poniedziałek, 25 stycznia 2010

Na (prawie) krańcu Europy

23-26 listopad 2009, Santiago de Compostela, Madryt i Alicante w Hiszpanii

Pod koniec listopada zeszłego roku odbyliśmy pierwszy z serii zaplanowanych wypadów do hiszpańskiego Alicante. Tym razem wyjazd przedłużyliśmy o Santiago de Compostela na północno-zachodnim krańcu Półwyspu Iberyjskiego oraz Madryt. Cała reszta to już opisowy debiut w internecie mojej małej bejbe :-)


Wszystko zaczęło się od kupna biletu na trasę Wrocław - Alicante - Wrocław w promocyjnej cenie po €5. Dalszy plan podróży czekał na rozwinięcie. Standardowe polowanie na promocje i oto jest pomysł - Santiago ;)

Poniedziałek:
Wieczorny lot, trasa Wrocław – Alicante. Na lotnisku w Hiszpanii szukamy sobie wygodnego miejsca by przymknąć na chwilę oko. Znajdujemy, miejscówka całkiem fajna, mamy dwie ławki naprzeciwko siebie, nawet nie trzeba dmuchać materacy, robimy obchód po rejonie, kilka fotek, kolacja i niestety zmiana upatrzonego miejsca bo tę część lotniska zamykają na noc. Kolejne wolne miejsce znaleźć było już nieco trudniej ale jakoś się udało.

Wtorek:
Wczesna pobudka, na lotnisku coraz więcej ludzi. Dalej lecimy do Madrytu. Po raz pierwszy jestem na tak ogromnym lotnisku, trochę przytłaczająco ale idzie się jakoś odnaleźć. Robimy rundkę po terminalu tam i z powrotem szukając jednocześnie dobrego miejsca noclegowego na powrót. Pijemy kawę i jemy nasze domowe tosty. Teraz możemy startować dalej. W kolejce widzimy znajome twarze, paru Hiszpanów wracających z Wrocławia.
W Santiago lotnisko raczej małe, informacja kiepska, porównując do naszych wcześniejszych wypraw. Czekamy na nasz środek transportu, po nieco dłużącym się nam czasie przyjeżdża w końcu autobus, który ma nas zawieść do celu. Wysiadamy w okolicach dworca, na drodze roboty, z mapką w ręku próbujemy odnaleźć właściwą drogę do Hostelu. Mijamy kilka ciasnych, klimatycznych uliczek, kręcimy się wokół małego placu w końcu znajdujemy nasze lokum - Pensión Santa Rita, położony w samym sercu miasta. Hostel malutki, w zasadzie to dwa mieszkania w których nocują goście. Na piętrze około 7-8 pokoi. Wszystko zamykane na klucz. Pokoje czyste z TV, jest pościel i ręczniki. Łazienka na korytarzu, jedna na około 3-4 pokoje. Właściciel sympatyczny, bez problemu można się porozumieć po angielsku.
Zostawiamy nasze rzeczy i idziemy rozejrzeć się po okolicy, wokół pełno sklepów i knajpek, robimy małe zakupy, jemy co nieco i idziemy zwiedzać. Poruszamy się po małych dość ciasnych uliczkach. Zaskakuje nas fakt, że nigdzie na chodnikach nie ma zaparkowanych aut, wszelakie parkingi znajdują się pod nami. Podziwiamy zespół zabytkowych budynków starego miasta, obiekty jednego z największych w Hiszpanii Uniwersytetów, oraz średniowieczną katedrę - ośrodek kultu i najważniejszy po Jerozolimie i Rzymie dla Chrześcijan cel pielgrzymek. Katedra ogromna, kilku kondygnacyjna, wydaje się dość zaniedbana, ale to raczej efekt tutejszego klimatu. Uwagę przykuwa romańskie wejście do katedry z wizerunkiem około 200 figur, w tym Chrystusa, świętego Jakuba, proroków i apostołów. W samym środku naszą uwagę zwraca ołtarz główny ze słynną dwumetrową kadzielnicą, uroczyście zapalaną przy szczególnych okazjach. W dole katedry znajduje się muzeum, gdzie obowiązuje płatny wstęp. Podobnie wejście na górne piętra jest limitowane, obowiązują zapisy i także płatny wstęp, niestety dowiedzieliśmy się o tym dopiero kolejnego dnia, kiedy było już za późno na rezerwację. Sama katedra ma dość mroczny klimat czego doświadczyliśmy późnowieczorną porą. Dźwięk bijącego dzwonu, z każdym kolejnym uderzeniem wydawał się głośniejszy, klimatycznie oświetlona katedra oraz opustoszały wokół niej plac wzbudzał pewnego rodzaju respekt.
Między popołudniową a wieczorną rundką po mieście udaliśmy się na poszukiwanie dość taniego lokalu gdzie można by było zjeść coś dobrego. Restauracja Galeon była dobrym wyborem, zamówione jedzenie pojawiło się na naszym stole świeżutkie, gorące w oszałamiająco szybkim czasie. Z początku banalny zestaw (kalmary, szynka, kiełbaska, pomidor, cebula i kawałek pieczywa, dodatkowo frytki) okazał się strzałem w dziesiątkę, mmm niebo w gębie.

Środa:
Dość wczesna pobudka jak przystało na podróżników. Na dworze od rana pochmurno, opady deszczu, ale co tam, jemy małe co nieco i z parasolem w ręku ruszamy dalej oglądać miasteczko. Niestety do południa pogoda zbytnio nam nie dopisuje jak się potem dowiedzieliśmy to dość typowe dla Galicji, aż dziw, że dzień wcześniej trafiliśmy na przepiękną słoneczną pogodę. Ruszyliśmy w nieco nowsze rejony miasta, gdzie w zasadzie znajduje się kompleks uczelnianych budynków. Naszą uwagę przykuwa tutejsza moda studentów z chodzeniem z wszelkimi notatkami i książkami pod pachą a nie jak u nas z plecakiem czy torbą. Deszcz pada coraz mocniej więc postanawiamy wrócić w rejony bliżej naszego hostelu, bo pokój mamy wynajęty do godziny 12. Totalnie przemoczeni postanawiamy zatrzymać się w knajpce na filiżankę kawy, po czym wracamy do hotelu nieco się osuszyć i przespać. Pakujemy nasze rzeczy, dalsze zwiedzanie już niestety z bagażem. Na wypadek dalej padającego deszczu postanawiamy jeszcze raz zajrzeć do katedry i ewentualnie zobaczyć jakieś muzea. Na szczęście po południu przestało padać. O dziwo w okolicach katedry usłyszeliśmy znajomo brzmiący język. Ot spotkaliśmy dwie polskie studentki, które jak się po chwili okazało przyjechały tam w ramach Erasmusa. Dziewczyny w kilku zdaniach opowiedziały co warto zwiedzić oraz kilka anegdot związanych z miasteczkiem. Już mieliśmy zahaczyć o multimedialny pokaz Galicji, ale nie bardzo wiedzieliśmy czy zdążymy czasowo. Postanowiliśmy jednak przejść się jeszcze po parku ze słynnymi postaciami wdów, z którymi związana jest pewna legenda. Po ostatecznym wyliczeniu pozostałego nam na zwiedzanie czasu postanawiamy wrócić i zaliczyć multimedialną podróż po Galicji. Na szczęście bez problemów udaje się nam dołączyć do właśnie wchodzącej grupy turystów. Chociaż cała prezentacja prowadzona była w języku hiszpańskim, zapewniała sporo frajdy również zagranicznym turystom, np. nam omyłkowo opisanym na bilecie jak „Holland” zamiast „Poland” ;) Jest już dość późna pora więc myślimy o jakimś ciepłym posiłku, koniec końców wracamy do znanego nam już miejsca i zamawiamy podobny zestaw obiadowy. Najedzeni i zadowoleni zahaczamy jeszcze o sklep robiąc ostateczne zakupy. Ruszamy nieco na skróty w stronę dworca autobusowego. W międzyczasie udało nam się uzyskać rzetelną informację w punkcie inf. gdzie i o której godzinie odjeżdżają autobusy na lotnisko.
Wieczorny przelot do Madrytu spokojny, bez większych atrakcji. Znajdujemy sobie miejsce noclegowe i próbujemy w miarę szybko zasnąć. Niestety zimno, hałas, światło i inni podróżni spokojnego snu nam nie zapewnili.

Czwartek:
Pobudka o zabójczej porze, około czwartej nad ranem. Plan - nocnym autobusem dostać się do Madrytu i skorzystać z każdej danej nam podczas przesiadki minuty. W labiryncie lotniskowo- parkingowym można naprawdę się pogubić, na szczęście po drodze spotkaliśmy kilka osób zmierzających do pracy, które w mniejszym bądź większym stopniu próbowały nam pomóc trafić na przystanek. Ba, nawet nam się udało na niego trafić, kilka minut czekania i wsiadamy do autobusu. Co ciekawe autobus do centrum jest o połowę tańszy od metra, a jedzie o wiele szybciej. Jest 5:30 nad ranem, wysiadamy w okolicach placu Cibeles, jeszcze nieco zaspani idziemy w kierunku Gran Via. Jest zimno i nieco mży, na ulicach widać grupki młodych ludzi dogorywających jeszcze po nocnych imprezach, to nie jest jednak najlepsza pora na zwiedzanie. W nocnym sklepie kupujemy zimną herbatę o zgrozo za €2,5. Siadamy na przystanku, wyciągamy nasze koce i zasypiamy na chwilę niczym bezdomni ;) Jesteśmy przemarznięci, marzymy o jakimś ciepłym miejscu gdzie można byłoby się napić czegoś ciepłego. Niestety większość kawiarni otwiera się około godziny 9-10. Jeszcze w panującym mroku zwiedzamy okolice Pałacu Królewskiego, Katedry oraz Plaza Mayor. Po drodze przechodzimy obok bezdomnych, o zgrozo teraz już wiem co to znaczy mieszkać w kartonie. Wreszcie trafiamy do miejsca gdzie można chwilę odsapnąć, grzejemy się, pijemy gorącą kawę, przegryzamy crossanta – tak przez około godzinę. Jest już nieco późno, po drodze robimy małe zakupy i ruszamy w kierunku Parque del Retiro. Niestety pogoda znów nie dopisuje, pada coraz mocniej więc ruszamy w kierunku metra. Na lotnisku długo nie czekamy. Znowu tłumy i rozgardiasz. Chwila nieuwagi i poprzez dziwaczne rozwiązanie wpuszczania do samolotów, zamiast do Alicante można było polecieć do Tangieru w Maroku ;)
Wysiadamy w Alicante, pogoda dopisuje, jest ponad 20℃, świeci słońce hehehe kto by pomyślał i to pod koniec listopada. Na początku trzymamy się naszego planu – dojść na plażę. Jakoś udaje nam się wyjść z labiryntu parkingowego, zmierzamy główną drogą przed siebie. Liczymy ile mamy do przejścia i czas jaki nam pozostał, analizujemy sytuację drogowo-pogodową i niestety postanawiamy wrócić w okolice lotniska. Zwiedzanie Alicante zostawiamy na kiedy indziej. Teraz robimy sobie piknik korzystając z prawdopodobnie ostatniego rentgena w tym roku. Rozkładamy się w cieniu palm, wpatrujemy w bezchmurne niebo i promienie słońca. Na twarzy widnieje uśmiech od ucha do ucha.
Czeka nas ostatni lot, jak się potem okazuje najbardziej męczący. Za nami siedzi kobieta, która już od wejścia do samolotu narobiła wokół siebie sporo hałasu, nawet Stewardowie już jej mieli dość. Ehhhh skąd się tacy ludzie biorą? Dochodzące do naszych uszu rozmowy tejże pasażerki z „sąsiadką” wołały o pomstę do nieba - ewidentna indolencja intelektualna, bez komentarza...
Wreszcie jesteśmy we Wrocławiu, czekamy na autobus. Po chwili jesteśmy w domu, już nie możemy się doczekać naszego obiadu :)


