poniedziałek, 27 czerwca 2016

Projekt gupol część 3 - nocleg w Gapahuku

Nadszedł ten moment :-) Kilkanaście tygodni maglowania Dorocie że pod Skandynawską chmurką może być fajnie, omawiania i znajdowania wspólnego mianownika, zaowocowało kupnem biletów na pierwszy sprawdzian. Przez kolejne tygodnie robiliśmy nieśmiałe próby, choćby opisywany w drugiej części projektu nocleg pod namiotem w Mołdawii. Jednak w końcu nadszedł ten zakreślony w kalendarzu grubą czerwoną kreską weekend, kiedy to mieliśmy lecieć w dzicz, polować na trolle :-) 

W międzyczasie odbyliśmy część drugą i pół naszego projektu. Podróż z Warszawy do Bośni i Hercegowiny mieliśmy bowiem z kilkunastogodzinną przesiadką w Skavście. Idealnie na to, aby przejść się z Nyköping do Oxelösund. Przetestowaliśmy w boju nasz półlitrowy kubeczek z podręczną kucheneczką na paliwo stałe, oraz raczyliśmy się zapachem i widokiem bosko kwitnącego wtedy rzepaku. W sposób klasyczny plany uległy zmianie w trakcie realizacji, ponieważ gdzieś pomiędzy na jednej łące przytrafiła nam się godzinna drzemka, ale koniec końców trafiliśmy na plażę na półwyspie Jogersö. Niestety bardzo mocno zaczęły się tam pogarszać warunki pogodowe, niemniej przez palce chyba byliśmy w stanie uchwycić urok okolicznych małych skalistych wysepek. Czyli tego, co najfajniej wspominam z wypadu po okolicach w marcu kilka lat temu. Wystarczyło to aby zaciekawić zarówno wybrzeżem, jak też lesistymi terenami w okolicach lotniska Skavsta. Prawdopodobnie temat będzie kontynuowany :-)




Głównym wątkiem dzisiejszego wpisu jest jednak Norwegia. Plan banalny - lądowanie na lotnisku Torp w sobotę po godzinie 13., tupting do Sandefjord, zakup płynów (wyżywienie mieliśmy ze sobą), marsz nad jezioro gdzie mieliśmy spędzić noc, w niedzielę 20+ kilometrów do Tønsberg, skąd wieczorem pociągiem wracamy pod lotnisko i o godzinie 22. startujemy do Wrocławia. Rozwiązanie mikro-kosztowe z maksymalnym funem :-)



Norwegia przywitała nas bardzo mieszaną pogodą. Gdy dotarliśmy do Sandefjord, na krótką chwilę rozpadał się bardzo intensywny deszcz. Zmoknięcie i lekkie zmarznięcie musieliśmy odbić sobie kilkudziesięcioma minutami spędzonymi w terminalu promowym. Niecałą godzinę później cieszyliśmy się promieniami pięknego słońca, przesiadując gdzieś na przystani na początku półwyspu Vesterøy. Samo Sandefjord wypiękniało. Może odnoszę takie wrażenie, ponieważ miasteczko pamiętam głównie z wizyty na przełomie lutego i marca, kiedy to wszystko było pokryte solidnym śniegiem. Teraz natomiast zobaczyłem bardzo żywe centrum z przyjemnymi placykami, zielenią, zadbanymi kamienicami i sielskim klimatem niemałej miejscowości wypoczynkowej. Miasteczko jednak zostało przez nas potraktowane w sposób tranzytowy. Jedyne na czym się bowiem skupiliśmy to zakupy w lokalnej odmianie naszej Biedronki - sklepie sieci Kiwi. Po akceptowalnym koszcie kupiliśmy tamtejszy najtańszy sok i wodę. Niestety wodę gazowaną, co będzie miało później ogromny wpływ na przygotowywaną kawę, herbatę i nuddle instant ;)

Za punkt noclegu obraliśmy wybrzeże jeziora Goksjø. Wertując internet i ciężko walcząc z nieznanym mi norweskim językiem, natrafiłem bowiem kiedyś na genialną stronę www.ut.no. Jest to wspólny projekt - o ile dobrze przetłumaczyłem - Norweskiego Stowarzyszenia Trekkingowego i państwowej korporacji medialnej NRK. To tam zetknąłem się z pojęciem, może trochę na wyrost określonego jako ratunkowe schronienie - gapahuk. Przeglądając zdjęcia na wspomnianej stronie widziałem różne ich typy - od prostego szałasu, po niemal domki z wydzielonym miejscem na namioty. Naszym celem na ten wyjazd stał się natomiast znajdujący się właśnie nad wspomnianym jeziorem Matskapet.

W dojściu po drogach pomagały nam mapy google-a z pobranymi wcześniej okolicami Sandefjord. Wyszukiwanie trasy pomimo bycia offline to rewelacyjne rozwiązanie, czekamy na taką samą usługę dla tras pieszych. Na jednym z ostatnich odcinków natrafiliśmy na informację mówiącą, że do gapahuka prowadzić będą błękitne znaki. Wprawdzie nie zauważyliśmy że w pewnym momencie szlak się rozdziela, dlatego też poszliśmy okrężną trasą, przez siedliska komarów (była akurat wieczorowa pora, więc mieliśmy na co narzekać) i wzdłuż wybrzeża. Jednak w końcu dotarliśmy, a tam już szczeny w parterze. Rzeczywiście, jak na zdjęciach, zbudowane z drewna półkole na niemal 20 osób, zadaszone, z ławeczką, miejscem na ognisko. Ba, z dachem okrytym papą, drewnem na ognisko i gazetami na podpałkę, ręcznikiem papierowym, folią aluminiową a nawet patelnią! Gdy jeszcze okazało się że akurat tego wieczora nikt inny nie wybrał sobie tego miejsca na nocną imprezę odetchnąłem z ulgą i zacząłem zwracać uwagę na inne rzeczy. Jak na przykład to, że konstrukcja dodatkowo oferuje cudowny widok na jezioro z uroczym cypelkiem po sąsiedzku. Fiordy to może nie są, ale te lasy, głosy okolicznego ptactwa i ciepła woda w jeziorze, mmmm... bosko :-)






Wygląda na to, że jezioro ma całkiem niezłe wzięcie. Jakieś 300 metrów dalej znajdowało się bowiem obozowisko bodaj siedmiu namiotów z grupką radosnych Norwegów, natomiast gapahukowa księga gości zawierała wpisy z niemal każdego weekendu - także tych z okresu zimowego! Pewnie nie chodzi o nocleg, co być może wycieczkę po lasach, lub jakąś formę zimowej aktywności związaną z jeziorem.



W kwestii noclegu właśnie, było niemal super. Niemal, ponieważ krótka norweska noc spędzona była pod znakiem ciągłego przebudzania się. Chodziło o komary, które może jakoś nie pogryzły, niemniej jednak - pomimo zastosowania preparatu w spreju - cały czas hałasowały wokół wystającej ze śpiwora głowy. Podobno w nocy przez chwilę dość solidnie padało, jednak środek schronienia cały czas był suchy. Ostatnia prognoza jaką widziałem zapowiadała minimalną temperaturę w okolicy 12℃. Dlatego też nie zmarzłem, chociaż nad ranem musiałem opatulić się przeciwdeszczowym skafandrem zakładanym na śpiwór.

Rano okazało się, że nasze plany pieszego tuptania do Tønsbergu uległy zagładzie. Wstaliśmy bowiem grubo po dziesiątej a nad jeziorem przebywaliśmy do trzynastej. Wynikało to ze zmęczenia, jak też niechęci spowodowanej padającym kapuśniaczkiem. Jednak z minuty na minutę pogoda zaczęła się poprawiać, kawa spowodowała rozbudzenie a podgrzana na małym ognisku kiełbasa śląska i zrobione jeszcze w Polsce tosty dodały sił i chęci do dalszego wysiłku. Koniec końców wybraliśmy się bardzo okrężną - osiemnastokilometrową drogą w stronę lotniska. Owszem, w zdecydowanej większości szliśmy po asfaltowej jezdni lub chodniku, jednak okolice były mało uczęszczane przez mieszkańców a każde wzgórze, pokryte zielenią pole, czy las bosko mieniły się w promieniach słońca i na tle coraz bardziej błękitnego nieba.




