlatego fanom nawigacji telefonicznej polecam poszukanie jakieś innej aplikacji, która pozwala na odnajdowanie się bez konieczności pobierania danych z internetu (jak wspomniałem wcześniej, na miejscu sieć działa piekielnie wolno i jest droga).

Aplikacji takich jest kilka. My znaleźliśmy maps.me, która umożliwia pobieranie stosunkowo dokładnych danych całego kraju. Testy na tydzień przed wyjazdem (żeby na miejscu nie okazało się, że aplikacja jest ciężka w obsłudze, lub nie posiada jakiś niezbędnych funkcjonalności) zakończyły się pozytywnie, co otworzyło w głowie pewną furtkę, że nie tylko wszystko co dobre, to Google ;) Z plusów warto wspomnieć o bezproblemowym wyszukiwaniu adresów i rozbudowanej bazie tras - włącznie ze ścieżkami pieszymi pośród terenów zielonych. Dalsze testy tego wątku wykazały, że Mapy Google świetnie sprawdzają się w miastach, jednak w przypadku tras plenerowych przegrywają na całej szerokości. Ważna to informacja, zwłaszcza przy trekkingu w okolicach Viñales. Z minusów najbardziej denerwował sposób nawigacji. Mianowicie słaby silnik śledzenia ruchu palcem, przez co czasami mapa zaczęła uciekać kilkadziesiąt kilometrów poza interesujący nas obszar. Problemem jest też zasobożerność. Podczas nawigowania, w trakcie jazdy na rowerze i ciągle włączonym ekranie, bateria padła mi po chyba dwóch godzinach. Przy mapach google wysysanie baterii trwa 2-3 razy dłużej. Pomimo tych niedociągnięć aplikacja sprawdzała się całkiem nieźle i możemy ją polecić, jako punkt startowy. Alternatywnie polecam także - w mojej opinii - nieco lepszą przy trasach trekkerskich OsmAnd. Przy czym ta aplikacja ma niestety ograniczenia - za darmo można pobrać dane tylko kilku pierwszych interesujących nas obszarów.

Nawigacja w centrum miast odbywa się nieco inaczej, niż w Europie. Pewne trudności ze znalezieniem konkretnego numeru obchodzi się podając pomiędzy jakimi poprzecznymi ulicami znajduje się szukane miejsce. Pamiętam też, gdy mieszkańcy próbowali nakierować nas na sklep, gdzie być może znajdziemy olejek do opalania (nasz znajdował się w jeszcze niedostarczonym bagażu). Określali oni to mianem Galiano y Animas, co w ostatecznym rozrachunku okazało się określeniem skrzyżowania wskazanych ulic (brak użycia słowa calle - ulica). W tym przypadku mieliśmy problem z dokładniejszą informacją - czy to jest mały sklep, apteka, supermarket, jak powiedzieć że chodzi o olejek na poparzenie od słońca. Gdy jednak szukacie czegoś konkretnego, ze znaną nazwą - jest dużo prościej. Wystarczy, że będziecie wyglądać na odrobinę zgubionych - możecie być pewni, że po niecałej minucie ktoś znajdzie się obok Was z zapytaniem czy może jakoś pomóc. Może to być nawet osoba przesiadująca w kawiarni po przeciwnej stronie ulicy. Specjalnie do Was podejdzie, słysząc nazwę wskaże Wam kierunek i wróci z powrotem do swoich spraw. Bez odprowadzania Was na miejsce i oczekiwania za to zapłaty, co ma często miejsce w np. krajach Afryki Północnej ;) 

Kubańska codzienność - noclegi

Wiele osób myśląc o Kubie, przed oczami ma kraj z mnóstwem hoteli, oferujących luksusowy wypoczynek nad basenem czy plażą. Takie obrazki są pewnie codziennością w Varadero, jednak stanowią one domenę klientów biur turystycznych, a nie osób chcących dokładniej poznać ten kraj, prawda? Tutaj, podobnie jak w poprzednich zagadnieniach, sprawa wygląda dość charakterystycznie. Próżno bowiem szukać młodzieżowych hosteli, których pełno w Europie, czy nawet bardziej turystycznej części Afryki. Brak Couchsurfingu, air bnb i im podobnych. Ale jeśli spojrzeć na to przez pewien pryzmat, da się znaleźć dużo podobnych zastępników.

Pokój w Hawanie

Część z Was być może pamięta stare czasy, gdy podczas pobytu nad morzem nocowało się w wynajmowanym u jakieś rodziny pokoju. Tutaj mamy podobnie, ponieważ bodaj największa liczba turystów na Kubie noce spędza w tzw. Casa Particulares. Są to noclegi w domach prywatnych o różnorakich standardach. Niektóre oferują bowiem tylko pokoje, inne niemal całe mieszkania z osobną kuchnią. Ich pojedyncze oferty znajdziecie w internecie. My swój pierwszy nocleg - w Hawanie - zabookowaliśmy na serwisie Hostels Club. A pozostałe - w sposób tradycyjny na Kubie. Tzn. do Viñales pojechaliśmy w ciemno, gdzie właściciel Casa Particulares, do którego zmierzali nasi współpasażerowie, po 10 minutach znalazł nam nocleg u jednego ze swoich dalszych sąsiadów. Później już podróżowaliśmy po łańcuszku poleceń - host z Viñales miał adres w Cienfuegos, dodzwonił się tam i ustalił, że pokój będzie czekać. W Cienfuegos otrzymaliśmy kontakt w Trinidadzie itd.


Gdyby jednak się okazało, że Wasz łańcuszek gdzieś się po drodze rozczepił, nie ma się czym przejmować. Jeśli bowiem mówimy o miejscu popularnym turystycznie, miejsca noclegowe znajdują się na niemal każdej ulicy. Rozpoznacie je po charakterystycznym logotypie, który zawsze widnieje przed wejściem. A jeśli host nie będzie miał akurat wolnego miejsca, jest niemal pewne, że w bardzo szybkim czasie załatwi Wam jakieś inne, włącznie z zaprowadzeniem Was pod same drzwi.