Starówka Santiago de Compostela














Katedra w Santiago de Compostela













Hostel Santa Rita







Madryt






Gdzieś w chmurach






wtorek, 19 stycznia 2010

Zmiany na rynku kolejowym w Polsce

Pomysł otwartego nieba, czyli projektu bardzo ułatwiającego działalność liniom lotniczym w większości państw naszego kontynentu był wielką niewiadomą. Z jednej strony była to część ujednolicania wszelkich możliwych przepisów i standardów doprowadzających do takich absurdów, jak standaryzowanie wielkości jaj dopuszczanych do sprzedaży. Z drugiej wielka niewiadoma, gdyż umożliwiała proste wejście na rynek przewoźnikom z innych krajów. Tutaj mogła się pojawiać podobna do naszej narodowa duma, jak przecież można pozwolić aby obcy zarabiał na lotach do Polski oraz po co to w ogóle skoro latanie jest tak drogie że stać na nie tylko nielicznych? I bach, mamy co mamy – okazuje się że podróże lotnicze po Europie stały się czymś bardzo prostym i dostępnym dla nawet niezamożnych rodzin. Zwiększyła konkurencję sprawiając, że na rynku pozostali tylko najsilniejsi gracze. A firmy narodowe typu LOT? No cóż, ktoś kiedyś szyderczo napisał że Przewoźnik Narodowy to taki, za którego nienaturalnie rozbudowane struktury związków zawodowych i niewydajnych pracowników na ciepłych posadkach płaci każdy podatnik z danego kraju. Na szczęście ich era powoli się kończy. Mam nadzieję, że LOT też przetrwa ultra trudny dla siebie okres kilkunastu ostatnich miesięcy, zwłaszcza, że wreszcie zauważalne są pozytywne zmiany. Ale o tym kiedy indziej.
Dlaczego więc na początku wspomniałem o tzw. „otwartym niebie”? Ano dlatego, że wreszcie podobny projekt wszedł w życie na rynku kolejowym w Polsce. Śmiech na sali? No bo kto by chciał jeździć po tym zacofanym kraju, gdzie dworce kolejowe śmierdzą kupą pozostawioną tam w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku a tory sprawiają, że średnia prędkość pociągu to zawrotne 70 km/h ale tylko na tych ważniejszych trasach? Hehe, a kto by pomyślał że np. lotnisko we Wrocławiu w ciągu dziesięciu lat z nieco poniżej dwustu tysięcy obsługiwanych rocznie pasażerów przejdzie do wartości zahaczającej o 1,5 miliona? A warto wspomnieć, że port ten ma ograniczenia spowodowane korzystaniem z pewnych przestrzeni na równi z wojskiem, no i Wrocław najatrakcyjniejszym punktem na mapie Europy, powiedzmy sobie szczerze, nie jest. Może więc jednak jest coś na rzeczy?
Problemem PKP jest długotrwały brak inwestycji we własną przyszłość, która stała się niemożliwa przez pojawianie się gigantycznych strat i zamieszania prywatyzacyjnego. Koleje, jako moloch państwowy istniały, bo istnieć musiały. A jak to istnienie wyglądało, już niewiele osób zwracało na to szczególną uwagę – ważne aby pociągi jeździły, a pieniążki na to się zawsze znajdą. Jednak po wprowadzeniu gospodarki rynkowej trzeba było się w końcu zająć kolejami i zarazem uświadomić sobie, jak zacofanym zagadnieniem w Polsce się one stały. Według niektórych, największe zamieszanie zaczęło się w 2000 roku, dzięki wejściu w życie ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP. To wtedy nastąpił, czasami dziwaczny i niejasny, podział na kilka spółek zajmujących się na pierwszy rzut oka tym samym. Efektem tego było ujawnienie dotychczasowej nieudolności w prowadzeniu przedsiębiorstwa, która uwidaczniała się poprzez wieloletnie zacofanie i bardzo duże długi. Co bardziej krzykliwi przewidywali rychły upadek kolei i wzrost bezrobocia o ponad 100 tysięcy zwolnionych pracowników...
Ale to już historia. Postanowienia te należało wprowadzić w życie, aby przyzwyczaić grupę do sytuacji, jaką dziś zastaliśmy. A co zastaliśmy? Paradoksalnie niewiele mniejsze zamieszanie. Od kilku lat bez przerwy przetaczają się tematy o zadłużeniu i zacofaniu kolei, likwidowaniu następnych połączeń i generalnie utrudnianiu życia pasażerów. Zwłaszcza poprzez ostatnie przetasowania między spółkami córkami i nowymi markami połączeń. Tanie Linie Kolejowe, osobowe interREGIO jeżdżące szybciej i taniej niż pospieszny, droższe bilety na kurs pospieszny, który nie obowiązuje jak dotąd w pociągach zwykłych... osobę nieobeznaną w zagadnieniu kolei bardzo łatwo może przy tym rozboleć głowa! Dlatego może na spokojnie postaram się przedstawić jak to aktualnie wygląda?
Wszystkie firmy zajmujące się do niedawna transportem kolejowym w Polsce należą do grupy PKP. Właścicielem jej jest Skarb Państwa, a utworzył ją celem łatwiejszej dalszej prywatyzacji mniejszych spółek, nazwijmy je „tematycznych” (czyt. zajmujących się konkretnym zagadnieniem transportu kolejowego). Tak więc, pomimo że wszystkie one jeżdżą po tych samych torach i do niedawna miały tego samego właściciela, są zupełnie odmiennymi i niezależnymi firmami.
PKP Intecity. Spółka ta do niedawna zajmowała się przewozami droższymi, na które w skrócie należało wykupować miejscówki. Od grudnia 2008 do jej obowiązków doszła również obsługa tzw. składów pospiesznych. Celem ujednolicenia i uproszczenia produktu kilka tygodni temu wprowadzono kolejne zmiany. W skrócie, z połączeń oznaczonych mianem EuroCity, InterCity, Ekspres, Tanie Linie Kolejowe i Pospieszny stworzono dwa – InterCity (Pociąg o ograniczonej ilości postojów na trasie, większej prędkości maksymalnej, pokonywanych odległościach i standardzie), oraz Pociąg pospieszny TLK (standardowy skład przeznaczony do podróży na dalszych odległościach).
Przewozy Regionalne, do niedawna PKP Przewozy Regionalne. Spółka ta od nieco ponad roku nie jest już częścią grupy PKP, a jej właścicielem zostały samorządy województw. Do jej obowiązków należy zapewnienie transportu regionalnego. W skrócie oznacza to tzw. pociągi osobowe, czyli najczęściej wykorzystywaną formę transportu i zarazem najmniej opłacalną. Spółka ta po pozbawieniu jej dochodów płynących z operowania pociągami pospiesznymi okazała się być tworem posiadającym bardzo stary tabor i mnóstwo nierentownych tras. Ale tak w zasadzie nie powinna ona przynosić dochodów, a jej utrzymanie leży w gestii województw, których jednym z obowiązków jest zapewnienie transportu regionalnego. Niemniej jak widać zmiany w strukturze spółki tej nie obeszły się bez reakcji właścicieli, o czym świadczy choćby interREGIO. Jak już wcześniej wspominałem na blogu, jest to tania alternatywa dla Pospiesznych TLK prowadzonych przez PKP InterCity. Paradoksem jest, że połączenia te realizowane są taborem osobowym (charakterystyczne błękitno-żółte wagony piętrowe, lub odnowione składy Elektrycznych Zespołów Trakcyjnych), kojarzonym zazwyczaj z wielkimi opóźnieniami i powolną jazdą na lokalnych trasach. Niemniej teraz taki sam odcinek pokonują one najczęściej nawet nieco szybciej, niż składy TLK. Jednocześnie dużo tańsze bilety niż w przypadku produktu oferowanego przez PKP InterCity zostały osiągnięte poprzez niższy komfort podróży jaki może zaoferować odnowiony skład, znany dawniej z tras lokalnych. InterRegio wystartował około ośmiu miesięcy temu i początkowo wprowadził małą konsternację. Jednak poprzez połączenie szybszego pokonywania trasy, lepszego doboru godzin kursowania i przede wszystkim niższym cenom okazał się małym hitem sezonu. Dzięki temu konkurent Przewozów Regionalnych – PKP InterCity poczuł na plecach pierwszy oddech rywalizacji. Może trochę dziwacznej, ale skutecznie odbierającej klientów na kilku intratnych trasach. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – ceny na niektórych kursach zostały znacznie obniżone. Nie jest to zaskakującą zapowiedzią zmian na kolei sprawiającą, że pasażer nie będzie już czymś zbędnym do prowadzenia działalności?