Koniec końców u mnie w mieszkaniu znaleźliśmy się w okolicach północy. Dzięki uprzejmości obsługi pokładowej Wizz Air pod koniec lotu mogliśmy się przesiąść do drugiego rzędu, dzięki czemu szybkim sprintem przez rękaw (co wzbudziło spory śmiech wychodzącej za nami grupki Norwegów) oraz labirynt terminala w cztery minuty znaleźliśmy się w odjeżdżającym właśnie autobusie. W ten sposób zaoszczędziliśmy pół godziny snu, zwłaszcza że o piątej rano trzeba było wstać i oporządzić Dorotę na lot do Modlina - czyli z klasycznym przyjściem do pracy o godzinie 0905 ;)

Jeśli chodzi o wrażenia - mi się bardzo podobało. Kosztem niewielkich wyrzeczeń mieliśmy bardzo bliski kontakt z naturą. Wygoda - jak to na campingu, lub podczas nocowania na lotnisku. Szału nie ma, ale byliśmy w stanie zachować akceptowalny poziom czystości, ciepłotę i ogólny komfort. Warunki były też zdecydowanie lepsze niż podczas mojego zeszłorocznego nocowania bez zadaszenia, jedynie w śpiworze. Wnioski na przyszłość? Szukać, szukać i jeszcze raz szukać. W zeszłym roku w okolicach Porsgrunn znalazłem drewniane tipi na szczycie góry. Widoki z rana pewnie są tam fantastyczne. Dzień po powrocie z opisywanego tutaj wyjazdu Dorota znalazła podobny do naszego Gapahuk, który znajduje się na drugim półwyspie Sandefjord - Østerøy. Tego lata już nie mamy wolnych weekendów, ale wcześniej robiłem rozpoznanie terenu w kontekście Stavanger i popularnej skały Preikestolen. Kilka kilometrów dalej - czyli w kontekście pionowego kilkusetmetrowego klifu będziemy pewnie mieli do czynienia z solidnym obejściem na kilkanaście kilometrów - jest, jak to określają Norwegowie, stodoła w której można przenocować za darmo. To na jedną noc, pozostałe - z racji skalistego podłoża i bardziej wymagających warunków pogodowych - będą oznaczały ratowanie się namiotem. Jednak powiem Wam, że z tygodnia na tydzień mam z tym coraz mniejszy problem. Tak samo jak Dorota ma coraz mniejszy problem z wątkiem nocowania w plenerze a i chyba Skandynawia zaczyna skutecznie łechtać jej zamiłowanie do łazęgowania pośród zieleni. Myślę więc, że powoli wypracowujemy pewien konsensus i już kolejnego lata liczba pinesek przybitych w północnych regionach kontynentu będzie bardzo szybko rosła. Tak wiem, dziwnie brzmi mówienie o kolejnym roku, ale chociaż w dniu pisania tego posta do wakacji pozostał niecały tydzień, my już mamy zaplanowany każdy weekend do początku września ;)

PS. Całkowity koszt wyjazdu to około 175 złotych od osoby. Z tego koszt lotniczy (3 odcinki) 103 złote, wyżywienie kupione w Polsce 13, suma zakupów w Norwegii - niecałe 22 złote. Pozostałe koszty to autobusy na lotnisko i kebab na piątkowy obiad w Warszawie :-)

PS2. Galeria z wyjazdu dopiero za jakiś czas znajdzie się na moim koncie na serwisie Panoramio.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wariactwo nowych lotnisk

Rynek lotniczy ma to do siebie, że co jakiś czas po prostu wariuje. Pamiętam jak chwilę po moim początku z podróżowaniem Ryanair latał za grosz, więc udało się polecieć na Sardynię pięcioma odcinkami za łączną sumę 15 złotych. Ba, notorycznie kupowało się bilety w formie backupu - jeśli by się nie wyrobiło na jakąś ciasną przesiadkę. Potem pojawił się u nas OLT Express i wszyscy nagle zaczęli latać po kraju za 100 złotych - włącznie z Eurolotem i PLL LOT. Teraz zaczyna się świr związany z nowymi lotniskami.

Wątek ten obserwuję w kontekście ostatniej mody - każdy chce mieć swoje lotnisko. Bo przyniesie prestiż oraz miliony euro wydawane przez przyjeżdżających turystów. Z wielką pompą medialną organizowane są więc przetargi, studia opłacalności i budowane, lub częściej rewitalizowane starsze infrastruktury. Gdy władze lokalne wydadzą już do kilkuset milionów złotych (spoko, spoko, duży procent z tego jest przecież zwracany z Unii) okazuje się, że to nie koniec drogi. O ile wcześniej spółka nie zostanie przymuszona do bankructwa - vide negatywnie oceniany wzdłuż i wszerz projekt generalnie uznanego za niepotrzebne lotniska w Gdyni - okazuje się że sam terminal i pas startowy turystów nie przyciągnie. Do tego potrzebne są linie lotnicze.

A te dużo lepiej wiedzą na czym mogą zarobić i jeśli nie mogą nawet znaleźć na mapie danego miasta to raczej obstawiają niewielką potrzebę latania tam swoich klientów. Władzom lokalnym nie pozostaje więc nic innego jak dopłacanie do przewożenie pasażerów. Ups, przepraszam za niedopowiedzenie - wykupienie kampanii marketingowej, czy innego ładnie opakowanego rozwiązania ;) Stety, bądź niestety, dziś to już normalność. Tak ściąga do siebie turystów Macedonia, tak przez lata funkcjonują lotniska w Charleroi, Bergamo czy Gironie. Nawet duże porty oferują programy zniżkowe dla przewoźników nowych, lub otwierających połączenia na pożądanych kierunkach.

Jednak na naszym małym podwórku kwestia ta uległa totalnemu wypaczeniu. Zielona Góra przez ostatnie lata próbowała walczyć z wizerunkiem lotniska utrzymywanego wyłącznie dla lokalnych notabli potrzebujących kopsnąć się co jakiś czas do Warszawy. Dlatego jeszcze bodaj w zeszłym roku próbowano zorganizować pojedyncze czarterowe rejsy Eurolotu do Gdańska i Krakowa. Mocno podskoczyły też zeszłoroczne statystyki obsługi pasażerów. Niestety stało się to za sprawą remontu pasa w Poznaniu i przekierowaniu do Babimostu kilkanaście lotów czarterowych. Jak przeczytałem na dniach w sieci - w kilka tygodni obsłużono w ten sposób 5 tysięcy pasażerów, przez resztę roku na lotnisku pojawiło się kolejnych około 10 tysięcy. Wszystko to za sprawą średnio kilkunastu osób latających w tygodniu do wspomnianej stolicy.

Najciekawsze przykłady oferują jednak nasze dwa nowe rodzynki - Olsztyn-Mazury i Radom-Sadków. OK, ten pierwszy uczy się na błędach. Początek miał humorystyczny - odbębniony w mediach start regularnych połączeń do Berlina, Krakowa, oraz zapowiedź nowych. Chodziło o targetowanie się na sentymentalnych turystów z Niemiec, którzy na Mazury zawitaliby w trakcie podróży śladami Hitlera. Kraków w styczniu w mojej opinii był kiepski a już najsłabsza była gwiazdka w medialnym przekazie - te regularne połączenia operowane były na 33-miejscowych samolotach w większości czarterowego jak dotąd Sprint Air. Pojawiające się co kilka tygodni newsy pokazują, że ktoś tam chyba jednak myśli i stara się wyciągnąć projekt Olsztyn-Mazury na prostą. BTW, Olsztyn jest oddalony od lotniska o prawie 60 kilometrów ;) Sprint Air poszerzył więc siatkę o Wrocław i koncentruje się na wypadach weekendowych, z wylotami w piątek i powrotami w niedzielne późne popołudnie, lub poniedziałkowy poranek. Do tego ściągnięto Wizz Air i Ryanair z ofertą pod londyńskich Luton i Stansted, oraz rozpychającą się w naszym kraju Adrię. Ten ostatni strzał jest bardzo cenny, trzy rejsy tygodniowo objęte są bowiem siatką code-share z innymi liniami w siatce Star Alliance (w domyśle przede wszystkim Lufthansa). Co więcej, odbywać się one będą na pokładzie osiemdziesięcio-kilku miejscowej maszyny Bombardier CRJ-900, dużo większej niż w przypadku Sprint Air. Jednak pomimo wychodzenia na prostą w logiczności połączeń ciekawym newsem wykazał się niedawno PLL LOT. Linia ta również postanowiła otworzyć połączenie do Olsztyna. Cholera, z odległej niecałe 150 kilometrów Warszawy, mieszczącymi również ponad osiemdziesięciu pasażerów Dashami? Owszem, będą oferowane przesiadki na resztę siatki przewoźnika, ale czy będą w stanie zapełnić pierwsze rejsy zaplanowane trzy tygodnie po ogłoszeniu ich startu?