Tego typu szyldy oznaczają możliwość wynajmu pokojów
Jeśli chodzi o ceny, są one dość różnorodne. Generalnie w każdym miejscu płaciliśmy 25 CUC za nocleg dla dwóch osób. Jest to chyba średnia właściwa. Chociaż w jednym miejscu chciano od nas 30 CUC (zrezygnowaliśmy) a od różnych spotkanych na lotnisku polaków słyszeliśmy, że dało się znaleźć coś jeszcze tańszego. Niestety odzwierciedlało się to też w dużo niższym standardzie.

Ponieważ Kuba jest na początku turystycznego boomu, poziom noclegowy i obsługa turystyczna należy bardziej do frywolnej improwizacji niż ustrukturyzowanego bytu. I tak w Hawanie mieszkaliśmy w pokoju znajdującym się na parterze kamienicy, z oknem na - będący w zasadzie środkiem mieszkania - korytarz. Zero prywatności. Pokój może i wyglądał nawet fajnie, ale to były wyłącznie pozory. Jedyna, kolonialna szafa, zajeżdżała stęchlizną lat 50. poprzedniego stulecia. Odpływ pod prysznicem był niemal zapchany, woda w toalecie napełniała zbiornik przez 5 minut, mała lodóweczka była zamknięta na kłódkę (kluczyk pewnie dostępny za dodatkową opłatą) a warstwa kurzu na podłodze zapewne pamiętała poprzednie święta. W Viñales natomiast do dyspozycji mieliśmy zamykany pokój z osobnym wejściem na tyłach domku jednorodzinnego. Znośna łazienka, sprawnie działająca klima, zadaszony tarasik/ogródek z bujanymi fotelami a na przywitanie bardzo dobre Piña Colady. W Cienfuegos natomiast oddano nam całe mieszkanie na piętrze, z osobną kuchnią, sypialnią i łazienką. Niemniej, chociaż na zrobienie powitalnych drinków bardzo tam nalegano, na sam koniec kazano nam za nie zapłacić ;)

Pokoje na wynajem na tyłach domku w Viñales
Ogród/jadalnia do dyspozycji gości w Viñales
Kwintesencja kiczu w Cienfuegos
Całe mieszkanie do użytku własnego w Cienfuegos
Łazienka w Trinidadzie

Jeszcze niższą cenę i - co oczywiste - podobnie nierówne warunki można uzyskać, nocując u ludzi na dziko. Jak się bowiem okazuje, jest w kraju pewna szara strefa, która niewiele robi sobie z krajowych nakazów. Niemniej o ile nie nocujecie w domach jeszcze do bycia Casa Particulares nieprzystosowanych (np. remontowanych lub na ukończeniu budowy), to znaczy że macie do czynienia z osobami - w mojej opinii - dość ryzykownymi. Koncept takich noclegów jest bowiem nieco bardziej skomplikowany, niż nam się to początkowo wydaje. Gdy bowiem stawicie się na miejscu, host dość skrupulatnie notuje Wasze dane w specjalnym zeszycie. Jest to czynność dla nich piekielnie ważna. Przykładowo, w Cienfuegos chcieliśmy pozostać dzień dłużej, niż początkowo komunikowaliśmy. Ostatniego dnia zrobiliśmy mnóstwo kilometrów na rozlatujących się rowerach. Gdy wieczorem wróciliśmy do noclegu, zestresowany właściciel niemal wyciągnął mnie spod prysznica, żebym podpisał się pod jego zeszytowymi notatkami. Okazuje się bowiem, że po tej krótkiej procedurze, obowiązkowym krokiem jest wykonanie telefonu do lokalnego przedstawiciela partii i poinformowanie o naszym nocowaniu. Przyjmowanie turystów na dziko, po znajomości, czy w jakikolwiek nieformalny sposób jest bowiem surowo zakazane, a sam fakt posiadania w domu choćby turystycznych walizek - bez zeszycikowego wpisu o wynajętym noclegu - powoduje ogromny stres. W ten oto sposób każdy turysta jest doskonale śledzony przez cały swój pobyt na Kubie a brak odnotowanego noclegu któreś nocy może powodować pewne podejrzenia. Jednocześnie, czego się głośno nie mówi, 40% naszej opłaty noclegowej jest odprowadzana do państwa w formie podatku. Teraz już chyba rozumiecie, jak ryzykanckie byłoby zostawienie na dwa dni bagażu u osób, które w taki sposób ryzykują narażenie się wszechobecnej partii?

Wyjście na ulicę bezpośrednio przy naszym noclegu w Hawanie
Pomimo, że kraj jest dość niejasny proceduralnie i toporny komunikacyjnie (sprawa istotna w przypadku jakiś problemów), przyjazne nastawienie hostów powoduje brak jakichkolwiek problemów. Nikt bowiem nie chodził nam po pokojach/mieszkaniach, rzeczy pozostawały w nienaruszonym stanie, bagaże nie były przetrzepywane, czy też po prostu nic nam nie ginęło. Chociaż nocujesz u kogoś w domu, właściciele raczej nie wymagają spędzania z nimi wieczorów czy prowadzenia jakichkolwiek rozmów. Nawet, jeśli w Trinidadzie, zmierzając do naszego pokoju przechodziliśmy przez rodzinny living room (w domyśle - pokój z jedynym telewizorem), nasz kontakt kończył się na prostym hello i good night. W pewnej mierze też dlatego, że właściciele rozumieli język angielski, jednak na poziomie pozwalającym załatwienie podstawowych spraw a nie prowadzenia zaawansowanej rozmowy na dowolny temat.