A zapatrywania na przyszłość są jeszcze ciekawsze! Jak wspomniałem nieco wcześniej, kolejowe rynki Europejskie zostały otwarte i teraz firma z każdego kraju Unii może wejść ze swoją działalnością do dowolnego innego. Oczywiście nie ma co się spodziewać nagłego najazdu na Polskę. Po pierwsze na początku są dużo bardziej atrakcyjne kraje na naszym kontynencie. Po drugie, chociaż wiemy co zrobiło otwarcie nieba, efekt podobnej unifikacji w zakresie kolejnictwa nie jest tak oczywisty do przewidzenia, a wszelkie kroki mogące spowodować ekspansję na inne kraje, nie takie łatwe do wykonania. Niemniej chęć rozwoju własnej siatki połączeń, dotarcia do nowych klientów i potencjalnych nowych zysków powinna być atrakcyjnym kąskiem dla niektórych przewoźników. Koleje nie są bowiem gałęzią transportu chylącą się ku upadkowi po swoim świetlanym rozwoju w połowie dziewiętnastego wieku. Globalny, a zwłaszcza Europejski trend pokazuje, że ta gałąź transportu jest nadal interesująca zarówno na polu transportu dojazdowego/lokalnego/regionalnego, jak też łączącego ośrodki oddzielone większą odległością. Przykładem mogą być tutaj francuskie TGV czy hiszpańskie szybkie koleje Renfe, które dążą do połączenia swych sieci za pomocą budowanego ostatniego odcinka Girona – Figueras na wschodnim krańcu Pirenejów. Jeśli nie będzie przeciwwskazań, w 2012 roku zostanie uruchomione pierwsze połączenie Kolei Szybkich Prędkości na trasach Paryż - Barcelona i Paryż - Madryt. Co ciekawe, w Polsce również planowany jest taki typ kolei. Rozpoczęcie budowy pierwszego odcinka Warszawa Centralna - Łódź Fabryczna datowane jest wstępnie na przełom 2013/2014 roku. Cała tzw. „Linia Y”, która według pierwotnych planów połączyłaby stolicę z Łodzią, Kaliszem, Wrocławiem i Poznaniem miałaby powstać w około 10 lat. Dzięki temu podróż na najdalszych odcinkach zajęłaby około 1 godzinę i 45 minut zamiast pięciu w porywach do sześciu godzin (Wrocław – Warszawa), lub trzech godzin na trasie Poznań – Warszawa.
Ale skupmy się na najbliższych kilku miesiącach. Nie da się ukryć, że w chwili obecnej na Polskim rynku kolejowym panuje spory nieład i zamieszanie. Ale tak jest zawsze przy wszelkich większych zmianach. Dlatego debiutując w listopadzie na gościńcu interREGIO nie dziwił mnie fakt, że pomimo istnienia tego produktu już ponad pół roku, większość pasażerów nie zdawała sobie sprawy że jedzie na wykupiony zły bilet! Ostatnio doszły do mnie plotki, że na sporej ilości stacji w kasach zadawane są pytania na pociąg jadący o której dokładnie godzinie bilet chcemy kupić? Co więcej, InterCity wreszcie zaczyna nadganiać cywilizowane standardy informując, że planuje wprowadzenie automatów biletowych, oraz możliwość nabycia biletów za pomocą internetu i karty płatniczej. Swoją drogą nie dziwię się takiemu zachowaniu, gdyż podobne procedury już od pewnego czasu istnieją na rynku przewozów lotniczych. W ten sposób za niedogodność wydrukowania sobie samemu karty pokładowej (czyt. biletu lotniczego) za bilet płacę mniej, a przy wejściu do samolotu mogę zjawić się dużo później niż w przypadku standardowej odprawy na lotnisku. W przypadku kolei mogłoby to wprowadzić oszczędności na niewydajnym systemie okienkowej dystrybucji biletowej, nie mówiąc już na oszczędności czasu i nerwów pojawiających się w trakcie odstawania swoich minut, zwłaszcza w piątkowe popołudnie. Przewozy Regionalne zauważyły, że ich interREGIO odnosi spore sukcesy. Owszem, przytrafiają się spektakularne porażki jak ostatnio często opisywane kursy na trasie Warszawa – Szczecin, ale wynika to z wchodzenia na nowy rynek. Co więcej, właściciele Przewozów Regionalnych zdali sobie sprawę, że ta firma zysków przynosić nie będzie, ale transport regionalny zapewniony musi być. Niemniej o prestiżu danego regionu świadczy również jakość jego transportu, dlatego zwracana jest duża uwaga na odnawianie i dbanie o co najmniej jako taką czystość taboru. Co więcej, niektóre Województwa przejęły lub utworzyły własne spółki przewozowe, takie jak Koleje Mazowieckie (Warszawa), SKM (Trójmiasto), czy Koleje Dolnośląskie. Arriva PCC złamała monopol PKP na przewóz pasażerski wygrywając w 2007 roku przetarg na obsługę niezelektryfikowanych tras województwa kujawsko - pomorskiego. Wprawdzie wciąż słyszy się mnóstwo negatywnych opinii o kolejnych zamykanych trasach, bądź zmianach godzin/częstotliwości kursowania w taki sposób, że dalsza czy nawet docelowa podróż niema sensu. Niemniej jak wcześniej wspomniałem, spółki kolejowe przechodzą aktualnie zmiany we własnych strukturach. To powoduje zamieszanie jakiego aktualnie doświadczamy, ale w przyszłości sfinalizuje się silniejszą firmą umożliwiającą przynoszenie zysków i usprawnianie podróży kolejowej. Zresztą dobrym przykładem uzupełnienia jest działająca od niespełna roku założona przez władze wojewódzkie spółka akcyjna Koleje Dolnośląskie, która oferuje przewozy na trasach lokalnych, z których wycofał się wcześniej PKP, czy PKP Przewozy Regionalne.
Ze świeższych informacji wynika, że najbardziej pierwsze objawy konkurencji poczuje PKP Intercity. Jak wcześniej wspomniałem, nie dalej jak w zeszłym roku małą część ichniejszego tortu zaczął podjadać interREGIO. W ciągu tego tygodnia we wszelkich mediach pojawiało się mnóstwo materiału kompromitującego jakość połączeń kolejowych w zestawieniu z zimowymi warunkami pogodowymi. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, gdyż LOT zaczął się reklamować w prasie i na dworcach kolejowych dość sensownie uświadamiając podróżnym, że czasami zamiast przez kilka(naście) godzin męczyć się koleją, za podobną cenę można dużo szybciej i punktualnie polecieć na trasach z Warszawy do Wrocławia, Krakowa, Poznania, Gdańska, Rzeszowa czy Szczecina. Efektu natychmiastowego nie uświadczyliśmy, ale świadomość pasażerów została zwiększona :-) Rejsami w Polsce również zainteresował się niemiecki przewoźnik DB. Oczywiście pomijając nagłe przebudzenie się ze snu pana Romana G. który w swym patriotyźmie chce nagle skarżyć tego przewoźnika o pomoc w zbrodniach hitlerowskich jakby informacja o tym pojawiła się nagle w masowej świadomości. Niemniej DB oczywiście nie ma zamiaru się pchać na całość naszego rynku, tylko zainteresował się trasami o najlepszej jakości torów i umożliwiającymi generowanie największych zysków, czyli z Warszawy do Krakowa, Katowic, Poznania i Gdyni. Myślę, że zapowiada to dużą konkurencję i walkę o klienta, a dla nas to przecież najlepsze rozwiązanie jest :-)
Każdy z nas chyba wie, że transport kolejowy w Polsce jest jednym z tych elementów, za które można się bardzo wstydzić. Ale od kilkunastu miesięcy można obserwować pierwsze wyraźne zmiany przepowiadające lepszą przyszłość. Większa konkurencja powinna obniżyć ceny i zwiększyć komfort podróży, jak też zmusić firmy do przystosowania się do jeszcze dokładniejszego spełnienia wymogów stawianych przez podróżnego. Niestety naszej ogólnej niechęci do podróżowania po torach nie zmienią informacje o likwidowaniu kolejnych połączeń, absurdzie wykreślenia z rozkładu określonej stacji z powodu zbyt krótkiego peronu, czy szeregu biletów ważnych na jeden, ale nie inny typ pociągu. Dlatego aktualnie proponuję przyglądać się wszelkim informacjom dotyczącym rynku kolejowego i czasami kilkukrotne pytanie się u różnych źródeł czy aby na pewno wykonuje się poprawną procedurę? Świetnym ku temu przewodnikiem może się okazać ten artykuł (http://wyborcza.pl/1,76842,7374721,Stanieja_niektore_bilety__czyli_nowe_promocje_w_PKP.html) Bo przecież zwiedzanie świata nie polega na lataniu w najdalsze jego zakątki a czasami niepowtarzalne miejsca można odkryć 50, 100 czy 300 kilometrów od naszego domu. Ciekawa to perspektywa zwłaszcza, że taka wycieczka nie wymaga wielkich budżetów i długotrwałych planów!