Kompletnym absurdem jest natomiast w mojej opinii polityka połączeń w Radomiu. Owszem, zaciekawili mnie na początku startując z CSA i Air Baltic. Pomyślałem sobie - może coś w tym jest, znajdzie się kilkadziesiąt osób, które co dwa-trzy dni będą feedować siatkę hubów w Pradze i Rydze. W końcu z dużo większym przytupem Łódź utrzymuje jedną maszynę Adrii na podobnych zasadach latającą do Monachium, Amsterdamu i Paryża. Również niewiele wcześniej do Lublina zaczęła latać Lufthansa - niby dwa-trzy rejsy w tygodniu, ale dla turystów i szczątkowego długodystansowego biznesu starczy. Jednak nie, pomysł upadł w niesamowicie krótkim czasie, zachęcając włodarzy portu do jeszcze ciekawszych posunięć. Z pomocą przybyło bowiem znów chętne dorobić na kampaniach reklamowych Sprint Air. Tylko co przyświecało tworzeniu siatki, to już totalnie nie wiem. Gdańsk - ok, zróbmy prezent naszym mieszkańcom chcącym wypocząć pośród pól parawanów. Ale jeden rejs w tygodniu? Praga - pewnie na siłę próbujemy udowodnić CSA że pochopnie zrezygnowała ze swoich połączeń. Berlin - hm... bo Olsztyn też otworzył? ;) No i na sam koniec Wrocław.... Mieszkam w tym mieście, chyba znam jego realia i za cholerę nie wiem po co ktoś miałby latać do Radomia, lub z tego miasta do nas. Na dodatek - we wtorki i czwartki, w środku dnia. Panowie, powiem tak. Z Wrocławia były już rejsy do Gdańska (zeszłego lata nawet cztery tygodniowo), do Lublina, do Lwowa i Berlina. OLT Express początkowo latał też do Szczecina/Poznania, Łodzi i Krakowa. Wszystko to zostało zamknięte w bardzo szybkim czasie. Dlatego wprost z niedowierzaniem czytałem newsy że postanowiliście uruchomić trzecią rotację tygodniowo - w soboty - oraz dodatkowo otworzyć połączenia do Lwowa. Wykracza to poza moją logikę. I chyba nie tylko moją, ponieważ lotnisko stało się pupilkiem szyderczego serwisu ASZdziennik, które informowało już że z Radomia odlatują samoloty nie tylko bez pasażerów, ale też bez pilotów, Radom postanowił wybudować kilka dużych miast na kontynencie aby było dokąd latać, z lotniska miały zostać otwarte połączenia międzyplanetarne, lub ostatecznie port lotniczy miał być przebudowany na port morski obsługujący tygodniowo dziesięć saudyjskich tankowców ;)

Oczywiście absurdalność połączeń nie oznacza że nie można z nich skorzystać. Do dziś pluję sobie w twarz, że z propozycji OLT Express zdążyłem załapać się tylko na Kraków, na pokładzie Eurolotu nie przeleciałem się do Lwowa a rejs z Lublina przegapiłem, bo najzwyczajniej zapomniałem że go kupiłem ;) W najbliższy weekend lecę do Szyman. Gdy opowiadałem o tym w pracy, opcja wydawała się być interesująca. Jednak krótki czas podróży i atrakcyjne godziny to jedno, a pytanie co dalej na miejscu to drugie. Na Mazury właściwe daleko. Korzystam jednak z backupu - ja dolatuję, na miejscu zgarnie mnie Dorota i jej samochodem jedziemy gdzieś w okolice pod namioty. Bez wsparcia od strony lokalsów byłoby więc ciężko. Co do Radomia, też mam w planach :D Akurat w jeden weekend planujemy wypad na posthippisowski festiwal w Bieszczadach. Dorota będzie jechać samochodem z Warszawy, tak się złożyło że przez Radom właśnie. Czyli znów, po pracy na lotnisko, krótki odcinek lotniczy i dalej już samochodem. Wiem, sztuka dla sztuki, lub dla jaj. Tylko być może jest to jedyna okazja w życiu aby zapisać lotnisko w Radomiu do listy zaliczonych. Bo szczerze, jak jeszcze widzę weekendowe Mazury za 200 złotych w ilości kilkunastu pasażerów każdego weekendu, tak Radomia ni cholery.

Jedno w tym absurdzie naszych nowych i małych lotnisk jest dobre. Nikt nie wpadł na szalony pomysł czegoś na wzór lotniska Ciudad-Real w Hiszpanii. Od samego początku było wiadomo, że w kontekście atrakcji turystycznych kraju jest pośrodku niczego. Miało być alternatywą dla Madrytu, które to lotnisko posiada cztery pasy startowe, jest bardzo blisko miasta, nikt tam nie narzeka na hałas samolotów i generalnie działa sobie bardzo dobrze. W oparach absurdu zaplanowano terminal do obsługi dziesięciu milionów pasażerów rocznie, oraz nawet wybudowano trzystu-metrowy rękaw kierujący bezpośrednio w stronę linii na trasie Sevilla - Madryt. Miała tam być wybudowana stacja kolei dużych prędkości, jednak nic takiego nie powstało. Lotnisko wybudowano kosztem 1,1 miliarda euro, które przez niecałe dwa lata obsłużyło około 87 tysięcy pasażerów. W zeszłym roku Chińska firma Tzaneen International kupiła je za 11 tysięcy euro. Miało to miejsce najpewniej ze względu na dobrą infrastrukturę i niemal czterokilometrowy pas startowy.

Hiszpańskie plany brzmiały gigantycznie, nawet w kontekście ich ogromnego ruchu lotniczego wewnątrz kraju, jak też połączeniom z resztą kontynentu. Niejedno lotnisko na półwyspie iberyjskim obsługuje więcej pasażerów niż wszystkie w naszym kraju razem wzięte. Jednak nie jest to wytłumaczenie dla dość pochopnego wydawania milionów złotych z naszych lokalnych budżetów. Poza tym, fala manii wielkości zaczyna wypływać z regionów również do władz krajowych. Mam tutaj na myśli pomysł Centralnego Portu Lotniczego. Może i projekt fajny, tylko słabo go koreluję z inwestycjami i rozruszaniem Modlina, sporymi zmianami na lotnisku Chopina i dużym kapitałem wkładanym w utrzymanie przy życiu lotniska w Łodzi. Nie przekonują mnie też ambitne plany wybudowania szybkiej kolei do Warszawy i Łodzi czy hasła łączenia wschodu z zachodem. Na tym haśle bazuje już Stambuł, walczące ze sobą MEB3 (Emirates, Etihad i Qatar) czy Finnair. Już totalnie rozbawiły mnie natomiast gigantofobiczne zapowiedzi obsługiwania kilkudziesięciu milionów pasażerów rocznie. Cóż, Polska takiego ruchu nie wygeneruje, potrzebni będą pasażerowie przesiadkowi. A samym hasłem wschód vs. zachód ich nie ściągniemy. Potrzebny by był silny, globalny przewoźnik bazowy, który swoją wielkością ściągnąłby inne linie będące w umowach code-share. Coś jak Lufthansa w Monachium/Frankfurcie, Air France w Paryżu czy British Airways w Londynie. PLL LOT ze swoimi sześcioma Dreamlinerami oraz flotą opartą na niewielkich Embrionach i Daszach raczej kontynentu nie podbije. Zwłaszcza że w sieci pojawiają się kolejne newsy, że pomimo zastrzyku z budżetu państwa działalność linii nadal nie spina się finansowo.

Tematem tym z pewnością uderzyłem w część lokalnych sentymentów - zwłaszcza jeśli wywodzicie się, lub jesteście jakoś związani z wymienionymi regionami. Nie obrażajcie się proszę jeśli trochę zbyt szorstko i szyderczo potraktowałem wymienione przykłady. Wbrew pozorom mam nadzieję że za kilka, kilkanaście lat będę mógł śmiało powiedzieć - myliłem się, lotniska jednak się wybroniły i może nawet jeśli inwestycja się nie zwróciła, to w sposób bieżący są w stanie same się sfinansować. Pozwólmy jednak żeby tą sytuację zweryfikował czas.

środa, 15 czerwca 2016

Ryanair przenosi loty krajowe na lotnisko Chopina

Jakiś czas temu w sieci pojawiły się zachwyty nad planem przeniesienia lotów krajowych Ryanair z lotniska Modlin do głównego portu lotniczego w Warszawie. Może przypomnę - zmiana nastąpi pod koniec sezonu letniego, od zimowego natomiast dodatkowo zwiększeniu ulegnie liczba lotów - do trzech dziennie.