Mimo to, właściciele mocno dbają o komfort swoich gości. Pomijając udogodnienia twarde (lodówka, łóżka, wystrój miejsca etc.), których jakość czasami ciężko podnieść w jakikolwiek sposób (czyt. niekończący się kryzys w kraju), nie ma żadnych szans na brak jakichkolwiek rzeczy potrzeby codziennej. Tzn. pomijając kosmetyki, które turyści zawsze przywożą ze sobą, lodówka zawsze jest wypełniona wodą, colą czy napojami alkoholowymi. Jeśli wyrazimy taką potrzebę, hości przygotują nam - w ich opinii - dużą strawę. Skorzystaliśmy z tego dwa razy. Śniadanie rzeczywiście składało się z jakiegoś warzywa, jajecznicy, sera, wędliny itp. Obiad, to natomiast zupa, kawał mięsa z ryżem, sałatka warzywna, pieczywo, soki itp. Bardzo fair, jak na tamtejsze warunki, oczywiście za cenę nieco niższą, niż w normalnej restauracji. Dzięki temu opcja ta jest korzystna przy późnym powrocie z np. jakieś wycieczki, lub wczesnym wyjeździe do innego miasta.

Obiad dla dwóch w Viñales
Jeszcze z kwestii technicznej, ale zarazem pokazującej jak mieszkańcy starają się zadbać o komfort gości. W zasadzie każdy pokój/mieszkanie na wynajem posiada bowiem dwa źródła prądu - o napięciu kubańskim (110V), oraz naszym (220-230V). Najczęściej wszystkie gniazdka są bowiem oznaczone w jakim systemie operują, aby była pewność, że urządzenia elektrycznie nie uszkodziły się w trakcie podłączania do źródła prądu.

Chociaż na początku wpisu wspominałem Wam o bezproblemowym znajdowaniu noclegów w Casa Particulares, pozwalającym na podróżowanie po wyspie niemal w ciemno, to każdego podróżującego samodzielnie uczulam, aby pierwsze noclegi miał załatwione jeszcze przed przylotem na wyspę. O konieczności tego przekonaliśmy się przy okazji wątku, który omówiłem we wpisie Problemy z bagażem na lotnisku w Hawanie. Otóż, w skrócie, gdy plecak/walizka nie dolecą Waszym samolotem, przewoźnik jest zobowiązany dostarczyć go pod wskazany adres na własny koszt - najczęściej taksówką. Trochę przypadkiem, ale na szczęście myśmy mieli już rezerwację noclegu. Jednocześnie, będąc już na miejscu, umówiliśmy się z hostem w Hawanie, że ostatnią noc pobytu na wyspie (po zakończonym kółku po jej zachodniej części) również spędzimy u niego. Jest to swoiste zabezpieczenie na wypadek, gdyby dostarczenie bagażu zajęło nieco więcej niż dwa dni. Takie rzeczy po prostu się zdarzają, a dzięki temu nocleg w Hawanie stał się naturalnie naszą bazą kontaktową na całe dwa tygodnie.

Kubańska codzienność - wyżywienie i kwestie zdrowotne


Wyżywienie
Jeśli kojarzycie Kubę z pięknymi widokami, godnie opłaconymi wygodami i pysznymi lokalnymi smakami, to na miejscu przejdziecie bardzo brutalną weryfikację. Wiele raportów podróżnych wskazywało bowiem, że nawet w noclegach o wysokim standardzie, pożywienie atrakcyjnie wygląda i na tym w zasadzie kończą się jego zalety. Kuchnia kubańska jest bowiem wyjątkowo nijaka w smaku. Zresztą nie ma co się dziwić, jeśli - pomijając turystyczną bańkę - większym problemem od kompozycji smakowych, staje się zdobycie choćby bazy do planowanego dania.

Na Kubie w większości dominują ryż i makarony. Brakuje ziemniaków, praktycznie nie ma szans na jakikolwiek nabiał. W knajpach najczęściej dostać można mięso kurze, trochę wieprzowiny. Co istotne, danie kurze nie oznacza np. tylko wybrane części z piersi. Jedząc jakieś danie mięsne, polane sosem / gulaszem, częstokroć można natrafić na chrząstki i inne, bardziej tłuszczowe elementy.

Przykładowe danie kurze w Cafe Paris w Hawanie

Przykładowe danie wołowe w Cafe Paris w Hawanie

Na miejscu zaskakująco dużą rolę odgrywa kuchnia włoska. Wszystko to za sprawą wszechobecnych pizz oraz spaghetti. Nie oczekujcie jednak niczego szczególnego - jest to makaron z mięsem mielonym i sosem pomidorowym z puszki. Nie ma co liczyć na posmak bazylii, oregano, nawet parmezan - jeśli w ogóle jest, to reprezentuje raczej brak smaku.
Cennik w knajpie całkiem niezłej sieci The Kings Pizza

W kwestii głównego dania, w ofercie pozostają restauracje. Niestety ceny w nich nie odbiegają od tych, znanych z Europy zachodniej. Dlatego proponuję przed wyjazdem przestudiować np. Trip Advisor, w którym często można znaleźć informację o jakieś knajpie poza centrum, chętnie odwiedzanej przez miejscowych. W ten sposób w Hawanie trafiliśmy do La Flor de Loto - restauracji kuchni chińskiej. Niestety ostatniego dnia zastaliśmy przed nią horrendalną kolejkę (ponad godzina czekania aby w ogóle wejść), przez co dość przypadkowo znaleźliśmy podobnej jakością restaurację Bavaria. W Viñales sami wytropiliśmy natomiast Jompiendo Rutina - niby to kawiarnię, niby miejsce sprzedające bułki, jednak posiadające w menu niewielkie, jednak sycące zestawy obiadowe. Nam wystarczyło, a ceny w środku były ponad dwukrotnie tańsze, niż w restauracjach.