Linkownia:
PKP Polskie Koleje Państwowe S.A.: http://www.pkp.pl/
PKP InterCity: http://www.intercity.pl/
Tanie Linie Kolejowe: http://www.tlk.pl/
Przewozy Regionalne Sp. z o.o.: http://www.przewozy-regionalne.pl/
Koleje Dolnośląskie: http://kolejedolnoslaskie.eu/
Szybka Kolej Miejska: http://www.skm.pkp.pl/
Koleje Mazowieckie: http://koleje.mazowieckie.com.pl/
Arriva PCC: http://www.arrivapcc.pl/
Pociągi dużej prędkości w Polsce: http://www.plk-sa.pl/fileadmin/pdf/inestycja/szybkie_predkosci/pociagi_duzej__predkosci_pol.pdf

sobota, 16 stycznia 2010

Sztuka taniego latania - umiejętność odpuszczania sobie

Oj kiepsko mi się zaczął sezon lotniczy 2010. W grudniu z powodu wycofania trasy Wrocław – Sztokholm Skavsta odpadł mi wyjazd do Rygi, styczniowy projekt Hiszpanii może być skasowany z powodu egzaminu na uczelni, a debiut u Wizzair na trasie do Oslo z powodu obrony pracy magisterskiej. Do tego nasza dzisiejsza wyprawa do Dublina finalizuje się wieczorem z lampką wina i filmami na dvd... Cóż, plan zrobienia w tym roku 55 lotów chyba się nie uda, ale na szczęście mam na to jeszcze 354 dni :-)
Ale do rzeczy. Na blogu tym staram się wychwalać zalety łatwego i taniego uprawiania tambylstwa przy użyciu wszelkiego typu środków. W jednym z ostatnich odcinków Sztuki taniego latania zwróciłem nawet uwagę, że w pewnym momencie stanie się to czymś w rodzaju uzależnienia, bądź nawet obsesji. A przecież chyba nie o to chodzi?
Tanie latanie, oprócz braku wielu udogodnień ma jedną ogromną zaletę – jak dobrze to rozegrać, jest naprawdę tanie. Dzięki temu z jednej strony zmusza do szaleńczej mobilności i krótkiego czasu podejmowania decyzji, z drugiej jednak, daje możliwość odpuszczenia sobie bez ponoszenia dużych kosztów. Jak wiadomo, zima do najpewniejszych okresów w lotnictwie nie należy. Zwłaszcza u przewoźników nisko kosztowych, którzy bardzo chętnie wożą nas w mało znane miejsca. Obsługujące je lotniska do Europejskich potęg nie należą, dlatego nie należy się spodziewać szeregu fantastycznych udogodnień, czy rozwiązań technicznych. I tutaj pojawia się często problem. Wystarczy bowiem niedogodność klimatyczna i w planowanym miejscu się nie znajdziemy. Co wtedy? Cóż, maszyna może przez kilkanaście do kilkudziesięciu minut krążyć nad lotniskiem czekając na poprawę sytuacji. Jeśli ta nie nastąpi, podejmowana jest decyzja o lądowaniu w innym – pewnym miejscu. W takiej sytuacji są dwie kolejne możliwości. Przewoźnik oferuje wtedy dowóz na własny koszt z miejsca lądowania do miejsca docelowego, co oznacza jakiś czas oczekiwania na podstawiony transport. W innej pasażerowie informowani są że do miejsca docelowego muszą się dostać na własną rękę, a o zwrot kosztów powyższego (potwierdzany oczywiście niezbędnymi rachunkami/paragonami) muszą zwrócić się bezpośrednio do linii. Na szczęście nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją i nie wiem jak wygląda ta cała procedura. Doszło do mnie tylko kilka pojedynczych informacji, że do najkrótszej i najłatwiejszej ona nie należy...
Co może spowodować takie sytuacje? Przede wszystkim pogoda. Pierwszym czynnikiem może być mgła. Na szczęście da się go obejść na największych lotniskach. Wynika to z faktu, że często znajduje się na nich specjalistyczne oprzyrządowanie pozwalające maszynom lądować przy prawie zerowej widoczności. Niestety lotniska regionalne w najwyższej kategorii tego typu sprzęty wyposażone nie są, m.in. dlatego tak często w okresie jesienno – wiosennym zdarzają się przypadki przekierowań na lokalnych Polskich lotniskach... Drugim czynnikiem może być śnieg. Z jego powodu zima jest ciężkim czasem dla podróży. Mróz problemem wielkim nie jest – w końcu trasy przelotowe znajdują się około 10 kilometrów nad poziomem morza, a tam panuje temperatura oscylująca solidnie poniżej 0℃. Chodzi o śnieg, który padając na pas startowy i drogi kołowania może uniemożliwić wyhamowanie, oraz prawidłowe wykonanie manewrów. W skrajnych przypadkach pojawiają się tzw. „ześliźnięcia” z pasa, czyli wycieczki na najczęściej trawiastą przestrzeń okalającą i zakopanie się w niej. Może to nastąpić poprzez częściowe oblodzenie powierzchni pasa startowego, lub drogi kołowania. Chociaż są to przypadki nieliczne, to w ostatnich tygodniach pojawiało się sporo informacji tego typu (np. w Kijowie, Dortmundzie, czy Glasgow-Prestwick). Na szczęście są to tylko incydenty w których zazwyczaj każdy przypięty pasami pasażer nie odnosi żadnych obrażeń. Ale nawet jeśli są prowadzone operacje lotnicze, to opadu śniegu i tak wydłużają procedurę obsługi samolotu, gdyż przed każdym startem maszyna musi zostać odśnieżona, lub nawet od lodzona. Polega to na polewaniu jej specjalną mieszanką płynów, co zajmuje zazwyczaj kilka do kilkunastu minut. Chociaż śnieg zazwyczaj w solidnych ilościach pada w krajach północnych, przykłady Norwegii, Szwecji czy Estonii pokazują, że z problemem tym można sobie bardzo skutecznie radzić. Przeciwieństwem są Wyspy Brytyjskie i Irlandia, które mimo coraz częstszych przypadków zimowych opadów, przy nawet trzy centymetrowej warstwie zdają się być bezradne a niekiedy wręcz sparaliżowane. Dlatego też świąteczna podróż na trasach Polska-Wyspy zdaje się co roku być swoistą ruletką z głównym pytaniem „uda się czy się nie uda?”. Ostatnim czynnikiem zupełnie nie do ominięcia są wiatry. Otóż najbardziej dogodne warunki dla samolotu są, gdy ląduje i startuje on pod wiatr. Właśnie z tego powodu lotniska posiadają swoje pasy startowe w te a nie inne kierunki. Problemu wielkiego nie ma, gdy pasy ustawione są w przysłowiowy X. Ale czasami nawet to nie pomaga i wtedy wszystkie operacje są zawieszone na czas poprawy pogody. Gdy pracowałem na lotnisku w Dublinie zdarzyło się raz całodniowe zamknięcie pasów startowych. Już nigdy potem nie widziałem sceny, gdzie blisko 2000 nieprzygotowanych osób śpi w nocy na podłodze i innych dziwnych miejscach...
Ale dość straszenia, przecież coś takiego nie musi nas dotyczyć prawda? Dziś właśnie takiej sytuacji uniknęliśmy. Mieliśmy bowiem zabookowane bilety do Dublina z przesiadkami w Düsseldorf-Weeze i Londynie. Od kilku dni każde wejście do internetu zaczynaliśmy więc od prognoz pogody. Na wylot „tam” nie mieliśmy dużych obaw – warunki zdawały się być łaskawe w tych częściach kontynentu. Niemniej w dzień powrotu pojawiły się obawy solidnych opadów śniegu w południowej Anglii. Bookując bilety bardziej obawiałem się co prawda wylotu z Irlandii. Doświadczenia z pracy podpowiadały bowiem, że w styczniu pogoda tam może płatać sporo figli. Istniało więc dużo większe niż zazwyczaj ryzyko solidnego opóźnienia bądź odwołania lotu do Londynu. A co jeśli byśmy się spóźnili na przesiadce do Wrocławia? Cóż, tak jak pisałem kilkukrotnie wcześniej – płacimy zazwyczaj sporo pieniążków na najbliższy lot, lub na własną rękę wracamy innymi środkami lokomocji. Chcąc tego uniknąć kupiłem więc bilet na lot z Londynu do Wrocławia na następny dzień. Zakładałem że do tego czasu pogoda w Dublinie powinna się poprawić, a jeśli problemem będą warunki meteo w Londynie gdzie nie będziemy w stanie wylądować, to tym bardziej nie będziemy w stanie stamtąd wystartować, więc przebookowanie biletu na trasie Londyn-Wrocław będzie bezpłatne.
Jednak pomimo solidnego planu uwzględniającego wiele przypadków i opcji „ratunkowych” na trzy godziny przed odlotem powiedzieliśmy sobie „nie”. Powód okazał się błahy - ułożenie godzin pracy i szkoły uniemożliwiały nam zbyt duże spóźnienia. Do tego sytuacja zdrowotna nie była przychylna długiemu przebywaniu na otwartym powietrzu, zwłaszcza w Dublinie, w którym na czas naszej wizyty temperatura odczuwalna miała być w okolicach -5℃! Opisując moją pasję tambylstwa wielokrotnie pokazuję, że w moim przypadku każdy wyjazd nie jest wielkim świętem a wręcz czymś wciśniętym w codzienną rzeczywistość ;) Co więc straciliśmy? No cóż, troszku szkoda, gdyż chciałem zobaczyć czy Dublin zmienił się bardzo po tych dwóch latach od mojej ostatniej tam wizyty? Dziewczynie chciałem pokazać miejsca gdzie pracowałem i żyłem przez przeszło rok. Do tego planowałem zakupy kilku produktów, których nie ma jak zdobyć w naszym kraju. Chyba tego najbardziej szkoda, bo od strony finansowej to bilety kosztowały nas całościowo €7. Oczywiście ponieważ loty nie zostały odwołane, zgodnie z zasadami u Ryanair nie przysługuje nam żaden zwrot pieniędzy. Ale chyba każdy stwierdzi że wartość ta duża nie jest, prawda? Gdyby zaistniała lepsza sytuacja zdrowotna i ułożenie pracy, oraz nasz wypad robilibyśmy lotem bezpośrednim, to stresu żadnego byśmy nie mieli. Odwołanie lotu? No dobrze, musielibyśmy przebookować bilety na najbliższy dostępny, czyli zostalibyśmy tam prawdopodobnie przez kolejne cztery dni. Jedyny problem jaki to powoduje, to zwiększenie budżetu wyjazdu. Ale po co ryzykować?
Wniosek jaki chciałem wysunąć po tym odcinku, to odpowiednie wypośrodkowanie pomiędzy chęcią tambylstawa, a możliwościami jakie dają nam nasze budżety i techniczne możliwości. Ważne jest aby dobrze przestudiować miejsca, które się będzie odwiedzać. Informacje o możliwościach technicznych lotnisk przesiadkowych/docelowych mogą się bowiem okazać nieocenione przy krótkich przerwach między kolejnymi odcinkami lotów. Tak samo prognozy pogody, adresy tanich hosteli itd. Na naszym przykładzie – pomimo że suma sumarum nie polecieliśmy, cały czas studiowałem godziny startów i lądowań naszych lotów. Chociaż obawiałem się Londynu i Dublina, to opóźnienie nastąpiło w Niemczech. Wszystko więc wskazuje na to, że nie zdążylibyśmy wykonać przesiadki na lotnisku Stansted, czyli zamiast w Irlandii, jeden dzień spędzilibyśmy w stolicy Albionu. OK, czytanie o tamtejszych atrakcjach turystycznych można pominąć i po prostu przejść się wzdłuż Tamizy w centrum. Jednak zamiast do godziny dziesiątej rano męczyć się na lotnisku można by w takim wypadku wziąć pokój w tanim hostelu. A już o wiele lepiej poświęcić godzinę na znalezienie w internecie najtańszych opcji i naniesienie ich na wydrukowaną mapę centrum miasta, niż potem liczyć na szczęście pytając się miejscowych o jakąkolwiek informację... Jeśli natomiast pojawia się sytuacja sprawiająca, że wyjazd staje się opcją ryzykowną – warto wiedzieć czy to ryzyko jest warte i umieć sobie odpuścić w odpowiedniej chwili. Bo wpływa to na komfort podróży a co za tym idzie doznań z niej otrzymanych i chęci na odbycie kolejnej.
Czy żałuję że tym razem odpuściliśmy? A czego? Za dwa tygodnie będę w drodze powrotnej z Półwyspu Iberyjskiego, więc dużo tym razem nie straciłem ;)


Poniżej historia naszej wirtualnej wizyty na Zielonej Wyspie w obrazkach:

Poniedziałek, 11 styczeń 2010. Sytuacja na trasach nieciekawa. Sporo lotów opóźnionych, głównie z Madrytu, który w tym czasie miał problemy ze... śniegiem! W Niemczech też coś się dzieje.