Gdy kilka sezonów temu ogłaszano uruchomienie rejsów pomiędzy Modlinem a Gdańskiem i Wrocławiem, moja opinia była wprost przeciwna do hurra-optymizmu panującego w sieci. Historia bardziej sensownych połączeń krajowych - czyli na dłuższych odległościach, w bogatszych krajach o większej tradycji ruchu lotniczego, na główne lotniska itp. - była dość jednoznaczna. Girona/Alicante/Santander/Walencia - Madryt, Dublin - Cork, Bergamo - Ciampino, Beauvais - Marsylia, Schönefeld - Hahn/Weeze/Brema - wszystkie te kierunki posiadały po kilka rotacji dziennie i dziś ich już nie ma. Dlatego odniosłem wrażenie, że lotnicze krajówki po Polsce w takim układzie to przede wszystkim zabieg PR.

Po tych kilku sezonach obecności tras z Modlina stwierdzam, że trochę miałem rację i trochę się myliłem ;) Nie zaprzeczam, że samoloty z Wrocławia latają raczej pełne. Faktem jednak jest, że moja obserwacja dotyczy w przeważającej mierze lotów weekendowych. Druga sprawa to fakt, na ile te rejsy są pełne z powodu zapotrzebowania, na ile z powodu ceny? Przy lotach za 9 złotych zabiera się bowiem wszystkie dzieciaki, ciotki, babcie, wujków i psy na wycieczkę do Warszawy, żeby mieli swój pierwszy i być może jedyny lot w życiu. Przykładowo, wielokrotnie w poniedziałkowe poranki, gdy po wylądowaniu we Wrocławiu jechałem autobusem do pracy, słyszałem rozmowy że trzeba będzie szybko się przejść na Rynek, wzdłuż Odry, pokazać dzieciakom krasnale, zjeść coś w Maku i gonić na przystanek aby złapać lot powrotni. Trzecia sprawa to fakt, że niemała siatka połączeń i tanie doloty na Modlin zwiększają możliwości podróży po kontynencie. Sam tak robiłem Gdańsk, Rygge, Rzym i Ateny :-) Czyli mamy pełne samoloty, lecz przy zwiększeniu ceny do 100-150 złotych w jedną stronę obłożenie prawdopodobnie poleciałoby na łeb na szyję. Owszem, tzw. gajerków którym cena gra drugoplanową rolę trochę lata. W końcu pasują im godziny (zwłaszcza poranny wylot z Wrocławia/Gdańska) lub po prostu mają coś do załatwienia w północnej części Stolicy, przez co z Modlina jest im bliżej. Niemniej ruch ten jest tylko niewielką częścią całości obłożenia.

Kilka miesięcy temu zastanawiałem się w którą stronę pójdą rejsy krajowe Ryanair. Czy lotniskom regionalnym oraz linii w ramach promowania baz we Wrocławiu i Gdańsku będzie zależało na dokładaniu do nieopłacalnych połączeń tylko po to, aby móc reklamować śmiesznie tanie bilety, przekonywać do siebie nowych klientów w nadziei ich powrotu na pokład przy jakimś droższym kierunku. A może jednak będą celowali mimo wszystko w pasażerów podróżujących często, którym zależy na bliskości centrum Warszawy, dobrych godzinach, obsłudze itp.? Tylko na nich da się bowiem zarobić coś więcej, chociaż przy ruchu krajowym zapewne o zysku też nie ma mowy. Niemniej Ryanair przy swojej ogromnej flocie i siatce jest w stanie sobie na to pozwolić :-) 

W chwili obecnej linia wybrała moją drugą opcję z plusem w postaci trzeciej rotacji. Z plusem trochę przez łzy, ponieważ jego wartość jest w mojej opinii zerowa. Rejs w środku dnia dla biznesu jest bowiem albo za wcześnie aby skorelować go z poranną rotacją, albo za późno w stosunku do jej popołudniowego odpowiednika. Dużo lepsza byłaby rotacja na zamknięcie dnia. Opcja dla biznesu - jeśli planowany jest bardzo długi dzień spotkań, opcja dla pasażerów podróżujących turystycznie/weekendowo/do rodziny - aby spokojnie po pracy przyjechać do domu, zjeść obiad i pojechać na lotnisko. Czyli okolica wylotu z Wrocławia o 21:30 i powrotu około północy. Niestety doszłoby tutaj dublowanie godzin z LOTem, co oczywiście Ryanair by nie przeszkadzało ;) Dobrym pomysłem byłaby natomiast rotacja odwrócona z lądowaniem w granicach północy w Warszawie (w tym momencie ostatni rejs do stolicy startuje około godziny 21-22), ale to by oznaczało bazowanie maszyn na lotnisku Chopina, więc kompletnie odpada ;)

Czy projekt Chopin się powiedzie? Tego nie wiem. Ryanair to linia która niejednokrotnie wypowiadała się o wspaniałości jakiegoś pomysłu, po czym kompletnie go zarzucała. Póki co, chcą latać, a jak im się przestanie chcieć, to po prostu skasują kierunek ;) Z mojej strony ogłoszenie rejsów na główne lotnisko w Warszawie jest bardzo dobrą wiadomością. Paradoksalnie bowiem będę mógł się wypiąć na Ryanair przesiadając się do LOTu. Część z Was pewnie bowiem pamięta czasy OLT Express, gdy po wzmożonej konkurencji na trasach do stolicy nagle się okazało że nasz narodowy też może latać za sto złotych. A w tym przypadku mówimy już o szerokim wyborze sześciu, czy siedmiu rotacji dziennie a nie raptem dwóch. Czyli po pracy domek, obiad i lotnisko a po weekendzie dłuższa kima, krótszy dojazd na bliższe lotnisko i w biurze o nieco bardziej ludzkiej porze.

Wątek ten tak mocno omawiam i obserwuję, ponieważ ostatnio rejsy na trasie pomiędzy Wrocławiem i Warszawą to jakieś 50% moich wszystkich lotów. Dzięki większym możliwościom transportowym - różnym blablom, Polskibus, Pendolino i w dużej mierze też Ryanair - okazuje się, że bez większych problemów można prowadzić związek na odległość. Przy czym ani nie mam co narzekać na zwiększone obciążenia finansowe, ani na zmęczenie wynikające z trudów podróży. Ot, bus po pracy, przejrzenie w sieci newsów, odpalenie jakieś gry i chwilę później wysiadam z metra. I tak w jedną albo drugą stronę w niemal każdy weekend. Co więcej, dochodziło nawet do takich sytuacji, kiedy po pracy na rowerze jechałem na lotnisko, leciałem na kolację i tym samym rowerem następnego dnia z rana jechałem bezpośrednio do pracy. Taki urok młodzieńczej duszy i odrobiny szaleństwa w głowie ;)

Gdy tak sobie kiedyś omawialiśmy te możliwości transportowe, w pewnym momencie pojawiały się oczywiście porównania do innych krajów, gdzie ruch na trasach wewnętrznych jest dużo bardziej rozbudowany. Przykładem może być Francja z siatką Hop!, otaczana trasami kilku linii Hiszpania czy Włochy. Owszem, kraje bogatsze, odległości większe. Jednak od razu przypomniałem sobie pewną regułę zauważoną półtora roku temu na lotnisku w Bari. W ciągu dnia ściągano tam turystów z Niemiec, Anglii, wysyłano lokalsów do Paryża, Hiszpanii itp., natomiast niemal wszystkie ostatnie rotacje były wykonywane na lotach wewnętrznych. Część z nich odbywała się na trasach regularnych - Mediolan, Sycylia czy Rzym. Jednak rotacje części samolotów podzielone zostały na dwa, trzy loty w tygodniu na mniejszych, nieodległych od siebie kierunkach typu Genua, Florencja/Pisa, Triest/Wenecja/Werona, czy Brescia wspierana przez Bergamo.