Ceny w restauracji Le Flor de Loto w Hawanie

Kawiarnia/bar Jompiendo Rutina w Viñales

Kurczak z serem w restauracji Bavaria w Hawanie

Jeśli czytaliście już jakieś relacje, z pewnością spotkaliście się z wątkiem tzw. okien. Chodzi o to, że od pewnego czasu państwo pozwala, a część mieszkańców chętnie otwiera prywatne interesy, gdzie z wychodzącego z pokoju dziennego na ulicę okna, sprzedają proste posiłki. Są to zazwyczaj kawa, napoje, bułki, po czasami proste obiady. Dość szybko stały się one źródłem naszych śniadań. Praktycznie każdego poranka podchodziliśmy tam, aby kupić bułkę z serem, jakąś wędliną/krokietem/kotletem, jajkiem sadzonym itp. Bułki takie przygotowywane są na miejscu, od włożenia składników, po podgrzanie. Wszystkie okna posiadają wywieszone menu z cenami. W ten sposób za dość niewielki koszt - zwyczajowo od 13 do 20 CUP kupowaliśmy dwie sycące bułki śniadaniowe.

Śniadanie w Jompiendo Rutina w Viñales - koszt 4 CUC

Dodatkowo okna dość szybko zaczęły nam służyć za kawiarnie. Kosztem 1 CUP można tam bowiem otrzymać shota wielkości espresso z naparem silnej, lekko słodzonej kawy. Fajnie pobudzało i trzeba przyznać, że smakowo tamtejsze propozycje były w czołówce najlepszych kaw, jakie miałem okazję pić w życiu. Polecam także próbowanie się w tamtych miejscach z sokami. Przekonanie się do nich to ciężki proces - o tym za chwilę, niemniej są bardzo smaczne, bardzo orzeźwiające i śmiesznie tanie. 200 ml kubeczek kosztuje bowiem zwyczajowo 3 CUP. 8 takich kubków daje 1,5 litra zimnego soku i kosztuje około 1 CUC. Taką samą ilość wody cytrynowej / coli kupowaliśmy w sklepach za cenę 1,5 CUC.

Dla freaków lubiących samemu przygotowywać dania, jak np. my, częstokroć jedzący śniadanie na ławce w parku, po uczynionych uprzednio w lokalnym markecie zakupach, mam sporą dawkę zawodu. Owszem, bułki da się kupić w sklepie. Ale sera raczej nie widziałem, o pozostałym nabiale zapomnijcie, wędlina jest niepakowana i sprzedawana w niechłodzonych warunkach. Stosunkowo łatwo można tylko zdobyć warzywa i owoce.

W kwestii pełnych dań, alternatywą do restauracji mogą natomiast być obiady w noclegach. Oferowano je nam w praktycznie każdym punkcie. Określane są one jako syte. Skorzystaliśmy raz, w Viñales, i trzeba przyznać że się nie zawiedliśmy. Zupa fasolowa, niewielka sałatka warzywna, ryż, pieczone mięsiwo, chipsy bananowe i coś do picia. Jednego dnia spróbowaliśmy się też ze śniadaniem, na które składało się jajo sadzone, pieczywo, ser, jakaś wędlina i oczywiście coś do picia.
Obiad dla dwóch osób w noclegu w Viñales

... i kwestie zdrowotne
Niestety, ta kwestia również jest sporym tematem, który zawsze należy mieć gdzieś z tyłu głowy. Kuba jest bowiem krajem słabo rozwiniętym, biednym i z dominantą innych niż znane naszym organizmom kultur bakterii. Dlatego pierwszą informacją przekazaną przez właściciela naszego pierwszego noclegu było - zawsze, ale to zawsze, pijcie wodę kupowaną w fabrycznie zakręconych butelkach. Tak też robiliśmy - była to woda mineralna, smakowa (cytrynowa) albo cola - wszystkie kupowane w sieci Panamericana, lub pochodnych. Ponieważ - co wspominałem wcześniej - od momentu wylądowania w Hawanie, do wejścia do pierwszego sklepu na mieście zwyczajowo mija kilka godzin, proponuję aby w bagażu nadawanym przemycić jakieś 3 litry płynów. Pozwoli to na delikatne wdrożenie się w tamtejsze warunki.

Drugą złotą zasadą, której praktycznie zawsze się trzymaliśmy, była obróbka cieplna naszego pożywienia. Obiady - kwestia oczywista. Natomiast prawie każdego poranka nasze śniadania stanowiły bułki z lokalnych okien. Dlatego zawsze zwracaliśmy uwagę na to, aby buła była podgrzewana. Czyli albo była z serem i lądowała w tosterze, albo była z jajem sadzonym, w środku którego znajdowały się kawałki wędliny. Wybór okna również wiązał się z prostą wyjazdową zasadą. Korzystaliśmy bowiem tylko z tych, przy których aktualnie znajdowało się kilku lokalnych mieszkańców. Gdyby bowiem z ofertą danego miejsca coś było nie tak, z pewnością liczba klientów po czasie spadłaby w sposób drastyczny. Dzięki takim zabezpieczeniom, przez cały pobyt nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych.

Dobrze widzicie, obiad w Cienfuegos w postaci bułki z kurczaczym filetem i przypalone frytki ;)

A te mogą być ciężkie. Pamiętam historię jadącego z nami z Hawany do Cienfuegos Niemca. Opowiadał, że w Viñales spróbował się z owocami morza i w ten sposób z wyjazdu totalnie wyciął sobie bodaj 3 dni. Jak tłumaczył, był to błąd szkolny, ponieważ Kubańczycy nie przepadają za owocami morza. Dlatego produkt ten jest przeznaczony dla turystów, podlega nieustannemu mrożeniu w marnej jakości sprzęcie i natychmiastowemu rozmrażaniu chwilę po wyjęciu (około 30 stopniowe temperatury na zewnątrz). Dalszej historii już każdy może się domyślić ;)