Problem zaczął się już na pierwszym odcinku. Bez wcześniejszych przesłanek samolot z Düsseldorfu Weeze przyleciał opóźniony do Wrocławia. W takiej sytuacji nie uda nam się chyba złapać połączenia do Londynu ale spoko, na wszelki wypadek mamy zabookowany bilet na tą samą trasę na jutro rano.


Na miejscu w Niemczech okazuje się, że ta sama maszyna robi rotację do Londynu. Mimo że więc wylądowaliśmy półtorej godziny po planowanym pierwotnie czasie, nasz odlot opóźniono o kolejnych 40 minut. Wyrobimy się ze wszystkim w 30 minut? Jasne :-) Szybko biegniemy więc do bramki. Stansted jest ostatnim dziś odlotem, więc dużo ludzi nie czeka w kolejce.


Niestety tutaj już tak wesoło nie jest. Wylądowaliśmy 6 minut po maszynie lecącej z Dublina. Biegniemy co sił w nogach, ale lotnisko Stansted obsługuje za dużo pasażerów, a kontrola paszportowa powoduje niemałą kolejkę. Niestety, na pełnię pecha Dublin odleciał jeszcze na kilka minut przed planowanym czasem.


Wykonujemy więc plan zapasowy - śpimy na Stansted i z rana jedziemy zwiedzać Londyn. Na mieście siedząc gdzieś na kawie szybko sprawdzam informację na lotnisku w Weeze. Poranny kurs powrotni ze Stansted wrócił o czasie, czyli że nasz zapasowy lot do Londynu też musiał lądować o zaplanowanej porze.


We środę z rana popatrzyliśmy w internecie jak wygląda sytuacja w Dublinie? Bardzo fajnie, jeśli dolecielibyśmy do Irlandii, to powrót do Londynu mielibyśmy o czasie. Trzy minuty opóźnienia na starcie na tak dużym lotniskiem nic nie znaczy.


I pomimo wcześniejszych obaw Londyn we środę nie powoduje żadnych kłopotów. Samoloty lądują i startują mniej więcej o czasie. Rezerwowy kurs Stansted-Wrocław na następny dzień również o swojej porze. Tak więc mimo początkowych obaw o pogodę, linia lotnicza wyrobiła się na 80% swoich obowiązków. Ale to była nasza opcja wirtualna. W rzeczywistości wycieczka, jak już wspomniałem, zmieniła się w wieczorne winko i filmy na dvd, a następny dzień w spacer po Wrocławskim Rynku i wizycie w galerii handlowej :-)

czwartek, 17 grudnia 2009

Komentarz po "magicznej środzie"

Ufff.... nareszcie nadszedł ten dzień! Tak sobie pomyślałem budząc się wczoraj około godziny 1100. Wreszcie odbyły się zapowiadane konferencje prasowe i teraz trzeba się szybko podłączyć do sieci, aby dowiedzieć się co na nich zostało zapowiedziane.
Ale o co chodzi? Chodzi o to, że od prawie tygodnia światek fanów lotnictwa nisko-kosztowego huczał od wszelkich plotek, domysłów i wróżenia z fusów. Nasilił się bowiem temat pierwszej bazy irlandzkiego przewoźnika Ryanair w naszej części Europy. Podobnie jak kilka miesięcy temu znów zapowiedziano konferencję prasową u jednego z kandydatów – lotnisku w podkrakowskich Balicach. Tylko że poprzednio świętowano n-tego pasażera lądującego w Krakowie, a tym razem otwarcie baz... ale na półwyspie Iberyjskim ;)
Pomijając lokalny klimat podwawelskiego grodu jeszcze ciekawiej zapowiadała się druga konferencja – zapowiedziana przez Wizzair w jednym z warszawskich hoteli. W planie miało być omówienie sytuacji w bazach tego przewoźnika w stolicy, Katowicach, Gdańsku, oraz jeszcze innym mieście. Chociaż temat był podany, na każdym forum zaczęto spekulować w najlepsze. Najbardziej rozbawiło mnie rozdawanie nowych tras dla drugiej bazowanej w Poznaniu maszyny, chociaż póki co nic nie wiadomo kiedy takowa do niej przybędzie? Pokuszono się nawet o takie zachcianki, jak technicznie prawie niemożliwe trasy pokroju Rzeszów-Londyn Luton czy krajówka łącząca Podkarpacie z Wielkopolską. Niemożliwe, ponieważ na pierwszej trasie obecny jest już Ryanair a tajemnicą poliszynela jest fakt, że te dwie linie lotnicze nie nakładają się na zajętych już kierunkach. Druga była zabawnym kontrargumentem na fakt, że opcjonalna trasa Poznań-Luton-Rzeszów-Luton-Poznań jest niemożliwa do wykonania przez jedną ekipę pokładową, której czas dziennej pracy limitowany jest przez pewne przepisy. Warto tutaj też wspomnieć, że nisko-kosztowi przewoźnicy tworzą tak swoje trasy, aby ich pracownicy zaczynali i kończyli pracę w tej samej bazie. Ale ratujący wątpliwą teorię Luton-Rzeszów kontrargument raczej jej nie wzmocnił. Tak na boku, osobiście jestem dużym zwolennikiem tras krajowych realizowanych przez tanich przewoźników. Z wielką zazdrością patrzę na sytuację w Hiszpanii (mnóstwo połączeń krajowych z Madrytu realizowanych przez Ryanair lub Vueling) czy Włoszech (podobnie tylko że na pokładach EasyJet, Ryanair i do niedawna również MyAir). Co więcej, sądzę, że trasy krajowe w Polsce nie są niemożliwe. Jednak na pierwszy rzut bardziej proponowałbym lot Kraków-Gdańsk, Gdańsk-Wrocław, czy Wrocław-Warszawa, które mają swój potencjał w ilości mieszkańców, jak też przeciwnika z jakim można łatwo wygrać w danej konkurencji (na dwóch pierwszych latał regionalny JetAir, a ostatnia jest jednym z najbardziej dochodowych lokalnych kierunków LOTu). Dodatkowe zamieszanie wśród domysłów wprowadzał również portal pasażer.com, który jeszcze w poniedziałek przy pomocy pewnych chwiejnych założeń za pewniaka do bazy Wizzaira ogłosił Rzeszów. Podchwyciły to lokalne gazety, podkręcając klimat zabójczej konkurencji między regionami na wieść o tym, że Bydgoszcz nagle ma zamiar rozdysponować pewną sumkę pieniędzy na otworzenie nowych połączeń lotniczych. Panowie – nie tak się ten interes prowadzi! Plotkarskie informacje powinny pozostać przy fotelu, przy którym się je usłyszało. Niestety rozeszły się one na cały salon fryzjerski i szczerze przeglądanie każdego forum które na chwilę zmieniły się w takowe zbiorowiska „informacji i planów zaskakujących” stało się męczące i wręcz nudne. Dlatego też wspominając moje przebudzenie się w środowe przedpołudnie czułem swoistą ulgę...
Ale co w końcu powiedziano? Jak wspomniałem wcześniej – w Krakowie świętowano otwarcie baz w hiszpańskiej Maladze i portugalskim Faro. I co z tego? :D Otóż to z tego, że cztery planowane do zbazowania samoloty w Maladze będą wykonywały loty m.in. do Krakowa i Wrocławia. Kraków kolejny raz cieszy się z ciepłego kierunku, Wrocław dziwi się ze swojego przydziału. Dziwi, ponieważ plotki o rozmowach na temat „tajemniczego” iberyjskiego kierunku pojawiły się już we wrześniu. Niemniej domysły ostatnich dni zupełnie pomijały Wrocław a tu bach – doszła jeszcze Bolonia. Z tym kierunkiem sporo zamieszania było w połowie października, kiedy to na mapie połączeń Ryanair pojawiła się kreska łącząca te dwa miasta. Niestety jakiś tydzień później system rezerwacyjny zamilkł na dobre w tej kwestii i pomyśleliśmy sobie że to był błąd informatyczny. Jednak nie :-) Szczerze informacja o Bolonii ucieszyła mnie dużo bardziej niż o Maladze. Malaga bowiem będzie kierunkiem typowo letnim – o częstotliwości lotów 2 razy w tygodniu która uniemożliwia krótki i tani wypad. Co więcej, Malaga nie daje możliwości przesiadek w miejsca, mnie interesujące. A do tego prawdopodobnie po wakacjach zostanie zawieszona, jak to zazwyczaj bywa z letnimi destynacjami. Bolonia natomiast jawnie pokazuje, że Ryanair poczuł we Wrocławiu konkurencję z okazji otwieranej tam bazy Wizzair. Zauważył, że nie jest już monopolistą i że czasy ścinania częstotliwości połączeń do niezbędnego minimum celem podwyższania cen już się skończyły. Zaczął więc powoli walczyć o wrocławski rynek otwierając konkurujący z Wizzairowym Oslo Trop (TRF) kierunek Wrocław-Oslo Rygge (RYG), a teraz na przekór istniejącej Wrocław – Bolonia Forli (FRL) trasę do swojej bazy w Bolonii (BLQ). Zapowiada się więc spora konkurencja na tych kierunkach, a dla pasażerów finalizować się to będzie w jeszcze tańszych biletach :-) Kraków natomiast w prezencie dostał trzeci włoski kierunek jakim jest popularna w Polsce Piza. I tyle – nici z bazy. Jednak na otarcie łez kolejny raz (od już przynajmniej czterech lat) zapowiedziano rychłe otwarcie pierwszej bazy Ryanair w Europie Środkowowschodniej i oczywiście Kraków jest „bardzo mocno brany pod uwagę”. W ciągu ostatnich trzech miesięcy to samo można było usłyszeć od Ryanair w stosunku do Gdańska, Bydgoszczy i Wrocławia ;)
Dużo więcej spodziewano się natomiast po konferencji Wizzair. Żadna rewolucja jednak nie nastała - linia podsumowała tylko działania podejmowane w ciągu ostatnich kilku miesięcy w naszym kraju formując je w spójny plan stania się linią przewożącą najwięcej pasażerów na Polskim rynku. W ten sposób każda z baz – Katowice, Warszawa i Gdańsk – dostały po jednym samolocie na wiosnę, Wrocław w marcu stanie się bazą dla jednej maszyny tego przewoźnika, dodatkowo Wizzair zadebiutuje na lotnisku w Łodzi. Wybór ten był poniekąd zaskakujący, gdyż linia ta posiada cztery zbazowane samoloty w pobliskiej Warszawie i bardziej spodziewałbym się rozwoju w pozostałych bazach (np. Poznań i Wrocław) niż wejścia na nowy grunt podcinając jednocześnie tym samym własne skrzydła. Ale fakt się stał – Łódź się cieszy. Cieszą się też Katowice, gdyż z nową maszyną dostały m.in. trzy świetne kierunki: Bergen w Norwegii, Madryt i Pizę. Wprawdzie Piza już na samym początku napotka na silną konkurencję ze wspomnianym wcześniej połączeniem z Krakowa. Jednak trasa do Madrytu jest pierwszą tego typu z Polski i szczerze mam dużą nadzieję, że okaże się strzałem w dziesiątkę. Wtedy otwarcie tego kierunku z innych Polskich baz będzie bardzo możliwe, a to pozwala na świetne i tanie przesiadki na loty po całym Półwyspie Iberyjskim, Maroku i Wyspach Kanaryjskich!
Niby dwie proste konferencje prasowe a tyle pisania. Emocje zaczynają wreszcie nieco opadać, jednak pojawiają się kolejne plotki i analizy. Nie można przeoczyć zwiększonego ruchu na rynku przewoźników nisko-kosztowych w Polsce. Wizzair zaczyna się okopywać i intensyfikować swoją obecność w całej Europie Środkowo-wschodniej. Przygotowuje się do nieuchronnego wejścia na ten rynek przez piekielnie agresywnego gracza, jakim jest Ryanair. Ten bada rynek bardzo skrupulatnie, gdyż męczą go koszty prowadzenia swoich baz na drogich Wyspach Brytyjskich, Irlandii czy w Niemczech. Woli przenieść swoje samoloty na tańsze południe i wschód Europy i nie zamykać intratnych i popularnych już tras. Dlatego sonduje swoje możliwości w Polsce, Słowacji, Czechach czy na Węgrzech. Jednym z najważniejszych kandydatów są Kraków i Bratysława. Kraków, który przeznaczył ze swojego budżetu znaczną kwotę na promocję wśród turystów zagranicznych, bardzo obniżył swoje stawki lotniskowe i w przeciągu niecałego roku otrzymał kilkanaście nowych połączeń. Jednak według mnie otwarcie bazy tam byłoby według mnie błędem. Prezes lotniska w Balicach, Pan Pamuła, ma bowiem ściągać turystów do Krakowa, co już osiągnął. Zgodzenie się na bazę Ryanair jest jednocześnie zgodzeniem się na kilkuletnie wydawanie pieniędzy na dopłaty i otwieranie nowych połączeń przynoszących niewiele turystów do Małopolski. No bo przecież są już bezpośrednie połączenia z najważniejszymi i najbogatszymi ośrodkami jak Paryż, Rzym, Mediolan, Berlin, Frankfurt, Dusseldorf, Barcelona, Wiedeń, Bruksela, Amsterdam, Sztokholm, Oslo, czy cała siatka z Irlandią i Wielką Brytanią. Nowe połączenia, które mogłyby być otwarte, to przede wszystkim dogodzenie mieszkańcom Małopolski w miejsca dla nich atrakcyjne turystycznie a przecież nie na to zostały przekazane fundusze. Teraz trzeba zainwestować bardziej na wschód – Moskwa, Ryga, Helsinki, Kijów, Budapeszt, Sofia... Według różnych źródeł, wczorajsza konferencja była kolejną „przy okazji”. Przecież Kraków świetnie się rozwinął w siatce połączeń Ryanair, więc jest co „świętować”. A prawdziwym celem przybycia do Krakowa jednego z ważniejszych menedżerów tej linii jest ustalanie pewnych faktów które zdecydują o ulokowaniu, bądź nie, kilku samolotów pod Wawelem. Decyzje jeszcze nie zapadły – cokolwiek nowego dowiemy się prawdopodobnie w nowym roku i kropka końcowa. Bratysława natomiast została poddana przez Wizzair. Ta była baza upadłego SkyEurope posiada sporą wyrwę w połączeniach lotniczych, którą od ostatnich kilku miesięcy bardzo intensywnie próbuje zapełnić Ryanair. Ale czy Słowacy będą chętni na dopłacanie do interesu Ryanair? Coś tam w międzyczasie przebąkuje się o pewnych szansach dla Bydgoszczy czy Rzeszowa. Linie nisko-kosztowe latają bowiem tam, gdzie mogą najwięcej zarobić. Jednak planowane dopłaty z budżetów województw Podkarpackiego czy Kujawsko-Pomorskiego wydają się być jeszcze za małe na stworzenie baz w ichniejszych lotniskach.
Zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie cieszę się ze zwiększenia konkurencji na naszym rynku i staram się zarażać całe moje otoczenie podróżowaniem tylko po to, aby te nowe połączenia były odpowiednio zapełnione przez pasażerów!