Zacząłem więc sobie myśleć - czy coś takiego przyjęłoby się w Polsce? Jest bowiem kilka kierunków dalekich, które można by było połączyć i uzupełniać. Dwie rotacje tygodniowo z Gdańska do Rzeszowa, Krakowa i Wrocławia załatwiają samolotowi pracę na cały tydzień. Owszem, tylko dwie, jednak jeśli pojawi się wymóg podróży w dokładnie ten dzień, Rzeszowiakom pewnie szybciej będzie po pracy dolecieć i dojechać z Krakowa niż przez pół dnia pałować się wzdłuż kraju. Tak działała metoda lotów z Bari jednego dnia do Wenecji, innego do nieodległego Triestu. Do tego cena rzędu 100 złotych pewnie też nie jest jakimś mega wyzwaniem, zwłaszcza przy młodszym społeczeństwie, które zaczyna już całkiem nieźle zarabiać. Dodatkowym plusem dla linii jest to, że krótkie rotacje mogą się zaczynać naprawdę późno - nawet o 21.30. Kto by miał potrzebę latać na takich trasach? Cóż, studenci, osoby dojeżdżające do rodziny swojej, lub swojej połówki, czy freaki chętne poimprezować gdzieś przez weekend (wylot w piątek, powrót busem/pociągiem w niedzielę). Teraz przelecą się po kosztach a za dwa miesiące być może polecą na wakacje zostawiając linii sporo kasy ;)

Czy coś takiego wypaliłoby w naszym kraju? Cóż, Eurolot kiedyś próbował, nawet sensownie wychodziła im siatka z Krakowa i Gdańska. Niestety trafili na piekielnie ciężki dla siebie okres - notoryczne psucie się ATR-ów i brak dostawy dzisiejszych Dashów, oraz przede wszystkim totalna konkurencja OLT. Ryanair póki co zachwala pomysł rejsów na lotnisko Chopina, więc może i inne krajówki zaczną wchodzić w rachubę. Problemem jest tylko straszne foszenie się przewoźnika. Kilka sezonów po otwarciu bazy we Wrocławiu uruchomił on w ścisłym sezonie wakacyjnym połączenie do Gdańska. Myślałem że temat ten się rozkręci, gdyż w sierpniu zeszłego roku częstotliwość została zwiększona do czterech rotacji tygodniowo. Niestety pomimo powolnego rozwoju zarówno w Gdańsku jak i Wrocławiu w tym roku zabrakło miejsca w siatce na to połączenie...

poniedziałek, 16 maja 2016

Projekt gupol część 2

Jakieś dwa miesiące temu opisywałem Wam projekt gupol, czyli przygotowania do nisko-kosztowych podróży po krajach Skandynawskich. W skrócie - bardziej wśród przyrody włącznie z nocowaniem na dziko. Projekt ten powoli, ale ciągle ewoluuje aby pozwolić nam na komfort w trakcie takiego wypadu. Sprawdzianem wstępnym będzie jeden z czerwcowych weekendów, kiedy to na zachodnim Oslofiordzie będziemy nocować w jednym z tamtejszych gapahuków. Myślałem też, że będzie to pierwszy test pod chmurką, jednak ostatni wyjazd do Mołdawii przyspieszył nieco kilka spraw.

Bogata relacja z tej tygodniowej majówki za jakiś czas pojawi się na blogu. Teraz na szybko opiszę - lecieliśmy LOTem z bagażami rejestrowanymi, dzięki czemu praktycznie nie mieliśmy ograniczeń wagowych i rozmiarowych. Ponieważ tydzień to dość długo jak na większość atrakcji Mołdawii a z transportem na prowincji dość ciężko, zdecydowaliśmy się na mały eksperyment. Namiot :-)

Wieczór poświęcony na lekturę różnych internetowych wpisów poświęconych podróżowaniu z namiotem zaowocował stwierdzeniem, że jednak takie ustrojstwo da się przewieźć w bagażu podręcznym. O ile oczywiście śledzie nie będą metalowe i w razie pytań przy security w sposób jasny będzie się w stanie wytłumaczyć do czego służą te podłużne kijki. Jedyne zagrożenie jest w tym, że trafi się na bardziej wygadanego pracownika lotniska, który będzie próbował wmówić, że przez gumkowe połączenie ze szkieletu namiotu można zrobić... nunczako ;) 

Minusów namiotu jest kilka. Po pierwsze, nie wejdzie do małego bagażu podręcznego w Wizz Air. Wymieniam dokładnie tą linię, ponieważ to ona posiada najciekawszą siatkę połączeń ze Skandynawią. Z drugiej jednak strony, przez ostatnie lata podróżowałem sam. Gdy robi się to w parze, koszt jednego dużego bagażu podręcznego dzieli się na dwa, co jest akceptowalne nawet przy wypadzie na weekend. Minus wstępnie odrzucony. Drugim minusem namiotów jest ciężar. Tej zimy zauważyłem, że ciuchy w bagażu podręcznym zajmują stosunkowo niewiele miejsca. Wagowo i objętościowo plecak mocno przyrasta gdy do środka dodaje się rozbudowaną kosmetyczkę, materac, jakiś koc/śpiwór i prowiant. Owszem, namiot to tylko dodatkowe około 2kg. Jednak ciężar ten będzie trzeba cały czas nosić na plecach, co przy około dwudziestu kilometrowych spacerach ma już bardzo istotne znaczenie. Tego minusa już nie potrafię odrzucić ;)

Rozkminy te pozostawmy na później. Teraz stwierdziliśmy, że skoro i tak lecimy z walizkami (zostały w hostelu w Kiszyniowie, nie chodziliśmy z nimi po Mołdawskich wioskach ;) ) to spróbować można. Do przeprowadzenia eksperymentu posłużył nam najtańszy namiot z Decathlona. Taki, ponieważ był najmniejszy, najlżejszy, pozwoli nam wyrobić zdanie na temat campingowania. Jeśli w przyszłości za którymś razem jakiś nadgorliwy pracownik nie przepuści go przez security, to tej inwestycji rzędu 50 złotych na osobę w żaden sposób nie będzie nam żal.

Ostatecznie doświadczenie spania pod chmurką było ciekawe. Pierwsza noc, w ogrodzie willi w wiosce Trebujeni, była raczej ciężka. Do namiotu wdarła nam się wilgoć, przez co po prostu zmarzłem - tutaj wydaje mi się że będę musiał pomyśleć o lepszym śpiworze. Na szczęście mieliśmy taryfę ulgową - z rana skorzystaliśmy z ciepłego prysznica co pozwoliło na odzyskanie komfortu cieplnego i higienicznego. Druga noc - w pełni dzika - to już inna bajka. Było cieplej, zachowaliśmy wstępny komfort, znaleźliśmy fajne miejsce i całkiem nieźle się wyspaliśmy. Do tego z ogromną łatwością rozpaliliśmy ognisko, więc przed spaniem udało nam się nieco zagrzać i zjedliśmy ciepłą kolację. Dorota zresztą wspominała potem, że z niespotykaną zawziętością i radością na twarzy rozprawiałem się z uschniętym krzakiem. Jego duże gałęzie służyły nam za paliwo przez kolejnych kilkadziesiąt minut. A rano, po krótkiej toalecie z użyciem nawilżanych chusteczek, na śniadanie zjedliśmy bułeczki, smaczny serek, wędlinkę i pomidorki :-)

Poranny widok z okolic naszego namiotu
Czyli przedwczesny test z nocowaniem w plenerze, myślę że wypadł pozytywnie. Z pewnością z większą odwagą będziemy podchodzili teraz do weekendu w Norwegii. Dążenie na przekór ma swoje zalety. Pamiętam, gdy w poprzedniej pracy znajomi - niszko-kosztowi klienci biur podróży - wspominali, że nie jeżdżą do Hiszpanii, ponieważ ta jest dla nich po prostu za droga. Nie mogli uwierzyć gdy wspomniałem, że we wrześniu miałem swój dziesiąty wyjazd do tego kraju oraz gdy wspominają jak wyglądają moje koszta takiego wyjazdu. Większość ludzi nie widzi też sensu w podróżowaniu do mroźnej Skandynawii z powodu horrendalnych cen życia i małej ilości atrakcji turystycznych. To będzie kolejny absurd gdy się okaże, że Skandynawia - dzięki połączeniu kimy w plenerze, niewielkich kosztów wyżywienia i transportu - być może stanie się dla nas ultra-mega-tanim kierunkiem wyjazdowym pełnym przygód. Ale ja chyba nigdy nie godziłem się na podążanie z trendami ;)

czwartek, 12 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Camino de Santiago i bezpieczeństwo


Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Camino de Santiago
Będąc kilka lat temu w Santiago de Compostela dowiedziałem się, że jest to jedno z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Chrześcijan (obok Watykanu i Jerozolimy). Słyszałem także o silnym ruchu pielgrzymkowym, co stało w totalnym przeciwieństwie do pustki jaką zastaliśmy w mieście. Owszem, tamtejszy klasztor jest ogromny i klimatyczny, jednak będąc trochę na bakier z wierzeniami Chrześcijańskimi w mojej hierarchii ważności Św. Jakub jakoś niekoniecznie znajdował się na wysokiej pozycji. Faktem jest, że w trakcie tamtego wyjazdu pielgrzymki do Santiago jakoś utkwiły mi w pamięci, pomimo silnej konkurencji z naszym lokalnym Częstochowskim ewenementem, czy nawet bardziej lokalnym związanym ze Św. Jadwigą, której sanktuarium znajduje się w niedalekiej od Wrocławia Trzebnicy. Gdy ruch ten znajdzie swoje miejsce także w Waszej pamięci, z pewnością kiedyś zaczniecie dostrzegać w swoich, bądź odwiedzanych przez Was miastach, znaki białej lub żółtej muszli na błękitnym tle. Halo, halo, ale na moście we Wrocławiu? I owszem. Średniowieczna tradycja prawie została zapomniana, gdyż w 1970 roku pielgrzymowało raptem 68 osób. Jednak zabiegi Rady Europy co do przywrócenia jej popularności, jako drogi o szczególnym znaczeniu dla kultury kontynentu, spowodowały ogłoszenie jej w 1987 roku pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym, oraz w 1993 roku wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzięki temu rokrocznie pielgrzymów jest coraz więcej a ich liczba zbliża się aktualnie w okolice trzystu tysięcy.