Nieco z duszą na ramieniu, w drugiej połowie wyjazdu, zaczęliśmy próbować się z lokalnymi sokami. Z lekkim strachem, ponieważ są to soki o raczej nieciekawym kolorze/wyglądzie, trzymane w zdezelowanych, plastikowych butelkach, schowane w rozklekotanych lodówkach. Jednak widząc kolejki lokalsów i turystów postanowiliśmy podjąć ryzyko i był to strzał w dziesiątkę. Zdecydowanie polecam zatem próbowanie się z nimi - najbardziej soki z owoców tamaryndowca i fruta bomba. Mimo dezelacji lodówki napoje są zimne, cudownie orzeźwiają i fantastycznie smakują. Ubocznych efektów zdrowotnych nie napotkaliśmy.

wtorek, 17 października 2017

Kubańska codzienność - ceny

Ceny niestety są tematem z powodu którego Kuba nie przypadła mi za bardzo do gustu. Po kraju o jakości turystycznej i poziomie życia poniżej Mołdawii spodziewałbym się cen zbliżonych do tamtejszych szerokości geograficznych. Niestety nie. Kuba cenami dla turystów śmiało oscyluje na poziomie Europy zachodniej. Oczywiście wszystko jest kwestią przyzwyczajenia, sposobu życia, umiejętnością kombinowania itp. Nie wnikając w te szczegóły podaję wartości, jakie odnotowaliśmy w naszych tabelkach.

Sumaryczny przelicznik
  • 1 CUC = 4,23 PLN (po wymianie PLN → EUR → CUC)
  • 1 CUP = 0,18 PLN (po wymianie PLN → EUR → CUC → CUP)

Noclegi
Są to ceny za noc. Więcej o noclegach w  jednym z kolejnych wpisów.

Koszty spożywcze
  • 2 małe pizze w centrum Hawany: 2 - 6 CUC (w zależności od miejsca)
  • 2 małe pizze w sieci The Kings Pizza na obrzeżach Cienfuegos: 47 CUP
  • 1,5 litrowa woda mineralna: 1,5 CUC (Panamericana)
  • 1,5 litrowa cola: 1,5 CUC (Panamericana i sklepy prywatne)
  • 2x kawa w kawiarni w centrum Hawany: 4 CUC
  • 2x kawa w kawiarni w Viñales: 2 CUC 
  • 2x kawa (wielkość około espresso) w oknie dla lokalsów w Trinidad i Hawanie: 2 CUP
  • 2x kawa w kawiarni dla miejscowych (Cienfuegos): 2,4 CUP
  • Kawa w kawiarni pod El Nicho: 2 CUC
  • 2x zimne soki (tamaryndowiec, fruta bomba) w oknie dla lokalsów: 6 CUP
  • 2x lody w rożku w oknie dla lokalsów w Trinidad i Hawanie: 2 CUP
  • 2x obiad w Cafe Paris w centrum Hawany: 18 CUC
  • 2x solidny obiad w azjatyckiej restauracji La Flor de Loto poza centrum Hawany: 13,5 CUC 
  • 2x solidny obiad w restauracji Bavaria poza centrum Hawany: 15 CUC
  • 2x talerz spagetti w Viñales: 5 CUC
  • 2x obiad w Viñales: 9 CUC
  • 2x obiad we włoskiej knajpie w Cienfuegos: 15 CUC 
  • 2x mały obiad w meksykańskiej knajpie w Trinidad: 6,25 CUC
  • 2x hamburgery, napoje i woda w oknie w Trinidad: 4,4 CUC
  • Bułki śniadaniowe w oknach - 13 - 20 CUP (w zależności od składu)
  • 2x bułki w Cafeteria Prado w Cienfuegos: 7,5 CUC 
  • 2x przeochydna bułka z jajem/serem i wędliną w jadłodajni dla miejscowych (Cienfuegos): 5 CUP
  • 2x grillowane na miejscu bułki z warzywami, serem i dużą ilością mięsa w Viñales: 4 CUC
  • 12 małych bananów kupionych z wózka: 20 CUP
  • 2x lody w podobno kultowej (nie najlepszej) lodziarni Coppelia w Hawanie: 6,8 CUC
  • Drinki (Piña Colada, Cuba Libre) w Viñales: 3 CUC
  • Piña Colada w noclegu w Cienfuegos: 3 CUC
  • 2x lokalne drinki w oknie w Trinidad: 3 CUC
  • 2x duże Churros z miodem i mlekiem: 40 CUP (Trinidad) - 1,25 CUC (Hawana)
  • 2x puszka piwa: 2-3 CUC
Transport
Podane ceny są za osobę w jedną stronę, chyba że w szczególe jest inaczej. Więcej o transporcie w jednym z kolejnych wpisów.
  • Hawana → Viñales: 20 CUC
  • Viñales ↔ Playa de Cayo Jutías: 15 CUC / kurs powrotni
  • Viñales → Cienfuegos: 35 CUC 
  • Cienfuegos ↔ park u podnóża wodospadu El Nicho: 25 CUC / kurs powrotni
  • Cienfuegos → Trinidad: 6 CUC
  • Trinidad ↔ Playa Ancon: 5 CUC / kurs powrotni
  • Trinidad → Hawana: 25 CUC
  • Centrum Hawany → lotnisko: 20 CUC / taksówka
  • Transport publiczny z okolic lotniska do centrum Hawany: 1 CUP / w osoby
Pamiątki
  • 3x 250g kawy z Cafe Escorial w Hawanie: 9,75 CUC
Pozostałe
Ceny (CUP) w najlepszej hamburgerowni na wyspie
Ceny w oknie w Trinidadzie

Ceny w oknie z najlepszą kawą w Trinidadzie

Kubańska codzienność - zakupy i dostępność towarów

Dostępność towarów z pewnością powoduje jedną z największych obaw przed wyjazdem na Kubę. Czemu się dziwić, skoro do naszej świadomości dochodzą wyłącznie informacje o niekończących się kryzysach i pustych pułkach. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak jest, ale grzechem byłoby pozostawienie tego bez właściwego zrozumienia kontekstu.