środa, 16 grudnia 2009

Dreamliner wreszcie w powietrzu

Boeing 787, lub inaczej „Dreamliner” („Liniowiec marzeń”) wreszcie odbył swój pierwszy lot w historii. Co to oznacza dla nas, zwykłych tambylców? Ano w zasadzie niewiele, chociaż fascynaci lotnictwa zgodnie podkreślają, że wczorajszy dzień jest jednym z istotniejszych w historii lotnictwa pasażerskiego.

A czemu tak? Pierwsze prace projektowe nad tym modelem rozpoczęły się ponad pięć lat temu. Według początkowego zamysłu, miał to być średniej wielkości samolot pasażerski przeznaczony na loty długodystansowe. Główną zaletą i wyróżnikiem „Dreamlinera” są materiały z jakich został zbudowany. Do tej pory stosowano bowiem duraluminium, który jest lekkim stopem galu z dodatkiem miedzi, manganu i magnezu. 787 w około połowie składa się natomiast z bardzo lekkich materiałów kompozytowych, w blisko 20 procentach ze wspomnianego wcześniej duraluminium, a w pozostałych z tytanu, stali i pozostałych materiałów. Kolejnym unowocześnieniem są silniki, które zaprojektowano spełniając surowe wymogi dotyczące spalania paliwa, ciężaru, technologii i wytwarzanego hałasu. I tak Dreamliner ma zużywać do 20 proc. mniej paliwa niż konkurenci i emitować do atmosfery mniej dwutlenku węgla, być lżejszym od porównywalnych maszyn, a zatem latać szybciej, dalej i taniej. Oprócz warunków ekonomicznych zwrócono też dużą uwagę na komfort podróży. Dzięki mocniejszemu kadłubowi okna mogą zostać powiększone o 65% a fotele będą najszerszymi zastosowanymi w przemyśle lotniczym. Tradycyjne rolety zastąpiono też elektrochromowanymi przesłonami, dzięki czemu będzie można przysłonić okna i jednocześnie podziwiać widoki. Boeing obiecuje też koniec z turbulencjami i redukcję hałasu o 60 proc.

Niestety nie obyło się bez problemów. Projektanci Boeinga postawili sobie zbyt wyśrubowane ramy czasowe jak na tak przełomowy model. Według pierwotnych planów, 787 powinien już od kilkunastu miesięcy latać regularnie dla kilku linii lotniczych. Jednym z najpoważniejszych problemów było oblanie testów konstrukcyjnych okolic łączenia skrzydeł z kadłubem pierwszego przewidzianego do lotu modelu. Wydłużyło to dziewiczy rejs o około pół roku, gdyż należało przeprojektować nieco model wzmacniając niektóre punkty konstrukcji. Mimo braku pewności, czy po drodze nie pojawią się kolejne „kwiatki” Boeingowi zapowiedział Dreamlinera w powietrzu jeszcze przed świętami.

I tak wczoraj, już przed godziną 1900 naszego czasu w internecie pojawiła się relacja z pierwszego rejsu. Chociaż sam start opóźnił się o około 30 minut, to fascynaci lotnictwa z zapartym tchem oglądali kołowanie na lotnisku Plain Field w stanie Waszyngton a następnie szybki start i wznoszenie. W międzyczasie, jak poinformował prowadzący relację, pobierane było mnóstwo danych telemetrycznych pozwalających na potwierdzenie założeń projektowych i sprawdzenie zachowania maszyny w normalnym locie. W taki sposób kolejna karta historii lotnictwa pasażerskiego została zapisana.


Ale dlaczego ta konstrukcja jest tak ważna również dla nas? Przede wszystkim z powodu spojrzenia w przyszłość od pierwszej fazy projektów. Latanie staje się bowiem coraz bardziej popularne, a przemysł lotniczy niestety coraz trudniejszy do realizacji. Dlatego wielu ekspertów twierdzi, że tylko najbardziej efektywne i nowoczesne maszyny będą decydować o największej opłacalności danej linii lotniczej. Najważniejszy jest koszt paliwa, gdyż, jak wiadomo, era taniej „ropy” dawno odeszła do czasów zamierzchłych. Według wyliczeń innego producenta samolotów, Airbusa, w 2008 roku na niebie latało 14 tysięcy samolotów pasażerskich mogących przewieźć ponad 100 osób. Prognozy mówią, że 20 lat później liczba ta ma się podwoić. Dlatego oprócz kosztów paliwa bardzo istotna jest uciążliwość dla okolic lotnisk oraz komfort zwiększającej się liczby podróżnych. Projektanci Dreamlinera wzięli to wszystko pod uwagę, dlatego mówi się, że kolejne modele aby nie przegrać walki o rynek w przyszłości, powinny przynajmniej utrzymać ten narzucony, dużo wyższy poziom proponowanego produktu. Miejmy nadzieję, że dzięki temu lotnictwo szybciej stanie się dużo tańsze i bardziej opłacalne. Owszem, nie dotyczy to w chwili obecnej latania nisko-kosztowego, gdyż zarówno gwiazda ostatnich kilkunastu miesięcy Airbus A380, Boeing 787, jak też projektowany Airbus A350 raczej nie są kierowane do linii lotniczych operujących na krótkich dystansach. Jednak doświadczenie wynikające z tych projektów powinno zaowocować gdy przyjdzie czas na wprowadzenie nowych modeli samolotów mieszczących do 180 pasażerów.