Dziś, dla wielu miast i miasteczek, ruch ten stanowi bardzo istotną gałąź przemysłu. Wystarczy bowiem znaleźć się w jakimkolwiek skupisku ludzkim będącym na jednym z kilku szlaków, aby co chwila mijać schroniska, tzw. Auberge. Oferują one niezbędne minimum - najczęściej piętrowe łóżko w sali wieloosobowej, niejednokrotnie brak pościeli, kabiny prysznicowe, jak też przede wszystkim miejsce do ręcznego przeprania i wysuszenia ubrań. Ten minimalizm wyraża się również w niskiej cenie, ponieważ będąc zazwyczaj ponad miesiąc w drodze, każdy grosz zaczyna nabierać innej wartości. Poza tym miejsca te są bardzo ciekawe pod względem socjologicznym. Są tylko noclegownią, punktem odpoczynku gdzie każdego dnia spotykasz kogoś nowego. Czasami są to grupy własne, czasami obce do których bardzo łatwo jest się przyłączyć. Popołudniu zaczyna się przepierka, szybkie zwiedzanie miasta, kolacja i spanie o wczesnych godzinach wieczornych. Wynika to z bardzo wczesnej pobudki, aby po spowodowaniu ogólnego harmidru związanego z pakowaniem się, wyjść na szlak o jak najwcześniejszej porze. Tak, aby uniknąć palącego popołudniowego słońca. Chwilę po wyjściu sale sypialne są opustoszałe w 99% - pozostają w nich tylko takie wariaty jak ja, lub osoby potrzebujące dodatkowego dnia odpoczynku. Wtedy też szlaki zapełniają się mniejszymi lub większymi grupami piechurów niestrudzenie prących do przodu, do celu który mają zamiar osiągnąć za trzy, do czterech tygodni. Przemierzają oni boczne, utwardzone i choć wymagające, to całkiem nieźle utrzymane ścieżki. Ich szlak, choć zazwyczaj dobrze oznakowany (pomijając fakt, że wystarczy po prostu iść za kimś znajdującym się kilkadziesiąt metrów przed nami), najczęściej prowadzi w sposób okrężny. A to do ważnego klasztoru, a to aby przejść pod drogą szybkiego ruchu do tunelu pod który dochodzi niesamowicie pokrętna ścieżka itd. Takim właśnie szlakiem jechałem na rowerze wypożyczonym w Navarrete i muszę przyznać że wycieczka ta była jedną z największych atrakcji całego wyjazdu do Kraju Basków.



Pielgrzymi, oprócz charakterystycznej muszli, często wyróżniają się flagami krajów przyczepionymi, lub wszytymi w plecaki. Ku mojemu zdziwieniu, widziałem bardzo dużo piechurów z Australii, Ameryki Południowej, czy nawet Korei Południowej i Hawajów! Ciężkie warunki w trakcie Camino są prawie całkowicie nieistotne. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy położyłem rower aby niespiesznie zrobić kilkanaście fotek jednego z miejsc. Po jakimś czasie powolnym krokiem mijał mnie samotny Brazylijczyk o pewnym stopniu niepełnosprawności ruchowej. Za serducho złapało mnie jego wypowiedziane z uśmiechem na twarzy pytanie czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuję od niego jakieś pomocy. Albo kilkuosobowa grupka z bodaj Wenezueli, wśród której były dwie osoby prowadzone przez psa przewodnika. Albo wspomniana grupa z Korei, gdzie jedna już bardzo sędziwa kobieta całą noc spała oddychając z pomocą jakiegoś urządzenia...

Owszem, dzisiejsze pielgrzymowanie jest niczym w porównaniu z korzeniami z których się wywodzi. W wiekach dawnych była to wyprawa życia, podróż w nieznane, gdzie bez wiedzy o tamtejszych kulturach lub językach drogę szukało się pytając okolicznych mieszkańców. Dziś mamy GPS, ultra-dokładne mapy, noclegi które można zarezerwować przez internet, zwiększające wydajność buty, stroje i plecaki. Wielu pielgrzymów oczywiście idzie tylko część szlaku, korzystając z podwózki lotniczej (najczęściej aby dotrzeć w okolice Hiszpanii), autobusowej lub kolejowej. Co więcej, kiedyś pielgrzymka była do Santiago i - co ważniejsze - z powrotem. Dziś zazwyczaj dotyczy drogi tam, wracając już zazwyczaj transportem lotniczym. Jednak mimo to, możliwość obcowania z takimi ludźmi jest czymś niesamowitym. Każdy z nich ma bowiem jakiś cel, jakąś historię, jakiś bagaż doświadczeń, ciężkie warunki z którymi radzi sobie w sposób radosny, ponieważ wyraźnie widzi odległe o kilkaset kilometrów miasto na (prawie) krańcu Europy. Dopiero pod koniec rowerowego dnia zdałem sobie sprawę z wagi naszych spotkań. W rzeczywistości, każdy pielgrzym był dla mnie tylko mijaną osobą, u której w tym właśnie momencie wzbudzałem najczęściej okrzyk bici! (rower) ostrzegający innych z przodu że właśnie nadjeżdżam. Jednak zwróćcie proszę uwagę, że każdy z tych bezimiennych jest kimś wielkim. Poznajcie bowiem taką osobę gdzieś w trakcie jakiegoś spotkania. Historia ich Camino z pewnością stanie się źródłem wielu godzin opowieści. Opowieści o przeżyciach duchowych, socjologicznych, trudach i radościach drogi. Oczywiście przeżycia te nie muszą iść w parze z naszymi przekonaniami, jednak na podziw zasługuje fakt, że w dzisiejszych czasach pracy i wielu obowiązków, ktoś potrafi powiedzieć swojemu życiu: stop, znikam na dwa miesiące i podejmuję wyzwanie. Owszem, jestem osobą uważającą że jeśli do przebycia mam mniej niż trzy kilometry, to nie szukam transportu samochodowego. Żyję, myślę że w sposób dość wysportowany. Jednak świadomość tego, że ktokolwiek mógłby iść przez 30 dni przebywając w tym czasie ponad 600 kilometrów, spakować całe swoje życie w niewielkim plecaku licząc na uśmiech pogody, zdrowia i niepewne możliwości zakwaterowania, jest dla mnie czymś wykraczającym poza wszelkie pojmowanie. Świadomość tego rzuca zupełnie inne spojrzenie na każdą mijaną osobę, u której - jak wcześniej wspomniałem - właśnie w tym momencie wzbudzałem okrzyk bici. Szacunek im i podziw.

Bezpieczeństwo
Turystyka w Europie w ostatnich latach przechodzi bardzo głębokie zmiany. Z perspektywy naszego, nastawionego przede wszystkim na niski koszt, kraju w stosunkowo szybkim czasie z map zniknęły gwiazdy rynku czarterowego typu Tunezja, Egipt i Turcja. Wyjazdy do Grecji także wiążą się z podwyższonym poziomem pytań o bezpieczeństwo. Tematyka ta zresztą ostatnio stała się modna i przykładowo na październikowe stwierdzenia że na urlop jedziemy do Macedonii często padało pytanie - a stamtąd to się w ogóle wraca? ;) OK, z jednej strony dobrze że takie zagadnienia w sposób bardziej przemyślany, lub sztucznie wyuczony, pojawia się w naszej świadomości. Z drugiej, powinno ono być zawsze gdzieś z tyłu głowy w trakcie planowania wyjazdu urlopowego.