Panamericana
źródło: www.cubabusinessreport.com
Na szczęście dla turystów, wszechwładza i wtrącanie się państwa w każdy aspekt życia na Kubie jest jakby w odwrocie. W ten magiczny sposób okazało się, że można otworzyć sklep, który nie będzie świecił pustkami. Taką najjaskrawszą formą kapitalizmu jest sieć sklepów Panamericana. Kapitalizmu nieco dzikiego, ponieważ kubański oddział nie posiada nawet strony internetowej. Nikt tego bowiem na wyspie nie potrzebuje, ważniejsza jest twarda oferta - towary na półkach. I rzeczywiście, niezależnie czy jest to sklep ogólno-spożywczy, spożywczo-przemysłowy, czy nawet jakaś forma elektroniki - towary zawsze są, a kolejki aby je nabyć - prawie zerowe. Dzieje się tak, ponieważ sieć Panamericana jest w skrócie pewną formą Pewexu - to dla osób urodzonych w Polsce za czasów byłego systemu politycznego. Płaci się w nich Peso wymienialnym, a ceny.... no właśnie, są Europejskie. Pamiętajmy więc, że dla nas wydatek €1,5 za 1,5 litrową butelkę coli/wody smakowej jest do przełknięcia. Jednak gdy dla pracującego na państwowej posadzie Kubańczyka średni dzienny zarobek oznacza niewiele powyżej €1, to już chyba domyślacie się, że te sklepy są zdecydowanie powyżej ich możliwości.

Oczywiście żeby nie było, Panamericana nie jest siecią z ochroniarzami, w których zakupy robią wyłącznie bogaci turyści. Większość klientów stanowią Kubańczycy, którzy albo pracują przy turystach i nie mają ochoty kombinować, szukając poszczególnych towarów w państwowych sklepach, albo zwyczajni mieszkańcy wyspy, którzy z jakiegoś powodu nie mają innego wyjścia. Sama oferta sklepów jest natomiast tak różnorodna, że niemal indywidualna. Przykładowo w centrum Hawany byliśmy w jednym, w którym na trzy alejki z półkami, jedna była zapełniona wyłącznie olejem spożywczym. Zawsze da się w nich znaleźć podstawowe towary o długiej dacie ważności. Mam tutaj na myśli wodę/colę, kawę, makarony, ryże, czy nawet pojedyncze słodycze (głównie ciastka). Oczywiście jest też bardzo dużo alkoholu - rum, piwo (także europejskie), whisky, nawet wódka i pojedyncze butelki wina. Gdy okazało się, że nasz bagaż nie doleciał do Hawany następnym lotem, a pierwszego dnia dość mocno przypaliło nas tamtejsze słońce, udało nam się też nabyć jakiś balsam do opalania i szampon. Muszę jednak wspomnieć, że miało to miejsce dopiero w czwartym sklepie, przy bardzo dużej pomocy miejscowych, którzy jakoś zrozumieli o co nam chodzi i po prostu pokierowali do takiego, gdzie jest dużo towaru kosmetyczno-zdrowotnego.

Być może opis powyżej nieco uspokoi Wasze wątpliwości, dlatego dopełniając kronikarskiej rzetelności muszę Was nieco ostrzec. Pisząc o szerokim dostępie do towarów w Panamericanie, mam na myśli jedynie dostęp a nie wybór. Żyjąc w zachodnim świecie jesteśmy bowiem przyzwyczajeni do kilku producentów i możliwości dobierania produktów do naszych smaków, gustów i upodobań. Nie oczekujcie tego na Kubie. Tam towar po prostu albo jest, albo go brakuje. Dlatego nie należy wybierać i wybrzydzać. Naprawdę sukcesem tamtejszych sklepów jest fakt, że można kupić np. butelkę wody smakowej. Kubańczycy nie są jeszcze na tym etapie dobrobytu, że mogą w smakach wybierać - cieszą się, że taki produkt po prostu jest możliwy do kupienia.

Sklepy prywatne
Drugą grupą punktów, w których można robić zakupy, jest stosunkowa nowość na Kubie, która pojawiła się na przestrzeni zmian ostatnich lat - inicjatywa prywatna. Nagle bowiem okazało się, że na wyspie są i można nabyć rozmaite dobra. Najbardziej podstawowym przykładem są tzw. okna. W skrócie, są to punkty żywieniowe, gdzie ktoś z okna swojego mieszkania przygotowuje np. bułki z jajkiem sadzonym, serem i innym wypełnieniem, soki owocowe itp. Ponieważ w Panamericanach nie byliśmy w stanie kupić żadnego pieczywa, nabiał jest na wyspie nieznany a mięso można nabyć w przerażających sklepach rzeźniczych na otwartym powietrzu, takie okna stały się źródłem naszych codziennych śniadań.


Jednak część mieszkańców poszła o krok dalej, otwierając po prostu sklepy. Kilka z nich zwiedziliśmy szukając ciuchów, które zastąpiłyby nasze nieprzybyłe jeszcze z Mexico City. Byliśmy więc w pojedynczych sklepach, gdzie kupiłem np. niezłej jakości klapki, ale też raczej kiepską koszulkę. Byliśmy też w dużych halach handlowych, gdzie gnieździło się mnóstwo stoisk z ciuchami, elektroniką, popularnie rzecz ujmując grochem, mydłem i powidłem. W takich miejscach również ciężko oczekiwać jakości i różnorodności towaru. Znalezienie pasującego rozmiarowo i w miarę wyglądającego zestawu od majtów po lekką koszulkę zajęło nam około dwóch godzin. A ceny... niezależnie od jakości, raczej równe, lub powyżej europejskich.

Pisząc o inicjatywie oddolnej, warto również wspomnieć o takiej bardzo podstawowej - ludziach na ulicy sprzedających owoce i warzywa. Znajduje się ich w różnych miejscach, czasami w bocznej uliczce hawańskiej starówki, czasami na odległym osiedlu mniejszego miasta. Sprzedają oni lokalne produkty rolne, np. cebulę, pomidory, paprykę, ananasy czy banany. Polecamy zwłaszcza te ostatnie. Cenowo - odnieśliśmy wrażenie że niezależnie czy braliśmy 4, czy 12 małych bananów, zawsze płaciliśmy 1 CUC.