Z ciekawostek, w chwili obecnej Boeing ma zamówione modele u 55 różnych linii lotniczych. Pomimo kilku rezygnacji zgłaszanych zwłaszcza w ciągu ostatnich miesięcy (efekt kryzysu w branży lotniczej, oraz opóźnianych dat dostaw) na dzień dzisiejszy zamówionych jest 393 samolotów tego typu, do czego należy doliczyć 320 opcji i praw do kupna. Jako ciekawostkę dodam, że pierwszą linią Europejską goszczącą Dreamlinera w swojej flocie będzie Polski LOT, który zamówił 15 takich maszyn a kolejnych 11 ma w opcji. Optymistyczne założenia przewidują wprowadzenie tych maszyn do siatki LOTu na przełomie 2011-2012 roku, co daje przeszło 4 lata opóźnień w stosunku do pierwotnych planów. Brak 787 tłumaczy według linii skasowanie szumnie zapowiadanego w zeszłym roku połączenia do Pekinu, oraz problemy na trasach do Ameryki Północnej. Wprawdzie dziś nie wiadomo jeszcze czy LOT przy obecnej sytuacji finansowej przetrwa do 2012 roku, jednak otrzymanie Dreamlinerów oczekiwane jest jako lekarstwo na całe zło, a przede wszystkim przyczynek do solidnego rozwoju siatki intratnych połączeń dalekodystansowych a co za tym idzie, również prestiżu firmy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Ja w każdym bądź razie nie mogę się doczekać pierwszego lądowania tej maszyny na lotnisku w Warszawie. Chętnie się przejadę ją zobaczyć i mam nadzieję kiedyś również przetestować w locie :-)

niedziela, 13 grudnia 2009

Sztuka taniego latania - niebezpieczeństwa za tym stojące

Podróżowanie traktuję w pewnym sensie jak hazard. Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście jest to jakaś forma gry na zasadzie "kto weźmie więcej/taniej?". Po drugie, to wciąga! Jak rzeka. Po trzecie, do dziś jako tako starałem się przemilczeć na blogu, że za tą grą kryją się również pewne niebezpieczeństwa. Kilka powodów powinno pokazać więc dlaczego porównanie do hazardu wbrew pozorom jest bardzo trafione.

Polowanie na bilety. Pisałem to w bodaj pierwszej części przewodnika. Zaczyna się od tego, że kupuje się ot tak z ciekawości jeden tani bilet gdziekolwiek. Po powrocie podlicza się wszystkie wydatki wyjazdu i okazuje się, że nas na to stać. Czeka się więc na kolejną okazję. Za którymś razem, pojawiają się zachcianki aby polecieć w określone miejsce lub o określonym czasie. Gdy się okazuje, że takie bilety nie leżą na ulicy, szuka się głębiej. Po roku każda nowa promocja finalizuje się tym, że wieczorem przy kawce odlicza się kolejne minuty do północy (nowe oferty wchodzą w życie zazwyczaj o tej porze) a potem rozpoczyna przeszukiwanie systemu rezerwacyjnego wzdłuż i wszerz. Ile to już razy kląłem, że przez 4 godziny nie mogłem nic znaleźć. A bo tutaj mi godziny przesiadki nie pasowały, a tam akurat tanie ceny się rozjechały w datach... A kiedy indziej od niechcenia wynajduję Sardynię za 12 PLN. Ale pomimo tych nieprzespanych godzin pojawia się spora satysfakcja, gdy można się pochwalić swoim łupem widząc w oczach znajomych zwyczajną zazdrość ;)

Gry cenowe. Powiedzmy sobie szczerze, loty sprzedawane po 30 złotych od osoby liniom lotniczym się nie kalkulują. Więc dlaczego to robią? Bo paradoksalnie jednak im się kalkulują :D Klienci bowiem bardzo przyzwyczajają się do pewnych zachowań co ciekawie w przypadku lotnictwa opisuje jeden artykuł na serwisie www.pasazer.com (http://pasazer.com/in-4276-tvn,cnbc,w,tandemie,z,pasazercom.php)

W Polsce utarł się pogląd, że tani przewoźnik jest tańszy od tradycyjnego – co nie zawsze jest prawdą, a o czym niejednokrotnie pisaliśmy. Zarówno Lufthansa proponuje bilety za 399 zł w dwie strony, jak i LOT w podobnych cenach zabiera pasażerów na swój pokład. Przykład?


Często różnice widać już w przypadku ofert podstawowych, nie mówiąc nawet o wartościach ukrytych. Jakich? Cóż, przewoźnik liniowy (np. LOT, Lufthansa, British Airways, Air France, Iberia, etc.) w cenę biletu wlicza serwis pokładowy (przekąski na krótkich trasach lub pełne obiady na lotach międzykontynentalnych + napoje), możliwość zabrania ze sobą dużej walizki o większych limitach wagowych, możliwość darmowego przebookowania na wiele wypadków losowych etc. Taka oferta była standardem jeszcze kilkanaście lat temu. Jednak z pojawieniem się tzw. nisko kosztowych przewoźników nastąpiła pewna rewolucja. Większość z nich bowiem w cenie biletu oferuje wyłącznie przejazd z obarczonym wieloma ograniczeniami tzw. bagażem podręcznym. Jeśli chcemy jechać z dużą walizką - płacimy dodatkowo. Jeśli natomiast przekroczymy jej limit wagowy, za każdy dodatkowy kilogram płacimy zazwyczaj horrendalne stawki. Jeśli chcemy mieć pierwszeństwo wejścia na pokład, albo dodatkowe ubezpieczenie, albo transakcję zrealizować przy użyciu najpopularniejszej karty bankowej/kredytowej - płacimy. Nie wspominając już o bufecie, który nie oferuje wiele, a kosztuje dość sporo jak na polskie warunki. Z drugiej strony tzw. przewoźnicy liniowi w większość oferowanych lotów załącza przesiadki. Przykładowo aby dostać się z Rzeszowa do Londynu LOTem lub Lufthansą należy lecieć najpierw do Warszawy lub Frankfurtu. Nawet jeśli cena za oba odcinki nie jest wygórowana, to traci się czas na przesiadkę (czasami również na czekanie na połączenie), oraz dodatkowo doliczane są opłaty i podatki za lądowanie w mieście, którego nawet nie ma jak zwiedzić.
Staram się więc zwracać przede wszystkim uwagę czy z mojego miasta do celu podróży mam bezpośrednie połączenie. Po kolejne, jeśli lecę na załóżmy 3 dni, wszystkie niezbędne na ten czas rzeczy mieszczę w plecaku. Jeśli natomiast mój wyjazd obejmuje większy odcinek czasu i ciężką walizkę, to chętniej przyglądam się ofertom standardowych przewoźników i ich opcji "all inclusive".

Gry cenowe – podejście nr 2. System sprzedaży biletów w Ryanair przypomina czasami bazar w małym miasteczku. Od kilku już miesięcy wchodząc na główną stronę tego przewoźnika po oczach bije nam banner reklamowy ze świecącym napisem „promocja!!!!”. Nieco poniżej zazwyczaj wypisana jest cena załóżmy 40 PLN. Śledząc ich system sprzedaży już od ponad roku zastanawiam się jaka to promocja wiedząc, że w przeciągu miesiąca na 90% będą bilety w cenie mniejszej niż 10PLN? Sytuacja nr 2 – pojawiła się promocja z biletami w cenie 4PLN w jedną stronę. Zaglądam na listę kierunków oferowanych w tych cenach – a tam np. Londyn, Barcelona, Rzym i Dublin. Świetnie, zaczynam więc szukać na kiedy – po 20 minutach orientuję się że ich nie ma. Otóż firma ta udostępnia tylko pewną ilość biletów na danej trasie w danej cenie. Czasami ich ilość jest mniejsza niż 10. Szanse na kupno takiego biletu są niewielkie, ale reklama przyciąga uwagę! Sytuacja nr 3 – tzw. system Włoski. Jest to moja nazwa robocza wynikająca z pewnej obserwacji. Otóż szukając w sierpniu dogodnych połączeń na Sardynię zauważyłem, że jest mnóstwo tanich jak woda biletów na trasach Mediolan Bergamo-Cagliari. I tak przez większość dni w pierwszej połowie września. Natomiast w tym samym okresie nie ma ani jednego biletu powrotnego. A w drugiej połowie miesiąca - na odwrót - za bezcen można się wydostać z wyspy, natomiast lądowanie na niej jest już dość kosztownym biznesem. Ostatnio zauważyłem, że podobna metoda zaczyna pojawiać się również w ofertach Ryanair dla polskich lotnisk :( Sytuacja nr 4 - LOT zapowiadał ostatnio internetową wyprzedaż swoich biletów w cenie 50% wartości z dnia poprzedniego. Okazja wydawała się być świetna, aż do dwóch dni przed wejściem w życie tej promocji. Wtedy to bowiem najniższe ceny biletów zostały solidnie podniesione tak, że w dzień promocji można było zaoszczędzić w większości przypadków raptem kilkadziesiąt złotych.

Ważne więc, aby znać systemy rezerwacyjne i zagrywki przewoźników, bo czasami coś co się świeci, może jednak nie być tak cennym przedmiotem!

Obsługa klienta. Tanie linie lotnicze powoli nabierają formy komunikacji miejskiej. Mają być tanie, masowe i nieoferujące nic poza możliwością transportu. Zgodnie z tą właśnie ideą doliczane są wszelkie usługi ekstra czyli takie, bez których w zasadzie lot odbyć można, ale mimo wszystko czasami trzeba z nich skorzystać. Mam na myśli tutaj wymienione wcześniej bagaże, serwisy pokładowe, etc. Również obsługa klienta, która czasami stoi na bardzo niskim poziomie. Jeśli więc przykładowo w trakcie odprawy w internecie popełniony został błąd w nazwisku - płacimy. Owszem, istnieje niepisana zasada, że jeśli w dokumencie tożsamości i rezerwacji jest różnica do trzech liter, to poprawa taka jest bezpłatna. Ale aby się tego dowiedzieć należy pojechać na lotnisko i odwiedzić okienko reprezentanta danej linii lotniczej, lub zadzwonić na humorystycznie określony "Party line" - zazwyczaj zagraniczny numer telefoniczny z drogą opłatą za każdą minutę i baaaaardzo wolną obsługą. A co jeśli błąd w nazwisku jest poważniejszy, lub pomyłka nastąpiła w numerze dowodu tożsamości? Cóż, u przewoźników nisko kosztowych taka atrakcja w postaci poprawy kosztuje nawet do €100!