W kwestii bezpieczeństwa Kraj Basków był dla mnie pozytywnym kontrastem. Zaczął się bowiem od wylądowaniu w Biarritz, po całodniowym zwiedzaniu Paryża. Stolica Francji do miejsc najbezpieczniejszych nie należy - to w sposób sztucznie przekazany przez media, lub widziany własnymi oczami wie chyba każdy. Dlatego gdy po niekiedy niesympatycznych wspomnieniach z tego miasta znalazłem się w cichym, spokojnym, nawet nieco gustownym ośrodku wypoczynkowym, było to dla mnie jak przejście ze skrajności w skrajność. Szczerze, w prawie całym Kraju Basków nie miałem problemów z poczuciem bezpieczeństwa. Po stronie francuskiej - cisza, spokój oraz bardziej zamożni klienci. Po stronie hiszpańskiej - już zależy. W zdecydowanej większości - spoko. Ale na przykład niezbyt ciekawie czułem się w Logronño. Na starówce było kilka miejsc opanowanych przez lokalnych bezdomnych, których dzień polegał na siedzeniu pod lokalnym kościołem, śmierdzeniu alkoholem i paleniu czegoś wyżej-oktanowego. W nocy czułem pewien niesmak przechodząc w tamtejszych okolicach a pech chciał, że akurat w pobliżu miałem swój hostel.

Poza tym w całym Kraju Basków pozostaje chyba nieco przystopowana w ostatnich latach kwestia, no właśnie - Kraju. Pokolenia najmłodsze mogą nie kojarzyć już nazwy ETA i ichniejszych organizowanych w całym kraju zamachów terrorystycznych. Tak, tak, w Hiszpanii także były przeprowadzane zamachy terrorystyczne! Niemniej pomimo spokoju w kilku miejscach w internecie dało się przeczytać, że Kraj jest mocno podzielony na zwolenników walki o niepodległość i trwania w istniejących związkach państwowych. Podział ten podobno jest wyraźnie widoczny w miejscowych tawernach, gdzie pod płaszczykiem niezrozumiałego dla nas języka toczą się burzliwe debaty, zazwyczaj sprzyjające antagonizmom przeciwko politycznym przeciwnikom. Oczywiście, jak w przypadku wizyt w większości krajów, tak też tutaj w rozmowy o podłożu politycznym raczej nie powinno się angażować. Zwłaszcza, że jest to zagadnienie nam zupełnie nieznane i przez to grząskie. Na szczęście dla większości turystów kontakt z wątkiem niezależności kończy się na zauważaniu napisów na murach czy innych miejscach niektórych miast. Zresztą ETA również koncentrowała swoje działania na konkretnych osobach z aparatu państwowego, zamiast na spektakularnych akcjach zmierzających do uzyskania jak największego rozgłosu i nienawiści płynącej z całego niemal świata. Przy czym oczywiście w żaden sposób nie tłumaczy to byłych działań tej organizacji.

Podsumowując, Hiszpania oczywiście do grupy krajów bezpiecznych nie należy. W Alicante byłem świadkiem kradzieży a jakiś miejscowy starszy pan zwrócił mi uwagę że w tym mieście portfel należy trzymać w miejscu o bardzo trudnym dostępie. W Barcelonie jedyny raz w życiu grożono mi nożem. Trochę to daje do myślenia. W porównaniu z takimi sytuacjami Kraj Basków to oaza spokoju. Prawdopodobnie dlatego, że tam sąsiedzi po prostu znają się nawzajem i potrafią rozwiązywać problemy we własnych piaskownicach. Brak tam też nisko-kosztowej emigracji zarobkowej. Przybysze z Afryki rezydują bowiem najczęściej nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, lub w miastach o największych szansach w ich sferze kulturowej. Czyli Marokańczycy (wybrzeże) i przybysze z Ibero-Ameryki w Sewilli czy Madrycie, byłe kolonie francuskie w Paryżu, Tuluzie, Lyon lub podobnej językowo Brukseli, ci co dostali się na Lampedusę i Pantelerię czasami zostają w Mediolanie, Rzymie czy Bolonii. Jenak zarówno Bilbao, jak też mniejsze miasta regionu pozostały jakoś poza zainteresowaniem emigracji zarobkowej, co w mniej, lub bardziej sztuczny sposób mimo wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa w trakcie pobytu :-)

wtorek, 10 maja 2016

Spostrzeżenia własne - przewodnik po Kraju Basków - Pampeluna, Vitoria i Logroño

Wszystkie zdjęcia z opisywanych miast zamieściłem w galerii na serwisie Panoramio pod tagami Pampeluna, Vitoria, Logroño.
Zdjęcia z całego wyjazdu do Kraju Basków znajdziecie pod linkiem: 2015.09.05-21 - Basque Country Navarre La Rioja Paris Prague.

Vitoria (bask. Gasteiz)
Krótko po wyjściu z dworca autobusowego w Vitorii odniosłem bardzo dziwne odczucie, jakobym był gdzieś w Holandii lub Irlandii. Z jednej strony mylny wpływ miała na to pogoda, ponieważ akurat było ciepło, jednak deszczowo i bardzo wietrzenie. Z drugiej strony architektura, zamysł urbanistyczny, konstrukcja budynków, materiały, czy dużej ilości zieleni miejskiej - jak w Dublinie czy miastach Holenderskich w których byłem. Przy okazji warto wspomnieć, że Vitoria w 2012 roku dzierżyła tytuł Zielonej Stolicy Europy.



Krążąc na ślepo nie mogłem znaleźć tej określanej jako jedna z największych w Europie średniowiecznych starówek. Cały czas poruszałem się po w miarę nowoczesnym kompleksie śródmiejskim aż tu pojawiły się ruchome schody i nagle jestem w innym świecie :-) Wszystko to za sprawą zamysłu łączenia regionów historycznych z nowoczesnymi rozwiązaniami architektonicznymi czy technologicznymi. Dzięki temu miasto zachowuje tożsamość historyczną, która nie tylko jest reliktem przeszłości, co w sposób czynny bierze udział w aktualnym życiu codziennym.





Generalnie Vitoria to bardzo klimatyczne miasto z kilkoma charakterystycznymi elementami. Ciekawe wrażenie robi duża dzielnica w stylu angielskim w okolicy Plaza de la Virgen Blanca. Fasady tamtejszych budyneczków są niczym w całości sprowadzone z wysp brytyjskich, z ich bielonymi ścianami, bajecznymi drewnianymi wykuszami, oraz metalowymi balustradami balkonów. Ciekawym zamysłem wyróżnia się także wspomniana wcześniej starówka. Obok bardzo zadbanych kamienic i wąskich ulic znajdują się bowiem umieszczone na otwartej przestrzeni ruchome schody. Kosze na śmieci wyglądają natomiast jak klasyczne wyobrażenie robota z pierwszej połowy poprzedniego wieku. Za to fantastycznym pomysłem był ukłon miasta w stronę młodej sztuki wizualnej. Mam tutaj na myśli murale z których miasto podobno słynie na tle kontynentu. Znaleźć je ciężko, szczerze powiedziawszy przez pierwsze dwie godziny nie natrafiłem na nic nadzwyczajnego. Aż do momentu gdy znalazłem się na Zapatari Kalea. Szczerze, odjęło mi mowę. Powaliła mnie klimatyczna różnorodność wykorzystywanych materiałów. Na górze znajdował się bowiem malunek, który w dolnych częściach ściany przechodził płynnie w obraz kafelkowy. Zadbano tam o najdrobniejsze szczegóły, gdzie dekoracyjny maziaj stał się w pewnym momencie wyciągniętą z kasety taśmą magnetofonową. Gdzieniegdzie chaos kafelków przypominający np. prace Gaudiego z Barcelony (np. kominy w Palau Güell), płynnie uzyskuje regularność aby stać się dekorem pod tabliczką z nazwą ulicy. W innym natomiast z małych elementów przechodzi w podłużne paski, które następnie uzyskują szarawej kolorystyki przechodząc płynnie w kamienne schody znajdujące się u stóp budynku. Tak ogromna niespodzianka sprawiła, że postanowiłem jednak jeszcze nie wracać na dworzec autobusowy i obejść dookoła całe wzgórze zaliczając każdą uliczkę wzdłuż i wszerz. Wprawdzie tak świetnych przykładów murale już nie znalazłem, ale dzięki baczniejszemu zwracaniu uwagi udało się natrafić na kilka klimatycznych miejsc, jak np. namalowany kwiatek wyrastający z wyglądającego jak doniczka kosza na śmieci, czy ciekawe kontrasty kamienistej drogi, drewnianej fasady budynku, kwiecistych rysunków i niszczejącej pod nimi kanapy.