Handel uliczny w Hawanie

Handel państwowy
Ostatnią grupą sprzedażową są punkty państwowe. Wizyta w nich to istna przygoda, ponieważ to jest właśnie prawdziwa Kuba. No, może nie ta sprzed kilku lat, gdzie ciężko było o jakikolwiek produkt. Bo i wyspa jest teraz nieco na górce a i część mieszkańców stała się klientami przedsiębiorstw niepaństwowych. Niemniej klimat w nich nadal jest co najmniej przygnębiający. Przykładowo w Hawanie zwiedziliśmy wielką, ciemną halę, w której obok siebie znajdowały się stoiska z chemią, odzieżą, pieczywem, surowym mięsem i jadłodajnia. W tekstylnym domu towarowym musieliśmy dopchać się do lady i liczyć na szczęście, że obsługująca Pani akurat skończy gdzieś w naszych okolicach, abyśmy wykupili wszystkie dwa będące na stanie ręczniki. Płatność oczywiście wyłącznie Peso kubańskim, na szczęście coś nas wcześniej podkusiło, aby w kantorze dokonać wymiany drobniaków również na tą walutę. Natomiast w Cienfuegos wstąpiliśmy do państwowej jadłodajni. Oferowano tam bułki, kawę, ale także piwa i papierosy sprzedawane na sztuki. Klimat był totalnie, całkowicie przygnębiający. Pustka w środku, pojawiający się co chwilę element społeczny, który kupował po jednym papierosie itp. Ponieważ goniła nas godzina porannego transportu, nie mieliśmy za bardzo czasu na szukanie innego miejsca. Zamówione bułki jedliśmy trochę z ręką na sercu. Dorota dość szybko wyeksmitowała twór niekoniecznie przypominający ser, a którego walory smakowe dalekie były od choćby znośnych. Koniec końców nie mieliśmy żadnych przebojów zdrowotnych, niemniej woleliśmy już pławić się w morzu kubańskiego bez-smaku restauracji i tanich knajp, niż spożywać coś wyglądającego równie fatalnie i smakującego jeszcze gorzej ;) Jedynym plusem takiego miejsca jest cena - stricte kubańska. Za dwie bułki zapłaciliśmy bowiem 5 Peso kubańskich - około 88 groszy ;)

Podział na klientów
Niestety na Kubie cały czas da się zauważyć podział pomiędzy mieszkańców wyspy, oraz przyjezdnych. W pewnym sensie tworzy się ona w sposób naturalny, np. poprzez sieć Panamericana, czy zapewniający transport między miastami Taxi collectivo. Z innej strony wspierane jest przez system. Przykładowo w pewnym sklepiku na jednej z bardziej żyjących wieczorem ulic Hawany właściciel nie chciał nam sprzedać butelki wody, ponieważ mieliśmy przy sobie wyłącznie Peso wymienialne. Trochę to dziwne, ponieważ walutą tą płaciliśmy nawet w tzw. oknach - nie wnikam co było tego powodem. Jednak najbardziej hard core-owa opcja uwidacznia się w dwóch cennikach, lub realnej separacji ludzi. Przykładem może być Muzeum rewolucji w Hawanie, czy niemal dwunastokrotnie droższe bilety wstępu do obiektów przyrodniczych Gór Escambray - np. wodospad El-Nicho. Z separacją spotkaliśmy się natomiast w lodziarni Coppelia, gdzie przy wejściu grzecznie - niemniej dość stanowczo - zostaliśmy przekonani do ustawienia się w punkcie dla turystów. Przez to oczywiście płaciliśmy w Peso wymienialnym, ceny śmiało konkurowały z europejskimi, niemniej smak i jakość obsługi zdecydowanie nie dorównywały zachwytom niemal każdego przewodnika nad kultowością tego miejsca.

poniedziałek, 16 października 2017

Kubańska codzienność - waluta


CUC vs. CUP - źródło: www.cuba101.com
Jadąc na Kubę należy mieć w głowie obowiązywanie dwóch walut. Podstawową, oficjalną, miejscową, jest kubańskie Peso (Peso Cubano - skrótowo określane CUP). Jednak w czasach niekończących się kryzysów dużo większe przyciąganie, umożliwiające łatwe nabycie normalnie niedostępnych towarów, miał amerykański dolar. Aby zablokować rosnący wpływ tej waluty, na początku wieku Kuba wprowadziła zakaz używania dolara, jednocześnie udostępniając tzw. Peso wymienialne (Peso convertible - skrótowo CUC).

W początkowym zamyśle była to waluta, którą mogli posługiwać się wyłącznie turyści, a w dziwnych czasach wielu obostrzeń, Peso wymienialne było wręcz zakazane dla mieszkańców wyspy. Każdą jednostkę zarobioną na zagranicznych obywatelach mieli bowiem zwrócić do Państwa, w postaci regularnej transakcji w kantorze.

Tyle tytułem historii, teraz czas na opis sytuacji rzeczywistej. Faktem jest, że Peso wymienialne, przynajmniej w miejscach turystycznych, stało się walutą niemal oficjalną. Płaci się nim w sklepach, restauracjach, za transport, nocleg itp. Płacą nimi turyści, jak też miejscowi. Miejscowi, ponieważ dewiza ma dużo większą wartość. Gdy możesz bowiem zapłacić za coś 10 razy drożej, to choćby trzeba było to coś wyjąć spod ziemi, to się uda :-) Miejscowi, ponieważ zarabianie na turystach w walucie wymienialnej przynosi tak kosmiczne - w porównaniu do normalności - zyski, że po prostu nie chce im się szukać i kombinować w normalnych sklepach. Wolą iść do zwykłego sklepu dewizowego, gdzie rzeczy po prostu są.