Cele podróży. Osoby nieobyte z tanimi liniami lotniczymi kilkukrotnie mogą się zdziwić w trakcie poznawania proponowanych przez nie tras. Bo przykładowo, czemu jakaś linia lotnicza oferuje lot z Pizy do czterdziesto-tysięcznego nikomu nic niemówiącego miasteczka Memmingen, skoro mogłaby przylecieć choć raz do dużo większych Poznania, Krakowa czy Wrocławia? Cóż, tania linia lotnicza zarabia na wielu rzeczach i najbardziej interesuje ją właśnie suma tychże zarobków. W jakiś sposób wykalkulowała więc, że bardziej jej się będzie opłacać latać właśnie tam, chociaż na taki lot będzie mniej chętnych, a ceny niższe. Paradoks? Kiedyś wytłumaczę dlaczego nie. Po kolejne, czemu w przypadku Ryanair dwa miejsca oznaczone są jako Barcelona, chociaż oddalone są od tego miasta na oko o spory kawał lądu? Otóż dlatego, że nazewnictwo lotnisk w przypadku linii nisko kosztowych jest czasami bardzo płynne. Z powodu niższych opłat lotniskowych, mniejszego prawdopodobieństwa opóźnień i kilku innych spraw, dużo chętniej latają one na małe, położone kilkadziesiąt kilometrów od docelowego miasta lotniska. Dlatego też warto dokładnie przeczytać na jakim lotnisku dana linia ląduje identyfikując go np. po trzyznakowym kodzie IATA, bo może się okazać, że do celu podróży będziemy musieli doliczyć jeszcze ponad godzinę jazdy autobusem. Przykłady? Wspomniane wcześniej Memmingen oznaczane jest czasami jako Monachium Zachód, chociaż od tamtejszego miasta jest oddalone o 100 kilometrów! Oslo-Torp od Oslo o 107, Frankfurt-Hahn od Frankfurtu 128, Barcelona-Girona od Barcelony o 75, a nawet Katowice-Pyrzowice są czasami oznaczane jako Katowice/Kraków! Jest jednak w tym jakiś plus. Jeśli ktoś nie przepada za wielkimi, rozreklamowanymi miastami, ma niepowtarzalną okazję zwiedzić bardzo urokliwe mniejsze miejscowości. Przykładowo Bergamo przy którym mieści się lotnisko Mediolan-Bergamo, Girona przy Barcelona-Girona, Treviso przy Wenecja-Treviso, czy Prestwick przy Glasgow-Prestwick.

Przesiadki. Tzw. tanie linie lotnicze oferują przelot na trasie z punktu A do punktu B. Przesiadki są oficjalnie niewskazane, aczkolwiek jednocześnie nie zakazane. Dlatego wyobraźmy sobie, że mamy zabookowane dwa loty na trasie np. Majorka-Barcelona i Barcelona-Poznań. Teraz tak, na pierwszym locie mamy opóźnienie. Nie ważne z jakiego powodu, nie ważne jak duże, ważne że nie zdążyliśmy przez to na lot Barcelona-Poznań. I tutaj pojawia się problem... Ponieważ w każdej sytuacji przewoźnik nie ma żadnej odpowiedzialności jeśli to my się spóźniliśmy na samolot i teraz na własną rękę musimy dostać się do domu. Co to oznacza? Pociąg, autokar, autostop albo samolot. Biorąc pod uwagę odległość takiej trasy, albo fakt że następny lot odbędzie się dopiero za dwa dni wychodzi, że jesteśmy w plecy dużo godzin i jeszcze więcej pieniążków (zazwyczaj grubo ponad 1000 złotych od osoby). Owszem, większość tanich linii lotniczych dość solidnie pilnuje latania o czasie, jednak na trasie powrotnej zawsze jestem jakoś wewnętrznie niespokojny do momentu, aż znajdę się na ostatnim przesiadkowym lotnisku. Bo wiem że w takiej sytuacji mam już transport do domu, co najwyżej będę musiał zapłacić za hostel w przypadku skasowania lotu...
Oczywiście zupełnie inaczej sprawa się ma w przypadku przewoźników standardowych. Załóżmy że będziemy robić lot linią Lufthansa na trasie Wrocław-Monachium-Berlin. Jeśli nasze lądowanie w Monachium będzie na tyle opóźnione, że po prostu ucieknie nam kolejny samolot, nie ma się czym przejmować. Na trasie Monachium-Berlin kursuje kilka samolotów dziennie, bardzo prawdopodobnym jest więc, że zostaniemy przebookowani na najbliższy, a w ostateczności (np. jak zależy nam na czasie) możemy nawet zrobić jeszcze większe kółko na np. trasie Monachium-Düsseldorf-Berlin. Do niczego oczywiście dopłacać w tym momencie nie musimy :-)

W przypadku podróżowania tanimi liniami lotniczymi przesiadki trzeba umieć dobrze zaplanować. Czasami tzw. "wsparcia", czyli bilety na inne loty na wypadek opóźnienia są bardzo przydatne!

Opóźnienia/odwołania. Prawo międzynarodowe mówi jasno, że jeśli opóźnienie nastąpiło z winy przewoźnika, ma on pewne zobowiązania wobec pasażera. Oczywiście podstawowym jest zapewnienie transportu w najszybszy możliwy sposób, jeśli opóźnienie jest długie - ciepły posiłek, a jeśli obejmuje noc - również nocleg na koszt linii lotniczej. Ale nie ma co się łudzić, w przypadku nisko kosztowych przewoźników zazwyczaj powód opóźnienia, lub odwołania nie jest zazwyczaj zależny od linii, która wymiguje się w ten sposób od wszelkiej odpowiedzialności. Owszem, jeśli np. przez mgłę nie mogę wrócić do domu dziś, przewoźnik zapewnia mi miejsce na najbliższym dostępnym rejsie. Ale co jeśli ten rejs odbywa się za dwa dni? Cóż, nocleg i jego koszty leżą już w naszej kwestii...

Zmiana rozkładu. Podam swój przykład. Na grudzień zarezerwowaliśmy sobie loty na trasie Wrocław - Sztokholm Skavsta - Ryga i z powrotem. Przelot Ryga-Skavsta był w godzinach 0940-0945 (wiem, śmiesznie to wygląda, ale wynika z położenia w innych strefach czasowych), natomiast Skavsta-Wrocław 1550-1740. Po pewnym czasie przyszedł do mnie mail informujący, że lot Skavsta-Wrocław został przełożony na godzinę 0700-0850, co uniemożliwiało mi wykonanie przesiadki. Oczywiście zgodnie z poprzednim punktem odpowiedzialność Ryanair w tym przypadku jest żadna. Ale co najciekawsze, w pierwszym mailu przyszła jedynie informacja o tym, że dany lot mogę wyłącznie przebookować na inną datę (lot wyłącznie liniami Ryanair), lub zaakceptować zmianę godzin. Oczywiście zgodnie z prawem międzynarodowym mam prawo do rezygnacji z lotu i zwrotu pieniążków. Jednak link umożliwiający to przyszedł kilka dni później w mailu numer dwa! Prawo oczywiście nie jest tutaj łamane, ale...

Skasowanie lotu. Na tym nasze przygody się nie skończyły! Niecały tydzień po zmianie godzin na trasie Ryga-Sztokholm okazało się, że z końcem października całkowicie zamykane jest połączenie Wrocław-Sztokholm :( Jedyną informacją jaką dostałem był mail, że "zgodnie z moim poleceniem pieniądze za bilety na tej trasie zostaną mi zwrócone na konto w ciągu tygodnia". Oczywiście nie mam prawa do żadnych roszczeń za bilety na trasie Sztokholm-Ryga, ale na szczęście kosztowały mnie one €0.01 za osobę ;) Wprawdzie prawo międzynarodowe mówi, że w przypadku skasowania połączenia przewoźnik jest zobowiązany do zapewnienia alternatywy, choćby lotu z przesiadką. Jednak znając standardy Ryanair, nie oczekuję niczego pozytywnego...
A czemu takie skasowanie nastąpiło? Nie ma co się obawiać, nie jest to praktyka zbyt częsta. W październiku następuje zmiana rozkładu z tzw. letniego na zimowy. Firma zakładała początkowo, że połączenie Wrocław-Sztokholm będzie utrzymane. Wygląda jednak na to, że w pewnym momencie znaleźli bardziej intratną trasę na którą potrzebny jest akurat samolot wykonujący nasz lot.


Szkoda, ponieważ bardzo liczyłem na wizytę w Rydze. Chociaż, jak na początku lekko to zarysowałem, wyszukiwanie ciekawych tras zaczynam powoli traktować honorowo, to samo podróżowanie nie jest już czymś obowiązkowym. Miałem ochotę się tam znaleźć, ale patrząc na liczbę wylotów odbytych i już zaplanowanych na ten rok, będzie to tylko pewna część moich planów tambylczych.

Ale nie ukrywam, zabawa z tanimi liniami lotniczymi może być niebezpieczna. Ludzi młodszych, posiadających nieco wolnego czasu i dużo ciśnienia na zwiedzenie Europy, pociągają systemy przesiadkowe i wszelkie inne metody mieszane. Jednak zawsze istnieje pewne ryzyko, że się przekombinuje, albo coś pójdzie nie po myśli, czego naturalnym następstwem będą solidne straty finansowe. Dlatego zawsze na wszelki wypadek, nawet jeśli wyjeżdżam na tylko dwa dni, mam przy sobie około 300 Euro na osobę na szybkie pokrycie kosztów takich sytuacji przypadkowych. Naczytałem się w sieci różnych nieciekawych historii. Niektórzy czując się oszukanymi zrezygnowali w ogóle z podróżowania. Inni wplatali to ryzyko w ogólny rozrachunek zysków i strat twierdząc że i tak wychodzą na plus. Oczywiście nie życząc nikomu takich przeżyć wolałem ostrzec przed zajściem różnorodnych sytuacji. Bo lepiej przegrać, ale być świadomym że coś takiego mogło się stać i dlaczego.
Chociaż z drugiej strony – kolega od trzech lat prawie cały czas jest w podróży. Jak informował kilkukrotnie, dotąd nie miał żadnych niemile wspominanych przygód z tanimi liniami lotniczymi. Jego złotym środkiem jest właśnie duża wiedza na temat lotnictwa, ciągły monitoring i porównywanie cen promocji i ofert kilku strategicznych linii lotniczych, oraz nienarażanie się na zbytnie niebezpieczeństwo przesiadkowe.

sobota, 12 grudnia 2009

Chwila przerwy zmierza ku końcowi

Dobrą informacją jest fakt, że ktoś ten blog czyta. Czyta, ponieważ dostaję ponaglenia o nowe wpisy. Złą jest to, że nie mam czasu na aktualizację :( Właśnie dlatego przez ponad miesiąc nie pojawiło się nic nowego, chociaż wydarzyło się w tym czasie naprawdę dużo. Ale spokojnie, wszystko to sobie skrzętnie notuję, zapamiętuję i w niedługiej przyszłości mam zamiar opisać.

A czym to tak bardzo jestem zajęty? Cóż, po luźnych wakacjach nadeszło kilka obowiązków. Trzeba by było wreszcie zakończyć wydłużającą się przygodę ze studiami, co oznacza końcowe egzaminy i magisterkę. Oprócz jednej pracy bardzo dużo czasu schodzi mi również na kolejnym projekcie. Ze znajomymi mamy bowiem zamiar uruchomić portal podróżniczy zajmujący się hotelarstwem, lotnictwem i koleją, która w Polsce powinna niedługo przejść niemałą rewolucję. Pierwotna wersja w sieci powinna być na dniach. Nie omieszkam o tym poinformować :-)

Nowe wpisy na blogu również niebawem!