Pampeluna (bask. Iruñea)
 Pampeluna to taki krótki wyskok poza tematykę Kraju Basków. Jest to bowiem stolica prowincji i wspólnoty autonomicznej Nawarry. Wprawdzie posiada swoje lotnisko, ale poza czarterami oferuje jedynie połączenia do Madrytu na pokładzie Iberii. Dlatego najłatwiej jest nam się tam dostać autobusem, lub koleją z Saragossy (wymaga przesiadek), Madrytu, Barcelony, lub dużo bliższego Kraju Basków właśnie.




Jeśli ktoś z Was cokolwiek słyszał o Pampelunie, z pewnością zawdzięcza to Ernestowi Hemingwayowi. W powieści Słońce też wschodzi na cały świat rozsławił on obchodzone w dniach 06 - 14 lipca Sanfermines - lokalne święto opisywane jako osiem nocy, kiedy Pampeluna nie śpi. To wtedy odbywają się widowiskowe encierros - przepędzanie byków z zagrody na arenę corridy. Biorący w nich udział śmiałkowie przy użyciu zwiniętej gazety starają się pogonić zwierzęta wzdłuż wiodącej przez ciasne uliczki centrum, niemal kilometrowej drogi. Wydarzenia te, jakkolwiek drastyczne, są dziedzictwem kulturowym Pampeluny, która stara się czerpać z niej jak największe korzyści. Poza tym - porównując do atrakcji całego półwyspu iberyjskiego - ma bowiem niewiele do zaoferowania.








Mimo to, warto wstąpić do Pampeluny choćby jako do punktu postojowego na trasie. Miasto jest bowiem estetyczne, przyjemne, historyczne i zadbane. Cieszy duża ilość zieleni, zwłaszcza przekształcona w wielki park Cytadela, oraz Taconera - park wewnątrz którego na wolności żyje różnorakie ptactwo, oraz np. sarny. Są one oczywiście oddzielone od ludzi murami starych konstrukcji obronnych, jednak oglądanie ich z wysokości kilku metrów jest atrakcją samą w sobie.







Pampeluna jest również ważnym punktem na trasie pielgrzymkowej do Santiago de Compostela. Dlatego też w sezonie letnim zapełnia się różnej maści piechurami, którzy tylko mijają miasto co najwyżej zatrzymując się w lokalnej bazylice, lub zatrzymują się na nieco dłużej. Dlatego miasto oferuje dość szeroką gamę noclegową - od hoteli, poprzez całkiem przyjemne hostele, po nisko-kosztowe auberge oferujące jedynie materac w sali wieloosobowej, kuchnię, oraz wspólną łazienkę.








Logron̆o
Miasto to również jest wyskokiem poza tematykę Kraju Basków, jednak od strony logistycznej jedyną szansą aby je zwiedzić może być właśnie przy okazji podróżowaniu po tym regionie. La Rioja, której Logron̆o jest stolicą, leży bowiem mniej więcej po środku drogi z Saragossy do Bilbao, z dala od Madrytu czy innych miast posiadających w miarę znośną komunikację z Polską. Pytanie więc po co zapuszczać się w takie totalnie nieznane i odległe zakątki? Cóż, ponieważ dla niektórych jest to miejsce niezwykle istotne na mapie naszego kontynentu. Wszystko to za sprawą Apelacji Rioja, zastrzeżonemu typowi win, które są produkowane jedynie w regionie La Rioja, Araba (Kraj Basków), oraz Nawarra (opisywana wcześniej Pampeluna). Osobie nieobeznanej z zagadnieniem win zapewne różnicy wielkiej nie robi z jakiego szczepu był robiony ich trunek. Jednak poruszając się po tamtejszym regionie niejednokrotnie spotykałem się z informacjami potwierdzającymi silną pozycję turystyki winiarskiej. Za sporą atrakcję jest bowiem uznawana wizyta w lokalnych bodegach, które oprócz degustacji produktów z pierwszej ręki, dobrej kuchni będącej efektem bliskości Kraju Basków (baskijska kuchnia uznawana jest za ścisłą światową czołówkę, co np. zostało wielokrotnie docenione przez Michelin), oferują m.in. noclegi z doskonałymi widokami na plantacje winorośli. Istotność tego ruchu mogą potwierdzać inwestycje zwiększające konkurencję pomiędzy najpopularniejszymi miejscami. Przykładowo winiarnia Marqués de Riscal znajduje się w budynku z fantazyjnie powykręcanym tytanowym dachem. Nie bez kozery przywodzi on na myśl Muzeum Guggenheima z Bilbao, ponieważ zaprojektował go również Frank Gehry. Wszystko to wpisuje się w wielowiekową dbałość plantatorów o zwiększanie popularności i rozpoznawalności ich produktów. Patrząc bowiem od strony historycznej, już w szesnastym wieku władze lokalne celem wzmocnienia jakości i reputacji zakazały używania do produkcji wina szczepów spoza regionu. Wtedy wprowadzono również gwarancje autentyczności i jakości produktu, ponieważ wina mogły być transportowane tylko w specjalnych bukłakach pieczętowanych znakiem stowarzyszenia plantatorów.



La Rioja zatem jest miejscem świetnym do cieszenia się przyrodą. Może to efekt tego, że same Logroño nie zaciekawiło mnie niczym specjalnym. Ot parki nad brzegiem rzeki Ebro, oraz katedra - która wprawdzie posiada dzieło przypisywane Michałowi Aniołowi, jednak przez dwa dni pobytu w mieście ani razu nie udało mi się dostać do jej środka. Miasto fajnie sprawdza się więc w formie punktu wypadowego na okoliczne wycieczki. Będąc bowiem na trasie Camino Santiago posiada mnóstwo schronisk dla pielgrzymów, które zapewniają niezbędne minimum, tyleż samo kosztując. Lekkim absurdem na miejscu okazał się brak możliwości wynajmu roweru. Autentycznie - w całym mieście nie ma ani jednej wypożyczalni. Po małym riserczu okazało się że takowa jest w okolicznym Navarrete do którego można się dostać lokalnym autobusem. Firma Navarent udostępnia rowery z pełnym zestawem - kaskami, pompkami, sakwami i butelką wody. La Rioja może zaoferować coś dla prawie każdego typu rowerzysty. Piętnaście kilometrów na północ od Logroño znajduje się pasmo wzgórz o niekiedy bardzo stromych podjazdach. Dużo łagodniejsze pofałdowanie znajduje się natomiast na południe od trasy szybkiego ruchu A12. Warto przejechać się jedną z bocznych dróg wiodących z Navarette do Nájera. Prowadzą one wzdłuż wielu plantacji winorośli oraz znajdują się na ścieżce Camino Santiago o czym wspomnę za chwilę. Oprócz kontaktu z naturą okolice oferują również sporo atrakcji historycznych - zarówno tych z kategorii mitów, jak też faktów spisanych. Z całą pewnością warto wstąpić do Nájery, choćby na kawę w jednym z umieszczonych przy rzece barów. Co najmniej krótką chwilę warto też poświęcić na pokręcenie się po klimatycznych uliczkach lokalnej starówki. W międzyczasie może się okazać, że nawet tak małe miasteczko jest bardzo istotne w świadomości dzisiejszej Hiszpanii. Tutejszy kościół Św. Marii do XVI w. był bowiem głównym miejscem pochówku władców tego kraju.




Kolejnym bardzo istotnym miejscem w świadomości Hiszpanów jest znajdujący się siedemnaście kilometrów dalej San Millán de la Cogolla. Prowadzi do niego łagodny, aczkolwiek bardzo upierdliwy, kilkukilometrowy podjazd. Jest on niezauważalny wzrokiem, przez co w połowie drogi odniosłem wrażenie że mój rower po prostu uległ uszkodzeniu i poważnie rozważałem rezygnację z dojazdu do tego miejsca. Jednak zmęczenie wynagrodzone zostało w drodze powrotnej, gdzie przy lekkim wietrze w plecy udało się osiągnąć całkiem niezłe prędkości ;) Wracając do tematu, Klasztory Suso i Yuso, dla których jedzie się do San Millán, znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jak bowiem wynika z badań, w tym właśnie miejscu została stworzona pierwsza literatura spisana w języku kastylijskim, z którego wywodzi się dzisiejszy hiszpański. Spoglądając dalej kusiła eksploracja zielonych wzgórz na południe od klasztorów, jednak kiepska pogoda i zbliżająca się godzina oddania roweru zmusiła mnie do powrotu. Może i dobrze, bo jest to miejsce świetne bardziej do tuptania niż jeżdżenia, a wzdłuż kilkunastu kilometrów spaceru można dotrzeć aż do Valdezcaray, kurortu narciarskiego z 22 kilometrami tras zjazdowych.

Nie wiem jak Was, ale mnie ta rzeźba przeraża ;)