Przelicznik między Peso wymienialnym a peso miejscowym, generalnie jest stałe, na poziomie 1:24-25. Tyle w kwestii kursu bankowo/kantorowego. Jeśli chodzi o kurs zakupowy - z tym bywa już różnie. W niektórych miejscach ceny wystawione są w dwóch walutach o stosunku zbliżonym do kantorowego przelicznika. W co bardziej zaradnych lokalnych inicjatywach, ceny określone są w walucie lokalnej z możliwością płacenia w Peso wymienialnym, po przeliczniku około 1:10 (około 2,5 raza drożej). U mniej zaradnych sprzedawców warto samemu przejąć inicjatywę. Przykładowo, jeśli coś kosztuje około 22 Peso, samemu wręczyć jedno Peso wymienialne, z prostym zapytaniem ok?

Aby mieć pewność, że nie zostanie się podliczonym tak źle, jak to można zrobić na normalnych turystach, warto zaopatrzyć się w peso lokalne. Wtedy znikają kwestie przelicznikowe a i można skorzystać z niedrogich zakupów w popularnych oknach, o których wspomnę przy okazji wyżywienia.

Na Kubie najliczniejsza jest sieć kantorów Cadeca. Rozpoznacie je po ogromnych kolejkach. Co ciekawe, sieć ta nie posiada monopolu, ponieważ w Trinidadzie skorzystaliśmy z usług Banco Financiero Internacional. Jest więc szansa, że za kilkanaście lat usługi ichniejszego systemu bankowo-finansowego osiągną jakiś sensowny kształt :-) Peso wymienialne należy zakupić w kantorze na lotnisku. Nie cieszcie się, jeśli do dwóch okienek stoi 15-osobowa kolejka. Oznacza to co najmniej 40 bezpowrotnie straconych minut. No bo przy wymianie trzeba kilkukrotnie sprawdzić paszport i wszystkie jego dane, ręcznie wypełnić druczki itp. Wymienić pieniądze na lotnisku musicie, ponieważ jest to Wam niezbędne przy płaceniu za choćby dojazd do hotelu. Przez dwa tygodnie nigdzie bowiem nie spotkaliśmy się z możliwością płacenia w obcej walucie.

Kolejka przed kantorem CADECA w Hawanie

A, i nie wpadajcie na głupi pomysł wymienienia tylko €100 z myślą, że kolejne kwoty będziecie pobierać na bieżąco na mieście. W centrum Hawany obsługą zarówno miejscowych, jak też przyjezdnych, zajmują się bowiem raptem dwa kantory. Kolejki do nich są zawsze ogromne, czas obsługi to zazwyczaj ponad godzina. Najlepiej na samym początku wymienić około €300 na osobę na tydzień pobytu. Gdy ten budżet zacznie sięgać rezerw, będziecie już wiedzieć jakie koszty generujecie każdego dnia i mniej więcej ile będziecie potrzebować do końca Waszego pobytu. Wtedy najprawdopodobniej będziecie też w jakimś mniejszym mieście, w którym większość turystów już posiada wymienioną walutę, dzięki czemu kolejki są po prostu mniejsze. Przykładowo swoje sprawy w Trinidadzie załatwiliśmy w jakieś 10 minut.

Kolejka przed kantorem w Trinidadzie

Jeśli chodzi o Peso lokalne, na lotnisku nie chciano nam wydać tej waluty, tłumacząc to - dość często słyszanym na miejscu - you don't need this money. Właściciele hoteli też byli niechętni na jakąkolwiek wymianę, bo you don't need this money. Natomiast po odstaniu swojego w Hawanie i Trinidadzie bez większych problemów udało nam się dokonać wymiany z Peso wymienialnego na Kubańskie.

Warto mieć na uwadze, że od kiedy Dolar Amerykański został zakazany na Kubie, wymiana tej waluty jest po prostu nieopłacalna. Po pierwsze z powodu słabego przelicznika, po drugie z powodu opłaty państwowej w wysokości 10% transakcji. Dlatego Amerykanom bardziej opłaca się u siebie zaopatrzyć w waluty Europejskie i dopiero z nich dokonywać zakupu Peso.

Kolejna sprawa, od jakiegoś czasu nie obowiązuje już tzw. wiza wyjazdowa - opłata jaką należało uiścić podczas odprawy na lot powrotni. Nikt nie chciał od nas żadnych pieniędzy.

Oczywiście przewidując wydatki do końca pobytu warto zabezpieczyć sobie pewną górkę. Jeśli nie będzie wykorzystana - zawsze można kupić dodatkową butelkę pamiątkowego rumu. Jeśli mimo to coś Wam zostanie - może to uatrakcyjnić Waszą kolekcję zagranicznych walut. Co ciekawe bowiem, Kuba posiada specyficzny rozkład wartościowy. Można więc spotkać przykładowo 25 Centavos (tzw. grosze, setne części Peso) wymienialnych, podczas gdy w przypadku waluty narodowej jest tylko 20 Centavos. Najciekawsze są jednak banknoty - zwłaszcza obecność wartości 3 Peso (w obu przypadkach). Są one bardzo chętnie kolekcjonowane wśród Amerykanów, którzy mają powiedzenie: jesteś głupi jak trzydolarowy banknot.

Będąc na miejscu warto zwracać uwagę na wydawaną resztę. Nam się to nie zdarzyło, ale kilkukrotnie czytałem o wydawaniu waluty lokalnej w zamian za Peso wymienialne. Zatem jak je szybko rozpoznać? Otóż wszystkie banknoty na środku frontowej strony, pod wartością mają podpis Pesos convertibles. Natomiast w przypadku monet, Peso wymienialne na frontowej stronie posiadają wizerunki budowli. Peso kubańskie natomiast różne symbole związane z rewolucją - wizerunki postaci, lub logotypy.